Trzeba tworzy dobro ze z?a bo nie ma nic innego, z czego  by  mo?na Je
tworzy.
     Robert Fenn Warren



     Fragmenty  wywiadu, ktry przeprowadzi?  specjalny  korespondent  Radia
Harmont z
     doktorem WALENTINEM PILLMANEM, w zwi+zku z przyznaniem  temu ostatniemu
Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za 19... rok
     -  ...  Zapewne pana pierwszym  powa?nym  odkryciem  by?o odkrycie  tak
zwanego radiantu Pillmana?
     - Nie s+dz. Radiant Pillmana to ani pierwsze, ani powa?ne, ani, cile
mwi+c, odkrycie. I w dodatku niezupe?nie moje.
     -  Pan chyba  ?artuje, panie doktorze. Radiant Pillmana  - te dwa s?owa
zna ka?dy ucze szko?y podstawowej.
     -  Nic  dziwnego.  Radiant  Pillmana  pierwszy  odkry?  w?anie  ucze,
niestety  nie  pamitam  jego  nazwiska,  niech  pan  zajrzy   do  "Historii
L+dowania" Stetsona,  tam pan znajdzie wszystkie  szczeg?y. Radiant  zosta?
odkryty przez ucznia, wsp?rzdne opublikowa? po raz pierwszy student, a nie
wiadomo dlaczego ochrzczono radiant moim nazwiskiem.
     - Tak,  z odkryciami zdarzaj+ si zdumiewaj+ce historie. Czy nie mg?by
pan wyjani naszym s?uchaczom, panie doktorze...
     -  Niech pan  pos?ucha, drogi rodaku.  Radiant Pillmana  to niezmiernie
prosta  rzecz.  Prosz sobie  wyobrazi,  ?e  wprowadzi? pan w ruch obrotowy
ogromny globus, a potem zacz+? pan do niego strzela z rewolweru. Dziurki na
globusie ulo?+ si w pewn+ okrelon+ krzyw+. Ca?a istota tego, co pan nazywa
moim pierwszym powa?nym  odkryciem, zawiera si w prostym fakcie - wszystkie
Strefy L+dowania - a jest ich sze - rozmieszczone s+
     na  powierzchni naszej planety  tak. Jakby kto szeciokrotnie strzeli?
do Ziemi z pistoletu umieszczonego na  linii Ziemia - Deneb. Deneb - to alfa
gwiazdozbioru
     ?abdzia,  a punkt na niebosk?onie, z ktrego, by tak rzec, strzelano -
nazywamy w?anie radiantem Pillmana.
     - Dzikuj  w imieniu  s?uchaczy,  panie  doktorze.  Drodzy  s?uchacze!
Nareszcie kto nam sensownie wyjani?, co to takiego radiant Pillmana! Ale a
propos,  panie  doktorze, wczoraj up?yn?o dok?adnie trzynacie lat  od dnia
L+dowania. By mo?e, zechce pan w  zwi+zku z tym powiedzie kilka s?w swoim
rodakom?
     - A co  konkretnie ich interesuje? Niech pan pamita, ?e  nie by?o mnie
wwczas w Harmont...
     -  Tym  bardziej  chcielibymy  us?ysze,  co  pan pomyla?, kiedy  si
okaza?o,  ?e  paskie  rodzinne  miasto  sta?o si  obiektem  inwazji  obcej
supercywilizacji...
     - Mwi+c szczerze w pierwszej chwili pomyla?em, ?e to kaczka... Trudno
by?o sobie wyobrazi, ?e w naszym starym, ma?ym miasteczku wydarzy?o si co
podobnego. Odyby to by?a Gobi, Nowa Funlandia - ale Harmont!
     - Jednak?e w kocu musia? pan uwierzy.
     - Istotnie, w kocu musia?em.
     - No i co by?o dalej?
     -  Nagle przysz?o mi do g?owy, ?e zarwno Harmont, jak i pozosta?e pi
Stref  L+dowania...  przepraszam, wtedy  wiedziano  tylko  o czterech...  ?e
wszystkie one  tworz+  okrelon+ krzyw+.  Obliczy?em wsp?rzdne  radiantu i
pos?a?em je do "Nature".
     - I w najmniejszym stopniu nie zaniepokoi? pana los rodzinnego miasta?
     - Widzi pan, wtedy ju?  wierzy?em w fakt L+dowania, ale  jednak w ?aden
sposb nie by?em  w  stanie  uwierzy panicznym korespondencjom o  p?on+cych
dzielnicach, o  potworach,  ktre szczeglnie  chtnie  po?era?y  starcw  i
dzieci,  o krwawych walkach midzy niemiertelnymi  przybyszami z Kosmosu, a
nader miertelnymi, ale  nieodmiennie bohaterskimi pancernymi dywizjami Jego
Krlewskiej Moci...
     - Mia?  pan s?uszno. Pamitam, ?e koledzy dziennikarze  nie?le  wtedy
narozrabiali... Powrmy  jednak do nauki. Odkrycie  radiantu Pillmana  by?o
paskim pierwszym,  ale, jak  s+dz, nie  ostatnim wk?adem w nasz+  wiedz o
L+dowaniu.
     - Pierwszym i ostatnim.
     - Ale bez w+tpienia  ledzi pan uwa?nie stan  midzynarodowych bada  w
Strefach L+dowania...
     - Tak... niekiedy przegl+dam "Biuletyn".
     -  Ma  pan na  myli  "Biuletyn Midzynarodowego Instytutu  Cywilizacji
Pozaziemskiej"?
     - Tak.
     - A  wic  co zdaniem  pana  nale?y  uzna  za  najwa?niejsze  odkrycie
ostatnich trzynastu lat?
     - Sam fakt L+dowania.
     - Przepraszam?
     -  Sam  fakt  L+dowania stanowi najwa?niejsze  odkrycie  nie  tylko  na
przestrzeni  ostatnich trzynastu  lat, ale  w ca?ej  historii ludzkoci. Nie
jest takie wa?ne, kim  oni byli,  sk+d i po co przybyli, dlaczego tak krtko
gocili  u  nas i  co si  z  nimi stalo p?niej.  Najwa?niejsze,  ?e  teraz
ludzko z ca?+ pewnoci+ wie, ?e nie jest samotna we Wszechwiecie. Obawiam
si, ?e Instytutowi  Cywilizacji Pozaziemskich ju? nigdy wicej  nie uda si
dokona rwnie fundamentalnego odkrycia.
     - To wszystko jest ogromnie interesuj+ce, panie  doktorze,  ale  prawd
mwi+c  mia?em  na  myli odkrycia w dziedzinie  techniki.  Odkrycia,  ktre
mog?aby wykorzysta nasza ziemska nauka i technika. Przecie? wielu wybitnych
uczonych  uwa?a,  ?e  materia?y znajduj+ce  si  w  Strefach L+dowania  mog+
zmieni ca?y bieg naszej historii.
     - No  c?, ja nie nale? do zwolennikw tego punktu widzenia.  A je?eli
chodzi o konkretne znaleziska, to przykro mi, ale nie jestem specjalist+.
     - Jednak od  dwch lat jest pan konsultantem  Komisji OFIZ,  zajmuj+cej
si ca?okszta?tem spraw zwi+zanych z L+dowaniem...
     -  To prawda. Ale  ja  nie  mam  nic wsplnego z badaniami  cywilizacji
pozaziemskich.  W   Komisji,  wsplnie  z  innymi  kolegami,  reprezentujemy
midzynarodowe  rodowisko naukowe, kontroluj+c  wykonanie rezolucji  ONZ  w
sprawie  eksterytorialnoci  Stref  L+dowania. Brutalnie  mwi+c, pilnujemy,
?eby   wszystkim,  co  znajduje  si   w  Strefach,   dysponowa?   wy?+cznie
Midzynarodowy Instytut.
     - Czy?by na te pozaziemskie cuda jeszcze kto mia? apetyt?
     - Tak.
     - Zapewne ma pan na myli stalkerw?
     - Nawet nie wiem, co to takiego.
     - Tak u  nas,  w  Harmont, nazywaj+ zuchwalcw, ktrzy na w?asne ryzyko
przekradaj+ si do Strefy i wynosz+ stamt+d wszystko, co  im wpadnie w rce.
To nowy, nie znany dotychczas fach.
     - Rozumiem. Nie, to nie le?y w naszej kompetencji.
     -  Jasne! Tymi sprawami zajmuje si  policja. Ale ogromnie chcielibymy
wiedzie, co w?aciwie le?y w paskiej kompetencji, panie doktorze?
     -  Wiadomo, ?e istnieje  sta?y  przemyt przedmiotw ze Stref L+dowania.
Materia?y  dostaj+  si w  rce  nieodpowiedzialnych jednostek  oraz  ca?ych
organizacji. Nas,  uczonych  i  cz?onkw  Komisji, interesuj+ rezultaty tego
przemytu.
     - Czy nie mg?by pan wypowiedzie si bardziej konkretnie?
     -  Wie  pan, lepiej  porozmawiajmy  o  sztuce.  Czy  naprawd  paskich
s?uchaczy nie interesuje moja opinia o niezrwnanej Qwendy Muller?
     - Ale?  oczywicie!  Ale  najpierw mo?e skoczymy z nauk+. Czy pan jako
uczony, nie ma czasem ochoty zaj+ si tymi pozaziemskimi cudami?
     - Jak by to panu powiedzie... Prawdopodobnie.
     -  A wic  niewykluczone, ?e pewnego  piknego dnia mieszkacy  Harmont
zobacz+ swego s?awnego rodaka na ulicach miasta?
     - Niewykluczone.




     lat   23,  kawaler.  Laborant  Midzynarodowego  Instytutu  Cywilizacji
Pozaziemskich, Filia w Harmont

     Poprzedniego  dnia   wieczorem  stoimy  sobie  z  nim  w  przechowalni.
Wystarczy  zrzuci Kombinezony i mo?na  i  w miasto, zajrze do "Barge"  i
wypi co stosownego dla wzmocnienia duszy  i cia?a. Ja stoj ot, tak sobie,
podpieram cian, swoje zrobi?em i ju? trzymam w pogotowiu papierosa,  pali
mi si chce wciekle  - od dwch godzin nie  mia?em papierosa w ustach. A on
jako  nie  mo?e  rozsta si  ze  swoimi  skarbami. Za?adowa?  jeden  sejf,
zamkn+?,  opiecztowa?,  teraz  za?adowuje  drugi: zdejmuje  z  transportera
"pustaki",  ogl+da  ka?dy  ze  wszystkich stron  (a ci?kie  s+  cierwa jak
wielkie nieszczcie, ka?dy  wa?y sze  i  p? kilo) i starannie ustawia na
p?kach.
     Okropnie d?ugo  ju?  wojuje z  tymi "pustakami" i moim skromnym zdaniem
bez  ?adnego po?ytku dla ludzkoci.  Na jego miejscu ja  bym ju?  dawno ola?
spraw i za te same pieni+dze zaj+?bym si czym  innym. Chocia?  z  drugiej
strony,  jeli si  zastanowi, taki  "pustak" rzeczywicie jest niezmiernie
zagadkowy, i mo?na  powiedzie -  szemrany. Ile to ja si ich nad?wiga?em, a
wszystko jedno,  za ka?dym  razem  jak  je  zobacz,  od  nowa nie  mog si
nadziwi. Dwie miedziane okr+g?e p?ytki  wielkoci spodeczka,  grube na pi
milimetrw, odleg?o midzy p?ytkami  czterysta  milimetrw,  i  oprcz tej
odleg?oci niczego midzy  p?ytkami nie  ma. Mo?na tam wsadzi rk, mo?na i
g?ow,  je?eli  kompletnie  zg?upia?e  ze   zdziwienia  -  pustka,  pustka,
powietrze. Pomimo to co miedzy nimi oczywicie by musi, si?a jaka, tak ja
to rozumiem, poniewa?  ani cisn+ tych  p?ytek,  ani  rozerwa  nikomu  si
jeszcze nie uda?o.
     No ch?opaki, trudno opisa co podobnego  komu, kto tego  nie widzia?.
Jako to  zbyt  proste, szczeglnie  jeli  si dobrze  przyjrze i uwierzy
wreszcie w?asnym oczom. To zupe?nie tak samo, jakby komu opisywa szklank,
albo nie daj  Bo?e kieliszek - tylko  palcami wodzisz i  klniesz  w poczuciu
absolutnej  bezsilnoci.  Dobra,  zak?adamy, ?ecie wszystko  zrozumieli,  a
je?eli  kto nie  zrozumia?, niech  we?mie "Biuletyn"  naszego instytutu - w
ka?dym numerze znajdzie artyku?y o "pustakach" z fotografiami...
     Jednym  s?owem  Kiry?  ju? prawie  od roku wojuje  z  tymi "pustakami".
Jestem u niego od  samego pocz+tku  i skarz mnie Bg, je?eli rozumiem, czego
on si  po nich  spodziewa, zreszt+, jeli mam by  szczery, nadmiernie  nie
wysilam swego umys?u. Niech najpierw on sam zrozumie,  niech sam rozwi+?e t
?amig?wk, a wtedy, by mo?e, pos?ucham, co bdzie mia? do  powiedzenia. Na
razie natomiast  jasne  jest  dla mnie jedno -  Kiry? musi za  wszelk+  cen
chocia? jednego "pustaka"  wypatroszy, nadgry? kwasami, zgnie pod pras+,
stopi w piecu. I wtedy wszystko stanie si dla niego jasne, zdobdzie s?aw
i chwa?,  a ca?a wiatowa  nauka  zap?acze  z  zachwytu rzewnymi ?zami. Ale
chwilowo, o ile si orientuj, do tego bardzo jeszcze daleko. Niczego do tej
pory  nie  osi+gn+?,  uszarpa?  si tylko nieprzytomnie, pozielenia?  nawet,
zrobi? si milcz+cy, wygl+da jak chory pies i chyba oczy mu ?zawi+. Gdyby to
by?  kto inny,  zaprowadzi?bym go  na wdk, a  potem  na  dziwki, ?eby  go
rozrusza?y, a rano  znowu  na wdk  i  znowu  na dziwki,  tylko inne, i  po
tygodniu  czu?by si jak wie?o narodzony  - uszy  do gry, gba od ucha  do
ucha. Tylko, ?e nie dla Kiry?a takie lekarstwo - nawet proponowa nie warto.
     A wic stoimy, znaczy si, w przechowalni, patrz na  Kiry?a, widz, co
si z nim dzieje, jakie ma zapadnite oczy, i tak mi si go ?al robi, ?e nie
macie  pojcia.  I  w?anie wtedy  zdecydowa?em.  To  znaczy nie  tyle nawet
zdecydowa?em, tylko jakby mnie kto poci+gn+? za jzyk.
     - S?uchaj - mwi - Kiry?...
     A Kiry?  w?anie stoi i trzyma w  rku ostatniego "pustaka"  i wpatruje
si w niego jakby chcia? wle? do rodka.
     - S?uchaj - mwi - Kiry?l A gdyby mia? pe?nego "pustaka", to co?
     - Pe?ny "pustak"? - powtarza i marszczy brwi, jakbym z nim nagle zacz+?
rozmawia po chisku.
     - No tak  - mwi. - Ta  twoja hydromagnetyczna pu?apka, jak jej tam...
obiekt 77-b. Tylko z jakim niebieskawym paskudztwem w rodku.
     Widz, ?e zaczyna do niego dociera.  Podnis? na mnie oczy, przymru?y?
powieki i widz, ?e  gdzie tam, za psimi ?zami pojawia  si jaki przeb?ysk
rozumu, jak on sam uwielbia si wyra?a.
     - Poczekaj - mwi. - Jak to pe?ny? Taki sam jak ten, tylko pe?ny?
     - Aha.
     - Gdzie?
     Nareszcie. Dotar?o. Nadstawi? uszu. gba od ucha do ucha.
     - Chod? - mwi - zapalimy.
     Kiry?   ?ywo  wepchn+?   "pustaka"  do  sejfu,   zatrzasn+?  drzwiczki,
przekrci? klucz trzy  i p? raza i poszlimy z powrotem do laboratorium. Za
zwyczajnego "pustaka" Ernest daje czterysta na rk, a za pe?nego - ja bym z
niego, sukinsyna, siedem skr zdar?, ale mo?ecie mi wierzy albo  nie, wtedy
nawet  o tym  nie  pomyla?em, bo  mj Kiry?, jakby mu  kto w kiesze naplu?
biegnie  po  dwa schodki  na gr, nawet zapali  cz?owiekowi nie da. Jednym
s?owem, wszystko mu  opowiedzia?em - Jak  wygl+da, gdzie le?y  i  jak si do
niego  naj?atwiej dosta. Kiry?  od  razu wyci+gn+? plan, znalaz? ten gara?,
zaznaczy? go  palcem, spojrza? na  mnie  i,  rzecz  jasna,  od razu wszystko
zrozumia?, zreszt+ niewiele tu by?o do rozumienia!
     - Ach,  ty! - mwi i umiecha si.  -  Ho c?, trzeba i, najlepiej od
razu jutro rano. O dziewi+tej zamwi przepustki i "kalosz", a o  dziesi+tej
zmwimy paciorek i pjdziemy. Co ty na to?
     - Mo?na - odpowiadam. - A kto na trzeciego?
     - A po co trzeci?
     - E,  nie - mwi  - to nie piknik z dziewczynami. A jeli  co  ci si
stanie? To jest Strefa - mwi
     - porz+dek musi by.
     Kiry? lekko si umiechn+?, wzruszy? ramionami.
     -  Jak  sobie  chcesz! Ty  si lepiej na  tym znasz.  Pewnie ?e lepiej!
Kiry?, rzecz jasna, przejawia? trosk o cz?owieka, to znaczy pomyla? o mnie
- obejdziemy  si bez  trzeciego, pojedziemy we  dwjk, cisza, spokj, i ja
bd czysty  jak  kryszta?.  Tylko ?e dobrze wiem -  ludzie  z instytutu  we
dwjk do  Strefy nie  chodz+. U nich  jest taki obyczaj: dwaj  robi+, co do
nich nale?y, trzeci za si przygl+da, a kiedy go potem zapytaj+ - opowie.
     -  Gdyby to ode mnie zale?a?o, wzi+?bym Austina  - mwi Kiry?. - Ale ty
si pewnie nie zgodzisz. A mo?e jednak?
     - Nie - mwi. - Tylko nie Austina. Austina we?miesz innym razem.
     Austin  to  niez?y  ch?opak, strach  i  odwaga s+  w  nim wymieszane  w
odpowiednich  proporcjach,  ale moim zdaniem jest ju? trefny. Kiry?owi  tego
nie wyt?umaczysz, ale ja takie rzeczy widz - wyobrazi? sobie, ?e Stref zna
i ?e ju? wszystko jest w niej dla niego jasne
     -  a to  znaczy, ?e nied?ugo bdziemy  mieli znajomy  pogrzeb.  No i na
zdrowie. Tylko ?e  ja nie reflektuj. - No dobrze -  mwi Kiry? - A  Tender?
Tender to jego drugi laborant. Niczego sobie ch?op.
     Spokojny.
     - Troch za stary - mwi. - A poza tym ma dzieci...
     - To nic. On ju? chodzi? do Strefy.
     -  Dobrze - mwi.  - niech  bdzie Tender...  Jednym s?owem zostawi?em
Kiry?a siedz+cego nad planem, a sam poszed?em prociutko do "Barge", bo ?re
mi si chcia?o nieprzytomnie, a i w gardle mi zasch?o.
     Dobra. Przychodz nastpnego  dnia  jak  zwykle  o dziewi+tej, pokazuj
przepustk, a na portierni dy?uruje ten sam tyczkowaty  sier?ant,  ktrego w
zesz?ym roku nie?le obs?u?y?em, kiedy po pijaku zacz+? si dowala do Guty.
     -  Cze  - mwi do  mnie.  -  Ciebie -  mwi - Rudy, szukaj+ po  ca?ym
instytucie... W tym momencie przerywam mu grzecznie.
     -  Dla  ciebie nie jestem ?aden Rudy  -  mwi. - I nie  staraj si  mi
podliza, szwedzka k?onico.
     - Na mi?o bosk+.  Rudy! - mwi sier?ant zdumiony. -  Przecie? wszyscy
tak ci nazywaj+.
     Przed Stref+ zawsze jestem roztrzsiony i jeszcze trze?wy na dodatek  -
z?apa?em go za pas i ze  wszystkimi szczeg?ami opowiedzia?em mu, kim jest i
dlaczego matka go zrodzi?a. On splun+?, zwrci? mi przepustk i ju? bez tych
wszystkich czu?oci mwi:
     - Obywatel  Red Shoehart ma niezw?ocznie stawi si u kapitana Herzoga.
Pe?nomocnika do Spraw Bezpieczestwa.
     -  O w?anie - mwi - to co innego. Ucz si, sier?ancie,  a zostaniesz
lejtnantem.
     A sam myl: co to znowu? Czego te? mo?e chcie ode mnie kapitan Herzog
w  godzinach  pracy?  Dobra, id  si stawi. Kapitan  ma gabinet na trzecim
pitrze,  luksusowy gabinet, i  kraty w oknach  jak  na  policji. Sam  Willy
siedzi za swoim biurkiem, pyka fajk i uprawia biurokracj za pomoc+ maszyny
do  pisania,  a  w k+cie grzebie  w stalowym sejfie  jaki sier?ancina, nowy
chyba,  nie znam go. W naszym instytucie tych sier?antw  jest wicej  ni? w
przecitnej dywizji i wszyscy tacy dorodni,  krew z  mlekiem - do Strefy nie
musz+ chodzi, a na wszelkie  zmartwienia  naszego wiata pluj+ z  trzeciego
pitra.
     - Dzie dobry -  mwi. - Pan mnie wzywa?? Willy  patrzy na mnie jak na
ropuch, odsuwa
     maszyn, k?adzie przed sob+ grub+ tekturow+ teczk i zaczyna przegl+da
papiery.
     - Red Shoehart? - pyta.
     - We w?asnej osobie - odpowiadam, a mia mi si chce,  ?e ledwie  mog
wytrzyma. Taki nerwowy chichot mn+ trzsie.
     - Od jak dawna pracujecie w instytucie?
     - Dwa lata, trzeci rok w?aciwie.
     - Stan cywilny?
     - Samotny - odpowiadam. - Sierota. Na to kapitan odwraca si do swojego
sier?anta i rozkazuje mu surowym g?osem:
     - Sier?ancie Lummer,  prosz i do archiwum i  przynie  akta  sprawy
numer sto pidziesi+t.
     Sier?ant  zasalutowa? i znikn+?, a  Willy zamkn+? teczk i tak pospnie
pyta:
     - Znowu to samo?
     - Co znowu?
     - Sam  dobrze wiesz.  Mow  materia?y przysz?y  w twojej sprawie.  Tak,
myl.
     - A sk+d te materia?y?
     Willy zaspi? si i ze z?oci+ zacz+? t?uc swoj+ fajk+ o popielniczk.
     - To nie twoja rzecz  -  mwi. - Ostrzegam ci, bo  znamy  si  nie  od
dzisiaj  - rzu to wszystko i to  raz na zawsze.  Jak ci  drugi raz z?api+,
szecioma miesi+cami  si nie wymigasz. A z Instytutu wylecisz natychmiast i
to na wieki wiekw, rozumiesz?
     - Rozumiem - mwi - to akurat  rozumiem dobrze, nie rozumiem tylko, co
za cierwo na mnie donios?o...
     Ale kapitan  znowu patrzy  na mnie  o?owianym  spojrzeniem,  pogwizduje
pust+ fajk+  i grzebie  w  swoich papierach.  To  znaczy, ?e wrci? sier?ant
Lummer z aktami sprawy numer sto pidziesi+t.
     - Dzikuj, Shoehart - mwi kapitan Willy  Herzog o przezwisku Tucznik.
- To wszystko, co chcia?em us?ysze.
     No a  ja poszed?em do szatni, przebra?em  si w  kombinezon, zapali?em,
przez ca?y czas myl - sk+d ten sw+d? Je?eli z instytutu, to przecie? lipa,
nikt tu o mnie nic nie wie i wiedzie nie mo?e. A je?eli przyszed? papier  z
policji... to o czym  oni mog+ tam  wiedzie, prcz moich starych  spraw?  A
mo?e  cierwnik wpad??  To bydl,  ?eby  samemu si wykrci,  rodzon+ matk
sprzeda.  Ale  przecie?  i  cierwnik  nic o mnie  teraz  nie wie. Myla?em,
myla?em,  nic m+drego  nie  wymyli?em i  postanowi?em  nie zawraca  sobie
g?owy! Ostatni raz  by?em  w  Strefie noc+ trzy  miesi+ce temu,  prawie ca?y
towar ju? opyli?em  i  prawie  wszystkie pieni+dze wyda?em,  teraz mog+ mnie
?apa do s+dnego  dnia. Ale kiedy ju?  szed?em  po schodach  na  gr, nagle
sp?yn?o na mnie olnienie, i  to takie, ?e wrci?em do szatni,  usiad?em  i
znowu zapali?em. Wychodzi?o na to, ?e do  Strefy dzisiaj i nie  mog, i to
pod  ?adnym pozorem. Ani jutro nie mog, ani  pojutrze. Wychodzi?o na to, ?e
gliny znowu mnie  maj+  na oku, ?e nie zapomnieli  o  mnie, a  je?eli  nawet
zapomnieli, to kto im w?anie przypomnia?. Obecnie to ju? zreszt+ niewa?ne,
kto mianowicie. Ka?dy stalker, je?eli tylko nie upad?  na g?ow, wie, ?e  go
ledz+. Teraz musz siedzie cicho w najciemniejszym k+cie, jaki  uda mi si
znale?. Jaka znowu Strefa? Ja  tam  nawet z przepustk+ od ilu ju?  miesicy
nie by?em! Czego si czepiacie uczciwego laboranta?
     Obmyli?em to  wszystko i nawet jakby pewn+ ulg uczu?em,  ?e nie musz
dzisiaj i do Strefy. Tylko
     jakby  o  tym  mo?liwie delikatnie  zawiadomi Kiry?a?  Powiedzia?em mu
wprost:
     - Do Strefy nie id. Jakie bd+ dalsze polecenia?
     Na te  s?owa Kiry?  oczywicie wyba?uszy? na mnie oczy. Potem widocznie
dotar?o  do  niego,  bo  wzi+?  mnie  za  ?okie,  zaprowadzi?   do  swojego
gabineciku, posadzi? przy swoim  biurku, a  sam  usiad?  obok  na parapecie.
