Arkadij i Borys Strugaccy. Piknik na Skraju Drogi
Trzeba tworzy dobro ze z?a bo nie ma nic innego, z czego by mo?na Je
tworzy.
Robert Fenn Warren
Fragmenty wywiadu, ktry przeprowadzi? specjalny korespondent Radia
Harmont z
doktorem WALENTINEM PILLMANEM, w zwi+zku z przyznaniem temu ostatniemu
Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za 19... rok
- ... Zapewne pana pierwszym powa?nym odkryciem by?o odkrycie tak
zwanego radiantu Pillmana?
- Nie s+dz. Radiant Pillmana to ani pierwsze, ani powa?ne, ani, cile
mwi+c, odkrycie. I w dodatku niezupe?nie moje.
- Pan chyba ?artuje, panie doktorze. Radiant Pillmana - te dwa s?owa
zna ka?dy ucze szko?y podstawowej.
- Nic dziwnego. Radiant Pillmana pierwszy odkry? w?anie ucze,
niestety nie pamitam jego nazwiska, niech pan zajrzy do "Historii
L+dowania" Stetsona, tam pan znajdzie wszystkie szczeg?y. Radiant zosta?
odkryty przez ucznia, wsp?rzdne opublikowa? po raz pierwszy student, a nie
wiadomo dlaczego ochrzczono radiant moim nazwiskiem.
- Tak, z odkryciami zdarzaj+ si zdumiewaj+ce historie. Czy nie mg?by
pan wyjani naszym s?uchaczom, panie doktorze...
- Niech pan pos?ucha, drogi rodaku. Radiant Pillmana to niezmiernie
prosta rzecz. Prosz sobie wyobrazi, ?e wprowadzi? pan w ruch obrotowy
ogromny globus, a potem zacz+? pan do niego strzela z rewolweru. Dziurki na
globusie ulo?+ si w pewn+ okrelon+ krzyw+. Ca?a istota tego, co pan nazywa
moim pierwszym powa?nym odkryciem, zawiera si w prostym fakcie - wszystkie
Strefy L+dowania - a jest ich sze - rozmieszczone s+
na powierzchni naszej planety tak. Jakby kto szeciokrotnie strzeli?
do Ziemi z pistoletu umieszczonego na linii Ziemia - Deneb. Deneb - to alfa
gwiazdozbioru
?abdzia, a punkt na niebosk?onie, z ktrego, by tak rzec, strzelano -
nazywamy w?anie radiantem Pillmana.
- Dzikuj w imieniu s?uchaczy, panie doktorze. Drodzy s?uchacze!
Nareszcie kto nam sensownie wyjani?, co to takiego radiant Pillmana! Ale a
propos, panie doktorze, wczoraj up?yn?o dok?adnie trzynacie lat od dnia
L+dowania. By mo?e, zechce pan w zwi+zku z tym powiedzie kilka s?w swoim
rodakom?
- A co konkretnie ich interesuje? Niech pan pamita, ?e nie by?o mnie
wwczas w Harmont...
- Tym bardziej chcielibymy us?ysze, co pan pomyla?, kiedy si
okaza?o, ?e paskie rodzinne miasto sta?o si obiektem inwazji obcej
supercywilizacji...
- Mwi+c szczerze w pierwszej chwili pomyla?em, ?e to kaczka... Trudno
by?o sobie wyobrazi, ?e w naszym starym, ma?ym miasteczku wydarzy?o si co
podobnego. Odyby to by?a Gobi, Nowa Funlandia - ale Harmont!
- Jednak?e w kocu musia? pan uwierzy.
- Istotnie, w kocu musia?em.
- No i co by?o dalej?
- Nagle przysz?o mi do g?owy, ?e zarwno Harmont, jak i pozosta?e pi
Stref L+dowania... przepraszam, wtedy wiedziano tylko o czterech... ?e
wszystkie one tworz+ okrelon+ krzyw+. Obliczy?em wsp?rzdne radiantu i
pos?a?em je do "Nature".
- I w najmniejszym stopniu nie zaniepokoi? pana los rodzinnego miasta?
- Widzi pan, wtedy ju? wierzy?em w fakt L+dowania, ale jednak w ?aden
sposb nie by?em w stanie uwierzy panicznym korespondencjom o p?on+cych
dzielnicach, o potworach, ktre szczeglnie chtnie po?era?y starcw i
dzieci, o krwawych walkach midzy niemiertelnymi przybyszami z Kosmosu, a
nader miertelnymi, ale nieodmiennie bohaterskimi pancernymi dywizjami Jego
Krlewskiej Moci...
- Mia? pan s?uszno. Pamitam, ?e koledzy dziennikarze nie?le wtedy
narozrabiali... Powrmy jednak do nauki. Odkrycie radiantu Pillmana by?o
paskim pierwszym, ale, jak s+dz, nie ostatnim wk?adem w nasz+ wiedz o
L+dowaniu.
- Pierwszym i ostatnim.
- Ale bez w+tpienia ledzi pan uwa?nie stan midzynarodowych bada w
Strefach L+dowania...
- Tak... niekiedy przegl+dam "Biuletyn".
- Ma pan na myli "Biuletyn Midzynarodowego Instytutu Cywilizacji
Pozaziemskiej"?
- Tak.
- A wic co zdaniem pana nale?y uzna za najwa?niejsze odkrycie
ostatnich trzynastu lat?
- Sam fakt L+dowania.
- Przepraszam?
- Sam fakt L+dowania stanowi najwa?niejsze odkrycie nie tylko na
przestrzeni ostatnich trzynastu lat, ale w ca?ej historii ludzkoci. Nie
jest takie wa?ne, kim oni byli, sk+d i po co przybyli, dlaczego tak krtko
gocili u nas i co si z nimi stalo p?niej. Najwa?niejsze, ?e teraz
ludzko z ca?+ pewnoci+ wie, ?e nie jest samotna we Wszechwiecie. Obawiam
si, ?e Instytutowi Cywilizacji Pozaziemskich ju? nigdy wicej nie uda si
dokona rwnie fundamentalnego odkrycia.
- To wszystko jest ogromnie interesuj+ce, panie doktorze, ale prawd
mwi+c mia?em na myli odkrycia w dziedzinie techniki. Odkrycia, ktre
mog?aby wykorzysta nasza ziemska nauka i technika. Przecie? wielu wybitnych
uczonych uwa?a, ?e materia?y znajduj+ce si w Strefach L+dowania mog+
zmieni ca?y bieg naszej historii.
- No c?, ja nie nale? do zwolennikw tego punktu widzenia. A je?eli
chodzi o konkretne znaleziska, to przykro mi, ale nie jestem specjalist+.
- Jednak od dwch lat jest pan konsultantem Komisji OFIZ, zajmuj+cej
si ca?okszta?tem spraw zwi+zanych z L+dowaniem...
- To prawda. Ale ja nie mam nic wsplnego z badaniami cywilizacji
pozaziemskich. W Komisji, wsplnie z innymi kolegami, reprezentujemy
midzynarodowe rodowisko naukowe, kontroluj+c wykonanie rezolucji ONZ w
sprawie eksterytorialnoci Stref L+dowania. Brutalnie mwi+c, pilnujemy,
?eby wszystkim, co znajduje si w Strefach, dysponowa? wy?+cznie
Midzynarodowy Instytut.
- Czy?by na te pozaziemskie cuda jeszcze kto mia? apetyt?
- Tak.
- Zapewne ma pan na myli stalkerw?
- Nawet nie wiem, co to takiego.
- Tak u nas, w Harmont, nazywaj+ zuchwalcw, ktrzy na w?asne ryzyko
przekradaj+ si do Strefy i wynosz+ stamt+d wszystko, co im wpadnie w rce.
To nowy, nie znany dotychczas fach.
- Rozumiem. Nie, to nie le?y w naszej kompetencji.
- Jasne! Tymi sprawami zajmuje si policja. Ale ogromnie chcielibymy
wiedzie, co w?aciwie le?y w paskiej kompetencji, panie doktorze?
- Wiadomo, ?e istnieje sta?y przemyt przedmiotw ze Stref L+dowania.
Materia?y dostaj+ si w rce nieodpowiedzialnych jednostek oraz ca?ych
organizacji. Nas, uczonych i cz?onkw Komisji, interesuj+ rezultaty tego
przemytu.
- Czy nie mg?by pan wypowiedzie si bardziej konkretnie?
- Wie pan, lepiej porozmawiajmy o sztuce. Czy naprawd paskich
s?uchaczy nie interesuje moja opinia o niezrwnanej Qwendy Muller?
- Ale? oczywicie! Ale najpierw mo?e skoczymy z nauk+. Czy pan jako
uczony, nie ma czasem ochoty zaj+ si tymi pozaziemskimi cudami?
- Jak by to panu powiedzie... Prawdopodobnie.
- A wic niewykluczone, ?e pewnego piknego dnia mieszkacy Harmont
zobacz+ swego s?awnego rodaka na ulicach miasta?
- Niewykluczone.
lat 23, kawaler. Laborant Midzynarodowego Instytutu Cywilizacji
Pozaziemskich, Filia w Harmont
Poprzedniego dnia wieczorem stoimy sobie z nim w przechowalni.
Wystarczy zrzuci Kombinezony i mo?na i w miasto, zajrze do "Barge" i
wypi co stosownego dla wzmocnienia duszy i cia?a. Ja stoj ot, tak sobie,
podpieram cian, swoje zrobi?em i ju? trzymam w pogotowiu papierosa, pali
mi si chce wciekle - od dwch godzin nie mia?em papierosa w ustach. A on
jako nie mo?e rozsta si ze swoimi skarbami. Za?adowa? jeden sejf,
zamkn+?, opiecztowa?, teraz za?adowuje drugi: zdejmuje z transportera
"pustaki", ogl+da ka?dy ze wszystkich stron (a ci?kie s+ cierwa jak
wielkie nieszczcie, ka?dy wa?y sze i p? kilo) i starannie ustawia na
p?kach.
Okropnie d?ugo ju? wojuje z tymi "pustakami" i moim skromnym zdaniem
bez ?adnego po?ytku dla ludzkoci. Na jego miejscu ja bym ju? dawno ola?
spraw i za te same pieni+dze zaj+?bym si czym innym. Chocia? z drugiej
strony, jeli si zastanowi, taki "pustak" rzeczywicie jest niezmiernie
zagadkowy, i mo?na powiedzie - szemrany. Ile to ja si ich nad?wiga?em, a
wszystko jedno, za ka?dym razem jak je zobacz, od nowa nie mog si
nadziwi. Dwie miedziane okr+g?e p?ytki wielkoci spodeczka, grube na pi
milimetrw, odleg?o midzy p?ytkami czterysta milimetrw, i oprcz tej
odleg?oci niczego midzy p?ytkami nie ma. Mo?na tam wsadzi rk, mo?na i
g?ow, je?eli kompletnie zg?upia?e ze zdziwienia - pustka, pustka,
powietrze. Pomimo to co miedzy nimi oczywicie by musi, si?a jaka, tak ja
to rozumiem, poniewa? ani cisn+ tych p?ytek, ani rozerwa nikomu si
jeszcze nie uda?o.
No ch?opaki, trudno opisa co podobnego komu, kto tego nie widzia?.
Jako to zbyt proste, szczeglnie jeli si dobrze przyjrze i uwierzy
wreszcie w?asnym oczom. To zupe?nie tak samo, jakby komu opisywa szklank,
albo nie daj Bo?e kieliszek - tylko palcami wodzisz i klniesz w poczuciu
absolutnej bezsilnoci. Dobra, zak?adamy, ?ecie wszystko zrozumieli, a
je?eli kto nie zrozumia?, niech we?mie "Biuletyn" naszego instytutu - w
ka?dym numerze znajdzie artyku?y o "pustakach" z fotografiami...
Jednym s?owem Kiry? ju? prawie od roku wojuje z tymi "pustakami".
Jestem u niego od samego pocz+tku i skarz mnie Bg, je?eli rozumiem, czego
on si po nich spodziewa, zreszt+, jeli mam by szczery, nadmiernie nie
wysilam swego umys?u. Niech najpierw on sam zrozumie, niech sam rozwi+?e t
?amig?wk, a wtedy, by mo?e, pos?ucham, co bdzie mia? do powiedzenia. Na
razie natomiast jasne jest dla mnie jedno - Kiry? musi za wszelk+ cen
chocia? jednego "pustaka" wypatroszy, nadgry? kwasami, zgnie pod pras+,
stopi w piecu. I wtedy wszystko stanie si dla niego jasne, zdobdzie s?aw
i chwa?, a ca?a wiatowa nauka zap?acze z zachwytu rzewnymi ?zami. Ale
chwilowo, o ile si orientuj, do tego bardzo jeszcze daleko. Niczego do tej
pory nie osi+gn+?, uszarpa? si tylko nieprzytomnie, pozielenia? nawet,
zrobi? si milcz+cy, wygl+da jak chory pies i chyba oczy mu ?zawi+. Gdyby to
by? kto inny, zaprowadzi?bym go na wdk, a potem na dziwki, ?eby go
rozrusza?y, a rano znowu na wdk i znowu na dziwki, tylko inne, i po
tygodniu czu?by si jak wie?o narodzony - uszy do gry, gba od ucha do
ucha. Tylko, ?e nie dla Kiry?a takie lekarstwo - nawet proponowa nie warto.
A wic stoimy, znaczy si, w przechowalni, patrz na Kiry?a, widz, co
si z nim dzieje, jakie ma zapadnite oczy, i tak mi si go ?al robi, ?e nie
macie pojcia. I w?anie wtedy zdecydowa?em. To znaczy nie tyle nawet
zdecydowa?em, tylko jakby mnie kto poci+gn+? za jzyk.
- S?uchaj - mwi - Kiry?...
A Kiry? w?anie stoi i trzyma w rku ostatniego "pustaka" i wpatruje
si w niego jakby chcia? wle? do rodka.
- S?uchaj - mwi - Kiry?l A gdyby mia? pe?nego "pustaka", to co?
- Pe?ny "pustak"? - powtarza i marszczy brwi, jakbym z nim nagle zacz+?
rozmawia po chisku.
- No tak - mwi. - Ta twoja hydromagnetyczna pu?apka, jak jej tam...
obiekt 77-b. Tylko z jakim niebieskawym paskudztwem w rodku.
Widz, ?e zaczyna do niego dociera. Podnis? na mnie oczy, przymru?y?
powieki i widz, ?e gdzie tam, za psimi ?zami pojawia si jaki przeb?ysk
rozumu, jak on sam uwielbia si wyra?a.
- Poczekaj - mwi. - Jak to pe?ny? Taki sam jak ten, tylko pe?ny?
- Aha.
- Gdzie?
Nareszcie. Dotar?o. Nadstawi? uszu. gba od ucha do ucha.
- Chod? - mwi - zapalimy.
Kiry? ?ywo wepchn+? "pustaka" do sejfu, zatrzasn+? drzwiczki,
przekrci? klucz trzy i p? raza i poszlimy z powrotem do laboratorium. Za
zwyczajnego "pustaka" Ernest daje czterysta na rk, a za pe?nego - ja bym z
niego, sukinsyna, siedem skr zdar?, ale mo?ecie mi wierzy albo nie, wtedy
nawet o tym nie pomyla?em, bo mj Kiry?, jakby mu kto w kiesze naplu?
biegnie po dwa schodki na gr, nawet zapali cz?owiekowi nie da. Jednym
s?owem, wszystko mu opowiedzia?em - Jak wygl+da, gdzie le?y i jak si do
niego naj?atwiej dosta. Kiry? od razu wyci+gn+? plan, znalaz? ten gara?,
zaznaczy? go palcem, spojrza? na mnie i, rzecz jasna, od razu wszystko
zrozumia?, zreszt+ niewiele tu by?o do rozumienia!
- Ach, ty! - mwi i umiecha si. - Ho c?, trzeba i, najlepiej od
razu jutro rano. O dziewi+tej zamwi przepustki i "kalosz", a o dziesi+tej
zmwimy paciorek i pjdziemy. Co ty na to?
- Mo?na - odpowiadam. - A kto na trzeciego?
- A po co trzeci?
- E, nie - mwi - to nie piknik z dziewczynami. A jeli co ci si
stanie? To jest Strefa - mwi
- porz+dek musi by.
Kiry? lekko si umiechn+?, wzruszy? ramionami.
- Jak sobie chcesz! Ty si lepiej na tym znasz. Pewnie ?e lepiej!
Kiry?, rzecz jasna, przejawia? trosk o cz?owieka, to znaczy pomyla? o mnie
- obejdziemy si bez trzeciego, pojedziemy we dwjk, cisza, spokj, i ja
bd czysty jak kryszta?. Tylko ?e dobrze wiem - ludzie z instytutu we
dwjk do Strefy nie chodz+. U nich jest taki obyczaj: dwaj robi+, co do
nich nale?y, trzeci za si przygl+da, a kiedy go potem zapytaj+ - opowie.
- Gdyby to ode mnie zale?a?o, wzi+?bym Austina - mwi Kiry?. - Ale ty
si pewnie nie zgodzisz. A mo?e jednak?
- Nie - mwi. - Tylko nie Austina. Austina we?miesz innym razem.
Austin to niez?y ch?opak, strach i odwaga s+ w nim wymieszane w
odpowiednich proporcjach, ale moim zdaniem jest ju? trefny. Kiry?owi tego
nie wyt?umaczysz, ale ja takie rzeczy widz - wyobrazi? sobie, ?e Stref zna
i ?e ju? wszystko jest w niej dla niego jasne
- a to znaczy, ?e nied?ugo bdziemy mieli znajomy pogrzeb. No i na
zdrowie. Tylko ?e ja nie reflektuj. - No dobrze - mwi Kiry? - A Tender?
Tender to jego drugi laborant. Niczego sobie ch?op.
Spokojny.
- Troch za stary - mwi. - A poza tym ma dzieci...
- To nic. On ju? chodzi? do Strefy.
- Dobrze - mwi. - niech bdzie Tender... Jednym s?owem zostawi?em
Kiry?a siedz+cego nad planem, a sam poszed?em prociutko do "Barge", bo ?re
mi si chcia?o nieprzytomnie, a i w gardle mi zasch?o.
Dobra. Przychodz nastpnego dnia jak zwykle o dziewi+tej, pokazuj
przepustk, a na portierni dy?uruje ten sam tyczkowaty sier?ant, ktrego w
zesz?ym roku nie?le obs?u?y?em, kiedy po pijaku zacz+? si dowala do Guty.
- Cze - mwi do mnie. - Ciebie - mwi - Rudy, szukaj+ po ca?ym
instytucie... W tym momencie przerywam mu grzecznie.
- Dla ciebie nie jestem ?aden Rudy - mwi. - I nie staraj si mi
podliza, szwedzka k?onico.
- Na mi?o bosk+. Rudy! - mwi sier?ant zdumiony. - Przecie? wszyscy
tak ci nazywaj+.
Przed Stref+ zawsze jestem roztrzsiony i jeszcze trze?wy na dodatek -
z?apa?em go za pas i ze wszystkimi szczeg?ami opowiedzia?em mu, kim jest i
dlaczego matka go zrodzi?a. On splun+?, zwrci? mi przepustk i ju? bez tych
wszystkich czu?oci mwi:
- Obywatel Red Shoehart ma niezw?ocznie stawi si u kapitana Herzoga.
Pe?nomocnika do Spraw Bezpieczestwa.
- O w?anie - mwi - to co innego. Ucz si, sier?ancie, a zostaniesz
lejtnantem.
A sam myl: co to znowu? Czego te? mo?e chcie ode mnie kapitan Herzog
w godzinach pracy? Dobra, id si stawi. Kapitan ma gabinet na trzecim
pitrze, luksusowy gabinet, i kraty w oknach jak na policji. Sam Willy
siedzi za swoim biurkiem, pyka fajk i uprawia biurokracj za pomoc+ maszyny
do pisania, a w k+cie grzebie w stalowym sejfie jaki sier?ancina, nowy
chyba, nie znam go. W naszym instytucie tych sier?antw jest wicej ni? w
przecitnej dywizji i wszyscy tacy dorodni, krew z mlekiem - do Strefy nie
musz+ chodzi, a na wszelkie zmartwienia naszego wiata pluj+ z trzeciego
pitra.
- Dzie dobry - mwi. - Pan mnie wzywa?? Willy patrzy na mnie jak na
ropuch, odsuwa
maszyn, k?adzie przed sob+ grub+ tekturow+ teczk i zaczyna przegl+da
papiery.
- Red Shoehart? - pyta.
- We w?asnej osobie - odpowiadam, a mia mi si chce, ?e ledwie mog
wytrzyma. Taki nerwowy chichot mn+ trzsie.
- Od jak dawna pracujecie w instytucie?
- Dwa lata, trzeci rok w?aciwie.
- Stan cywilny?
- Samotny - odpowiadam. - Sierota. Na to kapitan odwraca si do swojego
sier?anta i rozkazuje mu surowym g?osem:
- Sier?ancie Lummer, prosz i do archiwum i przynie akta sprawy
numer sto pidziesi+t.
Sier?ant zasalutowa? i znikn+?, a Willy zamkn+? teczk i tak pospnie
pyta:
- Znowu to samo?
- Co znowu?
- Sam dobrze wiesz. Mow materia?y przysz?y w twojej sprawie. Tak,
myl.
- A sk+d te materia?y?
Willy zaspi? si i ze z?oci+ zacz+? t?uc swoj+ fajk+ o popielniczk.
- To nie twoja rzecz - mwi. - Ostrzegam ci, bo znamy si nie od
dzisiaj - rzu to wszystko i to raz na zawsze. Jak ci drugi raz z?api+,
szecioma miesi+cami si nie wymigasz. A z Instytutu wylecisz natychmiast i
to na wieki wiekw, rozumiesz?
- Rozumiem - mwi - to akurat rozumiem dobrze, nie rozumiem tylko, co
za cierwo na mnie donios?o...
Ale kapitan znowu patrzy na mnie o?owianym spojrzeniem, pogwizduje
pust+ fajk+ i grzebie w swoich papierach. To znaczy, ?e wrci? sier?ant
Lummer z aktami sprawy numer sto pidziesi+t.
- Dzikuj, Shoehart - mwi kapitan Willy Herzog o przezwisku Tucznik.
- To wszystko, co chcia?em us?ysze.
No a ja poszed?em do szatni, przebra?em si w kombinezon, zapali?em,
przez ca?y czas myl - sk+d ten sw+d? Je?eli z instytutu, to przecie? lipa,
nikt tu o mnie nic nie wie i wiedzie nie mo?e. A je?eli przyszed? papier z
policji... to o czym oni mog+ tam wiedzie, prcz moich starych spraw? A
mo?e cierwnik wpad?? To bydl, ?eby samemu si wykrci, rodzon+ matk
sprzeda. Ale przecie? i cierwnik nic o mnie teraz nie wie. Myla?em,
myla?em, nic m+drego nie wymyli?em i postanowi?em nie zawraca sobie
g?owy! Ostatni raz by?em w Strefie noc+ trzy miesi+ce temu, prawie ca?y
towar ju? opyli?em i prawie wszystkie pieni+dze wyda?em, teraz mog+ mnie
?apa do s+dnego dnia. Ale kiedy ju? szed?em po schodach na gr, nagle
sp?yn?o na mnie olnienie, i to takie, ?e wrci?em do szatni, usiad?em i
znowu zapali?em. Wychodzi?o na to, ?e do Strefy dzisiaj i nie mog, i to
pod ?adnym pozorem. Ani jutro nie mog, ani pojutrze. Wychodzi?o na to, ?e
gliny znowu mnie maj+ na oku, ?e nie zapomnieli o mnie, a je?eli nawet
zapomnieli, to kto im w?anie przypomnia?. Obecnie to ju? zreszt+ niewa?ne,
kto mianowicie. Ka?dy stalker, je?eli tylko nie upad? na g?ow, wie, ?e go
ledz+. Teraz musz siedzie cicho w najciemniejszym k+cie, jaki uda mi si
znale?. Jaka znowu Strefa? Ja tam nawet z przepustk+ od ilu ju? miesicy
nie by?em! Czego si czepiacie uczciwego laboranta?
Obmyli?em to wszystko i nawet jakby pewn+ ulg uczu?em, ?e nie musz
dzisiaj i do Strefy. Tylko
jakby o tym mo?liwie delikatnie zawiadomi Kiry?a? Powiedzia?em mu
wprost:
- Do Strefy nie id. Jakie bd+ dalsze polecenia?
Na te s?owa Kiry? oczywicie wyba?uszy? na mnie oczy. Potem widocznie
dotar?o do niego, bo wzi+? mnie za ?okie, zaprowadzi? do swojego
gabineciku, posadzi? przy swoim biurku, a sam usiad? obok na parapecie.
Zapalilimy. Milczymy, nastpnie Kiry? pyta mnie ostro?nie:
- Czy co si sta?o. Red? No i co ja mam powiedzie.
- Nie - mwi - nic si nie sta?o. A wiesz, przer?n+?em wczoraj w
pokera dwadziecia zielonych - ten Nunnun gra jak stary...
- Poczekaj - mwi Kiry?. - Ty co, rozmyli?e si?
A? stkn+?em z wysi?ku.
- Nie mog - mwi do niego, a sam a? zby zaciskam. - Nie mog,
rozumiesz? Przed chwil+ wezwa? mnie do siebie Herzog.
Kiry? oklap?. Znowu wygl+da? jak p?tora nieszczcia, i znowu mia?
oczy chorego pudla. Westchn+? tak jako spazmatycznie, zapali? nowego
papierosa od starego niedopa?ka i mwi cicho:
- Mo?esz mi wierzy. Red, ?e ja nikomu s?owa nie powiedzia?em.
- Daj spokj - mwi. - To nie o ciebie chodzi.
- Ja nawet Tenderowi jeszcze nie powiedzia?em. Wypisa?em mu przepustk
i nawet nie zapyta?em go, czy pjdzie z nami, czy nie...
Ja milcz, siedz i pal. I mia mi si chce i p?aka, nic biedak nie
rozumie.
- A czego chcia? od ciebie Herzog?
- Nic specjalnego - mwi. - Kto na mnie donis? i to wszystko.
Popatrzy? na mnie jako dziwnie, zeskoczy? z parapetu i zacz+? chodzi
po swoim gabineciku tam i z powrotem. Kiry? biega po gabinecie, a ja siedz,
dmucham dymem i milcz, g?upio mi, ?e tak idiotycznie to wszystko wysz?o
- licznie go wyleczy?em z melancholii, szkoda gada. A czyja to wina?
Wy?+cznie moja. Pokaza?em dziecku czekoladk, a czekoladka jest schowana w
zaczarowanej skrzyni, a skrzyni pilnuje z?y czarodziej... W tym momencie
Kiry? przestaje biega, staje obok mnie, patrzy gdzie w bok, wida, ?e mu
g?upio, i pyta:
- S?uchaj, Red, a ile mo?e kosztowa taki pe?ny "pustak"?
Z pocz+tku nie zrozumia?em, z pocz+tku pomyla?em, ?e on liczy na
kupienie gdzie takiego "pustaka", tylko ?e gdzie tam co podobnego kupisz,
by mo?e jeden jedyny na ca?ym wiecie stoi w tamtym gara?u, zreszt+ tak czy
tak, pienidzy by mu nie starczy?o, sk+d u niego pieni+dze - zagraniczny
specjalista i to jeszcze z Rosji. A potem raptem jakby we mnie piorun
strzeli? - to znaczy ?e on, dra, myli, ?e ja dla forsy?! Ach ty, myl,
sukinsynu, za kogo ty mnie bierzesz?! Ju? nawet usta otworzy?em, ?eby mu to
wszystko powiedzie. I zaj+kn+?em si. Bo co innego, mwi+c otwarcie, mia? o
mnie myle? Stalker to stalker, nie ma co robi b?kitnych oczu, poka?cie
mu tylko fors, za fors stalker w?asnym ?yciem zahandluje. Tak to w?anie
teraz wygl+da, ?e wczoraj zarzuci?em przynt, a dzisiaj zabieram mu j+
sprzed nosa, cen podbijam. A? mi jzyk stan+? ko?kiem od tych myli, a
Kiry? patrzy na mnie badawczo, oczu ze mnie nie spuszcza i widz w tych
oczach nawet nie pogard, a jakby nawet jakie zrozumienie. I wtedy
spokojnie mu wszystko wyt?umaczy?em.
- Do gara?u - mwi - jeszcze nikt z przepustk+ nie chodzi?. Droga do
niego nie jest jeszcze oznakowana, wiesz o tym. Teraz pomyl, wracamy
stamt+d i twj Tender zaczyna wszystkim opowiada, jak to zasunlimy prosto
do gara?u, zabralimy co trzeba i z powrotem do domu. Jakbymy skoczyli do
sklepu naprzeciwko. I dla ka?dego bdzie jasne -
mwi - ?e z gry wiedzielimy, dok+d i po co idziemy. A to znaczy, ?e
kto nam da? cynk. A ju? kto z nas trzech - komentarze chyba zbyteczne.
Rozumiesz, czym to dla mnie pachnie?
Skoczy?em swoje przemwienie, spojrzelimy sobie g?boko w oczy i
milczymy. Potem nagle Kiry? klasn+? w rce, zatar? d?onie i niby ra?no
oznajmia:
- No c?, jak nie to nie. Rozumiem ci. Red, i nie potpiam. Pjd sam.
A nu? wszystko dobrze si skoczy... nie pierwszy raz.
Roz?o?y? plan na parapecie opar? si o niego ?okciami, przygarbi?, i
ca?a jego dziarsko z miejsca wyparowa?a. S?ysz, jak mruczy do siebie:
- Sto dwadziecia metrw... nawet sto dwadziecia dwa... i jeszcze w
samym gara?u... Nie, nie wezm Tendera. Jak mylisz. Red mo?e nie warto bra
Tendera? Jak by nie by?o, ma dwoje dzieci...
- Samego ci nie puszcz+ - mwi.
- Wypuszcz+ - mruczy - znam wszystkich sier?antw... i lejtnantw te?
znam... nie podobaj+ mi si te ci?arwki! Trzynacie lat pod go?ym niebem i
ci+gle jak nowe... Dwadziecia krokw dalej cysterna - zardzewia?a, dziurawa
jak sito, a one jakby prosto z fabryki... Och, ta Strefa!
Unis? g?ow znad planu i zapatrzy? si w okno. I ja te? spojrza?em w
okno. Szyby w naszych oknach s+ grube, solidne, a za szyb+ Strefa - matula,
oto ona, dwa kroki st+d, z dwunastego pitra wida j+ jak na d?oni...
Tak popatrze na ni+ - niby ziemia jak ziemia. S?oce j+ ogrzewa tak,
jak ogrzewa ca?+ reszt ziemi i niby nic si nie zmieni?o, niby wszystko
wygl+da tak samo, jak trzynacie lat temu. Gdyby nieboszczyk tatu
popatrzy?, toby nic specjalnego nie zauwa?y?, mo?e tylko by zapyta?,
dlaczego fabryka nie dymi. strajkuj+ czy co? Sto?kowate ha?dy ??tej ziemi,
nagrzewnice blikuj+ na s?ocu, szyny, szyny, szyny, na szynach lokomotywa,
za ni+ wagoniki, platformy...
Przemys?owy krajobraz, jednym s?owem. Tylko ludzi nie ma. Ani ?ywych,
ani martwych. A oto i gara? wida
- d?uga szara g+sienica, brama na ocie?, na parkingu stoj+ ci?arwki.
Trzynacie lat stoj+ i nic si z nimi nie dzieje. To Kiry? bystrze zauwa?y?
- g?wka pracuje. Nie daj Bo?e midzy dwa samochody si pcha, samochody
trzeba z daleka obchodzi... tam jest jedna taka szczelinka w asfalcie,
jeli oczywicie od tamtego czasu cierniem nie zaros?a... Sto dwadziecia
metrw - odk+d on liczy? A, chyba od ostatniego znaku. S?usznie, stamt+d
wicej nie bdzie. Brawo okularnicy, nie na darmo chleb jedz+... Patrzcie,
oznakowali drog do samego wysypiska, i to jak chytrze! O, tu jest
rozpadlina, w ktrej Zgnilec znalaz? wieczny spoczynek, wszystkiego dwa
metry od ich drogi... A przecie? ostrzega? wtedy Kosmaty Zgnilca
- trzymaj si, idioto, z daleka od do?w, bo nie bdzie czego do trumny
w?o?y... I mia? wit+ racj, nawet ?adna trumna nie by?a potrzebna...
Kiedy idziesz do Strefy, to sobie zakonotuj: z towarem wrci?e - cud boski,
z ?yciem uszed?e - daj na msz, kula patrolu - fart, a ca?a reszta - jak
los zdarzy.
Spojrza?em na Kiry?a i widz, ?e mnie spod oka obserwuje. I twarz ma
tak+, ?e w tym momencie wszystkie moje mocne postanowienia diabli wzili. A
niech ich wszystkich, myl, szlag trafi, co w?aciwie mog+ mi zrobi? Kiry?
ju? w ogle mg? nic nie mwi, ale powiedzia?.
- Shoehart - mwi. - Z oficjalnych, podkrelam, z oficjalnych ?rde?
otrzyma?em informacj, ?e zbadanie gara?u mo?e przynie nauce ogromn+
korzy. W zwi+zku z tym powsta? projekt wyprawy do gara?u. Premi
gwarantuj. - I umiecha si, jakby wygra? sto tysicy.
- A z jakich to oficjalnych ?rde? pochodzi ta informacja? - pytam i
te? umiecham si jak idiota.
- Z poufnych ?rde? - odpowiada. - Ale panu mog powiedzie... -
przesta? si umiecha i zaspi? si. - Powiedzmy od doktora Douglasa.
- Aha - mwi - od doktora Douglasa... A od ktrego to Douglasa?
- Od Sama Douglasa - odpowiada sucho. - Od tego, ktry zgin+? w
ubieg?ym roku.
A? mnie dreszcz przeszed?. A ?eby ci! Kto przed wyjciem mwi o takich
rzeczach? Mo?esz tym okularnikom ko?ki na g?owie ciosa - nic do nich nie
dociera... Z?ama?em niedopa?ek w popielniczce i mwi:
- Dobra. Gdzie twj Tender? D?ugo jeszcze bdziemy na niego czeka?
Jednym s?owem na ten temat wicej nie rozmawialimy. Kiry? zadzwoni? na
baz transportow+, zamwi? "lataj+cy kalosz", a ja wzi+?em plan, ?eby
zobaczy, co oni tam narysowali. Zupelnie nie?le narysowali, w normie. Na
podstawie fotografii z lotu ptaka, w du?ym powikszeniu. Wida nawet bie?nik
na oponie, ktra le?y pod bram+ gara?u. Ech, ile by ka?dy stalker da? za
taki plan... a zreszt+, na jak+ choler zda si plan po nocy, kiedy
pokazujesz gwiazdom zadek i w?asnych r+k nie mo?esz zobaczy.
A tymczasem objawi? si i Tender. Czerwony, zadyszany. Crka mu
zachorowa?a, musia? lecie po lekarza, no a my uraczylimy go radosn+
wiadomoci+ - idziemy do Strefy. Z pocz+tku nawet o sapaniu zapomnia?,
biedactwo. "Jak to do Strefy? - mwi - Dlaczego w?anie ja?" Jednak?e kiedy
us?ysza? o podwjnej premii i o tym, ?e Red Shoehart rwnie? idzie,
oprzytomnia? i znowu zacz+? sapa.
Jednym s?owem zeszlimy we trjk do "buduaru". Kirry? polecia? po
przepustki, pokazalimy je jeszcze jednemu sier?antowi, a ten sier?ant wyda?
nam skafandry. Trzeba przyzna, ?e to wyj+tkowo po?yteczny wynalazek. Gdyby
go tak jeszcze przefarbowa z czerwonego na jaki inny bardziej odpowiedni
kolor.
Ka?dy stalker wy?o?y za taki skafander piset zielonych bez zmru?enia
oka. Ju? dawno przysi+g?em sobie, ?e stan na uszach i gwizdn chocia?by
jeden. Ma pierwszy rzut oka niby nic specjalnego, skafander jak dla nurka i
he?m jak dla nurka, z przodu przezroczysty. Mo?e nawet nie jak u nurka, a
raczej jak u lotnika w samolotach nadd?wikowych albo jak u kosmonauty.
Lekki, wygodny, nigdzie nie cinie i nie pocisz si w nim z gor+ca. W takim
skafandrze mo?na i choby w ogie i te? ?aden gaz do rodka nie
przeniknie, nawet kula. jak mwi+, go nie przebije. Oczywicie i ogie, i
jaki tam iperyt, i kula karabinowa - to wszystko jest nasze, ziemskie,
ludzkie. W Strefie niczego takiego nie ma, w Strefie nie tego trzeba si
ba. Zreszt+, co tu gada, i w tych skafandrach ludzie te? gin+ jak muchy.
Inna sprawa, ?e bez skafandrw mo?e by?oby jeszcze gorzej. Od "ognistego
puchu" na przyk?ad skafandry zabezpieczaj+ na sto procent, i od pluni
"diabelskiej kapusty"... no,
dobra.
Wle?limy w skafandry, przesypa?em mutry z woreczka do bocznej kieszeni
i przemaszerowalimy przez ca?y teren instytutu do wyjcia w Stref. Taki
jest u nich obyczaj! niech widz+ - oto ?o?nierze nauki id+ sk?ada swoje
?ycie na o?tarzu wiedzy, ludzkoci i Ducha witego, amen. I rzeczywicie we
wszystkich oknach a? do czternastego pitra stoj+, wsp?czuj+, tylko jeszcze
brakuje powiewaj+cych chusteczek i orkiestry.
- Rwnaj krok - mwi do Tendera. - Ka?dun wci+gnij, nieszczsny
?amago! Wdziczna ludzko nie zapomni o tobie!
Spojrza? na mnie i widz, ?e mu nie w g?owie ?arty. I s?usznie - jakie
tam ?arty! Ale kiedy idziesz do Strefy, to ju? jedno z dwojga: albo p?aka,
albo si mia, a ja jeszcze nigdy w ?yciu nie p?aka?em. Spojrza?em na
Kiry?a. nie powiem, trzyma si nie?le, tylko wargami porusza, jakby si
modli?.
- Modlisz si? - pytam. - Mdl si - mwi - mdl! Im dalej w Stref,
tym bli?ej do nieba...
- Co? - pyta, bo nie dos?ysza?.
- Mdl sie! - krzycz. - Stalkerw wpuszczaj+ do nieba bez kolejki!
Wtedy Kiry? si umiechn+? i poklepa? mnie po plecach, niby - nie bj
si nic, ze mn+ nie zginiesz, a w ogle raz kozie mier. Zabawny facet, jak
Boga kocham.
Oddalimy przepustki ostatniemu sier?antowi. Tym razem w drodze wyj+tku
okaza? si lejtnantem, znam go zreszt+, jego ojciec handluje w Rexopolu
nagrobkami. "Lataj+cy kalosz" ju? na nas czeka, ch?opcy z bazy podstawili go
pod sam+ wartowni. Wszystko ju? jest na miejscu - i "pogotowie ratunkowe",
i stra? po?arna, i nasza waleczna gwardia, nieustraszeni ratownicy, kupa
spasionych darmozjadw ze swym helikopterem. Patrze na nich nie mog!
Wle?limy do "kalosza", Kiry? usiad? przy sterach i mwi do mnie:
- No, Red, obejmuj dowodzenie.
Bez zbdnego popiechu rozpi+?em zamek b?yskawiczny na piersi, wyj+?em
zza pazuchy manierk, goln+?em jak nale?y, zakrci?em zakrtk i schowa?em
manierk z powrotem. Bez tego nie potrafi. Ktry to ju? raz id do Strefy,
a bez tego nie mog. Tamci dwaj patrz+ na mnie, czekaj+.
- A wic tak - mwi. - Wam nie proponuj, dlatego ?e idziemy razem
pierwszy raz i nie wiem, jak na was dzia?a alkohol. Regulamin bdzie taki:
wszystko, co powiem, wykonywa natychmiast i bez gadania. Je?eli kto zagapi
si albo zacznie jakie tam pytania zadawa - bd pra? czym popadnie, za co
z gry przepraszam, na przyk?ad tobie, panie Tender, powiem: sta na rkach
i id? naprzd. I w tej?e chwili pan Tender musi zadrze swoj+ ci?k+ dup do
gry i robi, co mu kazano. A nie pos?uchasz, to, by mo?e, swojej chorej
creczki nigdy wicej w ?yciu nie zobaczysz. Rozumiesz? Ale ju? ja si
zatroszcz, ?eby j+ zobaczy?.
- Ty, Red, tylko nie zapomnij powiedzie - chrypi Tender, a ju? jest
ca?y czerwony, widz, jak si poci i wargi mu k?api+. - Ja nie tylko na
rkach, na zbach pjd, gdzie ka?esz, nie jestem nowicjuszem, wiesz o tym.
- Dla mnie obaj jestecie nowicjusze - mwi - a powiedzie nie
zapomn, spokojna g?owa. Aha, umiesz prowadzi "kalosz"?
- Umie - odpowiada Kiry? - dobrze prowadzi.
- Jak dobrze, to dobrze - mwi. - W takim razie - z Bogiem! Opuci
przy?bice! Ma?a naprzd, cile wed?ug znakw, wysoko trzy metry. Przy
dwudziestym sidmym s?upku - przystanek.
"Kalosz" wystartowa? i Kiry? na wysokoci trzech metrw da? "ma?a
naprzd", a ja nieznacznie odwrci?em g?ow i leciutko dmuchn+?em przez lewe
rami. Widz - gwardzici - ratownicy wsiedli do swojego helikoptera,
stra?acy z szacunkiem stanli na baczno, lejtnant w drzwiach wartowni
salutuje nam, idiota nieszczsny - a nad nimi wszystkimi wisi wielki plakat,
ju? dobrze wyp?owia?y: "Serdecznie witamy, szanowni Przybysze"! Tender ju?
zebra? si w sobie, ?eby im wszystkim pomacha rk+ na po?egnanie, ale ja mu
tak przysun+?em pici+ w bok, ?e od razu zapomnia? o swoich
arystokratycznych manierach. Ja Ci poka?, durniu, po?egna mu si
zachcia?o!
Pop?ynlimy.
Po lewej mielimy instytut, po prawej Kwarta? Zad?umionych i
posuwalimy si od znaku do znaku, samym rodkiem ulicy. Och, dawno Ju? nikt
po tej ulicy nie je?dzi? ani nie chodzi?! Asfalt popka?, pknicia zarosty
traw+, ale to jeszcze by?a nasza, zwyk?a trawa, ludzka i normalna. A tam, na
chodniku, po lewej rce, ros?y ju? czarne ciernie, i po tych cierniach by?o
wida, jak precyzyjnie Strefa sama siebie wyznacza - czarne zarola przy
samej jezdni, jakby kto no?em uci+? nie, jednak ci przybysze to byli
przyzwoici faceci, narozrabiali paskudnie, to prawda, ale sami wyznaczyli
sobie granic. Przecie? nawet "ognisty puch" na nasz+ stron ze Strefy nie
leci, chocia?, zdawa?oby si, wiatr go nosi we wszystkie strony...
Domy w Kwartale Zad?umionych s+ oblaz?e, martwe, ale szyby w oknach
prawie wszdzie ocala?y, tylko zaros?y brudem i dlatego wygl+daj+ jak
olep?e. Ale noc+, kiedy czo?gasz si tamtdy, wida dobrze wiate?ka w
mieszkaniach, jakby kto pali? suchy spirytus. Takie niebieskawe jzyki
p?omyczkw. To "czarci pudding" zieje z piwnic. Ale je?eli patrze ot tak -
bloki jak bloki, wymagaj+, rzecz jasna, remontu, ale nic nadzwyczajnego,
tylko ludzi nie wida. W tym domu z czerwonej ceg?y mieszka?, nawiasem
mwi+c, nasz nauczyciel rachunkw o d?wicznym przezwisku Przecinek. By?
koszmarnym nudziarzem i w ?yciu mu si nie powiod?o, druga ?ona odesz?a od
niego przed samym L+dowaniem, a crka mia?a bielmo na jednym oku, pamitam,
?e dokuczalimy jej bez mi?osierdzia. Kiedy si zacz?a panika. Przecinek ze
wszystkimi z tego kwarta?u w samych gaciach bieg? a? do mostu - dziesi
kilometrw bez zatrzymywania. Potem d?ugo chorowa?, skra mu zlaz?a i
paznokcie. Wszyscy, ktrzy mieszkali w Kwartale, no powiedzmy, prawie
wszyscy, identycznie chorowali i dlatego teraz tak si w?anie nazywa -
Kwarta? Zad?umionych. niektrzy umarli, ale przewa?nie starsi, i to te? nie
wszyscy. Ja na przyk?ad myl, ?e oni umarli przede wszystkim ze strachu, a
nie z powodu choroby. To by?o straszne. Kto mieszka? w tym kwartale, ten
chorowa?. A w tamtych trzech - ludzie lepli. Teraz te kwarta?y tak w?anie
si nazywaj+ - Pierwszy Ociemnia?y, Drugi Ociemnia?y... lepli zreszt+ nie
do koca, a tylko tak troch, co w rodzaju kurzej lepoty. Co ciekawe,
opowiadaj+, ?e nie olepli od jakiego b?ysku czy wybuchu, chocia? mwi+, ?e
wybuchy te? by?y, ale od strasznego ?oskotu. Zagrzmia?o, mwi+, z tak+ si?+,
?e od razu nas olepi?o. Lekarze t?umacz+ im, jak komu dobremu - to
niemo?liwe, przypomnicie sobie dobrze! Nie, uparli si, to by? wyj+tkowo
silny grzmot i od niego wlanie oleplimy. A ?eby by?o mieszniej, nikt
prcz nich ?adnego grzmotu nie s?ysza?.
Tak. wygl+da tu, jakby nic si nie sta?o. O, tam stoi szklany kiosk,
caluteki. Dziecinny wzek w bramie, nawet pociel zdaje si, jest jeszcze
czysta... Tylko te anteny zaros?y jakimi wiechciami na podobiestwo
morskiej trawy. Okularnicy na t traw dawno zby sobie ostrz+. Ciekawo,
rozumiecie, co to za trawa - nigdzie indziej czego podobnego nie ma, tylko
w Kwartale Zad?umionych i tylko na antenach. A co najwa?niejsze - tu? obok
instytutu, pod samymi oknami. W zesz?ym roku wpadli na wietny pomys?, z
helikoptera opucili kotwiczk na stalowej linie, zaczepili jeden wieche.
Tylko poci+gnli, nagle psz-sz-sz! Patrzymy - antena dymi, kotwiczka dymi i
lina te? dymi, i to zdrowo. I dymi si to wszystko nie normalnie, tylko z
takim jakim jadowitym sykiem - wypisz, wymaluj grzechotnik. No a pilot,
chocia? lejtnant, szybko pokapowa?, co i jak, rzuci? lin, a sam da? dba...
O, tam w?anie wisi ta lina, prawie do samej ziemi zwisa i ca?a traw+
zaros?a... I tak powolutku, powolutku dop?ynlimy do koca ulicy, do
zakrtu. Kiry? spojrza? na mnie - skrca? Machn+?em mu rk+
- na pierwszym biegu! Nasz "kalosz" skrci? i wolniutko pop?yn+? nad
ostatnimi metrami ludzkiej ziemi. Trotuar zbli?a si, zbli?a i ju? cie
naszego "kalosza" pad? na czarne ciemi... Koniec. To ju? Strefa! I od razu
mrz po skrze... Za ka?dym razem tak mnie trzsie i do tej pory nie wiem,
czy to Strefa mnie tak wita, czy nerwy stalkera wysiadaj+. Za ka?dym razem
obiecuj sobie, ?e jak wrc, to zapytam, czy z innymi dzieje si podobnie,
i za ka?dym razem zapominam.
No dobra, pe?zniemy sobie wolniutko nad by?ymi ogrdkami, silnik pod
stopami huczy rwno, spokojnie - no, myl, on ma najmniej powodw do
niepokoju. I w tej w?anie chwili mj Tender nie wytrzyma?. Nie zd+?ylimy
nawet dotrze do pierwszego s?upka, jak nagle zacz+? gada. Ho tak, jak
zwykle ??todzioby gadaj+ w Strefie - z+b na z+b facetowi nie trafia, serce
zamiera, cz?owiek nie wie, co si z nim dzieje, wstydzi si okropnie i nie
mo?e si opanowa. Moim zdaniem to co w rodzaju kataru: cho si powie, z
nosa leje si i leje. Czego to oni nie wygaduj+! To jeden z drugim zacznie
si zachwyca krajobrazem, to zacznie wyk?ada swoje teorie na temat
przybyszw albo w ogle truje co bez sensu i ju? nie jest w stanie si
zatrzyma, tak jak teraz Tender o swoim nowym garniturze. Ile za niego
zaplaci? i jaka cienka we?na, i jak mu krawiec guziki zmienia?...
- Zamknij si - mwi.
Tender popatrzy? na mnie baranim wzrokiem, bezg?onie poruszy? wargami,
i znowu: ile jedwabiu posz?o na podszewk. A ogrdki ju? si kocz+, pod
nami gliniaste pole, gdzie dawniej by?o wysypisko mieci, i czuj, jakby
jaki wiaterek powia?. Przed chwil+ ?adnego wiatru nie by?o, a teraz nagle
powia?o, kurz si unosi i zdaje mi si, ?e co s?ysz.
- Milcz, cierwo - mwi do Tendera. nie, w ?aden sposb nie mo?e
przesta. Teraz znowu o w?osiance zaczyna, no je?eli tak, to przepraszam.
- Stj - mwi do Kiry?a.
Kiry? natychmiast hamuje. Zuch, ma szybki refleks. Bior Tendera za
rami, obracam go do siebie i z ca?ej si?y w przy?bic. R+bn+?, biedak nosem
w szyb, oczy zamkn+? i zamilk?. I jak tylko zamilk?, us?ysza?em: tr-r-r...
tr-r-r... tr-r-r... Kiry? popatrzy? na mnie, zacisn+? szczki, wyszczerzy?
zby. Pokazuj mu rk+, stj, stj, na mi?o bosk+, nie ruszaj si. Ale
przecie? on te? s?yszy to trzeszczenie i jak ka?dego nowicjusza natychmiast
korci go, ?eby co robi, ?eby dzia?a. "Tylny bieg?" - szepce. Rozpaczliwie
krc g?ow+, potrz+sam pici+ przed samym jego he?mem - uspokj si, do
cholery. Ech, mamo kochana, z tymi nowymi nie wiadomo co pocz+, czy na pole
uwa?a, czy na nich. I w tym momencie zapomnia?em o wszystkim. Nad kup+
wiekowych mieci, nad pot?uczonym szk?em, nad strzpami starych szmat
zafalowa?o takie jakie dr?enie, migotanie takie, no prawie tak, jak drga
gor+ce powietrze latem nad pokrytym blach+ dachem, przepe?z?o przez
wzniesienie i sz?o, sz?o, prosto na nas, tu? obok s?upka, nad drog+
zatrzyma?o si, posta?o z p? sekundy - czy mo?e mi si tak tylko wyda?o - i
poci+gn?o w pole, za krzaki, za zgni?e parkany, tam, na cmentarz starych
samochodw.
Niech ich diabli wezm+, okularnikw! Musieli d?ugo myle, ?eby
wyznaczy drog wprost nad wykopem! A ja te? jestem dobry. Gdzie mia?em
oczy, kiedy zachwyca?em si ich kretysk+ map+?
- Teraz ma?a naprzd - mwi do Kiry?a.
- A co to by?o?
- Diabe? go tam wie! By?o i nie ma, i Bogu dziki. A ty si zamknij,
je?eli ci mog o co prosi. Teraz nie jeste cz?owiekiem, rozumiesz? Teraz
jeste maszyn+, moim sterem...
Tu si tropn+?em, ?e i u mnie chyba zaczyna si s?owny katar.
- Dosy tego - mwi. - Ani s?owa wicej. Krlestwo za jeden ?yk. Do
chrzanu te wszystkie skafandry, tyle wam powiem. Bez skafandra dziki Bogu,
par lat prze?y?em i mam nadziej prze?y drugie tyle, a bez solidnego ?yku
czego mocniejszego w takiej chwili... No, trudno!
Wietrzyk jakby ucich?, nic podejrzanego nie s?ycha, tylko silnik huczy
tak monotonnie, spokojnie. A dooko?a s?once, a dooko?a upa?... odblaski
wiat?a... wszystko jakby sz?o normalnie, s?upki na dole przep?ywaj+ jeden
za drugim. Tender milczy, Kiry? milczy, wyrabiaj+ si ch?opcy, nie martwcie
si, kochani, w Strefie te? mo?na ?y przy odrobinie wprawy. A oto i s?upek
z numerem dwadziecia siedem - ?elazny prt, a na nim czerwone ko?o z dwjk+
i sidemk+. Kiry? spojrza? na mnie, skin+?em mu glow+ i nasz "kalosz"
stan+?.
Wszystko do tej pory to by?o ma?e piwo. Teraz nic, tylko spokj.
pieszy si nie mamy dok+d, wiatru nie ma, widoczno dobra, wszystko jak
na d?oni. Wida wykop, w ktrym Zgnilec znalaz? zas?u?ony spoczynek - co
kolorowego jakby tam le?y, mo?e to jego ?achy. Parszywy by? typ. Panie,
zmi?uj si nad jego grzeszn+ dusz+, chciwy, g?upi, niechlujny, tylko takich
cierwnik Barbridge widzi na kilometr i zgarnia pod swoje skrzyd?a... a w
ogle to Strefa nie pyta, dobry jeste czy zly, i wychodzi na to, ?e trzeba
ci podzikowa, Zgnilec, g?upi by?e, nawet twego prawdziwego imienia nikt
nie pamita, a m+drym ludziom pokaza?e drog... Tak. Oczywicie najlepiej
by?oby teraz dotrze do asfaltu. Asfalt jest rwny, g?adki, wszystko na nim
wida i tam jest ta znajoma szczelina. Tylko ?e bardzo mi si nie podobaj+
te pagreczki! Odyby lecie prosto nad asfaltem, trzeba by przej jak raz
nad nimi. Widzisz je, stoj+, zapraszaj+. Nie, moje drogie, midzy wami ja
nie przejd. Drugie przykazanie stalkera - albo z lewej, albo z prawej musi
by czysto co najmniej na sto krokw. A nad tym lewym pagreczkiem
przelecie mo?na... Co prawda nie wiem, co tam za nim si kryje. Na ich
planie, jak sobie przypominam, niczego nie by?o. Ale kto wierzy planom?
- S?uchaj, Red - szepcze Kiry?. - Mo?e skoczymy, co? Na dwadziecia
metrw w gr, potem od razu w d? i ju? jestemy nad gara?em, no?
- Milcz, durniu - mwi. - Nie przeszkadzaj, sied? cicho.
W gr mu si zachcia?o. A jak ci przysunie tam na wysokoci dwudziestu
metrw? Mokra plama zostanie. Albo nagle objawi si "?ysica" - wtedy nawet
plamy nikt z mikroskopem nie wypatrzy. Och, ci ryzykanci, niecierpliwi+ si,
widzicie, skaka mu si zachcia?o... Jednym s?owem, jak i do pagrka -
wiadomo, a przy nim zatrzymamy si i zobaczymy, co dalej. Wsadzi?em rk do
kieszeni, wyci+gn+lem gar muterek. Pokaza?em je Kiry?owi i mwi:
- Pamitasz bajk o Tomciu Paluchu? Czyta?e j+ w szkole? No to teraz
wszystko bdzie na odwrt. Patrz! - rzuci?em pierwsz+ muterk, niedaleko
rzuci?em, jak nale?y, mniej wicej na dziesi metrw. Muterka polecia?a
normalnie. - Widzia?e?
- No? - mwi.
- Nie "no", tylko pytam, czy widzia?e?
- Widzia?em.
- Teraz najwolniej jak potrafisz, prowad? "kalosz" prosto do muterki i
na dwa kroki przed ni+ zatrzymaj si. Zrozumia?e?
- Zrozumia?em. Szukasz stref wzmo?onej grawitacji?
- Czego trzeba, tego szukam. Poczekaj, rzuc jeszcze jedn+. Patrz,
gdzie upadnie, i oczu z niej wicej nie spuszczaj.
Rzuci?em jeszcze jedn+ mutr. Oczywicie te? polecia?a normalnie i
upad?a obok pierwszej.
- Jedziemy - powiedzia?em.
"Kalosz" ruszy?. Twarz Kiry?a sta?a si spokojna i jasna. Widocznie ju?
zrozumia?. Ci okularnicy wszyscy s+ tacy sami. Dla nich najwa?niejsze -
wymyle nazw. Pki nazwy nie wymyli, a? lito bierze patrze na takiego,
wygl+da jak kto g?upi. no a jak wymyli! Jak+ tam wzmo?on+ grawitacj - od
razu sp?ywa na niego spokj i zaraz l?ej mu ?y na wiecie.
Przelecielimy nad pierwsz+ mutr+, nad drug+ i trzeci+. Tender wzdycha,
przestpuje z nogi na nog i co chwila ziewa ze zdenerwowania, z takim psim
skomleniem - kiepsko si czuje, biedak. Nie szkodzi, to mu tylko na zdrowie
wyjdzie. Pi kilo co najmniej dzisiaj zrzuci, to lepsze od najlepszej
diety... Rzuci?em czwart+ mutr. Jako nie tak polecia?a. Nie umiem
wyt?umaczy, na czym to polega, ale czuj, ?e co tu nie tak, i natychmiast
?aps Kiry?a za rk.
- Stj - powiadam - i ani kroku dalej. A sam wzi+?em pi+t+ i rzuci?em
j+ wy?ej i dalej. Jest zaraza! Oto ona, "?ysica" I Mutra w gr polecia?a
normalnie, w d? te? prawie normalnie, ale w po?owie drogi jakby j+ kto w
bok szarpn+?, i to tak szarpn+?, ?e wbi?a si w glin i znik?a nam z oczu.
- Widzia?e? - pytam szeptem.
- Tylko w kinie widzia?em - mwi Kiry? i tak si wychyli? do przodu, ?e
tylko patrze, jak z "kalosza" wypadnie. - Rzu jeszcze jedn+, co?
Rce mi opad?y. Jedn+? Czy tu jedna wystarczy? Ech, ci uczeni!... No
dobra, rzuci?em jeszcze osiem muterek, pki "?ysicy" nie oznaczy?em.
Uczciwie mwi+c starczy?oby i siedem, ale jedn+ specjalnie dla Kiry?a
rzuci?em, w sam rodek - niech si napatrzy na swoj+ grawitacj. Plasn?a
mutra w glin, jakby to nie by?a mutra tylko stukilowy odwa?nik. Plasn?a i
tylko dziurka w glinie po niej zosta?a. Kiry? a? cmokn+? ze szczcia.
- No dobrze - mwi - zabawilimy si i wystarczy. Teraz patrz. Rzucam
tam, gdzie bdziemy lecie, i nie spuszaj z niej oczu.
Krtko mwi+c objechalimy "?ysic" i znale?limy si nad pagrkiem.
W?aciwie pagrek by? ma?y, jakby kot napaskudzi?, i do dzisiaj w ogle go
nie zauwa?a?em. Tak... Wisimy nad pagrkiem, do asfaltu jak rk+ sign+, ze
dwadziecia krokw. Miejsce czyciutkie, ka?d+ trawk wida, ka?de
pknicie. Wydawa?oby si, o co chodzi? Rzucaj mutr i z Bogiem.
Nie mog rzuci mutry.
Sam nie rozumiem, co si ze mn+ dzieje, ale w ?aden sposb nie mog si
zdecydowa, ?eby j+ rzuci.
- Co z tob+? - pyta Kiry?. - Dlaczego stoimy?
- Poczekaj - mwi. - I zamknij twarz, na mi?o bosk+. Zaraz, myl,
zaraz rzuc muterk, przelecimy sobie spokojnie, jak po male przejdziemy,
nawet trawka nie drgnie - p? minuty i jestemy nad asfaltem... I nagle
spoci?em si jak ruda mysz! A? mi oczy zala?o i ju? wiem, ?adnej mutry tam
nie rzuc. Na lewo, prosz bardzo, choby dwie. Chocia? tamtdy dalej jakie
kamyki wida niezbyt przyjemne, ale tam mog rzuca mutr, a prosto przed
siebie
- za nic. I rzuci?em muterk w lewo. Kiry? nic nie powiedzial,
podprowadzi? "kalosz" do mutry i dopiero wtedy popatrzy? na mnie. Wygl+da?em
chyba paskudnie, bo zaraz odwrci? oczy.
- To nic - mwi do niego - prosta droga nie zawsze prowadzi do celu. -
I rzuci?em na asfalt ostatni+ mutr.
Dalej ju? by?o ?atwiej. Znalaz?em swoj+ szczelin. By?a czyciutka,
?adnym dranstwem nie zaros?a, moja najmilsza, koloru nie zmieni?a. Patrzy?em
na ni+ i promienia?em ze szczcia. I doprowadzi?a nas ta szczelina do bramy
gara?u lepiej ni? wszelkie znaki.
Poleci?em Kiry?owi, ?eby zszed? na wysoko p?tora metra, po?o?y?em
si na brzuchu i zacz+?em patrzy w otwart+ bram gara?u. Na pocz+tku, ze
s?oca, nic nie by?o wida - ciemno cho oko wykol, potem wzrok przywyk? i
widz, ?e w gara?u od tamtego czasu jakby si nic nie zmieni?o. Wywrotka jak
sta?a na kanale, tak stoi, caluteka, bez dziur, bez plamki i na cementowej
pod?odze te? wszystko jak przedtem, pewnie dlatego, ?e w kanale ma?o zebra?o
si "czarciego puddingu" i od tamtej pory ani razu nie wykipia?. Jedno mi
si tylko nie spodoba?o - w samym kocu gara?u, tam gdzie stoj+ kanistry,
co si srebrzy. Poprzednim razem tego nie by?o. No, trudno, srebrzy si, to
si srebrzy, nie bdziemy przecie? z tego powodu wraca! A i srebrzy si,
nie tak, ?eby mocno, tylko odrobink i tak spokojnie, powiedzia?bym, nawet
sympatycznie... Wsta?em, otrzepa?em skafander i rozejrza?em si dooko?a. Tam
na parkingu stoj+ ci?arwki, rzeczywicie jak nowe - od tamtego czasu,
kiedy tu by?em ostatni raz wed?ug mnie zrobi?y si jeszcze nowsze, za to
cysterna zupe?nie biedaczka zardzewia?a, nied?ugo si rozsypie. A tam le?y
opona, ta, ktr+ wida na ich planie...
Nie spodoba?a mi si ta opona. Cie rzuca, jaki taki nienormalny.
S?oce nam wieci w plecy, a cie pada w nasz+ stron. No dobra, do opony
daleko. W?aciwie wygl+da wszystko nie?le, mo?na pracowa. Tylko co si tam
srebrzy? A mo?e mi si tylko zwidzia?o? Teraz warto by zapali, usi+ na
chwil, pomyle spokojnie - dlaczego w?aciwie srebrzy si tylko nad
kanistrami, a dalej ju? si nie srebrzy... dlaczego taki dziwny cie od tej
opony... cierwnik Barbridge co opowiada? o cieniach, co cudacznego, ale
niegro?nego... Z cieniami tu r?nie bywa. Ale co si tam tak srebrzy? No
wypisz, wymaluj, jak pajczyna na drzewach w lesie. Jaki? to paj+k j+
uprz+d?? Och, ani razu jeszcze nie widzialem w Strefie paj+czkw, czy innych
bo?ych krwek. I co najgorsze, "pustak" le?y jak raz tam, dwa kroki od
kanistrw. Powinienem od razu wtedy go zabra, nie mia?bym teraz k?opotw.
Ale to cierwo jest okropnie ci?kie - ud?wign+ go mog?em, ale potem targa
toto na plecach i to jeszcze po nocy, i jeszcze na czworakach... a kto
"pustakw" nigdy nie d?wiga?, niech sprbuje. Rwnie wygodnie mo?na pud wody
nie bez wiader... A wic i, czy co? Goln+?bym sobie teraz... Odwrci?em
si do Tendera i mwi:
- Teraz my z Kiry?em pjdziemy do gara?u. Ty zostaniesz tu jako
kierowca. Steru bez mojego rozkazu nie wa? si tkn+, cokolwiek by si
dzia?o, nawet gdyby ziemia si pod tob+ rozst+pi?a. Je?eli stchrzysz - na
tamtym wiecie ci odnajd.
Powa?nie skin+? mi g?ow+ - za nic, znaczy, nie stchrz. Nos ma jak
pomidor, zdrowo mu przysun+?em... no c?, spuci?em ostro?nie awaryjne liny,
popatrzy?em jeszcze raz na to srebrne migotanie, machn+?em rk+ Kiry?owi i
zacz+?em schodzi. Stan+?em na asfalcie i czekam, pki Kiry? nie zejdzie z
drugiej strony.
- Spokojnie. - mwi - nie spiesz si. Bez zbdnego zamieszania.
Stoimy na asfalcie. "Kalosz" ko?ysze si obok nas, liny szuraj+ pod
stopniami. Tender wychyli? ?eb przez porcze, patrzy na nas, a w oczach ma
rozpacz. Trzeba i. Mwi do Kiry?a:
- Masz i za mn+, krok w krok, dwa kroki z ty?u, patrz mi w plecy i
uwa?aj.
I ruszy?em. Stan+?em w progu, rozejrza?em si. A jednak o ile? ?atwiej
pracowa w dzie ni? w nocy! Pamitam, jak le?a?em na tym samym progu.
Ciemno jak w brzuchu u Murzyna, z kana?u "czarci pudding" wysuwa jzyki,
b?kitne jak p?omyki spirytusu, i jak na z?o niczego nie rozjania,
jeszcze ciemniej si wydaje od tych jzykw. A teraz - ?y nie umiera! Oczy
przywyk?e do mroku, wszystko jak na d?oni, nawet kurz wida w
najciemniejszych k+tach. I rzeczywicie co tam b?yszczy, jakie srebrzyste
nici ci+gn+ si od kanistrw do sufitu - bardzo podobne do pajczyny. Mo?e
to zreszt+ pajczyna, ale lepiej si trzyma od niej z daleka. I wtedy
sknoci?em spraw. Powinienem Kiry?a postawi obok siebie, poczeka a? jego
oczy przywykn+ do ciemnoci i pokaza mu t pajczyn, palcem pokaza. A ja
przywyk?em pracowa samotnie - sam ju? oswoi?em si z mrokiem, a o Kiryle
nie pomyla?em. Przekroczy?em prg i prosto do kanistrw. Przykucn+?em nad
"pustakiem", pajczyny na nim jakby nie wida. Wzi+?em za jeden koniec i
mwi do Kiry?a:
- Bierz, tylko nie upu, ci?ki jak cholera. Podnios?em oczy i a? mi
dech zapar?o - s?owa nie mog wydusi. Chc krzykn+: stj, ani kroku! - i
nie mog. Chyba zreszt+ i tak bym nie zd+?y?, zbyt szybko to wszystko
posz?o. Kiry? przeskakuje przez "pustaka", odwraca si ty?em do kanistrw i
ca?ymi plecami w te srebrne nici. Ja tylko oczy zamkn+?em. Wszystko we mnie
zamar?o, nic nie s?ysz, s?ysz tylko, jak rwie si ta pajczyna. Z takim
s?abym cichym trzaskiem, jakby pka?a zwyczajna pajczyna, tylko oczywicie
g?oniej. Siedz w kucki z zamknitymi oczami, ani r+k, ani ng nie czuj, a
Kiry? mwi:
- No co, bierzemy go?
- Bierzemy - mwi.
Podnielimy "pustaka" i niesiemy do wyjcia, bokiem idziemy. Ci?kie
cierwo, nawet we dwch nie?atwo go targa. Wyszlimy na s?oneczko i stoimy
przy "kaloszu". Tender ju? do nas ?apy wyci+ga.
- No - mwi Kiry? - raz, dwa...
- Nie - mwi - poczekaj. Na pocz+tek go postawimy. Postawilimy.
- Odwr si - mwi - plecami. Odwrci? si bez s?owa. Ja patrz - na
plecach nic nie ma. Z tej i z tamtej strony go ogl+dam - nic nie widz.
Wtedy odwracam si i patrz na kanistry. Tam te? niczego nie ma.
- S?uchaj - mwi do Kiry?a, ale patrz ci+gle na kanistry. - Widzia?e
t pajczyn?
- Jak+ pajczyn? Gdzie?
- Dobra - mwi. - ?ebymy tylko zdrowi byli. A sam myl: to si
dopiero oka?e.
- No co - mwi. - ?adujemy?
W?adowalimy "pustaka" do "kalosza", postawilimy go na sztorc, ?eby
si nie turla?, stoi teraz sobie jak anio?eczek, czyciutki, nowiutki, w
miedzi s?oneczko si odbija i niebieskawe pasma mglicie be?taj+ si midzy
dyskami. I teraz wida, ?e to nie "pustak", a co w rodzaju naczynia,
szklanego s?oika z niebieskim syropem. Podziwialimy go przez chwil, potem
wdrapalimy si do "kalosza" i bez zbdnych s?w - w powrotn+ drog.
Dobrze tym uczonym! Po pierwsze, pracuj+ w dzie. A po drugie, ci?ko
im tylko wtedy, kiedy id+ do Strefy, a ze Strefy "kalosz" sam wraca - jest
na nim zainstalowana taka aparatura, kursograf, czy jak mu tam, ktry
prowadzi "kalosz" dok?adnie tym samym kursem, jakim szed? poprzednio.
P?yniemy z powrotem i powtarzamy wszystkie manewry, przystajemy, powisimy
chwil
- i dalej nad wszystkimi moimi mutrami przechodzimy, moglibymy zbiera
je z powrotem do woreczka.
Moi ch?opcy oczywicie od razu odzyskali humor. Krc+ g?owami na ca?y
regulator, prawie wszystek strach z nich wyparowa? - zosta?a tylko ciekawo
i rado, ?e wszystko tak dobrze si skoczy?o. Zaczli gada. Tender macha
rkami i grozi, ?e jak tylko zje obiad, natychmiast wraca do Strefy znakowa
drog do gara?u, a Kiry? wzi+? mnie za rkaw i zacz+? mi co opowiada o tej
swojej wzmo?onej grawitacji, to znaczy o "?ysicy". No, nie od razu co
prawda, ale jednak ich usadzi?em. Tak spokojniutko opowiedzia?em im, ilu
idiotw skoczy?o fatalnie w powrotnej drodze na skutek w?asnej g?upoty.
Milczcie, mwi, i uwa?nie rozgl+dajcie si dooko?a, bo inaczej stanie si z
wami to, co si sta?o z Lyndonem - Kruszynk+. Poskutkowa?o. Mawet, nie
zapytali, co si w?aciwie sta?o z Lyndonem - Kruszynk+. P?yniemy w ciszy, a
ja myl tylko o jednym: jak bd odkrca manierk, na r?ne sposoby
wyobra?am sobie pierwszy ?yk, a przed oczyma coraz to mi b?yska srebrna
p+jczynka. Krtko mwi+c, wydostalimy si ze Strefy, zapdzili nas razem z
"kaloszem" do odwszalni, czyli, wyra?aj+c si naukowym jzykiem, do hangaru
sanitarnego. Szorowali nas do upojenia, napromieniowywali jakim
paskudztwem, obsypywali czym i znowu p?ukali, potem wysuszyli i
powiedzieli: jestecie wolni, koledzy! Tender z Kiry?em wytaszczyli
"pustaka". Zlecia?y si nieprzebrane t?umy, ?eby si napatrze, i co
charakterystyczne - wszyscy tylko patrz+, wydaj+ z siebie entuzjastyczne
okrzyki, ale ?eby pomc zmczonym ludziom d?wiga - na to nie by?o
odwa?nych... Dobra, mnie to wszystko nie obchodzi. Mnie ju? teraz nic nie
obchodzi...
ci+gn+?em z siebie skafander, rzuci?em na pod?og - sier?anci sprz+tn+
- a sam prosto pod prysznic, bo ca?y mokry by?em od stp do g?w. Zamkn+?em
si w kabinie, wyci+gn+?em manierk, odkrci?em i przyssa?em si do niej jak
pijawka. Siedz na ?aweczce, w kolanach mikko, w g?owie pusto i ci+gn
gorza?k. Jak wod. ?yj. Zlitowa?a si Strefa. Wypuci?a, wied?ma. Zaraza
najmilsza. Pod?a. ?yj. Te ??todzioby nigdy tego nie zrozumiej+, nikt prcz
stalkera tego nie zrozumie. I ?zy sp?ywaj+ mi po twarzy ni to od wody, ni to
sam nie wiem od czego. Wydoi?em manierk do dna, sam jestem mokry, a
manierka sucha. Oczywicie jak zwykle zabrak?o jeszcze jednego ostatniego
?yczka. To nic, to jest do naprawienia. Teraz wszystko jest do naprawienia.
?yj. Zapali?em papierosa, siedz. Czuj, jak powoli si uspokajam.
Przypomnia?em sobie o premii. W naszym instytucie zorganizowano to na sto
dwa. Choby w tej chwili mog i po swoj+ kopert. A mo?e sami przynios+,
prosto tutaj.
Powolutku zacz+?em si rozbiera. Zdj+?em zegarek, patrz: bylimy w
Strefie pi godzin z minutami, moi pastwo! Pi godzin. A? mi si s?abo
zrobi?o. Koledzy, w Strefie czas nie istnieje. Pi godzin... A w?aciwie,
je?eli si dobrze zastanowi, to co to jest dla stalkera pi godzin? nawet
mwi nie warto. A dwanacie godzin nie ?aska? A dwie doby nie ?aska? Nie
zd+?y?e przez noc, le?ysz ca?y dzie w Strefie z mord+ przy ziemi i nawet
ju? si nie modlisz, tylko majaczysz i sam nie wiesz, ?yjesz jeszcze czy ju?
jeste trupem. A nastpnej nocy zrobisz co do ciebie nale?y, jeste z
towarem na granicy, a tam czekaj+ patrole z karabinami maszynowymi, cierwa,
ktre ci nienawidz+, wcale nie chc+ cl aresztowa, to dla nich ?aden
interes, boj+ si miertelnie, ?e jeste ska?ony, chc+ ci za wszelk+ cen
rozwali i maj+ wszystkie atuty, mo?esz potem d?ugo udowadnia, ?e ci
bezprawnie zastrzelili. A to znaczy, ?e znowu z mord+ przy ziemi modlisz si
do witu, a potem do zmierzchu, a towar le?y obok ciebie i nawet nie wiesz,
czy zwyczajnie sobie le?y, czy ci powoli zabija. Albo jak Kosmaty Icchok -
utkn+? o wicie w pustym polu miedzy dwoma wykopami - ani w prawo, ani w
lewo. Dwie godziny udawa? nieboszczyka. Bogu dziki uwierzyli i wreszcie
zostawili go w spokoju. Widzia?em Icchoka potem, nie ten sam cz?owiek, nawet
go nie pozna?em...
Wytar?em ?zy i puci?em wod. My?em si d?ugo. Gor+c+, potem zimn+,
potem znowu gor+c+. Ca?y kawa? myd?a wymydli?em. W kocu mi zbrzyd?o.
Zamkn+?em prysznic, i s?ysz - kto si dobija do drzwi i g?osem Kiry?a
wrzeszczy weso?o:
- Ej, stalker, wy?a?! Forsa ante portas! O forsie zawsze mi?o s?ysze.
Otworzy?em drzwi, Kiry? stoi go?y, w samych k+pielwkach, weso?y, bez ladu
melancholii i podaje mi kopert.
- Trzymaj - mwi - to od wdzicznej ludzkoci.
- Kicham na twoj+ ludzko! Ile tu jest?
- W drodze wyj+tku, za bohatersk+ postaw w obliczu niebezpieczestwa -
dwie pensje!
Tak. Mo?na wytrzyma. Gdyby mi tu za ka?dego "pustaka" p?acili po dwie
pensje, dawno pos?a?bym Ernesta do wszystkich diab?w.
- No i co, jeste zadowolony? - pyta Kiry?, a promienieje janiej
s?oca.
- Owszem - mwi. - A ty? Kir nie odpowiedzia?. Obj+? mnie za szyj,
przycisn+? do swojej spoconej piersi, odepchn+? i znikn+? w swojej kabinie.
- Ej! - krzycz za Kiry?em. - A co z Tenderem? Gacie pierze?
- Chyba ?artujesz! Tendera opadli korespondenci. ?eby zobaczy?, jaki
jest nadty... Teraz im kompetentnie referuje...
- Jak - powiadam - referuje?
- Kompetentnie.
- Dobra - mwi - sir. nastpnym razem zaopatrz si w s?ownik wyrazw
obcych, sir. - I w tym momencie jakby mnie pr+d porazi?. - Poczekaj. Kiry?
- mwi. - Wyjd? no na chwil.
- Kiedy jestem ju? go?y odpowiada.
- Nie szkodzi, nie jestem bab+.
No wic wyszed?. Wzi+?em go za ramiona, odwrci?em plecami, do siebie,
nie, przywidzia?o mi si. Plecy ma czyste. Tylko zaschnite stru?ki potu, a
skra jak skra.
- Czego ty chcesz od moich plecw? - pyta Kiry?. Da?em mu lekkiego
kopniaka, uciek?em do swojej kabiny, zamkn+?em si. Nerwy, cholera by je
wzi?a. Tam mi si zwidywa?o, tu mi si zwiduje... Miech to jasny piorun
spali!... Spij si dzisiaj jak winia, nie?le by?oby oskuba Richarda. To
jest myli gra, cierwo, jak stary... Z najlepsz+ kart+ nic mu nie mo?na
zrobi. Ju? nawet karty znaczy?em i na inne r?ne sposoby prbowa?em, no i
ucho...
- Kiry?! - krzycz. - Bdziesz dzisiaj w "Barge"
- Nie w "Barge", a w "Barszczu", ile razy mam ci powtarza?
- Przesta! napisane jest "Barge", to ma by "Barge". Lepiej nie
wprowadzaj u nas swoich porz+dkw. Wic przyjdziesz, czy nie? nie?le by?oby
ogra Richarda...
- Och, nie wiem. Red, jak to bdzie. Ty przecie? nie masz najmniejszego
pojcia, comy przywie?li...
- A ty masz pojcie?
- Te? nie mam. Co prawda, to prawda. Ale teraz po pierwsze, wiadomo, do
czego te "pustaki" s?u?y?y. A po drugie, jeli potwierdzi si jedna moja
teoria... napisz artyku? i powic go tobie osobicie - Redowi
Shoehartowi, honorowemu stalkerowi, z wyrazami wdzicznoci i uwielbienia.
- I wtedy mnie wsadz+ do pud?a. Minimum dwa lata.
- Za to wejdziesz do historii nauki. T sztuczk tak w?anie nazwiemy:
"puszka Shoeharta". To brzmi dumnie, prawda?
Tak sobie gadalimy, a ja si tymczasem ubra?em, wsadzi?em pust+
manierk do kieszeni, przeliczy?em gotwk i poszed?em sobie.
- Wszystkiego najlepszego, nadziejo wiatowej nauki...
Nie odpowiedzia?. Bardzo g?ono szumia?a woda. Patrz, a w korytarzu
pan Tender we w?asnej postaci, czerwony i nadty niczym ropucha. Wok? niego
- t?umy, i pracownicy, i korespondenci, i nawet dwaj sier?anci si
przypl+tali (prosto z obiadu, jeszcze w zbach d?ubi+), a Tender nic, tylko
gada. "Ta technika, ktr+ dysponujemy - truje - daje prawie stuprocentow+
gwarancj bezpieczestwa i osi+gnicia zaplanowanych rezultatw..." W tym
momencie zobaczy? mnie i nieco przywi+d? - umiecha si macha do mnie rk+.
No, myl, trzeba wia. Wystartowa?em, ale niestety za p?no. S?ysz, goni+
mnie.
- Panie Shoehart! Panie Shoehart! Dwa s?owa o gara?u!
- Odmawiam komentarza - mwi i przechodz w k?us. Ale diab?a tam
uciekniesz przed nimi. Jeden z mikrofonem zabiega drog z lewej, drugi z
aparatem fotograficznym - z prawej.
- Dos?ownie jedno zdanie! Czy zauwa?y? pan w gara?u co niezwyk?ego?
- Nie mam nic do powiedzenia! - mwi i staram si k?usowa plecami do
obiektywu. - Gara? jak gara?...
- Dzikuj panu. Co pan s+dzi o turboplatformach?
- S+ cudowne - mwi i ostro?nie przymierzam si do toalety.
- Co pan myli o celach L+dowania?
- Miech si pan zwrci do uczonych - mwi i ju? jestem za drzwiami.
Pukaj+. Wtedy mwi przez drzwi:
- Dobrze panom radz, zapytajcie pana Tendera, dlaczego ma nos jak
pomidor. Pan Tender milczy z wrodzonej skromnoci, a to by?a nasza
najwspanialsza przygoda.
Ale? zrobili stumetrwk korytarzem! Z?oty medal gwarantowany. Jak Boga
kocham. Poczeka?em minut - cicho. Wyjrza?em - nie ma nikogo. No i poszed?em
sobie, pogwizduj+c. Zszed?em do portierni, pokaza?em tyczkowatemu
przepustk, patrz, a on mi salutuje. Jako bohaterowi dnia, rzecz jasna.
- Spocznij - mwi. - Jestem z was zadowolony, sier?ancie.
Wyszczerzy? zby, jakby mu sam genera? po?yczy? stw.
- Brawo, Rudy - mwi. - Jestem dumny - mwi - ?e mam takich znajomych.
- Co - mwi - bdziesz teraz mia? o czym opowiada dziewczynom w
swojej Szwecji?
- Pytanie! - mwi. - ?adna mi si nie oprze! Jak si mu przyjrze, to
zupe?nie przyzwoity ch?opak. Jeli mam by szczery, nie lubi takich
rumianych i ros?ych facetw. Dziewczyny lataj+ za nimi jak wciek?e,
w?aciwie dlaczego? nie o wzrost przecie? chodzi. S?oce wieci, na ulicy
bezludnie. I nagle zapragn+?em teraz, natychmiast, zobaczy Gut. Po prostu.
Popatrze na ni+, potrzyma za rk. Po Strefie tylko to jedno pozostaje
cz?owiekowi - potrzyma dziewczyn za rk. Szczeglnie kiedy sobie
przypomn te wszystkie plotki o dzieciach stalkerw - te dzieci wygl+daj+...
Tak, co tu myle o Gucie, teraz na pocz+tek przyda?aby si butelka czego
mocniejszego, i to jako program minimum, a dalej si zobaczy. Min+?em
parking i ju? niedaleko granica Strefy. Stoj+ dwa samochody patrolowe. Stoj+
w ca?ej swej krasie, ??te, roz?o?yste, z reflektorami i karabinami
maszynowymi, dranie, no i rzecz jasna obok bohaterowie w b?kitnych he?mach,
ca?+ ulic zakorkowali, przepchn+ si nie mo?na. Id, oczy spuci?em,
lepiej, ?ebym teraz ich nie widzia?, lepiej, ?ebym w ogle na nich nie
patrzy?, zw?aszcza w dzie - s+ tam midzy nimi dwa, trzy typki i boj si,
?e mi si teraz napatocz+, straszna chryja wyniknie, jeli mi si napatocz+.
Mieli szczcie, przysigam na Boga, ?e Kiry? mnie ci+gn+? do instytutu, bo
tych drani wtedy w?anie szuka?em i rka by mi nie zadr?a?a.
Przedzieram si przez ten t?um bokiem, ju? si prawie przedar?em, kiedy
nagle s?ysz: "Ej, stalker!" No, mnie to nie dotyczy, id sobie dalej,
wyci+gam z paczki papierosa. Kto mnie dogania z ty?u i ?apie za rkaw.
Strzasn+?em t rk z siebie, odwracam g?ow i bardzo grzecznie pytam: - Po
kiego diab?a pan si czepiasz?
- Poczekaj, stalker - mwi tamten. - Dwa pytania.
Podnios?em oczy - kapitan Quarterblood. Stary znajomy. Wysech? na wir,
z??k?.
- A - mwi - wszystkiego najlepszego, panie kapitanie. Jak tam
w+troba?
- Ty mnie nie zagaduj - mwi kapitan gniewnie i widruje mnie
spojrzeniem na wylot. - Lepiej mi powiedz, dlaczego nie zatrzymujesz si,
kiedy ci wo?aj+?
I ju? dwa b?kitne he?my stoj+ za jego plecami, ?apy na kaburach, oczu
nie wida tylko szczki chodz+ pod he?mami. I gdzie w tej ich Kanadzie
takich wygrzebuj+? Na zarybek ich do nas przysy?aj+, czy co? W dzie w ogle
si nie boj patroli, ale zrewidowa kanalie mog+, a to mi bardzo nie na
rk w tej chwili.
- A czy to mnie pan wola?, panie kapitanie? - mwi. - S?ysza?em, ?e
jakiego stalkera.
- A ty, jak si okazuje, ju? nie jeste stalkerem?
- Od czasu, jak z paskiej lekkiej rki odsiedzia?em swoje - skoczy?em
z tym. Na amen. Dziki panu, panie kapitanie, otworzy?y mi si wtedy oczy.
Gdyby nie pan...
- Co robi?e ko?o Strefy?
- Jak to co? Przecie? pracuj w instytucie. Ju? ze dwa lata.
I ?eby zakoczy t niemi?+ rozmow, wyjmuj swoj+ legitymacj i
okazuj j+ kapitanowi. Quarterblood wzi+? moj+ legitymacj, przekartkowa?,
ka?dy stempelek, ka?d+ stroniczk dos?ownie obw+cha?, omal nie obliza?.
Zwraca mi legitymacj, zadowolony niewypowiedzianie, oczy mu p?on+, nawet
por?owia?.
- Przepraszam ci - mwi - Shoehart. Tego si nie spodziewa?em. To
znaczy, ?e nienadaremnie s?ucha?e moich rad. No c?, bardzo si ciesz.
Chcesz, mo?esz mi wierzy lub nie, ale ju? wtedy przypuszcza?em, ?e jeszcze
bd+ z ciebie ludzie. Nie mog?em dopuci do siebie myli, ?e taki ch?opak
jak ty...
I zacz?o si. No, myl sobie, wyleczy?em jeszcze jednego melancholika
na swoje nieszczcie, a sam oczywicie s?ucham, oczy spuci?em, potakuj,
rozk?adam rce i nawet, o ile pamitam, tak niemia?o, noskiem buta rysuj
esy floresy na trotuarze. Bojwkarze za plecami kapitana pos?uchali czas
jaki, zemdli?o ich wida, bo patrz, pomaszerowali w weselsze miejsce. A
kapitan teraz mi o radosnych perspektywach opowiada - nauka to wielka rzecz,
na nauk, okazuje si, nigdy nie jest za p?no. Pan Bg powiada, lubi i ceni
uczciw+ prac
- no i w ogle drtwa mowa w najlepszym gatunku, ta sama, ktr+ nas co
niedziela raczy? w wizieniu nasz ojciec duchowny. A ja mam tak+ ochot
wypi, ?e a? mnie skrca. To nic, myl. Red, to nic, bracie, i to te?
musisz znie. Cierp, Red, tak trzeba! D?ugo on tego tempa nie wytrzyma, ju?
dosta? zadyszki... wtedy na moje szczcie zacz+? tr+bi jeden z samochodw
patrolowych. Kapitan Quarterblood obejrza? si, odkaszln+? z niezadowoleniem
i wyci+ga do mnie rk.
- No c? - mwi - ciesz si, ?e pozna?em uczciwego cz?owieka. Reda
Shoeharta. Z przyjemnoci+ wypi?bym z tob+ butelczyn na cze naszej nowej
znajomoci. Wdki wprawdzie nie mog pi, lekarz mi zakaza?, ale na piwo
chtnie bym z tob+ poszed?. Tylko sam widzisz - s?u?ba! Ale nic straconego -
mwi - na pewno si jeszcze spotkamy.
Nie daj Bo?e, myl. Ale rk mu ciskam, nadal si czerwieni i szuram
n?k+ - wszystko jak pan kapitan lubi. Potem Quarterblood poszed? sobie
nareszcie, a ja lotem strza?y do "Barge".
W "Barge" o tej porze jest pusto. Ernest stoi za lad+ baru, przeciera
kieliszki i ogl+da je pod wiat?o. To zdumiewaj+ce, nawiasem mwi+c,
zjawisko - gdzie i kiedy by nie przyszed?, wiecznie ci barmani przecieraj+
kieliszki, jakby akurat od tego zale?a?o zbawienie ich duszy. Tak w?anie
bdzie sta? choby ca?y dzie - we?mie kieliszek, przymr?y oczy, spojrzy
pod wiat?o, chuchnie na szk?o i zaczyna trze. Wyciera, wyciera, znowu
spojrzy, tym razem dla odmiany od spodu, i znowu...
- Cze Ernie! - mwi. - Nie mcz go d?u?ej, bo przetrzesz na wylot!
Spojrza? na mnie przez kieliszek, wymamrota? co g?osem brzuchomwcy i
bez zbdnych s?w nala? mi na cztery palce. Wdrapa?em si na sto?ek
poci+gn+?em, zmru?y?em oczy, potrz+sn+?em g?ow+ i powtrzy?em zabieg. Mruczy
lodwka, szafa graj+c+ trilka cichutko. Ernest posapuje w kolejny kieliszek
- cisza, spokj... Dopi?em, postawi?em szklaneczk na ladzie i Ernest w
mgnieniu oka nalewa mi ponownie.
- Ho co, ju? cl lepiej? - burczy. - Przyszed?e do siebie?
- Ty lepiej pilnuj swoich kieliszkw - mwi. - A wiesz by? jeden taki,
te? tak tar?, tar? i wywo?a? z?ego ducha. Potem ?y? sobie jak p+czek w
male.
- Zna?e go? - pyta Ernie z niedowierzaniem.
- A by? tu jeden taki barman - opowiadam. - Jeszcze przed tob+.
- No i co?
- Ano nic. Jak mylisz, dlaczego oni tu przylecieli? Wszystko dlatego,
?e tamten bez przerwy tar? i tar?... Jak s+dzisz, kto do nas przylecia??
- A id? ty - mwi Ernie z uznaniem.
Potem poszed? do kuchni i wrci? z talerzem - przynis? opiekane
parwki.
Postawi? przede mn+ talerz, podsun+? keczup, a sam ponownie zabra? si
do kieliszkw.
Ernest zna si na swojej robocie. Ma bezb?dne wyczucie, od razu widzi,
?e stalker wrci? ze Strefy, ?e towar bdzie i Ernie wie, czego stalkerowi w
takiej chwili potrzeba. To swj ch?op ten Ernie! Dobroczyca.
Zjad?em parwki, zapali?em i zacz+?em oblicza, ile te? Ernie na nas
zarabia. Jakie ceny p?ac+ za towar w Europie tego nie wiem, ale tak k+tem
ucha s?ysza?em, ?e na przyk?ad za "pustaka" daj+ tam oko?o dwa i p?
tysi+ca, a Ernie p?aci wszystkiego czterysta. Za "bateryjk" mo?na tam
wyci+gn+ co najmniej setk, a my dostajemy w najlepszym razie dwie dychy.
Da pewno z ca?+ reszt+ sprawa wygl+da podobnie. Co prawda przeszmuglowanie
towaru do Europy rwnie? co nieco musi kosztowa. Temu w ?ap, tamtemu w
?ap, komendant stacji te? jest na pewno na ich utrzymaniu... Tak ?e jeli
si zastanowi, Ernest nie tak wiele wyci+ga - oko?o pidziesiciu procent,
nie wicej, je?eli wpadnie, to dziesi lat katorgi ma jak w banku...
W tym momencie moje bogobojne rozwa?ania przerywa jaki ugrzeczniony
typek, nawet nie us?ysza?em, kiedy wszed?. Wykwit? obok mojego prawego
?okcia i pyta:
- Czy mo?na?
- Co za pytanie! - mwi. - Oczywicie!
Taki niedu?y, szczuplutki, z zadartym noskiem i w czarnej muszce.
Jakbym go gdzie widzia?, ale gdzie - pojcia nie mam. W?azi na sto?ek obok
mnie i mwi do Ernesta:
- Poprosz whisky! - I od razu do mnie:
- Przepraszam, ale my si chyba znamy. Pan pracuje w Instytucie
Midzynarodowym, prawda?
- Tak - mwi - A pan?
Typek zrcznie wyci+ga z kieszeni wizytwk i k?adzie przede mn+.
Czytam: "Alois Machno, agent Biura Emigracyjnego". Oczywicie, ?e go znam.
Czepia si ludzi, ?eby wyje?d?ali z miasta. Widzicie ich, nas i tak ledwie
po?owa zosta?a w Harmont, a oni chc+, ?ebymy wszyscy si wynieli.
Odsun+?em wizytwk paznokciem.
- Nie - mwi - serdeczne dziki. To nie dla mnie. Marz, wie pan, ?eby
moje koci spocz?y w ojczystej ziemi.
- A dlaczego? - pyta z o?ywieniem. - Prosz mi wybaczy niedyskrecj,
ale co pana tu trzyma?
Ju? si rozpdzi?em, ?eby mu powiedzie, co mnie tu trzyma.
- G?upie pytanie! - odpowiadam. S?odkie wspomnienia dziecistwa.
Pierwszy poca?unek w miejskim parku. Tatu, mamusia. Jak pierwszy raz
ur?n+?em si w trupa w tym oto barze. Drogi sercu komisariat policji... - Tu
wyjmuj z kieszeni zasmarkan+ chusteczk i ocieram oczy - nie - mwi. - Za
nic!
Alois pomia? si, wypi? ?yczek whisky i z zadum+ powiada:
- Nie mog zrozumie was, mieszkacw Harmont. ?ycie w miecie jest
bardzo ci?kie. W?adza nale?y do armii. Zaopatrzenie paskudne. Pod bokiem
Strefa, ?yjecie jak na wulkanie. W ka?dej chwili mo?e wybuchn+ epidemia
albo co jeszcze gorszego. Jeszcze rozumiem starszych ludzi. Na stare lata
trudno si ruszy z miejsca. Ale pan... Ile pan ma lat? Dwadziecia dwa,
dwadziecia trzy, nie wicej... niech?e pan zrozumie, ?e nasze biuro jest
organizacj+ filantropijn+, nasza dzia?alno nie przynosi nam ?adnego zysku.
Po prostu chcemy, ?eby ludzie opucili to przeklte miasto i zaczli ?y
normalnie. Przecie? dajemy pewn+ sum na pocz+tek, zapewniamy prac na nowym
miejscu... m?odym, takim jak pan, umo?liwiamy nauk... Nie, nie rozumiem!
- A co? - pytam - nikt nie chce wyje?d?a?
- Nie tak znowu, ?eby nikt... niektrzy daj+ si namwi, zw?aszcza
je?eli moj+ rodziny. Ale m?odzie? i starcy... No co was trzyma w Harmont? To
przecie? dziura, prowincja...
Teraz pokazalem mu na co mnie sta.
- Panie Machnol - mwi. - Ma pan wit+ racj. Nasze miasteczko to
dziura. Zawsze dziur+ by?o i dziur+ pozosta?o. Tylko ?e obecnie - mwi - to
dziura w przysz?o. Przez t dziur my napompujemy wasz parszywy wiat
takimi rzeczami, ?e wszystko si zmieni. ?ycie stanie si inne, lepsze, i
ka?dy bdzie mia? wszystko, czego mu trzeba. Podoba si panu taka dziura?
Przez t dziur p?ynie wiedza. A kiedy ju? bdziemy wiedzieli, co nale?y i
wszyscy bd+ bogaci, polecimy do gwiazd i gdzie tylko zechcemy. Teraz ju?
pan wie, co to za dziura...
W tym momencie przerwa?em, poniewa? zauwa?y?em, ?e Ernest patrzy na
mnie z ogromnym zdumieniem, i zrobi?o mi si g?upio. W ogle nie lubi
powtarza cudzych s?w, nawet je?eli dajmy na to podobaj+ mi si. Tym
bardziej, ?e wychodzi mi to jako kolawo. Kiedy opowiada Kiry?, cz?owiek
s?ucha z otwart+ gb+. A ja niby mwi to samo, a efekt jest zupe?nie inny.
Mo?e dlatego, ?e Kiry? nigdy Ernestowi na lad towaru nie wyk?ada?. No i
dobrze...
Tu mj Ernest po?apa? si i szybko nala? mi tak na sze palcw od razu
- opamitaj si ch?opcze, co si z tob+ dzisiaj dzieje? A ostronosy pan
Machno znowu delikatnie poci+gn+? swoj+ whisky i mwi:
- Tak, oczywicie... Wieczne akumulatory, "b?kitne panaceum"... Ale
czy pan naprawd wierzy, ?e stanie si tak, jak pan powiedzia??
- To nie paski interes, w co ja wierz naprawd a w co na niby
- mwi. - Mwi?em panu o mieszkacach miasta. A o sobie powiem tak:
czego ja mam szuka w tej waszej Europie? Waszej miertelnej nudy? Ca?y
dzie mam ora jak g?upi, a wieczorem patrze w telewizor?
- No, niekoniecznie trzeba zaraz do Europy...
- A tam - mwi - wszdzie to samo, a na Antarktydzie jeszcze w dodatku
zimno.
I co najdziwniejsze: mwi?em do niego i ze wszystkich si? wierzy?em w
to, co mwi. I nasza Strefa, wied?ma przeklta, zaraza morowa, w tym
momencie by?a mi sto razy milsza ni? ich wszystkie Europy i Afryki. A
przecie? nawet jeszcze nie by?em pijany, po prostu wyobrazi?em sobie przez
sekund, jak wracam z pracy doszcztnie wypompowany, w t?umie podobnych mi
kretynw, jak w tym ich metro gniot+ mnie, depcz+ mi po nogach, jak mi
wszystko obrzyd?o i jak ju? nic mi si nie chce.
- A co pan na to? - zwraca si ostronosy do Ernesta.
- Ja mam swj byznes - wyniole odpowiada Brnie. - nie jestem byle kim!
Ja wszystkie swoje pieni+dze w?o?y?em w ten bar. Do mnie czasami nawet sam
komendant zagl+da, genera?, jasne? Z jakiej racji mam st+d wyje?d?a?
Pan Alois Machno zacz+? mu co wyjania przy pomocy liczb, ale ja ju?
nie s?ucha?em. Goln+?em sobie zdrowo, wygrzeba?em z kieszeni gar bilonu,
zlaz?em ze sto?ka i na pocz+tek uruchomi?em na ca?y regulator graj+c+ szaf.
Jest tam taka jedna piosenka "Nie wracaj, je?eli nie jeste pewien". Bardzo
dobrze na mnie wp?ywa po Strefie... No wic szafa grzmi i zawodzi, a ja
zabra?em swoj+ szklaneczk i poszed?em w k+t, wyrwna stare rachunki z
"jednorkim bandyt+", no i czas jak ptak polecia?... Przepuszczam ostatni
bilon, a tu pojawiaj+ si pod gocinnym dachem baru Richard Nunnun z
Szuwaksem. Szuwaks ju? chodzi na rzsach, przewraca oczami i szuka, komu by
da w mord. A Richard Nunnun czule trzyma go pod rami i odwraca jego uwag
dowcipami. Pikna para! Szuwaks, ch?op jak byk, czarny jak noc, kdzierzawy,
?apy do kolan, a Dick maleki, za?ywny i r?owy, wcielenie bogobojnoci,
brak mu tylko aureoli.
- O! - krzyczy Dick na mj widok. - I Red tu jestl Chod? do nas. Red!
- S?usznie! - ryczy Szuwaks. - W ca?ym tym miecie jest tylko dwch
ludzi: Red i ja! Wszyscy inni to wieprze, dzieci szatana. Red! Ty te?
s?u?ysz szatanowi, ale jednak jeste cz?owiekiem...
Podchodz do nich ze swoja szklank+. Szuwaks ?apie mnie za kurtk,
sadza przy stoliku i mwi:
- Siadaj, Rudy! Siadaj, s?ugo szatana! Kocham ci. Bdziemy op?akiwa
grzechy ludzkoci. Gorzko op?akiwa!
- Zap?aczemy - mwi. - ?ykniemy sobie grzesznych ?ez.
- Zaprawd powiadam wam - prorokuje Szuwaks. - Zaprawd osiod?any ju?
jest ko blady, a je?dziec jego ju? trzyma nog na strzemieniu. I daremne s+
mod?y tych, co si zaprzedali szatanowi. Ostan+ si tylko ci, ktrzy wydali
mu wojn. Wy, synowie cz?owieczy, skuszeni przez szatana, szataskimi
igraj+cy cackami, szataskich skarbw z?aknieni - do was mwi, o lepi!
Opamitajcie si, bydlaki, pki czas! Podepczcie b?yskotki szataskie! - Tu
zamilk? nagle, jakby zapomnia?, co ma by dalej. - A czy mi tu dadz+
wreszcie czego do picia? - zapyta? nagle zupe?nie innym g?osem. - Cudzie ja
w?aciwie jestem?... Wiesz, Rudy, znowu mnie pogonili z roboty. Od
agitatorw mnie wyzwali. Ja im t?umacz - opamitajcie si lepcy, sami
lecicie w przepa i innych lepcw ci+gnicie za sob+! miej+ si. No wic
da?em w mord kierownikowi i poszed?em sobie. Teraz mnie posadz+. I za co?
Wrci? Dick, postawi? na stoliku butelk.
- Dzisiaj ja p?ac! - krzykn+?em do Ernesta. Dick spojrza? na mnie
zezem.
- Wszystko legalnie - mwi. - Bdziemy moj+ premi przepija.
- Bylicie w Strefie? - pyta Dick. - Przynielicie co ciekawego?
- Pe?nego "pustaka" - mwi. - Z?o?ylimy go na o?tarzu nauki, nalejesz
nam wreszcie, czy nie?
- "Pustaka" - buczy z gorycz+ Szuwaks. - Dla jakiego "pustaka"
ryzykowa?e ?yciem! Uszed?e z ?yciem, ale przez ciebie pojawi? si na
wiecie jeszcze jeden diabelski przedmiot... A sk+d mo?esz wiedzie. Rudy,
ile grzechw i nieszcz...
- Przymknij si. Szuwaks - mwi do niego surowo. - Pij i raduj si, ?e
wrci?em ?ywy. Za mj fart, ch?opcy!
Dobrze nam si pi?o za mj fart. Szuwaks ca?kiem si rozklei?, siedzi i
p?acze, z oczu mu kapie jak z zepsutego kranu. To nic, znam go dobrze. Musi
przej przez takie stadium - zalewa si ?zami i wrzeszczy, ?e Strefa to
dzie?o szatana i ?e nic z niej nie wolno wynosi, a co ju? wyniesiono,
trzeba odnie z powrotem i ?y tak, jakby Strefy w ogle nie by?o. ?e niby
co szataskie - szatanowi. Bardzo lubi Szuwaksa. W ogle lubi dziwakw.
Kiedy Szuwaks jest przy forsie, skupuje od wszystkich towar, nie targuje
si, p?aci, ile ?+daj+, a potem w nocy targa wszystko z powrotem do Strefy i
tam zakopuje... Ale? szlocha. Bo?e kochany! Ale to nic, on jeszcze poka?e,
co potrafi.
- A jak wygl+da taki pe?ny "pustak"? - pyta Dick. - Zwyczajne "pustaki"
widzia?em, ale pe?ne? Co to w?aciwie takiego? Pierwszy raz s?ysz.
Wyt?umaczy?em, Dick pokiwa? g?ow+ i nawet cmokn+? par razy.
- Tak - mwi - to ciekawe. To - mwi - co nowego. A z kim by?e? Z
Rosjaninem?
- Tak - odpowiadam. - Z Kiry?em i z Tenderem. Wiesz, z tym naszym
laborantem.
- Uszarpa?e si pewnie z nimi...
- Nic podobnego. Ch?opcy trzymali si zupe?nie przyzwoicie. Szczeglnie
Kiry?. Urodzony stalker - mwi. - Gdyby mia? troch wicej dowiadczenia i
pozby? si tej swojej dziecinnej niecierpliwoci, mg?bym z nim co dzie
chodzi do Strefy.
- I po co? - pyta Dick z pijackim mieszkiem.
- Uspokj si - mwi. - ?arty ?artami...
- Wiem - mwi. - ?arty ?artami, a za takie gadanie mo?na zarobi w
ucho. Mo?esz uwa?a, ?e jestem twoim d?u?nikiem...
- Komu trzeba da w ucho? - ockn+? si Szuwaks. - Gdzie on jest?
Z?apalimy go za rce i z trudem posadzimy na krzele. Dick wetkn+? mu
w zby papierosa i podsun+? zapalniczk. Uspokoi? si. A tymczasem t?ok robi
si coraz wikszy. Bar ju? oblepiony, prawie wszystkie stoliki zajte.
Ernest zwo?a? swoje dziewczyny. Biegaj+, roznosz+, co komu trzeba - jednym
piwo, innym koktajle, jeszcze innym czyst+. Patrz i jako mi si zdaje, ?e
w miecie wida coraz wicej nowych twarzy, i to g?wnie jacy smarkacze w
kolorowych szalikach do ziemi. Powiedzia?em o tym Dickowi. Dick potwierdzi?.
- No a jak?e inaczej - mwi. - Zaczyna si wielki sezon budowlany.
K?ad+ ju? fundamenty pod trzy nowe budynki dla instytutu, a oprcz tego
planuj+ budow wielkiego muru wok? Strefy - od cmentarza do starego ranczo.
Kocz+ si dobre czasy dla stalkerw...
- A kiedy czasy by?y dobre dla stalkerw? - pytam. A sam myl: masz
babo placek, a to co znowu? Koniec, teraz ju? si nie zarobi. C?, mo?e to i
lepiej, mniejsza pokusa. Bd chodzi do Strefy w dzie, jak przysta?o na
porz+dnego cz?owieka. Forsa wprawdzie ju? nie taka, ale za to o ile?
bezpieczniej
- "kalosz", skafandry i tak dalej, i patrole mog+ ci poca?owa... ?y
bd z pensji, a pi za premie. I taka straszna chandra mnie napad?a! Znowu
liczy ka?dy grosz - na to mog sobie pozwoli, na tamto ju? nie mog, na
ka?d+ szmatk dla Guty odk?adaj pieni+dze do skarbonki, do baru nie
zagl+daj, kino jest tasze... Wszystko szare, nudne, szare dnie, szare
noce...
Tak sobie siedz i myl a Dick buczy mi nad uchem:
- Wczoraj w hotelu wpad?em wieczorem do baru, ?eby wypi na sen co
mocniejszego. Patrz - siedz+ jacy nieznani faceci, nie spodobali mi si od
pierwszej chwili. Przysiada si jeden taki do mnie i zaczyna rozmow z
daleka, daje do zrozumienia, ?e mnie zna, wie, kim jestem i gdzie pracuj,
?e gotw jest dobrze zap?aci za pewne przys?ugi...
- Szpicel - mwi, niezbyt mnie to zainteresowa?o, niejednego szpicla
widzia?em w ?yciu i s?ysza?em niejedn+ rozmow o przys?ugach.
- Nie, mj mi?y, to nie by? szpicel. Lepiej pos?uchaj. Chwil z nim
pogada?em, ostro?nie, rzecz jasna, uda?em takiego skromnego przyg?upka.
Interesuj+ go pewne przedmioty w Strefie i to nie byle miecie, ale raczej
rzeczy wartociowe. Na akumulatory, "wierzby", "czarne bryzgi" i podobn+
bi?uteri nie reflektuje. A o tym, na co reflektuje, wspomnia? raczej
aluzyjnie.
- Wic o co mu chodzi? - pytam.
- O "czarci pudding", o ile dobrze zrozumia?em - mwi Dick i jako
dziwnie na mnie patrzy.
- Ach, "czarci pudding" jest mu potrzebny! - mwi. - A "lampa mierci"
przypadkiem nie jest mu potrzebna?
- Te? go o to zapyta?em.
- No i?
- Wyobra? sobie, potrzebna.
- Tak? - mwi. - No, Jeli tak, niech sobie sam przyniesie. To
przecie? drobnostka! "Czarciego puddingu" pe?ne piwnice, tylko bra wiadro i
?adowa. Pogrzeb na koszt w?asny.
Dick milczy, patrzy na mnie spode ?ba i nawet si nie umiecha. Co u
diab?a, chce mnie wynaj+, czy co? I dopiero w tym momencie do mnie dotar?o.
- Poczekaj - mwi. - A kto to mg? by? Z "puddingiem" nawet w
Instytucie nie wolno robi dowiadcze...
- S?usznie - mwi Dick bez popiechu i patrzy na mnie bez przerwy. -
Dowiadczenia stanowi+ce potencjalne niebezpieczestwo dla ludzkoci. Teraz
ju? rozumiesz, kto to by??