Zapalilimy. Milczymy, nastpnie Kiry? pyta mnie ostro?nie:
     - Czy co si sta?o. Red? No i co ja mam powiedzie.
     -  Nie  -  mwi  - nic  si nie sta?o. A  wiesz, przer?n+?em wczoraj w
pokera dwadziecia zielonych - ten Nunnun gra jak stary...
     - Poczekaj - mwi Kiry?. - Ty co, rozmyli?e si?
     A? stkn+?em z wysi?ku.
     - Nie  mog  -  mwi do  niego,  a sam  a? zby zaciskam.  - Nie mog,
rozumiesz? Przed chwil+ wezwa? mnie do siebie Herzog.
     Kiry?  oklap?.  Znowu  wygl+da?  jak p?tora nieszczcia, i znowu mia?
oczy  chorego  pudla.  Westchn+? tak  jako  spazmatycznie,  zapali?  nowego
papierosa od starego niedopa?ka i mwi cicho:
     - Mo?esz mi wierzy. Red, ?e ja nikomu s?owa nie powiedzia?em.
     - Daj spokj - mwi. - To nie o ciebie chodzi.
     - Ja nawet Tenderowi jeszcze nie powiedzia?em. Wypisa?em  mu przepustk
i nawet nie zapyta?em go, czy pjdzie z nami, czy nie...
     Ja  milcz, siedz i pal. I mia mi si chce i p?aka, nic biedak nie
rozumie.
     - A czego chcia? od ciebie Herzog?
     - Nic specjalnego - mwi. - Kto na mnie donis? i to wszystko.
     Popatrzy? na mnie  jako dziwnie, zeskoczy? z parapetu i zacz+? chodzi
po swoim gabineciku tam i z powrotem. Kiry? biega po gabinecie, a ja siedz,
dmucham dymem i milcz, g?upio mi, ?e tak idiotycznie to wszystko wysz?o
     - licznie go wyleczy?em  z melancholii, szkoda gada. A czyja to wina?
Wy?+cznie moja.  Pokaza?em dziecku czekoladk, a czekoladka jest  schowana w
zaczarowanej skrzyni, a skrzyni  pilnuje  z?y  czarodziej... W  tym momencie
Kiry? przestaje biega, staje  obok mnie, patrzy gdzie w bok, wida,  ?e mu
g?upio, i pyta:
     - S?uchaj, Red, a ile mo?e kosztowa taki pe?ny "pustak"?
     Z  pocz+tku  nie  zrozumia?em, z  pocz+tku  pomyla?em, ?e  on liczy na
kupienie gdzie takiego  "pustaka", tylko ?e gdzie tam co podobnego kupisz,
by mo?e jeden jedyny na ca?ym wiecie stoi w tamtym gara?u, zreszt+ tak czy
tak, pienidzy by  mu nie starczy?o,  sk+d u niego  pieni+dze  - zagraniczny
specjalista  i to  jeszcze z  Rosji. A  potem  raptem  jakby we  mnie piorun
strzeli? - to znaczy ?e on, dra, myli, ?e  ja  dla  forsy?! Ach ty, myl,
sukinsynu,  za kogo ty mnie bierzesz?! Ju? nawet usta otworzy?em, ?eby mu to
wszystko powiedzie. I zaj+kn+?em si. Bo co innego, mwi+c otwarcie, mia? o
mnie myle? Stalker to stalker, nie  ma co robi  b?kitnych oczu, poka?cie
mu tylko fors, za fors stalker w?asnym  ?yciem zahandluje. Tak to  w?anie
teraz  wygl+da, ?e  wczoraj  zarzuci?em przynt,  a dzisiaj  zabieram mu j+
sprzed nosa,  cen podbijam. A? mi  jzyk stan+? ko?kiem  od  tych myli,  a
Kiry? patrzy  na mnie  badawczo,  oczu ze mnie  nie  spuszcza i widz w tych
oczach  nawet nie  pogard,  a  jakby  nawet  jakie  zrozumienie.  I  wtedy
spokojnie mu wszystko wyt?umaczy?em.
     - Do  gara?u - mwi -  jeszcze nikt z przepustk+ nie chodzi?. Droga do
niego nie jest  jeszcze  oznakowana, wiesz  o  tym.  Teraz  pomyl,  wracamy
stamt+d i twj Tender zaczyna wszystkim opowiada, jak to zasunlimy prosto
do gara?u, zabralimy co trzeba i z powrotem do  domu.  Jakbymy skoczyli do
sklepu naprzeciwko. I dla ka?dego bdzie jasne -
     mwi - ?e z gry wiedzielimy, dok+d i po co idziemy. A to znaczy,  ?e
kto nam da? cynk. A ju?  kto  z nas  trzech  - komentarze  chyba zbyteczne.
Rozumiesz, czym to dla mnie pachnie?
     Skoczy?em  swoje przemwienie,  spojrzelimy sobie  g?boko  w oczy  i
milczymy.  Potem  nagle Kiry? klasn+? w rce,  zatar?  d?onie i  niby  ra?no
oznajmia:
     - No c?, jak nie to nie. Rozumiem ci. Red, i nie potpiam. Pjd sam.
A nu? wszystko dobrze si skoczy... nie pierwszy raz.
     Roz?o?y?  plan na parapecie opar? si o niego  ?okciami, przygarbi?,  i
ca?a jego dziarsko z miejsca wyparowa?a. S?ysz, jak mruczy do siebie:
     - Sto  dwadziecia metrw...  nawet sto  dwadziecia dwa... i jeszcze w
samym gara?u... Nie, nie wezm Tendera. Jak mylisz. Red mo?e nie warto bra
Tendera? Jak by nie by?o, ma dwoje dzieci...
     - Samego ci nie puszcz+ - mwi.
     - Wypuszcz+  - mruczy  - znam wszystkich sier?antw... i lejtnantw te?
znam... nie podobaj+ mi si te ci?arwki! Trzynacie lat pod go?ym niebem i
ci+gle jak nowe... Dwadziecia krokw dalej cysterna - zardzewia?a, dziurawa
jak sito, a one jakby prosto z fabryki... Och, ta Strefa!
     Unis? g?ow znad planu i zapatrzy? si w okno. I ja te?  spojrza?em  w
okno. Szyby w  naszych oknach s+ grube, solidne, a za szyb+ Strefa - matula,
oto ona, dwa kroki st+d, z dwunastego pitra wida j+ jak na d?oni...
     Tak popatrze  na ni+ - niby ziemia jak ziemia. S?oce  j+ ogrzewa tak,
jak  ogrzewa ca?+  reszt ziemi i niby nic si nie  zmieni?o,  niby wszystko
wygl+da  tak  samo,  jak  trzynacie  lat  temu.  Gdyby  nieboszczyk   tatu
popatrzy?,  toby nic  specjalnego  nie  zauwa?y?,  mo?e  tylko  by  zapyta?,
dlaczego fabryka nie dymi.  strajkuj+ czy co? Sto?kowate ha?dy ??tej ziemi,
nagrzewnice blikuj+ na s?ocu,  szyny, szyny,  szyny, na szynach lokomotywa,
za ni+ wagoniki, platformy...
     Przemys?owy krajobraz, jednym s?owem.  Tylko ludzi nie ma.  Ani ?ywych,
ani martwych. A oto i gara? wida
     - d?uga szara g+sienica, brama na ocie?, na parkingu stoj+ ci?arwki.
Trzynacie lat stoj+ i nic si z nimi nie  dzieje. To Kiry? bystrze zauwa?y?
- g?wka  pracuje.  Nie  daj Bo?e midzy dwa samochody si pcha,  samochody
trzeba z  daleka obchodzi...  tam jest jedna taka  szczelinka  w  asfalcie,
jeli  oczywicie od tamtego czasu cierniem  nie  zaros?a... Sto dwadziecia
metrw  -  odk+d  on liczy? A, chyba od  ostatniego znaku. S?usznie, stamt+d
wicej  nie  bdzie. Brawo okularnicy, nie na darmo chleb jedz+... Patrzcie,
oznakowali  drog  do  samego  wysypiska, i  to  jak  chytrze!  O,  tu  jest
rozpadlina,  w ktrej  Zgnilec  znalaz? wieczny  spoczynek,  wszystkiego dwa
metry od ich drogi... A przecie? ostrzega? wtedy Kosmaty Zgnilca
     - trzymaj si, idioto, z daleka od do?w, bo nie bdzie czego do trumny
w?o?y...  I mia?  wit+  racj, nawet  ?adna  trumna nie by?a potrzebna...
Kiedy idziesz do Strefy, to sobie zakonotuj: z towarem wrci?e - cud boski,
z ?yciem uszed?e - daj na  msz, kula patrolu  - fart, a ca?a reszta -  jak
los zdarzy.
     Spojrza?em na Kiry?a  i widz, ?e mnie  spod  oka obserwuje. I twarz ma
tak+, ?e w tym momencie  wszystkie moje mocne postanowienia diabli wzili. A
niech ich wszystkich, myl, szlag trafi, co w?aciwie mog+ mi zrobi? Kiry?
ju? w ogle mg? nic nie mwi, ale powiedzia?.
     - Shoehart  - mwi. -  Z  oficjalnych, podkrelam, z oficjalnych ?rde?
otrzyma?em  informacj,  ?e  zbadanie gara?u  mo?e  przynie  nauce ogromn+
korzy.  W  zwi+zku  z  tym  powsta?  projekt  wyprawy  do  gara?u.  Premi
gwarantuj. - I umiecha si, jakby wygra? sto tysicy.
     -  A z jakich to oficjalnych ?rde?  pochodzi ta informacja?  - pytam i
te? umiecham si jak idiota.
     -  Z  poufnych ?rde?  -  odpowiada. - Ale  panu mog  powiedzie...  -
przesta? si umiecha i zaspi? si. - Powiedzmy od doktora Douglasa.
     - Aha - mwi - od doktora Douglasa... A od ktrego to Douglasa?
     - Od  Sama  Douglasa  - odpowiada  sucho. -  Od  tego,  ktry zgin+?  w
ubieg?ym roku.
     A? mnie dreszcz przeszed?. A ?eby ci! Kto przed wyjciem mwi o takich
rzeczach? Mo?esz tym okularnikom  ko?ki na g?owie ciosa  -  nic do nich nie
dociera... Z?ama?em niedopa?ek w popielniczce i mwi:
     - Dobra. Gdzie twj Tender? D?ugo jeszcze bdziemy na niego czeka?
     Jednym s?owem na ten temat wicej nie rozmawialimy. Kiry? zadzwoni? na
baz  transportow+,  zamwi?  "lataj+cy  kalosz", a ja  wzi+?em  plan,  ?eby
zobaczy,  co oni tam  narysowali.  Zupelnie nie?le narysowali, w normie. Na
podstawie fotografii z lotu ptaka, w du?ym powikszeniu. Wida nawet bie?nik
na  oponie,  ktra le?y pod bram+  gara?u. Ech, ile by  ka?dy stalker da? za
taki  plan...  a zreszt+, na  jak+ choler  zda  si  plan  po  nocy,  kiedy
pokazujesz gwiazdom zadek i w?asnych r+k nie mo?esz zobaczy.
     A  tymczasem  objawi?  si i  Tender.  Czerwony,  zadyszany.  Crka  mu
zachorowa?a,  musia?  lecie  po  lekarza, no  a my  uraczylimy  go radosn+
wiadomoci+ -  idziemy  do Strefy.  Z pocz+tku nawet  o  sapaniu  zapomnia?,
biedactwo. "Jak to do Strefy?  - mwi - Dlaczego w?anie ja?" Jednak?e kiedy
us?ysza? o  podwjnej  premii  i  o  tym,  ?e  Red  Shoehart  rwnie? idzie,
oprzytomnia? i znowu zacz+? sapa.
     Jednym  s?owem  zeszlimy  we trjk  do "buduaru".  Kirry? polecia? po
przepustki, pokazalimy je jeszcze jednemu sier?antowi, a ten sier?ant wyda?
nam skafandry. Trzeba przyzna,  ?e to wyj+tkowo po?yteczny wynalazek. Gdyby
go  tak jeszcze przefarbowa z czerwonego na  jaki inny bardziej odpowiedni
kolor.
     Ka?dy stalker wy?o?y  za taki skafander piset zielonych bez zmru?enia
oka.  Ju? dawno  przysi+g?em  sobie, ?e stan na uszach  i gwizdn chocia?by
jeden. Ma pierwszy rzut oka niby nic specjalnego, skafander jak dla  nurka i
he?m jak  dla nurka,  z przodu przezroczysty. Mo?e  nawet nie jak u nurka, a
raczej  jak u lotnika  w  samolotach nadd?wikowych albo jak  u  kosmonauty.
Lekki, wygodny, nigdzie nie cinie i nie pocisz si w nim  z gor+ca. W takim
skafandrze  mo?na  i  choby  w  ogie  i  te? ?aden  gaz  do  rodka  nie
przeniknie,  nawet  kula. jak mwi+,  go nie przebije. Oczywicie i ogie, i
jaki  tam  iperyt,  i kula karabinowa - to wszystko  jest  nasze, ziemskie,
ludzkie. W  Strefie  niczego takiego  nie ma,  w Strefie nie tego trzeba si
ba. Zreszt+, co tu gada, i  w tych skafandrach ludzie te? gin+  jak muchy.
Inna  sprawa, ?e bez  skafandrw  mo?e by?oby jeszcze  gorzej. Od "ognistego
puchu"  na przyk?ad skafandry  zabezpieczaj+ na sto  procent,  i  od pluni
"diabelskiej kapusty"... no,
     dobra.
     Wle?limy w skafandry, przesypa?em mutry z woreczka do bocznej kieszeni
i  przemaszerowalimy  przez ca?y teren instytutu  do wyjcia w Stref. Taki
jest u  nich obyczaj! niech widz+  - oto ?o?nierze nauki  id+ sk?ada  swoje
?ycie na o?tarzu wiedzy, ludzkoci i Ducha witego, amen. I rzeczywicie we
wszystkich oknach a? do czternastego pitra stoj+, wsp?czuj+, tylko jeszcze
brakuje powiewaj+cych chusteczek i orkiestry.
     -  Rwnaj  krok  -  mwi do  Tendera.  - Ka?dun  wci+gnij, nieszczsny
?amago! Wdziczna ludzko nie zapomni o tobie!
     Spojrza? na mnie i widz, ?e mu nie w g?owie ?arty. I s?usznie  - jakie
tam ?arty! Ale kiedy idziesz do  Strefy, to ju? jedno z dwojga: albo p?aka,
albo  si  mia, a ja jeszcze nigdy w  ?yciu  nie  p?aka?em.  Spojrza?em na
Kiry?a. nie  powiem, trzyma  si nie?le,  tylko wargami  porusza,  jakby si
modli?.
     -  Modlisz si? - pytam. - Mdl si -  mwi - mdl! Im dalej w Stref,
tym bli?ej do nieba...
     - Co? - pyta, bo nie dos?ysza?.
     - Mdl sie! - krzycz. - Stalkerw wpuszczaj+ do nieba bez kolejki!
     Wtedy Kiry?  si umiechn+?  i poklepa? mnie po plecach, niby - nie bj
si nic, ze mn+ nie zginiesz, a w ogle raz kozie mier. Zabawny facet, jak
Boga kocham.
     Oddalimy przepustki ostatniemu sier?antowi. Tym razem w drodze wyj+tku
okaza?  si  lejtnantem,  znam  go  zreszt+, jego ojciec handluje w Rexopolu
nagrobkami. "Lataj+cy kalosz" ju? na nas czeka, ch?opcy z bazy podstawili go
pod sam+ wartowni. Wszystko ju? jest na miejscu - i "pogotowie  ratunkowe",
i  stra? po?arna, i nasza  waleczna  gwardia, nieustraszeni  ratownicy, kupa
spasionych darmozjadw ze swym helikopterem. Patrze na nich nie mog!
     Wle?limy do "kalosza", Kiry? usiad? przy sterach i mwi do mnie:
     - No, Red, obejmuj dowodzenie.
     Bez zbdnego popiechu rozpi+?em zamek  b?yskawiczny na piersi, wyj+?em
zza pazuchy  manierk, goln+?em  jak nale?y, zakrci?em zakrtk i schowa?em
manierk  z powrotem. Bez tego nie potrafi. Ktry to ju? raz id do Strefy,
a bez tego nie mog. Tamci dwaj patrz+ na mnie, czekaj+.
     - A wic  tak - mwi. - Wam  nie proponuj,  dlatego  ?e idziemy razem
pierwszy raz i nie  wiem, jak na was  dzia?a alkohol. Regulamin bdzie taki:
wszystko, co powiem, wykonywa natychmiast i bez gadania. Je?eli kto zagapi
si albo zacznie jakie tam pytania zadawa - bd pra? czym popadnie, za co
z gry przepraszam, na przyk?ad tobie, panie Tender, powiem: sta  na rkach
i id? naprzd. I w tej?e chwili pan Tender musi zadrze swoj+ ci?k+ dup do
gry i  robi, co  mu  kazano. A nie pos?uchasz, to, by mo?e, swojej chorej
creczki  nigdy wicej  w ?yciu nie  zobaczysz. Rozumiesz?  Ale  ju? ja  si
zatroszcz, ?eby j+ zobaczy?.
     - Ty,  Red, tylko  nie zapomnij powiedzie - chrypi Tender,  a ju? jest
ca?y czerwony, widz, jak si  poci  i wargi  mu k?api+.  -  Ja nie tylko na
rkach, na zbach pjd, gdzie ka?esz, nie jestem nowicjuszem, wiesz o tym.
     -  Dla mnie  obaj  jestecie  nowicjusze -  mwi -  a  powiedzie  nie
zapomn, spokojna g?owa. Aha, umiesz prowadzi "kalosz"?
     - Umie - odpowiada Kiry? - dobrze prowadzi.
     - Jak dobrze,  to dobrze - mwi.  -  W takim razie - z Bogiem! Opuci
przy?bice! Ma?a naprzd, cile  wed?ug znakw,  wysoko  trzy  metry. Przy
dwudziestym sidmym s?upku - przystanek.
     "Kalosz"  wystartowa?  i  Kiry? na  wysokoci  trzech metrw da?  "ma?a
naprzd", a ja nieznacznie odwrci?em g?ow i leciutko dmuchn+?em przez lewe
rami.  Widz  -  gwardzici -  ratownicy  wsiedli  do swojego  helikoptera,
stra?acy  z  szacunkiem stanli na  baczno, lejtnant w  drzwiach  wartowni
salutuje nam, idiota nieszczsny - a nad nimi wszystkimi wisi wielki plakat,
ju?  dobrze wyp?owia?y: "Serdecznie witamy, szanowni  Przybysze"! Tender ju?
zebra? si w sobie, ?eby im wszystkim pomacha rk+ na po?egnanie, ale ja mu
tak  przysun+?em   pici+   w  bok,  ?e   od   razu  zapomnia?   o   swoich
arystokratycznych   manierach.  Ja   Ci  poka?,  durniu,  po?egna  mu  si
zachcia?o!
     Pop?ynlimy.
     Po   lewej  mielimy   instytut,  po  prawej  Kwarta?   Zad?umionych  i
posuwalimy si od znaku do znaku, samym rodkiem ulicy. Och, dawno Ju? nikt
po tej ulicy nie je?dzi? ani  nie chodzi?! Asfalt popka?, pknicia zarosty
traw+, ale to jeszcze by?a nasza, zwyk?a trawa, ludzka i normalna. A tam, na
chodniku, po lewej rce, ros?y ju? czarne ciernie, i po tych cierniach  by?o
wida, jak  precyzyjnie Strefa  sama siebie wyznacza -  czarne zarola  przy
samej jezdni,  jakby  kto  no?em  uci+? nie,  jednak ci  przybysze  to  byli
przyzwoici  faceci, narozrabiali  paskudnie, to prawda, ale  sami wyznaczyli
sobie granic. Przecie? nawet "ognisty puch" na nasz+  stron ze Strefy  nie
leci, chocia?, zdawa?oby si, wiatr go nosi we wszystkie strony...
     Domy w Kwartale  Zad?umionych s+  oblaz?e, martwe, ale  szyby w  oknach
prawie  wszdzie  ocala?y,  tylko  zaros?y brudem  i dlatego  wygl+daj+  jak
olep?e. Ale noc+,  kiedy  czo?gasz  si tamtdy,  wida  dobrze wiate?ka w
mieszkaniach,  jakby kto  pali?  suchy spirytus. Takie  niebieskawe  jzyki
p?omyczkw. To "czarci pudding" zieje z piwnic. Ale je?eli patrze ot  tak -
bloki  jak bloki,  wymagaj+, rzecz  jasna, remontu, ale nic  nadzwyczajnego,
tylko ludzi  nie  wida. W tym  domu z czerwonej  ceg?y  mieszka?,  nawiasem
mwi+c,  nasz nauczyciel  rachunkw  o d?wicznym przezwisku Przecinek.  By?
koszmarnym  nudziarzem i w ?yciu mu si nie powiod?o,  druga ?ona odesz?a od
niego przed samym  L+dowaniem, a crka mia?a bielmo na jednym oku, pamitam,
?e dokuczalimy jej bez mi?osierdzia. Kiedy si zacz?a panika. Przecinek ze
wszystkimi z tego kwarta?u w  samych gaciach bieg? a?  do  mostu -  dziesi
kilometrw bez  zatrzymywania.  Potem  d?ugo  chorowa?, skra  mu  zlaz?a  i
paznokcie.  Wszyscy, ktrzy  mieszkali  w  Kwartale,  no  powiedzmy,  prawie
wszyscy,  identycznie  chorowali i dlatego teraz tak si  w?anie  nazywa  -
Kwarta? Zad?umionych. niektrzy umarli, ale przewa?nie starsi, i to  te? nie
wszyscy. Ja na przyk?ad myl, ?e oni  umarli przede wszystkim ze strachu, a
nie  z powodu choroby.  To by?o straszne. Kto  mieszka? w tym  kwartale, ten
chorowa?. A  w tamtych trzech - ludzie lepli. Teraz te kwarta?y tak w?anie
si nazywaj+ - Pierwszy Ociemnia?y,  Drugi Ociemnia?y...  lepli zreszt+ nie
do koca,  a tylko tak troch,  co w rodzaju kurzej  lepoty.  Co  ciekawe,
opowiadaj+, ?e nie olepli od jakiego b?ysku czy wybuchu, chocia? mwi+, ?e
wybuchy te? by?y, ale od strasznego ?oskotu. Zagrzmia?o, mwi+, z tak+ si?+,
?e od  razu  nas  olepi?o.  Lekarze t?umacz+  im,  jak  komu dobremu  -  to
niemo?liwe, przypomnicie  sobie  dobrze! Nie, uparli si,  to by?  wyj+tkowo
silny  grzmot i od niego wlanie oleplimy. A  ?eby  by?o  mieszniej, nikt
prcz nich ?adnego grzmotu nie s?ysza?.
     Tak. wygl+da tu,  jakby nic  si nie sta?o. O, tam stoi  szklany kiosk,
caluteki. Dziecinny wzek w bramie, nawet pociel  zdaje si, jest  jeszcze
czysta...  Tylko  te  anteny  zaros?y  jakimi  wiechciami  na  podobiestwo
morskiej trawy. Okularnicy na t traw  dawno  zby sobie ostrz+. Ciekawo,
rozumiecie,  co to za trawa - nigdzie indziej czego podobnego nie ma, tylko
w  Kwartale Zad?umionych i  tylko na antenach. A co najwa?niejsze - tu? obok
instytutu,  pod samymi oknami. W zesz?ym roku wpadli  na wietny  pomys?,  z
helikoptera opucili kotwiczk  na stalowej linie,  zaczepili jeden wieche.
Tylko  poci+gnli, nagle psz-sz-sz! Patrzymy - antena dymi, kotwiczka dymi i
lina te?  dymi, i to zdrowo. I  dymi  si to wszystko nie normalnie, tylko z
takim jakim  jadowitym sykiem  - wypisz, wymaluj grzechotnik.  No a  pilot,
chocia? lejtnant, szybko pokapowa?, co i jak, rzuci? lin, a sam da? dba...
O,  tam  w?anie wisi  ta  lina, prawie do  samej ziemi zwisa  i  ca?a traw+
zaros?a...  I  tak  powolutku, powolutku  dop?ynlimy do  koca  ulicy,  do
zakrtu. Kiry? spojrza? na mnie - skrca? Machn+?em mu rk+
     - na pierwszym  biegu! Nasz "kalosz" skrci?  i wolniutko pop?yn+?  nad
ostatnimi  metrami  ludzkiej  ziemi. Trotuar zbli?a  si, zbli?a  i ju? cie
naszego "kalosza" pad? na czarne ciemi... Koniec. To ju? Strefa! I od  razu
mrz po skrze... Za ka?dym razem  tak mnie trzsie i do tej  pory nie wiem,
czy to Strefa  mnie tak wita, czy nerwy stalkera  wysiadaj+. Za ka?dym razem
obiecuj sobie, ?e jak wrc, to  zapytam, czy z innymi dzieje si podobnie,
i za ka?dym razem zapominam.
     No dobra, pe?zniemy  sobie wolniutko nad by?ymi ogrdkami,  silnik  pod
stopami  huczy  rwno,  spokojnie - no,  myl, on  ma  najmniej powodw  do
niepokoju.  I w tej w?anie  chwili mj Tender nie wytrzyma?. Nie zd+?ylimy
nawet  dotrze  do pierwszego  s?upka, jak nagle  zacz+? gada. Ho  tak, jak
zwykle ??todzioby  gadaj+ w Strefie - z+b na z+b facetowi nie trafia, serce
zamiera,  cz?owiek nie wie, co si z nim  dzieje, wstydzi si okropnie i nie
mo?e si opanowa. Moim zdaniem  to co w rodzaju kataru: cho si powie, z
nosa leje si i leje. Czego to oni nie  wygaduj+! To jeden z drugim  zacznie
si  zachwyca  krajobrazem,  to zacznie  wyk?ada  swoje  teorie  na  temat
przybyszw  albo w ogle truje  co bez sensu i  ju? nie jest  w stanie  si
zatrzyma,  tak  jak  teraz Tender o  swoim nowym  garniturze.  Ile za niego
zaplaci? i jaka cienka we?na, i jak mu krawiec guziki zmienia?...
     - Zamknij si - mwi.