Nadal nie rozumia?em.
- Przybysze z Kosmosu? - pytam. Dick rozemia? si, poklepa? mnie po
ramieniu i mwi:
- Pij za twoje zdrowie, o wita naiwnoci!
- Zgoda - mwi, ale krew mnie zalewa. Znalaz? sobie naiwnego,
sukinsyn! - Ej! - mwi. - Szuwaks! Dosy tego spania, lepiej napij si z
nami.
Nie, Szuwaks nie bdzie pi?. Szuwaks pi. Po?o?y? swj czarny ?eb na
czarnym stoliku i pi, rce zwiesi? do pod?ogi. Wypilimy z Dickiem bez
Szuwaksa.
- No dobra - mwi. - Mo?e jestem naiwny, a mo?e nie jestem, ale na
tego typa donis?bym gdzie nale?y. Ma?o kto kocha policj tak, jak ja, ale
sam bym poszed? i donis?.
- Aha - mwi Dick. - A na policji zadaliby ci pytanie: A dlaczego
w?aciwie ten typ zwrci? si akurat do ciebie ze swoj+ propozycj+? No?
Pokrci?em g?ow+.
- Wszystko jedno. Ty t?usty wieprzu, trzeci rok jeste w miecie, ani
razu w Strefie nie by?e, "czarci pudding" widzia?e tylko w kinie, ale
gdyby tak zobaczy? w naturze co on potrafi zrobi z cz?owiekiem... To, mj
kochany, straszna rzecz, nie trzeba jej wynosi ze Strefy... Wiesz sam
dobrze - stalkerzy to ludzie brutalni, sumienia maj+ niezbyt delikatne, ale
na co takiego nawet nieboszczyk Zgnilec by nie poszed?. cierwnik Barbridge
te? na to nie pjdzie... Nawet boj si pomyle, komu i po co mo?e by
potrzebny "czarci pudding".
- No c? - mwi Dick - masz zupe?n+ racj. Tylko ja, rozumiesz,
okropnie nie mam ochoty, ?eby pewnego piknego poranka znaleziono mnie w
??eczku i stwierdzono, ?e zgin+?em mierci+ samobjcz+, nie jestem
stalkerem, ale rwnie? jestem trze?wym i brutalnym cz?owiekiem i ?ycie mi
si raczej podoba. ?yj ju? od do dawna i, widzisz, przywyk?em...
W tym momencie Ernest krzykn+? od baru:
- Panie Nunnun! Telefon do pana!
- O psiakrew - mwi Dick z nienawici+ w g?osie. - Pewnie znowu
reklamacja. Wszdzie znajd+. Przepraszam ci, Red.
Wstaje i idzie do telefonu. A ja zostaj z Szuwaksem i z butelk+, i
poniewa? z Szuwaksa nie ma ?adnego po?ytku, bardzo troskliwie opiekuj si
butelk+. Diabli by wzili t Stref, nigdzie nie ma przed ni+ ucieczki.
Gdzie by nie poszed?, z kim by nie mwi? - Strefa, Strefa, Strefa...
Dobrze Kiry?owi gada, ?e dziki Strefie zapanuje wieczny pokj i nieziemska
szczliwo. Kiry? to fajny ch?opak, nikt go g?upim nie nazwie, przeciwnie,
g?ow ma, ?e daj Bo?e ka?demu, ale przecie? nie ma zielonego pojcia o
?yciu. On nawet wyobrazi sobie nie mo?e, ile wszelakiego drastwa krci si
ko?o Strefy. Teraz na przyk?ad "czarci pudding" komu jest koniecznie
potrzebny. Ten Szuwaks chocia? i pijanica, chocia? ma fio?a na tle
religijnym, ale czasami, kiedy cz?owiek dobrze si zastanowi, rzeczywicie
przychodzi mu do g?owy - mo?e naprawd nale?y zostawi szatanowi co
szataskie?
Nie rusz gwna...
W tym momencie na krzele Dicka siada jaki smarkacz w kolorowym
szaliku.
- Czy pan Shoehart? - pyta.
- No? - mwi.
- Nazywam si Kreon - mwi. - Jestem z Malty.
- No - mwi - i co s?ycha na Malcie?
- Na Malcie dobrze s?ycha, ale ja nie o tym chcia?em z panem mwi.
Przys?a? mnie Ernest.
Tak, myl. To jednak bydlak ten Ernest. Ani krzty litoci, ani
odrobiny sumienia. Siedzi przede mn+ ch?opiec - smag?y, schludny, weso?y,
pewnie jeszcze ani razu si nie goli?, jeszcze ani razu nie ca?owa?
dziewczyny, a Ernestowi to zwisa, on tylko o jednym myli: ?eby jak
najwicej ludzi zagoni do Strefy, a jak jeden na trzech wrci z towarem -
te? bdzie dobrze...
- No i jak si czuje nasz dobry stary Ernest? - pytam. Kreon obejrza?
si na bar i mwi:
- Moim zdaniem nie?le. Chtnie bym si z nim zamieni?.
- A ja nie - mwi. - Napijesz si?
- Dzikuj, nie pij.
- No to zapal - mwi.
- Przepraszam pana, ale nie pal rwnie?.
- Niech Ci diabli - mwi - Wic po co ci w takim razie pieni+dze?
Poczerwienia?, przesta? si umiecha i cicho tak odpowiada:
- Chyba to jest tylko moja sprawa, prawda, panie Shoehart?
- Co racja, to racja - mwi i nalewam sobie na cztery palce. W g?owie
mi, nale?y zaznaczy, ju? troch szumi i cia?o przenika taka przyjemna
s?abo, wypuci?a mnie wreszcie Strefa. - Teraz jestem pijany - mwi. -
Jak widzisz, bawi si. Chodzi?em do Strefy, wrci?em ?ywy i z fors+. To
nieczsto bywa ?eby ?ywy, i ju? niezmiernie rzadko, ?eby z fors+. A wic na
razie od??my powa?ne rozmowy na kiedy indziej...
Tu Kreon zrywa si z krzes?a, mwi "przepraszam", okazuje si, ?e Dick
wrci?. Stoi obok swojego krzes?a i po jego twarzy widz, ?e co si sta?o.
- No - mwi - znowu twoje komory pr?niowe s+ nieszczelne?
- Tak - mwi Dick. - Znowu.
Siada, nalewa sobie, dolewa mnie i widz ja, ?e nie w reklamacji rzecz.
Na reklamacje, powiedzmy to sobie wprost, Dick pluje z trzeciego pitra, nie
na g?upiego trafili!
- Wypijmy - mwi - Red. - I nie czekaj+c na mnie wypija haustem ca?+
swoj+ porcj i nalewa now+. - Ty wiesz - mwi - umar? Kiry? Fanow.
W zamroczeniu nie od razu go zrozumia?em. Kto tam umar?, no to umar?.
- No c? - mwi - wypijmy za spokj jego duszy...
Dick spojrza? na mnie, oczy mu si zrobi?y okr+g?e jak spodki, i
dopiero wtedy poczu?em jakby mi kto wymierzy? cios w ?o?+dek. Pamitam, ?e
wsta?em, opar?em si o blat i patrz na Dicka z gry na d?.
- Kiry??! - A przed oczami mam srebrn+ pajczyn, znowu s?ysz, jak ona
rwie si i trzeszczy. I przez to okropne trzeszczenie g?os Dicka dochodzi do
mnie jak z drugiego pokoju.
- Zawa? serca. Znale?li go nagiego pod prysznicem, nikt nic nie
rozumie. Pytali o ciebie, powiedzia?em, ?e z tob+ wszystko w porz+dku...
- A co tu jest do rozumienia? - mwi. - Strefa...
- Usi+d?, Red - mwi Dick. - Usi+d? i napij si.
- Strefa... - powtarzam i nie mog przesta. - Strefa... Strefa...
Niczego nie widz doko?a oprcz tej srebrnej pajczyny. Ca?y bar
zapl+ta? si w pajczyn, ludzie poruszaj+ si, pajczyna cichutko
potrzaskuje kiedy kto si o ni+ oprze. A w samym rodku stoi Maltaczyk,
twarz ma dziecinn+, zdziwion+ - nic nie pojmuje.
- Ch?opcze - mwi do niego serdecznie. - Ile chcesz pienidzy? Tysi+c
wystarczy? Na! Bierz, bierz! - wpycham mu pieni+dze i ju? krzycz: - Id? do
Ernesta i powiedz mu, ?e jest ?ajdakiem i kanali+, nie bj si, powiedz mu!
Przecie? to tchrz! Powiedz mu i natychmiast id? na dworzec, kup sobie bilet
i wracaj na swoj+ Malt! Nigdzie si nie zatrzymuj po drodze, jed? prosto do
domu!
Nie pamitam, co tam jeszcze krzycza?em. Pamitam, jak znalaz?em si
przed lad+ baru, Ernest postawi? przede mn+ szklaneczk na orze?wienie i
pyta:
- Zdaje si, ?e jeste dzisiaj przy forsie?
- Tak - mwi - przy forsie...
- To mo?e d?ug mi zwrcisz? Jak raz jutro mia?bym na podatki.
Teraz dopiero widz - ciskam w pici paczk banknotw. Patrz na t
zielon+ traw i mamrocz:
- Okazuje si, nie wzi+? Kreon Maltaski... Z charakterem, okazuje
si... No, a ca?a reszta - los tak chcia?.
- Co z tob+ - pyta mj przyjaciel Ernie. - Przesadzi?e kapk?
- Nie - mwi. - Ze mn+ - mwi - wszystko w najlepszym porz+dku.
Choby w tej chwili mog i pod prysznic.
- Poszed?by lepiej do domu - mwi mj przyjaciel Ernie. - Jednak
troch przesadzi?e.
- Kiry? umar? - mwi mu.
- Ktry to Kiry?? Ten jednorki?
- Sam jeste jednorki, bydlaku - mwi mu. - Z tysi+ca takich jak ty
nie zrobi+ jednego Kiry?a. cierwo cuchn+ce - mwi. - Handlarz. mierci+
handlujesz, kanalio. Kupi?e nas wszystkich za zielone... Chcesz, zaraz twj
parszywy stragan rozwal w drobny mak?
Ledwie zd+?y?em zamachn+ si jak trzeba, kiedy ju? mnie ?api+ i gdzie
ci+gn+. A ja ju? nic nie kombinuj i kombinowa nie mog. Co krzycz,
wyrywam si, kogo kopi, potem oprzytomnia?em - siedz w toalecie ca?y
mokry, morda rozbita. Patrz w lustro i nie poznaj sam siebie, jeden
policzek mi drga, nigdy przedtem czego takiego nie by?o. A na sali ha?as,
co trzeszczy, talerze lec+ na pod?og, dziewczyny piszcz+ i s?ysz -
Szuwaks ryczy niczym grizzly:
- ?a?ujcie za grzechy, dranie! Gdzie jest Rudy? Cocie zrobili z Rudym,
szataskie pomiot?a? I wyje policyjna syrena.
Kiedy tylko zawy?a, sp?yn?o na mnie olnienie. Wszystko ju? wiem,
wszystko pamitam. I nic we mnie nie zostalo - tylko lodowata furia. Tak,
myl, ja ci tu zaraz urz+dz zabaw! Ja ci poka?, co potrafi stalker,
cierwo! Wyci+gn+?em z kieszeni na klucze "wierzba", nowiutki, jeszcze ani
razu nie u?ywany, par razy zgniot?em go palcami, ?eby si rozgrza?,
uchyli?em drzwi do sali i ostro?nie wrzuci?em go do spluwaczki. A sam
otworzy?em okno - i na ulic. Mia?em, rzecz jasna, ogromn+ ochot zobaczy,
co z tego wyjdzie, ale musia?em zwiewa jak najszybciej. Ja bardzo ?le
znosz "wierzby", od razu mi leci krew z nosa.
Przebiegiem przez podwrko i s?ysz - "wierzb" ju? dzia?a, najpierw
zawy?y i zaszczeka?y wszystkie psy w ca?ej okolicy, zawsze pierwsze czuj+
"wierzb". Potem kto wrzasn+? w knajpie - a? mnie uszy zabola?y, chocia?
by?em daleko. Wyobrazi?em sobie, jak tam publika zacz?a szale. Jeden wpada
w melancholi, drugi dostaje ataku sza?u, trzeci ze strachu nie wie, gdzie
ucieka... To straszna rzecz "wierzb". Teraz Ernest nieprdko zbierze pe?en
bar goci. On, gnida, rzecz jasna, domyla si, kto go tak urz+dzi?, tylko
?e ja na to gwi?d?. Koniec. Nie ma ju? wicej stalkera Reda. Ja ju? mam
do. Nie chc ani sam szuka mierci, ani innych dam na to namawia, nie
mia?e
racji, Kiry?, kochany ch?opcze. Nie gniewaj si, ale wygl+da na to, ?e
to nie ty, ale Szuwaks ma s?uszno. Nie maj+ czego ludzie szuka w Strefie,
nie przyniesie nam Strefa szczcia.
Przelaz?em przez p?ot i powolutku ruszy?em do domu. Gryz wargi, chce
mi si p?aka i nie mog. Przede mn+ pustka. Przede mn+ nie ma nic.
Monotonny smutek. Kiry?, mj jedyny przyjacielu, jak moglimy dopuci do
tego? Rysowa?e przede mn+ perspektywy, opowiada?e o nowym, wspania?ym
wiecie... a teraz co? Kto zap?acze po tobie w dalekiej Rosji, a ja nawet
zap?aka nie mog. Przecie? to ja, g?upie bydle, jestem wszystkiemu winien,
w?anie ja, a nikt inny! Jak ja, kretyn nieszczsny, mia?em go wprowadzi
do gara?u, kiedy jego oczy jeszcze nie przywyk?y do ciemnoci? Ca?e ?ycie
?y?em jak wilk, ca?e ?ycie tylko o sobie myla?em... I nagle postanowi?em
pokaza, jaki jestem szlachetny, postanowi?em uszliwi cz?owieka. Po
diab?a mu w ogle powiedzia?em o tym "pustaku"? I jak tylko sobie o tym
przypomnia?em, tak mnie co cisn?o za gard?o, ?e nic - tylko rzeczywicie
zawy jak wilk. I chyba naprawd zawy?em, ludzie jakby zaczli ustpowa mi
z drogi, a potem nagle zrobi?o mi si l?ej - patrz, idzie Guta. Idzie mi na
spotkanie, moja dziewczyna, moja przeliczna, idzie, st+pa swoimi cudownymi
nogami, spdniczka ko?ysze si nad kolanami, ze wszystkich bram gapi+ si na
ni+, a ona idzie prociutko, nie patrzy na nikogo i nie wiem dlaczego, ale
od razu wiedzia?em, ?e szuka w?anie mnie.
- Serwus - mwi - Guta. Dok+d idziesz? Guta spojrza?a na mnie i w
ci+gu sekundy zobaczy?a wszystko: i mord rozbit+, i mokr+ kurtk, i
posiniaczone rce, ale nic na ten temat nie powiedzia?a, tylko mwi:
- Cze, Red. A ja w?anie ci szukam.
- Wiem - mwi. - Chod?my do mnie. Guta milczy, odwrci?a si i patrzy
w bok. Ach, jak piknie osadzona jest jej g?owa, a jaka szyja - jak u m?odej
narowistej klaczy, ju? pokornej swemu je?d?cowi. Potem mwi:
- Ja nie wiem. Red. Mo?e ju? wcale nie bdziesz chcia? si ze mn+
spotyka?
Jakby mi kto kamie po?o?y? na sercu. Co jeszcze? Ale tak spokojnie do
niej mwi:
- Nie bardzo ci rozumiem, Guta. Wybacz mi, ale ja dzisiaj jestem
troch tego i mo?e z tego powodu s?abo kombinuj... Dlaczego mia?bym nie
chcie spotyka si z tob+?
Bior j+ pod rk, idziemy niespiesznie w stron mojego domu i wszyscy,
ktrzy dopiero co gapili si na ni+, szybko odwracaj+ mordy. Ja na tej ulicy
ca?e ?ycie mieszkam, i Rudego Reda wszyscy tu pierwszorzdnie znaj+. A kto
nie zna, ten bardzo szybko pozna.
- Matka mwi, ?ebym zrobi?a skrobank - nagle odzywa si Guta.
- A ja nie chc.
Uszed?em jeszcze kilka krokw, zanim zrozumia?em, a Guta mwi dalej:
- Nie chc ?adnej skrobanki, chc mie z tob+ dziecko. A ty - jak tam
sobie ?yczysz. Mo?esz si wynosi na wszystkie cztery strony wiata, ja ci
nie trzymam.
S?ucham, jak ona sama siebie podkrca, jak si rozpala, s?ucham i
powolutku ba?waniej. Nic w miar rozs+dnego nie przychodzi mi do g?owy.
Tylko jak refren chodzi mi w k?ko po g?owie - o jednego cz?owieka mniej, o
jednego cz?owieka wicej.
- Ona mi t?umaczy - mwi Guta - ?e to dziecko stalkera i niby po co mam
wydawa na wiat potwora... ona mwi, to przecie? kryminalista, nie bdziesz
mia?a rodziny, ani nic. Dzisiaj jest na wolnoci, mwi, a jutro w wizieniu.
Tylko ?e mnie to nic nie obchodzi, jestem na wszystko przygotowana. I sama
te? mog zosta, dam sobie rad. Sama urodz, sama wychowam, sama zrobi z
niego cz?owieka. Obejd si bez ciebie. Tylko ty si do mnie wicej nie
zbli?aj, bo na prg nie wpuszcz.
- Guta - mwi - dziewczyno moja! Poczekaj cho chwileczk...
- I nie mog, jaki miech mnie ogarnia, nerwowy. Idiotyczny. -
Jask?eczko moja, dlaczego mnie chcesz przepdzi, powiedz mi?
Chichocz jak ostatni kretyn, a ona stan?a, przytuli?a si do mojej
piersi i szlocha.
- Co my teraz zrobimy. Red? - mwi moja dziewczyna przez ?zy.
- Co teraz zrobimy?
lat 28, ?onaty, bez okrelonego
zajcia
Red Shoehart le?a? za kamiennym nagrobkiem i patrzy? na drog odsuwaj+c
sprzed oczu ga?+zk jarzbiny. Reflektory samochodu patrolowego przecina?y
cmentarz i od czasu do czasu smaga?y Reda po oczach - wtedy mru?y? powieki i
wstrzymywa? oddech.
Min?y ju? dwie godziny, a na drodze nie zasz?y ?adne zmiany.
Monotonnie, pracuj+c na ja?owym biegu, warcza? silnik samochodu, trzy
reflektory miota?y si po cmentarzu, po przekrzywionych zardzewia?ych
krzy?ach, po opuszczonych grobach, po bujnie rozronitych krzewach
jarzbiny, po p?askiej cianie trzymetrowego muru, ktry z lewej strony
koczy? si jak ucity. Policjanci z patrolu bali si Strefy. A tu, obok
cmentarza, nawet lkali si strzela. Czasem Reda dobiega?y przyg?uszone
g?osy, czasami widzia?, jak z samochodu wylatywa? ogienek niedopa?ka, jak
toczy? si po szosie i gubi? malekie czerwone iskierki. By?o bardzo mokro,
niedawno przesta? pada deszcz i wilgotny zi+b przenika? Reda nawet przez
impregnowany kombinezon.
Ostro?nie puci? ga?+zk, odwrci? g?ow i zacz+? nads?uchiwa. Gdzie
z prawej strony, niezbyt daleko, ale i nie blisko, na cmentarzu by? kto
jeszcze. Zaszeleci?y licie i nawet chyba obsypa?a si ziemia, a potem z
nieglonym stukniciem upad?o co ci?kiego i twardego. Red ostro?nie
czo?ga? si ty?em wtulony w mokr+ traw. Znowu nad g?ow+ przelecia?o wiat?o
reflektora. Red zamar?, ledz+c bezszelestny promie, i wyda?o mu si, ?e
midzy krzy?ami, na grobie, siedzi nieruchomo cz?owiek ubrany na czarno.
Siedzi, nie kryj+c si, oparty plecami o marmurowy obelisk i bia?+ twarz z
czarnymi jamami oczu zwrci? w stron Reda. W rzeczywistoci Red nie widzia?
i w ci+gu dziesi+tej czci sekundy nie mg? zobaczy tych wszystkich
szczeg?w, ale wiedzia? dok?adnie, jak to powinno wygl+da. Odpe?z? jeszcze
o kilka krokw dalej, wymaca? w zanadrzu manierk, wyci+gn+? i jeszcze przez
jaki czas pole?a? spokojnie tul+c do policzka ciep?y metal, nastpnie, nie
wypuszaj+c manierki, poczo?ga? si dalej. Wicej ju? nie nads?uchiwa? i nie
rozgl+da? si.
W sztachetach by?a dziura i tu? przy samej dziurze na p?aszczu
przesyconym o?owiem le?a? Barbridge. Nadal le?a? na plecach, obur+cz
odci+ga? ko?nierz swetra i cichutko, bolenie sapa? - sapanie chwilami
przechodzi?o w jk. Red usiad? obok i odkrci? manierk. Potem ostro?nie
wsun+? rk pod g?ow Barbridge'a, wyczuwaj+c ca?+ d?oni+ lepk+ od potu,
gor+c+ ?ysin, i przysun+? manierk do warg starego. By?o ciemno, ale w
s?abych poblaskach reflektorw Red widzia? szczecin na jego policzkach.
Barbridge chciwie wypi? kilka ?ykw i zaraz poruszy? si niespokojnie
obmacuj+c worek z towarem.
- Wrci?e - wykrztusi?. - Dobry ch?opak... Rudy... nie zostawisz
starego... ?eby zdycha?...
Red odrzuci? g?ow do ty?u i zdrowo poci+gn+? z manierki.
- Stoi zaraza - powiedzia? - jak przymurowany.
- To... nie przypadek... - wystka? Barbridge. Mwi? urywanie, na
wydechu - Kto donis?. Czekaj+.
- Mo?liwe - powiedzia? Red. - Chcesz sobie jeszcze goln+?
- Nie. Na razie wystarczy. Nie zostawiaj mnie. nie zostawisz - bd
?y?. Wtedy nie po?a?ujesz, nie zostawisz mnie. Rudy?
Red nie odpowiedzia?. Patrzy? w stron szosy, na b?kitne b?yski
reflektorw. Marmurowy obelisk by?o wida i st+d, ale by?o niejasne, czy
tamten nadal tam siedzi, czy znikn+?.
- S?uchaj mnie. Rudy. nie gadam na wiatr, nie po?a?ujesz. Wiesz,
dlaczego stary Barbridge ?yje do dzi? Wiesz? Bob Ma?polud nie wrci?.
Bankier Faraon zgin+? - nic z niego nie zosta?o. Jaki to by? stalker! A
jednak zgin+?. Zgnilec tak samo. Okularnik Herman. Callagan. Fet Krosta.
Wszyscy. Ja jeden zosta?em. A wiesz, dlaczego?
- Zawsze by?e draniem - powiedzia? Red nie odrywaj+c oczu od szosy. -
cierwnik.
- By?em draniem. To prawda. Inaczej nie mo?na. Ale przecie? wszyscy
byli tacy sami. Faraon. Zgnilec. A tylko ja ?yj. Wiesz, dlaczego?
- Wiem - powiedzia? Red, ?eby si odczepi.
- ??esz. Nie wiesz. S?ysza?e o Z?otej Kuli?
- S?ysza?em.
- Bajka, mylisz?
- Przesta?by lepiej gada - poradzi? Red. - Przecie? tracisz si?y.
- To nic. Ty mnie wyniesiesz. Tyle razy chodzilimy razem! Czy mg?by
mnie zostawi? Ja ciebie przecie? znam od takiego. Od ma?ego. I twego ojca
zna?em.
Red milcza?. Okropnie chcia?o mu si pali, wyci+gn+? papierosa,
wykruszy? tyto i pow+cha?, nie pomog?o.
- Musisz mnie st+d wynie - powiedzia? Barbridge. - To przez ciebie
wpad?em. To ty nie chcia?e, ?eby Maltaczyk z nami poszed?.
Maltaczyk bardzo si napiera?, ?eby i z nimi. Ca?y wieczr im
stawia?, proponowa? dobry zastaw, przysiga?, ?e zdobdzie skafander, i
Barbridge, ktry siedzia? obok Maltanczyka, os?aniaj+c twarz ci?k+
pomarszczon+ dtoni+, rozpaczliwie mruga? do Reda - zgd? si, zrobimy dobry
interes. By mo?e w?anie dlatego Red powiedzia? wtedy "nie".
- Przez w?asn+ chciwo wpad?e - powiedzia? Red. - Ja z tym nie mam
nic wsplnego, i zamknij si nareszcie.
Przez jaki czas Barbridge tylko stka?. Znowu wetkn+? palce pod
ko?nierz i jeszcze dalej odchyli? g?ow.
- Bierz ca?y towar. Red - wystka? - tylko mnie nie zostawiaj.
Red spojrza? na zegarek. Do witu by?o ju? bardzo niedaleko, a samochd
patrolowy nie odje?d?a?. Reflektory nadal obmacywa?y krzaki, a tu? obok
patrolu sta? zamaskowany landrover i w ka?dej chwili policjanci mogli go
zauwa?y.
- Z?ota Kula - powiedzia? Barbridge. - Znalaz?em j+. Ile bajek wok?
niej potem naros?o! Sam te? niema?o opowiada?em! ?e podobno ka?de ?yczenie
spe?nia. Ka?de, dobre sobie! Gdyby tak by?o, dawno by mnie tu nie by?o.
Mieszka?bym sobie w Europie i spa?bym na forsie.
Red spojrza? na niego z gry. W b?kitnawych b?yskach odrzucona do ty?u
twarz Barbridge'a wydawa?a si martwa. Ale jego szkliste, wytrzeszczone oczy
bez przerwy ledzi?y Reda.
- Zamiast wiecznej m?odoci - gwno. Zamiast forsy, to samo. Ale
zdrowie - co to, to tak. I dzieci mam udane. I ?yj. W najmielszych snach
nie zobaczysz tego, co ja przeszed?em, i ?yj - obliza? wargi. - Ja ja tylko
o to prosz. O ?ycie. I o zdrowie. I ?eby dzieci...
- Stul pysk, na Boga - powiedzia? wreszcie Red. - Zupe?nie jak baba.
Jeli dam rad, to ci wynios. Twojej Diny mi szkoda, zginiesz - pjdzie
dziewczyna na ulic...
- Dina... - wychrypia? Barbridge. - Moja creczka. Taka liczna.
Rozpieszcza?em moje dzieci, niczego im nie odmawia?em. Zmarnuj+ si. Mj
Archie. Ty przecie? go znasz. Rudy. Czy widzia?e kiedy lepsze dzieci?
- Powiedzia?em: jak dam rad. to ci wyci+gn.
- Nie - z uporem powiedzia? Barbridge. - Ty mnie wyniesiesz, czy dasz
rad, czy nie. Z?ota Kula. Chcesz, powiem ci gdzie ona jest.
- No to powiedz.
Barbridge jkn+? i poruszy? si.
- Moje nogi... - wystka?. - Pomacaj, jak one tam...
Red wyci+gn+? rk i przesun+? d?oni+ po nogach od kolan w d?.
- Koci... - chrypia? Barbridge. - Czy s+ tam jeszcze koci?
- S+, s+ - sk?ama? Red. - Nie kr si. A naprawd mo?na by?o wymaca
tylko kolano ni?ej, do samych stp nogi by?y jak z gumy - mo?na je by?o
zawi+za na supe?.
- K?amiesz przecie? - powiedzia? Barbridge. - Po co k?amiesz? Co to ja
dziecko jestem, nigdy tego nie widzia?em?
- Kolana s+ ca?e - powiedzia? Red.
- Pewnie znowu ??esz - beznadziejnie powiedzia? Barbridge. - No trudno.
Tylko mnie wynie. Wszystko ci oddam. Wszystko ci opowiem...
Jeszcze mwi?, jeszcze co obiecywa?, ale Red ju? go nie s?ucha?.
Patrzy? na szos. Reflektory nie biega?y teraz po krzakach, zamar?y
skrzy?owane na tamtym obelisku z marmuru i w jasnej b?kitnej mgle Red
wyra?nie zauwa?y? zgarbion+ czarn+ sylwetk wdruj+c+ wrd krzy?y. Ta
sylwetka sz?a jakby na olep, wprost na reflektory. Red widzia? jak wpad?a
na ogromny krzy?, odskoczy?a, znowu uderzy?a o krzy?, dopiero wtedy skrci?a
i ruszy?a dalej wyci+gaj+c przed siebie d?ugie rce z rozczapierzonymi
palcami. Potem nagle znik?a, jakby si zapad?a pod ziemi i po kilku
sekundach pojawi?a si znowu bardziej na prawo i dalej, maszeruj+c z jakim
niepojtym, nieludzkim uporem jak mechanizm puszczony w ruch.
I raptem reflektory zgas?y. Zgrzytn?a skrzynka biegw, zarycza?a dziko
silnik, za krzakami mign?o niebieskie i czerwone wiat?a postojowe,
samochd patrolowy ruszy? b?yskawicznie nabieraj+c szybkoci popdzi? w
stron miasta i znikn+? za murem. Red z trudem prze?kn+? lin i rozpi+?
zamek b?yskawiczny w kombinezonie.
- Chyba odjechali... - gor+czkowo mamrota? Barbridge. - No, Rudy...
Szybciej, szybciej! - zacz+? si wierci, pomaca? rk+ dooko?a, z?apa? worek
z towarem i sprbowa? wsta - no prdzej, na co czekasz!
Red ci+gle patrzy? w stron szosy. Teraz panowa?a tam ciemno i nic
nie by?o wida, ale przecie? gdzie musia? by tamten - maszerowa? jak
nakrcona lalka, potyka? si, przewraca?, uderza? o krzy?e, zapl+tywa? si w
krzakach.
- Dobra - powiedzial Red na g?os. - Idziemy. Podnis? Barbridge'a.
Stary jak kleszczami cisn+? go lew+ rk+ za szyj i Red nie maj+c si?y,
?eby wsta, na czworakach powlk? go przez dziur w ogrodzeniu chwytaj+c
rkami mokr+ traw.
- Naprzd, naprzd...- chrypia? Barbridge. - Nie martw si, trzymam
towar, nie zgubi go... naprzd!
cie?ka by?a znajoma, ale trawa mokra i liska, ga?zie jarzbiny bi?y
po twarzy, opas?y Barbridge by? nieludzko ci?ki, niby nieboszczyk, worek z
towarem brzcza?, stuka? i bez przerwy o co zaczepia? i jeszcze straszno
by?o natkn+ si na tamtego, ktry by mo?e ci+gle jeszcze b?+ka? si tu w
ciemnociach.
Kiedy si wydostali na szos, by?o jeszcze ciemno, ale czu?o si. ?e
wit ju? blisko. W lasku po tamtej stronie szosy, sennie i niepewnie
zaszczebiota?y ptaki, a nad czarnymi domami dalekiego przedmiecia mrok ju?
zgranatowia? i powia?o stamt+d ch?odnym, wilgotnym powietrzem. Red po?o?y?
Barbridge'a na poboczu, rozejrza? si i jak wielki czarny paj+k przebieg?
przez drog. Szybko znalaz? Landrovera, zgarn+? z maski i karoserii
maskuj+ce ga?zie, siad? za kierownic+ i ostro?nie, nie zapalaj+c wiate?,
wyjecha? na asfalt. Barbridge siedzia?, w jednej rce trzyma? worek z
towarem, drug+ obmacywa? nogi.
- Szybko! - wychrypia?. - piesz sie. Kolana jeszcze s+, jeszcze mam
ca?e kolana... ?eby chocia? kolana uratowa!
Red d?wign+? go i zgrzytaj+c zbami z wysi?ku wwali? go do samochodu.
Barbridge z ?oskotem opad? na tylne siedzenie i jkn+?. Worka jednak nie
wypuci?. Red podnis? z ziemi impregnowany o?owiem p?aszcz i rzuci? na
starego. Barbridge'owi uda?o si przytarga rwnie? p?aszcz.
Red wzi+? latark i przeszed? poboczem wypatruj+c ladw. ladw
w?aciwie nie by?o. Wyje?d?aj+c na szos Landrover przygnit? wysok+, gst+
traw, ale ta trawa powinna po paru godzinach wrci do poprzedniego stanu.
W miejscu gdzie sta? samochd patrolu, le?a?o na ziemi mnstwo
niedopa?kw. Red przypomnia? sobie, ?e od dawna chce mu si pali, wyci+gn+?
papierosa i zapali?, chocia? najbardziej na wiecie pragn+? wskoczy do
samochodu i pdzi, pdzi, ?eby znale? si jak najdalej od tego miejsca.
Ale tego w?anie zrobi nie by?o wolno. Nale?a?o postpowa powoli i
rozwa?nie.
- Co ty wyprawiasz? - p?aczliwie zapyta? Barbridge z samochodu. - Wody
nie wyla?e, wszystkie wdki suche... Na co czekasz? Chowaj towar!
- Stul pysk, ty!... - powiedzia? Red. - Nie przeszkadzaj! - zaci+gn+?
si papierosem. - Wjedziemy do miasta od po?udniowej strony.
- Jak to od po?udniowej? Co takiego? Przez ciebie strac kolana,
?ajdaku! Kolana!
Red po raz ostatni zaci+gn+? si papierosem i schowa? go do pude?ka od
zapa?ek.
- Zamknij mord, cierwnik - powiedzia?. - Prosto przez miasto nie
mo?emy jecha. Trzy posterunki, chocia? jeden musi nas zatrzyma.
- No to co?
- Zobacz+ twoje kulasy i koniec z nami.
- Jakie kulasy? G?uszylimy ryby, nogi mi poharata?o i nie ma o czym
gada!
- A je?eli kto pomaca?
- Pomaca... tak zawyj, ?e na ca?e ?ycie odechce mu si macania.
Ale Red ju? podj+? decyzj. Podnis? przednie siedzenie samochodu,
wiec+c latark+ otworzy? skrytk i powiedzia?:
- Dawaj towar.
Bak pod siedzeniem by? fa?szywy. Red zabra? worek i wepchn+? go do
rodka nas?uchuj+c, jak w worku cos d?wiczy i postukuje.
- Nie wolno mi ryzykowa - mrukn+?. - Nie mam prawa.
Za?o?y? pokryw na miejsce, nasypa? na wierzch troch mieci, zarzuci?
szmatami i opuci? siedzenie. Barbridge stka?, pojkiwa?, ?a?oliwie
domaga? si popiechu, znowu obiecywa? Z?ot+ Kul. Wierci? si bez przerwy
na siedzeniu, z lkiem wpatruj+c si w janiej+cy mrok. Red nie zwraca? na
niego uwagi. Rozerwa? nape?niony wod+ plastykowy worek z rybami, wod wyla?
na wdki le?+ce na pod?odze samochodu, a skacz+ce ryby wrzuci? do
brezentowej torby. Plastykowy worek zwin+? i wsadzi? do kieszeni
kombinezonu. Teraz wszystko by?o w porz+dku - wdkarze wracali z niezbyt
udanego po?owu. Red usiad? przy kierownicy i samochd ruszy?.
Do samego zakrtu jecha? bez wiate?. Po lewej stronie ci+gn+? si
pot?ny trzymetrowy mur otaczaj+cy Stref, a z prawej by?y krzaki, rzadkie
zagajniki, porzucone wille z zabitymi oknami i liszajami na cianach. Red
dobrze widzia? w ciemnoci, zreszt+ ciemno nie by?a ju? taka gsta, a
oprcz tego wiedzia? z gry, co i kiedy zobaczy. Dlatego kiedy przed
samochodem pojawi?a si rytmicznie maszeruj+ca posta, nawet nie zwolni?.
Tamten wdrowa? prosto rodkiem szosy - i jak oni wszyscy szed? do miasta.
Red wyprzedzi? go, prowadz+c samochd lew+ stron+ i wyprzedziwszy, jeszcze
mocniej przycisn+? peda? gazu.
- Matko Boska! - wymamrota? z ty?u Barbridge. - Rudy, widzia?e?
- Tak - powiedzia? Red.
- O Bo?e!... Tego nam jeszcze brakowa?o! - mamrota? Barbridge i nagle
zacz+? g?ono odmawia modlitw.
- Zamknij si! - ostro powiedzia? Red. Zakrt powinien by gdzie
tutaj. Red zwolni?, wpatruj+c si w szereg pochylonych domkw i p?otw po
prawej. Stary transformator... podparty s?up... sprchnia?y mostek nad
przydro?nym rowem... Red skrci? kierownic. Samochd podrzuci?o na
wybojach.
- Dok+d? - dziko zawy? Barbridge. - Przez ciebie nogi strac, bydlaku!
Red na sekund odwrci? si i z ca?ej si?y uderzy? starego w twarz, a?
d?o podrapa?a mu ostra szczecina. Barbridge zakrztusi? si i zamilk?.
Samochd podskakiwa?, ko?a co chwila buksowa?y w wie?ym b?ocie. Red zapali?
wiat?a. Bia?y, niespokojny blask owietli? zaronite traw+ stare koleiny,
ogromne ka?u?e, krzywe gnij+ce parkany po obu stronach. Barbridge p?aka?
chlipi+c i poci+gaj+c nosem, niczego ju? nie obiecywa?, tylko ?ali? si i
odgra?a?, ale bardzo cicho i niewyra?nie, tak ?e Red s?ysza? tylko oddzielne
s?owa. Co tam by?o o nogach, o kolanach, o ukochanym Archie... Potem
ucich?.
Osiedle le?a?o tu? przy zachodnich przedmieciach miasta. Kiedy by?y
tu letniska, ogrody, sady owocowe, letnie rezydencje miejskich notablw i
fabrycznej administracji. Zielono, weso?o, malutkie jeziorka, czyciutkie
piaszczyste pla?e, przejrzyste brzozowe zagajniki, stawy, w ktrych hodowano
karpie. Fabryczny zaduch i fabryczny gryz+cy dym nigdy tu nie dociera?y,
podobnie jak i miejska kanalizacja. Teraz wszystko to sta?o porzucone,
niszczej+ce. Zobaczyli tylko jeden zamieszkany dom - ??to wieci?o
zas?onite firank+ okienko, na sznurkach wisia?a zmoczona deszczem bielizna
i olbrzymi pies, zach?ystuj+c si wciek?oci+, wybieg? na drog i przez
jaki czas pdzi? za samochodem w bryzgach b?ota tryskaj+cego spod k?.
Red ostro?nie przejecha? przez jeszcze jeden stary pochylony mostek i
kiedy zobaczy? przed sob+ wyjazd na Szos Zachodni+, zatrzyma? samochd i
zgasi? silnik. Potem wyszed? na drog, nawet nie spojrzawszy na Barbridge'a,
ruszy? przed siebie z rkami w kieszeniach wilgotnego kombinezonu. Zrobi?o
si zupe?nie widno. Wok? by?o mokro, cicho i sennie. Red zbli?y? si do
szosy i ostro?nie wyjrza? zza krzakw. Policyjna wartownia by?a st+d
doskonale widoczna - maleki domek na k?kach i trzy owietlone okienka,
samochd patrolowy sta? na poboczu szosy pusty. Przez jaki czas Red sta? i
patrzy?. Na wartowni nic si nie dzia?o
- najwidoczniej policjanci, zmczeni i zmarznici, teraz grzali si w
domku - drzemali z papierosami przylepionymi do dolnej wargi. "Dranie" -
cicho powiedzia? Red. Wymaca? w kieszeni kastet, wsun+? palce w owalne
otwory, zacisn+? w pici zimne ?elazo i ci+gle tak samo przygarbiony, nie
wyjmuj+c z kieszeni r+k, zawrci?. Landrover, lekko pochylony, sta? w
krzakach. Miejsce by?o odludne, zapuszczone, nikt tu zapewne nie zagl+da? od
co najmniej dziesiciu lat.
Kiedy Red podszed? do samochodu, Barbridge unis? si i spojrza? na
niego otwieraj+c usta. Wygl+da? teraz nawet jeszcze starzej ni? zwykle -
pomarszczony, ?ysy zaronity niechlujn+ szczecin+, zby rzadkie i zepsute.
Czas jaki wpatrywali si w siebie i nagle Barbridge powiedzia? niewyra?nie:
- Dam ci map... wszystkie pu?apki... Sam znajdziesz, nie po?a?ujesz.
Red s?ucha? go stoj+c bez ruchu, potem rozwar? palce, wypuci? kastet i
powiedzia?:
- Dobra. Twoje zadanie: masz le?e nieprzytomny, zrozumiano? Jcz i nie
daj si dotkn+.
Siad? przy kierownicy, zapali? silnik i samochd ruszy?.
I wszystko posz?o jak z p?atka, nikt nie wyszed? z przyczepy, kiedy
landrover, pos?uszny znakom drogowym, powoli przejecha? obok wartowni, a
nastpnie wci+? zwikszaj+c i zwikszaj+c szybko popdzi? do miasta przez
po?udniowe przedmiecia. By?a szsta rano, na ulicach pusto, asfalt czarny i
mokiy, automatyczne wiat?a sieroce i niepotrzebnie mrugaj+ na
skrzy?owaniach. Minli piekarni z wysokimi, jasno owietlonymi oknami i
Reda owion+? ciep?y i niebywale smakowity zapach.
- ?re mi si chce - powiedzia? Red, rozlu?niaj+c zdrtwia?e od
napicia minie, i przeci+gn+? si wpieraj+c d?onie w kierownic.
- Co? - z przera?eniem zapyta? Barbridge.
- Mwi, ?e mi si ?re chce... Ty dok+d? Do domu czy prosto do
Rze?nika?
- Do Rze?nika, do Rze?nika gazuj! - pospiesznie zamamrota? Barbridge,
pochyli? si do przodu i gor+czkowym oddechem zia? Redowi w plecy. - Prosto
do niego! Jed? szybko! Nale?y mi si od niego jeszcze siedemset... Ale
szybciej, szybciej, czego wleczesz si jak mucha w smole! - nagle zacz+?
kl+ bezsilnie i paskudnie, wstrtnymi, brudnymi s?owami, zapluw+j+c si,
zachlystuj+c i d?awi+c atakami kaszlu.
Red nie odzywa? si, nie mia? ani czasu, ani si?y na uspokajanie
rozszala?ego cierwnika, nale?a?o mo?liwie szybko z tym wszystkim skoczy i
chocia? godzin, chocia? p? godziny pospa przed spotkaniem w "Metropolu".
Skrci? w Ulic Szesnast+, przejecha? dwa kwarta?y i zatrzyma? samochd
przed szar+ pitrow+ will+.
Otworzy? mu sam Rze?nik. Widocznie dopiero wsta? i szed? do ?azienki.
Ukaza? si we wspania?ym szlafroku, a w rku dzier?y? szklank ze sztuczn+
szczk+. W?osy mia? rozkud?ane, pod oczami ciemne napuchnite worki.
- O! - powiedzia?. - To ty. Rudy? Co powiesz?
- W?? zby i jedziemy - powiedzia? Rudy.
- Aha - odpar? Rze?nik i zapraszaj+co ruchem g?owy wskaza? hall, a sam
cz?api+c perskimi pantoflami zdumiewaj+co szybko pod+?y? do ?azienki.
- Kto? - zapyta? stamt+d.
- Barbridge - odpowiedzia? Red.
- Co?
- Nogi.
W ?azience polecia?a z kranu woda, rozleg?o si parskanie, co upad?o i
potoczy?o si po kamiennej posadzce. Red zmczonym ruchem usiad? w fotelu
wyj+? papierosa, zapali? i rozejrza? si dooko?a. Tak, hall by? niczego
sobie. Rze?nik nie ?a?owa? pienidzy. By? bardzo dowiadczonym i bardzo
modnym chirurgiem, znakomitoci+ nie tylko miasta, ale i ca?ego stanu, a ze
stalkerami zwi+za? si rzecz jasna, nie dla pienidzy. On rwnie? bra? swoj+
dol ze Strefy - bra? w naturze, w r?nych przedmiotach, ktre stosowa? w
swojej praktyce lekarskiej, bra? w wiedzy, ktr+ zdobywa? lecz+c
okaleczonych stalkerw i studiuj+c przy tym r?ne nie znane do tej pory
choroby i deformacje ludzkiego organizmu, bra? w s?awie, s?awie pierwszego
na wiecie lekarza - specjalisty od pozaziemskich chorb mieszkacw Ziemi.
Pieni+dze zreszt+ rwnie? bra? z niema?+ ochot+.
- A konkretnie: co z nogami? - zapyta? Rze?nik wychodz+c z ?azienki z
ogromnym rcznikiem przewieszonym przez rami. Skrajem tego rcznika
ostro?nie wyciera? swe d?ugie, nerwowe palce.
- Wlaz? w "pudding" - powiedzia? Red. Rze?nik gwizdn+?.
- A wic mamy z g?owy Barbridge'a - mrukn+?. - Szkoda, bo wybitny by?
stalker.
- To drobiazg - powiedzia? Red rozsiadaj+c si w fotelu. - Ty mu
zrobisz protezy i Barbridge na protezach jeszcze nam po Strefie bdzie
kutyka?.
- No dobrze - powiedzia? Rze?nik. Na jego twarzy ju? malowa?a si
profesjonalna rzeczowo. - Poczekaj, zaraz si ubior.
Kiedy si ubiera?, kiedy gdzie dzwoni? - zapewne do swojej kliniki,
?eby wszystko przygotowali do operacji - Red nieruchomo le?a? w fotelu i
pali?. Tylko raz si poruszy?, ?eby wyci+gn+ manierk. Pi? malutkimi
?ykami, poniewa? w manierce zosta?o ju? tylko troch na dnie, i stara? si o
niczym nie myle. Po prostu czeka?.
Potem razem poszli do samochodu. Red usiad? przy kierownicy. Rze?nik
obok niego i od razu przechyli? si przez oparcie i zacz+? obmacywa nogi
Barbridge'a. Barbridge, cichy teraz i nastroszony, mamrota? co ?a?onie,
obiecywa? oz?oci, bez przerwy wspomina? dzieci i nieboszczk ?on, b?aga?,
?eby mu uratowa przynajmniej kolana. Kiedy podjechali pod klinik, Rze?nik
zakl+? nie widz+c przed bram+ sanitariuszy, jeszcze w biegu wyskoczy? z
samochodu i znikn+? za drzwiami. Red znowu zapali?, a Barbridge nagle
powiedzia? zupe?nie wyra?nie i dobitnie, jakby ju? ca?kowicie oprzytomnia?.
- Chcia?e mnie zabi. Ja ci to zapamitam.
- Ale przecie? nie zabi?em - obojtnie powiedzia? Red.
- Tak, nie zabi?e... - Barbridge przez moment milcza?. - To ci rwnie?
zapamitam.
- Zapamitaj, zapamitaj - powiedzia? Red. - Ty by mnie oczywicie nie
zabi?, sk+d?e znowu... - odwrci? si i popatrzy? na starego. Barbridge
niepewnie krzywi? usta poruszaj+c wysch?ymi wargami. - Ty by mnie po prostu
tam zostawi?
- powiedzia? Red. - Porzuci?by mnie w Strefie i koce w wod. Tak jak
Okularnika.
- Okularnik sam skona? - ponuro zaprzeczy? Barbridge. - Bez mojej
pomocy. Przyku?o go.
- Kanalia - powiedzia? obojtnie Red i odwrci? si. - cierwnik.
Z bramy wyskoczyli zaspani, rozkudlani sanitariusze i rozk?adaj+c w
biegu nosze pocwa?owali do samochodu. Red, od czasu do czasu zaci+gaj+c si
papierosem, patrzy?, z jak+ wpraw+ wydobyli Barbridge'a z samochodu, u?o?yli
na noszach i wnieli do kliniki. Barbridge le?a? nieruchomo, rce skrzy?owa?
na piersi i zobojtnia?y na wszystko patrzy? w niebo. Jego ogromne stopy,
prze?arte "puddingiem", by?y dziwnie nienaturalnie wykrcone. To by? ostatni
ze starych stalkerw, ostatni z tych, ktrzy rozpoczli polowanie na
pozaziemskie skarby od razu po L+dowaniu, kiedy Strefy, jeszcze nie nazywano
Stref+, kiedy jeszcze nie by?o instytutw naukowych, ani muru, ani si?
policyjnych ONZ, kiedy miasto sparali?owa?a groza, a wiat chichota? z
powodu nowej kaczki dziennikarskiej. Red mia? wtedy dziesi lat, a
Barbridge by? silnym i zrcznym m?czyzn+ - uwielbia? picie na cudzy
rachunek, bjki i obmacywanie po k+tach niedostatecznie spostrzegawczych
dziewcz+t. W?asne dzieci doszcztnie go wtedy nie interesowa?y, ale ndzn+
szuj+ by? ju? wwczas, bo kiedy wypi?, z jak+ obrzydliw+ satysfakcj+
katowa? swoj+ ?on - ha?aliwie, pedantycznie, ?eby wszyscy widzieli, i
wreszcie zat?uk? j+ na mier.
Red zawrci? i nie zwracaj+c uwagi na wiat?a, szczkaj+c klaksonem na
przechodniw, cinaj+c zakrty pojecha? prosto do domu.
Zahamowa? przed gara?em, a kiedy wysiad? z samochodu zobaczy?
administratora, ktry szed? mu na spotkanie od strony skweru. Jak zwykle
administrator by? w fatalnym humorze i jego wymita twarzyczka z
opuchnitymi oczkami wyra?a?a skrajne obrzydzenie, jakby st+pa? nie po
ziemi, a po kupie nawozu.
- Dzie dobry - powiedzia? grzecznie Red. Administrator zatrzyma? si
na dwa kroki przed Redem i pokaza? palcem za siebie.
- To paska robota? - zapyta? niewyra?nie. By?o wida, ?e to jego
pierwsze s?owa od wczoraj.
- O czym pan mwi?
- Ta hutawka... To pan j+ postawi??
- Ja.
- W jakim celu?
Red nie odpowiedzia?, poszed? do bramy gara?u i zacz+? j+ otwiera.
Administrator ruszy? za nim i stan+? za jego plecami.
- Pytam, w jakim celu postawi? pan t hutawk? Kto pana prosi??
- Moja crka prosi?a - odpowiedzia? Red bardzo spokojnie. W?anie
odmyka? bram.
- Ja tu nie pytam o pask+ crk! - Administrator podnis? g?os. - O
paskiej crce bdziemy rozmawia oddzielnie. Pytam, kto panu pozwoli??
Jakim prawem pan si rz+dzi na skwerze?
Red odwrci? si i sta? przez chwil nieruchomo, uwa?nie wpatruj+c si
w blady po?y?kowany nos. Administrator zrobi? krok do tylu i odezwa? si o
ton ni?ej:
- Balkonu pan te? nie odmalowa?. Ile razy ju? panu...
- Nadaremnie si pan stara - powiedzia? Red. - Ja si i tak nie
wyprowadz.
Wrci? do samochodu i zapali? silnik. Polo?y? d?onie na kierownicy i
dopiero teraz zauwa?y?, jak zbiela?y mu kostki palcw. Wtedy wysiad? i ju?
nie staraj+c si opanowa powiedzia?:
- Ale je?eli, pomimo wszystko, bd musia? si wyprowadzi, to ju?
dzisiaj zamw sobie miejsce na cmentarzu, gnido.
Wprowadzi? samochd do gara?u, zapali? wiatlo i zamkn+? bram. Potem
wydoby? z fa?szywego zbiornika na benzyn worek z towarem, doprowadzi?
samochd do porz+dku, worek w?o?y? do starego koszyka, na worku po?o?y?
wdki, jeszcze wilgotne, oblepione traw+ i limi a na wierzch wysypa?
nite ryby, ktre Barbridge kupi? wczoraj w jakim sklepiku na
przedmieciu. Potem raz jeszcze obejrza? samochd ze wszystkich stron, po
prostu z przyzwyczajenia. Do tylnego prawego wiat?a przylepi? si
sp?aszczony papieros. Red oderwa? go - papieros by? szwedzki. Red pomyla?
chwil i wsadzi? go do pude?ka od zapa?ek. W pude?ku ju? by?y trzy
niedopa?ki.
Na schodach nie spotka? nikogo. Stan+? przed swoimi drzwiami i drzwi
otwar?y si, zanim zd+?y? sign+ po klucz. Wszed? bokiem, trzymaj+c pod
pach+ ci?ki kosz, i otuli?o go znajome ciep?o i znajome zapachy w?asnego
mieszkania, a Guta obj?a go za szyj i zamar?a bez ruchu, kryj+c twarz na
jego piersi, nawet przez kombinezon i grub+ koszul czu?, jak gwa?townie
bije jej serce. Red nie przeszkadza? jej - cierpliwie sta? i czeka?, a? Guta
si uspokoi, chocia? w?anie w tej chwili poczu?, jak strasznie jest
zmczony i wyprany z si?.
- Ju? w porz+dku... - powiedzia?a wreszcie niskim, nieco ochryp?ym
g?osem, puci?a go, zapali?a wiat?o w przedpokoju, a sama nie odwracaj+c
g?owy posz?a do kuchni. - Zaraz zrobi ci kaw... - powiedzia?a ju? zza
drzwi.
- Przynios?em ryby - powiedzia? Red umylnie, rzekim g?osem. - Usma?
je, tylko wszystkie od razu g?odny jestem, ?e nie masz pojcia!
Guta wrci?a kryj+c twarz w rozpuszczonych w?osach. Red postawi? kosz
na pod?odze, pomg? jej wyj+ siatk z rybami i razem zanieli siatk z
rybami do kuchni i wrzucili ryby do zlewozmywaka.
- Id?, wyk+p si - powiedziala Guta - zanim skoczysz, wszystko bdzie
gotowe.
- Jak tam Mariszka? - zapyta? Red siadaj+c i zdejmuj+c buty.
- Gada?a przez ca?y wieczr - odpar?a Guta. - Z trudem zagoni?am j+ do
??ka. Bez przerwy marudzi?a - gdzie tata i gdzie tata? nic, tylko dawaj jej
tat...
Zwinnie i bezszelestnie porusza?a si w kuchni, krzepka, zgrabna. Ju?
kipia?a woda w rondelku i lecia?y ?uski spod no?a, skwiercza? olej na
ogromnej patelni i wspaniale pachnia?o wie?+ kaw+.
Red wsta?, na bosaka poszed? do przedpokoju, zabra? koszyk i zanis? go
do komrki. Potem zajrza? do sypialni. Mariszka spa?a spokojnie, ko?dra
le?a?a na pod?odze, koszulka zawinita a? pod szyj i ma?a widoczna by?a jak
na d?oni - malekie, senne zwierz+tko. Red nie wytrzyma?, pog?aska? j+ po
plecach zaronitych ciep?ym z?ocistym futerkiem l po raz tysiczny zdumia?
si, jakie to futerko jest d?ugie i jedwabiste. Mia? ogromn+ ochot wzi+
Mariszk na rce, ale ba? si j+ obudzi, zreszt+ by? brudny jak czort,
przesi+knity Stref+ i mierci+. Wrci? do kuchni, usiad? przy stole i
powiedzia?:
- Nalej mi fili?ank kawy. Umyj si p?niej.
Na stole le?a?a popo?udniowa poczta, ca?y plik gazet:
"Harmont Hews", tygodnik "Kulturysta", "Playboy" - du?o tego przysz?o
-- i gruby, w szarej oprawie "Biuletyn Midzynarodowego Instytutu
Cywilizacji Pozaziemskich" nr 56. Red wzi+? z r+k Guty fili?ank paruj+cej
kawy i przysun+? sobie "Biuletyn". Jakie hieroglify, znaczki, rysunki
techniczne... Na zdjciach znane przedmioty w dziwacznych ujciach. Jeszcze
jeden pomiertny artyku? Kiry?a Panowa "O pewnej niezwyk?ej w?asnoci
pu?apek magnetycznych typu 77-b". nazwisko "Fanow" obwiedzione czarn+ ramk+,
a na dole drobnym drukiem wyjanienie: "Doktor Kiry? Fanw, ZSSR, zmar?
tragicznie
w czasie przeprowadzania eksperymentu w kwietniu 19.. roku". Red rzuci?
"Biuletyn", wypi? troch kawy parz+c sobie gard?o i zapyta?:
- Przyszed? kto wczoraj?
- Szuwaks przyszed? - powiedzia?a Guta po krciutkiej pauzie. Sta?a
przy kuchence
i patrzy?a na Reda. - By? zalany w trupa, wic go sp?awi?am.
- A co na to Mariszka?
- Oczywicie nie chcia?a go wypuci. Zacz?a nawet p?aka. Ale
powiedzia?am jej,
?e wujek Szuwaks ?le si czuje, na to ona z ca?kowitym zrozumieniem
odpowiada:
"Wujek Szuwaks znowu si ur?n+?".
Red umiechn+? si i ?ykn+? kawy. Potem zapyta?:
- A jak s+siedzi?
I tym razem Guta odezwa?a si dopiero po krciutkiej przerwie.
- Jak zwykle - odpar?a wreszcie.
- Dobrze nie chcesz, to nie mw.
- A tam! - powiedzia?a i z obrzydzeniem machn?a rk+. - Dzisiaj znowu
puka ten babsztyl z do?u. lepia wytrzeszczy?a, z pyska toczy pian.
Dlaczego w nocy pi?ujemy co w ?azience?
- Zaraza - powiedzia? Red przez zby. - S?uchaj, a mo?e rzeczywicie
si wyprowadzimy? Kupimy sobie domek gdzie na przedmieciu, gdzie nie ma
nikogo, jak+ opuszczon+ will, co ty na to?
- A Mariszka?
- O Bo?e - powiedzia? Red. - Czy doprawdy my we dwoje nie zdo?amy
sprawi, ?eby czu?a si szczliwa? Guta pokrci?a g?ow+.
- Ona lubi dzieci. I dzieci j+ te? lubi+. Przecie? one nie s+ winne,
?e...
- Tak - powiedzia? Red. - One rzeczywicie nie s+ winne...
- Zostawmy to! - powiedzia?a Guta. - Kto do ciebie dzwoni?.
Powiedzia?am, ?e pojecha?e na ryby. Red odstawi? fili?ank i wsta?.
- No dobra - powiedzia?. - Jednak pjd si umy. Mam jeszcze mnstwo
spraw do za?atwienia.
Zamkn+? si w ?azience, wrzuci? ubranie do pojemnika na brudy, a
kastet, reszt muterek, papierosy i inne drobiazgi po?o?y? na p?k.
D?ugo krci? si pod gor+cym jak wrz+tek natryskiem, stkaj+c i
rozcieraj+c cia?o szorstk+ g+bk+, a? skra zrobi?a si purpurowa, potem
zakrci? prysznic usiad? na brzegu wanny i zapali?. W rurach piewa?a woda,
w kuchni Guta brzcza?a pokrywkami garnkw. Zapachnia?o sma?on+ ryb+, potem
Guta zapuka?a do drzwi ?azienki i poda?a mu czyst+ bielizn.
- Pospiesz si - powiedzia?a. - Ryba wystygnie. Red umiechn+? si:
wrci?a ju? do rwnowagi i znowu zacz?a komenderowa. Ubra? si, to znaczy
naci+gn+? podkoszulek i k+pielwki, i w takim stroju wrci? do kuchni.
- Teraz mo?na co zje - powiedzia? siadaj+c,
- Wrzuci?e bielizn do pojemnika? - zapyta?a Outa.
- Aha - wymamrota? z pe?nymi ustami. - Wspania?a rybka!
- Wod+ zala?e?
- Niee... Przepraszam, sir, to si wicej nie powtrzy, sir. Uspokj
si, jeszcze zd+?ysz, posied? chwil! - z?apa? j+ za rk i sprbowa?
posadzi sobie na kolanach, ale Guta wywin?a si i usiad?a na krzele z
drugiej strony.
- Nie podoba ci si m+? - powiedzia? Red, znowu zapychaj+c sobie usta.
- Lekcewa?ysz go, jak si okazuje.
- Jaki tam z ciebie m+? - powiedzia?a Guta. - Pusty worek, a nie m+?.
Trzeba ci dopiero nabi, jak siennik.
- A mo?e jednak? - powiedzia? Red. - Przecie? zdarzaj+ si cuda na
wiecie!
- Jako nie pamitam, ?eby zdarzy? si tobie taki cud. Mo?e napijesz
si czego? Red niezdecydowanie bawi? si widelcem.
- Raczej nie - powiedzia?. Spojrza? na zegarek i wsta?.
- Zaraz wychodz. Przygotuj mi wyjciowy garnitur. Wed?ug kategorii
"S", Krawat, koszula...
Z rozkosz+ cz?api+c czystymi, bosymi stopami po ch?odnej pod?odze
poszed? do komrki i zamkn+? drzwi na zasuw. Potem w?o?y? gumowy fartuch,
wcisn+? d?ugie do ?okcia gumowe rkawice i wy?o?y? na st? to, co by?o w
worku. Dwa "pustaki". Pude?ko z "agrafkami". Dziewi "bateryjek". Trzy
"bransolety". I jedno jakie k?ko " te? co w rodzaju "bransolety", ale z
bia?ego metalu, wiksze o rednicy oko?o trzydziestu milimetrw. Szesnacie
sztuk "czarnych bryzg" zawinitych w plastyk. Dwie "g+bki" wielkoci pici,
znakomicie zachowane. Trzy "wierzby". S?oik "gazowanej gliny". W worku
zosta? jeszcze ci?ki porcelanowy kontener, starannie opakowany w szklan+
wat, ale Red zostawi? go w spokoju. Wyj+? papierosy, zapali? i zapatrzy?
si w le?+ce na stole przedmioty.
Potem wysun+? szuflad, wzi+? arkusz papieru, ogryzek o?wka i
liczyd?o. Zagryzaj+c papierosa w k+ciku warg i mru?+c oczy od dymu, pisa?
cyfr za cyfr+, w trzech s?upkach, a nastpnie pierwsze dwa podsumowa?. Sumy
okaza?y si powa?ne. Red zdusi? niedopa?ek w popielniczce, ostro?nie
otworzy? pude?ko i wysypa? "agrafki" na papier. W elektrycznym wietle
"agrafki" mieni?y si granatowo i tylko z rzadka tryska?y czystymi kolorami
tczy - ??tym, czerwonym, zielonym. Red wzi+? jedn+ "agrafk" i ostro?nie,
?eby si nie uk?u, zacisn+? j+ miedzy palcem wskazuj+cym a kciukiem. Potem
zgasi? wiat?o i odczeka? chwil przywykaj+c do ciemnoci. Ale "agrafka"
milcza?a. Od?o?y? j+ na bok, znalaz? po ciemku nastpn+ i rwnie? zacisn+?
j+ w palcach, nic. Zacisn+? palce silniej, ryzykuj+c uk?ucie, i "agrafka"
przemwi?a - przebiega?y wzd?u? niej s?abe, czerwone b?yski, po czym nagle
zast+pi?y je rzadsze, zielone. Kilka sekund Red podziwia? zagadkow+ gr
wiate?ek, ktra, jak dowiedzia? si z "Biuletynu", z ca?+ pewnoci+ co
oznacza?a, by mo?e nawet co bardzo wa?nego, epokowego, p?niej po?o?y?
"agrafk" oddzielnie i wzi+? w palce nastpn+.
"Agrafek" by?o siedemdziesi+t trzy, z tego dwanacie mwi?o, a reszta
milcza?a. One te? powinny przemwi, ale do tego potrzebna by?a specjalna
maszyna wielkoci sto?u, same palce nie wystarcza?y. Red znowu zapali?
wiat?o i do poprzednich liczb dopisa? jeszcze dwie. I dopiero wtedy
zdecydowa? si.
Wsadzi? obie rce do worka i wstrzymuj+c oddech wydoby? i po?o?y? na
stole mikki pakunek. Przez jaki czas w zadumie, pocieraj+c wierzchem d?oni
podbrdek, patrzy? na to, co przed nim le?a?o. Potem jednak wzi+? o?wek,
pokrci? nim w niezgrabnych gumowych palcach i znowu od?o?y?. Wyj+? jeszcze
jednego papierosa i patrz+c na paczk wypali? go w ca?oci.
- Po jakiego diab?a! - powiedzia? g?ono i stanowczym ruchem w?o?y?
zawini+tko z powrotem do worka. - Dosy tego. Wystarczy.
Szybko zsypa? "agrafki" z powrotem do pude?ka i wsta?. Czas by?o i.
Zapewne z p? godziny mo?na by pospa, ?eby mie wie?sz+ g?ow, ale z
drugiej strony znacznie lepiej zjawi si na miejscu wczeniej i sprawdzi
jak i co. Zdj+? rkawice, odwiesi? fartuch i nie gasz+c wiat?a wyszed? z
komrki.
Garnitur le?a? ju? na ??ku i Red zacz+? si ubiera.Wi+za? przed
lustrem krawat, kiedy za jego plecami cichutko skrzypn?y deski pod?ogi,
rozleg?o si zawzite sapanie i Red zrobi? pospn+ min, aby powstrzyma
umiech.
- Uu! - zad?wicza? tu? obok cienki g?osik i co z?apa?o Reda za nog.
- Ach! - zawo?a? Red i uda? omdlenie padaj+c na ??ko.
Mariszka z piskiem i miechem natychmiast wdrapa?a si na ojca. Depta?a
po nim, ci+gn?a za w?osy i zasypywa?a mnstwem wiadomoci. Willy s+siadw
oderwa? lalce nog. Na drugim pitrze pojawi? si kotek, ca?y bia?y, tylko
oczy ma czerwone - widocznie nie s?ucha? mamy i chodzi? do Strefy. Na
kolacj by?a kasza z konfiturami. Wujek Szuwaks znowu si ur?n+? i
zachorowa?, nawet p?aka?. Dlaczego ryby nie ton+ chocia? s+ w wodzie?
Dlaczego mama nie spa?a w nocy? Dlaczego palcw jest pi, rce dwie, a nos
tylko jeden?... Red ostro?nie tuli? pe?zaj+ce po nim ciep?e stworzenie,
wpatrywa? si w ogromne, ciemne, pozbawione bia?ek oczy, przyciska? twarz do
pyzatego, zaronitego z?otym jedwabistym puchem policzka i powtarza?:
- Mariszka... Mariszka... Moje mieszne stworzonko...
Potem nad uchem ostro zadzwoni? telefon. Red wyci+gn+? rk i podnis?
s?uchawk.
- S?ucham. Telefon milcza?.
- Halo! - powiedzia? Red. - Halo!
Nikt nie odpowiedzia?. Potem w s?uchawce szczkn?o i rozleg?y si
krtkie sygna?y. Wtedy Red wsta?, postawi? Mariszk na pod?odze i nie
s?uchaj+c jej d?u?ej w?o?y? spodnie i marynark. Mariszka trzepa?a bez
wytchnienia, ale Red tylko umiecha? si z roztargnieniem k+tem ust, wic w
kocu doczeka? si owiadczenia, ?e tata po?kn+? jzyk i zak+si? zbami, po
czym zostawiano go w spokoju.
Red wrci? do komrki, schowa? do teczki wszystko, to co le?a?o na
stole, wst+pi? do ?azienki po kastet, znowu wrci? do komrki, wzi+? teczk
do jednej rki, koszyk z workiem do drugiej, wyszed?, pedantycznie zamkn+?
drzwi komrki i krzykn+? w stron Guty:
"Wychodz!"
- Kiedy wrcisz? - zapyta?a Guta wychodz+c z kuchni. Uczesa?a si ju? i
umalowa?a. Zamiast szlafroka mia?a na sobie sukienk, ulubion+ sukienk
Reda, jaskrawoniebiesk+, z g?bokim dekoltem.
- Zadzwoni - powiedzia? patrz+c na ni+. Potem podszed?, pochyli? si i
poca?owa? j+ w dekolt.
- Id? ju? - cicho powiedzia?a Guta.
- A ja? A mnie? - zaszczebiotala Mariszka wciskaj+c si midzy nich.
Trzeba by?o pochyli si jeszcze ni?ej. Guta patrzy?a na Reda
nieruchomymi oczami.
- Wszystko w porz+dku - powiedzia? Red. - Nie martw si. Zadzwoni.
Na podecie schodw, pitro ni?ej. Red zobaczy? tgiego m?czyzn w
pasiastej pi?amie, ktry majstrowa? przy zamku swoich drzwi. Z ciemnego
wntrza mieszkania ci+gn?o ciep?ym, kwanym zaduchem. Red zatrzyma? si i
powiedzia?:
- Dzie dobry.
Tgi m?czyzna strachliwie spojrza? na Reda przez opas?e rami i co
odburkn+?.
- Paska ma??onka przychodzi?a do nas w nocy - powiedzia? Red. -
Skar?y?a si, ?e co pi?ujemy. To jakie nieporozumienie.
- Co mi do tego? - warkn+? m?czyzna w pi?amie.
- ?ona robi?a wczoraj pranie - ci+gn+? Red. - Je?eli przeszkadzalimy
pastwu, to przepraszam.
- Ja nic nie mwi?em - powiedzia? m?czyzna w pi?amie. - Prosz...
- W takim razie bardzo si ciesz - powiedzia? Red.
Zszed? na d?, wst+pi? do gara?u, koszyk z workiem postawi? w k+cie,
zas?oni? starym siedzeniem z samochodu i wyszed? na ulic.
Mia? niedaleko - dwa kwarta?y do placu, potem przez park i jeszcze
jeden kwarta? do Centralnego bulwaru. Przed "Metropolem" jak zwykle
b?yszcza? chromem i lakierem r?nobarwny szereg samochodw, s?u?ba hotelowa
w malinowych liberiach wnosi?a walizki, jacy solidni zagraniczni gocie
rozmawiali w grupach po dwch i trzech na marmurowych schodach, mi+c
cygara. Red postanowi? chwilowo tam nie wchodzi. Usiad? pod markiz+
malekiej kawiarenki po drugiej stronie ulicy, poprosi? o kaw i zapali?.
Dwa kroki od niego siedzia?o trzech oficerw z midzynarodowej policji. Byli
po cywilnemu i w milczeniu, spiesznie poch?aniali opiekane parwki i pili
ciemne piwo z wysokich szklanych kufli. Po drugiej stronie, o dziesi
krokw dalej, jaki sier?ant gniewnie po?era? sma?one ziemniaki - widelec
trzyma? w zacinitej pici, niebieski he?m le?a? do gry nogami na
pod?odze, pas z kabur+ wisia? na oparciu krzes?a, wicej nikogo w kawiarni
nie by?o. Kelnerka, nie znana Redowi kobieta w rednim wieku, sta?a pod
cian+ i od czasu do czasu ziewa?a, wytwornie zas?aniaj+c usta d?oni+. By?a
za dwadziecia dziewi+ta.
Red zobaczy?, jak prze?ykaj+c ostatnie ksy i wciskaj+c na g?ow mikki
kapelusz wychodzi z hotelu Richard Nunnun. Dziarsko sturla? si ze stopni -
wie?o wyk+pany, malutki, pulchniutki, r?owy, taki okropnie zadowolony i
przekonany, ?e nadchodz+cy dzie nie przyniesie mu ?adnych k?opotw.
Pomacha? komu rk+, przerzuci? przez prawe rami zwinity p?aszcz i
podszed? do swego peugeota.
Peugeot Dicka by? rwnie? pulchniutki, niedu?y, wie?o umyty i te?
jakby absolutnie pewny, ?e ?adne nieprzyjemnoci mu nie gro?+.
Red zas?aniaj+c si d?oni+ patrzy?, jak Nunnun, zaaferowany i rzeczowy,
sadowi si za kierownic+, jak co przek?ada z przedniego siedzenia na tylne,
podnosi co z pod?ogi, poprawia boczne lusterko. Wreszcie peugeot parskn+?
b?kitnym dymkiem, pisn+? na jakiego Afrykanina w burnusie i dziarsko
wytoczy? si na ulic. Mo?na by?o przypuci z du?+ doz+ prawdopodobiestwa,
?e Nunnun wybiera? si do instytutu, a to znaczy?o, ?e bdzie musia?
objecha fontann i przejecha obok kawiarni. Na to, ?eby wsta i wyj,
by?o ju? za p?no i dlatego Red tylko jeszcze szczelniej zas?oni? twarz
d?oni+ i zgarbi? si nad swoj+ fili?ank+. Jednak?e nic nie pomog?o. Peugeot
zapiszcza? mu nad samym uchem, zgrzytn?y hamulce i rzeki g?os Nunnuna
zawo?a?:
- Hej! Shoehart! Red!
Kln+c w myli Red podnis? g?ow, Nunnun ju? szed? do niego, z daleka
wyci+gaj+c rk. Promienia! ?yczliwoci+.
- Co tu robisz tak wczenie? - zapyta? podchodz+c. nie, dzikuj,
Madame - rzuci? kelnerce. - Nie bd nic zamawia?... - i znowu do Reda - Sto
lat ci nie widzia?em. Gdzie przepadasz? Co robisz?
- Nic szczeglnego... - niechtnie powiedzia? Red. - Tak... r?ne
g?upstwa.
Red obserwowa? jak Nunnun ze zwyk?ym dla niego zaaferowaniem i
starannoci+ sadowi si na krzele vis a vis niego, pulchnymi r+czkami
odsuwa wazonik z serwetkami w jedn+ stron, a talerzyk po kanapkach w drug+,
s?ucha? jego ?yczliwej paplaniny.
- Nie powiem, ?eby wygl+da? kwitn+co, nie dosypiasz, czy co? Wiesz,
ostatnio te? si zdrowo uszarpa?em z t+ ca?+ automatyzacj+, ale ?eby a? nie
spa? O nie, bracie, sen jest dla mnie najwa?niejszy, ?eby nawet wszystkie
automaty diabli wzili... - nagle si rozejrza?. - Pardon, a mo?e ty na
kogo czekasz? Nie przeszkadzam ci?
- Nie... - ospale powiedzia? Red. - Mia?em po prostu troch czasu i
pomyla?em, ?e dobrze by?oby si napi kawy.
- No, ja ci d?ugo nie zatrzymam - powiedzia? Dick i spojrza? na
zegarek. - S?ucha?, Red, daj spokj tym swoim g?upstwom i wracaj do
instytutu. Przecie? wiesz, ?e tam ci przyjm+ w ka?dej chwili. Chcesz, to
znowu bdziesz pracowa? z Rosjaninem, niedawno przyjecha?.
Red pokrci? g?ow+.
- Nie - powiedzia?. - Drugi Kiry? jeszcze si nie urodzi?... Zreszt+,
nie mam co teraz robi w waszym Instytucie... Teraz wszystko ju? jest
zautomatyzowane, do Strefy chodz+ roboty, st+d wniosek, ?e premie te?
dostaj+ roboty... A te grosze, ktre p?acicie laborantom... ja wicej wydaj
na papierosy.
- Daj spokj, wszystko mo?na za?atwi - powiedzia? Nunnun.
- A ja nie lubi, jak mi za?atwiaj+ - powiedzia? Red. - Od urodzenia
sam sobie wszystko za?atwia?em i nadal zamierzam.
- Strasznie dumny si zrobi?e - z nagan+, powiedzia? Nunnun.
- Jaki tam dumny. Po prostu nie lubi si liczy z fors+, i to
wszystko.
- No c?, mo?e masz racje - z roztargnieniem powiedzial Dick. Obojtnie
spojrza? na teczk Reda le?+c+ obok na krzele, przetar? palcem srebrn+
tabliczk, z wygrawerowan+ cyrylic+. - S?usznie, pieni+dze s+, potrzebne
cz?owiekowi po to, ?eby o nich nie myle... Kiry? ci podarowa?? - zapyta?
wskazuj+c na teczk.
- Dosta?em w spadku po nim - powiedzia? Red. - Co ostatnio jako ci,
nie wida w "Barge", dlaczego?
- Umwmy si, ?e to raczej ciebie nie wida - odpar? Nunnun. - Bo ja
prawie codziennie jem tam obiad, tu w "Metropolu" za ka?dy kotlet ka?+ sobie
p?aci bajoskie sumy... S?uchaj - powiedzia? nagle. - Jak ty jeste z
fors+?
- Chcesz ode mnie po?yczy? - zapyta? Red.
- Wrcz przeciwnie.
- Aha, to znaczy, ?e proponujesz mi po?yczk...
- Jest robota do zrobienia - powiedzia? Nunnun.
- O Bo?e! - powiedzia? Red. - I ty tak?e!
- A kto jeszcze? - natychmiast zapyta? Nunnun.
- W ogle du?o was takich... pracodawcw.
Nunnun, jakby go dopiero teraz
zrozumia?, rozemia? si.
- Ale? nie, tu nie chodzi o twoj+ g?wn+ specjalno...
- A o czyj+?
Nunnun znowu spojrza? na zegarek.
- S?uchaj - powiedzia? wstaj+c. - Przyjd? dzi w porze obiadowej do
"Barge", tak gdzie oko?o drugiej. Porozmawiamy.
- Na drug+ mog nie zd+?y - powiedzia? Red.
- W takim razie wieczorem, o szstej. Stoi?
- Zobaczymy - powiedzia? Red i te? spojrza? na zegarek. By?a za pi
dziewi+ta.
Nunnun skin+? d?oni+ i potoczy? si do swego Peugota. Red odprowadzi?
go spojrzeniem, zawo?a? kelnera, poprosi? o "Lucky Strike", zap?aci?,
niespiesznie przeszed? jezdni i wszed? do hotelu. S?oce przypieka?o ju?
mocno, ulic szybko wype?nia? wilgotny zaduch i Red poczu?, jak go piek+
powieki. Mocno zmru?y? oczy, ?a?uj+c, ?e nie starczy?o czasu na chocia?
godzin snu przed wa?nym spotkaniem. I w tym w?anie momencie to na niego
nasz?o.
Nic podobnego nigdy mu si nie przytrafi?o poza Stref+, a i w Strefie
zdarzy?o si zaledwie dwa lub trzy razy. Jakby nagle znalaz? si w innym
wicie. Miliony zapachw jednoczenie natar?y na niego - ostre, s?odkie,
metaliczne, czu?e, niebezpieczne, trwo?ne ogromne jak domy, mikroskopijne
jak py?ki, ci?kie jak kamienie, subtelne i skomplikowane jak mechanizm
zegarka. Powietrze stwardnia?o, wykrystalizowa?y si w nim krawdzie,
p?aszczyzny, k+ty, jakby przestrze wype?nia?y ogromne, szorstkie kule,
liskie ostros?upy, gigantyczne graniaste kryszta?y i przez to wszystko
trzeba by?o si przedziera, jak w majakach sennych przez ciemny zagracony
antykwariat, pe?en starowieckich, cudacznych mebli. Trwa?o to u?amek
sekundy. Red otworzy? oczy i wszystko znikn?o. To nie by? odmienny wiat -
to wiat znany, codzienny, zwrci? si ku Redowi inn+, nie znan+ stron+,
zwrci? si na mgnienie, a potem znowu szczelnie si zatrzasn+?, zanim Red
zdo?a? cokolwiek zrozumie...
Nad uchem warkn+? zirytowany klakson. Red przypieszy? kroku, p?niej
pobieg? i zatrzyma? si dopiero pod samym "Metropolem". Serce bi?o mu
nieprzytomnie. Postawi? teczk na asfalcie, pospiesznie rozerwa? paczk
papierosw i zapali?. Zaci+ga? si g?boko i ci?ko dysza?, jakby przed
chwil+ stoczy? walk. Dy?urny policjant zatrzyma? si obok Reda i troskliwie
zapyta?:
- Czy potrzebuje pan pomocy?
- N-nie - wydusi? z siebie Red i zakas?a? - Duszno...
- Mo?e odprowadzi pana?
Red schyli? si po teczk.
- Nie - powiedzia?. - Ju? wszystko w porz+dku. Dzikuj, przyjacielu.
Szybko pomaszerowa? do bramy hotelu i wszed? po stopniach do hallu.
Panowa? tu p?mrok i ch?d. Powinien posiedzie chwil w jednym z tych
wielkich, skrzanych foteli, wysapa si, uspokoi, ale ju? i tak si
sp?ni?. Pozwoli? sobie tylko na dopalenie do koca papierosa, obserwuj+c
spod przymknitych powiek ludzi kr+?+cych po hallu. Suchy ju? tu by? - z
niezadowolon+ min+ przerzuca? pisma w kiosku. Red rzuci? niedopa?ek do
popielniczki i wsiad? do windy.
Nie zd+?y? zamkn+ drzwi, a tu? za nim wcisnli si do windy: jaki
grubas z astmatyczn+ zadyszk+, mocno naperfumowana paniusia z ponurym
dziesiciolatklem, ktry ?u? czekolad, i pot?na, ?le ogolona starucha.
Reda wepchnito w k+t, musia? zamkn+ oczy, ?eby nie widzie ch?opca,
ktremu po brodzie sp?ywa?a czekoladowa lina, cho twarz mia? wie?+ i
czyst+ i nie widzie jego matki, ktrej zwid?y biust zdobi? sznur "czarnych
bryzg" oprawnych w srebro, nie widzie wytrzeszczonych sklerotycznych bia?ek
grubasa i przera?aj+cych brodawek na obrzmia?ej mordzie staruchy. Grubas
sprbowa? zapali, ale starucha natychmiast przywo?a?a go do porz+dku i
nka?a a? do czwartego pitra, na ktrym wysiad?a, grubas jednak zapali? z
tak+ min+, jakby wywalczy? dla siebie prawa obywatelskie i niezw?ocznie
zakrztusi? si, zasapa?, chrypi+c, wiszcz+c, zwijaj+c wargi jak wielb?+d i
tr+caj+c Reda w bok wystaj+cym ?okciem...
Red wysiad? na sidmym pitrze i ?eby chocia? troch si roz?adowa,
g?ono i wyra?nie powiedzia?:
- W dusz, w twoj+ mord nieogolona raszplo, stara ropucho, cuchn+cym,
mierdz+cym kaloszem przez Boga przeklta, razem z twoim gwniarzem
zasmarkanym, w czekoladzie...
Potem ruszy? mikkim chodnikiem wzd?u? korytarza, owietlonego
przytulnym wiat?em ukrytych lamp. Pachnia?o tu drogim tytoniem, francuskimi
perfumami, lni+c+ skr+ pkatych portfeli, kosztownymi dziewczynami, po
piset za jedn+ noc, masywnymi z?otymi papieronicami - ca?+ szumowin+,
wstrtn+ narol+, ktra wyros?a na Strefie, ssa?a Stref, paso?ytowa?a i
?erowa?a na Strefie, obrasta?a sad?em i wszystko jej zwisa?o, a w
szczeglnoci to, co nast+pi potem, kiedy ju? si na?re i opije do syta i
kiedy wszystko, co jest wewn+trz Strefy zostanie wydobyte na zewn+trz i
zadomowi si na naszej planecie. Red bez pukania otworzy? drzwi apartamentu
numer osiemset siedemdziesi+t cztery.
Chrypa siedzia? na stole przy oknie i oprawia? cygaro. By? jeszcze w
pi?amie, rzadkie w?osy mia? wilgotne, ale starannie zaczesane z
przedzia?kiem, a jego niezdrowo nalana twarz by?a g?adko ogolona.
- Aha - odezwa? si nie podnosz+c oczu. - Punktualno jest
grzecznoci+ krlw. Witaj mj ch?opcze.
Poradzi? sobie wreszcie z koniuszkiem cygara, w obu d?oniach unis? je
na wysoko w+sw, po czym przejecha? nosem wzd?u? cygara.
- A gdzie nasz stary, dobry Barbridge? - zapyta? i podnis? powieki.
Oczy mia? przejrzyste, b?kitne i anielskie.
Red postawi? teczk na kanapie, usiad? i wyj+? papierosy.
- Barbridge nie przyjdzie - powiedzia?.
- Stary, dobry Barbridge - powtrzy? Chrypa, uj+? cygaro w dwa palce i
ostro?nie podnis? je do ust. - Starego Barbridge'a zawiod?y nerwy...
Bez przerwy patrzy? na Reda czystymi b?kitnymi oczami i nie mruga?.
Chrypa nigdy nie mruga?. Drzwi uchyli?y si i do pokoju wszed? Suchy.
- Kim by? ten cz?owiek, z ktrym pan rozmawia?? - zapyta? od progu.
- A, dzie dobry - ?yczliwie powiedzia? Red, strz+saj+c popi? na
pod?og.
Suchy wepchn+? rce w kieszenie i szeroko st+paj+c ogromnymi,
skrzywionymi do wewn+trz stopami stan+? przed Redem.
- Uprzedzalimy sto razy - powiedzia? z wyrzutem. - ?adnych kontaktw
przed spotkaniem. A co pan robi?
- Mwi, dzie dobry - powiedzia? Red. - A pan?
Chrypa rozemia? si, a Suchy powiedzia? z irytacj+:
- Dzie dobry, dzie dobry... - przesta? widrowa Reda pe?nym wyrzutu
spojrzeniem i zwali? si na kanap. - Nie wolno tego robi - powiedzia?. -
Nie wolno! Rozumie pan?
- W takim razie wyznaczajcie spotkania tam, gdzie nie mam znajomych -
powiedzia? Red.
- Ch?opiec ma racj - zauwa?y? Chrypa. - Pope?nilimy b?+d. Kto to by??
- Richard Nunnun - wyjani? Red. - Jest przedstawicielem kilku firm
dostarczaj+cych aparatur dla instytutu. Mieszka w tym hotelu.
- Widzisz, jakie to proste! - powiedzia? Chrypa do Suchego. Wzi+? ze
sto?u olbrzymi+, zapalniczk, w kszta?cie Pos+gu Wolnoci, popatrzy? na ni+
z pow+tpiewaniem i odstawi? z powrotem.
- A gdzie Barbridge? - ju? zupe?nie ?yczliwie zapyta? Suchy.
- Skoczy? si Barbridge - powiedzia? Red. Tamci dwaj wymienili szybkie
spojrzenia.
- Pokj jego duszy - powiedzia? podejrzliwie Suchy. - Czy te? mo?e
aresztowano go?
Red przez chwil nie odpowiada?, powoli dopala? papierosa, nastpnie
rzuci? niedopa?ek na pod?og i powiedzia?:
- Nie bjcie si, wszystko gra. Barbridge jest w szpitalu.
- To si u pana nazywa, ?e wszystko gra! - powiedzia? nerwowo Suchy,
zerwa? si, z kanapy i podszed? do okna. - W ktrym szpitalu?
- Nie bjcie si - powtrzyl Red. - W tym co trzeba. Za?atwiajmy nasze
sprawy, ja chc si wreszcie wyspa.
- A konkretnie, w ktrym szpitalu? - ju? z rozdra?nieniem zapyta?
Suchy.
- Ju? si rozpdzi?em, ?eby wam powiedzie - odpar? Red. Wzi+? z
pod?ogi teczk.
- Bdziemy dzi za?atwia interesy, czy nie?
- Wszystko za?atwimy, mj ch?opcze - rzeko powiedzia? Chrypa,
Z nieoczekiwan+ lekkoci+ zeskoczy? na pod?og, szybko przysun+? do
kanapy niski stolik. Jednym ruchem zgarn+? na pod?og stos pism, usiad?
naprzeciw i wpar? w kolana r?owe w?ochate rce.
- Niech pan poka?e towar - powiedzia?. Red otworzy? teczk, wyj+? spis
z cenami i po?o?y? na stoliku przed Chryp+. Chrypa spojrza? i paznokciem
odsun+? spis na bok. Suchy stan+? z tylu i wgapi? si w kartk ponad
ramieniem wsplnika.
- To jest rachunek - powiedzia? Red.
- Widz - odezwa? si Chrypa. - Niech pan poka?e towar!
- Forsa - powiedzia? Red.
- Co to za "piercie"? - podejrzliwie zapyta? Suchy, pokazuj+c palcem
list, ponad ramieniem Chrypy.
Red milcza?. Trzyma? na kolanach otwart+ teczk i uporczywie patrzy? w
b?kitne, anielskie oczka. Chrypa wreszcie si umiechn+?.
- I za co ja ci tak lubi, mj ch?opcze - zagrucha? jak synogarlica. -
A mwi+, ?e mi?o od pierwszego wejrzenia nie istnieje! - westchn+?
teatralnie. - Phil przyjacielu, jak to si nazywa w ich jzyku? Wydaj mu
szmal, od?a?uj zielonych... i podaj mi wreszcie ognia! Przecie? widzisz... -
pomacha? cygarem, ktre ci+gle jeszcze zaciska? w dwch palcach.
Suchy Phil wymamrota? co niewyra?nie, rzuci? Chrypie zapa?ki, a sam
wyszed? do s+siedniego pokoju przez drzwi zas?onite portier+. By?o s?ycha,
jak z kim tam rozmawia niewyra?nie i z irytacja, co jakby na temat kota w
worku, a Chrypa zapalaj+c wreszcie swoje cygaro, ci+gle wpatrywa? si w Reda
z martwym umiechem na cienkich wargach, jakby si nad czym g?boko
zastanawia?. Red opar? brod na teczce i te? patrzy? tamtemu w twarz
staraj+c si nie mruga, chocia? powieki pali?y go jak ogniem, a oczy
zaczyna?y ?zawi. Potem wrci? Suchy i rzuci? na stolik dwie paczki
banknotw w banderolach i bardzo nadty usiad? obok Reda. Red leniwie
sign+? po pieni+dze, ale Chrypa zatrzyma? go gestem, zerwa? banderole i
schowa? je do kieszeni pi?amy.
- Teraz bardzo prosz - powiedzia?. Red wzi+? pieni+dze i nie licz+c
wepchn+? je do wewntrznych kieszeni marynarki, nastpnie przyst+pi? do
wyk?adania towaru. Robi? to powoli, umo?liwiaj+c tamtym dwm obejrzenie
wszystkiego i porwnanie wszystkiego ze spisem ka?dego przedmiotu
oddzielnie. W pokoju by?o cicho, tylko ci?ko dysza? Chrypa i jeszcze za
portier+ co cicho d?wikn?o - jakby ?y?eczka o krawd? szklanki.
Kiedy w kocu Red zamkn+? teczk i zatrzasn+? zamek, Chrypa ponis? na
niego oczy i zapyta?:
- No a co z najwa?niejszym?
- Nic - odpowiedzia? Red. I po chwili milczenia doda?: - Na razie.
- Podoba mi si to "na razie" - czule powiedzia? Chrypa. - A tobie,
Phil?
- Niejasno pan stawia spraw - powiedzia? zrzdnie Suchy Phil. -
Powstaje pytanie, dlaczego niejasno?
- Bo to ju? taki mj fach: ciemne interesy - powiedzia? Red. - Nie?atwy
mamy fach, panowie.
- No dobrze - powiedzia? Chrypa. - A gdzie aparat fotograficzny?
- O do diab?a! - zmiesza? si Red. Potar? palcami policzek czuj+c, jak
si czerwieni. - Moja, wina - powiedzia?. - Na mier zapomnia?em.
- Tam? - zapyta? Chrypa robi+c nieokrelony ruch cygarem.
- Nie pamitam... Pewnie tam... - Red zamkn+? oczy i opad? na oparcie
kanapy. - Nie. Nic nie pamitam.
- Szkoda - powiedzia? Chrypa. - Ale czy pan przynajmniej widzia? t
rzecz?
- Ale? sk+d - z niechci+ powiedzia? Red. - Przecie? w?anie o to
chodzi. Nawet nie doszlimy do nagrzewnic. Barbridge wpakowa? si w
"pudding" i natychmiast musia?em zwin+ ?agle. Mo?e pan by pewien, ?e
gdybym zobaczy?, tobym nie zapomnia?.
- Hugh, spjrz no tylko! - przera?onym szeptem powiedzia? nagle Suchy.
- Co to mo?e by? Siedzia?, wyci+gaj+c przed siebie wskazuj+cy palec prawej
d?oni. Dooko?a palca wirowa? ten w?anie piercie z bia?ego metalu i Suchy
wpatrywa? si w piercie wytrzeszczaj+c oczy.
- On si nie zatrzymuje! - g?ono powiedzia? Suchy patrz+c okr+g?ymi
oczami to na piercie, to na Chryp.
- Co to znaczy: nie zatrzymuje si? - ostro?nie zapyta? Chrypa i
odrobin si odsun+?.
- W?o?y?em go na palec, raz zakrci?em - tak sobie... a on ju? minut
krci si bez przerwy!
Suchy nagle zerwa? si z kanapy i trzymaj+c palec przed sob+ pobieg? za
portier. Piercie srebrzycie po?yskuj+c wirowa? przed nim jak mig?o
samolotu.
- Co za cudactwo pan nam przynis?? - zapyta? Chrypa.
- A diabli go wiedz+! - odpar? Red. - Sam do tej pory nie wiedzia?em.
Gdybym wiedzia?, przynis?bym wicej.
Chrypa przez jaki czas patrzy? na Reda, potem wsta? i rwnie? znik? za
portier+... Zaszemra?y tam g?osy. Red wyci+gn+l papierosa, zapali?, podnis?
z pod?ogi jaki magazyn i zacz+? go bez zainteresowania przegl+da. W
magazynie by?a nieprzebrana mnogo cudnej urody dziewcz+t, ale nie wiadomo
dlaczego Reda mdli?o na ich widok. Rzuci? magazyn i poszuka? wzrokiem czego
do wypicia, nastpnie wyj+? z wewntrznej kieszeni paczk banknotw i
przeliczy? je. Wszystko by?o w porz+dku, ale ?eby nie zasn+, przeliczy?
rwnie? nastpn+ paczk. Kiedy j+ chowa? do kieszeni, wrci? Chrypa.
- Masz szczcie, mj ch?opcze - oznajmi? znowu siadaj+c naprzeciw
Reda. - Czy wiesz co to takiego perpetuum mobile?
- Nie powiedzia? Red. - W naszej szkole tego nie przerabiano.
- I na zdrowie - powiedzia? Chiypa. Wyj+? jeszcze jeden zwitek
banknotw. - To jest cena pierwszego egzemplarza - owiadczy? zdejmuj+c
banderol. - Za ka?dy nastpny egzemplarz paskiego "piercienia" otrzyma
pan dwie takie paczki. Zapamita?e ch?opcze? Dwie paczki. Ale pod
warunkiem, ?e nikt, oprcz nas tu obecnych, nigdy niczego o tych
piercieniach si nie dowie. Umowa stoi?
Red w milczeniu wsadzi? pieni+dze do kieszeni i wsta?.
- Id - powiedzia? - Gdzie i kiedy nastpnym razem? Chrypa rwnie?
wsta?.
- Kto do pana zadzwoni - powiedzia?. - Niech pan oczekuje telefonu w
ka?dy pi+tek od dziewi+tej do dziewi+tej trzydzieci rano. Otrzyma pan
pozdrowienia od Phila Hugha i wtedy umwi si pan na spotkanie.
Red skin+? g?ow+ i ruszy? do drzwi. Chrypa poszed? za nim i po?o?y? mu
rk na ramieniu.
- Chcia?bym, ?eby mnie pan dobrze zrozumia? - powiedzia?. - Wszystko to
jest bardzo mi?e, po?yteczne itd... a "piercie" to doprawdy urocza
zabaweczka, ale w pierwszym rzdzie potrzebne nam s+ dwie rzeczy -
fotografie i nape?niony kontener. Kiedy pan zwrci nasz aparat fotograficzny
ze zdjciami i nasz kontener, ale nie pusty, tylko pe?ny, ju? nigdy wicej
nie bdzie pan musia? chodzi do Strefy...
Red poruszy? ramieniem, zrzuci? d?o tamtego, otworzy? drzwi i wyszed?,
nie odwracaj+c si szed? mikkim chodnikiem i przez ca?y czas czu? na karku
b?kitne, nieruchome spojrzenie anielskich oczu. Nie czekaj+c na wind,
zszed? z sidmego pitra na d?.
Kiedy wyszed? z "Metropolii", wzi+? takswk i pojecha? na drugi koniec
miasta. Kierowca trafi? si nieznajomy, z tych niedawno przyby?ych,
pryszczaty ch?opiec z wielkim nosem; jeden z wielu, ktrzy ostatnimi laty
t?umnie walili do Harmont w poszukiwaniu niebywa?ych przygd,
nieprzeliczonych bogactw, wiatowej s?awy i jakiej osobliwej religii.
T?umnie przyje?d?ali i zostawali szoferami takswek, kelnerkami, robotnikami
na budowie, wykidaj?ami - nieudolni, chciwi, udrczeni niejasnymi
pragnieniami, zawistni, niezadowoleni ze wszystkiego na wiecie,
rozczarowani i przekonani najg?biej, ?e i tym razem znowu ich oszukano.
Po?owa, po kilkumiesicznej poniewierce, przeklinaj+c wszystko i wszystkich
powraca?a do domw, nios+c swe wielkie rozczarowanie do wszystkich krajw
wiata: nieliczni, ktrych mo?na by policzy na palcach, zostawali
stalkerami i szybko ginli, za szybko, ?eby cokolwiek poj+, niektrym uda?o
si dosta prac w instytucie, tym najzdolniejszym i wykszta?conym, zdatnym
chocia?by do pracy preparatora, a pozostali - wszystkie bez wyj+tku wieczory
spdzali w knajpach, urz+dzali bjki z powodu r?nicy pogl+dw, z powodu
dziewczyn i zwyczajnie bez powodu, kiedy si popili. Od czasu do czasu
organizowali marsze z wrczaniem jakich petycji, jakie demonstracje
protestu, jakie strajki, siedz+ce, stoj+ce i nawet le?+ce i doprowadzali do
bia?ej furii miejsk+ policj, komendantur i rdzennych mieszkacw Harmont,
ale im wicej uplywa?o czasu, tym gruntowniej pokornieli, uspokajali si i
coraz chtniej zapominali, po co si tu znale?li.
Od pryszczatego szofera na kilometr nios?o gorza?+, oczy mia? czerwone
jak krlik, ale by? niezwykle podniecony i z miejsca zacz+? opowiada
Redowi, jak dzi rano na ich ulicy pojawi? si nieboszczyk z cmentarza.
Przyszed? wic do swojego domu, a dom przecie? od ilu to ju? lat
zamknity, wszyscy si wyprowadzili - i wdowa po nim, to znaczy stara, i
crka z m?em, i wnuki. A ten, jak opowiadaj+ s+siedzi, umar? jeszcze przed
L+dowaniem, a teraz -- patrzcie pastwo - nagle wraca! Par razy obszed? dom
w kolko, poskroba? w drzwi, potem usiad? pod p?otem i siedzi. Ludzi si
zbieg?o - ca?a dzielnica - patrz+, a podej, rzecz jasna, ka?dy si boi.
P?niej si domylili, wy?amali drzwi w jego domu, ?eby mg? wej. I co pan
myli? Wsta?, wszed? i zamkn+? za sob+ drzwi. Musia?em lecie do pracy i nie
wiem, czym si tam skoczy?o, wiem tylko, ?e mieli zamiar dzwoni do
instytutu, ?eby go od nas zabrali do wszystkich diab?w.
- Stop - powiedzia? Red. - Tu si zatrzymaj. Pogrzeba? w kieszeni, ale
nie znalaz? drobnych i musia? rozmieni nowy banknot. Potem chwil posta?
przed bram+, poczeka?, a? takswka odjedzie. Cottage cierwnika by? nie
najgorszy - jednopitrowy, przeszklony, sala bilardowa, zadbany ogrdek,
oran?eria i bia?a altanka wrd jab?oni. A wok? tego wszystkiego ?elazne
kute sztachety pomalowane olejn+ farb+ na zielono. Red kilkakrotnie nacisn+?
guziczek dzwonka, drzwi z lekkim skrzypieniem otworzy?y si i Red bez
popiechu poszed? cie?k+, wrd r?anych krzeww. Na ganku sta? ju? Suse? -
pokrcony, czarno - purpurowy dygocz+cy z namitnej chci us?u?enia. Z
niecierpliwoci odwrci? si bokiem, zwiesi? ze stopnia jedn+, rozpaczliwie
szukaj+c+ oparcia nog, znalaz? je, zacz+? opuszcza na ni?szy stopie drug+
nog, i ci+gle macha?, macha? Redowi zdrow+ rk+ - czekaj, czekaj, ja
zaraz...
- Ej, Rudy! - zawo?a? z ogrodu kobiecy g?os. Red odwrci? g?ow i
zobaczy? wrd zieleni obok bia?ego a?urowego dachu altanki smag?e nagie
ramiona, jaskrawoczerwone usta i kiwaj+c+ d?o. Skin+? Sus?owi, zszed? ze
cie?ki i ruszy? wprost przez krzaki r? po mikkiej zielonej trawie w
stron altanki.
Na trawie le?ala wielka czerwona mata, a na macie siedzia?a ze
szklank+, w d?oni Dina Barbridge w prawie niedostrzegalnym kostiumie
k+pielowym, obok poniewiera?a si ksi+?ka w jaskrawej ok?adce, a w zasigu
rki, pod krzakiem, w cieniu sta?o b?yszcz+ce wiaderko z lodem, z ktrego
stercza?a w+ska, smuk?a szyjka butelki.
- Cze, Rudy! - powiedzia?a Dina i zrobi?a powitalny ruch szklank+. -
A gdzie papachen? Czy?by znowu si zasypa??
Red podszed?, rce z teczk+ za?o?y? do ty?u i spojrza? na dziewczyn z
gry. Tak, wspania?e dzieci wymodli? sobie w Strefie cierwnik. Dina by?a
at?asowa, cudownie z?ota, bez jednej skazy, bez jednej zbytecznej fa?dki -
sto pidziesi+t funtw wabi+cego cia?a i jeszcze szmaragdowe, wietliste
oczy, i jeszcze ogromne wilgotne usta, i rwniutkie bia?e zby, i jeszcze
krucze, lni+ce w s?ocu w?osy, niedbale rzucone na jedno rami i b?yski
s?oca przebiegaj+ce z jej ramion na brzuch i biodra, zostawiaj+c cie
midzy prawie nagimi piersiami. Red wpatrywa? si w ni+, a Dina spogl+da?a
na niego z do?u, umiechaj+c si ze zrozumieniem, a potem unios?a szklank i
wypi?a kilka ?ykw.
- Masz ochot? - zapyta?a oblizuj+c wargi. Odczeka?a dok?adnie tyle
czasu, ile nale?a?o, ?eby dwuznaczno pytania dotar?a do Reda, i wyci+gn?a
do niego szklank.
Red odwrci? si, poszuka? wzrokiem, dostrzeg? stoj+cy w cieniu
szezlong i wyci+gn+? si na nim.
- Barbridge jest w szpitalu - powiedzia?. - Bd+ mu amputowa nogi.
Dina z tym samym umiechem patrzy?a na Reda jednym okiem, drugie
zas?ania?a gsta fala w?osw spadaj+ca na rami, i tylko jej umiech
znieruchomia? - cukierkowy grymas na niadej twarzy. Potem machinalnie
poko?ysa?a szklank+, jakby s?ucha?a stukania lodu o szk?o, i zapyta?a:
- Obie nogi?
- Obie. Mo?e do kolan, a mo?e wy?ej. Dina postawi?a szklank i
odgarn?a z twarzy w?osy. Ju? si nie umiecha?a.
- Szkoda - powiedzia?a. - To znaczy, ?e ty...
W?anie jej, Dinie, Red mg?by szczeg?owo opowiedzie, jak to wszystko
si sta?o i jak to by?o. Zapewne mg?by jej nawet opowiedzie, jak wraca? do
samochodu trzymaj+c w pogotowiu kastet i jak Barbridge prosi? o lito,
nawet nie dla siebie, a dla dzieci, dla niej i dla Arenie, i jak obiecywa?
Z?ot+ Kul. Mg?by, ale nie zrobi? tego. W milczeniu sign+? do marynarki,
wyci+gn+? paczk banknotw i rzuci? j+ na czerwon+ mat. Banknoty upad?y
tczowym wachlarzem tu? przy smuk?ych, d?ugich nogach Diny. Dina machinalnie
podnios?a kilka banknotw, przyjrza?a si im, tak jakby je widzia?a po raz
pierwszy w ?yciu i stwierdzi?a, ?e s+ niezbyt interesuj+ce.
- A wic to jest ostatnia wyp?ata - powiedzia?a. Red wychyli? si z
szezlonga, dosign+? wiaderka, wci+gn+? butelk i spojrza? na nalepk. Z
ciemnego szk?a kapa?a woda i Red odsun+? rk z butelk+, ?eby nie poplami
spodni. Nie przepada? za drog+ whisky, ale teraz mo?na by?o napi si i tej.
I ju? przymierzy? si, ?eby goln+ prosto z butelki, ale powstrzyma?y go
niewyra?ne, protestuj+ce d?wiki za plecami. Obejrza? si i zobaczy?, ?e
przez trawnik, ze straszliwym trudem przestawiaj+c krzywe nogi, pieszy
Suse?, w obu rkach trzymaj+c wysok+ szklank z przezroczystym p?ynem. Z
gorliwoci pot sp?ywa? mu strumieniem po purpurowo - czarnej twarzy, nalane
krwi+ oczy prawie wylaz?y z orbit, a kiedy dostrzega?, ?e Red patrzy na
niego, nieomal z rozpacz+ wyci+gn+? ku niemu szklank i znowu ni to
zabecza?, ni to zaskomli?, szeroko i bezsilnie rozwieraj+c bezzbne usta.
- Czekam, czekam - uspokoi? go Red i w?o?y? z powrotem butelk do
kube?ka.
Susel wreszcie dokutyka?, poda? Redowi szklank i z niemia?+
poufa?oci+ poklepa? go po ramieniu haczykowat+ d?oni+.
- Dzikuj, Dickson - powiedzia? powa?nie Red. - To jest akurat to,
czego mi w?anie potrzeba. Jak zwykle znalaz?e si na poziomie, Dickson.
I pki Suse?, zachwycony i za?enowany, potrz+sa? g?ow+ i spazmatycznie
uderza? zdrow+ rk+ w biodro, Red uroczycie unis? szklank, sk?oni? si i
jednym haustem wypi? po?ow. Potem spojrza? na Din.
- Chcesz? - zapyta? pokazuj+c jej szklank. Dziewczyna nie
odpowiedzia?a. Sk?ada?a banknot na p?, potem jeszcze na p? i jeszcze raz
na p?.
- Daj spokj - powiedzia? Red. - Nie zginiecie. Twj ojczulek...
Przerwa?a mu.
- A wic ty go wyci+gn+? - powiedzia?a, nie pyta?a, stwierdzi?a fakt.
- Dygowa?e go, nieszczsny idioto, przez ca?+ Stref, biedny kretynie, na
w?asnym grzbiecie ci+gn+?e t kanali, ba?wanie. Tak+ okazj przegapi?e...
Red patrzy? na ni+, zapomniawszy o szklance, a Dina wsta?a i sz?a.
st+paj+c po rozrzuconych banknotach, a? podesz?a do Reda i wtedy stan?a
przed nim, zacinite pici opar?a na biodrach i swoim wspania?ym cia?em,
pachn+cym perfumami i s?odkim potem, zas?oni?a Redowi ca?y wiat.
- W?anie w ten sposb on was wszystkich, idiotw, dooko?a palca... po
waszych kociach, po waszych bezmzgich g?owach... Poczekaj, poczekaj, on
jeszcze o kulach bdzie taczy? na waszych grobach, on wam jeszcze poka?e
bratersk+ mi?o i mi?osierdzie! - Dina ju? prawie krzycza?a. - Z?ot+ Kul
ci obiecywa?, prawda? Map, pu?apki, prawda? Ba?wan! - Kretyn! Po twojej
mordzie piegowatej widz, ?e obiecywa?...
Poczekaj, on ci jeszcze poka?e map, wieczny odpoczynek racz da Panie,
duszy rudego idioty Reda Shoeharta...
Wtedy Red wsta? bez popiechu, odwin+? si i uderzy? j+ w twarz. Dina
umilk?a w p? s?owa, osun?a si jak podcita na traw i schowa?a twarz w
d?oniach.
- Rudy... idiota... - powiedzia?a niewyra?nie. - Tak+ okazj wypuci?e
z r+k... tak+ okazj...
Red patrz+c na ni+ dopi? to, co zosta?o, i nie odwracaj+c si wetkn+?
szklank Sus?owi. Nie by?o wicej o czym mwi. Dobre dzieci wymodli? sobie
cierwnik Barbridge w Strefie! Kochaj+ce i troskliwe!
Wyszed? na ulic, z?apa? takswk i kaza? jecha do "Barge". Pora by?a
koczy interesy, spa si chcia?o wciekle, przed oczami wszystko p?yn?o.
W kocu jednak zasn+?, ca?ym cia?em opieraj+c si na teczce, i obudzi?
si dopiero wtedy, kiedy szofer potrz+sn+? go za rami.
- Jestemy na miejscu...
- Gdzie? - spyta? zaspany rozgl+daj+c si. - Przecie? kaza?em do
banku...