     Tender popatrzy? na mnie baranim wzrokiem, bezg?onie poruszy? wargami,
i  znowu:  ile jedwabiu posz?o na  podszewk. A ogrdki ju?  si kocz+, pod
nami gliniaste pole, gdzie  dawniej  by?o wysypisko  mieci, i  czuj, jakby
jaki wiaterek powia?. Przed chwil+  ?adnego wiatru nie  by?o, a teraz nagle
powia?o, kurz si unosi i zdaje mi si, ?e co s?ysz.
     - Milcz,  cierwo - mwi  do Tendera.  nie, w  ?aden  sposb nie  mo?e
przesta. Teraz znowu o w?osiance zaczyna, no je?eli tak, to przepraszam.
     - Stj - mwi do Kiry?a.
     Kiry? natychmiast hamuje.  Zuch,  ma szybki  refleks. Bior Tendera  za
rami, obracam go do siebie i z ca?ej si?y w przy?bic. R+bn+?, biedak nosem
w szyb, oczy  zamkn+? i zamilk?. I jak tylko zamilk?, us?ysza?em: tr-r-r...
tr-r-r... tr-r-r...  Kiry? popatrzy? na mnie,  zacisn+? szczki, wyszczerzy?
zby. Pokazuj  mu rk+, stj, stj,  na mi?o bosk+,  nie ruszaj si.  Ale
przecie? on te? s?yszy to trzeszczenie i jak  ka?dego nowicjusza natychmiast
korci go, ?eby co robi, ?eby dzia?a. "Tylny bieg?" - szepce. Rozpaczliwie
krc  g?ow+,  potrz+sam pici+ przed samym jego he?mem  - uspokj  si, do
cholery. Ech, mamo kochana, z tymi nowymi nie wiadomo co pocz+, czy na pole
uwa?a,  czy na nich.  I w tym momencie zapomnia?em  o wszystkim.  Nad  kup+
wiekowych  mieci,  nad  pot?uczonym  szk?em,  nad  strzpami  starych szmat
zafalowa?o takie jakie dr?enie,  migotanie takie,  no prawie tak, jak  drga
gor+ce  powietrze  latem  nad  pokrytym  blach+   dachem,  przepe?z?o  przez
wzniesienie  i  sz?o,  sz?o, prosto  na  nas,  tu?  obok  s?upka,  nad drog+
zatrzyma?o si, posta?o z p? sekundy - czy mo?e mi si tak tylko wyda?o - i
poci+gn?o w  pole, za krzaki, za zgni?e parkany, tam,  na cmentarz  starych
samochodw.
     Niech  ich  diabli  wezm+,  okularnikw!  Musieli  d?ugo  myle,  ?eby
wyznaczy drog wprost nad wykopem! A  ja  te? jestem  dobry.  Gdzie  mia?em
oczy, kiedy zachwyca?em si ich kretysk+ map+?
     - Teraz ma?a naprzd - mwi do Kiry?a.
     - A co to by?o?
     - Diabe? go tam wie! By?o  i  nie ma, i Bogu  dziki. A ty si zamknij,
je?eli ci mog o co prosi. Teraz nie jeste cz?owiekiem, rozumiesz? Teraz
jeste maszyn+, moim sterem...
     Tu si tropn+?em, ?e i u mnie chyba zaczyna si s?owny katar.
     - Dosy  tego - mwi. -  Ani s?owa wicej. Krlestwo za  jeden ?yk. Do
chrzanu te  wszystkie skafandry, tyle wam powiem. Bez skafandra dziki Bogu,
par lat prze?y?em i  mam nadziej prze?y drugie tyle, a bez solidnego ?yku
czego mocniejszego w takiej chwili... No, trudno!
     Wietrzyk jakby ucich?, nic podejrzanego nie s?ycha, tylko silnik huczy
tak  monotonnie, spokojnie. A  dooko?a  s?once,  a dooko?a upa?...  odblaski
wiat?a... wszystko  jakby  sz?o normalnie, s?upki na dole przep?ywaj+ jeden
za drugim. Tender milczy, Kiry? milczy, wyrabiaj+  si ch?opcy, nie martwcie
si, kochani, w Strefie  te? mo?na ?y przy odrobinie wprawy. A oto i s?upek
z numerem dwadziecia siedem - ?elazny prt, a na nim czerwone ko?o z dwjk+
i sidemk+. Kiry?  spojrza?  na  mnie, skin+?em  mu  glow+  i  nasz "kalosz"
stan+?.
     Wszystko  do  tej  pory to  by?o ma?e  piwo. Teraz  nic, tylko  spokj.
pieszy si nie  mamy dok+d, wiatru  nie ma, widoczno dobra, wszystko jak
na d?oni. Wida wykop, w ktrym  Zgnilec  znalaz? zas?u?ony  spoczynek - co
kolorowego jakby tam  le?y, mo?e  to  jego ?achy. Parszywy by?  typ.  Panie,
zmi?uj  si nad jego grzeszn+ dusz+, chciwy, g?upi, niechlujny, tylko takich
cierwnik  Barbridge widzi na  kilometr i zgarnia pod swoje  skrzyd?a... a w
ogle to Strefa nie pyta, dobry jeste czy zly, i wychodzi na to,  ?e trzeba
ci podzikowa,  Zgnilec, g?upi by?e, nawet twego prawdziwego imienia  nikt
nie pamita, a m+drym ludziom  pokaza?e drog...  Tak. Oczywicie najlepiej
by?oby teraz dotrze do asfaltu.  Asfalt jest rwny, g?adki, wszystko na nim
wida i tam jest ta znajoma  szczelina. Tylko ?e bardzo mi si nie  podobaj+
te  pagreczki! Odyby  lecie prosto nad asfaltem, trzeba by przej jak raz
nad nimi. Widzisz je, stoj+, zapraszaj+.  Nie, moje  drogie, midzy  wami ja
nie przejd. Drugie przykazanie stalkera - albo  z lewej, albo z prawej musi
by czysto  co  najmniej  na  sto  krokw.  A  nad  tym  lewym  pagreczkiem
przelecie  mo?na...  Co prawda  nie wiem, co tam za  nim si  kryje. Na ich
planie, jak sobie przypominam, niczego nie by?o. Ale kto wierzy planom?
     - S?uchaj,  Red - szepcze Kiry?. -  Mo?e skoczymy, co?  Na  dwadziecia
metrw w gr, potem od razu w d? i ju? jestemy nad gara?em, no?
     - Milcz, durniu - mwi. - Nie przeszkadzaj, sied? cicho.
     W gr mu si zachcia?o. A jak ci przysunie tam na wysokoci dwudziestu
metrw? Mokra plama zostanie. Albo nagle  objawi si "?ysica"  - wtedy nawet
plamy nikt z mikroskopem nie wypatrzy. Och, ci ryzykanci, niecierpliwi+ si,
widzicie, skaka  mu si zachcia?o...  Jednym  s?owem, jak  i do pagrka -
wiadomo, a przy nim zatrzymamy si  i zobaczymy, co dalej. Wsadzi?em rk do
kieszeni, wyci+gn+lem gar muterek. Pokaza?em je Kiry?owi i mwi:
     - Pamitasz bajk o Tomciu  Paluchu?  Czyta?e j+ w szkole? No to teraz
wszystko bdzie  na odwrt. Patrz! -  rzuci?em  pierwsz+ muterk,  niedaleko
rzuci?em,  jak nale?y, mniej  wicej na  dziesi metrw. Muterka  polecia?a
normalnie. - Widzia?e?
     - No? - mwi.
     - Nie "no", tylko pytam, czy widzia?e?
     - Widzia?em.
     - Teraz najwolniej jak  potrafisz, prowad? "kalosz" prosto do muterki i
na dwa kroki przed ni+ zatrzymaj si. Zrozumia?e?
     - Zrozumia?em. Szukasz stref wzmo?onej grawitacji?
     -  Czego  trzeba, tego  szukam.  Poczekaj, rzuc jeszcze  jedn+. Patrz,
gdzie upadnie, i oczu z niej wicej nie spuszczaj.
     Rzuci?em  jeszcze jedn+  mutr. Oczywicie te?  polecia?a  normalnie  i
upad?a obok pierwszej.
     - Jedziemy - powiedzia?em.
     "Kalosz" ruszy?. Twarz Kiry?a sta?a si spokojna i jasna. Widocznie ju?
zrozumia?.  Ci  okularnicy wszyscy s+  tacy  sami. Dla nich najwa?niejsze  -
wymyle nazw. Pki nazwy nie wymyli, a? lito bierze patrze na takiego,
wygl+da jak kto g?upi. no a  jak wymyli! Jak+ tam wzmo?on+ grawitacj - od
razu sp?ywa na niego spokj i zaraz l?ej mu ?y na wiecie.
     Przelecielimy nad pierwsz+ mutr+, nad drug+ i trzeci+. Tender wzdycha,
przestpuje z nogi na nog i  co chwila ziewa ze zdenerwowania, z takim psim
skomleniem -  kiepsko si czuje, biedak. Nie szkodzi, to mu tylko na zdrowie
wyjdzie.  Pi kilo  co  najmniej dzisiaj  zrzuci, to lepsze  od  najlepszej
diety...  Rzuci?em  czwart+  mutr.  Jako  nie  tak  polecia?a.  Nie  umiem
wyt?umaczy,  na czym to polega, ale czuj, ?e co tu nie tak, i natychmiast
?aps Kiry?a za rk.
     - Stj - powiadam - i  ani  kroku dalej. A sam wzi+?em pi+t+ i rzuci?em
j+ wy?ej i dalej.  Jest zaraza!  Oto ona,  "?ysica" I Mutra w gr polecia?a
normalnie,  w d? te? prawie normalnie, ale w po?owie drogi jakby j+  kto w
bok szarpn+?, i to tak szarpn+?, ?e wbi?a si w glin i znik?a nam z oczu.
     - Widzia?e? - pytam szeptem.
     - Tylko w kinie widzia?em - mwi Kiry? i tak si wychyli? do przodu, ?e
tylko patrze, jak z "kalosza" wypadnie. - Rzu jeszcze jedn+, co?
     Rce mi opad?y. Jedn+? Czy  tu jedna  wystarczy? Ech,  ci uczeni!... No
dobra,  rzuci?em  jeszcze  osiem  muterek,  pki  "?ysicy"  nie  oznaczy?em.
Uczciwie  mwi+c starczy?oby  i  siedem,  ale  jedn+  specjalnie  dla Kiry?a
rzuci?em,  w sam rodek -  niech si napatrzy  na swoj+ grawitacj. Plasn?a
mutra w glin, jakby to nie by?a mutra tylko  stukilowy odwa?nik. Plasn?a i
tylko dziurka w glinie po niej zosta?a. Kiry? a? cmokn+? ze szczcia.
     - No dobrze - mwi - zabawilimy si i wystarczy. Teraz  patrz. Rzucam
tam, gdzie bdziemy lecie, i nie spuszaj z niej oczu.
     Krtko mwi+c objechalimy "?ysic"  i  znale?limy si  nad pagrkiem.
W?aciwie pagrek by?  ma?y, jakby kot  napaskudzi?, i do dzisiaj w ogle go
nie zauwa?a?em. Tak... Wisimy nad pagrkiem, do asfaltu jak rk+ sign+, ze
dwadziecia   krokw.  Miejsce  czyciutkie,   ka?d+  trawk  wida,   ka?de
pknicie. Wydawa?oby si, o co chodzi? Rzucaj mutr i z Bogiem.
     Nie mog rzuci mutry.
     Sam nie rozumiem, co si ze mn+ dzieje, ale w ?aden sposb nie mog si
zdecydowa, ?eby j+ rzuci.
     - Co z tob+? - pyta Kiry?. - Dlaczego stoimy?
     - Poczekaj - mwi. - I zamknij  twarz, na mi?o bosk+. Zaraz,  myl,
zaraz  rzuc  muterk, przelecimy sobie spokojnie, jak po male przejdziemy,
nawet  trawka  nie drgnie  -  p? minuty i jestemy nad asfaltem... I  nagle
spoci?em si jak ruda mysz!  A? mi oczy zala?o i  ju? wiem, ?adnej mutry tam
nie rzuc. Na lewo, prosz bardzo, choby dwie. Chocia? tamtdy dalej jakie
kamyki wida niezbyt  przyjemne,  ale tam mog rzuca  mutr, a prosto przed
siebie
     -  za nic.  I  rzuci?em  muterk w  lewo.  Kiry?  nic  nie  powiedzial,
podprowadzi? "kalosz" do mutry i dopiero wtedy popatrzy? na mnie. Wygl+da?em
chyba paskudnie, bo zaraz odwrci? oczy.
     - To nic - mwi do niego - prosta droga nie zawsze prowadzi do celu. -
I rzuci?em na asfalt ostatni+ mutr.
     Dalej  ju?  by?o ?atwiej. Znalaz?em swoj+  szczelin. By?a  czyciutka,
?adnym dranstwem nie zaros?a, moja najmilsza, koloru nie zmieni?a. Patrzy?em
na ni+ i promienia?em ze szczcia. I doprowadzi?a nas ta szczelina do bramy
gara?u lepiej ni? wszelkie znaki.
     Poleci?em  Kiry?owi,  ?eby zszed? na wysoko p?tora  metra, po?o?y?em
si na brzuchu i zacz+?em patrzy w  otwart+ bram gara?u. Na  pocz+tku,  ze
s?oca, nic nie by?o wida - ciemno cho oko wykol,  potem  wzrok przywyk? i
widz, ?e w gara?u od tamtego czasu jakby si nic nie zmieni?o. Wywrotka jak
sta?a na kanale,  tak stoi, caluteka, bez dziur, bez plamki i na cementowej
pod?odze te? wszystko jak przedtem, pewnie dlatego, ?e w kanale ma?o zebra?o
si "czarciego puddingu" i od  tamtej pory  ani razu nie  wykipia?. Jedno mi
si tylko nie spodoba?o  - w samym kocu  gara?u, tam gdzie  stoj+ kanistry,
co si srebrzy. Poprzednim razem tego nie by?o. No, trudno, srebrzy si, to
si srebrzy, nie  bdziemy  przecie? z tego powodu wraca!  A i srebrzy si,
nie tak,  ?eby mocno, tylko odrobink i tak  spokojnie, powiedzia?bym, nawet
sympatycznie... Wsta?em, otrzepa?em skafander i rozejrza?em si dooko?a. Tam
na  parkingu  stoj+ ci?arwki, rzeczywicie jak  nowe -  od tamtego  czasu,
kiedy tu by?em ostatni raz wed?ug  mnie zrobi?y si  jeszcze  nowsze, za  to
cysterna  zupe?nie biedaczka zardzewia?a, nied?ugo si rozsypie.  A tam le?y
opona, ta, ktr+ wida na ich planie...
     Nie  spodoba?a  mi  si ta opona.  Cie rzuca, jaki taki  nienormalny.
S?oce nam wieci w  plecy, a  cie pada  w nasz+ stron. No dobra, do opony
daleko. W?aciwie wygl+da wszystko nie?le, mo?na pracowa. Tylko co  si tam
srebrzy? A mo?e mi si  tylko zwidzia?o? Teraz  warto  by zapali, usi+ na
chwil,  pomyle  spokojnie  -  dlaczego  w?aciwie  srebrzy  si tylko nad
kanistrami, a dalej ju? si nie srebrzy...  dlaczego taki dziwny cie od tej
opony... cierwnik Barbridge co opowiada?  o  cieniach, co cudacznego, ale
niegro?nego... Z cieniami tu r?nie  bywa. Ale  co si  tam tak  srebrzy? No
wypisz,  wymaluj, jak pajczyna  na drzewach  w lesie.  Jaki?  to  paj+k  j+
uprz+d?? Och, ani razu jeszcze nie widzialem w Strefie paj+czkw, czy innych
bo?ych  krwek. I co najgorsze,  "pustak" le?y  jak raz  tam,  dwa kroki  od
kanistrw. Powinienem  od razu  wtedy go zabra, nie mia?bym teraz k?opotw.
Ale to cierwo jest okropnie ci?kie - ud?wign+ go mog?em, ale potem targa
toto na plecach i  to  jeszcze po  nocy,  i  jeszcze  na czworakach... a kto
"pustakw" nigdy nie d?wiga?, niech sprbuje. Rwnie wygodnie mo?na pud wody
nie bez wiader...  A wic i, czy co? Goln+?bym sobie teraz... Odwrci?em
si do Tendera i mwi:
     -  Teraz  my z Kiry?em  pjdziemy  do  gara?u. Ty  zostaniesz  tu  jako
kierowca. Steru bez mojego  rozkazu  nie  wa? si  tkn+,  cokolwiek by  si
dzia?o,  nawet gdyby ziemia  si pod tob+ rozst+pi?a. Je?eli stchrzysz - na
tamtym wiecie ci odnajd.
     Powa?nie skin+?  mi g?ow+ -  za nic, znaczy, nie  stchrz. Nos ma  jak
pomidor, zdrowo mu przysun+?em... no c?, spuci?em ostro?nie awaryjne liny,
popatrzy?em jeszcze  raz na  to srebrne migotanie, machn+?em rk+ Kiry?owi i
zacz+?em schodzi.  Stan+?em na asfalcie i czekam,  pki Kiry? nie zejdzie z
drugiej strony.
     - Spokojnie. - mwi - nie spiesz si. Bez zbdnego zamieszania.
     Stoimy na asfalcie.  "Kalosz" ko?ysze  si  obok nas, liny szuraj+  pod
stopniami. Tender wychyli? ?eb przez  porcze, patrzy na nas,  a w oczach ma
rozpacz. Trzeba i. Mwi do Kiry?a:
     - Masz i za mn+,  krok w krok,  dwa  kroki z ty?u, patrz mi w plecy i
uwa?aj.
     I ruszy?em. Stan+?em  w progu, rozejrza?em si. A jednak o ile? ?atwiej
pracowa w  dzie ni?  w  nocy!  Pamitam, jak le?a?em  na  tym samym progu.
Ciemno jak  w brzuchu u  Murzyna, z kana?u  "czarci pudding" wysuwa  jzyki,
b?kitne  jak  p?omyki  spirytusu,  i  jak na z?o niczego  nie  rozjania,
jeszcze ciemniej si wydaje od tych jzykw. A teraz - ?y nie umiera! Oczy
przywyk?e   do  mroku,   wszystko  jak  na   d?oni,   nawet   kurz  wida  w
najciemniejszych  k+tach. I rzeczywicie co tam b?yszczy, jakie srebrzyste
nici ci+gn+ si od kanistrw  do sufitu -  bardzo podobne do pajczyny. Mo?e
to  zreszt+ pajczyna, ale lepiej  si trzyma  od  niej z  daleka.  I wtedy
sknoci?em spraw. Powinienem Kiry?a  postawi obok siebie, poczeka  a? jego
oczy przywykn+ do ciemnoci i pokaza mu t pajczyn, palcem pokaza.  A ja
przywyk?em pracowa samotnie -  sam ju? oswoi?em si z  mrokiem, a o  Kiryle
nie pomyla?em.  Przekroczy?em prg  i prosto do kanistrw. Przykucn+?em nad
"pustakiem",  pajczyny  na  nim jakby nie  wida. Wzi+?em za jeden koniec i
mwi do Kiry?a:
     - Bierz, tylko  nie upu,  ci?ki jak cholera. Podnios?em oczy i a? mi
dech zapar?o  - s?owa  nie mog wydusi. Chc krzykn+: stj, ani kroku! - i
nie  mog.  Chyba  zreszt+  i  tak bym nie  zd+?y?,  zbyt szybko to wszystko
posz?o. Kiry? przeskakuje przez "pustaka",  odwraca si ty?em do kanistrw i
ca?ymi plecami w te srebrne nici. Ja  tylko oczy zamkn+?em. Wszystko we mnie
zamar?o, nic  nie s?ysz,  s?ysz tylko, jak rwie si ta  pajczyna. Z takim
s?abym  cichym trzaskiem, jakby pka?a zwyczajna pajczyna, tylko oczywicie
g?oniej. Siedz w kucki z zamknitymi oczami, ani r+k, ani ng nie czuj, a
Kiry? mwi:
     - No co, bierzemy go?
     - Bierzemy - mwi.
     Podnielimy  "pustaka" i niesiemy do wyjcia, bokiem  idziemy. Ci?kie
cierwo, nawet we dwch nie?atwo go targa. Wyszlimy na s?oneczko i  stoimy
przy "kaloszu". Tender ju? do nas ?apy wyci+ga.
     - No - mwi Kiry? - raz, dwa...
     - Nie - mwi - poczekaj. Na pocz+tek go postawimy. Postawilimy.
     - Odwr si  - mwi - plecami. Odwrci? si bez s?owa. Ja patrz - na
plecach nic nie  ma. Z tej i z tamtej  strony go ogl+dam -  nic  nie  widz.
Wtedy odwracam si i patrz na kanistry. Tam te? niczego nie ma.
     - S?uchaj - mwi do Kiry?a, ale patrz ci+gle na kanistry. - Widzia?e
t pajczyn?
     - Jak+ pajczyn? Gdzie?
     - Dobra - mwi.  -  ?ebymy  tylko zdrowi  byli.  A sam myl: to  si
dopiero oka?e.
     - No co - mwi. - ?adujemy?
     W?adowalimy "pustaka" do  "kalosza",  postawilimy go  na sztorc, ?eby
si  nie  turla?, stoi teraz sobie  jak anio?eczek,  czyciutki, nowiutki, w
miedzi s?oneczko si odbija i niebieskawe pasma mglicie be?taj+ si  midzy
dyskami.  I  teraz wida, ?e  to  nie  "pustak",  a  co w rodzaju naczynia,
szklanego s?oika z  niebieskim syropem. Podziwialimy go przez chwil, potem
wdrapalimy si do "kalosza" i bez zbdnych s?w - w powrotn+ drog.
     Dobrze tym  uczonym! Po pierwsze,  pracuj+ w dzie. A po drugie, ci?ko
im tylko  wtedy, kiedy id+ do Strefy, a ze Strefy  "kalosz" sam wraca - jest
na  nim  zainstalowana taka  aparatura,  kursograf,  czy jak  mu tam,  ktry
prowadzi  "kalosz"  dok?adnie tym  samym  kursem,  jakim  szed?  poprzednio.
P?yniemy z powrotem i  powtarzamy  wszystkie manewry, przystajemy,  powisimy
chwil
     - i dalej nad wszystkimi moimi mutrami przechodzimy, moglibymy zbiera
je z powrotem do woreczka.
     Moi ch?opcy oczywicie od razu  odzyskali  humor. Krc+ g?owami na ca?y
regulator, prawie wszystek strach z nich wyparowa? - zosta?a tylko ciekawo
i rado, ?e wszystko tak dobrze si skoczy?o.  Zaczli gada. Tender macha
rkami i grozi, ?e jak tylko zje obiad, natychmiast wraca do Strefy znakowa
drog do gara?u, a Kiry? wzi+? mnie za rkaw i zacz+? mi co opowiada o tej
swojej  wzmo?onej  grawitacji, to  znaczy  o "?ysicy".  No,  nie od razu  co
prawda, ale jednak ich  usadzi?em.  Tak spokojniutko opowiedzia?em  im,  ilu
idiotw  skoczy?o  fatalnie w powrotnej  drodze na skutek  w?asnej g?upoty.
Milczcie, mwi, i uwa?nie rozgl+dajcie si dooko?a, bo inaczej stanie si z
wami  to, co  si  sta?o  z Lyndonem - Kruszynk+.  Poskutkowa?o.  Mawet, nie
zapytali, co si w?aciwie sta?o z Lyndonem - Kruszynk+. P?yniemy w ciszy, a
ja  myl  tylko  o  jednym:  jak  bd  odkrca manierk, na r?ne sposoby
wyobra?am  sobie  pierwszy ?yk, a przed  oczyma  coraz  to mi b?yska srebrna
p+jczynka. Krtko mwi+c, wydostalimy si ze Strefy, zapdzili nas razem z
"kaloszem" do odwszalni,  czyli, wyra?aj+c si naukowym jzykiem, do hangaru
sanitarnego.   Szorowali   nas   do   upojenia,   napromieniowywali   jakim
paskudztwem,  obsypywali  czym   i  znowu   p?ukali,   potem  wysuszyli   i
powiedzieli:  jestecie   wolni,  koledzy!  Tender  z   Kiry?em  wytaszczyli
"pustaka". Zlecia?y  si  nieprzebrane  t?umy,  ?eby  si  napatrze,  i  co
charakterystyczne  -  wszyscy tylko  patrz+, wydaj+ z siebie  entuzjastyczne
okrzyki,  ale  ?eby  pomc  zmczonym  ludziom  d?wiga  -  na  to  nie by?o
odwa?nych... Dobra, mnie to wszystko nie obchodzi.  Mnie  ju?  teraz nic nie
obchodzi...
     ci+gn+?em z siebie skafander, rzuci?em na pod?og - sier?anci sprz+tn+
- a sam prosto pod prysznic, bo ca?y mokry by?em od stp do  g?w. Zamkn+?em
si w kabinie, wyci+gn+?em manierk, odkrci?em i przyssa?em si do niej jak
pijawka. Siedz  na ?aweczce, w  kolanach  mikko, w g?owie pusto  i  ci+gn
gorza?k. Jak  wod. ?yj.  Zlitowa?a si Strefa. Wypuci?a, wied?ma. Zaraza
najmilsza. Pod?a. ?yj. Te ??todzioby nigdy tego nie zrozumiej+, nikt prcz
stalkera tego nie zrozumie. I ?zy sp?ywaj+ mi po twarzy ni to od wody, ni to
sam  nie  wiem od  czego. Wydoi?em  manierk do  dna,  sam  jestem mokry,  a
manierka  sucha. Oczywicie  jak zwykle zabrak?o jeszcze  jednego ostatniego
?yczka. To nic, to jest do  naprawienia. Teraz wszystko jest do naprawienia.
?yj.  Zapali?em  papierosa,  siedz.  Czuj,  jak  powoli   si  uspokajam.
Przypomnia?em  sobie o premii.  W naszym instytucie zorganizowano to  na sto
dwa. Choby w tej chwili mog i po  swoj+ kopert. A mo?e sami  przynios+,
prosto tutaj.