- O nie, mister - wyszczerzy? zby kierowca. - Pan kaza? do "Barge".
Jestemy pod "Barge".
- Dobrze - powiedzia? Red. - Co mi si przyni?o...
Zap?aci? i wysiad? z trudem przestawiaj+c zdrtwia?e nogi. S?oce ju?
nagrza?o asfalt i by?o bardzo gor+co. Red poczu?, ?e ca?y jest mokry, w
ustach mia? niesmak, oczy ?zawi?y. Zanim wszed?, rozejrza? si dooko?a.
Ulica przed "Barge", jak zwykle o tej porze, by?a pusta. Lokale naprzeciw
by?y jeszcze nieczynne, zreszt+ i "Barge" by? prawd mwi+c zamknity, ale
Ernest trwa? ju? na posterunku " przeciera? szklanki i ponuro obserwowa? zza
lady trzech facetw, ktrzy chlali piwo przy naro?nym stoliku. Z pozosta?ych
stolikw jeszcze nie zdjto odwrconych krzese?, nieznany Murzyn w bia?ej
kurtce zamiata? szczotk+ pod?og, a drugi krz+ta? si ko?o skrzynek z piwem
za piecami Ernesta. Red podszed? do lady, po?o?y? na niej teczk i przywita?
si. Ernest w odpowiedzi wymrucza? co niezbyt ?yczliwego.
- Daj mi piwa - powiedzia? Red i spazmatycznie ziewn+?.
Ernest r+bn+? pustym kuflem o lad, wyj+? z lodwki butelk, otworzy?
j+ i przechyli? nad kuflem. Red, zas?aniaj+c usta d?oni+, zapatrzy? si na
jego rk. Rka dr?a?a. Szyjka butelki par razy stukn?a o skraj kufla. Red
spojrza? Ernestowi w twarz. Przymknite ci?kie powieki, malutkie
wykrzywione wargi i obwis?e grube policzki. Murzyn szura? szczotk+ pod
samymi nogami Reda, faceci w k+cie zapalczywie i gniewnie spierali si o
wycigi. Murzyn przy skrzynkach piwa potr+ci? zadem Ernesta, tak ?e barman
a? si zachwia?. Murzyn wymamrota? jakie usprawiedliwienie. Ernest
zd?awionym g?osem zapyta?:.
- Przynios?e?
- Co mia?em przynie? - zapyta? Red ogl+daj+c si przez rami.
Jeden z facetw zwinnie wsta? od stolika, poszed? do wyjcia i
zatrzyma? si w drzwiach zapalaj+c papierosa.
- Chod?, porozmawiamy - powiedzia? Ernest. Murzyn ze szczotk+ te? teraz
sta? midzy Redem a drzwiami. Taki pot?ny Murzyn, podobny do Szuwaksa,
tylko dwa razy szerszy w barach.
- Chod? - powiedzia? Red i wzi+? teczk. Z miejsca odechcia?o mu si
spa.
Wszed? za lad, przecisn+? si obok Murzyna przy skrzynkach piwa.
Murzyn widocznie przytrzasn+? sobie palec - ssa? paznokie, spode ?ba
obserwuj+c Reda. Ten by? te? atletycznie zbudowany, mia? z?amany nos i
zdeformowane uszy. Ernest wszed? do pokoiku na zapleczu a Red za nim,
poniewa? teraz tamci trzej stali w drzwiach wyjciowych, a Murzyn ze
szczotk+ znalaz? si przed drzwiami do magazynu.
Na zapleczu Ernest odst+pi? na bok i usiad? na krzele pod cian+, a od
sto?u wsta? kapitan Quarterblood z??k?y i frasobliwy, nie wiadomo sk+d
wyszed? ogromny oenzetowiec w nasunitym na oczy he?mie i szybko ogromnymi
?apami przejecha? po kieszeniach Reda. Przy prawej bocznej kieszeni
zatrzyma? si, wyj+? z niej kastet i leciutko popchn+? Reda w stron
kapitana. Red podszed? do sto?u i postawi? przed kapitanem Quarterbloodem
swoj+ teczk.
- Jak ty mg?, cierwo! - powiedzia? do Ernesta. Ernest smtnie unis?
brew i wzruszy? ramieniem. Wszystko by?o jasne. W drzwiach ju? stali dwaj
umiechnici Murzyni, innych drzwi nie by?o, a okno by?o zamknite
zabezpieczone od zewn+trz solidn+ krat+.
Kapitan Quarterblood z wyrazem obrzydzenia na twarzy grzeba? w teczce
wyk?adaj+c na st? "pustakw" ma?ych - dwie sztuki, "bateryjek" - dziewi
sztuk, "czarnych bryzg" r?nych rozmiarw - szesnacie sztuk, owinity w
plastyk "g+bek" w idealnym stanie - dwie sztuki, "gazowanej gliny" - jeden
s?oik...
- Masz co jeszcze w kieszeniach? - cicho zapyta? kapitan Quarterblood.
- Wyk?adaj...
- cierwa - powiedzia? Red. - Bydlaki. Wsadzi? rk w zanadrze i rzuci?
na st? paczk banknotw. Banknoty rozsypa?y si na wszystkie strony.
- Oho! - powiedzia? kapitan Quarterblood. - Nic wicej?
- cierwa parszywe! - wrzasn+? Red, wyszarpn+? z kieszeni drug+ paczk
i z rozmachem rzuci? sobie pod nogi - ?ryjcie! Ud?awcie sie!
- To niezmiernie interesuj+ce - spokojnie odezwa? si kapitan
Quarterblood. - A teraz podnie to.
- Obejdzie si! - odpar? Red zak?adaj+c rce do ty?u. - Twoi szpicle
pozbieraj+. Sam pozbierasz!
- Podnie pieni+dze, stalker - nie podnosz+c glosu powiedzia? kapitan
Quarterblood, wpieraj+c pici w stoi i podaj+c si do przodu.
Kilka sekund w milczeniu patrzyli sobie w oczy, a potem Red mamrocz+c
przeklestwa przykucn+? i niechtnie zacz+? zbiera pieni+dze. Murzyni z
ty?u zachichotali, a oenzetowiec szyderczo parskn+?.
- Lepiej nie parskaj! - powiedzia? do niego Red. - Jeszcze si
usmarkasz!
Teraz czo?ga? si ju? na kolanach, zbieraj+c banknoty po jednym i coraz
bli?ej przysuwal si do ciemnego miedzianego, "piercienia" ktry spokojnie
spoczywa? w zaronitym brudem wg?bieniu parkietu. Staraj+c si zaj+ jak
najwygodniejsz+ pozycj i wykrzykuj+c bezustannie rynkowe przeklestwa
wszystkie, jakie zna?, i nowe, popiesznie teraz wymylane, kiedy nadszed?
moment, zamilk?, spr?y? si, uchwyci? piercie i z ca?ej si?y szarpn+? go
do gry. Pokrywa piwnicy jeszcze nie zd+?y?a r+bn+ o pod?og, kiedy Red
wyci+gaj+c przed siebie rce skoczy? g?ow+ na d?, w stch?+ zimn+ ciemno
podziemia.
Upad? na rce, przekozio?kowa? przez g?ow, zerwa? si na nogi i
pochylony, nic nie widz+c, licz+c tylko na pami i szczcie rzuci? si
przed siebie w w+skie przejcie midzy sagami skrzynek. Biegn+c szarpa?,
rwa? te skrzynki s?ysz+c, jak z brzkiem i ?oskotem zawalaj+ przejcie za
jego plecami. Zelizguj+c si wbieg? po niewidzialnych schodkach, cia?em
wybi? obite zardzewia?+ blach+ drzwi i znalaz? si w gara?u Ernesta. Ca?y
dygota?, z trudem ?apa? powietrze przed oczami p?ywa?y mu krwawe plamy,
serce ci?ko i bolenie bi?o mu w gardle, ale nie zatrzyma? si ani na
sekund. W mgnieniu oka znalaz? si w odleg?ym k+cie i zdzieraj+c sobie
skr z d?oni zacz+? rozwala gr rupieci, pod ktra w cianie gara?u
brakowa?o kilku desek, nastpnie po?o?y? si na brzuchu i przelaz? przez t
dziur, s?ysz+c, jak z trzaskiem pka na nim marynarka. I dopiero na
podwrzu, w+skim jak studnia, przysiad? midzy pojemnikami na miecie, zdj+?
marynark, zerwa? i wyrzuci? krawat, szybko dokona? przegl+du swego stroju,
otrzepa? spodnie, wyprostowa? si, przebiegi przez podwrze i da? nura w
niski cuchn+cy tunel prowadz+cy na s+siednie, bli?niacze podwrko. Biegn+c
uwa?nie nads?uchiwa?, ale syreny policyjne na razie jeszcze nie wy?y, wic
pobieg? co si? w nogach, p?osz+c uciekaj+ce mu z drogi dzieciaki,
przebiegaj+c pod rozwieszon+ bielizn+, prze?a?+c przez dziury w zgni?ych
parkanach, staraj+c si jak najszybciej opuci dzielnic, pki kapitan
Quarterblaod nie zd+?y jej otoczy. Dobrze zna? te miejsca. Na wszystkich
tych podwrkach, w piwnicach, opuszczonych pralniach i sk?adach opa?owych
bawi? si jeszcze jako ch?opiec i wszdzie tu mia? znajomych, a nawet
przyjaci? i w innej sytuacji mg?by tu bez trudu ukry si i przesiedzie
choby tydzie, ale nie po to "zuchwale ucieka? przed aresztowaniem" sprzed
nosa kapitana Quarterblooda, zarabiaj+c tym sposobem dodatkowe dwanacie
miesicy.
Mia? wyj+tkowe szczcie. Ulic+ Sidm+ maszerowa?a wrzeszcz+c i unosz+c
tumany kurzu, kolejna demonstracja jakiej ligi - ze dwustu ludzi tak samo,
a mo?e nawet i bardziej obszarpanych i brudnych jak on sam, zupe?nie tak,
jakby wszyscy ci demonstranci dopiero co przedzierali si przez dziury w
plotach w?azili w pojemniki na miecie i jeszcze na dodatek spdzi?
uprzednio burzliw+ noc w sk?adzie wgla. Wyskoczy? z bramy, wmiesza? si w
ci?b i na ukos, depcz+c ludziom po nogach, opdzaj+c si od kuksacw
przebi? si na drug+ stron ulicy i znowu da? nura w bram - dok?adnie w
momencie, kiedy rozleg?o si znajome wstrtne wycie policyjnych syren i
demonstracja stan?a cinita w harmonijk. Ale teraz Red by? Ju? w innej
dzielnicy i kapitan Quarterblood nie mg? wiedzie w jakiej.
Wszed? do swojego gara?u od strony magazynu towarw radiotechnicznych i
musia? troch odczeka - robotnicy ?adowali na samochd wielkie kartony z
telewizorami. Ukry? si w suchotniczych krzakach bzu pod lep+ cian+
s+siedniego domu, odsapn+? troszeczk i wypali? papierosa. Pali? siedz+c w
kucki i opieraj+c si plecami o mur przeciwpo?arowy. Od czasu do czasu
przyklada? d?o do policzka, staraj+c si uspokoi nerwowy tik, i myla?,
myla?, myla?, a kiedy samochd z robotnikami tr+bi+c wyjecha? za bram.
Red rozemia? si i cicho rzuci? mu w lad:
"Dzikuj wam, ch?opaki, powstrzymalicie durnia... mia?em czas
pomyle". Od tej chwili zacz+? dzia?a szybko, ale bez zbdnego popiechu,
zrcznie, wed?ug planu, jakby pracowa? w Strefie.
Dosta? si do gara?u przez tajny w?az, bezszelestnie zdj+? stare
siedzenie, wsadzi? rk do kosza, wyci+gn+? z worka pakunek i ukry? w
zanadrzu, nastpnie zdj+l z gwo?dzia star+ zniszczon+ skrzan+ kurtk,
znalaz? w k+cie brudn+ cyklistwk i obiema rkami nacisn+? j+ g?boko na
oczy. Przez szpary w drzwiach do mrocznego gara?u wpada?y w+skie pasma
s?onecznego wiat?a pe?ne wietlistych py?kw, na podwrku weso?o i
zadziornie piszcza?y dzieci i kiedy ju? zbiera? si do wyjcia, us?ysza?
g?os creczki. Wtedy przywar? okiem do najwikszej szpary i przez chwil
patrzy?, jak Mariszka powiewaj+c dwoma balonikami biega dooko?a nowej
hutawki, a trzy staruchy z robtkami na kolanach siedz+ obok na ?aweczce i
obserwuj+ ma?+, nie?yczliwie zaciskaj+c wargi. Wymieniaj+ swoje parszywe
uwagi, stare purchawy. A dzieci maj+ to w nosie - bawi+ si z ni+ jak gdyby
nigdy nic, nie na darmo podlizywa? si im jak umia? - i zje?d?alni im
zrobi? drewnian+, i dom dla lalek, i hutawk... i t ?awk, na ktrej
siedz+ teraz stare ropuchy te? sam zmajstrowa?. "No dobra" - powiedzia?
samymi wargami i oderwa? si od szpary, jeszcze jeden, ostatni raz obejrza?
gara? i ruszy? do w?azu.
Na po?udniowo - zachodnim przedmieciu, obok opuszczonej stacji
benzynowej, na samym kocu ulicy Grniczej sta?a budka telefoniczna. Jeden
Pan Bg wie, kto z niej teraz korzysta? - dooko?a wszystkie domy by?y
opuszczone a dalej na po?udnie rozpociera?o si a? po horyzont miejskie
wysypisko mieci. Red usiad? w cieniu budki, wprost na go?ej ziemi, wsadzi?
rk w szpar pod budk+. Wymaca? zakurzony nat?uszczony papier i rkoje
pistoletu zawinitego w ten papier. Ocynkowane pudelko z nabojami rwnie?
by?o na miejscu, podobnie jak woreczek z "bransoletkami" i stary portfel z
podrobionymi dokumentami - skrytka by?a w porz+dku. Wtedy Red zdj+? kurtk i
cyklinwk i wsun+? rk w zanadrze. Z minut siedzia? wa?+c na d?oni
porcelanowy pojemnik z nieuchronn+, nieub?agan+ mierci+ wewn+trz. I wtedy
poczu? jak mu znowu zacz+? drga policzek.
- Shoehart - powiedzia? nie s?ysz+c w?asnego g?osu. - Co ty robisz,
?ajdaku? Ty kanalio, przecie? oni tym paskudztwem nas wszystkich za?atwi+...
- przycisn+? palcem drgaj+cy policzek, ale nie pomog?o. - Gnidy - powiedzia?
o robotnikach ?aduj+cych telewizory. - Musielicie mi wej w drog...
wyrzuci?bym to dranstwo z powrotem do Strefy i spokj...
W g?uchej rozpaczy rozejrza? si dooko?a, nad popkanym asfaltem dr?a?o
gor+ce powietrze, pospnie patrzy?y zabite deskami okna, po wysypisku
spacerowa?y ob?oczki kurzu. By? sam.
- Dobra - powiedzia? stanowczo. - Ka?dy za siebie i tylko jeden Pan Bg
za wszystkich. Ja tego i tak nie do?yj...
Spiesznie, ?eby si znowu nie rozmyli zawin+? pojemnik w cyklistwk,
a cyklistwk opakowa? w kurtk. Potem ukl+k? opar? si o budk i z lekka j+
odchyli?. Grube zawini+tko leg?o w dolku i jeszcze zosta?o sporo wolnego
miejsca. Red ostro?nie opuci? budk poko?ysa? j+, ?eby nabra?a stabilnoci,
i wsta? otrzepuj+c d?onie.
- Koniec - powiedzia?. - I nie ma o czym gada. Wszed? w rozpalony
zaduch budki, wrzuci? monet i wykrci? numer.
- Guta - powiedzia?. - Tylko si nie denerwuj. Znowu wpad?em. -
Us?ysza?, jak z trudem wci+gn?a powietrze, i popiesznie mwi? dalej. - W
ogle mwi nie warto, potrzymaj+ mnie sze, gra osiem miesicy i widzenia
bd+ ci dawali... Jako to prze?yjemy. A bez pienidzy nie bdziesz
siedzia?a, pieni+dze ci przyl+... - Guta ci+gle milcza?a. - Jutro
dostaniesz wezwanie do komendantury, tam si zobaczymy. Przyprowad?
Mariszk.
- Rewizji nie bdzie? - zapyta?a g?ucho.
- A choby i by?a. W domu jest czysto. Nic si nie martw, uszy do
gry... trzymaj si. Wzi?a sobie na m?a stalkera, teraz nie narzekaj. No,
do jutra... Pamitaj, ?e nie dzwoni?em do ciebie. Ca?uj w nosek.
Gwa?townie odwiesi? s?uchawk, z ca?ej si?y zmru?y? oczy i zacisn+?
zby, a? mu zadzwoni?o w uszach. Potem znowu wrzuci? monet i nakrci? inny
numer.
- S?ucham - powiedzia? Chrypa.
- Mwi Shoehart - powiedzia? Red. - Prosz s?ucha uwa?nie i nie
przerywa...
- Shoehart? - bardzo naturalnie zdziwi? si Chrypa. - Jaki Shoehart?
- Nie przerywa, teraz ja mwi! Wpad?em, uciek?em i teraz id odda
si w ich ?apy. Dostan dwa i p? roku albo trzy. ?ona zostaje bez
pienidzy. Zabezpieczycie j+. ?eby jej niczego nie brakowa?o, zrozumiano?
Zrozumiano, pytam?
- Prosz mwi dalej - powiedzia? Chrypa.
- Niedaleko od tego miejsca, gdziemy si pierwszy raz spotkali, stoi
budka telefoniczna. Jest tylko jedna, nie mo?na si pomyli. Porcelana le?y
pod ni+. Chcecie, to bierzcie, chcecie - nie bierzcie, ale ?eby mojej ?onie
niczego nie brakowa?o. Jeszcze nieraz przyjdzie nam razem pracowa. A je?eli
wrc i dowiem si, ?e gracie ze mn+ nieczysto... Nie radz wam gra ze mn+
nieczysto. Jasne?
- Wszystko zrozumia?em - powiedzia? Chrypa. - I po niewielkiej pauzie
zapyta?: -- Mo?e bdzie potrzebny adwokat?
- Nie - odpowiedzia? Red. - Wszystkie pieni+dze do ostatniego grosza -
?onie. Czo?em.
Odwiesi? s?uchawk, rozejrza? si, g?boko wsadzi? rce w kieszenie i
niespiesznie poszed? w gr ulicy Grniczej midzy pustymi niszczej+cymi
domami.
3. RICHARD H. NUNNUN, lat 51
przedstawiciel firm elektronicznych dostarczaj+cych aparatur dla MIPC,
filia w Harmont
Richard H. Nunnun siedzia? za biurkiem u siebie w gabinecie i rysowa?
diabe?ki w wielkim notesie do s?u?bowych notatek. Umiecha? si przy tym ze
zrozumieniem, kiwa? ?ys+ g?ow+ i nie s?ucha? interesanta. Po prostu czeka?
na telefon, a interesant, doktor Pillman, leniwie robi? mu wyrzuty. A mo?e
wyobra?a? sobie, ?e mu robi wyrzuty. Czy te? za wszelk+ cen chcia?
koniecznie przekona siebie samego, ?e robi Nunnunowi wyrzuty.
- Uwzgldnimy to wszystko - powiedzia? wreszcie Nunnun, dorysowa? dla
rwnego rachunku dziesi+tego diabe?ka i zamkn+? notes. - To rzeczywicie
skandal...
Walentin wyci+gn+? cienk+ rk i starannie strz+sn+? popi? do
popielniczki.
- A co konkretnie zamierzacie uwzgldni? - zainteresowa? si
grzecznie.
- Wszystko, co powiedzia?e - weso?o odpar? Nunnun. - Od pierwszego do
ostatniego
s?owa.
- A co ja powiedzia?em?
- To nieistotne - owiadczy? Nunnun. - Cokolwiek by?o, zostanie
uwzgldnione.
Walentin (doktor Walentin Pillman, laureat nagrody nobla itd. itp.)
siedzia? w g?bokim fotelu, malutki, wykwintny pedantyczny, na zamszowej
kurtce - ani plamki, na podci+gnitych spodniach - ani fa?dki, olepiaj+ca
koszula, g?adki krawat w najlepszym gucie, na w+skich bladych wargach -
jadowity umieszek, wielkie ciemne okulary zas?aniaj+ oczy, nad szerokim
niskim czo?em - czarne twarde w?osy ostrzy?one na je?a.
- Moim zdaniem te fantastyczne sumy, ktre ci p?ac+, to wyrzucone
pieni+dze - powiedzia?. - Ale to jeszcze nie wszystko. Moim zdaniem jeste
sabota?yst+, Dick.
- Sz-sz-sz! - powiedzia? szeptem Nunnun. - Nie tak g?ono, na mi?o
bosk+.
- Doprawdy - mwi? dalej Walentin. - Obserwuj ci od dosy dawna, moim
zdaniem ty w ogle nie pracujesz...
- Jedn+ sekund! - przerwa? mu Nunnun i pomacha? grubym r?owym palcem.
- Jak to nie pracuj? Czy chocia? jedna reklamacja pozosta?a nie za?atwiona?
- Nie wiem - powiedzia? Walentin i znowu strz+sn+? popi?. - Przychodzi
dobra aparatura i przychodzi z?a aparatura. Dobra przychodzi czciej, a co
ty masz z tym wsplnego, nie wiem.
- Gdyby nie ja - wyjani? Nunnun - dobra przychodzi?aby rzadziej, nie
mwi+c o tym, ?e wy, uczeni, bez przerwy psujecie dobr+ aparatur, a potem
sk?adacie reklamacje i kto was wtedy kryje? Dam ci przyk?ad...
Zadzwoni? telefon i Nunnun, z miejsca zapominaj+c o Walentinie, porwa?
s?uchawk.
- Mister Nunnun? - zapyta?a sekretarka. - Znowu pan Lemchen.
- Prosz po?+czy.
Walentin wsta?, od?o?y? zgas?y niedopa?ek do popielniczki, na znak
po?egnania unis? na wysoko skroni dwa palce i wyszed? - maleki,
wyprostowany, zgrabny.
- Mister Nunnun? - rozleg? si w s?uchawce znajomy powolny g?os.
- S?ucham pana.
- Nie?atwo zasta pana w biurze, mister Nunnun.
- Nadesz?a w?anie nowa partia...
- Tak, wiem ju? o tym. Mister Nunnun, przyjecha?em nie na d?ugo. Jest
kilka spraw, ktre koniecznie musimy przedyskutowa osobicie. Mam na myli
ostatnie kontrakty z Mitsubishi Dentsu. Chodzi o ich stron prawn+.
- Jestem do paskich us?ug.
- W takim razie, jeli pan nie ma nic przeciwko temu, mniej wicej za
p? godziny w biurze naszej firmy. Zgoda?
- Zgoda. Za p? godziny.
Richard Nunnun od?o?y? s?uchawk, wsta? i zacieraj+c pulchne d?onie
przespacerowa? si po gabinecie. Nawet zanuci? modny szlagier, ale zaraz
zapia? dyszkantem i zamia? si nad sob+. Nastpnie wzi+? kapelusz,
przerzuci? przez rami p?aszcz i wszed? do sekretariatu.
- Dziecino - powiedzia? do sekretarki - biegn do klientw, niech pani
przejmie dowdztwo garnizonu, prosz ze wszystkich si? broni twierdzy, a ja
za to przynios pani czekoladk.
Sekretarka rozkwit?a. Nunnun pos?a? jej poca?unek i potoczy? si
korytarzami instytutu. Kilkakrotnie prbowano go zatrzyma, ale Nunnun
wykrca? si ?artami, prosi?, aby przetrwa do jego powrotu, dba o nerki,
stosowa relaks i w kocu, myl+c pogonie, wytoczy? si z gmachu,
automatycznie machn+wszy z?o?on+ przepustk+ przed nosem dy?urnego sier?anta.
Mad miastem wisia?y niskie chmury, by?o parno i pierwsze niezdecydowane
krople czarnymi gwiazdkami ciemnia?y na asfalcie. Nunnun narzuci? p?aszcz na
g?ow, pobieg? truchtem wzd?u? parkingu do swego peugota, wskoczy? do wozu,
zerwa? z g?owy p?aszcz i rzuci? go na tylne siedzenie. Z bocznej kieszeni
marynarki wyj+l "owaka" w kszta?cie czarnej g?adkiej pa?eczki, w?o?y? go do
stacyjki i wielkim palcem wcisn+? a? do oporu. Potem chwil usadawia? si
wygodnie za kierownic+ i nacisn+? peda? gazu. Peugeot bezszelestnie wytoczy?
si na rodek ulicy i popdzi? w stron bramy.
Deszcz lun+? nagle. Jakby w niebie przewrcono ceber z wod+. Jezdnia
sta?a si liska i wz zarzuca?o na zakrtach, Nunnun w?+czy? wycieraczki i
zmniejszy? prdko. A wic raport ju? dotar? gdzie nale?y, myla?. Teraz
bd+ mnie chwali. No c? - popieram. Lubi, kiedy mnie chwal+. Szczeglnie
kiedy mnie chwali sam Herr Lemchen, ktremu to przychodzi z najwy?szym
trudem. Dziwna rzecz, dlaczego cz?owiekowi jest przyjemnie, kiedy go chwal+?
Pienidzy od tego nie przybywa. S?awa? Jaka wrd nas mo?e by s?awa? "Sta?
si s?awny i teraz s?ysza?o o nim trzech ludzi". No, powiedzmy, czterech,
je?eli liczy Bejlisa. Cz?owiek jest zabawn+ istot+. Wygl+da na to, ?e
lubimy pochwa?, jako tak+. Jak dzieci - lody. To g?upie. Jak?e ja mog
wyrosn+ we w?asnych oczach? C? to - nie znam samego siebie? Nie znam
starego, grubego Richarda H. Nunnuna? Ale a propos - co w?aciwie znaczy
"H"? ?adna historia! I nawet nie ma kogo zapyta... Przecie? nie zapytam
Herr Lemchena... Aha, przypomnia?em sobie! Herbert. Richard Herbert Nunnun.
Ale? leje!
Skrci? na Centralny Bulwar i nagle pomyla? - jak si to miasto
rozros?o w ci+gu ostatnich lat! Jakie wie?owce! O, tu stawiaj+ jeszcze
jeden. Co te? tu bdzie? Aha, Lunacenter, najlepszy na wiecie jazz i dom
publiczny na tysi+c miejsc, wszystko dla naszego walecznego garnizonu, dla
naszych turystw, szczeglnie dla tych starszych i dla szlachetnych rycerzy
nauki. A przedmiecia pustoszej+, i trupy wstaj+ce z mogi? ju? nie maj+
dok+d wraca.
- Tych, co z martwych powstali, nie przyjmie dom stary, dlatego te? s+
gniewni i smutni bez miary - powiedzia? raptem g?ono. Tak, chcia?bym
wiedzie, czym to si skoczy. nawiasem mwi+c, dziesi lat temu wiedzia?em
dok?adnie, czym si skoczy powinno. Kordon sanitarny. Pas ziemi niczyjej
szerokoci pidziesiciu kilometrw. ?o?nierze, uczeni i nikogo wicej.
Straszny wrzd na ciele planety bdzie hermetycznie izolowany... G?upia
historia, przecie? niby wszyscy tak uwa?ali, nie tylko ja. Jakie wyg?aszano
przemwienia, jakie uchwalono dekrety! A teraz nawet trudno sobie
przypomnie, w jaki sposb ta powszechna niez?omna determinacja rozlaz?a si
po kociach... Z jednej strony nie sposb nie przyzna, a z drugiej strony -
nie sposb si nie zgodzi. A zacz?o si, o ile pamitam, wtedy, kiedy
pierwszy stalker wynis? ze Strefy pierwsze "owaki". Bateryjki... Tak, chyba
w?anie od tego si zacz?o. Zw?aszcza kiedy odkryto, ?e one mog+ si
rozmna?a. Wrzd okaza? si tylko czciowo wrzodem, a mo?e w ogle nie
wrzodem, tylko skarbcem... A teraz ju? nikt nawet nie wie, co to w?aciwie
takiego - wrzd, sezam, pokusa piekielna, puszka Pandory, czort, diabe?...
Ka?dy z tego korzysta, jak umie. Mcz+ si od dwudziestu lat, wsadzili w to
miliardy, a zamiast zorganizowanego rabunku - ucho od ledzia. Ka?dy robi
swj maleki biznes, a uczone g?owy z powa?nymi minami g?osz+; - z jednej
strony nie sposb nie przyzna, a z drugiej nie sposb si nie zgodzi,
poniewa? obiekt taki to a taki, poddany dzia?aniu promieni Roentgena pod
k+tem osiemnastu stopni, wypromieniowuje quasi - cieplne elektrony pod k+tem
dwudziestu dwu stopni... Do diab?a z tym wszystkim! Tak czy inaczej, nie
zd+? zobaczy czym to si skoczy... Samochd min+? will cierwnika
Barbridgea.
Z powodu ulewnego deszczu we wszystkich oknach pali?o si wiat?o -
by?o wida, jak na pierwszym pitrze w pokojach piknej Diny przesuwaj+ si
taneczne pary. Albo zaczli dzi rano, albo w ?aden sposb nie mog+ skoczy
od wczorajszego wieczora. Ostatnio taka moda zapanowa?a w miecie - bawi+
si bez przerwy dniami i nocami. Tward+ wychowalimy miodzie?, niezmordowan+
i upart+ w swoich zamierzeniach...
Nunnun zatrzyma? wz przed niepozornym budynkiem ze skromnym szyldem -
"Biuro prawne Semp-Semp and Caiman". Wyj+? ze stacyjki i schowa? do kieszeni
"owaka", zarzuci? znowu na g?ow p?aszcz, z?apa? kapelusz i rzuci? si
biegiem do bramy - przemkn+? po schodach przykrytych wytartym chodnikiem
obok portiera zag?bionego w gazecie, zastuka? obcasami po ciemnym korytarzu
pierwszego pitra przesyconego specyficznym zapachem, ktrego natur
daremnie prbowa? kiedy wyjani, otworzy? drzwi w samym kocu korytarza i
wszed? do sekretariatu. Na miejscu sekretarki siedzia? nieznajomy, smag?y
m?odzieniec. By? bez marynarki, w bia?ej koszuli, z wysoko podwinitymi
rkawami. D?uba? we wntrzu skomplikowanego elektronicznego aparatu, ktry
sta? na stoliku zamiast maszyny do pisania. Richard Nunnun powiesi? p?aszcz
na wieszaku, przyg?adzi? obur+cz resztki w?osw za uszami i pytaj+co
spojrza? na m?odego cz?owieka. Tamten skin+? g?ow+. Wtedy Nunnun otworzy?
drzwi do gabinetu.
Herr Lemchen wsta? z wielkiego skrzanego fotela, ktry sta? przy
zas?onitym portier+ oknie, i wyszed? na spotkanie Nunnuna. Na prostok+tnej
generalskiej twarzy Lemchena pojawi?y si zmarszczki oznaczaj+ce ni to
?yczliwy umiech, ni to strapienie z powodu odra?aj+cej aury, lub te?, by
mo?e, z trudem opanowywan+ ch kichnicia.
- A wic przyszed? pan - powiedzia? wolno. - Prosz wej i si
rozgoci.
Nunnun poszuka? oczami czego do siedzenia, ale nie znalaz? niczego
oprcz twardego krzes?a z twardym oparciem, ukrytego za biurkiem. Wobec tego
przysiad? si na krawdzi biurka. Jego radosny nastrj z niejasnych przyczyn
zacz+? si ulatnia - nie mia? jeszcze pojcia dlaczego. Znienacka jasno
zrozumia?, ?e nikt go chwali nie bdzie. Wrcz przeciwnie. Dzie gniewu,
pomyla? filozoficznie i przygotowa? si na najgorsze.
- Mo?e papierosa? - zaproponowa? Herr Lemchen na powrt zasiadaj+c w
fotelu.
- Dzikuj, nie pal.
Herr Lemchen pokiwa? g?ow+ z tak+ min+, jakby w?anie potwierdzi?y si
jego najgorsze przypuszczenia, opar? ?okcie o biurko, zaplt? palce i przez
jaki czas uwa?nie kontemplowa? t konstrukcj.
- Jak s+dz, problemw prawnych firmy "Mitsubishi Dentsu" nie bdziemy
chwilowo omawia - powiedzia? wreszcie.
To by? ?art. Richard Nunnun umiechn+? si z gotowoci+ i powiedzia?:
- Jak pan sobie ?yczy.
Siedzie na stole by?o diabelnie niewygodnie, nogi majta?y si w
powietrzu, krawd? blatu wpija?a si w siedzenie.
- Z przykroci+ musz pana zawiadomi - powiedzia? pan Lemchen - ?e
paski raport wywo?a? na grze nadzwyczaj pozytywne wra?enie.
- Hm... - powiedzia? Nunnun. Zaczyna si - pomyla?.
- Zamierzano nawet przedstawi pana do odznaczenia - ci+gn+? Herr
Lemchen. - Ja wszak?e zaproponowa?em, ?eby z tym poczeka. I post+pi?em
s?usznie. - Przesta? wreszcie kontemplowa konstrukcj z dziesiciu palcw i
spode ?ba spojrza? na Nunnuna. - Zapewne zechce si pan dowiedzie, dlaczego
przejawi?em tak+, wydawa?oby si, przesadn+ ostro?no.
- Niezawodnie mia? pan podstawy ku temu - znudzonym g?osem powiedzia?
Nunnun.
- Owszem, mia?em. Co wynika?o z paskiego raportu? Grupa "Metropol"
zlikwidowana. Dziki paskim wysi?kom. Grupa "Zielony Kwiatek" schwytana na
gor+cym uczynku i aresztowana w pelnym sk?adzie. Znakomita robota. Rwnie?
paska. Grupy "Warr" i "Quasimodo", "Wdrowni Muzykanci" i wszystkie
pozostale, nie pamitam ich nazw, uleg?y samolikwidacJi, poniewa? zdawa?y
sobie spraw, ?e jak nie dzi to jutro zostan+ nakryte. Istotnie, tak by?o
naprawd, wszystkie te informacje potwierdzaj+ si z innych ?rde?. Wrg
jest rozgromiony, pan zosta? sam na placu boju. Przeciwnik rejteruje w
panice, ponosz+c ogromne straty. Czy s?usznie oceni?em sytuacj?
- W ka?dym razie - ostro?nie powiedzia? Nunnun - w ci+gu ostatnich
trzech miesicy przemyt materia?w ze Strefy usta?. Kana? przerzutowy przez
Harmont ju? nie funkcjonuje... Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji -
doda?.
- A wic przeciwnik zrejterowa?, czy nie tak?
- Je?eli pan nalega na takie sformu?owanie... Tak.
- Nie tak! - powiedzia? Herr Lemchen. - Rzecz w tym, ?e ten przeciwnik
nigdy nie rejteruje. Wiem o tym z ca?+ pewnoci+. Przedwczesnym raportem o
zwycistwie zademonstrowa? pan swoj+ niedojrza?o. I w?anie dlatego
zaproponowa?em, aby w tej chwili jeszcze nie wystpowa z wnioskiem o
odznaczenie pana.
A id? ze ty ze swoimi odznaczeniami, myla? Nunnun ko?ysz+c nog+ i
pospnie patrz+c w migaj+ce noski p?butw. Szympansowi w pobliskim ZOO mog
wrczy twoje ordery! Te? si znalaz? wychowawca i moralista, ja i bez
ciebie wiem, z kim tu mam do czynienia, nie ma co w?azi na ambon. Ja sam
znam dobrze nieprzyjaciela. Powiedz jasno i wyra?nie, gdzie, jak i co
przegapi?em... co ci dranie wymylili nowego... gdzie, jak i w jaki sposb
znale?li dziur w sieci... i bez wstpnych przemwie, nie jestem smarkatym
nowicjuszem, mam szsty krzy?yk na karku i nie siedz tu dla twoich
parszywych orderw...
- Co pan s?ysza? o Z?otej Kuli? - zapyta? nagle Herr Lemchen. O Bo?e, z
irytacj+ pomyla? Nunnun. Czego on si teraz uczepi? Z?otej Kuli? Niech ci
diabli. Co za paskudny sposb prowadzenia rozmowy...
- Z?ota Kula jest przedmiotem legendy - zameldowa? g?osem bez wyrazu. -
Mityczna konstrukcja znajduj+ca si w Strefie, maj+ca rzekomo kszta?t oraz
wygl+d z?otej kuli i przeznaczona do spe?niania ludzkich ?ycze.
- Dowolnych?
- Wed?ug kanonicznego tekstu legendy - dowolnych. Istniej+ jednak?e
warianty...
- Tak - powiedzia? Herr Lemchen. - A co pan s?ysza? o "lampie mierci"?
- Osiem lat temu - znudzonym g?osem zacz+? Nunnun - stalker o nazwisku
Stephen Norman, zwany Okularnikiem, wynis? ze Strefy pewien przedmiot,
ktry okaza? si o ile mo?na s+dzi, pewnego rodzaju systemem generatorw
promieniowania, miertelnego dla ziemskich organizmw. Wymieniony Okularnik
proponowa? ten agregat instytutowi, nie dogadali si co do ceny. Okularnik
poszed? do Strefy i nie wrci?. Gdzie obecnie znajduje si agregat - nie
wiadomo. Znany panu Hugh z "Metropolu" proponowa? za ten agregat dowoln+
sum, jaka si zmieci na czeku.
- To wszystko? - zapyta? Herr Lemchen.
- Wszystko - odpar? Nunnun. Demonstracyjnie rozgl+da? si po pokoju.
Pokj okaza? si nieciekawy, nie by?o na co patrze.
- Tak - powiedzia? Lemchen. - A co pan s?ysza? o "raczym oku"?
- O czyim oku?
- O raczym. Rak. Nie wie pan? - Herr Lemchen zastrzyg? w powietrzu
dwoma palcami.
- Taki z kleszczami.
- Pierwszy raz s?ysz - powiedzia? Nunnun i zaspi? si.
- No, a co pan wie o "grzmi+cych serwetkach"? Nunnun zeskoczy? z
biurka, stan+? przed Lemchenem i wsadzi? rce w kieszenie.
- Nic nie wiem - powiedzia?. - A pan?
- Niestety, ja rwnie? nic nie wiem. Ani o "raczym oku", ani o
"grzmi+cych serwetkach". A tymczasem jedno i drugie istnieje.
- W mojej Strefie? - zapyta? Nunnun.
- Ale? niech?e pan usi+dzie - powiedzia? Herr Lemchen machaj+c d?oni+.
- Nasza rozmowa dopiero si zaczyna, niech pan usi+dzie.
Nunnun obszed? biurko i usiad? na twardym krzele z wysokim oparciem.
Dok+d on zmierza? - myla? gor+czkowo. - Co to za nowe historie? Na
pewno znale?li co w innych Strefach, a on prbuje mnie zaskoczy, g?upie
bydl. Nigdy mnie nie lubi?, stary piernik, nie mo?e zapomnie tamtej
fraszki...
- A wic bdziemy kontynuowa nasz maleki egzamin - oznajmi? Lemchen.
Odchyli? portier i wyjrza? przez okno. - Leje! - zakomunikowa?. - Bardzo
lubi. - Puci? zas?on, rozpar? si w fotelu i patrz+c w sufit zapyta?: -
Co s?ycha u starego Barbridge'a?
- Barbridge? - cierwnik Barbridge jest pod obserwacj+. Kaleka,
niezale?ny materialnie, nie ma powi+za ze Stref+. Jest w?acicielem
czterech barw z dancingiem i organizuje pikniki dla oficerw garnizonu oraz
turystw. Crka Dina prowadzi do niezrwnowa?ony tryb ?ycia. Syn Artur
wie?o ukoczy? prawniczy college. Herr Lemchen z zadowoleniem pokiwa?
g?ow+.
- Krtko i jasno - pochwali?. - A co porabia Kreon Maltaczyk?
- Jeden z niewielu czynnych stalkerw. By? zwi+zany z grup+ Quasimodo,
teraz za moim porednictwem sprzedaje towar Instytutowi. Trzymam go na
wolnoci - kiedy kto mo?e i z?apie przynt. Co prawda ostatnio ostro pije
i obawiam si, ?e d?ugo nie poci+gnie.
- Kontakty z Barbridgem?
- Zaleca si do Diny. Bez powodzenia.
- Bardzo dobrze - powiedzia? Herr Lemchen. - A co wiadomo o Rudym
Shoeharcie?
- Miesi+c temu wyszed? z wizienia. Materialnie niezale?ny. Prbowa?
wyemigrowa, ale... Ale w g?owie mu teraz Strefa.
- To wszystko?
- Wszystko.
- Niewiele - powiedzia? pan Lemchen. - A jak wygl+daj+ sprawy Cartera
Szczciarza?
- Ju? wiele lat temu przesta? by stalkerem. Handluje u?ywanymi
samochodami, a oprcz tego ma warsztat, w ktrym adaptuje silniki do
"owakw". Czworo dzieci, ?ona umar?a rok temu. Teciowa.
Lemchen pokiwa? g?ow+
- O kim z weteranw zapomnia?em? - zapyta? dobrodusznie.
- Zapomnia? pan o Jonathanie Mywse, przezwisko Kaktus. Teraz jest w
szpitalu, umiera na raka. I zapomnia? pan o Szuwaksie...
- Tak, tak. co z Szuwaksem?
- Szuwaks jak to Szuwaks, ci+gle ten sam - powiedzia? Nunnun. - Ma
trzyosobow+ grup. Tygodniami znikaj+ w Strefie. Wszystko, co znajduj+,
niszcz+ na miejscu. A jego Stowarzyszenie Wojuj+cych Anio?w rozlecia?o si.
- Dlaczego?
- Jak pan pamita, stowarzyszenie skupowa?o towar i Szuwaks odnosi? go
z powrotem do Strefy. Szatanowi, co szataskie. Teraz nie ma ju? czego
skupowa, a poza tym nowy dyrektor filii napuci? na nich policj.
- Rozumiem - powiedzia? Herr Lemchen. - No a m?odzi?
- C? m?odzi... Przychodz+ i odchodz+. Jest mo?e piciu, szeciu
ch?opcw z jakim takim dowiadczeniem, ale ostatnio nie maj+ komu sprzedawa
towaru, wic s+ w kropce. Ja ich powoli oswajam... Mam wszelkie podstawy,
szefie, uzna, ?e w mojej Strefie stalkerstwo praktycznie si skoczy?o.
Starzy odeszli, m?odzie? nic nie umie, zreszt+ i presti? zawodu mocno
podupad?. Konkurentem jest technika, stalker
- automat.
- Tak, tak, s?ysza?em o tym - powiedzia? Hen" Lemchen. - Jednak?e te
automaty na razie osi+gaj+ zbyt nik?e wyniki w stosunku do iloci energii,
ktr+ pobieraj+. Czy mo?e si myl?
- To kwestia czasu. Ju? nied?ugo automaty stan+ si op?acalne.
- To znaczy kiedy?
- Za pi, sze lat...
Herr Lemchen znowu pokiwa? g?ow+.
- Je?eli ju? przy tym jestemy, pan zapewne jeszcze nie wie, ?e
przeciwnik rwnie? zacz+? stosowa automaty.
- W mojej Strefie? - czujnie powtrzy? Nunnun.
- I w paskiej rwnie?. Maj+ baz w Rexopolis, przerzucaj+ maszyny na
helikopterach przez gry i W+wz ?mij na Jezioro Czarne, u podn?a szczytu
Boldera...
- Przecie? to s+ peryferie - z niedowierzaniem powiedzia? Nunnun. - Tam
nic nie ma, co oni mog+ tam znale??
- Niewiele, bardzo niewiele. Ale znajduj+. Zreszt+ to tylko tak dla
Informacji, pana to nie dotyczy... Zreasumujemy. Stalkerw - zawodowcw w
Harmont ju? prawie nie ma. Ci, ktrzy zostali, od Strefy trzymaj+ si z
daleka. M?odzie? jest zdezorientowana i trwa proces jej oswajania.
Przeciwnik zosta? rozbity, rozproszony, ukryty w swoich bar?ogach li?e rany.
Towaru nie ma, a kiedy si pojawia, nie znajduje nabywcw. Nielegalny
przemyt materia?w ze Strefy skoczy? si trzy miesi+ce temu. Czy tak?
Nunnun milcza?. Teraz, myla?, teraz mi przysunie. Ale gdzie jest
dziura w mojej sieci? I to spora, o Ile si znam na medycynie, no prdzej,
prdzej, stary parasolu! Nie mcz cz?owieka...
- Nie s?ysz odpowiedzi - oznajmi? Herr Lemchen i przy?o?y? d?o do
pomarszczonego w?ochatego ucha.
- Dobra, szefie - ponuro powiedzia? Nunnun. - Starczy. Ju? mnie pan
usma?y? i ugotowa?, niech pan podaje na st?.
Herr Lemchen wyda? z siebie nieokrelone chrz+knicie.
- Nie ma pan mi nawet nic do powiedzenia - powiedzia? z nieoczekiwan+
gorycz+. -- Gapi si pan we mnie jak sroka w gnat, a jak ja si czu?em,
kiedy przedwczoraj... - Znienacka przerwa?, wsta? i powdrowa? do sejfu. -
Krtko mwi+c, przez ostatnie dwa miesi+ce, tylko wed?ug dostpnych nam
informacji, przeciwnik otrzyma? ponad sze tysicy jednostek materia?u z
r?nych Stref. - Zatrzyma? si przy sejfie, pog?aska? jego lakierowany bok i
gwa?townie odwrci? si do Nunnuna. - Niech pan nie ?ywi iluzji! - wrzasn+?.
- Odciski palcw Barbridgea! Odciski palcw Maltaczykal Odciski palcw
Nochala Ben Halevi, o ktrym pan nawet nie uzna? za stosowne wspomnie!
Odciski palcw Polipa Herescha i Liliputa Cmygal Tak pan oswaja tutejsz+
m?odzie?? "Bransoletkl", "Igie?ki" "Bia?e wiatraczki"! Ma?o tego! Jakie
"racze oczy", jakie "suche grzechotki", "grzmi+ce serwetki", niech je
diabli wezm+! - znowu urwa?, wrci? na fotel, zaplt? rce jak poprzednio i
grzecznie zapyta?: - Co pan o tym s+dzi, mister Nunnun?
Nunnun wyj+? chusteczk do nosa i wytar? kark i szyj.
- Nic nie s+dz - wychrypia? uczciwie. - Przepraszam, szefie, ale ja
teraz w ogle... Niech troch oprzytomniej... Barbridge! Barbridge nie ma
nic wsplnego ze Stref+! Znam jego ka?dy krok! Urz+dza popijawy i pikniki
nad Jeziorem, zgarnia niez?+ fors i po prostu nie potrzebuje...
Przepraszam, oczywicie gadam g?upstwa, ale zapewniam pana, ?e nie spuci?em
oka z Barbridgea od momentu wyjcia ze szpitala...
- D?u?ej nie zatrzymuj pana - powiedzia? Herr Lemchen. - Daj tydzie
czasu. Ma pan przedstawi swoje wnioski na temat kana?w, jakimi materia?y
ze Strefy trafiaj+ do r+k Barbridgea... i wszystkich innych. Do widzenia!
Nunnun wsta?, niezgrabnie sk?oni? g?ow przed profilem Herr Lemchena i
nadal wycieraj+c chusteczk+ obficie spocon+ szyj, wyszed? do sekretariatu.
Smag?y m?odzieniec pali?, z zadum+ wpatruj+c si w rozbebeszon+ elektronik.
Przelotnie spojrza? w stron Nunnuna - oczy mia? puste, zwrcone w g?+b
siebie. Richard Nunnun byle jak nasadzi? na g?ow kapelusz, z?apa? pod pach
p?aszcz i wynis? si do wszystkich diab?w. Co takiego jeszcze nigdy mi
si nie zdarzy?o - myla? chaotycznie. Co podobnego! Nochal Ben Halevi! Ju?
nawet przezwiska si dorobi?... Kiedy? Taki smarkacz, wygl+da jakby do
trzech nie potrafi? zliczy... nie, to nie to, ci+gle nie to... Ach, ty
bydle bezmzgie, ty cierwniku! Tu mnie dopad?e! Zrobi?e mnie w konia jak
ostatniego kretyna... Jak to si sta?o? Przecie? to po prostu nie mog?o si
sta! No, identycznie jak wtedy w Singapurze - mord+ o ziemi, g?ow+ o
cian...
Wsiad? do samochodu i przez jaki czas nie bardzo wiedz+c, na jakim
wiecie jest, szuka? na desce rozdzielczej kluczyka do stacyjki. Z kapelusza
kapa?o na kolana wic go zdj+? i nie patrz+c rzuci? za siebie. Rzsisty
deszcz zalewa? przedni+ szyb i Richardowi Nunnunowi z niewiadomego powodu
wyda?o si, ?e z tej w?anie przyczyny nie ma zielonego pojcia, co dalej
pocz+. Kiedy zda? sobie z tego spraw, z ca?ej si?y r+bn+? pici+ w swoje
?yse czo?o. Ul?y?o. Od razu sobie przypomnia?, ?e kluczyka nie ma i by nie
mo?e, a za to w kieszeni le?y "owak". Wieczny akumulator. I ?e choby mia?
pkn+, trzeba go wyj+ z kieszeni i wetkn+ w gniazdko, i wtedy bdzie
mo?na przynajmniej gdzie pojecha
- aby dalej od tego domu, od tego okna, przez ktre niezawodnie
obserwuje go stara purchawa...
Rka Nunnuna z "owakiem" zamar?a w po?owie drogi. Tak, wiem
przynajmniej, od kogo trzeba zacz+. No i w?anie od niego zaczn. Och, jak
ja od niego zaczn! Nikt nigdy od nikogo tak nie zaczyna?, jak ja od niego
zaczn, i to natychmiast. I z tak+ przyjemnoci+. Puci? w ruch wycieraczki
i pojecha? bulwarem, jeszcze prawie nic przed sob+ nie widzia?, ale ju?
powoli si uspokaja?. To nic. Choby nawet i tak jak w Singapurze. Koniec
kocw w Singapurze wszystko si przecie? dobrze skoczy?o... Te? wielka
parada, raz mord+ o ziemi! Mog?o by gorzej! Nie mord+ i nie o ziemi, ale
o co takiego z gwo?dziami... Dobra, nie bdziemy si rozprasza. Gdzie ten
mj zak?ad? Ni cholery nie wida... Aha jest.
Pora by?a nie urzdowa, ale zak?ad "Minut Pi" p?on+? wiat?ami niczym
"Metropol". Otrz+saj+c si jak pies na brzegu, Richard Nunnun wkroczy? do
rzsicie owietlonego hallu mierdz+cego tytoniem, drogeri+ i skis?ym
szampanem. Stary Bennie, jeszcze bez liberii, siedzia? przy barku na ukos od
wejcia i co ?ar? trzymaj+c w garci widelec. Przed nim, z?o?ywszy wrd
pustych kieliszkw swj potworny biust siedzia?a Madame i frasobliwie
patrzy?a, jak Bennie si od?ywia. W hallu nawet jeszcze nie posprz+tano po
wczorajszym. Kiedy Nunnun wszed?, Madame niezw?ocznie zwrci?a w jego stron
szerok+ otynkowan+ twarz, pocz+tkowo niezadowolon+, a w sekund p?niej
rozpromienion+ zawodowym umiechem.
- Ha! - powiedzia?a basem. - By?by to sam pan Nunnun? Ma pan ochot na
dziewczynk? Bennie obojtnie ?ar? dalej, by? g?uchy jak pie.
- Witaj, staruszko! - powiedzia? Nunnun zbli?aj+c si. - Po co mi
dziewczynki, je?eli widz prawdziw+ kobiet.
Bennie wreszcie zauwa?y? Nunnuna. Straszna maska w purpurowo -
granatowych bliznach wykrzywi?a si z wysi?kiem w powitalnym umiechu.
- Dzie dobry, szefie! - wychrypia?. - Przyszed? pan si obsuszy?
Nunnun umiechn+? si w odpowiedzi i skin+? mu d?oni+. Nie lubi?
rozmawia z Bennie - bez przerwy trzeba by?o krzycze.
- Gdzie mj zarz+dca, nie wiecie? - zapyta?.
- U siebie - odparta Madame. - Jutro trzeba zap?aci podatki.
- Och, te podatki! - Powiedzia? Nunnun. - No dobra. Madame, prosz mi
przygotowa to, co lubi, nied?ugo wrc.
Bezszelestnie st+paj+c po grubym syntetycznym dywanie przeszed?
korytarzem, min+? zas?onite portierami gabinety - na cianie obok ka?dego
gabinetu wisia?a podobizna jakiego kwiatka - skrci? w niewidoczny
korytarzyk i bez pukania otworzy? obite skr+ drzwi.
Gnat Ratiusza siedzia? przy biurku i studiowa? w lusterku z?owieszczy
pryszcz na nosie. Mia? g?boko w dupie jutrzejsze podatki. Przed nim, na
idealnie pustym stole, sta? s?oiczek z maci+ rtciow+ i szklanka z
przezroczystym p?ynem. Gnat Ratiusza podnis? na Nunnun przekrwione oczy i
zerwa? si na nogi wypuszczaj+c lusterko, Nunnun bez s?owa usiad? w fotelu
naprzeciw, przez jaki czas w milczeniu obserwowa? ?ajdaka i s?ucha?
niewyra?nego mamrotania na temat przekltego deszczu i reumatyzmu. Potem
powiedzia?:
- Zamknij no drzwi na klucz, pieseczku. Gnat ?omocz+c plaskostopymi
no?yskami podbiegi do drzwi, szczkn+? kluczem i wrci? do biurka. W?ochat+
bry?+ wznosi? si nad Nunnunem, z oddaniem patrz+c mu w usta. Nunnun ci+gle
jeszcze obserwowa? go przez zmru?one powieki, nie wiadomo dlaczego w?anie
teraz przypomnia? sobie, ?e Gnat Katiusza naprawd nazywa si Rafael. Gnatem
przezwano go za potwornie kociste pici, nagie, sinoczerwone, wyzieraj+ce
z jego gsto ow?osionych r+k jak z mankietw. Katiusza za nazwa? siebie
sam, wicie przekonany, ?e jest to tradycyjne imi wielkich carw
mongolskich. Rafael. No c?, zaczniemy, Rafaelu.
- Co s?ycha? - zapyta? serdecznie.