     Powolutku  zacz+?em si rozbiera. Zdj+?em zegarek,  patrz: bylimy  w
Strefie pi godzin z minutami,  moi pastwo! Pi godzin. A?  mi  si s?abo
zrobi?o. Koledzy,  w Strefie czas nie istnieje.  Pi godzin... A w?aciwie,
je?eli si  dobrze zastanowi, to co to jest dla stalkera pi godzin? nawet
mwi nie  warto. A dwanacie godzin nie ?aska? A dwie doby  nie  ?aska? Nie
zd+?y?e przez noc,  le?ysz ca?y dzie w Strefie z  mord+ przy ziemi i nawet
ju? si nie modlisz, tylko majaczysz i sam nie wiesz, ?yjesz jeszcze czy ju?
jeste trupem.  A nastpnej  nocy  zrobisz  co do ciebie  nale?y,  jeste  z
towarem na granicy, a tam czekaj+ patrole z karabinami maszynowymi, cierwa,
ktre ci nienawidz+, wcale nie  chc+  cl  aresztowa, to  dla  nich  ?aden
interes, boj+ si miertelnie, ?e  jeste ska?ony,  chc+ ci za wszelk+ cen
rozwali  i maj+  wszystkie  atuty,  mo?esz  potem d?ugo udowadnia, ?e  ci
bezprawnie zastrzelili. A to znaczy, ?e znowu z mord+ przy ziemi modlisz si
do witu, a potem do zmierzchu, a towar le?y obok ciebie i nawet nie  wiesz,
czy zwyczajnie sobie le?y, czy ci  powoli zabija. Albo jak Kosmaty Icchok -
utkn+?  o wicie w  pustym polu  miedzy  dwoma wykopami - ani w prawo, ani w
lewo. Dwie  godziny  udawa?  nieboszczyka. Bogu  dziki uwierzyli i wreszcie
zostawili go w spokoju. Widzia?em Icchoka potem, nie ten sam cz?owiek, nawet
go nie pozna?em...
     Wytar?em  ?zy  i  puci?em wod.  My?em si d?ugo. Gor+c+, potem zimn+,
potem  znowu gor+c+. Ca?y  kawa?  myd?a  wymydli?em.  W  kocu  mi zbrzyd?o.
Zamkn+?em prysznic, i  s?ysz  - kto si dobija  do drzwi i  g?osem  Kiry?a
wrzeszczy weso?o:
     -  Ej, stalker, wy?a?! Forsa ante portas! O forsie zawsze mi?o s?ysze.
Otworzy?em drzwi, Kiry? stoi go?y,  w samych k+pielwkach, weso?y, bez ladu
melancholii i podaje mi kopert.
     - Trzymaj - mwi - to od wdzicznej ludzkoci.
     - Kicham na twoj+ ludzko! Ile tu jest?
     - W drodze wyj+tku, za bohatersk+ postaw w obliczu niebezpieczestwa -
dwie pensje!
     Tak. Mo?na wytrzyma.  Gdyby mi tu za ka?dego "pustaka" p?acili po dwie
pensje, dawno pos?a?bym Ernesta do wszystkich diab?w.
     - No  i co, jeste  zadowolony? - pyta  Kiry?,  a  promienieje  janiej
s?oca.
     -  Owszem - mwi. - A ty? Kir nie  odpowiedzia?.  Obj+? mnie za szyj,
przycisn+? do swojej spoconej piersi, odepchn+? i znikn+? w swojej kabinie.
     - Ej! - krzycz za Kiry?em. - A co z Tenderem? Gacie pierze?
     -  Chyba ?artujesz! Tendera opadli korespondenci. ?eby  zobaczy?, jaki
jest nadty... Teraz im kompetentnie referuje...
     - Jak - powiadam - referuje?
     - Kompetentnie.
     - Dobra - mwi - sir. nastpnym  razem zaopatrz si w s?ownik wyrazw
obcych, sir. - I w tym momencie jakby mnie pr+d porazi?. - Poczekaj. Kiry?
     - mwi. - Wyjd? no na chwil.
     - Kiedy jestem ju? go?y odpowiada.
     - Nie szkodzi, nie jestem bab+.
     No wic wyszed?. Wzi+?em go za ramiona,  odwrci?em plecami, do siebie,
nie, przywidzia?o mi si. Plecy ma czyste. Tylko  zaschnite stru?ki potu, a
skra jak skra.
     - Czego  ty  chcesz od  moich  plecw? - pyta Kiry?.  Da?em mu lekkiego
kopniaka,  uciek?em  do swojej kabiny, zamkn+?em si.  Nerwy, cholera by  je
wzi?a. Tam mi si zwidywa?o, tu mi  si zwiduje...  Miech to  jasny  piorun
spali!... Spij si dzisiaj  jak winia, nie?le by?oby oskuba  Richarda. To
jest  myli  gra, cierwo, jak stary... Z najlepsz+ kart+ nic  mu nie  mo?na
zrobi. Ju? nawet karty znaczy?em i na inne  r?ne sposoby  prbowa?em, no i
ucho...
     - Kiry?! - krzycz. - Bdziesz dzisiaj w "Barge"
     - Nie w "Barge", a w "Barszczu", ile razy mam ci powtarza?
     -  Przesta! napisane jest  "Barge",  to  ma  by  "Barge".  Lepiej nie
wprowadzaj u nas swoich porz+dkw. Wic przyjdziesz, czy nie? nie?le  by?oby
ogra Richarda...
     - Och, nie wiem. Red, jak to bdzie. Ty przecie? nie masz najmniejszego
pojcia, comy przywie?li...
     - A ty masz pojcie?
     - Te? nie mam. Co prawda, to prawda. Ale teraz po pierwsze, wiadomo, do
czego te  "pustaki" s?u?y?y.  A po drugie, jeli potwierdzi si  jedna  moja
teoria...  napisz  artyku?  i   powic  go  tobie   osobicie   -  Redowi
Shoehartowi, honorowemu stalkerowi, z wyrazami wdzicznoci i uwielbienia.
     - I wtedy mnie wsadz+ do pud?a. Minimum dwa lata.
     - Za to wejdziesz do historii nauki. T sztuczk tak  w?anie nazwiemy:
"puszka Shoeharta". To brzmi dumnie, prawda?
     Tak sobie  gadalimy,  a  ja si  tymczasem  ubra?em,  wsadzi?em  pust+
manierk do kieszeni, przeliczy?em gotwk i poszed?em sobie.
     - Wszystkiego najlepszego, nadziejo wiatowej nauki...
     Nie odpowiedzia?. Bardzo  g?ono  szumia?a woda.  Patrz, a w korytarzu
pan Tender we w?asnej postaci, czerwony i nadty niczym ropucha. Wok? niego
-  t?umy,  i  pracownicy,  i  korespondenci,  i  nawet  dwaj  sier?anci  si
przypl+tali (prosto z  obiadu, jeszcze w zbach d?ubi+), a Tender nic, tylko
gada. "Ta  technika, ktr+ dysponujemy - truje - daje  prawie  stuprocentow+
gwarancj bezpieczestwa i  osi+gnicia  zaplanowanych  rezultatw..." W tym
momencie zobaczy? mnie i nieco przywi+d? - umiecha si  macha do mnie rk+.
No, myl, trzeba wia. Wystartowa?em, ale niestety za  p?no. S?ysz, goni+
mnie.
     - Panie Shoehart! Panie Shoehart! Dwa s?owa o gara?u!
     - Odmawiam  komentarza  - mwi i  przechodz  w k?us.  Ale diab?a  tam
uciekniesz  przed nimi. Jeden z mikrofonem zabiega drog  z  lewej, drugi  z
aparatem fotograficznym - z prawej.
     - Dos?ownie jedno zdanie! Czy zauwa?y? pan w gara?u co niezwyk?ego?
     - Nie  mam nic do powiedzenia! - mwi i staram si k?usowa plecami do
obiektywu. - Gara? jak gara?...
     - Dzikuj panu. Co pan s+dzi o turboplatformach?
     - S+ cudowne - mwi i ostro?nie przymierzam si do toalety.
     - Co pan myli o celach L+dowania?
     - Miech si pan  zwrci  do uczonych - mwi i ju? jestem za  drzwiami.
Pukaj+. Wtedy mwi przez drzwi:
     -  Dobrze panom radz,  zapytajcie  pana Tendera, dlaczego  ma  nos jak
pomidor.  Pan  Tender  milczy  z  wrodzonej  skromnoci,  a  to  by?a  nasza
najwspanialsza przygoda.
     Ale? zrobili stumetrwk korytarzem! Z?oty medal gwarantowany. Jak Boga
kocham. Poczeka?em minut - cicho. Wyjrza?em - nie ma nikogo. No i poszed?em
sobie,   pogwizduj+c.   Zszed?em  do   portierni,   pokaza?em   tyczkowatemu
przepustk, patrz, a on mi salutuje. Jako bohaterowi dnia, rzecz jasna.
     - Spocznij - mwi. - Jestem z was zadowolony, sier?ancie.
     Wyszczerzy? zby, jakby mu sam genera? po?yczy? stw.
     - Brawo, Rudy - mwi. - Jestem dumny - mwi - ?e mam takich znajomych.
     -  Co  -  mwi  - bdziesz teraz mia?  o czym opowiada dziewczynom  w
swojej Szwecji?
     - Pytanie! - mwi. -  ?adna mi si nie oprze!  Jak si mu przyjrze, to
zupe?nie  przyzwoity  ch?opak.  Jeli  mam  by szczery,  nie  lubi  takich
rumianych  i  ros?ych  facetw.  Dziewczyny  lataj+  za nimi  jak  wciek?e,
w?aciwie dlaczego? nie o  wzrost przecie?  chodzi. S?oce wieci, na  ulicy
bezludnie. I nagle zapragn+?em teraz, natychmiast, zobaczy Gut. Po prostu.
Popatrze  na ni+, potrzyma  za rk. Po  Strefie  tylko to jedno pozostaje
cz?owiekowi  -   potrzyma  dziewczyn  za  rk.  Szczeglnie  kiedy  sobie
przypomn te wszystkie plotki o dzieciach stalkerw - te dzieci wygl+daj+...
Tak, co tu  myle o  Gucie, teraz na pocz+tek przyda?aby si butelka czego
mocniejszego, i  to jako  program  minimum, a  dalej  si  zobaczy.  Min+?em
parking i ju? niedaleko granica Strefy. Stoj+ dwa samochody patrolowe. Stoj+
w  ca?ej  swej  krasie,  ??te,  roz?o?yste,  z  reflektorami  i  karabinami
maszynowymi, dranie, no i rzecz jasna obok bohaterowie w b?kitnych he?mach,
ca?+  ulic  zakorkowali, przepchn+  si  nie mo?na. Id,  oczy  spuci?em,
lepiej,  ?ebym teraz ich  nie  widzia?, lepiej, ?ebym w ogle  na  nich  nie
patrzy?, zw?aszcza w dzie - s+ tam  midzy nimi dwa, trzy typki i boj si,
?e mi si teraz napatocz+, straszna chryja wyniknie, jeli mi si napatocz+.
Mieli szczcie, przysigam na Boga, ?e Kiry? mnie ci+gn+? do instytutu, bo
tych drani wtedy w?anie szuka?em i rka by mi nie zadr?a?a.
     Przedzieram si przez ten t?um bokiem, ju? si prawie przedar?em, kiedy
nagle  s?ysz: "Ej,  stalker!" No,  mnie to  nie dotyczy,  id  sobie dalej,
wyci+gam  z paczki papierosa. Kto mnie  dogania z ty?u  i  ?apie za  rkaw.
Strzasn+?em t  rk z siebie, odwracam g?ow i bardzo grzecznie pytam: - Po
kiego diab?a pan si czepiasz?
     - Poczekaj, stalker - mwi tamten. - Dwa pytania.
     Podnios?em oczy - kapitan Quarterblood. Stary znajomy. Wysech? na wir,
z??k?.
     -  A  -  mwi  -  wszystkiego  najlepszego, panie  kapitanie. Jak  tam
w+troba?
     -  Ty  mnie  nie  zagaduj  -  mwi  kapitan gniewnie  i  widruje  mnie
spojrzeniem na wylot.  - Lepiej mi powiedz,  dlaczego  nie zatrzymujesz si,
kiedy ci wo?aj+?
     I ju? dwa b?kitne he?my stoj+  za jego plecami, ?apy na kaburach, oczu
nie wida  tylko  szczki  chodz+ pod he?mami.  I  gdzie w tej ich  Kanadzie
takich wygrzebuj+? Na zarybek ich do nas przysy?aj+, czy co? W dzie w ogle
si  nie boj patroli,  ale zrewidowa  kanalie mog+, a  to mi bardzo nie na
rk w tej chwili.
     -  A czy to  mnie pan wola?, panie kapitanie?  - mwi. - S?ysza?em, ?e
jakiego stalkera.
     - A ty, jak si okazuje, ju? nie jeste stalkerem?
     - Od czasu, jak z paskiej lekkiej rki odsiedzia?em swoje - skoczy?em
z tym. Na  amen. Dziki panu, panie kapitanie, otworzy?y mi  si wtedy oczy.
Gdyby nie pan...
     - Co robi?e ko?o Strefy?
     - Jak to co? Przecie? pracuj w instytucie. Ju? ze dwa lata.
     I  ?eby zakoczy  t  niemi?+  rozmow,  wyjmuj  swoj+ legitymacj  i
okazuj j+ kapitanowi.  Quarterblood wzi+? moj+  legitymacj, przekartkowa?,
ka?dy stempelek, ka?d+  stroniczk  dos?ownie  obw+cha?, omal  nie  obliza?.
Zwraca mi  legitymacj, zadowolony niewypowiedzianie, oczy mu  p?on+,  nawet
por?owia?.
     -  Przepraszam  ci -  mwi - Shoehart.  Tego si  nie spodziewa?em. To
znaczy, ?e  nienadaremnie s?ucha?e  moich  rad.  No c?, bardzo si ciesz.
Chcesz, mo?esz mi wierzy lub nie, ale ju?  wtedy przypuszcza?em, ?e jeszcze
bd+ z ciebie  ludzie. Nie mog?em dopuci do siebie myli,  ?e taki ch?opak
jak ty...
     I zacz?o si. No, myl sobie, wyleczy?em jeszcze jednego melancholika
na swoje nieszczcie,  a sam oczywicie s?ucham, oczy  spuci?em, potakuj,
rozk?adam rce i nawet,  o ile pamitam, tak niemia?o, noskiem buta  rysuj
esy  floresy na  trotuarze. Bojwkarze za plecami  kapitana pos?uchali  czas
jaki, zemdli?o ich  wida,  bo patrz, pomaszerowali w  weselsze miejsce. A
kapitan teraz mi o radosnych perspektywach opowiada - nauka to wielka rzecz,
na nauk, okazuje si, nigdy nie jest za p?no. Pan Bg powiada, lubi i ceni
uczciw+ prac
     - no i w ogle drtwa mowa w najlepszym gatunku, ta sama, ktr+ nas  co
niedziela  raczy?  w wizieniu nasz  ojciec  duchowny. A ja  mam tak+ ochot
wypi, ?e a? mnie  skrca. To  nic,  myl. Red, to nic,  bracie, i  to  te?
musisz znie. Cierp, Red, tak trzeba! D?ugo on tego tempa nie wytrzyma, ju?
dosta? zadyszki... wtedy na moje szczcie zacz+? tr+bi jeden  z samochodw
patrolowych. Kapitan Quarterblood obejrza? si, odkaszln+? z niezadowoleniem
i wyci+ga do mnie rk.
     - No c? - mwi -  ciesz si, ?e  pozna?em  uczciwego  cz?owieka. Reda
Shoeharta.  Z przyjemnoci+ wypi?bym z tob+ butelczyn na cze naszej nowej
znajomoci.  Wdki wprawdzie nie mog  pi, lekarz mi zakaza?, ale  na  piwo
chtnie bym z tob+ poszed?. Tylko sam widzisz - s?u?ba! Ale nic straconego -
mwi - na pewno si jeszcze spotkamy.
     Nie daj Bo?e, myl. Ale rk mu ciskam, nadal si czerwieni i szuram
n?k+ -  wszystko jak pan  kapitan  lubi. Potem  Quarterblood poszed?  sobie
nareszcie, a ja lotem strza?y do "Barge".
     W "Barge" o tej porze jest pusto. Ernest  stoi za lad+  baru, przeciera
kieliszki  i  ogl+da  je  pod  wiat?o.  To  zdumiewaj+ce, nawiasem  mwi+c,
zjawisko - gdzie i kiedy by nie przyszed?, wiecznie ci barmani  przecieraj+
kieliszki,  jakby akurat od tego zale?a?o  zbawienie ich  duszy. Tak w?anie
bdzie sta? choby  ca?y  dzie  - we?mie kieliszek, przymr?y oczy, spojrzy
pod wiat?o,  chuchnie na  szk?o i  zaczyna  trze.  Wyciera, wyciera, znowu
spojrzy, tym razem dla odmiany od spodu, i znowu...
     - Cze Ernie! - mwi. - Nie mcz go d?u?ej, bo przetrzesz na wylot!
     Spojrza? na mnie przez kieliszek, wymamrota? co g?osem  brzuchomwcy i
bez zbdnych s?w  nala?  mi  na  cztery  palce.  Wdrapa?em  si  na  sto?ek
poci+gn+?em, zmru?y?em oczy, potrz+sn+?em g?ow+ i powtrzy?em zabieg. Mruczy
lodwka, szafa graj+c+ trilka cichutko. Ernest posapuje w  kolejny kieliszek
- cisza, spokj...  Dopi?em, postawi?em  szklaneczk  na  ladzie i  Ernest w
mgnieniu oka nalewa mi ponownie.
     - Ho co, ju? cl lepiej? - burczy. - Przyszed?e do siebie?
     - Ty lepiej pilnuj swoich kieliszkw - mwi. - A wiesz by? jeden taki,
te?  tak  tar?,  tar?  i wywo?a? z?ego ducha. Potem ?y?  sobie jak p+czek  w
male.
     - Zna?e go? - pyta Ernie z niedowierzaniem.
     - A by? tu jeden taki barman - opowiadam. - Jeszcze przed tob+.
     - No i co?
     - Ano  nic. Jak mylisz, dlaczego oni tu przylecieli? Wszystko dlatego,
?e tamten bez przerwy tar? i tar?... Jak s+dzisz, kto do nas przylecia??
     - A id? ty - mwi Ernie z uznaniem.
     Potem poszed?  do  kuchni i  wrci?  z  talerzem  - przynis?  opiekane
parwki.
     Postawi? przede mn+ talerz, podsun+? keczup, a sam  ponownie zabra? si
do kieliszkw.
     Ernest zna si na swojej robocie. Ma bezb?dne wyczucie, od razu widzi,
?e stalker wrci? ze Strefy, ?e towar bdzie i Ernie wie, czego stalkerowi w
takiej chwili potrzeba. To swj ch?op ten Ernie! Dobroczyca.
     Zjad?em parwki, zapali?em i  zacz+?em  oblicza, ile  te? Ernie na nas
zarabia. Jakie ceny  p?ac+ za towar  w Europie tego nie wiem,  ale tak k+tem
ucha  s?ysza?em,  ?e  na  przyk?ad za "pustaka"  daj+  tam  oko?o dwa i  p?
tysi+ca,  a Ernie  p?aci  wszystkiego czterysta.  Za  "bateryjk" mo?na  tam
wyci+gn+ co najmniej setk, a my dostajemy w najlepszym  razie dwie  dychy.
Da pewno z ca?+ reszt+ sprawa  wygl+da  podobnie. Co prawda przeszmuglowanie
towaru do Europy rwnie? co nieco musi  kosztowa. Temu  w ?ap, tamtemu w
?ap,  komendant stacji te? jest na pewno na ich utrzymaniu... Tak  ?e jeli
si zastanowi, Ernest nie tak wiele wyci+ga - oko?o pidziesiciu procent,
nie wicej, je?eli wpadnie, to dziesi lat katorgi ma jak w banku...
     W tym  momencie moje  bogobojne  rozwa?ania przerywa jaki ugrzeczniony
typek,  nawet nie  us?ysza?em, kiedy  wszed?.  Wykwit?  obok mojego  prawego
?okcia i pyta:
     - Czy mo?na?
     - Co za pytanie! - mwi. - Oczywicie!
     Taki niedu?y,  szczuplutki,  z zadartym  noskiem  i  w  czarnej muszce.
Jakbym go gdzie widzia?, ale gdzie - pojcia nie mam. W?azi  na sto?ek obok
mnie i mwi do Ernesta:
     - Poprosz whisky! - I od razu do mnie:
     - Przepraszam,  ale  my  si  chyba znamy.  Pan  pracuje  w  Instytucie
Midzynarodowym, prawda?
     - Tak - mwi - A pan?
     Typek  zrcznie wyci+ga  z  kieszeni  wizytwk i  k?adzie  przede mn+.
Czytam: "Alois  Machno,  agent Biura Emigracyjnego". Oczywicie, ?e go znam.
Czepia si ludzi, ?eby wyje?d?ali z miasta. Widzicie ich,  nas i tak  ledwie
po?owa  zosta?a  w  Harmont,  a  oni  chc+, ?ebymy  wszyscy  si  wynieli.
Odsun+?em wizytwk paznokciem.
     - Nie - mwi - serdeczne dziki. To nie dla mnie. Marz, wie pan, ?eby
moje koci spocz?y w ojczystej ziemi.
     - A dlaczego? - pyta z o?ywieniem.  - Prosz mi wybaczy  niedyskrecj,
ale co pana tu trzyma?
     Ju? si rozpdzi?em, ?eby mu powiedzie, co mnie tu trzyma.
     -  G?upie  pytanie!  -  odpowiadam.  S?odkie  wspomnienia  dziecistwa.
Pierwszy  poca?unek  w miejskim  parku.  Tatu,  mamusia. Jak  pierwszy  raz
ur?n+?em si w trupa w tym oto barze. Drogi sercu komisariat policji... - Tu
wyjmuj z kieszeni  zasmarkan+ chusteczk i ocieram oczy - nie - mwi. - Za
nic!
     Alois pomia? si, wypi? ?yczek whisky i z zadum+ powiada:
     - Nie mog  zrozumie was, mieszkacw Harmont.  ?ycie  w miecie  jest
bardzo ci?kie. W?adza nale?y do armii.  Zaopatrzenie paskudne.  Pod  bokiem
Strefa, ?yjecie jak  na wulkanie. W ka?dej chwili  mo?e  wybuchn+  epidemia
albo co jeszcze gorszego.  Jeszcze rozumiem starszych  ludzi. Na stare lata
trudno si ruszy z miejsca. Ale  pan... Ile  pan ma  lat? Dwadziecia  dwa,
dwadziecia trzy,  nie wicej... niech?e pan zrozumie, ?e  nasze biuro  jest
organizacj+ filantropijn+, nasza dzia?alno nie przynosi nam ?adnego zysku.
Po  prostu chcemy,  ?eby  ludzie opucili to  przeklte miasto i zaczli ?y
normalnie. Przecie? dajemy pewn+ sum na pocz+tek, zapewniamy prac na nowym
miejscu... m?odym, takim jak pan, umo?liwiamy nauk... Nie, nie rozumiem!
     - A co? - pytam - nikt nie chce wyje?d?a?
     - Nie tak  znowu,  ?eby  nikt... niektrzy daj+ si  namwi, zw?aszcza
je?eli moj+ rodziny. Ale m?odzie? i starcy... No co was trzyma w Harmont? To
przecie? dziura, prowincja...
     Teraz pokazalem mu na co mnie sta.
     - Panie Machnol  - mwi.  - Ma  pan wit+  racj. Nasze miasteczko to
dziura. Zawsze dziur+ by?o i dziur+ pozosta?o. Tylko ?e obecnie - mwi - to
dziura w przysz?o. Przez  t  dziur  my napompujemy  wasz parszywy  wiat
takimi rzeczami, ?e  wszystko si  zmieni. ?ycie stanie si  inne, lepsze, i
ka?dy  bdzie mia? wszystko, czego  mu trzeba. Podoba si  panu taka dziura?
Przez t dziur p?ynie wiedza.  A kiedy ju?  bdziemy wiedzieli, co nale?y i
wszyscy  bd+ bogaci,  polecimy do gwiazd i gdzie tylko  zechcemy. Teraz ju?
pan wie, co to za dziura...
     W  tym momencie przerwa?em, poniewa? zauwa?y?em,  ?e  Ernest patrzy  na
mnie z  ogromnym  zdumieniem, i  zrobi?o  mi  si g?upio.  W ogle nie lubi
powtarza cudzych  s?w,  nawet je?eli  dajmy na  to podobaj+  mi  si.  Tym
bardziej,  ?e wychodzi  mi to  jako kolawo. Kiedy opowiada Kiry?, cz?owiek
s?ucha z otwart+ gb+.  A ja niby mwi to samo, a efekt jest zupe?nie inny.
Mo?e  dlatego,  ?e Kiry? nigdy Ernestowi na lad towaru  nie wyk?ada?. No  i
dobrze...
     Tu mj Ernest po?apa? si i szybko nala? mi tak na sze palcw od razu
-  opamitaj  si ch?opcze,  co si z  tob+  dzisiaj dzieje? A ostronosy pan
Machno znowu delikatnie poci+gn+? swoj+ whisky i mwi:
     -  Tak, oczywicie... Wieczne  akumulatory, "b?kitne panaceum"...  Ale
czy pan naprawd wierzy, ?e stanie si tak, jak pan powiedzia??
     - To nie paski interes, w co ja wierz naprawd a w co na niby
     - mwi.  -  Mwi?em  panu o mieszkacach miasta. A o sobie powiem tak:
czego  ja mam  szuka w  tej waszej  Europie? Waszej miertelnej nudy?  Ca?y
dzie mam ora jak g?upi, a wieczorem patrze w telewizor?
     - No, niekoniecznie trzeba zaraz do Europy...
     - A tam - mwi - wszdzie to samo, a na Antarktydzie jeszcze w dodatku
zimno.
     I co  najdziwniejsze: mwi?em do niego i ze wszystkich si? wierzy?em  w
to,  co  mwi. I nasza  Strefa,  wied?ma przeklta,  zaraza  morowa,  w tym
momencie by?a  mi sto  razy  milsza  ni? ich wszystkie  Europy i  Afryki.  A
przecie? nawet  jeszcze nie  by?em pijany, po prostu wyobrazi?em sobie przez
sekund, jak wracam  z pracy  doszcztnie wypompowany, w t?umie podobnych mi
kretynw,  jak  w  tym  ich metro gniot+ mnie, depcz+  mi  po nogach, jak mi
wszystko obrzyd?o i jak ju? nic mi si nie chce.
     - A co pan na to? - zwraca si ostronosy do Ernesta.
     - Ja mam swj byznes - wyniole odpowiada Brnie. - nie jestem byle kim!
Ja wszystkie swoje  pieni+dze w?o?y?em w ten bar. Do mnie czasami  nawet sam
komendant zagl+da, genera?, jasne? Z jakiej racji mam st+d wyje?d?a?
     Pan Alois  Machno zacz+? mu co wyjania przy pomocy liczb, ale ja ju?
nie s?ucha?em.  Goln+?em sobie zdrowo, wygrzeba?em  z kieszeni gar bilonu,
zlaz?em ze sto?ka i na pocz+tek uruchomi?em na ca?y regulator graj+c+ szaf.
Jest  tam taka jedna piosenka "Nie wracaj, je?eli nie jeste pewien". Bardzo
dobrze na mnie  wp?ywa po Strefie...  No  wic  szafa grzmi i zawodzi,  a ja
zabra?em swoj+ szklaneczk  i  poszed?em  w  k+t, wyrwna stare  rachunki z
"jednorkim bandyt+",  no i czas jak  ptak polecia?...  Przepuszczam ostatni
bilon, a  tu  pojawiaj+  si pod  gocinnym  dachem  baru  Richard Nunnun  z
Szuwaksem. Szuwaks  ju? chodzi na rzsach, przewraca oczami i szuka, komu by
da w mord. A Richard Nunnun czule trzyma go pod rami i odwraca jego uwag
dowcipami. Pikna para! Szuwaks, ch?op jak byk, czarny jak noc, kdzierzawy,
?apy do kolan,  a Dick maleki, za?ywny  i  r?owy, wcielenie  bogobojnoci,
brak mu tylko aureoli.
     - O! - krzyczy Dick na mj widok. - I Red tu jestl Chod? do nas. Red!
     - S?usznie! - ryczy Szuwaks. - W ca?ym  tym miecie  jest  tylko  dwch
ludzi:  Red  i ja! Wszyscy  inni  to  wieprze,  dzieci  szatana. Red! Ty te?
s?u?ysz szatanowi, ale jednak jeste cz?owiekiem...
     Podchodz do  nich  ze swoja  szklank+.  Szuwaks ?apie  mnie za kurtk,
sadza przy stoliku i mwi:
     - Siadaj,  Rudy! Siadaj, s?ugo szatana!  Kocham ci. Bdziemy op?akiwa
grzechy ludzkoci. Gorzko op?akiwa!
     - Zap?aczemy - mwi. - ?ykniemy sobie grzesznych ?ez.
     - Zaprawd powiadam  wam - prorokuje Szuwaks. - Zaprawd  osiod?any ju?
jest ko blady, a je?dziec jego ju? trzyma nog na strzemieniu. I daremne s+
mod?y tych, co si  zaprzedali szatanowi. Ostan+ si tylko ci, ktrzy wydali
mu  wojn.  Wy,  synowie  cz?owieczy, skuszeni  przez  szatana,  szataskimi
igraj+cy cackami,  szataskich skarbw z?aknieni -  do  was mwi, o  lepi!
Opamitajcie  si, bydlaki, pki czas! Podepczcie b?yskotki szataskie! - Tu
zamilk? nagle,  jakby  zapomnia?,  co  ma  by  dalej. - A  czy mi  tu dadz+
wreszcie czego do picia? - zapyta? nagle zupe?nie innym g?osem. - Cudzie ja
w?aciwie  jestem?...  Wiesz,   Rudy,  znowu  mnie  pogonili  z  roboty.  Od
agitatorw  mnie  wyzwali. Ja im  t?umacz  - opamitajcie si  lepcy, sami
lecicie w przepa i innych lepcw  ci+gnicie za sob+! miej+ si. No wic
da?em w mord kierownikowi i poszed?em  sobie. Teraz mnie posadz+. I za  co?
Wrci? Dick, postawi? na stoliku butelk.
     -  Dzisiaj ja p?ac!  -  krzykn+?em  do Ernesta. Dick spojrza?  na mnie
zezem.
     - Wszystko legalnie - mwi. - Bdziemy moj+ premi przepija.
     - Bylicie w Strefie? - pyta Dick. - Przynielicie co ciekawego?
     - Pe?nego "pustaka" - mwi. - Z?o?ylimy go na o?tarzu nauki, nalejesz
nam wreszcie, czy nie?
     -  "Pustaka"  -  buczy  z  gorycz+  Szuwaks.  -  Dla jakiego "pustaka"
ryzykowa?e  ?yciem!  Uszed?e z  ?yciem,  ale  przez ciebie  pojawi? si na
wiecie jeszcze jeden diabelski  przedmiot... A sk+d mo?esz  wiedzie. Rudy,
ile grzechw i nieszcz...
     - Przymknij si. Szuwaks - mwi do niego surowo. - Pij i raduj si, ?e
wrci?em ?ywy. Za mj fart, ch?opcy!
     Dobrze nam si pi?o za mj fart. Szuwaks ca?kiem si rozklei?, siedzi i
p?acze, z oczu mu kapie jak z zepsutego kranu. To nic, znam go  dobrze. Musi
przej przez  takie stadium  - zalewa  si ?zami i wrzeszczy,  ?e Strefa to
dzie?o  szatana i  ?e nic z  niej nie wolno  wynosi,  a co  ju? wyniesiono,
trzeba odnie z powrotem i ?y tak, jakby  Strefy w ogle nie by?o. ?e niby
co  szataskie  - szatanowi. Bardzo lubi Szuwaksa. W ogle  lubi dziwakw.
Kiedy Szuwaks  jest przy forsie,  skupuje od wszystkich  towar, nie  targuje
si, p?aci, ile ?+daj+, a potem w nocy targa wszystko z powrotem do Strefy i
tam  zakopuje... Ale? szlocha. Bo?e kochany! Ale  to nic, on jeszcze poka?e,
co potrafi.
     - A jak wygl+da taki pe?ny "pustak"? - pyta Dick. - Zwyczajne "pustaki"
widzia?em, ale pe?ne? Co to w?aciwie takiego? Pierwszy raz s?ysz.
     Wyt?umaczy?em, Dick pokiwa? g?ow+ i nawet cmokn+? par razy.
     - Tak  - mwi - to ciekawe. To - mwi - co nowego. A  z kim  by?e?  Z
Rosjaninem?
     - Tak  - odpowiadam.  -  Z  Kiry?em i z Tenderem.  Wiesz, z  tym naszym
laborantem.
     - Uszarpa?e si pewnie z nimi...
     - Nic podobnego. Ch?opcy trzymali si zupe?nie przyzwoicie. Szczeglnie
Kiry?. Urodzony stalker -  mwi. - Gdyby mia? troch wicej dowiadczenia i
pozby? si  tej  swojej dziecinnej  niecierpliwoci, mg?bym z nim co  dzie
chodzi do Strefy.
     - I po co? - pyta Dick z pijackim mieszkiem.
     - Uspokj si - mwi. - ?arty ?artami...
     -  Wiem  -  mwi.  - ?arty ?artami,  a za takie gadanie mo?na zarobi w
ucho. Mo?esz uwa?a, ?e jestem twoim d?u?nikiem...
     - Komu trzeba da w ucho? - ockn+? si Szuwaks. - Gdzie on jest?
     Z?apalimy go za rce i z trudem posadzimy na krzele. Dick wetkn+? mu
w zby papierosa i podsun+? zapalniczk. Uspokoi? si. A tymczasem t?ok robi
si  coraz  wikszy. Bar  ju? oblepiony,  prawie wszystkie  stoliki  zajte.
Ernest zwo?a? swoje dziewczyny. Biegaj+, roznosz+,  co  komu trzeba - jednym
piwo, innym  koktajle, jeszcze innym czyst+. Patrz i jako mi si zdaje, ?e
w miecie wida coraz  wicej nowych twarzy,  i to g?wnie jacy smarkacze w
kolorowych szalikach do ziemi. Powiedzia?em o tym Dickowi. Dick potwierdzi?.
     -  No a jak?e  inaczej -  mwi.  - Zaczyna si wielki  sezon budowlany.
K?ad+ ju? fundamenty  pod  trzy  nowe  budynki dla instytutu, a  oprcz tego
planuj+ budow wielkiego muru wok? Strefy - od cmentarza do starego ranczo.
Kocz+ si dobre czasy dla stalkerw...
     - A  kiedy czasy by?y dobre dla stalkerw? - pytam.  A  sam myl: masz
babo placek, a to co znowu? Koniec, teraz ju? si nie zarobi. C?, mo?e to i
lepiej, mniejsza  pokusa. Bd  chodzi do Strefy w  dzie, jak przysta?o na
porz+dnego cz?owieka.  Forsa  wprawdzie ju?  nie  taka, ale  za  to  o  ile?
bezpieczniej
     - "kalosz", skafandry i tak  dalej, i patrole mog+ ci poca?owa... ?y
bd z pensji, a pi za premie.  I taka straszna chandra mnie napad?a! Znowu
liczy ka?dy grosz - na to  mog sobie pozwoli, na  tamto ju?  nie mog, na
ka?d+  szmatk  dla  Guty  odk?adaj  pieni+dze  do skarbonki,  do  baru  nie
zagl+daj,  kino  jest  tasze... Wszystko szare,  nudne,  szare  dnie, szare
noce...
     Tak sobie siedz i myl a Dick buczy mi nad uchem:
     - Wczoraj w hotelu  wpad?em wieczorem do baru,  ?eby wypi  na sen  co
mocniejszego. Patrz - siedz+ jacy nieznani faceci, nie spodobali mi si od
pierwszej chwili. Przysiada  si jeden taki  do  mnie  i zaczyna  rozmow  z
daleka,  daje do zrozumienia, ?e  mnie zna, wie, kim jestem i gdzie pracuj,
?e gotw jest dobrze zap?aci za pewne przys?ugi...
     -  Szpicel -  mwi, niezbyt mnie to zainteresowa?o, niejednego szpicla
widzia?em w ?yciu i s?ysza?em niejedn+ rozmow o przys?ugach.
     -  Nie, mj mi?y, to nie by? szpicel.  Lepiej pos?uchaj. Chwil  z  nim
pogada?em,  ostro?nie, rzecz  jasna, uda?em  takiego  skromnego  przyg?upka.
Interesuj+ go pewne przedmioty w Strefie i to nie byle  miecie, ale  raczej
rzeczy  wartociowe.  Na akumulatory, "wierzby", "czarne bryzgi" i  podobn+
bi?uteri  nie reflektuje. A o  tym,  na  co  reflektuje,  wspomnia?  raczej
aluzyjnie.
     - Wic o co mu chodzi? - pytam.
     - O  "czarci pudding",  o ile  dobrze  zrozumia?em - mwi Dick  i jako
dziwnie na mnie patrzy.
     - Ach, "czarci pudding" jest mu potrzebny! - mwi. - A "lampa mierci"
przypadkiem nie jest mu potrzebna?
     - Te? go o to zapyta?em.
     - No i?
     - Wyobra? sobie, potrzebna.
     -  Tak?  -  mwi.  -  No,  Jeli  tak, niech sobie sam  przyniesie. To
przecie? drobnostka! "Czarciego puddingu" pe?ne piwnice, tylko bra wiadro i
?adowa. Pogrzeb na koszt w?asny.
     Dick milczy,  patrzy na mnie spode ?ba i nawet si  nie umiecha. Co  u
diab?a, chce mnie wynaj+, czy co? I dopiero w tym momencie do mnie dotar?o.
     -  Poczekaj - mwi.  -  A kto  to  mg?  by? Z "puddingiem"  nawet  w
Instytucie nie wolno robi dowiadcze...
     - S?usznie  -  mwi  Dick bez popiechu i patrzy na mnie bez przerwy. -
Dowiadczenia stanowi+ce potencjalne niebezpieczestwo dla  ludzkoci. Teraz
ju? rozumiesz, kto to by??
     Nadal nie rozumia?em.
     - Przybysze z Kosmosu? -  pytam. Dick rozemia?  si, poklepa?  mnie po
ramieniu i mwi:
     - Pij za twoje zdrowie, o wita naiwnoci!
     -  Zgoda  -  mwi,  ale  krew  mnie zalewa.  Znalaz?  sobie  naiwnego,
sukinsyn!  - Ej! - mwi. - Szuwaks!  Dosy tego spania,  lepiej napij si z
nami.
     Nie, Szuwaks  nie  bdzie  pi?. Szuwaks pi. Po?o?y? swj czarny ?eb na
czarnym stoliku  i pi, rce zwiesi?  do  pod?ogi.  Wypilimy z  Dickiem bez
Szuwaksa.
     -  No dobra - mwi.  - Mo?e jestem naiwny, a  mo?e nie jestem, ale  na
tego typa donis?bym gdzie nale?y. Ma?o kto kocha policj  tak, jak ja,  ale
sam bym poszed? i donis?.
     -  Aha  - mwi Dick.  - A  na policji zadaliby  ci  pytanie: A dlaczego
w?aciwie ten typ zwrci? si akurat do ciebie ze swoj+ propozycj+? No?
     Pokrci?em g?ow+.
     -  Wszystko jedno. Ty t?usty wieprzu, trzeci  rok jeste w miecie, ani
razu w  Strefie  nie  by?e,  "czarci pudding" widzia?e tylko w  kinie, ale
gdyby tak zobaczy? w naturze co on potrafi zrobi z cz?owiekiem...  To, mj
kochany,  straszna  rzecz,  nie trzeba jej  wynosi ze Strefy...  Wiesz  sam
dobrze - stalkerzy to ludzie brutalni, sumienia maj+  niezbyt delikatne, ale
na co takiego nawet nieboszczyk Zgnilec by nie poszed?. cierwnik Barbridge
te?  na to nie  pjdzie...  Nawet boj  si pomyle, komu i po co mo?e  by
potrzebny "czarci pudding".
     -  No  c?  -  mwi Dick -  masz  zupe?n+  racj. Tylko  ja, rozumiesz,
okropnie  nie  mam  ochoty, ?eby pewnego piknego poranka  znaleziono mnie w
??eczku  i   stwierdzono,  ?e  zgin+?em  mierci+  samobjcz+,  nie  jestem
stalkerem, ale rwnie? jestem trze?wym  i brutalnym cz?owiekiem i  ?ycie  mi
si raczej podoba. ?yj ju? od do dawna i, widzisz, przywyk?em...
     W tym momencie Ernest krzykn+? od baru:
     - Panie Nunnun! Telefon do pana!
     -  O  psiakrew  - mwi  Dick  z  nienawici+ w g?osie.  - Pewnie  znowu
reklamacja. Wszdzie znajd+. Przepraszam ci, Red.
     Wstaje i  idzie  do telefonu.  A ja zostaj z Szuwaksem i z  butelk+, i
poniewa? z Szuwaksa  nie ma ?adnego po?ytku, bardzo troskliwie opiekuj  si
butelk+. Diabli  by wzili  t Stref, nigdzie nie ma  przed  ni+  ucieczki.
Gdzie  by nie poszed?,  z  kim by  nie  mwi? -  Strefa, Strefa, Strefa...
Dobrze Kiry?owi gada, ?e dziki Strefie zapanuje wieczny pokj i nieziemska
szczliwo. Kiry? to fajny ch?opak, nikt go g?upim nie nazwie, przeciwnie,
g?ow  ma, ?e daj Bo?e ka?demu,  ale  przecie?  nie ma  zielonego pojcia  o
?yciu. On nawet wyobrazi sobie nie mo?e, ile wszelakiego drastwa krci si
ko?o  Strefy.  Teraz  na przyk?ad "czarci  pudding"  komu  jest  koniecznie
potrzebny.  Ten  Szuwaks  chocia?  i  pijanica,  chocia?  ma  fio?a  na  tle
religijnym, ale czasami,  kiedy cz?owiek dobrze si  zastanowi, rzeczywicie
przychodzi  mu  do  g?owy  -  mo?e  naprawd  nale?y  zostawi  szatanowi co
szataskie?
     Nie rusz gwna...
     W  tym  momencie  na  krzele Dicka  siada jaki smarkacz  w  kolorowym
szaliku.
     - Czy pan Shoehart? - pyta.
     - No? - mwi.
     - Nazywam si Kreon - mwi. - Jestem z Malty.
     - No - mwi - i co s?ycha na Malcie?
     -  Na  Malcie dobrze s?ycha, ale ja  nie o tym chcia?em z panem mwi.
Przys?a? mnie Ernest.
     Tak,  myl.  To  jednak  bydlak  ten Ernest.  Ani  krzty  litoci, ani
odrobiny  sumienia. Siedzi przede  mn+ ch?opiec  - smag?y, schludny, weso?y,
pewnie  jeszcze  ani razu  si  nie  goli?,  jeszcze  ani  razu nie  ca?owa?
dziewczyny,  a  Ernestowi  to  zwisa,  on  tylko o jednym  myli:  ?eby  jak
najwicej ludzi zagoni do Strefy, a jak  jeden na trzech wrci z towarem  -
te? bdzie dobrze...
     - No i jak si czuje nasz dobry  stary Ernest? - pytam. Kreon  obejrza?
si na bar i mwi:
     - Moim zdaniem nie?le. Chtnie bym si z nim zamieni?.
     - A ja nie - mwi. - Napijesz si?
     - Dzikuj, nie pij.
     - No to zapal - mwi.
     - Przepraszam pana, ale nie pal rwnie?.
     - Niech Ci diabli - mwi - Wic po co ci w takim razie pieni+dze?
     Poczerwienia?, przesta? si umiecha i cicho tak odpowiada:
     - Chyba to jest tylko moja sprawa, prawda, panie Shoehart?
     - Co racja, to racja - mwi i nalewam  sobie na cztery palce. W g?owie
mi, nale?y  zaznaczy, ju?  troch szumi i  cia?o  przenika  taka  przyjemna
s?abo, wypuci?a  mnie  wreszcie  Strefa. - Teraz jestem pijany - mwi. -
Jak widzisz,  bawi  si.  Chodzi?em do Strefy, wrci?em ?ywy i z fors+.  To
nieczsto bywa ?eby  ?ywy, i ju? niezmiernie rzadko, ?eby z fors+. A wic na
razie od??my powa?ne rozmowy na kiedy indziej...
     Tu Kreon zrywa si z krzes?a,  mwi "przepraszam", okazuje si, ?e Dick
wrci?. Stoi obok swojego krzes?a i po jego twarzy widz, ?e co si sta?o.
     - No - mwi - znowu twoje komory pr?niowe s+ nieszczelne?
     - Tak - mwi Dick. - Znowu.
     Siada, nalewa sobie, dolewa mnie i widz ja, ?e nie w reklamacji rzecz.
Na reklamacje, powiedzmy to sobie wprost, Dick pluje z trzeciego pitra, nie
na g?upiego trafili!
     -  Wypijmy -  mwi - Red.  - I nie czekaj+c na mnie wypija haustem ca?+
swoj+ porcj i nalewa now+. - Ty wiesz - mwi - umar? Kiry? Fanow.
     W zamroczeniu nie od razu go zrozumia?em. Kto tam umar?, no to umar?.
     - No c? - mwi - wypijmy za spokj jego duszy...
     Dick spojrza?  na mnie,  oczy  mu  si zrobi?y okr+g?e  jak  spodki,  i
dopiero wtedy poczu?em jakby  mi kto wymierzy? cios w ?o?+dek. Pamitam, ?e
wsta?em, opar?em si o blat i patrz na Dicka z gry na d?.
     - Kiry??! - A przed oczami mam srebrn+ pajczyn, znowu s?ysz, jak ona
rwie si i trzeszczy. I przez to okropne trzeszczenie g?os Dicka dochodzi do
mnie jak z drugiego pokoju.
     -  Zawa?  serca.  Znale?li  go  nagiego pod  prysznicem,  nikt  nic nie
rozumie. Pytali o ciebie, powiedzia?em, ?e z tob+ wszystko w porz+dku...
     - A co tu jest do rozumienia? - mwi. - Strefa...
     - Usi+d?, Red - mwi Dick. - Usi+d? i napij si.
     - Strefa... - powtarzam i nie mog przesta. - Strefa... Strefa...
     Niczego  nie  widz  doko?a  oprcz  tej srebrnej  pajczyny.  Ca?y bar
zapl+ta?  si  w  pajczyn,   ludzie  poruszaj+   si,  pajczyna  cichutko
potrzaskuje kiedy kto  si o ni+ oprze.  A w samym rodku stoi  Maltaczyk,
twarz ma dziecinn+, zdziwion+ - nic nie pojmuje.
     - Ch?opcze - mwi do niego serdecznie.  - Ile chcesz pienidzy? Tysi+c
wystarczy? Na! Bierz, bierz! - wpycham mu pieni+dze i ju? krzycz: -  Id? do
Ernesta i powiedz mu,  ?e jest ?ajdakiem i kanali+, nie bj si, powiedz mu!
Przecie? to tchrz! Powiedz mu i natychmiast id? na dworzec, kup sobie bilet
i wracaj na swoj+ Malt! Nigdzie si nie zatrzymuj po drodze, jed? prosto do
domu!
     Nie pamitam, co  tam jeszcze  krzycza?em. Pamitam, jak  znalaz?em si
przed  lad+ baru, Ernest postawi? przede mn+  szklaneczk  na orze?wienie  i
pyta:
     - Zdaje si, ?e jeste dzisiaj przy forsie?
     - Tak - mwi - przy forsie...
     - To mo?e d?ug mi zwrcisz? Jak raz jutro mia?bym na podatki.
     Teraz dopiero  widz - ciskam w pici paczk  banknotw. Patrz na t
zielon+ traw i mamrocz:
     -  Okazuje si,  nie wzi+?  Kreon  Maltaski... Z charakterem,  okazuje
si... No, a ca?a reszta - los tak chcia?.
     - Co z tob+ - pyta mj przyjaciel Ernie. - Przesadzi?e kapk?
     - Nie - mwi. - Ze mn+  -  mwi -  wszystko  w  najlepszym  porz+dku.
Choby w tej chwili mog i pod prysznic.
     - Poszed?by  lepiej do domu  -  mwi  mj  przyjaciel Ernie. -  Jednak
troch przesadzi?e.
     - Kiry? umar? - mwi mu.
     - Ktry to Kiry?? Ten jednorki?
     - Sam jeste  jednorki, bydlaku - mwi mu. -  Z tysi+ca takich jak ty
nie zrobi+  jednego Kiry?a. cierwo cuchn+ce -  mwi.  - Handlarz. mierci+
handlujesz, kanalio. Kupi?e nas wszystkich za zielone... Chcesz, zaraz twj
parszywy stragan rozwal w drobny mak?
     Ledwie zd+?y?em zamachn+ si jak trzeba, kiedy ju? mnie ?api+ i gdzie
ci+gn+.  A  ja ju? nic nie  kombinuj  i kombinowa nie  mog. Co  krzycz,
wyrywam si,  kogo kopi,  potem  oprzytomnia?em -  siedz  w toalecie ca?y
mokry, morda  rozbita. Patrz  w  lustro  i  nie poznaj  sam  siebie, jeden
policzek mi drga, nigdy przedtem czego takiego nie by?o. A na  sali  ha?as,
co  trzeszczy,  talerze  lec+  na  pod?og, dziewczyny piszcz+  i s?ysz  -
Szuwaks ryczy niczym grizzly:
     - ?a?ujcie za grzechy, dranie! Gdzie jest Rudy? Cocie zrobili z Rudym,
szataskie pomiot?a? I wyje policyjna syrena.
     Kiedy  tylko zawy?a,  sp?yn?o na  mnie  olnienie. Wszystko  ju? wiem,
wszystko pamitam. I nic  we mnie  nie zostalo - tylko  lodowata furia. Tak,
myl,  ja  ci tu zaraz  urz+dz zabaw! Ja ci poka?,  co potrafi  stalker,
cierwo! Wyci+gn+?em z kieszeni na  klucze "wierzba", nowiutki, jeszcze ani
razu  nie  u?ywany,  par  razy  zgniot?em  go palcami, ?eby  si  rozgrza?,
uchyli?em  drzwi do  sali i  ostro?nie  wrzuci?em go do  spluwaczki.  A  sam
otworzy?em okno  - i na ulic. Mia?em, rzecz jasna, ogromn+ ochot zobaczy,
co  z tego  wyjdzie, ale  musia?em  zwiewa  jak  najszybciej. Ja bardzo ?le
znosz "wierzby", od razu mi leci krew z nosa.
     Przebiegiem przez podwrko i s?ysz  - "wierzb" ju?  dzia?a,  najpierw
zawy?y  i zaszczeka?y  wszystkie psy  w ca?ej okolicy, zawsze pierwsze czuj+
"wierzb". Potem kto wrzasn+? w knajpie -  a?  mnie  uszy zabola?y, chocia?
by?em daleko. Wyobrazi?em sobie, jak tam publika zacz?a szale. Jeden wpada
w melancholi,  drugi dostaje ataku sza?u, trzeci ze strachu nie wie,  gdzie
ucieka... To straszna rzecz "wierzb". Teraz Ernest nieprdko zbierze pe?en
bar goci. On, gnida, rzecz jasna, domyla si, kto  go tak  urz+dzi?, tylko
?e  ja  na to gwi?d?. Koniec. Nie  ma ju? wicej stalkera  Reda. Ja ju? mam
do. Nie chc  ani sam  szuka mierci, ani  innych dam na to namawia, nie
mia?e
     racji, Kiry?, kochany ch?opcze. Nie  gniewaj si, ale wygl+da na to, ?e
to nie ty, ale Szuwaks ma s?uszno. Nie maj+ czego ludzie szuka w Strefie,
nie przyniesie nam Strefa szczcia.
     Przelaz?em przez  p?ot i powolutku  ruszy?em do domu. Gryz wargi, chce
mi  si  p?aka i  nie  mog.  Przede mn+  pustka.  Przede mn+  nie ma  nic.