- Wszystko w najlepszym porz+dku, szefie - spiesznie odpowiedzia?
Rafael - Gnat.
- W sprawie tamtego skandalu by?e w komendanturze?
- Da?em komu trzeba sto pidziesi+t. Wszyscy s+ zadowoleni.
- Potr+cisz sobie te sto pidziesi+t - powiedzia? Nunnun. - To twoja
wina, pieseczku. Trzeba by?o pilnowa. Gnat przybra? nieszczliwy wyraz
twarzy i z pokor+ roz?o?y? wielkie ?apy.
- W hallu trzeba po?o?y nowy parkiet - powiedzia? Nunnun.
- Zrobi si.
Nunnun pomilcza? chwil ci+gaj+c wargi.
- Towar? - zapyta? zni?aj+c glos.
- Troch jest - rwnie? zni?aj+c g?os powiedzia? Gnat.
- Poka?.
Gnat skoczy? do sejfu wyj+? paczuszk po?o?y? na biurku przed Nunnunem
i rozpakowa?. Nunnun jednym palcem pogrzeba? w kupce "czarnych bryzg", wzi+?
do rki "bransoletk", obejrza? j+ ze wszystkich stron i od?o?y? z powrotem.
- To wszystko? - zapyta?.
- Nie przynosz+ - przepraszaj+co powiedzia? Gnat.
- Nie przynosz+... - powtrzy? Nunnun. Starannie przymierzy? si i z
ca?ej si?y noskiem buta kopn+? Gnata w gole. Gnat jkn+?, nawet pochyli?
si, ?eby si z?apa za bol+ce miejsce, ale zrezygnowa? i natychmiast stan+?
na baczno. Wtedy Nunnun zerwa? si z fotela odepchn+? go, z?apa? Gnata za
ko?nierz koszuli i ruszy? do niego, kopi+c, przewracaj+c oczami i szepcz+c
straszliwe przeklestwa. Gnat, stkaj+c i jcz+c, zadziera? g?ow jak
sp?oszony ko, cofa? si ty?em do chwili, kiedy run+? na kanap.
- Na dwie strony pracujesz, cierwo? - sycza? Nunnun prosto w bia?e z
przera?enia lepia. - cierwnik k+pie si w towarze, a ty mi przynosisz
koraliki w papierku?
- zamachn+? si i trzasn+? Gnata w twarz, staraj+c si trafi w pryszcz
na nosie.
- Ja ci w kryminale zgnoj! Zgnijesz za ?ycia, mierdzielu... Na chleb
i wod... Po?a?ujesz, ?e ci matka na wiat wyda?a! - znowu trzasn+? pici+
w pryszcz na nosie. - Sk+d Barbridge ma towar? Dlaczego jemu przynosz+, nie
tobie? Kto przynosi? Dlaczego ja o niczym nie wiem? Dla kogo pracujesz,
sukinsynu? Gadaj!
Gnat bezd?wicznie otwiera? i zamyka? usta. Nunnun zostawi? go, wrci?
na fotel i po?o?y? nogi na biurku.
- Jak Boga kocham, szefie... Co znowu! Jaki towar? cierwnik nie ma
?adnego towaru. Teraz nikt nie ma towaru...
- Ty co? Masz zamiar spiera si ze mn+? - serdecznie zapyta? Nunnun
zdejmuj+c nogi z biurka.
- Ale? sk+d szefie... Jak Boga... - spiesznie zaprzeczy? Gnat. - ?ebym
tak zdrw by?! Ja, spiera si! nawet mi przez myl nie przesz?o...
- Wygoni jak psa - ponuro oznajmi? Nunnun. - Nie umiesz pracowa. Na
choler mi taki kretyn? Tacy jak ty na pczki poniewieraj+ si po
mietnikach. A mnie jest potrzebny facet z g?ow+.
- Momencik, szefie - rozs+dnie powiedzia? Gnat, rozmazuj+c krew po
twarzy. - Po co od razu naskakiwa?... Mo?e jednak sprbujemy pogada... -
ostro?nie pomaca? pryszcz kocem palca. - ?e podobno Barbridge ma du?o
towaru? nie wiem. Prosz si nie gniewa, ale kto pana ocygani?, nikt teraz
towaru nie ma. Do Strefy sami smarkacze chodz+, no ale oni przecie? nie
wracaj+, nie, szefie, kto pana nabiera... Nunnun obserwowa? go spod oka.
Wygl+da?o na to, ?e Gnat rzeczywicie nic nie wie. Zreszt+ ?ga mu by?o
niewygodnie - przy cierwniku trudno si by?o po?ywi. - Te pikniki to dobry
interes? - zapyta?.
- Pikniki? Nie za bardzo, nie powiem, ?eby to by?y takie kokosy... Ale
teraz w miecie w ogle skoczy?y si dobre interesy...
- Gdzie si odbywaj+ te pikniki?
- Gdzie si odbywaj+? Tak w r?nych miejscach. Pod Bia?+ Gr+, czasami
przy Gor+cych rd?ach, na Tczowych Jeziorach...
- A jaka klientela?
- Klientela? - Gnat poci+gn+! nosem, zamruga? i powiedzia?
konfidencjonalnie: - Jeli pan, szefie, chce si za to zabra, to ja bym
panu nie radzi?. Ze cierwnikiem pan tu nie wygra.
- A to dlaczego?
- cierwnik ma sta?+ klientel. B?kitne he?my to raz - Gnat zagi+?
jeden palec.
- Oficerowie z komendantury to dwa, turyci z "Metropolu", "Bia?ej
Lilii", z "Przybysza" - to trzy. Poza tym cierwnik ma ju? zorganizowan+
reklam, miejscowi ch?opcy te? do niego chodz+... Jak Boga kocham, szefie,
nie warto z tym zaczyna. Za dziewczynki nam p?aci - nie powiem, ?eby
du?o...
- Miejscowi te? do niego chodz+?
- G?wnie m?odzie?.
- No i co tam si robi tych piknikach?
- Co si robi? Jedziemy tam autokarami, tak? Da miejscu ju? stoj+
namioty, bufet, muzyka... No to ka?dy zabawia si jak ma ochot. Oficerowie
przewa?nie z dziewczynkami, turyci lec+ patrze na Stref... Jeli przy
Gor+cych rdlach, to do Strefy tam jak rk+ sign+, zaraz za Siarkow+
Rozpadlin+... cierwnik im nawozi? koskich koci, no i patrz+ sobie przez
lornetki...
- A miejscowi?
- Miejscowi? Miejscowych to oczywicie nie interesuje... Tak, zabawiaj+
si, jak kto potrafi...
- A Barbridge?
- A co Barbridge? Jak wszyscy, tak i Barbridge...
- A ty?
- Co ja? Jak wszyscy, tak i ja. Pilnuj, ?eby dziewcz+t nie krzywdzili
i... tego... no, tam... No, w ogle jak wszyscy...
- I jak d?ugo to trwa?
- Zale?y jak kiedy. Czasami trzy dni, a czasami i tydzie.
- A ile ta przyjemno kosztuje? - zapyta? Nunnun, myl+c zupe?nie o
czym innym. Gnat co odpowiedzia?, ale Nunnun go nie s?ysza?. Oto gdzie
jest dziura, myla?. Kilka dni... kilka nocy. W tych warunkach po prostu nie
sposb upilnowa Barbridnge'a, nawet wtedy, kiedy specjalne w tym celu
przyjecha?e. I jednak pomimo to sprawa jest nadal niejasna. On przecie? nie
ma ng, a tamta rozpadlina... Nie, co tu nie gra...
- Kto z miejscowych je?dzi tam sta?e?
- Z miejscowych? Przecie? mwi: przewa?nie m?odzie?. No, Galevi,
Razba... Szczurek Zappha... ten Cmyg... No, jeszcze Maltaczyk tam bywa.
Dobrane towarzystwo. Oni to nazywaj+ "szk?k+ niedzieln+". Co, mwi+,
wpadniemy do "szk?ki niedzielnej"? Oni g?wnie zarabiaj+ na starszych
turystkach. Przyje?d?a z Europy jaka starucha...
- "Szk?ka niedzielna" - powtrzy? Nunnun. Zawita?a mu nagle jaka
dziwna myl. Szko?a. Wsta?.
- Dobra - powiedzia?. - Bg z nimi, z piknikami. To nie dla nas. Ale
?eby wiedzia?: cierwnik ma towar, a to ju? nasza sprawa, pieseczku. Tego
nie mo?emy ot, tak sobie zostawi. Szukaj, Gnat, szukaj, bo inaczej wygoni
ci do wszystkich diab?w. Sk+d cierwnik bierze towar, kto mu go dostarcza,
masz si dowiedzie i dawa o dwadziecia procent wicej. Zrozumia?e?
- Zrozumia?em, szefie - Gnat ju? sta? na baczno, na wysmarowanej
mordzie malowa? si wyraz psiego oddania.
- I ?eby mi si nie guzdra?! Ruszaj g?ow+, bydlaku! - nagle wrzasn+?
Nunnun i wyszed?.
W hallu, przy barze, bez popiechu wypi? aperitif, porozmawia? z Madame
na temat upadku obyczajw, da? do zrozumienia, ?e w najbli?szym czasie
zamierza rozbudowa zak?ad i dla wikszej wagi, zni?ywszy g?os, poradzi? si
jej, co zrobi z Bennim
- zestarza? si ch?op, og?uch?, refleks ju? nie ten, nie nad+?a jak
kiedy... By?a ju? szsta, chcia?o mu si je, a mzg uporczywie dr+?y?a,
gryz?a niespodziewana myl, niesamowita, dzika i zarazem niezmiernie
obiecuj+ca.
Zreszt+ ju? i tak to i owo sta?o si jasne, znik? z ca?ej sprawy
irytuj+cy i niesamowity posmak metafizyki, zesta?a tylko pretensja do samego
siebie o to, ?e wczeniej nie pomyla? o takiej mo?liwoci, ale nie to by?o
najistotniejsze, najistotniejsze zawiera?o si w tamtej myli, ktra ci+gle
dr+?y?a, dr+?y?a i nie dawa?a spokoju.
Po?egnawszy si z Madame i ucisn+wszy rk Benniego, Nunnun pojecha?
prosto do "Barge". Ca?e nieszczcie w tym, myla?, ?e nie dostrzegamy, jak
mijaj+ lata. Co tam zreszt+ lata - nie dostrzegamy, jak wszystko si
zmienia. Wiemy, ?e wszystko si zmienia, ucz+ nas od dziecistwa, ?e
wszystko si zmienia, po wielokro widzielimy na w?asne oczy, jak wszystko
si zmienia, i jednoczenie jestemy absolutnie niezdolni do zauwa?enia tego
momentu, kiedy zachodzi zmiana, albo te? szukamy zmiany nie tam, gdzie
nale?y. Oto mamy ju? nowych stalkerw - uzbrojonych w cybernetyk. Dawny
stalker by? brudnym, ponurym facetem, ktry ze zwierzcym uporem milimetr za
milimetrem pe?za? na brzuchu po Strefie zarabiaj+c swoj+ dol. Nowy stalker
to playboy w krawacie, in?ynier, siedzi sobie gdzie o kilometr od Strefy,
papieros w zbach, pod rk+ szklanka z orze?wiaj+cym p?ynem
- siedzi i patrzy na ekrany. D?entelmen na posadzie. Nader logiczny
obrazek, do tego stopnia logiczny, ?e inne mo?liwoci po prostu na myl nie
przychodz+. A przecie? s+ i inne mo?liwoci - na przyk?ad szk?ka
niedzielna.
I nagle, jakby ni z tego, ni z owego, opad?a go rozpacz. Wszystko by?o
bez sensu. Wszystko by?o daremne. Bo?e mj, pomyla?, przecie? nic z tego
nie wyjdzie! Ale ma si?y, ktra utrzyma w dzie?y to ciasto, pomyla? z
przera?eniem. Nie dlatego, ?e ?le pracujemy. I nie dlatego, ?e oni pracuj+
lepiej. Po prostu w?anie taki jest nasz wiat. I cz?owiek na tym wiecie
jest w?anie taki. Gdyby nie by?o L+dowania - by?oby co innego. winia
zawsze znajdzie b?oto...
W "Barge" by?o mnstwo wiat?a i bardzo smacznie pachnia?o."Barge"
rwnie? si zmieni? - ani nie potaczysz, ani si nie ubawisz jak niegdy.
Szuwaks ju? nie przychodzi, brzydzi si, a Red Shoehart wsun+? tu pewnie
swj piegowaty nos, skrzywi? si i wyszed?. Ernest ci+gle jeszcze siedzi,
interes prowadzi jego stara, dorwa?a si nareszcie - stali, solidni klienci,
ca?y Instytut przychodzi na obiady i wy?si oficerowie rwnie? - przytulne
gabinety, smaczna kuchnia, niedrogo i zawsze wie?e piwo. Dobra, stara
gospoda.
W jednym z gabinetw Nunnun zauwa?y? Walentina Pillmana. Laureat
siedzia? nad fili?ank+ kawy i czyta? z?o?ony na po?ow miesicznik, Nunnun
podszed? do stolika.
- Czy mo?na si przysi+? - zapyta?. Walentin podnis? na niego czarne
okulary.
- A - powiedzia?. - Prosz bardzo.
- Za chwil, tylko rce umyj - powiedzia? Nunnun przypomniawszy sobie
nagle pryszcz.
Znali go tu dobrze. Kiedy wrci? i usiad? naprzeciw Walentina. Na stole
ju? sta? ma?y ruszt z dymi+cym churasco i piwo w wysokim kuflu - nie za
zimne, nie za ciep?e, takie, jakie lubi?. Walentin od?o?y? miesicznik i
wypi? ?yczek kawy.
- S?uchaj - powiedzia? Nunnun odkrawaj+c kawa?ek misa. - Jak s+dzisz,
czym si to wszystko skoczy?
- Co masz na myli?
- L+dowanie, Strefy, stalkerzy, orodki wojskowo - przemys?owe, ta ca?a
kasza... Czym to wszystko mo?e si skoczy?
Walentin d?ugo patrzy? na Nunnuna lepymi, czarnymi szk?ami, nastpnie
zapali? papierosa i powiedzia?:
- Dla kogo? Skonkretyzuj.
- No, powiedzmy, dla ca?ej ludzkoci.
- To zale?y od tego, czy bdziemy mieli szczcie, czy nie - powiedzia?
Walentin.
- Teraz ju? wiemy, ?e dla ludzkoci, pojmowanej jako ca?o. L+dowanie
przesz?o w gruncie rzeczy bez ladu. Dla ludzkoci zreszt+ wszystko mija bez
ladu. Oczywicie, niewykluczone, ?e wyci+gaj+c na lepo kasztany z tego
ognia, koniec kocw wyci+gniemy co takiego, co sprawi, ?e ?ycie na naszej
planecie stanie si w ogle niemo?liwe. To naturalnie bdzie pech. Jednak?e
chyba zgodzisz si ze mn+, ?e co podobnego zagra?a?o ludzkoci zawsze. -
Ruchem d?oni rozproszy? dym z papierosa. - Widzisz, ja ju? dawno odwyk?em od
rozwa?a na temat ludzkoci jako takiej. Ludzko, pojmowana jako ca?o,
jest zbyt stacjonarnym uk?adem - nie ma sposobu, ?eby j+ ruszy z miejsca.
- Tak uwa?asz? - z rozczarowaniem zapyta? Nunnun. - No c?, mo?e i masz
racj...
- Powiedz mi szczerze, Richard - wyra?nie zabawiaj+c si zacz+?
Walentin. - Na przyk?ad dla ciebie, cz?owieka interesu, co si zmieni?o w
zwi+zku z L+dowaniem? Dowiedzia?e si, ?e we Wszechwiecie istnieje co
najmniej jeszcze jeden rozum oprcz ludzkiego. No i co?
- Jak by ci tu powiedzie? - wykrztusi? Nunnun. Ju? ?a?owa?, ?e zacz+?
t rozmow. Nie by?o o czym mwi. - Co si zmieni?o dla mnie? Na przyk?ad
ju? od wielu lat czuj si troch nieswojo, mo?e nawet niepewnie. Dobrze,
tamci wpadli na chwil i od razu si wynieli. A je?eli przylec+ znowu i
przyjdzie im do g?owy pozosta? Dla mnie, cz?owieka interesu, to nie jest,
widzisz, retoryczne pytanie
- kim oni s+, jak ?yj+ i czego chc+? W najbardziej prymitywnym
wariancie, musz myle, jak w razie czego mam przestawi produkcj. Musz
by przygotowany. A je?eli w ogle oka? si zbyteczny w ich systemie? -
O?ywi? si. - A je?eli my wszyscy oka?emy si zbyteczni? S?uchaj, Walentin,
je?eli ju? rozmawiamy na ten temat, czy istniej+ jakie odpowiedzi na te
pytania? Kim oni s+, czego chcieli i czy wrc+, czy nie?
- Odpowiedzi istniej+ - odpar? Walentin umiechaj+c si. - Jest ich
nawet bardzo wiele, mo?esz sobie wybra dowoln+, wedle gustu.
- A jak ty sam uwa?asz?
- Mwi+c szczerze nigdy nie pozwala?em sobie rozmyla powa?nie na ten
temat. Dla mnie L+dowanie to przede wszystkim unikalne wydarzenie, co, co
umo?liwia przeskoczenie kilku stopni naraz w procesie poznania. Powiedzmy,
co w rodzaju podr?y w przysz?o techniki. No, mniej wicej tak, jakby w
laboratorium Izaaka Newtona znalaz? si nagle wsp?czesny generator
kwantowy...
- Newton by nic nie zrozumia?.
- Jeste w b?dzie! Newton by? wyj+tkowo bystrym cz?owiekiem.
- Tak? no dobrze. Bg z nim, to znaczy z Newtonem. Ale jak ty sam,
pomimo wszystko, interpretujesz L+dowanie? niech?e to bdzie nawet
niepowa?na interpretacja...
- Dobrze, odpowiem ci. Ale musz ci uprzedzi, Richard, ?e twoje
pytanie le?y w kompetencji pewnej pseudonauki, zwanej ksenologi+. Ksenologia
to sprzeczna z natur+ krzy?wka naukowej fantastyki z logik+ formaln+. U
podstaw jej metodyki le?y fa?szywa przes?anka - przypisywanie pozaziemskiemu
intelektowi ludzkiej psychiki.
- Dlaczego fa?szywa? - zapyta? Nunnun.
- A dlatego, ?e biolodzy ju? si raz sparzyli, kiedy prbowali
przypisa psychik cz?owieka zwierztom. Ziemskim zwierztom, zauwa?.
- Przepraszam - powiedzia? Nunnun. - To zupe?nie inna sprawa. Przecie?
mwimy o psychologii rozumnych istot.
- Tak. Wszystko by?oby znakomicie, gdybymy wiedzieli, co to takiego
rozum.
- A czy nie wiemy? - zdziwi? si Nunnun.
- Wyobra? sobie, ?e nie. Zwykle punktem wyjcia jest niezmiernie
prymitywne za?o?enie: rozum jest to ta w?aciwo cz?owieka, ktra r?ni
jego dzia?anie od dzia?ania zwierz+t. Taka, rozumiesz mnie prba
odgraniczenia w?aciciela od jego psa, ktry jakoby wszystko rozumie, tylko
nie potrafi powiedzie. Zreszt+ z tej prymitywnej definicji wynikaj+
logicznie inne, ciekawsze. Bazuj+ one na gorzkich, wnioskach z obserwacji
wspomnianej ju? dzia?alnoci cz?owieka. Na przyk?ad: rozumem nazywamy
zdolno ?ywej istoty do pope?niania uczynkw niecelowych i pozbawionych
wszelkiego sensu.
- Tak, to o nas - zgodzi? si Nunnun.
- Niestety. Albo, powiedzmy, definicja - hipoteza. Rozum jest to
skomplikowany instynkt, ktry si jeszcze ostatecznie nie ukszta?towa?.
Przyjmujemy, ?e instynktowna dzia?alno jest zawsze racjonalna i celowa.
Up?ynie milion lat, instynkt ukszta?tuje si ostatecznie i wtedy
przestaniemy pope?nia b?dy, ktra to umiejtno stanowi zapewne
immanentn+ cz+stk rozumu. I wwczas, je?eli co si zmieni we
wszechwiecie, spokojnie sobie wymrzemy - w?anie dlatego, ?e oduczylimy
si pope?nia b?dy, to znaczy wyprbowywa r?ne, nie przewidziane
rygorystycznym programem warianty.
- W twojej interpretacji to wszystko wygl+da jako obra?liwie.
- Prosz bardzo, s?u? ci nastpn+ definicj+, niezmiernie wznios?+ i
szlachetn+. Rozum jest to umiejtno wykorzystywania potencja?u
otaczaj+cego nas wiata, bez uciekania si zniszczenia tego wiata.
Nunnun skrzywi? si i pokrci? g?ow+.
- Nie - powiedzia?. - To nie o nas... no a co powiesz o twierdzeniu, ?e
cz?owiek w odr?nieniu od zwierz+t odczuwa nieprzepart+ potrzeb wiedzy?
Gdzie o tym czyta?em.
- Ja rwnie? - powiedzia? Walentin. - Ale ca?e nieszczcie polega na
tym, ?e cz?owiek, a w ka?dym razie ludzko w swojej masie, bez trudu
przezwyci?a t swoj+ potrzeb wiedzy. Moim zdaniem taka potrzeba w ogle
nie istnieje. Istnieje potrzeba zrozumienia wiata, a do tego wiedza nie
jest potrzebna. Dla przyk?adu -- hipoteza o Bogu daje z niczym
nieporwnywaln+ mo?liwo zrozumienia absolutnie wszystkiego, absolutnie
niczego si nie dowiaduj+c... Daj cz?owiekowi maksymalnie uproszczony model
wiata i interpretuj ka?de wydarzenie w oparciu o ten uproszczony system.
Takie podejcie do problemu nie wymaga ?adnej wiedzy. Kilka wyuczonych
formu?ek plus tak zwana intuicja, i tak zwany zmys? praktyczny, i tak zwany
zdrowy rozs+dek.
- Poczekaj - powiedzia? Nunnun. Dopi? piwo i z ha?asem postawi? pusty
kufel na stole. - Nie odbiegajmy od tematu. Na przyk?ad: cz?owiek spotyka
istot z innej planety. Jak poznaj+, ?e obaj s+ rozumni?
- Nie mam pojcia - owiadczy? ubawiony Walentin. - Wszystko, co
czyta?em na ten temat, sprowadza si do b?dnego ko?a. Je?eli oboje s+
zdolni do nawi+zania kontaktu, to znaczy, ?e s+ rozumni. I na odwrt -
je?eli s+ rozumni, to s+ zdolni do nawi+zania kontaktu. Uoglniaj+c - je?eli
istota z innej planety ma honor posiada ludzk+ psychik, to znaczy, ?e jest
rozumna. Tak to wygl+da.
- Masz ci los - powiedzia? Nunnun. - A ja myla?em, ?e ju? wszystko
jest posegregowane i le?y na odpowiednich p?kach...
- Posegregowa nawet ma?pa potrafi - zauwa?y? Walentin.
- Nie, poczekaj - powiedzia? Nunnun. Nie wiadomo dlaczego czu? si
oszukany. - Ale je?eli nie wiecie takich prostych rzeczy... Dobra, Bg z
nim, z rozumem: widocznie sam diabe? w tym si nie rozezna. No a L+dowanie?
Przynajmniej powiedz, co mylisz o samym L+dowaniu?
- Prosz bardzo - powiedzia? Walentin. - Wyobra? sobie piknik... br>
Nunnun drgn+?.
- Jak powiedzia?e?
- Piknik. Wyobra? sobie: las, przesieka, polana. Z przesieki na polan
wje?d?a samochd, z samochodu wysiada m?odzie?, butelki, koszyki z
prowiantem, dziewczyny, tranzystory, kamery filmowe... Rozpalaj+ ognisko,
stawiaj+ namioty, gra muzyka. A rankiem odje?d?aj+. Zwierzta, ptaki i
owady, ktre przez ca?+ noc ze zgroz+ obserwowa?y to, co si dzia?o, wy?a?+
ze swoich kryjwek. I c? widz+? Na trawie ka?u?a oleju, rozlana benzyna,
le?+ nieprzydatne ju? wiece i olejowe filtry. Poniewieraj+ si stare
szmaty, przepalone ?arwki, kto zgubi? klucz francuski. Z opon spad?o b?oto
przywiezione z niewiadomych bagien... no, sam rozumiesz, lady ogniska,
ogryzki jab?ek, papierki od cukierkw, puszki po konserwach, puste butelki,
czyja chusteczka do nosa, czyj scyzoryk, podarte przedwczorajsze gazety,
bilon, zwid?e kwiaty z innych lasw...
- Zrozumia?em - powiedzia? Nunnun. - Piknik na skraju drogi.
- W?anie. Piknik na skraju jakiej kosmicznej drogi. A ty mnie pytasz,
czy oni wrc+, czy nie?
- Daj no mi papierosa - powiedzia? Nunnun. - Niech diabli porw+ wasz+
samozwacz+ nauk! Ja sobie to zupe?nie inaczej wyobra?a?em.
- To twoje prawo - zauwa?y? Walentin.
- To znaczy, ?e co? ?e oni nas nawet nie zauwa?yli?
- Dlaczego?
- No, w ka?dym razie nie zwrcili na nas uwagi...
- Wiesz, na twoim miejscu ja bym si za bardzo nie martwi? - poradzi?
Walentin.
Nunnun zaci+gn+? si, zakas?a? i zdusi? papierosa.
- Wszystko jedno - powiedzia? z uporem. - To niemo?liwe, niech was
diabli wezm+! Sk+d, wy uczeni, tak gardzicie lud?mi? Dlaczego bez przerwy
staracie si ich poni?y?
- Chwileczk - powiedzia? Walentin. - Pos?uchaj... Zapytacie mnie: w
czym jest wielko cz?owieka? W tym, ?e wyzwoli? nieomal kosmiczne moce
przyrody? ?e w czasie tak krtkim zaw?adn+? planet+ i wyr+ba? sobie okno na
Wszechwiat? Nie w tym, ?e mimo to przetrwa? i zamierza przetrwa rwnie? w
przysz?oci.
Zapanowa?o milczenie. Nunnun rozmyla?.
- By mo?e... - powiedzia? niepewnie. - Oczywicie, z takiego punktu
widzenia...
- Nie przejmuj si - niefrasobliwie powiedzia? Walentin. - Piknik - to
przecie? tylko moja hipoteza. I nawet nie hipoteza, szczerze mwi+c, tylko
tak, obrazek... Tak zwani powa?ni ksenologowie prbuj+ uzasadni znacznie
solidniejsze i pochlebniejsze dla ludzkoci wersje. Na przyk?ad: ?e ?adnego
L+dowania nie by?o, ?e L+dowanie dopiero nast+pi. Pewien niezmiernie wysoko
rozwinity Intelekt zrzuci? na Ziemi kontenery z prbkami swoich osi+gni
w dziedzinie kultury materialnej. Intelekt w oczekuje, ?e po zapoznaniu si
z tymi prbkami dokonamy skoku w dziedzinie techniki i wwczas bdziemy w
stanie pos?a w odpowiedzi sygna?y oznaczaj+ce, ?e jestemy gotowi do
nawi+zania kontaktu. Mo?e taka interpretacja bardziej ci odpowiada?
- To ju? znacznie lepiej - powiedzia? Nunnun. - Widz, ?e i midzy
uczonymi trafiaj+ si przyzwoici ludzie.
- Albo jeszcze inaczej. L+dowanie istotnie mia?o miejsce, ale tamci
wcale si nie wynieli. Faktycznie nadal jestemy z nimi w kontakcie, tylko
o tym nie wiemy. Przybysze zagnie?dzili si w Strefach i starannie nas
studiuj+, przygotowuj+c jednoczenie ludzi do okrutnych cudw czasu, ktry
nadchodzi.
- To rozumiem! - powiedzia? Nunnun. - Wtedy przynajmniej mo?na poj+,
co oznacza ta tajemnicza krz+tanina w ruinach fabryki. Nawiasem mwi+c, twj
piknik tej krz+taniny nie wyjania.
- Dlaczego nie wyjania? - nie zgodzi? si Walentin. - Czy ktra z
dziewcz+t nie mog?a zapomnie na polanie ulubionego mechanicznego
nied?wiadka?
- No nie, tego to za wiele - kategorycznie owiadczy? Nunnun. - ?adny
nied?wiadek! A? ziemia si trzsie... Zreszt+, oczywicie, mo?e by i
nied?wiadek. Piwa? Rozalia! Dwa piwa dla panw ksenologw!... A jednak
przyjemnie z tob+ pogawdzi - powiedzia? do Walentina. - Takie, wiesz,
przeczyszczenie mzgu, jakby mi gorzkiej soli nasypano do czaszki. Bo to
pracuje cz?owiek, pracuje, a po co, o czym nie wie, czego si nie spodziewa,
co serce zaspokoi...
Przynieli piwo. Nunnun upi? tyk, obserwuj+c znad piany Walentina,
ktry z pow+tpiewaniem i wstrtem wpatrywa? si w swj kufel.
- Nie masz ochoty? - zapyta? Nunnum oblizuj+c wargi.
- Bo ja, prawd mwi+c, nie pij - niezdecydowanie powiedzia? Walentin.
- Naprawd? - zdumia? si Nunnun.
- Do diab?a! - powiedzia? Walentin. - Musi przecie? na tym wiecie by
cho jeden niepij+cy... - zdecydowanym ruchem odsun+? kufer - Zamw dla mnie
koniak, je?eli ju? - powiedzia?.
- Rozalia! - wrzasn+? niezw?ocznie ju? zupe?nie rozweselony Nunnun.
Kiedy przyniesiono koniak, powiedzia?:
- Bez wzgldu na wszystko, bardzo mi si to nie podoba. Ju? nie mwi o
tym twoim pikniku - to w ogle zwyczajne wistwo! Ale je?eli nawet przyj+
wersj, ?e to, powiedzmy, tylko preludium do kontaktu, bardzo to nie?adnie z
ich strony. Jeszcze rozumiem "bransolety", "pustaki"... Ale po co "czarci
pudding"? "?ysica" po co? I ten ohydny puch...
- Przepraszam - powiedzia? Walentin wybieraj+c plasterek cytryny. -
Twoja terminologia nie jest dla mnie dostatecznie jasna. Jaka, przepraszam,
?ysica?
Nunnun rozemia? si.
- To folklor - wyjani?. - Roboczy ?argon stalkerw. "?ysice" to
obszary wzmo?onej grawitacji.
- Aha, grawikondensaty... Ukierunkowana grawitacja. O tym
porozmawia?bym z przyjemnoci+, ale ty i tak nic z tego nie zrozumiesz.
- A to dlaczego? B+d? co b+d? jestem in?ynierem...
- A to dlatego, ?e ja sam nie rozumiem - odpowiedzia? Walentin. - Mam
ju? uk?ady rwna, ale jak je zinterpretowa - nie mam zielonego
wyobra?enia... A "czarci pudding" to zapewne koloidowy gaz?
- Zgadza si. S?ysza?e o katastrofie w laboratoriach Carryguna?
- Co nieco - niechtnie odpar? Walentin.
- Ci idioci umiecili porcelanowy kontener z "puddingiem" w specjalnej
komorze, szczelnie izolowanej... To znaczy oni myleli, ?e komora jest
szczelnie izolowana... a kiedy manipulatorami otworzyli kontener, "pudding"
przes+czy? si przez metal i plastyk jak woda przez bibu?, wykipia? na
zewn+trz i wszystko, z czym wszed? w kontakt, zamieni? rwnie? w pudding.
Zgin?o trzydziestu piciu ludzi, ponad stu jest okaleczonych, a ca?e
laboratorium nie nadaje si do niczego. By?e tam kiedy? Wspania?y gmach! A
teraz pudding sp?yn+? do piwnic i na ni?sze pitra... Przeliczne preludium
do kontaktu...
Walentin okropnie si skrzywi?.
- Tak, to wszystko wiem - powiedzia?. - Jednak?e zgodzisz si chyba ze
mn+, Richard, ?e przybysze nie maj+ z tym nic wsplnego. Sk+d oni mogli
wiedzie, ?e u nas istnieje przemys? zbrojeniowy?
- A nale?a?oby wiedzie! - pouczaj+co stwierdzi? Nunnun.
- Oni za odpowiedzieliby na to: ju? dawno nale?a?o zlikwidowa
przemys? zbrojeniowy.
- Te? racja - przyzna? Nunnun. - No wic niechby si tym zajli, je?eli
s+ tacy wszechpot?ni.
- To znaczy, ?e proponujesz im ingerencj w wewntrzne sprawy
ludzkoci?
- Hm - powiedzia? Nunnun. - W ten sposb oczywicie mo?emy zaj bardzo
daleko. Zostawmy to. Lepiej powrmy do pocz+tku naszej rozmowy. Czym to
wszystko si skoczy? No na przyk?ad wy, uczeni. Czy macie nadziej na
znalezienie w Strefie czego naprawd epokowego, czego co rzeczywicie
pozwoli?oby na dokonanie przewrotu w nauce, w technice, w sposobie ?ycia?
Walentin wzruszy? ramionami.
- Zwracasz si pod niew?aciwy adres, Richard. Ja nie lubi ja?owych
spekulacji. Kiedy mowa o takich powa?nych sprawach, jestem zwolennikiem
ostro?nego sceptycyzmu. Je?eli przyj+ za punkt wyjcia to, co ju? znajduje
si w naszych rkach, przed nami ca?y wachlarz mo?liwoci i niczego
okrelonego powiedzie na razie nie mo?na.
- No dobrze, sprbujemy z drugiego koca. Co, twoim zdaniem, ju? mamy w
rku?
- Jak by to nie by?o zabawne, raczej niewiele. Odkrylimy za to wiele
zdumiewaj+cych zjawisk. W niektrych przypadkach nauczylimy si nawet
wykorzystywa te zjawiska dla w?asnych potrzeb. I nawet przywyklimy do
nich... Ma?pa naciska czerwony guziczek - dostaje banana, naciska bia?y -
dostaje pomaracz, ale jak zdoby banany i pomaracze bez naciskania
guziczkw - tego ma?pa nie wie. I jaki jest zwi+zek midzy guziczkami a
pomaraczami i bananami, ma?pa nie rozumie. We?my, powiedzmy, "owaki".
Znale?limy dla nich zastosowanie. Odkrylimy nawet warunki, w ktrych
rozmna?aj+ si przez podzia?. Ale do dzi nie umiemy zrobi ani jednego
"owaka", nie znamy ich konstrukcji i s+dz+c po tym nieprdko zorientujemy
si w tym wszystkim... Sformu?owa?bym to nastpuj+co: istniej+ obiekty, dla
ktrych znale?limy zastosowanie. Pos?ugujemy si nimi, chocia? prawie na
pewno niezgodnie z ich prawdziwym przeznaczeniem. Jestem absolutnie
przekonany, ?e w wikszoci wypadkw wbijamy mikroskopami gwo?dzie. Ale
jednak co nieco przydaje si nam: "owaki", "bransolety" pobudzaj+ce
procesy biologiczne... r?ne typy quasi - biologicznych mas, ktre dokona?y
takiego przewrotu w medycynie... Mamy do dyspozycji nowe trankwilizatory,
nowe gatunki nawozw sztucznych... rewolucja w agronomii... Zreszt+ po co ci
to wyliczam! Wiesz o tym nie gorzej ode mnie, bransoletk, jak widz, sam
nosisz... Obiekty tej grupy nazwa?bym po?ytecznymi. Mo?na powiedzie, ?e w
jakim stopniu ludzko zosta?a nimi uszczliwiona, chocia? nigdy nie
nale?y zapomina, ?e w naszym euklidesowym wiecie ka?dy kij ma dwa koce...
- Niepo?+dane zastosowanie? - wtr+ci? Nunnun.
- A tak. Powiedzmy zastosowanie "owakw" w przemyle zbrojeniowym...
Ale ja nie o tym... Dzia?anie ka?dego po?ytecznego obiektu mniej lub wicej
zbadalimy i mniej lub wicej jestemy w stanie objani. Obecnie jest to
tylko kwestia nieznajomoci technologii, ale za jakie pidziesi+t lat sami
nauczymy si produkowa te krlewskie pieczcie i wtedy do woli bdziemy
mogli nimi t?uc orzechy. Bardziej skomplikowana jest sprawa z drug+ grup+
obiektw - bardziej w?anie dlatego, ?e ?adnego zastosowania te obiekty u
nas nie znajduj+, a ich w?aciwoci, w ramach naszych wsp?czesnych
wyobra?e, s+ kompletnie niewyt?umaczalne. Na przyk?ad pu?apki magnetyczne
r?nych typw. My ju? wiemy, ?e tu chodzi o pu?apk magnetyczn+. Panow to
bardzo interesuj+co udowodni?. Ale nadal nie rozumiemy, gdzie mo?e znajdowa
si ?rd?o tak pot?nego pola magnetycznego i gdzie le?y przyczyna jego
superstabilnoci... nic nie rozumiemy. Mo?emy tylko stawia fantastyczne
hipotezy zak?adaj+ce takie w?aciwoci przestrzeni, o ktrych nawet si nam
nie ni?o. Albo we?my K-25... Jak wy nazywacie takie czarne, ?adne kulki, z
ktrych robi si bi?uteri?
- "Czarne bryzgi" - powiedzia? Nunnun.
- O to, to, "czarne bryzgi"... Dobra nazwa... Jakie s+ ich w?aciwoci,
to wiesz. Jeli przez tak+ kulk przepuci promie wiat?a, to wiat?o
wyjdzie z niej z op?nieniem, przy czym to op?nienie zale?y od wagi kulki,
od jej rozmiarw, od jeszcze niektrych parametrw, i d?ugo fali
wychodz+cego wiat?a jest zawsze mniejsza od d?ugoci fali wchodz+cego... Co
to jest? Dlaczego? Istnieje szalecza teoria, wed?ug ktrej te twoje "czarne
bryzgi" to gigantyczne obszary przestrzeni, ktra posiada zupe?nie inne
w?aciwoci ni? nasza i ktra pod dzia?aniem naszej przestrzeni przyj?a
tak+ w?anie zwinit+ form... Walentin wyj+? papierosa l zapali?. - Krtko
mwi+c, obiekty tej grupy dla obecnej praktyki ludzkiej s+ idealnie
bezu?yteczne, chocia? z czysto naukowego punktu widzenia maj+ fundamentalne
znaczenie. To po prostu tak, jakby nam z nieba spad?y odpowiedzi na pytania,
ktrych jeszcze nie umiemy zada. Wspomniany wy?ej sir Izaak, by mo?e, nie
by?by w stanie poj+ zasady dzia?ania lasera, ale w ka?dym razie
zrozumia?by, ?e skonstruowanie czego takiego jest mo?liwe i to niezawodnie
wywar?oby ogromny wp?yw na jego naukowy wiatopogl+d. Nie bd si wdawa w
szczeg?y, ale istnienie takich obiektw jak pu?apki magnetyczne K-25,
"bia?y piercie" - za jednym zamachem skosi?o ca?e pole kwitn+cych jeszcze
do niedawna teorii i powo?a?o do ?ycia ca?kowicie nowe hipotezy. A przecie?
istnieje jeszcze trzecia grupa...
- Tak - powiedzia? Nunnun. - "Czarci pudding" i Inne licznoci...
- Nie, nie. To wszystko nale?y zaliczy albo do pierwszej, albo do
drugiej grupy. Mam na myli obiekty, o ktrych nic nie wiemy, albo wiemy
tylko ze s?yszenia, i ktre nigdy nie trafi?y w nasze rce. To, co nam
sprz+tnli sprzed nosa stalkerzy
- sprzedali nie wiadomo komu, czy te? ukryli... I to, o czym milcz+.
Legendy, p?legendy, "maszyna ?ycze", "Dick w?czykij" "weso?e upiory"...
- Chwileczk, chwileczk - powiedzia? Nunnun. - A to co znowu takiego?
"Maszyna ?ycze" - rozumiem...
Walentin zamia? si.
- Widzisz, my rwnie? mamy swj roboczy ?argon. "Dick w?czykij" - to
ten w?anie hipotetyczny nied?wiadek, ktry rozrabia w ruinach fabryki. A
"weso?e upiory" - to pewna gro?na turbulencja, ktra pojawia si w
niektrych rejonach Sfery.
- Pierwszy raz s?ysz - oznajmi? Nunnun.
- Rozumiesz, Richard - powiedzia? Walentin - grzebiemy w Strefie ju?
dwadziecia lat, ale ci+gle nie znamy ani tysicznej czci tego, co tam si
znajduje. A je?eli ju? mwi o wp?ywie Sfery na cz?owieka... O w?anie,
musimy jeszcze zaklasyfikowa kolejn+ czwart+ grup. Ju? nie obiektw, tylko
oddzia?ywa. Ta grupa zbadana jest skandalicznie niedbale, chocia? moim
zdaniem dysponujemy wystarczaj+c+ iloci+ faktw. I wiesz, Richard, czasem
robi mi si zimno, kiedy myl o tych faktach.
- ?ywe trupy... - mrukn+? Nunnun.
- Co? A... Nie, to zagadkowe, ale nic wicej. Jak by ci wyjani... To
mo?na sobie wyobrazi. Ale je?eli wok? cz?owieka zaczynaj+ znienacka
zachodzi metafizyczne i metabiologiczne zjawiska...
- Masz na myli emigrantw...
- Owszem. Statystyka matematyczna to, zapewniam ci, niezmiernie cis?a
nauka chocia? ma do czynienia z przypadkowymi wielkociami. A oprcz tego to
bardzo wymowna dyscyplina naukowa, bardzo ilustracyjna...
Walentin najwidoczniej z lekka sobie podchmieli?. Zacz+? mwi
g?oniej, policzki mu por?owialy, a brwi nad ciemnymi szklarni powdrowa?y
wysoko do gry, marszcz+c czo?o w harmonijk.
- Rozalia! - wrzasn+? nagle. - Jeszcze jeden koniak! Podwjny!
- Lubi niepij+cych - z szacunkiem powiedzia? Nunnun.
- Bez dygresji! - surowo osadzi? go Walentin. - S?uchaj co do ciebie
mwi+. To bardzo dziwne. - Podnis? kieliszek, jednym ?ykiem wypi? po?ow i
ci+gn+? dalej.
- My nie wiemy, co si sta?o z biednymi mieszkacami Harmont w samym
momencie L+dowania. Ale oto jeden z nich postanowi? wyemigrowa. Jaki tam
zwyczajny obywatel. Fryzjer. Syn fryzjera i wnuk fryzjera. Przenosi si,
powiedzmy, do Detroit. Otwiera zak?ad fryzjerski i zaczyna si diabelski
ob?d. Ponad dziewidziesi+t procent jego klietw nie prze?ywa nawet roku:
gin+ w katastrofach samochodowych, wypadaj+ z okien, wyrzynaj+ ich
gangsterzy i chuligani, ton+ w p?ytkich stawach i tak dalej, i tak dalej.
Wzrasta liczba klsk ?ywio?owych w Detroit i jego okolicach, nie wiadomo
sk+d nadci+gaj+ tr+by powietrzne i tajfun, ktrych w tych miejscach nie
widywano od tysi+c siedemset zapomnianego roku. I wiele innych przyjemnoci
tego rodzaju, i takie kataklizmy zdarzaj+ si w ka?dym miecie, na ka?dym
terenie, wszdzie tam, gdzie osiedlaj+ si emigranci z rejonu L+dowania, a
liczba tych kataklizmw jest wprost proporcjonalna do liczby emigrantw
zamieszka?ych w danym rejonie, i zwr uwag, podobne oddzia?ywanie maj+
tylko ci emigranci, ktrzy prze?yli samo L+dowanie. Urodzeni po L+dowaniu,
na statystyk nieszczliwych wypadkw nie maj+ wp?ywu. Mieszkasz tu ju?
dziesi lat, ale przyjecha?e po L+dowaniu i bez obawy mo?na ci przenie
choby do Watykanu. Jak wyjani podobne zjawisko? Czego si wyrzec -
statystyki? Czy mo?e zdrowego rozs+dku? - Walentin z?apa? kieliszek i
osuszy? go jednym haustem. Richard Nunnun podrapa? si za uchem.
- Hm, tak - powiedzia?. - W ogle to sporo s?ysza?em o tych rzeczach,
ale jeli mam by szczery, zawsze przypuszcza?em, ?e w tym wszystkim,
delikatnie mwi+c jest sporo przesady... Rzeczywicie z punktu widzenia
naszej pot?nej pozytywistycznej nauki...
- Albo, powiedzmy, mutagenny wp?yw Strefy - przerwa? mu Walentin. Zdj+?
okulary i wpatrzy? si w Nunnuna czarnymi lepawymi oczami. - U wszystkich
ludzi, ktrzy dostatecznie d?ugo kontaktuj+ si ze Stref+, ulega zmianie
zarwno genotyp jak i fenotyp. Czy ty wiesz, jakie dzieci rodz+ si w
rodzinach stalkerw, czy wiesz, co si dzieje z samymi stalkerami? Dlaczego?
Gdzie czynnik mutagenny? W Strefie nie ma ?adnej radiacji. Chemiczna
struktura powietrza i gleby w Strefie, chocia? posiada pewn+ specyfik, nie
przedstawia od tej strony ?adnego niebezpieczestwa. Co mam robi w tych
warunkach - uwierzy w czary? W uroki?...
- Ogromnie ci wsp?czuj z powodu twoich rozterek - odpar? Nunnun. -
Ale jeli mam by szczery, to mnie osobicie znacznie bardziej dzia?a na
nerwy zmartwychwsta?y nieboszczyk ni? dane statystyczne. Tym bardziej ?e
danych statystycznych nie widzia?em, a z nieboszczykami niejednokrotnie
mia?em przyjemno... Walentin lekkomylnie machn+? rk+.
- A tam, te twoje trupy... - powiedzia?. - S?uchaj, Richard, czy tobie
naprawd nie wstyd? niezale?nie od wszystkiego masz przecie? wy?sze
wykszta?cenie... Po pierwsze to nie s+ ?adne trupy... To przecie? fantomy...
rekonstrukcja wed?ug szkieletu... kuk?y... A poza tym zapewniam ci - z
punktu widzenia podstawowych zasad, te twoje fantomy to nie mniej i nie
bardziej zdumiewaj+ce zjawisko ni? wieczne akumulatory. Po prostu "owaki"
naruszaj+ pierwsz+ zasad termodynamiki, a fantomy - drug+, i na tym polega
ca?a r?nica. My wszyscy w pewnym sensie niedaleko odeszlimy od cz?owieka
jaskiniowego - nie mo?emy sobie wyobrazi nic okropniejszego od upiora czy
wilko?aka. A tymczasem naruszenie zwi+zku przyczynowo-skutkowego to co
znacznie straszniejszego ni? ca?e stada upiorw albo tych tam monstrw
Rubinsteina... czy Wallensteina?
- Frankensteina.
- Tak, oczywicie, Frankensteina. Madame Shelle. ?ona poety. Albo
crka. - Nagle rozemia? si. - Te twoje fantomy maj+ jedn+ ciekaw+
w?aciwo - autonomiczn+ zdolno do ?ycia. Mo?na na przyk?ad odci+ im
dowoln+ cz cia?a i ona bdzie ?y?a. Oddzielnie. Bez ?adnych roztworw
fizjologicznych... Ostatnio dostarczyli nam do instytutu jednego takiego
nieboszczyka, no wic zaczli go preparowa to mi laborant Boyda opowiada?.
Oddzielili praw+ rk dla jakich tam dalszych bada, przychodz+ nastpnego
ranka, a ona fig pokazuje... - Walentin rozemia? si. - No? I tak trwa do
dzisiaj! To rozewrze palce, to znowu zacinie. Jak s+dzisz, co ona chce
przez to powiedzie?
- Wed?ug mnie symbol jest do przejrzysty - powiedzia? Nunnun patrz+c
na zegarek. - Czy nie czas ju? na nas, Walentin? Mam jeszcze jedn+ wa?n+
spraw do za?atwienia.
- No to chod?my - powiedzia? Walentin daremnie prbuj+c utrafi twarz+
w oprawk okularw. - Ufff, upi?e mnie fatalnie... - uj+? okulary w obie
d?onie i starannie ulokowa? je na w?aciwym miejscu. - Jeste samochodem?
- Tak, odwioz ci.
Obaj zap?acili i poszli do wyjcia. Walentin co chwila z rozmachem
przyk?ada? palec do skroni witaj+c znajomych laborantw, ktrzy z
ciekawoci+ gapili si na znakomito wiatowej fizyki. Przy samych
drzwiach, ?egnaj+c rozp?ywaj+cego si w umiechu portiera, Walentin str+ci?
sobie okulary z nosa i wszyscy trzej rzucili si im na ratunek.
- Ufff, Richard - dogadywa? Walentin pakuj+c si do peugeota. -
Nieludzko mnie spi?e. Tak nie mo?na, u diab?a... To nie wypada. Jutro
prowadz dowiadczenie...
I zacza? opowiada z zapa?em o jutrzejszym dowiadczeniu. Nunnun
odwiz? go do miasteczka dla naukowcw.
A oni te? si boj+, myla?, wsiadaj+c z powrotem do wozu. Boj+ si,
jajog?owi... Tak zreszt+ by powinno. Oni powinni ba si nawet bardziej ni?
my, wszyscy normalni obywatele razem wzici. Przecie? my zwyczajnie nic nie
rozumiemy, a oni przynajmniej wiedz+, do jakiego stopnia nic nie rozumiej+.
Patrz+ w t przepa bez dna i wiedz+, ?e s+ skazani - musz+ kiedy zej do
tej przepaci. Serce zamiera. Ale zej na d? trzeba, a jak to zrobi i co
tam jest na dnie, i co najwa?niejsze czy da si potem powrci?... A my,
grzeszni, patrzymy jeli mo?na to tak okreli, w przeciwn+ stron. S?uchaj,
Dick, a mo?e tak w?anie by powinno? niech wszystko si toczy swoj+ kolej+,
a my ju? jako damy sobie rad. On ma racj: najwikszym tytu?em do chwa?y
ludzkoci jest to, ?e przetrwa?a i ma zamiar nadal przetrwa... A jednak
niech was diabli wezm+, powiedzia? przybyszom. Nie moglicie urz+dzi sobie
pikniku w innym miejscu? Powiedzmy na Ksi?ycu. Albo na Marsie. Jestecie
tak samo obojtni na wszystko. Jak inni, chocia? nauczylicie si zwija
przestrze. Piknik. Pikniku im si zachcia?o...
Jakby tu najzrczniej za?atwi spraw moich piknikw? - rozwa?a?,
powoli prowadz+c samochd po jasno owietlonych, mokrych ulicach. Jak to
mo?liwie sprytnie przeprowadzi? Na zasadzie najmniejszego wysi?ku, jak w
mechanice. Na choler mi mj, taki czy inny, ale jednak dyplom, je?eli nie
potrafi wymyli sposobu na za?atwienie tego beznogiego ?ajdaka...
Zatrzyma? wz przed domem, w ktrym mieszka? Red Shoehart, i chwil
jeszcze posiedzia? za kierownic+, zastanawiaj+c si, jak najlepiej
poprowadzi rozmow. Potem zabra? "owaka', wysiad? z samochodu i dopiero
teraz zwrci? uwag, ?e dom wygl+da na nie zamieszkany. Prawie wszystkie
okna by?y ciemne, na pustym skwerze nie pali?y si latarnie. To mu
przypomnia?o, co zobaczy za chwil, i przeszed? go dreszcz. Nawet wpad?o mu
do g?owy, ?e by mo?e lepiej bdzie wywo?a Reda przez telefon i porozmawia
z nim w samochodzie, czy w jakiej cichej knajpce, ale odpdzi? od siebie t
myl. Z wielu powodw. A midzy innymi dlatego, powiedzia? sobie, ?e nie
bdziemy si upodabnia do tych wszystkich ?a?osnych sukinsynw, ktrzy
uciekli st+d jak karaluchy polan wrz+tkiem.
Wszed? na klatk i powoli wspi+? si na gr po dawno nie zamiatanych
schodach. Dooko?a panowa?a bezludna cisza, drzwi wychodz+ce na podesty by?y
przewa?nie uchylone lub nawet otwarte na ocie? - z ciemnych korytarzy
ci+gn?o stch?ym zapachem wilgoci i kurzu. Zatrzyma? si przed drzwiami
Reda, przyg?adzi? w?osy za uszami, g?boko odetchn+? i nacisn+? guziczek
dzwonka. Jaki czas za drzwiami panowa?a cisza, potem skrzypn?y deski
pod?ogi, szczkn+? zamek i drzwi uchyli?y si cichutko. ?adnych krokw do
koca nie s?ysza?.
W progu sta?a Mariszka, crka Reda Shoeharta. Z przedpokoju na ciemne
schody pada?o jasne wiat?o i w pierwszej chwili Nunnun dostrzeg? tylko
ciemn+ sylwetk dziewczynki i pomyla?, ?e bardzo si wyci+gn?a w ci+gu
ostatnich kilku miesicy, ale potem, kiedy cofn?a si w g?+b mieszkania,
zobaczy? jej twarz. W mgnieniu oka poczu? sucho w gardle.
- Witaj, Maria - powiedzia? staraj+c si, ?eby jego glos brzmia? jak
najserdeczniej. - Co u ciebie s?ycha, Mariszka?
Nie odpowiedzia?a. W milczeniu i absolutnie bezszelestnie cofa?a si do
drzwi pokoju patrz+c spode ?ba na Nunnuna. Prawdopodobnie nie pozna?a go.
Zreszt+ i on, mwi+c szczerze, te? jej nie pozna?. Strefa, pomyla?.
Paskudztwo...
- Kto tam? - zapyta?a Guta i wyjrza?a z kuchni. - O Bo?e, Dick! Gdzie
ty si podziewa?? Czy wiesz, ?e Red wrci??
Popieszy?a do niego wycieraj+c rce w rcznik przewieszony przez rami
- zawsze tak samo liczna, silna i pe?na energii, tylko jakby j+ co gryz?o
od wewn+trz, zmizernia?a na twarzy i oczy mia?a jakie takie...
rozgor+czkowane chyba?
Dick uca?owa? j+ w policzek, odda? jej p?aszcz i kapelusz i powiedzia?:
- S?ysza?em, s?ysza?em... Ci+gle nie mog?em znale? wolnej chwili, ?eby
do was wpa. Red w domu?