Monotonny smutek. Kiry?, mj  jedyny przyjacielu,  jak moglimy dopuci  do
tego? Rysowa?e  przede  mn+  perspektywy,  opowiada?e o nowym,  wspania?ym
wiecie... a teraz co? Kto zap?acze po  tobie w  dalekiej Rosji, a ja nawet
zap?aka nie mog. Przecie? to  ja, g?upie bydle, jestem wszystkiemu winien,
w?anie  ja,  a nikt inny! Jak ja, kretyn nieszczsny, mia?em go wprowadzi
do gara?u, kiedy jego oczy jeszcze  nie  przywyk?y do ciemnoci?  Ca?e ?ycie
?y?em jak wilk,  ca?e  ?ycie tylko o sobie  myla?em... I nagle postanowi?em
pokaza,  jaki  jestem  szlachetny,  postanowi?em  uszliwi cz?owieka.  Po
diab?a mu  w  ogle powiedzia?em  o tym "pustaku"?  I jak tylko  sobie o tym
przypomnia?em, tak mnie  co cisn?o za gard?o, ?e nic - tylko rzeczywicie
zawy jak wilk. I chyba naprawd zawy?em,  ludzie jakby zaczli ustpowa mi
z drogi, a potem nagle zrobi?o mi si l?ej - patrz, idzie Guta. Idzie mi na
spotkanie, moja dziewczyna, moja przeliczna,  idzie, st+pa swoimi cudownymi
nogami, spdniczka ko?ysze si nad kolanami, ze wszystkich bram gapi+ si na
ni+, a ona idzie prociutko, nie patrzy na  nikogo i nie wiem  dlaczego, ale
od razu wiedzia?em, ?e szuka w?anie mnie.
     -  Serwus  -  mwi - Guta. Dok+d idziesz? Guta spojrza?a na mnie  i  w
ci+gu  sekundy  zobaczy?a  wszystko:  i  mord  rozbit+,  i  mokr+ kurtk, i
posiniaczone rce, ale nic na ten temat nie powiedzia?a, tylko mwi:
     - Cze, Red. A ja w?anie ci szukam.
     - Wiem - mwi. -  Chod?my do mnie. Guta milczy, odwrci?a si i patrzy
w bok. Ach, jak piknie osadzona jest jej g?owa, a jaka szyja - jak u m?odej
narowistej klaczy, ju? pokornej swemu je?d?cowi. Potem mwi:
     -  Ja nie  wiem. Red. Mo?e  ju?  wcale  nie  bdziesz chcia? si ze mn+
spotyka?
     Jakby mi kto kamie po?o?y? na sercu. Co jeszcze? Ale tak spokojnie do
niej mwi:
     - Nie  bardzo  ci  rozumiem,  Guta.  Wybacz  mi, ale ja dzisiaj jestem
troch  tego i mo?e z  tego powodu s?abo  kombinuj... Dlaczego mia?bym  nie
chcie spotyka si z tob+?
     Bior j+ pod rk, idziemy niespiesznie w stron mojego domu i wszyscy,
ktrzy dopiero co gapili si na ni+, szybko odwracaj+ mordy. Ja na tej ulicy
ca?e  ?ycie  mieszkam, i Rudego Reda wszyscy tu pierwszorzdnie znaj+. A kto
nie zna, ten bardzo szybko pozna.
     - Matka mwi, ?ebym zrobi?a skrobank - nagle odzywa si Guta.
     - A ja nie chc.
     Uszed?em jeszcze kilka krokw, zanim zrozumia?em, a Guta mwi dalej:
     - Nie chc  ?adnej skrobanki, chc mie z tob+  dziecko. A ty - jak tam
sobie ?yczysz. Mo?esz si wynosi  na wszystkie cztery strony wiata, ja ci
nie trzymam.
     S?ucham, jak  ona sama siebie podkrca,  jak  si  rozpala,  s?ucham  i
powolutku ba?waniej. Nic w  miar rozs+dnego  nie  przychodzi  mi do g?owy.
Tylko jak  refren chodzi mi w k?ko po g?owie - o jednego cz?owieka mniej, o
jednego cz?owieka wicej.
     - Ona mi t?umaczy - mwi Guta - ?e to dziecko stalkera i niby po co mam
wydawa na wiat potwora... ona mwi, to przecie? kryminalista, nie bdziesz
mia?a rodziny, ani nic. Dzisiaj jest na wolnoci, mwi, a jutro w wizieniu.
Tylko  ?e mnie  to nic nie obchodzi, jestem na wszystko przygotowana. I sama
te?  mog zosta, dam sobie rad. Sama urodz, sama wychowam, sama  zrobi z
niego cz?owieka.  Obejd si bez  ciebie. Tylko  ty si  do  mnie wicej nie
zbli?aj, bo na prg nie wpuszcz.
     - Guta - mwi - dziewczyno moja! Poczekaj cho chwileczk...
     -  I nie  mog,  jaki  miech  mnie  ogarnia,  nerwowy.  Idiotyczny. -
Jask?eczko moja, dlaczego mnie chcesz przepdzi, powiedz mi?
     Chichocz jak ostatni  kretyn,  a ona stan?a, przytuli?a si  do mojej
piersi i szlocha.
     - Co my teraz zrobimy. Red? - mwi moja dziewczyna przez ?zy.
     - Co teraz zrobimy?



     lat 28, ?onaty, bez okrelonego
     zajcia
     Red Shoehart le?a? za kamiennym nagrobkiem i patrzy? na drog odsuwaj+c
sprzed oczu ga?+zk jarzbiny.  Reflektory samochodu patrolowego  przecina?y
cmentarz i od czasu do czasu smaga?y Reda po oczach - wtedy mru?y? powieki i
wstrzymywa? oddech.
     Min?y  ju?  dwie  godziny,  a  na  drodze  nie  zasz?y  ?adne  zmiany.
Monotonnie, pracuj+c  na  ja?owym  biegu,  warcza?  silnik  samochodu,  trzy
reflektory  miota?y  si  po  cmentarzu,  po  przekrzywionych  zardzewia?ych
krzy?ach,  po  opuszczonych  grobach,  po   bujnie   rozronitych  krzewach
jarzbiny,  po  p?askiej  cianie trzymetrowego muru, ktry  z  lewej strony
koczy? si jak ucity.  Policjanci  z patrolu bali  si Strefy. A tu,  obok
cmentarza,  nawet lkali  si  strzela. Czasem Reda dobiega?y  przyg?uszone
g?osy, czasami widzia?, jak z samochodu  wylatywa? ogienek  niedopa?ka,  jak
toczy? si  po szosie i gubi? malekie czerwone iskierki. By?o bardzo mokro,
niedawno przesta? pada  deszcz  i wilgotny zi+b przenika?  Reda nawet przez
impregnowany kombinezon.
     Ostro?nie  puci? ga?+zk, odwrci? g?ow i zacz+? nads?uchiwa. Gdzie
z  prawej strony, niezbyt  daleko, ale  i nie blisko, na cmentarzu  by? kto
jeszcze. Zaszeleci?y licie i nawet chyba  obsypa?a si ziemia,  a potem  z
nieglonym  stukniciem  upad?o  co  ci?kiego  i  twardego.  Red ostro?nie
czo?ga? si ty?em wtulony w mokr+ traw. Znowu nad g?ow+ przelecia?o wiat?o
reflektora. Red zamar?,  ledz+c bezszelestny promie, i wyda?o  mu si,  ?e
midzy krzy?ami,  na  grobie,  siedzi nieruchomo cz?owiek  ubrany na czarno.
Siedzi, nie kryj+c si, oparty plecami o marmurowy  obelisk i  bia?+ twarz z
czarnymi jamami oczu zwrci? w stron Reda. W rzeczywistoci Red nie widzia?
i  w  ci+gu  dziesi+tej  czci  sekundy  nie mg?  zobaczy tych wszystkich
szczeg?w, ale wiedzia? dok?adnie, jak to powinno wygl+da. Odpe?z? jeszcze
o kilka krokw dalej, wymaca? w zanadrzu manierk, wyci+gn+? i jeszcze przez
jaki czas pole?a? spokojnie tul+c do policzka ciep?y metal,  nastpnie, nie
wypuszaj+c manierki, poczo?ga? si dalej. Wicej ju?  nie nads?uchiwa? i nie
rozgl+da? si.
     W sztachetach  by?a  dziura  i  tu?  przy  samej  dziurze  na  p?aszczu
przesyconym  o?owiem  le?a?  Barbridge.  Nadal  le?a?  na  plecach,  obur+cz
odci+ga?  ko?nierz swetra  i cichutko, bolenie  sapa?  -  sapanie  chwilami
przechodzi?o  w  jk. Red  usiad? obok i odkrci? manierk. Potem  ostro?nie
wsun+?  rk pod g?ow  Barbridge'a,  wyczuwaj+c ca?+ d?oni+ lepk+ od  potu,
gor+c+ ?ysin,  i przysun+?  manierk do  warg starego.  By?o ciemno,  ale w
s?abych  poblaskach  reflektorw Red widzia?  szczecin  na jego policzkach.
Barbridge  chciwie  wypi?  kilka ?ykw  i  zaraz poruszy?  si  niespokojnie
obmacuj+c worek z towarem.
     -  Wrci?e  -  wykrztusi?. -  Dobry  ch?opak... Rudy... nie  zostawisz
starego... ?eby zdycha?...
     Red odrzuci? g?ow do ty?u i zdrowo poci+gn+? z manierki.
     - Stoi zaraza - powiedzia? - jak przymurowany.
     -  To...  nie przypadek...  -  wystka?  Barbridge. Mwi? urywanie,  na
wydechu - Kto donis?. Czekaj+.
     - Mo?liwe - powiedzia? Red. - Chcesz sobie jeszcze goln+?
     - Nie. Na razie  wystarczy. Nie zostawiaj  mnie. nie  zostawisz  - bd
?y?. Wtedy nie po?a?ujesz, nie zostawisz mnie. Rudy?
     Red nie  odpowiedzia?.  Patrzy? w  stron  szosy,  na  b?kitne  b?yski
reflektorw. Marmurowy obelisk by?o wida  i  st+d,  ale  by?o niejasne, czy
tamten nadal tam siedzi, czy znikn+?.
     -  S?uchaj  mnie.  Rudy.  nie gadam  na  wiatr, nie  po?a?ujesz. Wiesz,
dlaczego stary  Barbridge  ?yje  do dzi? Wiesz?  Bob Ma?polud  nie  wrci?.
Bankier  Faraon  zgin+? -  nic z niego nie zosta?o. Jaki to  by? stalker!  A
jednak zgin+?. Zgnilec tak samo.  Okularnik Herman.  Callagan.  Fet Krosta.
Wszyscy. Ja jeden zosta?em. A wiesz, dlaczego?
     - Zawsze by?e draniem - powiedzia? Red nie odrywaj+c  oczu od szosy. -
cierwnik.
     - By?em  draniem.  To prawda.  Inaczej nie mo?na. Ale przecie?  wszyscy
byli tacy sami. Faraon. Zgnilec. A tylko ja ?yj. Wiesz, dlaczego?
     - Wiem - powiedzia? Red, ?eby si odczepi.
     - ??esz. Nie wiesz. S?ysza?e o Z?otej Kuli?
     - S?ysza?em.
     - Bajka, mylisz?
     - Przesta?by lepiej gada - poradzi? Red. - Przecie? tracisz si?y.
     - To nic. Ty  mnie wyniesiesz. Tyle razy chodzilimy razem! Czy mg?by
mnie zostawi?  Ja  ciebie przecie? znam od takiego. Od ma?ego. I twego ojca
zna?em.
     Red  milcza?. Okropnie  chcia?o  mu  si  pali,  wyci+gn+?  papierosa,
wykruszy? tyto i pow+cha?, nie pomog?o.
     - Musisz mnie st+d  wynie - powiedzia?  Barbridge. - To przez  ciebie
wpad?em. To ty nie chcia?e, ?eby Maltaczyk z nami poszed?.
     Maltaczyk bardzo  si napiera?,  ?eby  i  z nimi.  Ca?y  wieczr  im
stawia?, proponowa? dobry zastaw,  przysiga?,  ?e  zdobdzie  skafander,  i
Barbridge,  ktry  siedzia?   obok  Maltanczyka,  os?aniaj+c   twarz  ci?k+
pomarszczon+  dtoni+, rozpaczliwie mruga? do Reda - zgd? si, zrobimy dobry
interes. By mo?e w?anie dlatego Red powiedzia? wtedy "nie".
     - Przez w?asn+  chciwo wpad?e - powiedzia? Red. - Ja  z tym  nie mam
nic wsplnego, i zamknij si nareszcie.
     Przez  jaki  czas  Barbridge  tylko stka?.  Znowu  wetkn+? palce  pod
ko?nierz i jeszcze dalej odchyli? g?ow.
     - Bierz ca?y towar. Red - wystka? - tylko mnie nie zostawiaj.
     Red spojrza? na zegarek. Do witu by?o ju? bardzo niedaleko, a samochd
patrolowy  nie  odje?d?a?.  Reflektory nadal  obmacywa?y krzaki,  a tu? obok
patrolu sta? zamaskowany  landrover i  w  ka?dej chwili  policjanci mogli go
zauwa?y.
     - Z?ota  Kula - powiedzia? Barbridge.  - Znalaz?em j+. Ile  bajek wok?
niej potem  naros?o! Sam te? niema?o opowiada?em! ?e podobno ka?de  ?yczenie
spe?nia. Ka?de, dobre  sobie! Gdyby  tak by?o, dawno by  mnie tu  nie  by?o.
Mieszka?bym sobie w Europie i spa?bym na forsie.
     Red spojrza? na niego z gry. W b?kitnawych b?yskach odrzucona do ty?u
twarz Barbridge'a wydawa?a si martwa. Ale jego szkliste, wytrzeszczone oczy
bez przerwy ledzi?y Reda.
     -  Zamiast  wiecznej  m?odoci  - gwno. Zamiast forsy,  to  samo.  Ale
zdrowie - co to, to tak. I dzieci  mam udane.  I ?yj. W najmielszych snach
nie zobaczysz tego, co ja przeszed?em, i ?yj - obliza? wargi. - Ja ja tylko
o to prosz. O ?ycie. I o zdrowie. I ?eby dzieci...
     - Stul  pysk, na Boga -  powiedzia? wreszcie  Red. - Zupe?nie jak baba.
Jeli dam rad, to  ci wynios. Twojej  Diny mi szkoda,  zginiesz - pjdzie
dziewczyna na ulic...
     -  Dina... -  wychrypia? Barbridge.  -  Moja  creczka.  Taka  liczna.
Rozpieszcza?em  moje  dzieci,  niczego im nie  odmawia?em. Zmarnuj+ si. Mj
Archie. Ty przecie? go znasz. Rudy. Czy widzia?e kiedy lepsze dzieci?
     - Powiedzia?em: jak dam rad. to ci wyci+gn.
     -  Nie -  z uporem powiedzia? Barbridge. - Ty mnie wyniesiesz, czy dasz
rad, czy nie. Z?ota Kula. Chcesz, powiem ci gdzie ona jest.
     - No to powiedz.
     Barbridge jkn+? i poruszy? si.
     - Moje nogi... - wystka?. - Pomacaj, jak one tam...
     Red wyci+gn+? rk i przesun+? d?oni+ po nogach od kolan w d?.
     - Koci... - chrypia? Barbridge. - Czy s+ tam jeszcze koci?
     - S+, s+ - sk?ama? Red. - Nie kr si. A naprawd  mo?na by?o  wymaca
tylko kolano ni?ej, do samych stp  nogi  by?y  jak z gumy  - mo?na je  by?o
zawi+za na supe?.
     - K?amiesz przecie? - powiedzia? Barbridge.  - Po co k?amiesz? Co to ja
dziecko jestem, nigdy tego nie widzia?em?
     - Kolana s+ ca?e - powiedzia? Red.
     - Pewnie znowu ??esz - beznadziejnie powiedzia? Barbridge. - No trudno.
Tylko mnie wynie. Wszystko ci oddam. Wszystko ci opowiem...
     Jeszcze mwi?,  jeszcze  co obiecywa?, ale  Red  ju?  go nie  s?ucha?.
Patrzy?  na  szos.  Reflektory  nie  biega?y  teraz  po  krzakach,  zamar?y
skrzy?owane  na  tamtym  obelisku z marmuru  i w jasnej  b?kitnej mgle  Red
wyra?nie  zauwa?y?  zgarbion+  czarn+  sylwetk wdruj+c+  wrd  krzy?y. Ta
sylwetka sz?a jakby na olep,  wprost na reflektory.  Red widzia? jak wpad?a
na ogromny krzy?, odskoczy?a, znowu uderzy?a o krzy?, dopiero wtedy skrci?a
i ruszy?a  dalej  wyci+gaj+c  przed siebie  d?ugie  rce z  rozczapierzonymi
palcami. Potem  nagle  znik?a,  jakby si  zapad?a pod  ziemi  i  po  kilku
sekundach pojawi?a si znowu bardziej na prawo i  dalej, maszeruj+c z jakim
niepojtym, nieludzkim uporem jak mechanizm puszczony w ruch.
     I raptem reflektory zgas?y. Zgrzytn?a skrzynka biegw, zarycza?a dziko
silnik,  za  krzakami  mign?o  niebieskie  i  czerwone  wiat?a  postojowe,
samochd patrolowy  ruszy?  b?yskawicznie  nabieraj+c szybkoci  popdzi?  w
stron miasta i znikn+? za  murem. Red z trudem prze?kn+?  lin  i  rozpi+?
zamek b?yskawiczny w kombinezonie.
     -  Chyba odjechali... -  gor+czkowo  mamrota? Barbridge. - No,  Rudy...
Szybciej, szybciej! - zacz+? si wierci, pomaca? rk+ dooko?a, z?apa? worek
z towarem i sprbowa? wsta - no prdzej, na co czekasz!
     Red ci+gle patrzy? w stron  szosy.  Teraz  panowa?a tam ciemno i nic
nie  by?o wida,  ale przecie?  gdzie  musia?  by tamten  - maszerowa? jak
nakrcona lalka, potyka? si, przewraca?, uderza? o krzy?e, zapl+tywa? si w
krzakach.
     -  Dobra -  powiedzial  Red na g?os. -  Idziemy.  Podnis? Barbridge'a.
Stary jak kleszczami  cisn+? go lew+ rk+ za szyj  i Red  nie maj+c  si?y,
?eby wsta,  na czworakach powlk? go  przez dziur w  ogrodzeniu  chwytaj+c
rkami mokr+ traw.
     -  Naprzd, naprzd...- chrypia? Barbridge. - Nie  martw  si,  trzymam
towar, nie zgubi go... naprzd!
     cie?ka by?a znajoma, ale trawa mokra i liska, ga?zie  jarzbiny bi?y
po twarzy, opas?y Barbridge by? nieludzko ci?ki,  niby nieboszczyk, worek z
towarem  brzcza?, stuka?  i bez przerwy  o co zaczepia? i jeszcze straszno
by?o natkn+  si na tamtego, ktry by mo?e ci+gle jeszcze  b?+ka? si tu w
ciemnociach.
     Kiedy si  wydostali na szos, by?o jeszcze ciemno,  ale czu?o  si. ?e
wit  ju?  blisko.  W  lasku  po  tamtej  stronie  szosy, sennie i niepewnie
zaszczebiota?y ptaki, a nad czarnymi domami  dalekiego przedmiecia mrok ju?
zgranatowia? i  powia?o stamt+d  ch?odnym, wilgotnym powietrzem. Red po?o?y?
Barbridge'a na poboczu,  rozejrza? si i  jak wielki  czarny paj+k przebieg?
przez  drog.  Szybko  znalaz?  Landrovera,  zgarn+?  z  maski  i  karoserii
maskuj+ce  ga?zie, siad? za kierownic+ i ostro?nie,  nie zapalaj+c wiate?,
wyjecha?  na  asfalt.  Barbridge  siedzia?,  w  jednej rce  trzyma? worek z
towarem, drug+ obmacywa? nogi.
     -  Szybko! - wychrypia?. - piesz sie. Kolana  jeszcze  s+, jeszcze mam
ca?e kolana... ?eby chocia? kolana uratowa!
     Red d?wign+? go i zgrzytaj+c  zbami  z wysi?ku wwali? go do samochodu.
Barbridge  z  ?oskotem  opad? na tylne  siedzenie i jkn+?. Worka jednak nie
wypuci?.  Red podnis? z  ziemi  impregnowany o?owiem p?aszcz i  rzuci?  na
starego. Barbridge'owi uda?o si przytarga rwnie? p?aszcz.
     Red  wzi+?  latark  i  przeszed?  poboczem  wypatruj+c  ladw. ladw
w?aciwie nie by?o. Wyje?d?aj+c na szos  Landrover przygnit? wysok+, gst+
traw, ale ta trawa powinna po paru godzinach wrci do poprzedniego stanu.
     W  miejscu  gdzie  sta?  samochd  patrolu,  le?a?o  na  ziemi  mnstwo
niedopa?kw. Red przypomnia? sobie, ?e od dawna chce mu si pali, wyci+gn+?
papierosa i  zapali?,  chocia? najbardziej  na wiecie  pragn+? wskoczy  do
samochodu i pdzi, pdzi, ?eby znale? si jak najdalej  od tego  miejsca.
Ale tego  w?anie  zrobi  nie  by?o  wolno. Nale?a?o  postpowa  powoli  i
rozwa?nie.
     - Co ty wyprawiasz? - p?aczliwie  zapyta? Barbridge z samochodu. - Wody
nie wyla?e, wszystkie wdki suche... Na co czekasz? Chowaj towar!
     - Stul pysk, ty!... - powiedzia? Red.  -  Nie przeszkadzaj! - zaci+gn+?
si papierosem. - Wjedziemy do miasta od po?udniowej strony.
     -  Jak  to  od po?udniowej?  Co  takiego?  Przez  ciebie strac kolana,
?ajdaku! Kolana!
     Red po raz  ostatni zaci+gn+? si papierosem i schowa? go do pude?ka od
zapa?ek.
     -  Zamknij  mord, cierwnik  - powiedzia?. - Prosto  przez miasto  nie
mo?emy jecha. Trzy posterunki, chocia? jeden musi nas zatrzyma.
     - No to co?
     - Zobacz+ twoje kulasy i koniec z nami.
     -  Jakie kulasy? G?uszylimy ryby, nogi mi poharata?o  i nie ma o  czym
gada!
     - A je?eli kto pomaca?
     - Pomaca... tak zawyj, ?e na ca?e ?ycie odechce mu si macania.
     Ale Red  ju? podj+?  decyzj. Podnis?  przednie  siedzenie  samochodu,
wiec+c latark+ otworzy? skrytk i powiedzia?:
     - Dawaj towar.
     Bak pod siedzeniem by? fa?szywy.  Red zabra?  worek  i  wepchn+? go  do
rodka nas?uchuj+c, jak w worku cos d?wiczy i postukuje.
     - Nie wolno mi ryzykowa - mrukn+?. - Nie mam prawa.
     Za?o?y? pokryw na miejsce, nasypa? na wierzch  troch mieci, zarzuci?
szmatami  i  opuci?  siedzenie.  Barbridge  stka?,  pojkiwa?,  ?a?oliwie
domaga? si  popiechu, znowu obiecywa? Z?ot+ Kul. Wierci?  si bez przerwy
na siedzeniu,  z lkiem  wpatruj+c si w janiej+cy mrok. Red nie zwraca? na
niego uwagi. Rozerwa? nape?niony wod+ plastykowy worek z  rybami, wod wyla?
na  wdki  le?+ce  na  pod?odze   samochodu,  a  skacz+ce  ryby  wrzuci?  do
brezentowej   torby.  Plastykowy   worek  zwin+?  i   wsadzi?   do  kieszeni
kombinezonu. Teraz  wszystko  by?o w porz+dku - wdkarze  wracali  z niezbyt
udanego po?owu. Red usiad? przy kierownicy i samochd ruszy?.
     Do  samego  zakrtu  jecha? bez wiate?. Po  lewej stronie  ci+gn+? si
pot?ny trzymetrowy  mur otaczaj+cy Stref, a z prawej  by?y krzaki, rzadkie
zagajniki, porzucone wille  z zabitymi  oknami  i liszajami na cianach. Red
dobrze widzia?  w ciemnoci, zreszt+ ciemno nie  by?a ju?  taka  gsta,  a
oprcz  tego  wiedzia?  z  gry,  co  i  kiedy zobaczy. Dlatego kiedy  przed
samochodem pojawi?a si  rytmicznie maszeruj+ca  posta, nawet  nie zwolni?.
Tamten wdrowa? prosto rodkiem szosy  -  i jak oni wszyscy szed? do miasta.
Red wyprzedzi? go,  prowadz+c samochd lew+ stron+ i  wyprzedziwszy, jeszcze
mocniej przycisn+? peda? gazu.
     - Matko Boska! - wymamrota? z ty?u Barbridge. - Rudy, widzia?e?
     - Tak - powiedzia? Red.
     - O Bo?e!... Tego nam  jeszcze brakowa?o! -  mamrota? Barbridge i nagle
zacz+? g?ono odmawia modlitw.
     -  Zamknij si! -  ostro powiedzia? Red.  Zakrt  powinien  by  gdzie
tutaj.  Red zwolni?, wpatruj+c si w szereg pochylonych  domkw i p?otw  po
prawej.  Stary  transformator... podparty  s?up...  sprchnia?y  mostek  nad
przydro?nym   rowem...  Red  skrci?  kierownic.   Samochd  podrzuci?o  na
wybojach.
     - Dok+d? - dziko zawy? Barbridge. - Przez ciebie nogi strac, bydlaku!
     Red na sekund odwrci? si i z ca?ej si?y uderzy?  starego w twarz, a?
d?o podrapa?a  mu  ostra szczecina.  Barbridge zakrztusi?  si  i  zamilk?.
Samochd podskakiwa?, ko?a co chwila buksowa?y w wie?ym b?ocie. Red zapali?
wiat?a. Bia?y, niespokojny blask owietli?  zaronite traw+ stare koleiny,
ogromne  ka?u?e, krzywe gnij+ce parkany po  obu  stronach. Barbridge  p?aka?
chlipi+c  i poci+gaj+c nosem, niczego  ju? nie obiecywa?, tylko  ?ali? si i
odgra?a?, ale bardzo cicho i niewyra?nie, tak ?e Red s?ysza? tylko oddzielne
s?owa. Co  tam  by?o  o nogach,  o  kolanach,  o  ukochanym Archie... Potem
ucich?.