- W domu - powiedzia?a Outa. - Siedzi tam u niego taki jeden...
nied?ugo ju? sobie pjdzie, od dawna siedzi. No wejd??e nareszcie...
Nunnun przeszed? kilka krokw korytarzem i zatrzyma? si przed drzwiami
jadalni. Stary siedzia? przy stole. Sam. Fantom, nieruchomy i odrobin
przekrzywiony na bok. R?owe wiat?o aba?uru pada?o na jego szerok+ ciemn+
twarz jakby wyrze?bion+ w starym drzewie, na zapadnite, bezzbne usta, na
oczy martwe i bez po?ysku. Nunnun natychmiast poczu? ten zapach. Wiedzia?,
?e to tylko gra wyobra?ni, zapach by? tylko przez pierwsze dni, a potem
doszcztnie znika?, ale Richard Nunnun czu? go jakby pamici+ - duszny,
ci?ki zapach rozkopanej ziemi.
- Albo lepiej chod?my do kuchni - popiesznie zaproponowala Guta. -
Robi w?anie kolacj, to przy okazji sobie pogadamy.
- Oczywicie - powiedzia? Nunnun ochoczo. - Tak dawno ci nie widzia?em
i jeszcze nie zapomnia?a, co zwyk?em pija przed kolacj+?
Przeszli do kuchni. Guta od razu otworzy?a lodwk, a Nunnun usiad?
przy stole i rozejrza? si. Jak zawsze by?o tu bardzo czysto, wszystko
lni?o, nad garnuszkami k?bi?a si para. Kuchenka by?a nowa, p?automat, to
znaczy, ?e w domu nie brakowa?o pienidzy.
- No jak tam Red? - zapyta? Nunnun.
- Tak jak zawsze - odpar?a Guta. - W wizieniu schud?, ale ju? si
odjad?.
- Rudy?
- Jeszcze jak!
- Z?y?
- Jasne! On ju? taki bdzie do mierci. Postawi?a przed nim szklaneczk
"Krwawej Mary" - przezroczysta warstwa rosyjskiej wdki zawis?a nad kr+?kiem
soku pomidorowego.
- Nie za du?o? - zapyta?a.
- W sam raz. - Nunnun wla? w siebie "Krwaw+ Mary". Pomyla?, ?e po raz
pierwszy tego dnia wypi? co przyzwoitego. - Tego mi brakowa?o - powiedzia?.
- A u ciebie wszystko w porz+dku? - zapyta?a Guta. - Tak d?ugo nie
przychodzi?e,
dlaczego?
- Przeklte interesy - odpar? Nunnun. - Co najmniej raz w tygodniu
zamierza?em wpa albo chocia? zadzwoni, ale najpierw musia?em jecha do
Rexopolis, potem wybuch? jeden taki skandal, potem kto mi mwi: "Red
wrci?" - dobra, myl, nie bd im przeszkadza... Jednym s?owem nie mog?em
jako wyrwa si z tego ko?owrotu. Czasem zadaj sobie pytanie, po jak+
choler tak harujemy? Dla forsy? Ale po jakiego diab?a nam te pieni+dze,
je?eli nie robimy nic innego tylko harujemy, ?eby je zarobi?
Guta szczekn?a pokrywkami, wzi?a z p?ki paczk papierosw i usiad?a
na wprost Nunnuna. Oczy mia?a spuszczone. Nunnun spiesznie wyci+gn+?
zapalniczk, poda? jej ogie i znowu, po raz drugi w ?yciu, zobaczy?, ?e jej
dr?+ palce, tak jak wtedy, kiedy Reda w?anie skazano i Nunnun przyszed?,
?eby da jej pieni+dze - w pierwszym okresie dos?ownie umiera?a z glodu,
?adne cierwo w kamienicy nie chcia?o jej po?yczy grosza. Potem w domu
pojawi?y si pieni+dze i to, nale?y przypusza bardzo znaczne, Nunnun nawet
domyla? si sk+d, ale w dalszym ci+gu przychodzi?, przynosi? Mariszce
s?odycze i zabawki, po ca?ych wieczorach pi? z Guta kaw i razem planowali
szczliw+ i spokojn+ przysz?o Reda, a nastpnie, nas?uchawszy si
opowiada Guty, Nunnun szed? do s+siadw i prbowa? ich uspokoi, usi?owa?
im t?umaczy, namawia?, wreszcie grozi? trac+c cierpliwo: "Przecie? Rudy w
kocu wrci i wtedy koci wam po?amie" - nic nie pomaga?o.
- A co z twoj+ dziewczyn+? - zapyta?a Guta.
- Z ktr+?
- No z t+, z ktr+ wtedy przyszed?e... taka jasnow?osa...
- To ma by moja dziewczyna? To moja stenografistk+. Wysz?a za m+? i
zwolni?a si z pracy.
- Powiniene si o?eni, Dick - powiedzia?a Guta. - Chcesz, znajd ci
narzeczon+. Nunnun chcia? odpowiedzie jak zwykle: Niech no tylko Mariszka
podronie... ale na szczcie ugryz? si w jzyk. Bardzo ?le to by teraz
zabrzmia?o.
- Potrzebna mi jest stenografistka. a nie ?ona - powiedzia? mrukliwie.
- najlepiej rzu swojego rudego diabla i zosta moj+ stenografistka.
Przecie? wietnie stenografowa?a. Stary Harris do dzisiaj nie mo?e o tobie
zapomnie.
- Ja myl - powiedzia?a Guta. - Obie rce sobie o niego posiniaczy?am.
- Do tego stopnia? - Nunnun uda? ogromne zdziwienie. - W starym piecu
diabe? pali!
- O Bo?e! - powiedzia?a Guta. - Przecie? on mi przej nie dawa?! Ja
tylko jednego si ba?am, ?eby si Red przypadkiem nie dowiedzia?.
Bezszelestnie wesz?a Mariszka. Pojawi?a si w drzwiach, spojrza?a na
garnki, na Richarda, potem podesz?a do matki i przytuli?a si do niej,
odwracaj+c twarz.
- No jak tam, Mariszka? - ra?no powiedzia? Nunnun. - Chcesz czekoladk?
Wsadzi? dwa palce do kiszonki kamizelki i wyj+? czekoladowy samochodzik
w celofanie i chcia? go da dziewczynce. Mariszka nie drgn?a. Guta zabra?a
mu czekoladk i po?o?y?a na stole. Jej wargi nagle zbiela?y.
- Wiesz, Guta - nadal ra?no ci+gn+? Nunnun. - Mam zamiar si
przeprowadzi. Zbrzyd?o mi mieszkanie w hotelu. Po pierwsze daleko od
instytutu...
- Ona ju? prawie nic nie rozumie - cicho powiedzia?a Guta i Nunnun
urwa? w p? zdania, wzi+? w obie d?onie szklaneczk i bezmylnie zacza? j+
obraca w palcach.
- Nie pytasz jak widz, co u nas s?ycha - mwi?a dalej Guta - i masz
racj. Ale przecie? jeste naszym starym przyjacielem, Dick, i przed tob+
nie mamy co ukrywa. Zreszt+, czy to mo?na ukry.
- Bylicie z ni+ u lekarza? - zapyta! Nunnun nie podnosz+c oczu.
- Tak. Oni nic tu nie mog+ poradzi. A jeden powiedzia? - zamilk?a.
Nunnun rwnie? milcza?. Nie by?o tu o czym mwi ani nawet i myle,
ale nagle porazi?a go straszna myl - to jest Inwazja. Nie piknik na skraju
drogi, nie prba nawi+zania kontaktu - tylko Inwazja. Oni nie mog+ nas
zmieni, ale przenikaj+ w cia?a naszych dzieci i zmieniaj+ je na swj obraz
i podobiestwo. Przeszed? go dreszcz, ale od razu przypomnia? sobie, ?e ju?
gdzie czyta? o czym podobnym, jaki pocket-book w kolorowej plastykowej
ok?adce i od tego wspomnienia zrobi?o mu si l?ej na sercu. Wymyli mo?na
wszystko, czego dusza zapragnie. A to, co zosta?o wymylone, nigdy naprawd
si nie zdarza.
- A jeden powiedzia?, ?e ona ju? nie jest cz?owiekiem - przerwa?a
milczenie Guta.
- Zawracanie g?owy - g?ucho powiedzia? Nunnun.
- Zwr si do prawdziwego specjalisty. Id? do Jamesa Catterfielda.
Chcesz, porozmawiam z nim. Za?atwi, ?eby ci przyj+?...
- Mylisz o Rze?niku? - zamia?a si nerwowo. - Nie trzeba, Dick,
dzikuj ci. To w?anie on tak powiedzia?. Taki ju? widocznie przypad? nam
los.
Kiedy Nunnun odwa?y? si podnie oczy, Mariszki ju? nie by?o. a Guta
siedzia?a bez ruchu, usta mia?a rozchylone, oczy puste i na papierosie,
ktry trzyma?a w palcach, wyrs? d?ugi s?upek szarego popio?u. Wtedy Nunnun
popchn+? ku niej szklank i powiedzia?:
- Zrb mi jeszcze jedn+ porcj, dziewczyno... i sobie rwnie?. A potem
wypijemy.
Popi? spad?, Guta poszuka?a oczami, gdzie wyrzuci niedopa?ek i
wrzuci?a go do zlewozmywaka.
- Za co? - zapyta?a. - Tego w?anie nie rozumiem! Co mymy takiego
zrobili? Pomimo wszystko nie jestemy najgorszymi lud?mi w tym miecie...
Nunnun pomyla?, ?e Guta teraz si rozp?acze, ale ona nie zap?aka?a -
otworzy?a lodwk, wyj?a wdk i sok, i zdj?a z p?ki drug+ szklank.
- A jednak nie tra nadziei - powiedzia? Nunnun. - Na wiecie nie ma
niczego takiego, czego nie mo?na naprawi i mo?esz mi wierzy, ja mam bardzo
du?e mo?liwoci. I zrobi wszystko, co bdzie w mojej mocy...
Teraz sam wierzy? w to, co mwi?, i ju? w g?owie robi? przegl+d
nazwisk, znajomoci, miast, i ju? mu si wydawa?o, ?e gdzie co s?ysza? o
podobnych wypadkach i ?e chyba wszystko dobrze si skoczy?o, tylko trzeba
sobie przypomnie, gdzie to by?o i kto leczy?, ale akurat wtedy przypomnia?
sobie, po co w?aciwie tu przyszed?, przypomnia? sobie Herr Lemchena, a
tak?e po co zaprzyja?ni? si z Gut+ i wtedy odechcia?o mu si myle o
czymkolwiek, odegna? od siebie wszelkie sensowne myli, usiad? wygodniej,
rozlu?ni? minie i ju? tylko czeka?, kiedy mu dadz+ co do wypicia.
W tej w?anie chwili us?ysza? z korytarza szuraj+ce kroki, stukot kul i
odra?aj+cy, szczeglnie w tym momencie, g?os cierwnika Barbridgea
powiedzia? nosowo:
- Ej, Rudy! A twoja Guta widocznie ma gocia - kapelusz wisi... Ja bym
na twoim miejscu tego tak nie zostawi?...
I g?os Reda:
- Uwa?aj na protezy, cierwnik. I zatrzanij dzib. Tu s+ drzwi, ?eby
czasem nie zb?+dzi?, ja mam zamiar zje jeszcze dzi kolacj.
I Barbridge: - Tfu, ju? nawet za?artowa nie wolno!
I Red:
- Dosy si ju? na?artowa?e. Wystarczy. Sp?ywaj, sp?ywaj, na co
czekasz!
Szczkn+? zamek i g?osy sta?y si cichsze, widocznie obaj wyszli na
schody. Barbridge co powiedzia? p?g?osem i Red mu odpowiedzia?: "Dosy
tego, nie mam z tob+ o czym gada!" Znowu mamrotanie Barbridgea i ostry g?os
Reda: "Powiedzia?em dosy!" Trzasn?y drzwi, zastuka?y szybkie kroki w
przedpokoju i w progu kuchni ukaza? si Red Shoehart. Nunnun wsta? na jego
powitanie i obaj mocno ucisnli sobie d?onie.
- Wiedzia?em, ?e to ty - powiedzia? Red obrzucaj+c Nunnuna spojrzeniem
bystrych, zielonkawych oczu. - Uu, ale si spas?, grubasie! nie?le ci
tucz+ w naszych barach! Oho! Widz, ?e weso?o spdzacie czas! Guta, zrb i
dla mnie porcj, musz was dogania...
- Prawd mwi+c jeszczemy dobrze nie zaczli - powiedzia? Nunnun. -
W?aciwie dopiero zabieralimy si do roboty. Przed tob+ trudno uciec!
Red zamia? si ostro i uderzy? Nunnuna pici+ w rami.
- Zaraz si oka?e, kto kogo dogoni i kto kogo przegoni. Ja, bracie, dwa
lata siedzia?em o suchym pysku. ?eby ciebie dogoni, musia?bym chyba wypi
cystern... Chod?my, chod?my, nie bdziemy siedzie w kuchni! Guta, co z t+
kolacj+...
Da? nurka do lodwki i wyprostowa? si, trzymaj+c w ka?dej rce po dwie
butelki z r?nymi nalepkami.
- Zabawimy si! - oznajmi?. - Wydajemy przyjcie na cze najlepszego
przyjaciela, Richarda Nunnuna, ktry nie opuszcza swoich w biedzie! Chocia?
nie przynosi mu to ?adnego po?ytku. Ech, szkoda, ?e nie ma Szuwaksa...
- A to zadzwo do niego - zaproponowa? Nunnun. Red pokrci? ognisto
rud+ g?ow+.
- Tam, gdzie on teraz jest, jeszcze nie za?o?yli telefonu. No, chod?my,
chod?my... Pierwszy wszed? do pokoju i r+bn+? butelkami o st?.
- Zabawimy si, tato - powiedzia? do nieruchomego starca. - To jest
Richard Nunnun, nasz przyjaciel Dick, a to mj tata, Shoehart - senior...
Richard Nunnun skurczy? si wewntrznie w ma?y twardy k?bek,
rozci+gn+? wargi od ucha do ucha, pomacha? w powietrzu d?oni+ i powiedzia?
do nieboszczyka:
- Bardzo mi mi?o, mister Shoehart. Co u pana s?ycha? My si ju? znamy.
Red - powiedzia? do Shoeharta Juniora, ktry penetrowa? barek. - Ju? raz
widzielimy si, co prawda przelotnie...
- Siadaj - powiedzia? do niego Red wskazuj+c na krzes?o na wprost
starca. - Je?eli chcesz z nim rozmawia, mw g?oniej. On ni cholery nie
s?yszy.
Rozstawi? kieliszki, szybko otworzy? butelki i powiedzia? do Nunnuna:
- Rozlewaj. Ojcu niedu?o, na samo dno... Nunnun nalewa? bez popiechu.
Stary siedzia? w poprzedniej pozie i patrzy? w cian, nie zareagowa? kiedy
Nunnun podsun+? mu kieliszek. A Nunnun ju? si oswoi? z now+ sytuacj+. To
by?a gra, gra straszna i ?a?osna. Rozpocz+? j+ Red, a on, Nunnun, w?anie do
niej przyst+pi tak jak robi? przez ca?e ?ycie, rozgrywaj+c cudze partie i
straszne, i ?a?osne, i haniebne, i dziwaczne, i znacznie gro?niejsze ni? ta.
Red podnis? swj kieliszek i powiedzia?: "No to w drog?" - i Nunnun jak
najnaturalniej spojrza? na starego, a Red niecierpliwie stukaj+c swoim
kieliszkiem o kieliszek Dicka powiedzia?: "W drog, w drog... nie martw si
o niego, tato nie da sobie krzywdy zrobi..." - i wtedy Nunnun rwnie
naturalnie kiwn+? g?ow+ i obaj wypili.
Red, b?yskaj+c oczami, zacz+? mwi tym samym podnieconym i nieco
sztucznym g?osem :
- Koniec, bracie! Wicej mnie wizienie nie zobaczy. Gdyby ty wiedzia?
jak dobrze jest w domu! Forsa jest, ja ju? sobie fajny cottage upatrzy?em, z
ogrodem, nie gorszy ni? cierwnika... Wiesz, ?e chcia?em wyemigrowa,
jeszcze w wizieniu postanowi?em. Po jak+ choler mam siedzie do usranej
mierci w tym zapowietrzonym miecie? niech to wszystko, myl, jasny piorun
strzeli. Wracam -- moje uszanowanie, zabronili emigrowa! Co to - przez te
dwa lata okaza?o si, ?e jestemy zad?umieni?
Red mwi? i mwi?, a Nunnun kiwa? g?ow+, popija? whisky, wtr+ca? na
znak poparcia wsp?czuj+ce przeklestwa, zadawa? retoryczne pytania, a potem
zacz+? wypytywa o cottage - co to za cottage, gdzie, za ile? Nawet zacz+?
si spiera z Redem, twierdzi?, ?e cottage jest drogi, w niedogodnym
miejscu, wyj+? notes i przewracaj+c kartki podawa? adresy opuszczonych
domkw, ktre w?aciciele oddadz+ za bezcen, a remont bdzie kosztowa?
grosze, szczeglnie jeli z?o?y prob o zezwolenie na emigracj, otrzyma
odmow i za?+da rekompensaty.
- Ty, jak widz, przerzuci?e si na handel nieruchomociami -
powiedzia? Red.
- A ja wszystkim po trochu handluj - odpar? Nunnun i zrobi? perskie
oko.
- Wiem, wiem, nas?ucha?em si o twoich aferach z burdelami!
Nunnun zrobi? wielkie oczy, po?o?y? palec na ustach i spojrza? w stron
kuchni.
- Co tam, wszyscy o tym wiedz+ - powiedzia? Red.
- Pieni+dze nie mierdz+, teraz ju? wiem o tym z ca?+ pewnoci+... Ale
?e ty wzi+? Gnata na zarz+dzaj+cego - myla?em, ?e pkn ze miechu, kiedy
si o tym dowiedzia?em. Wpuci?e lisa do kurnika... Przecie? on jest
stuknity, ja go znam od ma?ego!
W tym momencie stary powoli, mechanicznym ruchem, niby ogromna kuk?a
unis? rk z kolana i z drewnianym stukotem upuci? j+ na st?, obok swego
kieliszka. Rka by?a ciemna, z niebieskim po?yskiem, skurczone palce
upodobnialy j+ do kurzej ?apy. Red zamilk? i spojrza? na ojca. W jego twarzy
co drgn?o i Nunnun ze zdumieniem zauwa?y? na tej piegowatej, drapie?nej
fizjonomii najprawdziwsz+,
mi?o.
- Niech tata pije na zdrowie - serdecznie powiedzia? Red. - Ta odrobina
tacie nie zaszkodzi... - Nic si nie bj - powiedzia? p?g?osem do Nunnuna
mrugaj+c porozumiewawczo. - On sobie z kieliszkiem poradzi, b+d? spokojny...
Patrz+c na niego Nunnun przypomnia? sobie, co si dzia?o, kiedy
laboranci Boyda przyszli tutaj po tego nieboszczyka. Laborantw by?o dwch,
silni ch?opcy bez przes+dw, wysportowani itp., towarzyszy? im lekarz ze
szpitala miejskiego, a z nim dwaj sanitariusze, pot?ni faceci, przyuczeni
do d?wigania noszy i uspokajania szalecw. P?niej jeden z laborantw
opowiada?, ?e "ten rudzielec" z pocz+tku jakby nie rozumia?, o co chodzi,
wpuci? ich do mieszkania, pozwoli? obejrze ojca i zapewne starego
spokojnie by zabrano, poniewa? Red prawdopodobnie uzna?, ?e tatusia chc+
wzi+ do szpitala na badania. Ale te ba?wany sanitariusze, ktrzy w czasie
wstpnych rokowa sterczeli w przedpokoju i gapili si na Gut, myj+c+ okna,
kiedy ich wezwano, zabrali si do starego jak do zapluskwionej kanapy,
najpierw go wlekli po ziemi, a potem w ogle upucili na pod?og. Red si
wciek? i tu dorwa? si do g?osu kretyn lekarz i zacz+? szczeg?owo
objania dok+d, po co i w jakim celu. Red s?ucha? go minut, albo i dwie, a
potem nagle bez ?adnego uprzedzenia eksplodowa? jak bomba wodorowa.
Laborant, ktry to opowiada?, sam nie pamita, w jaki sposb znalaz? si na
ulicy. Rudy diabe? zrzuci? ze schodw wszystkich piciu, przy czym ?adnemu
nie pozwoli? odej dobrowolnie na w?asnych nogach. Wszyscy, wed?ug s?w
laboranta, wylatywali z bramy jak kule z armaty. Dwaj zostali nieprzytomni
na chodniku, a pozosta?ych trzech Red ciga? przez cztery przecznice, po
czym wrci? do samochodu, ktrym przyjechali, i wybi? w nim wszystkie szyby
- szofera w wozie ju? nie by?o, uciek? pieszo w przeciwnym kierunku.
- Tu, w jednym barze, dali mi przepis na nowy koktajl - mwi? Red
rozlewaj+c whisky. - Nazywa si "czarci pudding", zrobi ci potem, kiedy
zjemy. To, bracie, taka bomba, ?e na pusty ?o?+dek pi jej nie mo?na -
cz?owiek ryzykuje ?ycie, po jednej porcji nie mo?esz ruszy ani rk+, ani
nog+... Jak tam sobie chcesz, Dick, ale ja cl dzisiaj ugoszcz wed?ug
pierwszej kategorii, s?owo daj. Przypomnimy sobie dawne dobre czasy, jak to
kiedy w "Barge"... Biedny Ernest ci+gle jeszcze siedzi, wiesz? - wypi?,
otar? usta wierzchem d?oni i zapyta? niedbale: - A co s?ycha w instytucie?
Za "czarci pudding" jeszcze si nie wzili? Ja, widzisz, obecnie jestem
troch do ty?u, jeli chodzi o ostatnie osi+gnicia naukowe...
Nunnun od razu zrozumia?, dlaczego Red zaczyna rozmow na ten temat.
Za?ama? rce i pozwiedzia?:
- Co ty, stary! Nie s?ysza?e, jaki numer wyszed? z tym "puddingiem"?
S?ysza?e o laboratoriach Carryguna? To taki prywatny sklepik... A wic,
dostali sk+d porcj "puddiningu"...
Opowiedzia? o katastrofie, o straszliwym skandalu, o tym, ?e ledztwo
nic nie da?o - sk+d wzi+? si "pudding" nie wiadomo do dzi. A Red slucha?
niby nieuwa?nie, potem dola? whisky do szklanek i powiedzia?:
- Dobrze im tak, kanaliom, ?eby ich piek?o poch?on?o...
Wypili we dwjk. Red spojrza? na ojca, znowu w jego twarzy co
drgn?o, wyci+gn+? rk, przysun+? szklank bli?ej do skurczonych palcw i
palce si nagle zwar?y obejmuj+c dno szklaneczki.
- Tak szybciej pjdzie - powiedzia? Red - Guta! - wrzasn+? - d?ugo nas
bdziesz morzy g?odem? To na twoj+ cze tak si stara - wyjani?
Nunnunowi. - Na pewno robi twoj+ ulubion+ sa?atk ze limakami, dawno je
kupi?a, sam widzia?em. No a w ogle, co s?ycha w instytucie? Znale?li co
nowego? Mwi+, ?e teraz tam u was nic, tylko automaty, szkoda ?e po?ytek z
nich niewielki.
Nunnun zacz+? opowiada plotki z Instytutu i kiedy mwi?, przy stole
obok starego bezszelestnie pojawi?a si Mariszka, posta?a chwil po?o?ywszy
na stole kosmate ?apki i nagle absolutnie dziecinnym ruchem przytuli?a si
do nieboszczyka i po?o?y?a mu g?ow na ramieniu. I Nunnun, nie przerywaj+c
opowiadania, pomyla? patrz+c na te dwa upiorne p?ody Strefy: O Bo?e, co
jeszcze? Co jeszcze trzeba z nami zrobi, ?eby nas wreszcie ruszy?o? Czy
nawet tego za ma?o? - Wiedzia?, ?e za ma?o. Wiedzia?, ?e miliardy ludzi o
niczym nie wiedz+ i o niczym wiedzie nie chc+, a je?eli nawet si dowiedz+,
to przez dziesi minut bd+ wstrz+nici, a potem wrc+ do swoich spraw, bo
po okrgach swoich wraca si wiatr. Ur?n si, pomyla? w ostatecznej furii.
Do diab?a z Barbridgeem, do diab?a z Lemchenem... do diab?a z t+ przez Boga
przeklt+ rodzin+, do diab?a! Ur?n si.
- Co tak na nich patrzysz? - cicho zapyta? Red - nie bj si, to jej
nie zaszkodzi, nawet przeciwnie - mwi+, ?e oni dobrze robi+ na zdrowie.
- Tak. wiem - powiedzia? Nunnun i jednym haustem wysuszy? szklank.
Wesz?a Guta, rzeczowo poleci?a Redowi rozstawi talerze i postawi?a na stole
wielk+ srebrn+ misk z ulubion+ sa?atk+ Munna. I w tym momencie stary -
jakby kto nagle sobie przypomnia?, ?e trzeba poci+gn+ za nitki - jednym
ruchem unis? szklank do rozwieraj+cych si ust.
- No, moi kochani - powiedzia? Red z zachwytem w g?osie - teraz
zabawimy si na dwadziecia cztery fajerki!
Przez noc w dolinie si och?odzi?o, a o wicie zrobi?o si wrcz zimno.
Szli nasypem kolejowym, st+paj+c po zbutwia?ych podk?adach midzy
zardzewia?ymi szynami, i Red widzia?, jak na skrzanej kurtce Artura
Barbridge'a b?yskaj+ kropelki zgstnia?ej mg?y. Ch?opiec maszerowa? lekko,
weso?o, jakby nie mia? za sob+ mcz+cej nocy, nerwowego napicia, po ktrym
do tej chwili dr?a? ka?dy misie cia?a, dwch upiornych godzin, ktre
spdzili w mcz+cym p?nie na szczycie ?ysego pagrka, przytuleni do siebie
dla rozgrzewki, przeskakuj+c strumie "zielonki" op?ywaj+cej wzgrze i
znikaj+cej w rowie.
Po obu stronach nasypu le?a?a gsta mg?a. Od czasu do czasu wpe?za?a na
szyny ci?kimi, szarymi p?atami i wtedy szli po kolana unurzani w k?bi+cej
si z wolna wacie. Pachnia?o mokr+ rdz+, a z b?ota po prawej stronie nasypu
ci+gn?o stchlizn+. Wok? nie by?o wida nic oprcz mg?y, ale Red wiedzia?,
?e po obu stronach rozpociera si pagrkowata kamienista rwnina, a za
rwnin+, we mgle kryj+ si gry. I jeszcze wiedzia?, ?e kiedy wzejdzie
s?oce i mg?a opadnie ros+, powinien zobaczy gdzie po lewej szkielet
roztrzaskanego mig?owca, a przed sob+ sznur wagonikw, i ?e w?anie wtedy
zacznie si prawdziwa robota.
Nie zatrzymuj+c si Red wsun+? d?o midzy ramiona i plecak, podrzuci?
plecak wy?ej, ?eby krawd? butli z helem nie wrzyna?a mu si w krgos?up.
Ci?ki sukinsyn. Jak ja bd si z nim czo?ga?? P?tora kilometra na
brzuchu... Dobra, nie tnij, stalker, wiedzia?e, na co idziesz. Piset
tysicy czeka ci na kocu tej drogi, mo?esz si troch wysili. Piset
tysicy, niczego sobie kawa? grosza, co? Niech zdechn. Jeli im oddam
taniej ni? za piset tysicy. I je?eli dam cierwnikowi wicej ni?
trzydzieci kawa?kw. A gwniarzowi... gwniarzowi nie dam nic. Jeli stary
?ajdak chocia? w po?owie powiedzia? prawd, to gwniarz nic nie dostanie.
Znowu spojrza? Arturowi w plecy i przez jaki czas patrzy? spod
zmru?onych powiek, jak tamten lekko skacze przez dwa podk?ady, barczysty,
w+ski w biodrach, a jego czarne jak u siostry w?osy faluj+ w rytmie marszu.
Sam si wprosi?, pospnie pomyla? Red. Sam. Dlaczego mu tak strasznie na
tym zale?a?o? A? dygota? ca?y i ?zy mia? w oczach... "niech pan mnie we?mie,
mister Shoehart! R?ni ludzie mi proponowali, ale ja chc tylko z panem,
tamci s+ do niczego! Ojciec... Ale przecie? on teraz nie mo?e!" Red
wysi?kiem woli odepchn+? od siebie to wspomnienie. Ale chcia? o tym myle,
to by?o wstrtne i by mo?e dlatego zacz+? myle o siostrze Artura, o tym,
jak on, Red, z t+ Din+ i trze?wy spa?, i pijany spa?, i jakie to by?o za
ka?dym razem rozczarowanie. Wprost nie do wiary - dziewczyna jak z?oto, z
tak+ by si tylko kocha i kocha, a kiedy przychodzi co do czego - Iluzja,
nie?ywa kuk?a, a nie kobieta. Tak jak te guziki na matczynej bluzce -
bursztynowe, p?prze?roczyste, z?otawe, a? si pragnie wzi+ je do ust i
ssa w oczekiwaniu jakiej niezwyk?ej s?odyczy... I pamita - bra? je do ust
i ssa?, i po stokro prze?ywa? straszne rozczarowanie, i po stokro
zapomina? o tym rozczarowaniu - mo?e nawet nie tyle zapomina?, ile nie
chcia? wierzy w?asnej pamici, kiedy je tylko znowu zobaczy?.
A mo?e to papachen mi go podes?a?, pomyla?, nie przypadkiem d?wiga
tak+ armat w tylnej kieszeni... Nie, raczej w+tpliwe, cierwnik mnie zna.
cierwnik wie, ?e ze mn+ nie ma ?artw, i wie, jaki jestem w Strefie.
Przesadzam. Nie on pierwszy mnie prosi?, nie on pierwszy zalewa? si ?zami,
inni nawet klkali przede mn+... A spluwy wszyscy ze sob+ targaj+, kiedy id+
pierwszy raz. Pierwszy i ostatni raz. Czy naprawd ostatni? Oj, ostatni,
ch?opcze. Oto jak si rzeczy maj+, cierwniku
- po raz ostatni. Tak, papachen, gdyby wiedzia? o projektach twego
syna, protezami by skr wygarbowa? syneczkowi twojemu wymodlonemu w
Strefie... Raptem poczu?, ?e co pojawi?o si przed nimi. I to niedaleko - w
odleg?oci trzydziestu
- czterdziestu metrw.
- Stj - powiedzia? do Artura.
Ch?opiec pos?usznie zamar? w miejscu. Refleks mia? dobry: zastyg? w
mgnieniu oka z podniesion+ nog+, a nastpnie powoli i ostro?nie opuci? j+
na ziemi. Red zrwna? si z nim i stan+?. Koleina prowadzi?a w d? i
ca?kowicie gin?a we mgle. I w?anie tam, we mgle, co trwa?o. To by?o
wielkie i nieruchome ale niegro?ne. Red ostro?nie wci+gn+? nosem powietrze.
Tak. Niegro?ne.
- Naprzd - powiedzia? nieg?ono. Odczeka?, a? Artur zrobi pierwszy
krok i ruszy? za nim. K+tem oka widzia? twarz Artura, jego klasyczny profil,
g?adk+ skr policzka i stanowcze, zacinite wargi pod cieniutkim w+sikiem.
Zanurzali si we mgle, najpierw po pas, potem po szyj, i po paru
sekundach zamajaczy?a przed nimi ukona bry?a wagonika.
- Do - powiedzia? Red i zacz+? zdejmowa plecak. - Siadaj tam, gdzie
stoisz. Przerwa na papierosa.
Artur pomg? mu zdj+ plecak, a potem usiedli obok siebie na
zardzewia?ej szynie. Red otworzy? jedn+ z kieszeni plecaka, wyj+? zawini+tko
z jedzeniem i termos z kaw+, a pki Artur odwijal papier i uk?ada? kanapki
na plecaku wydosta? zza pazuchy manierk, otworzy? j+ i przymykaj+c oczy
wypi? kilka ?ykw.
- Napijesz si? - zaproponowa? wycieraj+c d?oni+ szyjk manierki. -
Nabierzesz odwagi... Artur pokrci? g?ow+, dotknity.
- Nie musz nabiera odwagi, mister Shoehart. Wola?bym kaw, jeli pan
pozwoli. Bardzo tu wilgotno, prawda?
- Wilgotno - potwierdzi? Red. Schowa? manierk, wybra? sobie kanapk i
zacz+? je. - Kiedy mg?a opadnie, zobaczysz, jakie tu b?ota dooko?a. Kiedy
w tych miejscach komarw by?o zatrzsienie...
Umilk? i nala? sobie kawy. Kawa by?a gor+ca, s?odka i aromatyczna, i
nawet przyjemniej by?o teraz j+ pi ni? alkohol. Pachnia?a domem, Gut+ i to
nie po prostu Gut+, ale Gut+ w szlafroku, prosto ze snu, ze ladem poduszki
na policzku, niepotrzebnie si w to wda?em, pomyla? Red. Piset tysicy...
A na choler mi piset tysicy? Knajp mam zamiar kupi, czy co? Pieni+dze
s+ potrzebne, ?eby o nich nie myle, jak s?usznie powiedzia? Dick. Dom
jest, ogrdek jest, bez pracy w Harmont nie zostan... napuci? mnie
cierwnik, menda plugawa, na wod, napuci? jak dziecko...
- Mister Shoehart - powiedzia? nagle Artur uciekaj+c spojrzeniem. - Czy
pan naprawd wierzy, ?e ta kulka spe?nia ?yczenia?
- Zawracanie g?owy! - powiedzia? nieuwa?nie Red i zamar? ze szklaneczk+
przy ustach. - A ty sk+d wiesz, po co idziemy.
Artur rozemia? si z za?enowaniem, wsadzi? rozcapierzon+ d?o w krucz+
czupryn i powiedzia?:
- Domylilem si!... Ju? nie pamitam, co konkretnie podsun?o mi t
myl... Ale po pierwsze, poprzednio ojciec bez przerwy nudzi? o Z?otej Kuli,
a ostatnio nagle przesta?, za to ci+gle chodzi? do pana, a ja przecie? wiem
- wcale nie jestecie przyjaci?mi, co by tam ojciec nie mwi?. Oprcz tego
zrobi? si ostatnio jaki taki dziwny... - Artur znowu si rozemia? i
pokrci? g?ow+ co sobie przypominaj+c. - A ostatecznie wszystko
zrozumia?em, kiedy na tym pustkowiu wyprbowalicie sterowiec... - Klepn+?
d?oni+ po plecaku, w ktrym le?a? ciasno zwinity pokrowiec sterowca. -
Uczciwie si przyznaj, ?e was wtedy wyledzi?em, a kiedy zobaczy?em, jak
podnosicie w powietrze worek kamieni, wszystko sta?o si dla mnie jasne.
Wed?ug mnie oprcz Z?otej Kuli w Strefie nic ci?kiego ju? nie zosta?o. -
Ugryz? kanapk i w zamyleniu powiedzia? z pe?nymi ustami: - Tylko nie
rozumiem, jak j+ pan przyczepi, przecie? na pewno jest idealnie g?adka...
Red ca?y czas patrzy? na niego znad szklaneczki i myla?, jak bardzo
niepodobni s+ do siebie ojciec i syn. Inni ludzie. Inna twarz, inny g?os,
inna dusza. cierwnik ma g?os ochryp?y, lizusowski, jaki taki padalcowaty.
Ale kiedy mwi? o niej, to mwi? pierwszorzdnie. nie mo?na go by?o nie
s?ucha. "Rudy - mwi? wtedy przechylaj+c si przez st?. - Przecie? tylko
my dwaj zostalimy i na nas dwch dwie nogi, i obie twoje... Kto, jak nie
ty? To by mo?e najcenniejsze ze wszystkiego, co jest w Strefie! Komu to si
ma dosta? Tym okularnikom z ich maszynami? Przecie? to ja j+ znalaz?em, ja!
Ilu naszych po drodze poleg?o! A ja znalaz?em! Trzyma?em dla siebie. I teraz
te? bym nikomu nie odda?, ale rce mam za krtkie... Tylko ty mo?esz tam
i. Ilu to ja m?okosw uczy?em, ca?+ szko? dla nich, rozumiesz, za?o?y?em
- i nic, nie ten materia?. No dobra, nie wierzysz mi, nie wierzysz - nie
trzeba. Forsa dla ciebie. Dasz mi, ile sam zechcesz, wiem, ?e nie
skrzywdzisz... A ja mo?e nogi odzyskam. Odzyskam nogi, czy ty to rozumiesz?
Strefa mi nogi zabra?a, mo?e Strefa mi je zwrci?"
- Co? - zapyta? Red ockn+wszy si.
- Pyta?em, czy mog zapali, mister Shoehart.
- Tak - powiedzia? Red. - Pal, pal... Ja te? zapal.
Duszkiem dopi? kaw, wyj+! papierosa i ugniataj+c go wpatrzy? si w
rzedniej+c+ mgle. Stuknity, pomyla?. Wariat, ng si kanalii zachcia?o...
parszywej gnidzie...
Po tych wszystkich rozmowach zostawa? w duszy jaki osad i nie by?o
zupe?nie jasne, jaki mianowicie. I z biegiem czasu nie ulatnia? si, lecz
przeciwnie - gstnia? i gstnia?. Nie wiadomo, co to by?o, ale
przeszkadza?o, jakby czym si zarazi? od cierwnika, ale nie plugastwem
jakim, nawet odwrotnie... si?+ mo?e? nie, nie si?+. Czym w takim razie? No
dobra, powiedzia? sobie. Zrbmy tak - za??my, ?e nie dotar?em tutaj. Ju?
si zdecydowa?em, spakowa?em plecak i wtedy co si sta?o... zapud?owali
mnie, powiedzmy. le by?oby? Z ca?+ pewnoci+ ?le. Dlaczego ?le? Z pienidzy
nici? Nie, nie chodzi o pieni+dze... ?e bezcenny skarb dostanie si ?obuzom,
Chrypom r?nym i Suchym? To prawda, w tym co jest. Jako g?upio. Ale co mi
do tego? Tak czy inaczej, w kocu w?anie im si wszystko dostanie.
- Br-r-r... - Artur wzdrygn+? si. - Przenika do koci. Mister
Shoehart, mo?e mi pan teraz da czego mocniejszego?
Red w milczeniu wyci+gn+? manierk i da? Arturowi. A przecie? nie od
razu si zgodzi?em, nagle pomyla?. Ze dwadziecia razy posy?a?em cierwnika
do wszystkich diab?w, a za dwudziestym pierwszym jednak si zgodzi?em. Ju?
d?u?ej nie mog?em. Zupe?nie nie mog?em. I ostatnia nasza rozmowa by?a krtka
i rzeczowa. "Cze, Rudy. Przynios?em ci map. Mo?e rzucisz na ni+ okiem?" A
ja spojrza?em mu w twarz i widz, ?e oczy ma jak dwa wezbrane wrzody - ??te
z czarn+ kropk+, i wtedy powiedzia?em: "Dobra". I to wszystko. Pamitam, ?e
by?em wtedy pijany, ca?y tydzie pi?em, paskudnie mi by?o na duszy... A, do
diab?a, czy to nie wszystko jedno? Poszed?em. Po co ja w tym babrz jak
patykiem w gwnie! Strach mnie oblecia? czy co?
Wzdrygn+? si. Przeci+g?e, ?a?oliwe skrzypienie dobieg?o z gstej
mg?y. Red zerwa? si i natychmiast jak podrzucony spr?yn+ stan+? na nogi
Artur. Ale ju? znowu by?o cicho i tylko spod ich ng z szelestem spada? z
nasypu drobny ?wir.
- To chyba grunt osiad? - niepewnie, z trudem wymawiaj+c s?owa
wyszepta? Artur -- Wagonetki z urobkiem... stoj+ od tak dawna...
Red patrzy? wprost przed siebie i nic nie widzia?. Przypomnia? sobie.
To by?o w nocy. Obudzi? go taki sam d?wik - przeci+g?y i ?a?osny,
zamieraj+cy jak w sennym koszmarze. Tylko ?e to nie by? sen. To zawodzi?a
Mariszka na swoim ??ku pod oknem, a z drugiego koca mieszkania odpowiada?
jej zach?ynitym bulgotem ojciec, rwnie przeci+gle i skrzypi+co. I tak si
nawo?ywali i nawo?ywali w ciemnociach - min?o jedno stulecie, a potem
nastpne stulecie... Guta te? si obudzi?a, wzi?a Reda za rk, poczu?, jak
jej rami z miejsca sta?o si mokre, i tak le?eli wieleset lat i s?uchali, a
kiedy Mariszka zamilk?a i usn?a, odczeka? chwil, potem wsta?, poszed? do
kuchni i wypi? p? butelki koniaku. Od tej nocy zacz+? pi.
- Ziemia - mwi? Artur. - Z up?ywem czasu, wie pan, ziemia osiada. Na
skutek erozji, wilgoci, w ogle z wielu przyczyn.
Red spojrza? na poblad?+ twarz Artura i na powrt usiad?. Papieros
gdzie znik? z jego palcw, zapali? nowego. Artur posta? jeszcze moment,
lkliwie krc+c g?ow+, potem te? usiad? i powiedzia? cicho:
- Opowiadaj+ podobno, ?e w Strefie kto mieszka. Tak s?ysza?em. Jacy
ludzie, nie przybysze z Kosmosu, a w?anie ludzie. Jakoby L+dowanie zasta?o
ich tutaj i oni si przystosowali... a mo?e na skutek mutacji. Czy pan
s?ysza? o tym, mister Shoehart?
- Tak - powiedzia? Red. - Ale to nie tutaj, tylko w grach, na
p?nocnym zachodzie. Jakie pastuchy.
Teraz Ju? wiem, czym on mnie zarazi?, myla?. Swoim szalestwem mnie
zarazi?. Oto dlaczego tu przyszed?em. Oto czego tu szukam... Powoli
wype?ni?o go jakie dziwne i zupe?nie nowe uczucie. Zdawa? sobie spraw, ?e
tak naprawd to uczucie nie Jest nowe, ?e ju? od dawna siedzia?o w nim
gdzie g?boko, ale teraz dopiero zda? sobie z niego spraw i wszystko
znalaz?o si na w?aciwym miejscu. I to, co przedtem wydawa?o si g?upot+,
majaczeniem oszala?ego starca, obrci?o si obecnie w jedyn+ nadziej.
Jedyny sens ?ycia, poniewa? dopiero teraz zrozumia? -- jedno, co mu
pozosta?o na wiecie, jedyne, czym ?y? ostatnie miesi+ce, to by?a nadzieja
na cud. On, ba?wan, dure, odpycha? od siebie t nadziej, depta? j+,
wyszydza? i topi? w wdce, poniewa? w?anie do tego by? przyzwyczajony,
poniewa? nigdy w ?yciu, od dziecka, nie liczy? na nikogo, tylko na siebie, i
poniewa? od dziecka to liczenie na siebie wyra?a?o si w iloci banknotw,
ktre udawa?o mu si wyrwa, wyszarpa z otaczaj+cego go obojtnego chaosu.
Tak by?o zawsze i tak trwa?oby dalej, gdyby koniec kocw nie znalaz? si na
takim dnie, z ktrego nie pod?wign+ go ?adne pieni+dze, a liczenie na siebie
sta?o si ostatecznym absurdem. A teraz ta nadzieja - ju? nie nadzieja
nawet, a pewno cudu - wype?ni?a go bez reszty, teraz nie rozumia?, jak
mg? ?y do tej pory w tym makabrycznym mroku bez promyka wiat?a...
Rozemia? si i tr+ci? Artura w rami.
- Jak mylisz, stalker - powiedzia? - jeszcze troch po?yjemy sobie,
co?
Artur spojrza? na Reda zdziwiony i umiechn+? si niepewnie. A Red
zgnit? pergamin po kanapkach, rzuci? go pod wagonik, po czym u?o?y? si na
plecaku i podpar? ?okciem.
- No dobrze - powiedzia?. - Przypumy, ?e ta Z?ota Kula
rzeczywicie... Czego by sobie ?yczy??
- To znaczy, ?e pan jednak wierzy? - szybko zapyta? Artur.
- To niewa?ne, wierz czy nie wierz. Ty mi odpowiedz na pytanie.
Nieoczekiwanie naprawd go zainteresowa?o, o co mo?e prosi Z?ot+ Kul
taki ch?opak, jeszcze smarkacz, wczorajszy licealista. I z weso?+
ciekawoci+ obserwowa?, jak Artur chmurzy czo?o, szarpie w+siki, to podnosi
na niego oczy, to znowu je opuszcza.
- No, oczywicie, nogi dla ojca... - powiedzia? wreszcie. - I ?eby w
domu by?o wszystko dobrze...
- ??esz, ??esz - powiedzia? dobrodusznie Red. - Ty, bracie, zapamitaj:
Z?ota Kula wype?nia tylko najskrytsze ?yczenia, tylko takie, ktre musz+ si
spe?ni, bo inaczej nie ma ju? po co ?y!
Artur Barbridge zaczerwieni? si, znowu podnis? oczy na Reda i zaraz
je opuci?, i zupe?nie spurpurowia?, a? mu ?zy stan?y w oczach. Red
przygl+da? mu si z umieszkiem.
- Wszystko jasne - powiedzia? nieomal czule. - Dobra, to nie moja
rzecz. Zatrzymaj to dla siebie... - I tu przypomnia? sobie o pistolecie i
pomyla?, ?e pki jest jeszcze czas, nale?y uwzgldni wszystko, co mo?na
uwzgldni. - Co ty tam masz w tylnej kieszeni? - zapyta? niedbale.
- Pistolet - burkn+? Artur i zagryz? wargi.
- Po co ci pistolet?
- ?eby strzela! - odpar? z wyzwaniem.
- Przesta, przesta - powiedzia? surowo Red i usiad? prosto. - Dawaj
to. W Strefie nie ma do kogo strzela. Oddaj go.
Artur chcia? co powiedzie, ale zmilcza?, sign+? za siebie, wyci+gn+?
wojskowego kolta i poda? go Redowi trzymaj+c za luf. Red wzi+? pistolet za
ciep?+ rkoje, podrzuci? go do gry, z?apa? i zapyta?:
- Masz przy sobie chusteczk? Daj, to go zawin... Wzi+? od Artura
chusteczk do nosa, czyciutk+, pachn+c+ wod+ kolonsk+, zawin+? pistolet i
po?o?y? na podk?adzie.
- Niech sobie tu na razie pole?y - wyjani?. - Da Bg, bdziemy tdy
wraca, to zabierzemy. Mo?e naprawd, kiedy spotkamy patrol, trzeba si
bdzie ostrzeliwa... Chocia? w takiej sytuacji ostrzeliwa si, bracie...
Artur ponownym ruchem pokrci? g?ow+.
- Nie po to go wzi+?em - powiedzia? niezadowolony. - Tam jest tylko
jedna kula. ?eby, jeli tak jak z ojcem...
- To ta-ak... - przeci+gle powiedzia? Red patrz+c mu prosto w twarz. -
No, jeli o to chodzi, mo?esz by spokojny. Jeli tak, jak z ojcem, to ju?
do tego miejsca ci donios. Obiecuj... Patrz, wita!
Mg?a rzed?a w oczach. Na nasypie ju? jej w ogle nie by?o, a na dole, w
oddali, mleczna mgie?ka rozprasz?a si i topnia?a, wyrasta?y z niej okr+g?e,
szczeciniaste szczyty wzgrz i gdzieniegdzie midzy wzgrzami by?o ju? wida
pomarszczon+ powierzchni bagien, pokrytych rzadk+ w+t?+ ?ozin+, a na
horyzoncie, za wzgrzami, zap?on?y pomaraczowo ?acuchy gr - niebo nad
grami by?o jasne i b?kitne. Artur obejrza? si przez rami i wyda? okrzyk
zachwytu. Red obejrza? si rwnie?. Na wschodzie gry wydawa?y si czarne, a
nad nimi mieni?a si, p?on?a szmaragdowa ?una - zielona zorza Strefy. Red
wsta? i rozpinaj+c pasek zapyta?:
- Nie masz zamiaru sobie ul?y? Jak tam sobie chcesz, ale pamitaj,
p?niej nie bdzie ani gdzie, ani kiedy...
Poszed? za wagonik, kucn+? na nasypie i postkuj+c patrzy?, jak szybko
ganie, przerasta r?owoci+ zielona zorza i jak pomaraczowa pajda s?oca
wype?za zza gr. Od razu od wzgrz pop?yn?y liliowe cienie - wszystko sta?o
si ostre, wypuk?e, ka?dy szczeg? by? widoczny jak na d?oni i jakie
dwiecie metrw przed sob+ zobaczy? Red helikopter. Helikopter spad?
widocznie w samo centrum "?ysicy" i jego kad?ub sp?aszczy?o w blaszany
nalenik, tylko ogon ocala? - lekko wygity stercza? teraz czarnym hakiem
nad rwnin+ midzy wzgrzami. I mig?o te? ocala?o - g?ono skrzypia?o
ko?ysz+c si na ?agodnym wietrze. To musia?a by pot?na "?ysica", nawet
solidnego po?aru nie by?o i na sprasowanym kad?ubie wyra?nie widnia?o
czerwono - niebieskie god?o rozpoznawcze lotnictwa wojskowego Jego
Krlewskiej Moci, god?o, ktrego Red nie widzia? ju? od tylu lat, ?e nawet
jakby zapomnia?, jak ono wygl+da.
Potem Red wrci? do plecaka, wyj+? map i roz?o?y? j+ na skawalonej
bryle rudy w wagoniku. Samej kopalni nie by?o st+d wida, zas?ania?o j+
wzgrze z czarnym, osmalonym drzewem na szczycie. To wzgrze nale?a?o obej
z prawej strony, kotlin+ midzy nim a s+siednim pagrkiem, ktry rwnie? by?
st+d widoczny - nagle wzniesienie pokryte burym kamienistym ?wirem.
Wszystko si zgadza?o, ale Red nie by? zadawolony. Wieloletni instynkt
stalkera kategorycznie protestowa? przeciwko samej myli - nonsensownej i
sprzecznej z natur+ - ?eby wytycza szlak midzy dwoma wzniesieniami. Dobra,
pomyla?, p?niej si oka?e, na miejscu si zobaczy. Droga do tej kotliny
prowadzi?a przez b?oto, rwnin+, ktra st+d wydawa?a si bezpieczna, ale
przyjrzawszy si uwa?niej Red dostrzeg? midzy suchymi kupkami jak+
ciemnoszar+ plam. Spojrza? na map. Tam by? narysowany krzy?yk i napisane
kolawymi literami "Cwajnos". Czerwone kropki omija?y krzy?yk z prawej
strony. Przezwisko by?o jakby znajome, ale kto to by? ten Cwajnos, jak on
wygl+da?. Red nie mg? sobie przypomnie, nie wiadomo dlaczego pamita?
tylko to: zadymiona sala "Barge", ogromne czerwone ?apy ciskaj+ce szklanki,
grzmot miechu, rozwarte z?tozbne paszcze - fantastyczne stado tytanw i
gigantw przy wodopoju, Jedno z naj?ywszych wspomnie dziecistwa
- pierwsze spotkanie z "Barge". Co ja wtedy przynios?em? Zdaje si,
"pustaka". Prosto ze Strefy, mokry, g?odny, nieprzytomny, z workiem na
ramieniu w?adowa?em si do knajpy i rzuci?em worek na lad przed Ernestem,
wciekle szczerz+c zby przetrzyma?em salw szyderstw, doczeka?em si a?
Ernest, wtedy jeszcze m?ody, obowi+zkowo w muszce - wyliczy mi te zielone
papierki... Nie, wtedy przecie? nie by?o zielonych, by?y jeszcze te
kwadratowe, krlewskie, z jak+ p?go?+ dziwk+ w p?aszczu i wianku na
g?owie... doczeka?em si, schowa?em fors do kieszeni i niespodziewanie dla
siebie samego capn+?em z lady ci?ki kufel i z ca?ej si?y r+bn+?em nim w
najbli?sz+ rechocz+c+ paszcz... Red umiechn+? si i pomyla? - a mo?e to
w?anie by? Cwajnos?
- A czy midzy wzgrzami mo?na, mister Shoehart? - zapyta? p?g?osem
Artur. Sta? obok i te? patrzy? na map.
- Zobaczymy na miejscu - odpar? Red. Wci+? patrzy? na map. Na mapie
by?y jeszcze dwa krzy?yki: jeden na zboczu wzgrza z drzewem, drugi na
kamienistym osypisku. Pudel i Okularnik. Droga prowadzi?a do?em midzy nimi.
- Zobaczymy na miejscu - powtrzy? i schowa? map do kieszeni.
Spojrza? na Artura i zapyta?:
- Jak tam stolec? - I nie czekaj+c na odpowied? poleci?: - Pom?
za?o?y plecak... Pjdziemy jak poprzednio - powiedzia?, potrz+saj+c
plecakiem i poprawiaj+c rzemienie. - Idziesz przede mn+, tak, ?ebym ci ani
na chwil nie straci? z oczu. Nie ogl+daj si, ale nadstawiaj uszu. Mj
rozkaz jest prawem.
Pamitaj, ?e trzeba bdzie d?ugo czo?ga si na brzuchu, nie wa? si
ba b?ota, na jedno s?owo, morda w b?oto, bez gadania... I kurtk zapnij.
Jeste gotw?
- Gotw - powiedzia? Artur g?ucho. Zdrowo si denerwowa?. Rumieniec z
twarzy znik?, jakby go nigdy nie by?o.
- Kierunek... tam - Red ostro machn+? d?oni+ w stron najbli?szego
wzgrza, sto krokw od nasypu. - Jasne? Ruszaj.
Artur konwulsyjnie westchn+?, przekroczy? szyn i bokiem zacz+?
schodzi z nasypu. ?wir sypa? si z szelestem.
- Spokojnie, spokojnie - powiedzia? Red. - Nie ma si dok+d pieszy.
Ostro?nie zacz+? schodzi za Arturem, automatycznie rwnowa?+c inercj
ci?kiego plecaka miniami ng. K+tem oka jednak ledzi? Artura. Boi si
ch?opak, myla?. I ma racj, ?e si boi. Chyba przeczuwa. Je?eli ma takiego
nosa jak ojciec, to powinien przeczuwa... Gdyby ty wiedzia?, cierwniku,
na co ci przyjdzie. Gdyby ty wiedzia?, cierwniku. ?e tym razem ci
us?ucham. "A tdy. Rudy, sam nie przejdziesz. Chcesz czy nie chcesz,
bdziesz musia? zabra kogo ze sob+. Mog ktrego ze swoich odst+pi,
ktrego nie ?al..." namwi?e mnie, stary draniu.