     Osiedle le?a?o  tu? przy zachodnich  przedmieciach miasta. Kiedy by?y
tu letniska, ogrody,  sady  owocowe,  letnie rezydencje miejskich notablw i
fabrycznej administracji. Zielono,  weso?o,  malutkie jeziorka,  czyciutkie
piaszczyste pla?e, przejrzyste brzozowe zagajniki, stawy, w ktrych hodowano
karpie.  Fabryczny zaduch i fabryczny  gryz+cy dym  nigdy tu  nie dociera?y,
podobnie  jak  i miejska  kanalizacja. Teraz wszystko  to  sta?o  porzucone,
niszczej+ce.  Zobaczyli  tylko  jeden  zamieszkany   dom  -  ??to  wieci?o
zas?onite  firank+ okienko, na sznurkach wisia?a zmoczona deszczem bielizna
i olbrzymi pies, zach?ystuj+c si  wciek?oci+, wybieg?  na drog  i  przez
jaki czas pdzi? za samochodem w bryzgach b?ota tryskaj+cego spod k?.
     Red ostro?nie  przejecha? przez jeszcze jeden stary  pochylony mostek i
kiedy zobaczy? przed sob+ wyjazd na  Szos  Zachodni+, zatrzyma?  samochd i
zgasi? silnik. Potem wyszed? na drog, nawet nie spojrzawszy na Barbridge'a,
ruszy?  przed siebie z rkami w kieszeniach wilgotnego  kombinezonu. Zrobi?o
si zupe?nie widno.  Wok?  by?o  mokro, cicho i sennie. Red  zbli?y? si do
szosy  i ostro?nie  wyjrza?  zza  krzakw.  Policyjna  wartownia  by?a  st+d
doskonale widoczna - maleki  domek na k?kach  i  trzy owietlone  okienka,
samochd patrolowy sta? na poboczu szosy pusty. Przez jaki czas Red  sta? i
patrzy?. Na wartowni nic si nie dzia?o
     - najwidoczniej policjanci, zmczeni  i zmarznici,  teraz grzali si w
domku -  drzemali  z  papierosami  przylepionymi do dolnej wargi. "Dranie" -
cicho  powiedzia? Red.  Wymaca?  w  kieszeni kastet, wsun+?  palce  w owalne
otwory, zacisn+? w pici  zimne  ?elazo i ci+gle tak samo przygarbiony, nie
wyjmuj+c  z  kieszeni r+k, zawrci?.  Landrover,  lekko  pochylony,  sta?  w
krzakach. Miejsce by?o odludne, zapuszczone, nikt tu zapewne nie zagl+da? od
co najmniej dziesiciu lat.
     Kiedy Red  podszed? do samochodu,  Barbridge unis? si  i  spojrza? na
niego otwieraj+c usta. Wygl+da? teraz  nawet  jeszcze  starzej ni?  zwykle -
pomarszczony, ?ysy zaronity niechlujn+ szczecin+,  zby rzadkie i zepsute.
Czas jaki wpatrywali si w siebie i nagle Barbridge powiedzia? niewyra?nie:
     - Dam ci map... wszystkie pu?apki... Sam znajdziesz, nie po?a?ujesz.
     Red s?ucha? go stoj+c bez ruchu, potem rozwar? palce, wypuci? kastet i
powiedzia?:
     - Dobra. Twoje zadanie: masz le?e nieprzytomny, zrozumiano? Jcz i nie
daj si dotkn+.
     Siad? przy kierownicy, zapali? silnik i samochd ruszy?.
     I  wszystko  posz?o jak z  p?atka, nikt nie wyszed? z przyczepy,  kiedy
landrover,  pos?uszny znakom drogowym,  powoli przejecha? obok  wartowni,  a
nastpnie wci+? zwikszaj+c i zwikszaj+c szybko  popdzi? do miasta przez
po?udniowe przedmiecia. By?a szsta rano, na ulicach pusto, asfalt czarny i
mokiy,   automatyczne   wiat?a   sieroce   i   niepotrzebnie   mrugaj+   na
skrzy?owaniach.  Minli piekarni z  wysokimi, jasno  owietlonymi  oknami i
Reda owion+? ciep?y i niebywale smakowity zapach.
     -  ?re mi  si  chce  - powiedzia?  Red,  rozlu?niaj+c  zdrtwia?e  od
napicia minie, i przeci+gn+? si wpieraj+c d?onie w kierownic.
     - Co? - z przera?eniem zapyta? Barbridge.
     -  Mwi,  ?e  mi  si  ?re chce...  Ty dok+d?  Do  domu czy prosto do
Rze?nika?
     - Do Rze?nika,  do Rze?nika gazuj! - pospiesznie zamamrota?  Barbridge,
pochyli? si do przodu  i gor+czkowym oddechem zia? Redowi w plecy. - Prosto
do niego!  Jed?  szybko!  Nale?y mi  si od niego  jeszcze  siedemset... Ale
szybciej, szybciej,  czego  wleczesz  si jak mucha w smole! - nagle  zacz+?
kl+ bezsilnie i  paskudnie, wstrtnymi,  brudnymi s?owami, zapluw+j+c  si,
zachlystuj+c i d?awi+c atakami kaszlu.
     Red  nie  odzywa? si,  nie mia? ani czasu,  ani  si?y  na  uspokajanie
rozszala?ego cierwnika, nale?a?o mo?liwie szybko z tym wszystkim skoczy i
chocia? godzin, chocia? p? godziny pospa przed  spotkaniem w "Metropolu".
Skrci?  w Ulic Szesnast+,  przejecha? dwa  kwarta?y i  zatrzyma?  samochd
przed szar+ pitrow+ will+.
     Otworzy? mu sam Rze?nik. Widocznie  dopiero  wsta? i szed? do ?azienki.
Ukaza? si we wspania?ym szlafroku,  a w rku dzier?y? szklank ze  sztuczn+
szczk+. W?osy mia? rozkud?ane, pod oczami ciemne napuchnite worki.
     - O! - powiedzia?. - To ty. Rudy? Co powiesz?
     - W?? zby i jedziemy - powiedzia? Rudy.
     - Aha - odpar? Rze?nik i zapraszaj+co ruchem g?owy  wskaza? hall, a sam
cz?api+c perskimi pantoflami zdumiewaj+co szybko pod+?y? do ?azienki.
     - Kto? - zapyta? stamt+d.
     - Barbridge - odpowiedzia? Red.
     - Co?
     - Nogi.
     W ?azience polecia?a z kranu woda, rozleg?o si parskanie, co upad?o i
potoczy?o si  po  kamiennej posadzce.  Red zmczonym ruchem usiad? w fotelu
wyj+?  papierosa,  zapali?  i  rozejrza? si dooko?a. Tak, hall by?  niczego
sobie. Rze?nik  nie  ?a?owa?  pienidzy. By?  bardzo  dowiadczonym i bardzo
modnym chirurgiem,  znakomitoci+ nie tylko miasta, ale i ca?ego stanu, a ze
stalkerami zwi+za? si rzecz jasna, nie dla pienidzy. On rwnie? bra? swoj+
dol ze  Strefy - bra? w naturze, w  r?nych przedmiotach,  ktre stosowa? w
swojej  praktyce   lekarskiej,   bra?  w  wiedzy,   ktr+  zdobywa?   lecz+c
okaleczonych stalkerw  i  studiuj+c przy tym  r?ne nie znane  do  tej pory
choroby i  deformacje ludzkiego organizmu, bra? w s?awie, s?awie  pierwszego
na wiecie lekarza - specjalisty  od pozaziemskich chorb mieszkacw Ziemi.
Pieni+dze zreszt+ rwnie? bra? z niema?+ ochot+.
     - A konkretnie: co z  nogami? - zapyta? Rze?nik wychodz+c z  ?azienki z
ogromnym  rcznikiem  przewieszonym   przez  rami.  Skrajem  tego  rcznika
ostro?nie wyciera? swe d?ugie, nerwowe palce.
     - Wlaz? w "pudding" - powiedzia? Red. Rze?nik gwizdn+?.
     - A wic mamy z g?owy  Barbridge'a  - mrukn+?. - Szkoda, bo wybitny by?
stalker.
     -  To  drobiazg  -  powiedzia? Red  rozsiadaj+c  si w fotelu.  - Ty mu
zrobisz  protezy  i Barbridge  na  protezach  jeszcze nam po  Strefie bdzie
kutyka?.
     - No dobrze  - powiedzia?  Rze?nik. Na  jego  twarzy ju?  malowa?a  si
profesjonalna rzeczowo. - Poczekaj, zaraz si ubior.
     Kiedy si  ubiera?, kiedy  gdzie dzwoni? - zapewne  do swojej kliniki,
?eby  wszystko przygotowali do  operacji - Red  nieruchomo le?a? w  fotelu i
pali?.  Tylko  raz  si  poruszy?,  ?eby  wyci+gn+ manierk. Pi?  malutkimi
?ykami, poniewa? w manierce zosta?o ju? tylko troch na dnie, i stara? si o
niczym nie myle. Po prostu czeka?.
     Potem razem  poszli do  samochodu. Red usiad?  przy kierownicy. Rze?nik
obok niego i  od razu  przechyli? si przez oparcie i zacz+? obmacywa  nogi
Barbridge'a. Barbridge,  cichy teraz i nastroszony,  mamrota? co  ?a?onie,
obiecywa? oz?oci, bez przerwy wspomina? dzieci i nieboszczk  ?on, b?aga?,
?eby mu uratowa przynajmniej kolana. Kiedy podjechali pod klinik,  Rze?nik
zakl+?  nie widz+c przed  bram+  sanitariuszy, jeszcze  w biegu wyskoczy?  z
samochodu  i znikn+? za  drzwiami.  Red  znowu  zapali?, a  Barbridge  nagle
powiedzia? zupe?nie wyra?nie i dobitnie, jakby ju? ca?kowicie oprzytomnia?.
     - Chcia?e mnie zabi. Ja ci to zapamitam.

     - Ale przecie? nie zabi?em - obojtnie powiedzia? Red.
     - Tak, nie zabi?e... - Barbridge przez moment milcza?. - To ci rwnie?
zapamitam.
     - Zapamitaj, zapamitaj - powiedzia? Red. - Ty by mnie oczywicie nie
zabi?,  sk+d?e  znowu... - odwrci?  si i  popatrzy? na starego.  Barbridge
niepewnie krzywi? usta poruszaj+c wysch?ymi wargami. - Ty by mnie po prostu
tam zostawi?
     - powiedzia? Red. -  Porzuci?by mnie w Strefie i koce w wod. Tak jak
Okularnika.
     - Okularnik  sam  skona? -  ponuro  zaprzeczy?  Barbridge. - Bez  mojej
pomocy. Przyku?o go.
     - Kanalia - powiedzia? obojtnie Red i odwrci? si. - cierwnik.
     Z bramy wyskoczyli  zaspani,  rozkudlani  sanitariusze i rozk?adaj+c  w
biegu nosze pocwa?owali do samochodu. Red, od czasu do czasu zaci+gaj+c  si
papierosem, patrzy?, z jak+ wpraw+ wydobyli Barbridge'a z samochodu, u?o?yli
na noszach i wnieli do kliniki. Barbridge le?a? nieruchomo, rce skrzy?owa?
na  piersi i zobojtnia?y na  wszystko patrzy?  w niebo. Jego ogromne stopy,
prze?arte "puddingiem", by?y dziwnie nienaturalnie wykrcone. To by? ostatni
ze  starych  stalkerw,  ostatni z  tych,  ktrzy  rozpoczli  polowanie  na
pozaziemskie skarby od razu po L+dowaniu, kiedy Strefy, jeszcze nie nazywano
Stref+, kiedy  jeszcze  nie by?o instytutw  naukowych,  ani  muru, ani  si?
policyjnych  ONZ, kiedy  miasto  sparali?owa?a  groza,  a wiat  chichota? z
powodu  nowej  kaczki  dziennikarskiej.  Red  mia?  wtedy  dziesi  lat,  a
Barbridge  by?  silnym  i  zrcznym m?czyzn+  -  uwielbia?  picie  na cudzy
rachunek,  bjki  i  obmacywanie po  k+tach niedostatecznie spostrzegawczych
dziewcz+t.  W?asne dzieci  doszcztnie go wtedy nie interesowa?y, ale ndzn+
szuj+  by?  ju? wwczas, bo  kiedy  wypi?,  z jak+  obrzydliw+  satysfakcj+
katowa?  swoj+  ?on  - ha?aliwie,  pedantycznie, ?eby wszyscy widzieli,  i
wreszcie zat?uk? j+ na mier.
     Red zawrci? i nie zwracaj+c uwagi na wiat?a,  szczkaj+c klaksonem na
przechodniw, cinaj+c zakrty pojecha? prosto do domu.
     Zahamowa?   przed  gara?em,  a  kiedy  wysiad?   z  samochodu  zobaczy?
administratora,  ktry  szed?  mu na spotkanie od strony  skweru. Jak zwykle
administrator   by?   w  fatalnym  humorze   i  jego  wymita  twarzyczka  z
opuchnitymi  oczkami wyra?a?a  skrajne obrzydzenie,  jakby  st+pa?  nie  po
ziemi, a po kupie nawozu.
     - Dzie dobry  -  powiedzia? grzecznie Red. Administrator zatrzyma? si
na dwa kroki przed Redem i pokaza? palcem za siebie.
     -  To paska  robota?  - zapyta?  niewyra?nie.  By?o wida, ?e  to jego
pierwsze s?owa od wczoraj.
     - O czym pan mwi?
     - Ta hutawka... To pan j+ postawi??
     - Ja.
     - W jakim celu?
     Red nie odpowiedzia?,  poszed? do bramy gara?u i  zacz+?  j+  otwiera.
Administrator ruszy? za nim i stan+? za jego plecami.
     - Pytam, w jakim celu postawi? pan t hutawk? Kto pana prosi??
     -  Moja  crka prosi?a  -  odpowiedzia? Red  bardzo spokojnie.  W?anie
odmyka? bram.
     -  Ja  tu nie pytam o pask+  crk! - Administrator podnis? g?os. - O
paskiej  crce  bdziemy rozmawia oddzielnie. Pytam,  kto  panu  pozwoli??
Jakim prawem pan si rz+dzi na skwerze?
     Red odwrci? si i sta? przez  chwil nieruchomo, uwa?nie wpatruj+c si
w blady po?y?kowany  nos. Administrator zrobi? krok do tylu i odezwa? si  o
ton ni?ej:
     - Balkonu pan te? nie odmalowa?. Ile razy ju? panu...

     -  Nadaremnie  si  pan  stara  -  powiedzia? Red. - Ja  si  i tak nie
wyprowadz.
     Wrci? do samochodu  i  zapali?  silnik. Polo?y? d?onie na kierownicy i
dopiero teraz zauwa?y?, jak zbiela?y mu kostki palcw. Wtedy  wysiad?  i ju?
nie staraj+c si opanowa powiedzia?:
     -  Ale je?eli, pomimo wszystko,  bd musia?  si  wyprowadzi, to  ju?
dzisiaj zamw sobie miejsce na cmentarzu, gnido.
     Wprowadzi? samochd do  gara?u,  zapali? wiatlo i zamkn+? bram. Potem
wydoby?  z  fa?szywego  zbiornika  na benzyn  worek  z towarem, doprowadzi?
samochd do porz+dku,  worek  w?o?y?  do  starego  koszyka, na worku po?o?y?
wdki, jeszcze  wilgotne,  oblepione  traw+  i  limi  a na wierzch wysypa?
nite   ryby,  ktre   Barbridge  kupi?   wczoraj  w  jakim   sklepiku  na
przedmieciu. Potem raz  jeszcze obejrza?  samochd ze wszystkich stron,  po
prostu  z   przyzwyczajenia.   Do  tylnego  prawego  wiat?a  przylepi?  si
sp?aszczony papieros. Red oderwa? go  - papieros by? szwedzki. Red  pomyla?
chwil  i  wsadzi? go  do  pude?ka  od  zapa?ek.  W  pude?ku  ju?  by?y trzy
niedopa?ki.
     Na schodach  nie spotka?  nikogo. Stan+? przed swoimi  drzwiami i drzwi
otwar?y  si, zanim zd+?y? sign+  po klucz.  Wszed? bokiem,  trzymaj+c pod
pach+ ci?ki kosz, i  otuli?o go znajome  ciep?o i  znajome zapachy w?asnego
mieszkania, a Guta obj?a go za szyj i zamar?a bez  ruchu,  kryj+c twarz na
jego  piersi, nawet przez  kombinezon  i  grub+ koszul czu?, jak gwa?townie
bije jej serce. Red nie przeszkadza? jej - cierpliwie sta? i czeka?, a? Guta
si  uspokoi,  chocia?  w?anie  w tej  chwili  poczu?,  jak  strasznie jest
zmczony i wyprany z si?.
     - Ju?  w porz+dku... -  powiedzia?a wreszcie  niskim,  nieco  ochryp?ym
g?osem,  puci?a go,  zapali?a wiat?o w przedpokoju, a sama nie  odwracaj+c
g?owy posz?a do  kuchni.  - Zaraz zrobi  ci  kaw... - powiedzia?a ju?  zza
drzwi.
     - Przynios?em ryby - powiedzia? Red umylnie, rzekim g?osem.  -  Usma?
je, tylko wszystkie od razu g?odny jestem, ?e nie masz pojcia!
     Guta  wrci?a  kryj+c twarz w rozpuszczonych w?osach. Red postawi? kosz
na  pod?odze,  pomg?  jej  wyj+ siatk z rybami i razem zanieli siatk  z
rybami do kuchni i wrzucili ryby do zlewozmywaka.
     - Id?, wyk+p si  - powiedziala Guta - zanim skoczysz, wszystko bdzie
gotowe.
     - Jak tam Mariszka? - zapyta? Red siadaj+c i zdejmuj+c buty.
     - Gada?a  przez ca?y wieczr - odpar?a Guta. - Z trudem zagoni?am j+ do
??ka. Bez przerwy marudzi?a - gdzie tata i gdzie tata? nic, tylko dawaj jej
tat...
     Zwinnie  i bezszelestnie  porusza?a si w kuchni, krzepka, zgrabna. Ju?
kipia?a woda  w  rondelku i lecia?y ?uski  spod  no?a,  skwiercza?  olej  na
ogromnej patelni i wspaniale pachnia?o wie?+ kaw+.
     Red wsta?, na bosaka poszed? do przedpokoju, zabra? koszyk i zanis? go
do  komrki. Potem zajrza? do sypialni.  Mariszka  spa?a  spokojnie,  ko?dra
le?a?a na pod?odze, koszulka zawinita a? pod szyj i ma?a widoczna by?a jak
na  d?oni - malekie, senne zwierz+tko.  Red  nie wytrzyma?, pog?aska? j+ po
plecach zaronitych ciep?ym  z?ocistym futerkiem l po raz tysiczny zdumia?
si,  jakie  to futerko jest d?ugie i jedwabiste.  Mia? ogromn+ ochot wzi+
Mariszk na rce, ale ba?  si  j+ obudzi,  zreszt+  by? brudny jak  czort,
przesi+knity  Stref+ i  mierci+.  Wrci?  do kuchni, usiad?  przy  stole i
powiedzia?:
     - Nalej mi fili?ank kawy. Umyj si p?niej.
     Na stole le?a?a popo?udniowa poczta, ca?y plik gazet:
     "Harmont  Hews", tygodnik "Kulturysta", "Playboy" - du?o tego  przysz?o
--   i  gruby,  w  szarej  oprawie   "Biuletyn   Midzynarodowego  Instytutu
Cywilizacji  Pozaziemskich" nr 56. Red wzi+? z r+k Guty  fili?ank paruj+cej
kawy  i przysun+?  sobie  "Biuletyn". Jakie  hieroglify,  znaczki,  rysunki
techniczne...  Na zdjciach znane przedmioty w dziwacznych ujciach. Jeszcze
jeden  pomiertny  artyku?  Kiry?a Panowa  "O  pewnej  niezwyk?ej  w?asnoci
pu?apek magnetycznych typu 77-b". nazwisko "Fanow" obwiedzione czarn+ ramk+,
a  na  dole drobnym drukiem wyjanienie:  "Doktor Kiry?  Fanw, ZSSR,  zmar?
tragicznie
     w czasie przeprowadzania eksperymentu w kwietniu 19.. roku". Red rzuci?
     "Biuletyn", wypi? troch kawy parz+c sobie gard?o i zapyta?:
     - Przyszed? kto wczoraj?
     -  Szuwaks przyszed? -  powiedzia?a  Guta po  krciutkiej pauzie. Sta?a
przy kuchence
     i patrzy?a na Reda. - By? zalany w trupa, wic go sp?awi?am.
     - A co na to Mariszka?
     -  Oczywicie  nie  chcia?a  go  wypuci.  Zacz?a  nawet  p?aka. Ale
powiedzia?am jej,
     ?e wujek Szuwaks ?le si  czuje, na  to ona  z  ca?kowitym zrozumieniem
odpowiada:
     "Wujek Szuwaks znowu si ur?n+?".
     Red umiechn+? si i ?ykn+? kawy. Potem zapyta?:
     - A jak s+siedzi?
     I tym razem Guta odezwa?a si dopiero po krciutkiej przerwie.
     - Jak zwykle - odpar?a wreszcie.
     - Dobrze nie chcesz, to nie mw.
     - A tam! - powiedzia?a i z obrzydzeniem machn?a rk+.  - Dzisiaj znowu
puka  ten  babsztyl  z  do?u. lepia  wytrzeszczy?a,  z  pyska toczy  pian.
Dlaczego w nocy pi?ujemy co w ?azience?
     - Zaraza  -  powiedzia? Red przez zby. -  S?uchaj, a mo?e rzeczywicie
si wyprowadzimy? Kupimy sobie domek  gdzie  na przedmieciu, gdzie nie  ma
nikogo, jak+ opuszczon+ will, co ty na to?
     - A Mariszka?
     -  O Bo?e  -  powiedzia? Red. -  Czy doprawdy my  we  dwoje nie zdo?amy
sprawi, ?eby czu?a si szczliwa? Guta pokrci?a g?ow+.
     - Ona  lubi dzieci. I  dzieci j+ te? lubi+. Przecie? one nie  s+ winne,
?e...
     - Tak - powiedzia? Red. - One rzeczywicie nie s+ winne...
     -  Zostawmy  to!  -  powiedzia?a  Guta.  -  Kto   do  ciebie  dzwoni?.
Powiedzia?am, ?e pojecha?e na ryby. Red odstawi? fili?ank i wsta?.
     - No dobra - powiedzia?. - Jednak pjd si umy.  Mam  jeszcze mnstwo
spraw do za?atwienia.
     Zamkn+? si  w ?azience, wrzuci?  ubranie  do  pojemnika  na  brudy,  a
kastet, reszt muterek, papierosy i inne drobiazgi po?o?y? na p?k.
     D?ugo  krci?  si  pod gor+cym  jak  wrz+tek  natryskiem,  stkaj+c  i
rozcieraj+c  cia?o szorstk+  g+bk+,  a? skra zrobi?a  si  purpurowa, potem
zakrci? prysznic usiad?  na brzegu wanny i zapali?. W rurach piewa?a woda,
w kuchni Guta  brzcza?a pokrywkami garnkw. Zapachnia?o sma?on+ ryb+, potem
Guta zapuka?a do drzwi ?azienki i poda?a mu czyst+ bielizn.
     -  Pospiesz si -  powiedzia?a. -  Ryba  wystygnie. Red umiechn+? si:
wrci?a ju? do rwnowagi i znowu zacz?a  komenderowa. Ubra? si, to znaczy
naci+gn+? podkoszulek i k+pielwki, i w takim stroju wrci? do kuchni.
     - Teraz mo?na co zje - powiedzia? siadaj+c,
     - Wrzuci?e bielizn do pojemnika? - zapyta?a Outa.
     - Aha - wymamrota? z pe?nymi ustami. - Wspania?a rybka!
     - Wod+ zala?e?
     -  Niee... Przepraszam,  sir, to  si wicej nie powtrzy, sir. Uspokj
si,  jeszcze  zd+?ysz,  posied?  chwil! -  z?apa? j+ za  rk i  sprbowa?
posadzi sobie na kolanach,  ale  Guta wywin?a si i usiad?a  na krzele  z
drugiej strony.

     - Nie podoba ci si m+? - powiedzia?  Red, znowu zapychaj+c sobie usta.
- Lekcewa?ysz go, jak si okazuje.
     - Jaki tam z ciebie m+? - powiedzia?a Guta. - Pusty worek, a  nie  m+?.
Trzeba ci dopiero nabi, jak siennik.
     -  A mo?e jednak? - powiedzia?  Red.  - Przecie? zdarzaj+  si cuda  na
wiecie!
     - Jako nie  pamitam, ?eby zdarzy? si  tobie taki cud. Mo?e  napijesz
si czego? Red niezdecydowanie bawi? si widelcem.
     - Raczej nie - powiedzia?. Spojrza? na zegarek i wsta?.
     - Zaraz  wychodz. Przygotuj  mi  wyjciowy  garnitur. Wed?ug kategorii
"S", Krawat, koszula...
     Z  rozkosz+  cz?api+c  czystymi,  bosymi  stopami po  ch?odnej pod?odze
poszed? do komrki i  zamkn+? drzwi na zasuw. Potem w?o?y? gumowy  fartuch,
wcisn+? d?ugie do  ?okcia  gumowe rkawice i wy?o?y? na  st?  to, co by?o w
worku.  Dwa "pustaki". Pude?ko  z "agrafkami".  Dziewi  "bateryjek".  Trzy
"bransolety". I jedno jakie  k?ko " te? co w rodzaju "bransolety", ale  z
bia?ego metalu, wiksze o rednicy oko?o  trzydziestu milimetrw. Szesnacie
sztuk "czarnych bryzg" zawinitych w plastyk. Dwie "g+bki" wielkoci pici,
znakomicie  zachowane.  Trzy  "wierzby". S?oik  "gazowanej gliny". W  worku
zosta?  jeszcze ci?ki porcelanowy kontener, starannie  opakowany w  szklan+
wat, ale  Red zostawi? go w spokoju. Wyj+? papierosy,  zapali?  i zapatrzy?
si w le?+ce na stole przedmioty.