Pierwszy raz w ?yciu przysta?em na tak+ rzecz. No, trudno, pomyla?.
Mo?e jeszcze wszystko jako si obejdzie, nie jestem jednak cierwnikiem,
mo?e co wymyl...
- Stop! - powiedzaia? do Artura.
Ch?opiec zatrzyma? si, sta? po kostki w rdzawej wodzie. Zanim Red
zszed?, Artur zapad? si w trzsawisko po kolana.
- Widzisz ten kamie? - zapyta? Red. - Tam, pod zboczem? Trzymaj kurs
na kamie. Artur ruszy? naprzd. Red da? si wyprzedzi o dziesi krokw i
poszed? jego ladem. Cmoka?o b?oto pod nogami. To by?o martwe trzsawisko -
ani komarw, ani ?ab, nawet ?ozina zwid?a i zgni?a. Red automatycznie
rozgl+da? si dooko?a, ale na razie wygl+da?o na to, ?e wszystko jest w
porz+dku. Wzgrze zbli?a?o si powoli, zas?oni?o nikle jeszcze s?oce, a
potem ca?+ wschodni+ cz nieba. Przy kamieniu Red odwrci? g?ow i
spojrza? na nasyp. Nasyp jasno owietla?o s?oce, sta?o na nim dziesi
wagonikw, niektre wykolejone le?a?y na boku i w tym miejscu nasyp
pokrywa?y czerwone plamy wysypanej rudy. A dalej, w kierunku kopalni, na
p?noc od wagonikw, powietrze nad szynami mieni?o si i drga?o, od czasu do
czasu b?yska?y w nim i gasiy malekie tcze. Red popatrzy? na to drganie i
splun+? resztk+ liny.
- Dalej - powiedzia? i Artur zwrci? ku niemu twarz pe?n+ napicia. -
Widzisz te szmaty? Nie tam! Bardziej na prawo...
- Tak - powiedzia? Artur.
- A wic to by? niejaki Cwajnos. Dawno temu przesta? by czymkolwiek.
Nie s?ucha? starszych i teraz tam le?y specjalnie po to, ?eby m+drzejszym od
niego wskazywa drog. We? dwa palce na prawo od tego Cwajnosa... Ju??
Znalaz?e punkt? Mniej wicej tam, gdzie ?ozina jest troch przerzedzona...
Tak trzymaj! Marsz!
Teraz szli rwnolegle do nasypu. Z ka?dym krokiem wody pod nogami
ubywa?o i wkrtce maszerowali ju? po suchych spr?ystych kpkach. A wed?ug
mapy tu wszdzie ma by b?oto, pomyla? Red. Przestarza?a jest ta mapa.
Dawno tu Barbridge'a nie by?o i dlatego jest przestarza?a. To ?le.
Oczywicie such+ drog+ ?atwiej i, ale lepiej ju?, ?eby tu by?o to b?oto...
Ale maszeruje, pomyla?, patrz+c na Artura. Jak po Alei Centralnej.
Arturowi widocznie wrci? dobry nastrj, bo szed? teraz d?ugim krokiem.
Jedn+ rk wsadzi? do kieszeni, a drug+ weso?o wymachiwa? jak na spacerze.
Wwczas Red poszpera? w kieszeni, wybra? mutr, mniej wicej
dwudziestogramow+, wycelowa? i trafi? Artura prosto w kark. Ch?opak jkn+?,
z?apa? si za g?ow i skurczony run+? na such+ traw. Red zatrzyma? si nad
nim.
- Oto jak tu bywa, Archie - powiedzia? pouczaj+co. - To nie aleja w
parku i nie poszed?e ze mn+ na porann+ przechadzk.
Artur powoli wsta?. Twarz mia? bia?+ jak papier.
- Wszystko jasne? - zapyta? Red. Artur prze?kn+? lin i kiwn+? g?ow+.
- No to dobrze. A nastpnym razem dostaniesz w zby. Je?eli bdziesz
jeszcze ?y?. Marsz!
A z ch?opca mg?by by niez?y stalker, pomyla? Red. Nazywaliby go
pewnie Archie Cherubin. By? ju? u nas jeden Cherubin, nazywa? si Dickson, a
teraz wo?aj+ go Suse?. Jedyny stalker, ktry dosta? si w "wy?ymaczk" i
?yje. Mia? szczcie. Ten g?upek do tej pory myli, ?e to Barbridge go z
"wy?ymaczki" wyci+gn+?. A jak?e! Z "wy?ymaczki" nikogo si nie wyci+gnie...
Ze Strefy go wytaszczy?, to prawda. Zdoby? si Barbridge na taki nies?ychany
wyczyn! Sprbowa?by go nie wytaszczy! Te jego numery wtedy ju? ostatecznie
wszystkim obrzyd?y i tym razem ch?opcy wprost go ostrzegli - sam lepiej w
ogle nie wracaj. A przecie? w?anie wtedy Barbridge'a przezwali
cierwnikiem, przedtem biega? u nas za Perszerona...
Red poczu? nagle na lewym policzku ledwie dostrzegalny pr+d powietrza i
b?yskawicznie, nie zd+?ywszy nawet o niczym pomyle, krzykn+?:
- Stj!
Wyci+gn+? rk w lewo. Pr+d powietrza by? tam silniejszy. Gdzie midzy
nimi a torem kolejowym le?a?a "?ysica", a mo?e nawet sz?a samym nasypem -
nie przypadkiem przecie? wywrci?y si wagoniki. Artur sta? jak wkopany,
nawet si nie odwrci?.
- Bardziej w prawo - rozkaza? Red. - Marsz! Tak, niez?y by?by
stalker... Co jest, do cholery, ?al mi go czy co? Tego tylko brakowa?o. A
czy mnie kto kiedy ?a?owa?? W?aciwie to raczej tak. Na przyk?ad Kiry?. I
Dick Nunnun. Co prawda Dick to nie tyle mnie ?a?uje, ile go ci+gnie do Guty,
ale by mo?e i ?a?uje, przyzwoity cz?owiek mo?e jedno z drugim pogodzi...
Tylko ja nikogo nie mog ?a?owa. Albo - albo. Tak sprawa stoi... Po raz
pierwszy z ca?kowit+ jasnoci+ zrozumia? - albo ten ch?opiec, albo Mariszka.
Je?eli tylko cud jest naprawd mo?liwy, powiedzia? jaki wewntrzny glos, i
Red z okrutnym przera?eniem st?umi? w sobie ten g?os.
Minli kup burych szmat. Z Cwajnosa nic nie zosta?o, tylko nie opodal,
w zesch?ej trawie le?a? d?ugi zardzewia?y kij - wykrywacz min. W tamtych
czasach czsto u?ywano wykrywaczy min, kupowano je po cichu u wojskowych
intendentw. Liczyli na te kije jak na samego Pana Boga, a potem kolejno
dwch stalkerow w ci+gu paru dni zabi?y podziemne wy?adowania. I jak no?em
uci+?... Ale w kocu, ktry by? ten Cwajnos? cierwnik go tu przyprowadzi?,
czy sam przyszed?? I dlaczego tak ich wszystkich ci+gn?o do tej kopalni?
Dlaczego nigdy nic o tym nie s?ysza?em?... O do diabla, ale? grzeje! I to
rano, a co bdzie potem?
Artur, ktry szed? o pi krokw przed nim, podnis? rk i otar? pot z
czo?a. Red spojrza? na s?oce. S?oce sta?o jeszcze bardzo nisko. I nagle
zda? sobie spraw, ?e sucha trawa pod nogami ju? nie szeleci jak przedtem,
tylko trzeszczy jak m+ka kartoflana, ?e ju? nie jest twarda i k?uj+ca, ale
mikka i nietrwa?a - rozsypuje si pod butami niczym warstwa sadzy. Zobaczy?
wyra?nie odcinite lady Artura i rzuci? si na ziemi z okrzykiem:
"padnij!"
Upad? twarz+ w traw i trawa rozsypa?a si w py? pod jego policzkiem.
Zazgrzyta? ze z?oci zbami - taki niefart! Le?a?, staraj+c si nie rusza,
ci+gle jeszcze licz+c, ?e mo?e si jako obejdzie, chocia? ju? wiedzia?, ?e
si nie obejdzie, ?e wpadli. ?ar ros?, atakowa?, opasywa? ca?e cia?o jak
powijak zmoczony we wrz+tku, oczy zalewa? pot i Red z op?nieniem krzykn+?
do Artura: "nie ruszaj sie! Odwagi!" I sam zebra? ca?+ odwag, na jak+ go
by?o sta. I wytrzyma?by i skoczy?oby si na strachu, troch by si
zgrzali, ale Artur nie wytrzyma?. Czy nie us?ysza? okrzyku Reda, czy
przerazi? si ponad wszelk+ miar, a mo?e przypiek?o go raz mocniej ni? Reda
- w ka?dym razie straci? panowanie nad sob+ i na olep, z jakim gard?owym
wrzaskiem popdzi? tam, gdzie go pdzi? bezmylny instynkt, do ty?u, w?anie
w stron, w ktr+ w ?adnym wypadku ucieka nie nale?a?o. Red ledwie zd+?y?
unie si, obur+cz z?apa go za nog i Artur ca?ym ci?arem run+? na ziemi
wzbijaj+c chmur popio?u, zawy? nienaturalnie wysokim g?osem, kopn+? Reda
woln+ nog+ w twarz, zatrz+s? si w konwulsjach, ale Red sam ju? nie bardzo
wiedz+c, co si z nim dzieje z blu, wgramoli? si na niego wtulaj+c
poparzon+ twarz w skrzan+ kurtk i usi?owa? wdusi, wbi w ziemi dygocz+c+
g?ow, wciekle kopi+c noskami butw po nogach tamtego, po ziemi, po
grzbiecie. Jak przez wat s?ysza? jki i rz?enie wydobywaj+ce si spod
niego i w?asny ochryp?y ryk:
"Le?, gnido, le?, bo zabij..." a z gry wci+? i wci+? spada?a masa
roz?arzonego wgla i ju? p?on?o na nim ubranie, trzeszcza?a wydymaj+c si
b+blami i pkaj+c skra na nogach i bokach, i Red zanurzaj+c czo?o w szarym
popiele i rozpaczliwie przyciskaj+c piersi+ g?ow tego przekltego
smarkacza, nie wytrzyma? i zawy? z ca?ej si?y... Nie pamita?, kiedy to si
skoczy?o. Poj+? tylko, ?e znowu mo?e oddycha, ?e powietrze znowu jest
powietrzem, a nie rozpalonym gazem spalaj+cym gard?o, i zrozumia?, ?e trzeba
si pieszy, ?e trzeba jak najprdzej uciec z tego diabelskiego rusztu,
zanim znowu nie spadnie na nich ogie. Zsun+? si z Artura, ktry le?a?
zupe?nie nieruchomo, zacisn+? jego obie nogi pod pach+ i pomagaj+c sobie
woln+ rk+ poczo?ga? si naprzd nie spuszczaj+c oczu z granicy, za ktr+
znowu zaczyna?a si trawa, martwa, sucha, k?uj+ca, ale prawdziwa zwyczajna
trawa - wydawa?a mu si teraz ?yciodajn+ oaz+. Popi? zgrzyta? mu w zbach,
w poparzon+ twarz co chwila bucha?o ?arem, pot zalewa? oczy - pewnie
dlatego, ?e nie mia? ju? ani brwi, ani rzs. Cia?o Artura sun?o za nim,
jakby na z?o zaczepiaj+c o wszystko kurtk+, pali? spieczony zadek, a
plecak przy ka?dym ruchu uderza? w poparzony kark. Obola?y i zaczadzia?y,
Red pomyla? z przera?eniem, ?e za mocno si poparzy? i ?e teraz ju? nie
dojdzie do celu. Z tego strachu jeszcze silniej zacz+? pracowa swobodnym
?okciem i kolanami i wypluwaj+c z zaschnitego gard?a najstraszliwsze
przeklestwa, jakie mu przychodzily do g?owy, nagle z jak+ ob?+kan+
radoci+ przypomnia? sobie, ?e ma jeszcze w zanadrzu prawie pe?n+ manierk,
najmilsz+, najwierniejsz+, ona jedna nie zdradzi, nie sprzeda, aby tylko
dope?zn+ jeszcze troch, jeszcze kawa?eczek, no postaraj si Red, jeszcze
troch Rudy, w Boga, w matk, pod trzydziestoma pierzynami, na Biegunie
P?nocnym, cierwojada w dusz...
Potem d?ugo le?a? zanurzywszy twarz i rce w zimn+ rdzaw+ wod, z
rozkosz+ wdychaj+c cuchn+cy, zgni?y ch?d. Sto lat mg?by tak le?e, ale
zmusi? si do wstania, klcz+c zrzuci? plecak, na czworakach dowlk? si do
Artura, ktry ci+gle jeszcze nieruchomo le?a? trzydzieci krokw od b?ota, i
przewrci? go na plecy. Tak, to by? kiedy ?adny ch?opiec. Teraz ta urodziwa
buzia przypomina?a szaroczarn+ mask z popio?u i spiek?ej krwi, i przez
kilka sekund Red z tpym zainteresowaniem wpatrywa? si w pod?u?ne bruzdy na
tej masce - lady grud i kamykw. Potem wsta?, uj+? Artura pod pachy i
przyci+gn+? go do wody. Artur dysza? ochryple i od czasu do czasu jcza?.
Red wrzuci? go twarz+ w najwiksz+ ka?u?, sam upad? obok, znowu prze?ywaj+c
rozkosz mokrej lodowatej pieszczoty. Artur poruszy? si, zabulgota?,
podci+gn+? pod siebie rce i unis? glow. Oczy mia? wytrzeszczone. Nie
rozumia?, co si z nim dzieje i chciwie ?apa? ustami powietrze pluj+c i
kaszl+c. Potem jego wzrok oprzytomnia? i zatrzyma? si na Redzie.
- Uf-f-f... - powiedzia? i potrz+sn+? g?ow+ rozpryskuj+c brudn+ wod. -
Co to by?o, mister Shoehart?
- To by?a mier - niewyra?nie powiedzia? Red i zakas?a?. Obmaca?
twarz. Bola?o, nos spuch?, ale brwi i rzsy, na przekr wszystkiemu, by?y na
miejscu. I skra na rkach te?, tylko troch poczerwienia?a. Mo?na s+dzi,
?e i zadek nie spali? si do koci... Pomaca? - nie, z pewnoci+ nie do
koci, nawet spodnie s+ ca?e. Tak jakby si obla? wrz+tkiem.
Artur rwnie? ostro?nie dotyka? palcami twarzy. Teraz, kiedy straszn+
mask zmy?a woda, jego twarz te? okaza?a si wbrew oczekiwaniom - nieomal w
porz+dku. Kilka zadrapa, siniak na czole, rozcita dolna warga, a poza tym
mo?na wytrzyma.
- Nigdy o czym podobnym nie s?ysza?em - powiedzia? Artur i spojrza? za
siebie.
Red rwnie? si odwrci?. Na poszarza?ej, spopielonej trawie zosta?o
sporo ladw i Red by? wstrz+nity widz+c, jak krtka, okazuje si, by?a ta
straszna droga bez kresu, niespe?na trzydzieci metrw od skraju do skraju
wypalonego pasma. Ale z blu, olepiony, czo?ga? si jakimi dzikimi
zygzakami, jak karaluch po rozpalonej patelni. Bogu dziki, ?e przynajmniej
czo?ga? si z grubsza we w?aciwym kierunku, a przecie? mg?by wype?zn+ na
"?ysic" z lewej albo w ogle zawrci... Nie, nie mg?bym, pomyla? z
wciek?oci+. Jaki m?okos mg?by, ale nie ja, i gdyby nie ten dure, to w
ogle nic by si nie sta?o - osmali?bym sobie zadek i po krzyku.
Spojrza? na Artura. Artur my? si parskaj+c i pojkuj+c, kiedy ura?a?
bol+ce miejsca. Red wsta? i przygryzaj+c wargi, kiedy zesztywniate ubranie
dotyka?o poparzonej skry, wyszed? na suche miejsce i pochyli? si nad
plecakiem. Plecak najbardziej ucierpia?. Wierzchnie kieszenie zwyczajnie si
spali?y, buteleczki w apteczce popka?y z gor+ca w choler, i od
pomarszczonej plamy paskudnie zaje?d?a?o szpitalem. Red odpi+? kiesze i
zabra? si do usuwania resztek szk?a i plastyku, a wtedy za jego plecami
odezwa? si Artur.
- Dzikuj panu, mister Shoehart! Uratowa? mi pan ?ycie.
Red nie odpowiedzia?. Te? pomys? - dzikowa! Nie mia?em nic lepszego
do roboty, jak ci ratowa!
- Sam sobie jestem winien - powiedzia? Artur. - Przecie? s?ysza?em, ?e
pan mi kaza? le?e, ale okropnie si przestraszy?em, a kiedy mocniej
przypiek?o - zupe?nie straci?em g?ow. Ja si strasznie boj blu, mister
Shoehart...
- Wstawaj i nie gadaj tyle - powiedzia? Red nie odwracaj+c g?owy. - To
by?a jeszcze kaszka z mlekiem... Wstawaj, na co czekasz!
Sycz+c z blu zarzuci? plecak na poparzone ramiona, zapi+? rzemienie.
Mia? uczucie, ?e skra na oparzonych miejscach skurczy?a si i pokry?a
bolesnymi zmarszczkami. Boi si blu gwniarz!... Ciebie i twj bl!...
Obejrza? si. W porz+dku, z drogi nie zeszli. Teraz te pagrki z
nieboszczykami. Plugawe pagrki
- stoj+, gnidy, stercz+ jak p?dupki starej baby i ta kotlinka midzy
nimi... Mimo woli wci+gn+? nosem powietrze. Ach plugawa kotlinka,
najprawdziwsze plugastwo. cierwo.
- Widzisz t kotlink midzy wzgrzami? - zapyta? Artura.
- Widz.
- Prosto na ni+. Marsz!
Artur otar? nos grzbietem d?oni i ruszy? naprzd cz?api+c po ka?u?ach.
Utyka?, nie by? ju? taki dziarski i wyprostowany jak poprzednio - pochyli?o
go, szed? teraz ostro?nie i lkliwie. Ktry to ju? bdzie? Pi+ty? Szsty? I
teraz powstaje pytanie - po co? Czy to on mj brat, czy swat? Odpowiadam za
niego? S?uchaj no, Rudy, a po co ty go uratowa?? O ma?o sam przez niego nie
odkorkowa?e... Teraz, na spokojnie, mog powiedzie - s?usznie zrobi?em,
nie mog si bez niego obej, to mj zak?adnik za Mariszk, nie cz?owieka
uratowa?em, ratowa?em swj wykrywacz min. Wytrych. Ale wtedy, w tamtej
strasznej chwili, nawet mi na myl nie przysz?o, ?eby go zostawi, chocia? o
wszystkim zapomnia?em - i o wytrychu zapomnia?em, i o Mariszce... I co z
tego wynika? Wynika, ?e w g?bi duszy jestem przyzwoitym cz?owiekiem. To mi
Guta ci+gle powtarza i nieboszczyk Kiry? tak uwa?a?, i Richard bez przerwy o
tym truje... Ale znale?li sobie przyzwoitego cz?owieka! Przesta -
powiedzia? do samego siebie. Teraz twoja przyzwoito tylko psu na bud!
najpierw trzeba pomyle, a dopiero potem bra si za robot. ?eby mi to
by?o pierwszy i ostatni raz, zrozumiano? Przyzwoity. Musz go zachowa dla
"wy?ymaczki", pomyla? zimno i jasno. Tu przez wszystko mo?na przej oprcz
"wy?ymaczki"
- Stj! - powiedzia? do Artura.
Kotlinka by?a tu? przed nimi i Artur ju? sta?, niepewnie patrz+c na
Reda. Dno kotliny pokrywa?a t?usto po?yskuj+ca na s?ocu ??to - zielona
ma?. Powierzchnia bagna lekko parowa?a, midzy pagrkami para gstnia?a i na
trzydzieci krokw nic ju? nie by?o wida, i ten smrd. Diabli wiedz+, co
tam gni?o w tym misiwie, ale Redowi wyda?o si, ?e sto tysicy rozbitych
cuchn+cych jaj wylanych na sto tysicy cuchn+cych rybich ?bw i zdech?ych
kotw nie mo?e mierdzie tak, jak mierdzia?a ta ma?. "Tam bdzie zapaszek.
Rudy, to ty nie tego... nie spietraj si".
Artur wyda? z siebie gard?owy d?wik i odst+pi? do tylu. Wtedy Red
otrz+sn+? si z odrtwienia, popiesznie wydoby? z kieszeni paczk waty
przes+czonej dezodorantem, zatka? sobie nos tamponami i poda? wat Arturowi.
- Dzikuj, mister Shoehart - powiedzia? s?abym g?osem Artur. - A czy
gr+ jako nie da si, przej?
Red w milczeniu wzi+? go za w?osy i wykrci? g?ow, w stron kupy szmat
na kamienistym wysypisku.
- To by? Okularnik - powiedzia?. - A na lewym wzgrzu, st+d go nie
wida - le?y Pudel. W identycznym stanie. Zrozumia?e? Naprzd!
Ma? by?a ciep?a i lepka jak ropa. Pocz+tkowo szli wyprostowani,
zanurzeni po pas, dno pod nogami na szczcie by?o kamieniste i dosy rwne,
ale po nied?ugim czasie Red us?ysza? znajome bzyczenie po obu stronach. Na
owietlonym s?ocem pagrku po lewej nic si nie dzialo, a na zboczu po
prawej, w cieniu, zataczy?y blade liliowe p?omyki.
- Pochyl si! - zakomenderowa? przez zby i sam si pochyli?. - Ni?ej,
idioto! - krzykn+?.
Artur pochyli? si przera?ony i w tej?e sekundzie pot?ne wy?adowanie
rozdar?o powietrze. Tu? nad ich glowmi, przebieg?a we wciek?ym tacu
rozszczepiona b?yskawica ledwie widoczna na tle nieba. Artur przysiad? i
zanurzy? si po ramiona. Red czuj+c, ?e og?uch? od ?oskotu, odwrci? glow,
zobaczy? w cieniu na kamienistym zboczu szkar?atn+ szybko topniej+c+ plam i
jednoczenie rozb?ys?a nastpna blyskawica.
- Naprzd! naprzd! - wrzasn+? nie s?ysz+c w?asnego g?osu.
Teraz posuwali si przykucnici, wystawiaj+c na powierzchni tylko
g?owy, przy ka?dym wy?adowaniu Red widzia?, jak d?ugie w?osy Artura staj+
dba i czu?, jak tysi+ce igie?ek wbija mu si w twarz. "Naprzd! - powtarza?
monotonnie. - Naprzd!" Ju? niczego nie s?ysza?. Jeden raz Artur odwrci?
si do niego profilem i Red zobaczy? wytrzeszczone przera?one oko zezuj+ce
na niego, bia?e rozdygotane wargi i zasmarowany zieleni+ spocony policzek.
Potem pioruny zacz?y bi tak nisko, ?e musieli zanurzy g?owy. Zielony luz
zalepia? usta, by?o trudno oddycha. ?api+c ustami powietrze, Red wyrwa? z
nosa tampony i wtedy zauwa?y?, ?e smrd znikn+?, ?e powietrze pachnie
ozonem, a para dooko?a jest coraz gciejsza, a mo?e tylko pociemnia?o mu w
oczach i ju? nie widzia? pagrkw ani z lewej, ani z prawej strony - nie
by?o wida nic, oprcz oblepionej mazi+ g?owy Artura i ??tych k?bw gstej
pary.
Przejd, przejd, myla? Red. nie pierwszy raz, przecie? przez ca?e
?ycie w?anie tak, po szyj w gwnie, a nad g?ow+ pioruny, zawsze tak
by?o... i sk+d tyle gwna? Tyle gwna... zwariowa mo?na, tyle gwna w
jednym miejscu, chyba tu sp?yn?o gwno z ca?ego wiata... To wszystko
cierwnik, pomyla? z furi+. To cierwnik tdy przeszed?, to po nim
zosta?o... Okularnik le?y po prawej. Pudel po lewej, a wszystko po to, ?eby
cierwnik mg? przej midzy nimi i zostawi za sob+, ca?e swoje gwno...
Dobrze ci tak, powiedzia? do siebie. Kto idzie ladem cierwnika, ten zawsze
?yka gwno. Ty co, nie wiedzia?e o tym? Tak jest na ca?ym wiecie. Zbyt
wielu jest cierwnikw i dlatego nie ma ju? czystego miejsca na wiecie,
wszystko obsrane... Nunnun jest g?upi: "Ty, Red, naruszasz rwnowag, masz
natur wichrzyciela, tobie. Rudy, bdzie ?le w ka?dym systemie i w z?ym
systemie ci ?le, i w dobrym te? ci ?le, przez takich jak ty nigdy nie
nastanie Krlestwo Bo?e na Ziemi..." Co ty tam w ogle rozumiesz, grubasie?
Kiedy? to ja widzia?em dobry system? Przez cale ?ycie widz tylko, jak
umieraj+, Kiry?y i Okularnicy, a cierwniki przepe?zaj+ midzy ich trupami,
po ich trupach, jak robaki, i paskudz+, paskudz+, paskudz+... Polizgn+? si
na kamieniu, zanurzy? si z g?ow+, wyp?yn+? i tu? obok siebie zobaczy?
wytrzeszczone oczy i ci+gnit+ grymasem twarz Artura i na moment zmartwia?
- wyda?o mu si, ?e pomyli? kierunek. Ale nie pomyli? kierunku, natychmiast
wiedzia?, ?e trzeba i tam, gdzie z mazi sterczy kawa?ek czarnego kamienia,
wiedzia?, chocia? oprcz tego kawa?ka kamienia nic nie by?o wida w ??tej
mgle.
- Stj! - wrzasn+?. - Bardziej na prawo! Na prawo od kamienia!
I znowu nie us?ysza? swojego g?osu. Wtedy dogoni? Artura, z?apa? go za
rami i pokaza? rk+ - na prawo od kamienia, i schyl g?ow. Zap?acicie mi za
to, pomyla?. Przy kamieniu Artur da? nurka i w tej?e chwili z trzaskiem w
czarn+ krawd? uderzy? piorun, rozprysn?y si w powietrzu roz?arzone
okruchy. Zap?acicie mi za to, powtarza?, zanurzaj+c si z g?ow+ i ze
wszystkich si? pracuj+c rkami i nogami. W uszach echem odezwa?o si nowe
uderzenie gromu. Dusz z was wytrzs za to wszystko! Pomyla? mimochodem -
a o kogo mi chodzi? nie wiem. Ale kto powinien za to zap?aci i kto mi za
to zap?aci! Poczekajcie, niech ja tylko znajd t kul, niech j+ tylko
znajd, ja wam to gwno w gard?o wepchn, nie jestem cierwnik, ja z wami
pogadam po swojemu...
Kiedy wydostali si na suche miejsce, na rozpalony s?ocem kamienny
?wir, otumanieni, wy?ci z si?, kiedy tak chwiej+c si podtrzymywali jeden
drugiego, ?eby nie upa. Red zobaczy? oblaz?y furgon, ktry osiad? na
osiach. Mtnie przypomnia? sobie, ?e tu obok tego furgonu mo?na usi+ i
odpocz+ w cieniu. Dotarli do cienia. Artur leg? na plecy i s?abymi palcami
zacz+? rozpina kurtk, a Red opar? si plecakiem o cian furgonu, byle jak
wytar? d?onie o ?wir i sign+? w zanadrze.
- Ja te? poprosz - powiedzia? Artur. - I ja te?. mister Shoehart. Red
zdumia? si s?ysz+c, jakim dononym g?osem mwi ten ch?opiec, wypi? ?yk,
przymkn+? oczy czuj+c, jak p?omienny oczyszczaj+cy strumie przep?ywa przez
gard?o i rozp?ywa si w piersi, ?ykn+? jeszcze raz i poda? manierk
Arturowi. Skoczone, pomyla? tpo. Przeszlimy. Nawet przez to przeszlimy.
Teraz - suma s?ownie. Mylicie, ?e zapomnia?em? nie, wszystko pamitam.
Mylicie, ?e wam podzikuj za to, ?ecie mnie nie utopili, za to, ?e ?yj?
Tak wam podzikuj, ?e ju? si do koca dni swoich nie pozbieracie. Kamie
na kamieniu z tego nie zostanie. Teraz ja o wszystkim decyduj. Ja, Red
Shoehart w pe?ni wiadomoci i przy zdrowych zmys?ach, bd decydowa za
wszystkich. A wy, cierwnikI, gnidy, przybysze, quarterbloody, szpicle,
chrypy pod krawatami, w mundurkach, eleganccy, wypielgnowani, z teczkami, z
mowami, dobroczycy i pracodawcy, z wiecznymi akumulatorami, z wiecznymi
silnikami, z "?ysicami". z k?amliwymi obietnicami
- dosy wodzilicie mnie za nos, starczy, cale moje ?ycie wodzilicie
mnie za nos, a ja idiota pkalem z dumy - patrzcie, robi, co chc, a wycie
mi tylko przytakiwali, a sami, mendy przeklte mrugalicie jeden do
drugiego, i wodzilicie mnie za nos, ganialicie jak g?upiego, przez gwno,
przez wizienia, przez knajpy. Starczy! Odpi+? pasy plecaka i wzi+? manierk
z r+k Artura.
- Nigdy bym nie pomyla? - mwi? Artur z ?agodnym zdumieniem w g?osie -
nawet wyobrazi sobie nie mog?em... Wiedzia?em oczywicie - mier, ogie...
ale co takiego? Jak?e my bdziemy szli z powrotem?
Red nie s?ucha?. To, co teraz mwi? ten cz?owiek, nie mia?o ?adnego
znaczenia. I przedtem nie mia?o ?adnego znaczenia, ale przedtem jeszcze by?
cz?owiekiem. A teraz... teraz to po prostu gadaj+cy wytrych, niech sobie
mwi.
- ?eby si tak umy... - Artur rozgl+da? si zatroskany. - Chocia?
op?uka twarz.
Red spojrza? na niego z roztargnieniem i zobaczy? zlepione, sko?tunione
w?osy, wysmarowan+ obsychaj+cym luzem twarz, lady palcw na policzkach i
ca?ego Artura pokrytego warstw+ spkanego b?ota i nie czu? ani litoci, ani
rozdra?nienia, nie czu? nic. Gadaj+cy wytrych. Odwrci? oczy. Przed nim
rozpociera?a si, smtna jak porzucony plac budowy, rwnina, zasypana
t?uczonym kamieniem, przypudrowana bia?ym kurzem, zalana pal+cym s?ocem,
nieznonie bia?a, z?a, martwa. St+d by?o ju? wida odleg?y skraj kopalni -
rwnie? olepiaj+co bia?y, z tej odleg?oci wydawa? si idealnie rwny i
prostopad?y, a bli?szy brzeg wytyczy?y zwa?y wielkich roztrzaskanych
kamieni, na d? odkrywki schodzi?o si w tym miejscu, gdzie wrd kamieni
wida by?o czerwon+ plam kabiny koparki. To by? jedyny punkt orientacyjny,
nale?a?o i prosto na t plam i ju? liczy tylko na szczcie.
Nagle Artur unis? si, wsun+? rk pod furgon i wyci+gn+? stamt+d
zardzewia?+ puszk po konserwach.
- Niech pan spojrzy, mister Shoehart - powiedzia? z o?ywieniem. - To na
pewno zostawi? ojciec... Tam jest jeszcze kilka.
Red nie odpowiedzia?. Nie w por, pomyla? obojtnie. Lepiej dla
ciebie, ?eby teraz ojca nie wspomina?, lepiej ?eby pomilcza?. A zreszt+,
co za r?nica... Wsta! i sykn+? z blu, ubranie przyklei?o si do cia?a, do
poparzonej skry i teraz co tam si odrywa?o, jak banda? przyschnity do
rany. Artur te? wsta?, te? zasycza?, stkn+? i bolenie spojrza? na Reda -
wida by?o, ?e ma ogromn+ ochot poskar?y si, ale nie ma odwagi.
Powiedzia? tylko zd?awionym g?osem:
- Czy nie mg?bym jeszcze troch si napi, mister Shoehart?
Red schowa? manierk, ktr+ do tej pory trzyma? w rku, wsadzi? za
pazuch i powiedzia?:
- Widzisz to czerwone midzy kamieniami?
- Widz - powiedzia? Artur i spazmatycznie wci+gn+? powietrze.
- Prosto na to czerwone. Ruszaj. Artur przeci+gn+? si z jkiem,
wyprostowa? ramiona, skrzywi? si, jeszcze raz rozejrza? dooko?a i
powiedzia?:
- ?eby chocia? troch si umy... Wszystko si lepi...
Red czeka? w milczeniu. Artur spojrza? na niego bez nadziei na
zmi?owanie, kiwn+? g?ow+ i ju? mia? ruszy, kiedy znowu stan+?.
- Plecak - powiedzia?. - Pan zapomnia? o plecaku, mister Shoehart.
- Marsz! - rozkaza? Red.
Nie chcia?o mu si wyjania, ani k?ama, zreszt+ po co? I tak pjdzie.
Nie ma innego wyjcia. Pjdzie. I Artur poszed?. Powlk? si przygarbiony,
ledwie przestawiaj+c nogi, prbuj+c zerwa z twarzy mocno przyschnit+
skorup, poszed? maleki teraz, chudy i ?a?osny jak mokry bezdomny kociak.
Red ruszy? za nim i jak tylko wyszed? z cienia, s?oce porazi?o go, musia?
zas?ni oczy d?oni+ ?a?uj+c, ?e nie zabra? ciemnych okularw.
Ka?dy krok wzbija? ob?oczek bia?ego kurzu, kurz osiad? na butach i
mierdzia?, a w?aciwie to mierdzia?o od Artura, nie mo?na by?o po prostu
i za nim i Red nie od razu zrozumia?, ?e najbardziej mierdzi on sam.
Zapach by? obrzydliwy, ale jakby znajomy - tak w?anie mierdzia?o w
miecie, kiedy p?nocny wiatr wdmuchiwa? na ulice dym z fabryki. I od ojca
tak mierdzia?o, kiedy wraca? do domu, ogromny, ponury, z czerwonymi
wciek?ymi oczami. Wtedy Red chowa? si w najdalszym k+cie i stamt+d patrzy?
ze strachem, jak ojciec zdziera z siebie robocz+ kurtk i rzuca matce, jak
ci+ga z olbrzymich stp zdeptane buty, jak wpycha je pod wieszak, a sam w
skarpetkach lepko cz?apie do ?azienki pod prysznic i d?ugo si tam chlapie,
klepie po mokrym cielsku, trzaska miednicami, co mamrocze pod nosem, a
potem ryczy na ca?y dom: "Maria! Zasn?a tam?" Trzeba by?o odczeka, a? si
umyje i si+dzie za st?, na ktrym stoi ju? wiartka, miska z gst+ zup+,
keczup, trzeba by?o czeka, pki nie obci+gnie swojej wiartki, nie zje zupy
i dopiero wtedy mo?na by?o wyjrze na wiat bo?y, wdrapa si mu na kolana i
wypytywa, ktrego majstra i ktrego in?yniera ojciec dzisiaj utopi? w
st?onym kwasie siarkowym...
Wszystko dooko?a by?o rozpalone do bia?oci, mdlilo go ze zmczenia i
od suchego, okrutnego upa?u nieludzko bola?a poparzona i spkana skra. Mia?
uczucie, ?e jego cia?o prbuje dokrzycze si do niego przez gor+c+ mg?
przenikaj+c+ wiadomo, b?agaj+c o spokj, wod i ch?d. Wspomnienia,
starte prawie do szcztu, k?bi?y si w puchn+cym mzgu, krzy?owa?y si,
wplata?y w bia?y upalny wiat pl+saj+cy przed p?przymknitymi oczami i
wszystkie by?y gorzkie i cuchn+ce, i wszystkie wywo?ywa?y wierzbi+c+ lito
lub nienawi. Prbowa? wtr+ci si w ten chaos, stara? si wywo?a z
przeszloci jaki radosny mira?, uczucie czu?oci, albo rzekoci, wyciska?
z g?bin pamici wie?+, rozemian+ twarz Guty, jeszcze dziewczynki,
upragnionej i nieosi+galnej, i ta twarz nawet pojawi?a si na moment, ale
natychmiast deformowa?a si, zap?ywa?a czerwon+ rdz+, i przemienia?a w
pospn+, zaronit+ szorstk+, bur+ sierci+ mordk Mariszki. Stara? si
przywo?a z pamici twarz Kiry?a, wspania?ego cz?owieka, jego szybkie zwinne
ruchy, jego miech, jego g?os obiecuj+cy niebywa?e i cudowne czasy i
wydarzenia, i Kiry? pojawia? si, a potem ostro b?yska?a w s?ocu srebrna
pajczyna i oto ju? nie ma Kiry?a i Redowi patrz+ w twarz nieruchome,
anielskie oczka Chrypy i jego wielka bia?a rka wa?y na d?oni porcelanowy
kontener... Jakie ciemne si?y wiruj+ce w jego wiadomoci b?yskawicznie
?ama?y ochronn+ barier woli i zatapia?y te nieliczne kruszyny dobra, ktre
chroni?a jego pami, i ju? wydawa?o si, ?e niczego dobrego w ogle nie
by?o, a tylko te upiorne maski, maski, maski...
I ani przez chwil nie przestawa? by stalkerem. Nie myl+c, nie
kojarz+c, nie zapamituj+c nawet, odnotowywa? instynktownie, ?e tam na lewo,
w bezpiecznej odleg?oci, nad kup+ starych desek stoi "weso?y upir"
- spokojny, wy?adowany, no i pies z nim tacowa?; a z prawej powia?
s?aby wietrzyk i po kilku krokach sta?a si widoczna g?adka jak lustro
"?ysica", wieloogoniasta niby rozgwiazda - daleko, nie ma si czego obawia
- a w samym rodku "?ysicy" le?y ptak, p?aski jak cie, rzadki wypadek,
ptaki nad Stref+ na og? nie lataj+, nie opodal poniewieraj+ si dwa
porzucone "pustaki" - pewnie cierwnik zostawi? wracaj+c, strach okaza? si
silniejszy od chciwoci... Wszystko to widzia? i wszystko bra? pod uwag i
wystarczy?o, ?eby nieszczsny Artur chocia? na krok zboczy? z drogi, kiedy
usta Reda same si otwiera?y i ostrzegawczy okrzyk sam wylatywa? z gard?a.
Maszyna, myla?. Zrobilicie ze mnie maszyn... A strzaskane kamienie na
brzegu kopalni zbli?a?y si coraz bardziej i ju? mo?na by?o odr?ni
cudaczny rysunek rdzy na dachu koparki.
G?upi jeste, Barbridge, myla? Red. Chytry a g?upi. Jak ty mi mog?e
zaufa? Przecie? znasz mnie od takiego, lepiej powiniene mnie zna ni? ja
sam siebie. Zestarza?e si, oto gdzie pies pogrzebany. Zg?upia?e na
staro. Zreszt+, ca?e ?ycie zadawa?e si z g?upcami... Wyobrazi? sobie
mord cierwnika, kiedy si dowiedzia?, ?e Artur, jego Archie, synek
najukochaszy... ?e po jego, cierwnika, nogi poszed? do Strefy nie jaki
nikomu niepotrzebny szczeniak, a syn rodzony, duma i nadzieja... I
wyobraziwszy sobie t mord Red zamia? si, a kiedy Artur spojrza? z
przera?eniem, nadal miej+c si, machn+? mu rk+:
- Marsz! Marsz! I znowu pope?z?y przez wiadomo
Jak na ekranie maski, maski, maski... nale?a?o zmieni wszystko, nie
jedno ?ycie, nie dwa ?ycia, nie jeden los i nie dwa losy - ka?d+ rubk tego
smrodliwego wiata nale?a?o zmieni...
Artur zatrzyma? si przed stromym zejciem do wykopu, zastyg? i
wyci+gaj+c d?ug+ szyj patrzy? na d? i w dal. Red podszed? do niego i
stan+? obok. Ale nie spojrza? tam, gdzie patrzy? Artur.
Prosto spod ng w g?+b odkrywki prowadzi?a droga, wiele lat temu
rozje?d?ona g+sienicami i ko?ami ci?arwek. ciana wykopu po prawej stronie
by?a bia?a i popkana od s?oca, a z lewej na wp? rozwalona. I wrd
kamieni i zwa?w t?ucznia sta?a przekrzywiona koparka, a jej opuszczona
?y?ka bezsilnie le?a?a na skraju drogi, i jak nale?a?o oczekiwa, niczego
wicej na drodze wida nie by?o, tylko przy samej ?y?ce, z za?omw zbocza,
zwisa?y czarne skrcone sople podobne do grubych lanych wiec, i jeszcze
kurz by? popstrzony mnstwem kleksw, jakby kto kiedy chlusn+? smo?+. Oto
wszystko, co z nich zosta?o, i nawet nie wiadomo, ilu ich tu by?o. By mo?e
ka?dy kleks - to jeden cz?owiek, jedno ?yczenie cierwnika. Ten - to
cierwnik zdrowy i ca?y wydosta? si z piwnicy sidmego bloku. Tamten troch
wikszy - to cierwnik bez przeszkd wynis? ze Strefy "?ywy magnes". A
tamten sopel - to cudowna, niepodobna ani do ojca, ani do matki Dina
Barbridge. A ta - plama - niepodobny ani do matki, ani do ojca Artur
Barbridge, liczny Archie, duma...
- Doszlimy - nieprzytomnie wychrypia? Artur. - Mister Shoehart,
przecie? w kocu doszlimy!
Zamia? si szczliwym miechem, przykucn+? i obiema piciami z ca?ej
si?y zacz+? bbni po ziemi. Ko?tun na jego g?owie podskakiwa? miesznie i
bezsensownie, lecia?y we wszystkie strony kawa?eczki zaschnitego b?ota. I
dopiero teraz Red podnis? oczy i spojrza? na kul. Ostro?nie. Z pewnym
lkiem.
Z ukrytym strachem, ?e bdzie jaka nie taka - ?e rozczaruje, wywo?a
zw+tpienie, str+ci z ob?okw, na ktre uda?o si wspi+, zach?ystuj+c
drastwem...
Nie by?a z?ota, by?a raczej miedziana, czerwonawa, idealnie g?adka,
matowo po?yskuj+ca w s?ocu. Le?a?a pod cian+ wykopu, wygodnie usadowiona
midzy grudami zwietrza?ego urobku i nawet st+d by?o wida, jaka jest
masywna i jak ci?ko przygniot?a swoje legowisko.
Nie by?o w niej nic z rozczarowania czy zw+tpienia, ale te? nic, co
budzi nadziej, nie wiadomo dlaczego od razu przychodzi?o do g?owy, ?e musi
by pusta w rodku, i bardzo gor+ca - rozpalona s?ocem. Z pewnoci+ nie
wieci?a w?asnym wiat?em, z pewnoci+ nie by?a w stanie wzlatywa w
powietrze i taczy, jak to czsto czyni?a w legendach. Le?a?a tam, gdzie
upad?a. By mo?e wypad?a z jakiej ogromnej kieszeni albo zaturlala si,
zgubi?a w czasie zabawy nieznanych gigantw - nikt jej tu nie ustawi?,
le?a?a porzucona, porzucona dok?adnie tak samo, jak te wszystkie "pustaki",
"bransoletki", bateryjki i reszta miecia pozosta?a po L+dowaniu.
Ale zarazem co w niej jednak by?o. I im d?u?ej Red na ni+ patrzy?, tym
janiej wiedzia?, ?e patrze na ni+ jest przyjemnie, ?e ma si ochot do
niej podej, pog?aska j+, dotkn+ i nagle, nie wiadomo sk+d, przyp?yn?a
myl, ?e zapewne mi?o jest usi+ obok niej albo jeszcze lepiej oprze si o
ni+ plecami, odrzuci do ty?u g?ow, przymkn+ oczy, rozmyla, wspomina, a
mo?e po prostu zdrzemn+ si i odpocz+.
Artur poderwa? si na nogi, szarpn+? zamki na swojej kurtce, zdar? j+ z
siebie i z rozmachem rzuci? pod nogi, wzbijaj+c chmur ciemnego py?u. Co
wykrzykiwa?, krzywi+c si i machaj+c rkami, potem za?o?y? rce do ty?u i w
zawi?ym tacu, w podskokach zbieg? na d?. Ju? nie patrzy? na Reda,
zapomnia? o nim, zapomnia? o wszystkim - pieszy? wypowiedzie swoje
?yczenia, malutkie, tajemne ?yczenia rumieni+cego si studenta, ch?opca,
ktry jeszcze nigdy nie widzia? ?adnych pienidzy oprcz kieszonkowych,
m?okosa, ktry jeszcze nigdy w ?yciu nie widzia? nagiej dziewczyny, tyle co
na zdjciach, ktrego bito bez litoci, jeli wypi? chocia? jeden kieliszek,
ktrego wychowywano na s?awnego adwokata, a w perspektywie ministra, a w
najdalszej, sami rozumiecie - prezydenta... Red, mru?+c od pal+cego s?oca
zaczerwienione powieki, w milczeniu ledzi? Artura. By? zimny i spokojny,
wiedzia?, co zaraz si stanie, wiedzia?, ?e nie bdzie na to patrze, ale na
razie nie musia? jeszcze odwraca oczu, wic patrzy? i nic szczeglnego nie
odczuwa?, mo?e tylko gdzie - bardzo, bardzo g?boko - niespokojnie obudzi?
si pewien robak i poruszy? k?uj+cym ?ebkiem.
A ch?opak ci+gle jeszcze schodzi? tanecznym krokiem, wybijaj+c
nieopisany rytm i bia?y kurz wybucha? pod jego stopami. Krzycza? co na ca?y
g?os, bardzo d?wicznie i bardzo radonie, i bardzo uroczycie jak piosenk
albo jak zaklcie
- i wtedy Red pomyla?, ?e chyba po raz pierwszy, od czasu jak istnieje
ta kopalnia, kto zbieg? na d?, jakby pieszy? na wito. I pocz+tkowo nie
s?ucha?, co tam wykrzykuje ten gadaj+cy wytrych, a potem jakby kto w nim
nacisn+? w?+cznik i wtedy us?ysza?:
- Szczcie dla wszystkichl... Za darmo!... Ile kto zapragnie!...
Chod?cie tu wszyscy!... Starczy dla wszystkich!... nikt nie odejdzie
pokrzywdzony!... Za darmo!... Szczcie!... Za darmo!...
A potem nagle zamilk?, jakby ogromna rka z rozmachem wepchn?a mu w
usta knebel, i Red zobaczy?, jak przezroczysta pustka przyczajona w cieniu
koparki schwyci?a ch?opca, rzuci?a w powietrze i powoli, z wysi?kiem
skrci?a tak, jak kobiety wy?ymaj+ bielizn po praniu. Red zd+?y? dostrzec,
jak jeden zakurzony p?bucik zelizgn+? si z drgaj+cej nogi i polecia?
wysoko do gry. Wtedy Red odwrci? si i usiad?. G?ow mia? absolutnie
pust+, bez jednej myli - straci? wiadomo istnienia. Wok? by?o cicho i
szczeglnie cicho by?o z ty?u za plecami, tam na drodze. Przypomnia? sobie o
manierce - bez zwyk?ej radoci, po prostu tak jak o lekarstwie, ktre nale?y
za?y o w?aciwej porze. Zdj+? zakrtk i zacz+? pi malekimi sk+pymi
?ykami i po raz pierwszy w ?yciu zapragn+?, ?eby w manierce zamiast alkoholu
znalaz?a si zwyczajna zimna woda...
Up?yn+? czas jaki i w g?owie zacz?y si pojawia mniej wicej
sensowne myli. Oto wszystko, myla? apatycznie. Droga wolna. Ju? teraz
mo?na by i, ale oczywicie lepiej poczeka jeszcze troch. "Wy?ymaczki"
maj+ swoje dziwactwa. Zreszt+ i tak trzeba pomyle, niezwyk?e zajcie -
mylenie, i to jest w?anie najwiksze nieszczcie. Co to znaczy "myle"?
Myle, to znaczy wykrci si, skombinowa, zaszachrowa, owin+ dooko?a
palca, ale tu w?anie to wszystko jest nieprzydatne...
No dobra. Mariszka, ojciec... Zap?aci im za wszystko, zdepta na
mier kanalie, niech ?r+ gwno, jak ja ?ar?em... nie, to nie to, to nie to.
Rudy... To znaczy oczywicie to, ale co to wszystko znaczy? Czego mi trzeba?
To przecie? przeklestwa a nie myli. Zmartwia? od jakiego strasznego
przeczucia i od razu zostawiaj+c na boku rozstrzygnicia i rozwi+zania,
ktre jeszcze mia? przed sob+, rozkaza? sobie bez litoci, a wic s?uchaj,
rudy ?ajdaku, nie odejdziesz st+d, pki nie wymylisz czego, co ma sens i
wag, zdechniesz tu obok tej b?yskotki, usma?ysz si, zgnijesz cierwo, ale
nie odejdziesz...
Bo?e, gdzie? s+ moje s?owa i moje myli? Z rozmachem uderzy? si na
wp? otwart+, pici+ w twarz. Przecie? przez ca?e ?ycie ani jedna myl nie
zawita?a mi w g?owie! Poczekaj, przecie? kiedy Kiry? mwi? co takiego...
Kiry?! Gor+czkowo szuka? we wspomnieniach, wyp?ywa?y jakie s?owa, znajome i
na wp? nieznajome, ale to wszystko by?o nie to, dlatego ?e nie stowa
zosta?y po mierci Kiry?a - zosta?y jakie niewyra?ne obrazy, bardzo
szlachetne, ale przecie? zupelnie nieprawdopodobne...
Pod?o, pod?o... I nawet tu mnie dopadli, bez jzyka zostawili,
dranie. Oprych... Jak by?em oprychem, oprychem zdechn... Tak by nie
powinno! S?yszysz? ?eby w przysz?oci co takiego by?o raz na zawsze
zabronione! Czlowiek rodzi si po to, ?eby myle (oto jest Kiry?,
nareszcie!). Tylko ?e ja w to nie wierz, a po co cz?owiek si rodzi - nie
mam pojcia. Urodzi? si - no i jest. Ka?dy si przepycha, jak potrafi.
Niech wszystkim nam dobrze si wiedzie, a oni ?eby pozdychali. A kto to my?
A kto oni? nic nie rozumiem. Mnie bdzie dobrze - Barbridge'owi ?le,
Barbridge'owi dobrze - Okularnikowi ?le, Chrypie dobrze - wszystkim ?le i
samemu Chrypie te? ?le, tylko on dure wyobra?a sobie, ?e w por uda mu si
wywin+... Bo?e, jaka to straszna kasza! Ja ca?e ?ycie wojowa?em z kapitanem
Quarterbloodem, a on ca?e ?ycie wojuje z Chryp+, i ode mnie, je?opa, chcia?
tylko jednego - ?ebym przesta? by stalkerem. Ale jak ja mog?em przesta,
kiedy musz utrzyma rodzin? I do pracy? A ja nie chc na was pracowa,
mdli mnie od waszej pracy, mo?ecie to zrozumie? Jeli cz?owiek pracuje,
zawsze pracuje na kogo, a wtedy nie jest cz?owiekiem tylko niewolnikiem, a
ja wszdzie i zawsze chcia?em sam, chcia?em by sam, ?eby mle wszystkich
gdzie, razem z ich smutkiem i beznadziejnym ?alem...
Dopi? koniak i z ca?ej si?y r+bn+? pust+, manierk+ o ziemi. Manierka
podskoczy?a, b?ysn?a na s?ocu i gdzie si poturla?a - od razu o niej
zapomnia?. Teraz siedzia?, zas?aniaj+c rkami oczy i prbowa? ju? nie
zrozumie, nie wymyli, ale chocia?by zobaczy, jak to powinno wygl+da,
ale znowu widzia? tylko maski, maski, maski... banknoty, butelki, kupy
szmat, ktre kiedy by?y lud?mi, kolumny liczb... Wiedzia?, ?e to wszystko
nale?y zniszczy, ale domyla? si, ?e nawet je?eli to wszystko bdzie
zniszczone, to nie zostanie nic - tylko naga i pusta ziemia. W bezsilnej
rozpaczy zapragn+? znowu oprze si o co plecami i odrzuci do ty?u g?ow.
Wsta?, machinalnie otrzepa? spodnie i zacz+? schodzi do wykopu.
S?oce pali?o, przed oczami lata?y czerwone plamy, drga?o powietrze na
dnie wykopu i przez to drganie wydawa?o si, ?e kula taczy w miejscu jak
boja na falach. Przeszed? obok koparki podnosz+c wysoko nogi i zabobonnie
uwa?aj+c, ?eby nie nadepn+ na czarne kleksy, potem wizn+c w piachu powlk?
si na ukos przez ca?y wykop do tacz+cej i mrugaj+cej kuli. By? zlany
potem, dusi? si z gor+ca, a jednoczenie wstrz+sa?y nim zimne dreszcze, jak
po przepiciu, w zbach skrzypia? kredowy py?. I ju? wicej nie prbowa?
myle. Tylko z rozpacz+ powtarza? jak modlitw: "Jestem zwierzciem,
widzisz przecie?, ?e jestem zwierzciem. Nie znam s?w, nie nauczono mnie
mwi, nie umiem myle, te kanalie nie da?y mi uczy si myle. Ale je?eli
naprawd jeste taka... wszechmocna... wszechmog+ca... wszechrozumiej+ca...
zdecyduj! Wejrzyj w moj+ dusz - ja wiem, w niej jest wszystko, czego ci
trzeba. Musi by! Przecie? nigdy i nikomu nie sprzeda?em duszy! Jest moja,
cz?owiecza! Sama wydob+d? ze mnie to, czego chc - przecie? to niemo?liwe,
?ebym chcia? z?a! Niech wszystko bdzie przeklte, przecie? nic nie umiem
wymyli oprcz tych jego s?w:
- SZCZCIE DLA WSZYSTKICH ZA DARMO! I NIECH NIKT NI ODEJDZIE
SKRZYWDZONY!
: 53, Last-modified: Thu, 13 Mar 2003 11:04:09 GMT