     Potem  wysun+?  szuflad,  wzi+?  arkusz  papieru,  ogryzek   o?wka  i
liczyd?o. Zagryzaj+c  papierosa w  k+ciku warg  i mru?+c oczy od dymu, pisa?
cyfr za cyfr+, w trzech s?upkach, a nastpnie pierwsze dwa podsumowa?. Sumy
okaza?y  si  powa?ne.  Red  zdusi?  niedopa?ek  w  popielniczce,  ostro?nie
otworzy?  pude?ko  i wysypa?  "agrafki" na  papier. W  elektrycznym  wietle
"agrafki"  mieni?y si granatowo i tylko z rzadka tryska?y czystymi kolorami
tczy - ??tym, czerwonym, zielonym.  Red wzi+? jedn+ "agrafk" i ostro?nie,
?eby si nie uk?u, zacisn+? j+  miedzy palcem wskazuj+cym a kciukiem. Potem
zgasi?  wiat?o i  odczeka?  chwil przywykaj+c do ciemnoci. Ale  "agrafka"
milcza?a. Od?o?y? j+ na  bok, znalaz? po ciemku nastpn+ i  rwnie? zacisn+?
j+ w palcach, nic. Zacisn+?  palce silniej,  ryzykuj+c uk?ucie,  i "agrafka"
przemwi?a - przebiega?y wzd?u? niej s?abe,  czerwone b?yski,  po czym nagle
zast+pi?y  je  rzadsze, zielone. Kilka  sekund Red  podziwia?  zagadkow+ gr
wiate?ek,  ktra,  jak dowiedzia? si z  "Biuletynu", z  ca?+ pewnoci+ co
oznacza?a,  by  mo?e  nawet co bardzo wa?nego, epokowego, p?niej  po?o?y?
"agrafk" oddzielnie i wzi+? w palce nastpn+.
     "Agrafek" by?o siedemdziesi+t trzy, z tego dwanacie  mwi?o,  a reszta
milcza?a.  One te? powinny przemwi,  ale do tego potrzebna by?a  specjalna
maszyna  wielkoci  sto?u,  same palce  nie  wystarcza?y. Red znowu  zapali?
wiat?o  i  do poprzednich  liczb  dopisa?  jeszcze  dwie. I  dopiero  wtedy
zdecydowa? si.
     Wsadzi? obie  rce do worka i wstrzymuj+c oddech  wydoby?  i po?o?y? na
stole mikki pakunek. Przez jaki czas w zadumie, pocieraj+c wierzchem d?oni
podbrdek, patrzy?  na  to, co  przed nim le?a?o. Potem jednak wzi+? o?wek,
pokrci?  nim w niezgrabnych gumowych palcach i znowu od?o?y?. Wyj+? jeszcze
jednego papierosa i patrz+c na paczk wypali? go w ca?oci.
     - Po jakiego  diab?a! - powiedzia?  g?ono i  stanowczym ruchem  w?o?y?
zawini+tko z powrotem do worka. - Dosy tego. Wystarczy.
     Szybko zsypa? "agrafki" z powrotem do pude?ka i  wsta?. Czas by?o  i.
Zapewne z p?  godziny mo?na by  pospa, ?eby  mie  wie?sz+  g?ow,  ale z
drugiej strony  znacznie lepiej zjawi si  na miejscu wczeniej i sprawdzi
jak i co.  Zdj+?  rkawice, odwiesi? fartuch i nie gasz+c  wiat?a wyszed? z
komrki.
     Garnitur le?a?  ju?  na  ??ku i Red zacz+?  si  ubiera.Wi+za?  przed
lustrem krawat, kiedy za jego  plecami  cichutko  skrzypn?y  deski pod?ogi,
rozleg?o si  zawzite sapanie  i Red zrobi?  pospn+ min, aby  powstrzyma
umiech.
     - Uu! - zad?wicza? tu? obok cienki g?osik i co z?apa?o Reda za nog.
     - Ach! - zawo?a? Red i uda? omdlenie padaj+c na ??ko.
     Mariszka z piskiem i miechem natychmiast wdrapa?a si na ojca. Depta?a
po nim, ci+gn?a  za w?osy i  zasypywa?a mnstwem wiadomoci. Willy s+siadw
oderwa? lalce nog. Na drugim  pitrze pojawi?  si kotek, ca?y bia?y, tylko
oczy ma  czerwone - widocznie  nie  s?ucha?  mamy  i  chodzi? do  Strefy. Na
kolacj  by?a  kasza  z  konfiturami.  Wujek  Szuwaks  znowu  si  ur?n+?  i
zachorowa?,  nawet  p?aka?.  Dlaczego ryby  nie  ton+  chocia? s+ w  wodzie?
Dlaczego mama  nie spa?a w nocy? Dlaczego palcw jest pi, rce dwie, a nos
tylko jeden?... Red  ostro?nie tuli?  pe?zaj+ce po  nim  ciep?e  stworzenie,
wpatrywa? si w ogromne, ciemne, pozbawione bia?ek oczy, przyciska? twarz do
pyzatego, zaronitego z?otym jedwabistym puchem policzka i powtarza?:
     - Mariszka... Mariszka... Moje mieszne stworzonko...
     Potem nad uchem ostro zadzwoni?  telefon. Red wyci+gn+? rk i podnis?
s?uchawk.
     - S?ucham. Telefon milcza?.
     - Halo! - powiedzia? Red. - Halo!
     Nikt  nie odpowiedzia?. Potem  w s?uchawce  szczkn?o  i  rozleg?y si
krtkie sygna?y.  Wtedy Red  wsta?,  postawi?  Mariszk na  pod?odze  i  nie
s?uchaj+c  jej  d?u?ej  w?o?y? spodnie i marynark.  Mariszka  trzepa?a  bez
wytchnienia, ale Red tylko umiecha? si z roztargnieniem k+tem  ust, wic w
kocu doczeka? si owiadczenia, ?e tata po?kn+? jzyk i zak+si?  zbami, po
czym zostawiano go w spokoju.
     Red wrci?  do komrki, schowa?  do teczki  wszystko,  to co  le?a?o na
stole, wst+pi?  do ?azienki po kastet, znowu wrci? do komrki, wzi+? teczk
do jednej rki, koszyk z workiem do  drugiej,  wyszed?, pedantycznie zamkn+?
drzwi komrki i krzykn+? w stron Guty:
     "Wychodz!"
     - Kiedy wrcisz? - zapyta?a Guta wychodz+c z kuchni. Uczesa?a si ju? i
umalowa?a. Zamiast  szlafroka  mia?a na  sobie  sukienk, ulubion+  sukienk
Reda, jaskrawoniebiesk+, z g?bokim dekoltem.
     - Zadzwoni - powiedzia? patrz+c na ni+. Potem podszed?, pochyli? si i
poca?owa? j+ w dekolt.
     - Id? ju? - cicho powiedzia?a Guta.
     - A ja? A mnie? - zaszczebiotala Mariszka wciskaj+c si midzy nich.
     Trzeba  by?o  pochyli  si  jeszcze  ni?ej.  Guta  patrzy?a   na  Reda
nieruchomymi oczami.
     - Wszystko w porz+dku - powiedzia? Red. - Nie martw si. Zadzwoni.
     Na  podecie  schodw, pitro ni?ej.  Red zobaczy? tgiego  m?czyzn w
pasiastej  pi?amie,  ktry majstrowa? przy zamku  swoich  drzwi.  Z ciemnego
wntrza mieszkania ci+gn?o ciep?ym,  kwanym zaduchem.  Red zatrzyma? si i
powiedzia?:
     - Dzie dobry.
     Tgi m?czyzna strachliwie spojrza? na Reda  przez opas?e rami  i  co
odburkn+?.
     - Paska  ma??onka przychodzi?a  do  nas  w  nocy  - powiedzia? Red.  -
Skar?y?a si, ?e co pi?ujemy. To jakie nieporozumienie.
     - Co mi do tego? - warkn+? m?czyzna w pi?amie.
     - ?ona  robi?a wczoraj pranie -  ci+gn+? Red. - Je?eli przeszkadzalimy
pastwu, to przepraszam.
     - Ja nic nie mwi?em - powiedzia? m?czyzna w pi?amie. - Prosz...

     - W takim razie bardzo si ciesz - powiedzia? Red.
     Zszed? na d?,  wst+pi? do gara?u, koszyk  z workiem  postawi? w k+cie,
zas?oni? starym siedzeniem z samochodu i wyszed? na ulic.
     Mia? niedaleko - dwa  kwarta?y  do  placu, potem  przez  park i jeszcze
jeden  kwarta?  do  Centralnego  bulwaru.  Przed  "Metropolem"   jak  zwykle
b?yszcza? chromem i lakierem r?nobarwny szereg samochodw,  s?u?ba hotelowa
w  malinowych  liberiach wnosi?a walizki, jacy  solidni  zagraniczni gocie
rozmawiali w  grupach  po  dwch  i  trzech na  marmurowych schodach,  mi+c
cygara.  Red  postanowi?  chwilowo  tam  nie  wchodzi.  Usiad? pod  markiz+
malekiej  kawiarenki po  drugiej stronie  ulicy, poprosi? o kaw i zapali?.
Dwa kroki od niego siedzia?o trzech oficerw z midzynarodowej policji. Byli
po cywilnemu i w  milczeniu, spiesznie poch?aniali opiekane  parwki  i pili
ciemne  piwo  z wysokich szklanych kufli.  Po  drugiej  stronie, o  dziesi
krokw dalej, jaki  sier?ant gniewnie po?era? sma?one  ziemniaki -  widelec
trzyma?  w zacinitej  pici, niebieski  he?m  le?a?  do  gry  nogami  na
pod?odze, pas  z kabur+ wisia? na oparciu  krzes?a, wicej nikogo w kawiarni
nie  by?o.  Kelnerka, nie  znana Redowi kobieta w  rednim  wieku, sta?a pod
cian+ i od czasu do czasu ziewa?a,  wytwornie zas?aniaj+c usta d?oni+. By?a
za dwadziecia dziewi+ta.
     Red zobaczy?, jak prze?ykaj+c ostatnie ksy i wciskaj+c na g?ow mikki
kapelusz wychodzi z hotelu Richard Nunnun.  Dziarsko sturla? si ze stopni -
wie?o wyk+pany,  malutki, pulchniutki, r?owy,  taki okropnie zadowolony  i
przekonany,  ?e  nadchodz+cy  dzie  nie  przyniesie  mu  ?adnych  k?opotw.
Pomacha?  komu  rk+,  przerzuci?  przez  prawe  rami zwinity  p?aszcz  i
podszed? do swego peugeota.
     Peugeot  Dicka by? rwnie?  pulchniutki, niedu?y,  wie?o  umyty  i te?
jakby absolutnie pewny, ?e ?adne nieprzyjemnoci mu nie gro?+.
     Red zas?aniaj+c si d?oni+ patrzy?, jak Nunnun, zaaferowany i rzeczowy,
sadowi si za kierownic+, jak co przek?ada z przedniego siedzenia na tylne,
podnosi co  z pod?ogi, poprawia boczne lusterko. Wreszcie  peugeot parskn+?
b?kitnym  dymkiem,  pisn+?  na jakiego Afrykanina  w  burnusie  i dziarsko
wytoczy? si na ulic. Mo?na by?o przypuci z du?+ doz+ prawdopodobiestwa,
?e Nunnun  wybiera? si  do  instytutu,  a  to  znaczy?o, ?e  bdzie  musia?
objecha fontann  i przejecha obok  kawiarni. Na to, ?eby  wsta i  wyj,
by?o  ju?  za  p?no i dlatego Red  tylko jeszcze szczelniej zas?oni?  twarz
d?oni+  i zgarbi? si nad swoj+ fili?ank+. Jednak?e nic nie pomog?o. Peugeot
zapiszcza? mu  nad samym uchem, zgrzytn?y  hamulce i  rzeki  g?os  Nunnuna
zawo?a?:
     - Hej! Shoehart! Red!
     Kln+c w myli  Red  podnis? g?ow, Nunnun ju? szed? do niego, z daleka
wyci+gaj+c rk. Promienia! ?yczliwoci+.
     - Co  tu  robisz  tak wczenie?  -  zapyta? podchodz+c. nie,  dzikuj,
Madame - rzuci? kelnerce. - Nie bd nic zamawia?... - i znowu do Reda - Sto
lat ci nie widzia?em. Gdzie przepadasz? Co robisz?
     -  Nic szczeglnego... - niechtnie  powiedzia?  Red.  -  Tak...  r?ne
g?upstwa.
     Red  obserwowa?  jak  Nunnun  ze  zwyk?ym  dla  niego  zaaferowaniem  i
starannoci+  sadowi  si  na  krzele vis a  vis niego, pulchnymi  r+czkami
odsuwa wazonik z serwetkami w jedn+ stron, a talerzyk po kanapkach w drug+,
s?ucha? jego ?yczliwej paplaniny.
     -  Nie powiem, ?eby wygl+da? kwitn+co,  nie  dosypiasz, czy co? Wiesz,
ostatnio te? si zdrowo  uszarpa?em z t+ ca?+ automatyzacj+, ale ?eby a? nie
spa? O  nie, bracie, sen jest dla  mnie najwa?niejszy, ?eby nawet wszystkie
automaty diabli wzili... -  nagle  si  rozejrza?. - Pardon,  a mo?e  ty na
kogo czekasz? Nie przeszkadzam ci?
     - Nie... - ospale powiedzia? Red.  -  Mia?em  po prostu troch  czasu i
pomyla?em, ?e dobrze by?oby si napi kawy.
     - No,  ja ci  d?ugo  nie zatrzymam  -  powiedzia?  Dick i  spojrza? na
zegarek.  -  S?ucha?,  Red,  daj  spokj  tym swoim  g?upstwom  i wracaj  do
instytutu. Przecie?  wiesz, ?e tam  ci przyjm+  w ka?dej chwili. Chcesz, to
znowu bdziesz pracowa? z Rosjaninem, niedawno przyjecha?.
     Red pokrci? g?ow+.
     - Nie -  powiedzia?. -  Drugi Kiry? jeszcze si nie urodzi?... Zreszt+,
nie  mam co teraz  robi  w waszym  Instytucie...  Teraz  wszystko ju?  jest
zautomatyzowane,  do Strefy  chodz+ roboty,  st+d  wniosek,  ?e  premie  te?
dostaj+ roboty... A te grosze, ktre p?acicie laborantom... ja wicej wydaj
na papierosy.
     - Daj spokj, wszystko mo?na za?atwi - powiedzia? Nunnun.
     - A ja nie  lubi, jak mi za?atwiaj+  - powiedzia? Red. -  Od urodzenia
sam sobie wszystko za?atwia?em i nadal zamierzam.
     - Strasznie dumny si zrobi?e - z nagan+, powiedzia? Nunnun.
     -  Jaki tam dumny.  Po  prostu  nie lubi  si  liczy z  fors+,  i  to
wszystko.
     - No c?, mo?e masz racje - z roztargnieniem powiedzial Dick. Obojtnie
spojrza?  na teczk Reda  le?+c+ obok  na krzele, przetar?  palcem  srebrn+
tabliczk,  z  wygrawerowan+ cyrylic+. - S?usznie,  pieni+dze  s+, potrzebne
cz?owiekowi po to, ?eby  o nich  nie myle... Kiry? ci podarowa?? - zapyta?
wskazuj+c na teczk.
     - Dosta?em w spadku po nim  - powiedzia? Red. - Co ostatnio jako ci,
nie wida w "Barge", dlaczego?
     - Umwmy si, ?e to raczej ciebie  nie wida -  odpar? Nunnun. - Bo  ja
prawie codziennie jem tam obiad, tu w "Metropolu" za ka?dy kotlet ka?+ sobie
p?aci  bajoskie  sumy...  S?uchaj - powiedzia? nagle. - Jak  ty  jeste  z
fors+?
     - Chcesz ode mnie po?yczy? - zapyta? Red.
     - Wrcz przeciwnie.
     - Aha, to znaczy, ?e proponujesz mi po?yczk...
     - Jest robota do zrobienia - powiedzia? Nunnun.
     - O Bo?e! - powiedzia? Red. - I ty tak?e!
     - A kto jeszcze? - natychmiast zapyta? Nunnun.
     - W ogle du?o was takich... pracodawcw.
     Nunnun, jakby go dopiero teraz
     zrozumia?, rozemia? si.
     - Ale? nie, tu nie chodzi o twoj+ g?wn+ specjalno...
     - A o czyj+?
     Nunnun znowu spojrza? na zegarek.
     -  S?uchaj -  powiedzia?  wstaj+c. - Przyjd? dzi  w porze obiadowej do
"Barge", tak gdzie oko?o drugiej. Porozmawiamy.
     - Na drug+ mog nie zd+?y - powiedzia? Red.
     - W takim razie wieczorem, o szstej. Stoi?
     - Zobaczymy - powiedzia? Red i te? spojrza?  na zegarek.  By?a za  pi
dziewi+ta.
     Nunnun skin+?  d?oni+ i potoczy?  si do swego Peugota. Red odprowadzi?
go  spojrzeniem,  zawo?a?  kelnera,  poprosi?  o  "Lucky  Strike", zap?aci?,
niespiesznie przeszed?  jezdni i wszed?  do hotelu. S?oce przypieka?o  ju?
mocno,  ulic  szybko wype?nia? wilgotny  zaduch i Red  poczu?, jak go piek+
powieki.  Mocno  zmru?y?  oczy, ?a?uj+c, ?e  nie starczy?o czasu na  chocia?
godzin snu przed  wa?nym spotkaniem. I  w tym  w?anie momencie to na niego
nasz?o.
     Nic podobnego  nigdy mu si nie przytrafi?o  poza Stref+, a i w Strefie
zdarzy?o si zaledwie dwa  lub trzy  razy.  Jakby nagle  znalaz? si w innym
wicie. Miliony  zapachw jednoczenie natar?y  na niego  - ostre, s?odkie,
metaliczne, czu?e, niebezpieczne, trwo?ne ogromne  jak  domy,  mikroskopijne
jak  py?ki,  ci?kie  jak kamienie, subtelne  i  skomplikowane jak mechanizm
zegarka.  Powietrze  stwardnia?o,  wykrystalizowa?y  si  w  nim  krawdzie,
p?aszczyzny,  k+ty,  jakby  przestrze wype?nia?y  ogromne,  szorstkie kule,
liskie  ostros?upy, gigantyczne  graniaste  kryszta?y i  przez  to wszystko
trzeba by?o si przedziera, jak  w majakach sennych przez ciemny  zagracony
antykwariat,  pe?en  starowieckich,  cudacznych  mebli.  Trwa?o  to  u?amek
sekundy.  Red otworzy? oczy i wszystko znikn?o. To nie by? odmienny wiat -
to wiat  znany, codzienny, zwrci?  si  ku Redowi inn+, nie znan+  stron+,
zwrci?  si na mgnienie, a potem znowu szczelnie si zatrzasn+?, zanim  Red
zdo?a? cokolwiek zrozumie...
     Nad uchem warkn+?  zirytowany klakson. Red przypieszy?  kroku, p?niej
pobieg? i  zatrzyma?  si  dopiero pod  samym  "Metropolem".  Serce  bi?o mu
nieprzytomnie. Postawi?  teczk  na  asfalcie, pospiesznie  rozerwa?  paczk
papierosw  i zapali?.  Zaci+ga?  si g?boko i ci?ko dysza?,  jakby  przed
chwil+ stoczy? walk. Dy?urny policjant zatrzyma? si obok Reda i troskliwie
zapyta?:
     - Czy potrzebuje pan pomocy?
     - N-nie - wydusi? z siebie Red i zakas?a? - Duszno...
     - Mo?e odprowadzi pana?
     Red schyli? si po teczk.
     - Nie - powiedzia?. - Ju? wszystko w porz+dku. Dzikuj, przyjacielu.
     Szybko pomaszerowa? do bramy  hotelu  i  wszed?  po stopniach do hallu.
Panowa? tu  p?mrok  i  ch?d. Powinien posiedzie chwil  w  jednym z  tych
wielkich,  skrzanych  foteli, wysapa  si, uspokoi,  ale  ju?  i  tak si
sp?ni?. Pozwoli? sobie tylko  na dopalenie do  koca  papierosa, obserwuj+c
spod  przymknitych powiek ludzi kr+?+cych po hallu. Suchy  ju? tu  by? -  z
niezadowolon+ min+  przerzuca?  pisma w  kiosku.  Red  rzuci?  niedopa?ek do
popielniczki i wsiad? do windy.
     Nie zd+?y? zamkn+ drzwi,  a tu? za  nim  wcisnli  si do windy: jaki
grubas  z  astmatyczn+  zadyszk+,  mocno naperfumowana  paniusia  z  ponurym
dziesiciolatklem, ktry  ?u? czekolad,  i pot?na, ?le  ogolona  starucha.
Reda  wepchnito  w  k+t, musia?  zamkn+ oczy, ?eby  nie  widzie  ch?opca,
ktremu po brodzie sp?ywa?a  czekoladowa  lina,  cho  twarz mia?  wie?+ i
czyst+ i nie widzie jego matki, ktrej zwid?y biust zdobi? sznur "czarnych
bryzg" oprawnych w srebro, nie widzie wytrzeszczonych sklerotycznych bia?ek
grubasa  i  przera?aj+cych  brodawek na  obrzmia?ej mordzie staruchy. Grubas
sprbowa?  zapali,  ale  starucha natychmiast przywo?a?a go  do  porz+dku i
nka?a a? do  czwartego pitra, na  ktrym wysiad?a, grubas jednak zapali? z
tak+  min+,  jakby wywalczy? dla  siebie  prawa obywatelskie  i niezw?ocznie
zakrztusi? si, zasapa?, chrypi+c, wiszcz+c, zwijaj+c  wargi jak wielb?+d i
tr+caj+c Reda w bok wystaj+cym ?okciem...
     Red  wysiad? na  sidmym pitrze  i ?eby chocia? troch si roz?adowa,
g?ono i wyra?nie powiedzia?:
     - W  dusz, w twoj+ mord nieogolona raszplo, stara ropucho, cuchn+cym,
mierdz+cym  kaloszem  przez  Boga  przeklta,  razem   z  twoim  gwniarzem
zasmarkanym, w czekoladzie...
     Potem  ruszy?  mikkim   chodnikiem   wzd?u?  korytarza,   owietlonego
przytulnym wiat?em ukrytych lamp. Pachnia?o tu drogim tytoniem, francuskimi
perfumami,  lni+c+ skr+ pkatych  portfeli,  kosztownymi dziewczynami,  po
piset za  jedn+ noc,  masywnymi z?otymi papieronicami  - ca?+  szumowin+,
wstrtn+  narol+, ktra  wyros?a na Strefie, ssa?a  Stref,  paso?ytowa?a i
?erowa?a  na  Strefie,  obrasta?a  sad?em  i  wszystko   jej  zwisa?o,  a  w
szczeglnoci to, co  nast+pi  potem, kiedy ju? si na?re  i opije do syta i
kiedy  wszystko,  co jest wewn+trz Strefy zostanie  wydobyte na  zewn+trz  i
zadomowi si na naszej  planecie. Red bez pukania otworzy? drzwi apartamentu
numer osiemset siedemdziesi+t cztery.
     Chrypa  siedzia?  na stole przy  oknie i oprawia? cygaro. By? jeszcze w
pi?amie,  rzadkie   w?osy   mia?   wilgotne,  ale   starannie   zaczesane  z
przedzia?kiem, a jego niezdrowo nalana twarz by?a g?adko ogolona.
     -  Aha  -   odezwa?  si  nie  podnosz+c  oczu.   -  Punktualno  jest
grzecznoci+ krlw. Witaj mj ch?opcze.
     Poradzi? sobie wreszcie z  koniuszkiem cygara, w obu d?oniach unis? je
na wysoko w+sw, po czym przejecha? nosem wzd?u? cygara.
     - A gdzie nasz stary,  dobry Barbridge?  - zapyta?  i podnis? powieki.
Oczy mia? przejrzyste, b?kitne i anielskie.
     Red postawi? teczk na kanapie, usiad? i wyj+? papierosy.
     - Barbridge nie przyjdzie - powiedzia?.
     - Stary, dobry Barbridge - powtrzy? Chrypa, uj+? cygaro w dwa  palce i
ostro?nie podnis? je do ust. - Starego Barbridge'a zawiod?y nerwy...
     Bez przerwy patrzy? na Reda  czystymi  b?kitnymi oczami  i nie mruga?.
Chrypa nigdy nie mruga?. Drzwi uchyli?y si i do pokoju wszed? Suchy.
     - Kim by? ten cz?owiek, z ktrym pan rozmawia?? - zapyta? od progu.
     - A,  dzie  dobry  -  ?yczliwie  powiedzia? Red, strz+saj+c  popi? na
pod?og.
     Suchy  wepchn+?  rce  w   kieszenie  i   szeroko  st+paj+c  ogromnymi,
skrzywionymi do wewn+trz stopami stan+? przed Redem.
     - Uprzedzalimy sto  razy -  powiedzia? z wyrzutem. - ?adnych kontaktw
przed spotkaniem. A co pan robi?
     - Mwi, dzie dobry - powiedzia? Red. - A pan?
     Chrypa rozemia? si, a Suchy powiedzia? z irytacj+:
     -  Dzie dobry, dzie dobry... - przesta? widrowa Reda pe?nym wyrzutu
spojrzeniem i  zwali? si na kanap. - Nie wolno tego robi -  powiedzia?. -
Nie wolno! Rozumie pan?
     - W takim  razie wyznaczajcie  spotkania tam, gdzie nie mam znajomych -
powiedzia? Red.
     - Ch?opiec ma racj - zauwa?y? Chrypa. - Pope?nilimy b?+d. Kto to by??
     - Richard Nunnun  - wyjani?  Red. -  Jest  przedstawicielem kilku firm
dostarczaj+cych aparatur dla instytutu. Mieszka w tym hotelu.
     - Widzisz, jakie to  proste!  - powiedzia? Chrypa do  Suchego. Wzi+? ze
sto?u olbrzymi+, zapalniczk, w  kszta?cie Pos+gu Wolnoci, popatrzy? na ni+
z pow+tpiewaniem i odstawi? z powrotem.
     - A gdzie Barbridge? - ju? zupe?nie ?yczliwie zapyta? Suchy.
     - Skoczy? si Barbridge - powiedzia? Red. Tamci dwaj wymienili szybkie
spojrzenia.
     -  Pokj  jego  duszy - powiedzia? podejrzliwie Suchy.  - Czy te?  mo?e
aresztowano go?
     Red przez chwil  nie  odpowiada?, powoli  dopala? papierosa, nastpnie
rzuci? niedopa?ek na pod?og i powiedzia?:
     - Nie bjcie si, wszystko gra. Barbridge jest w szpitalu.
     -  To si u pana nazywa, ?e wszystko gra! -  powiedzia? nerwowo  Suchy,
zerwa? si, z kanapy i podszed? do okna. - W ktrym szpitalu?
     - Nie bjcie si - powtrzyl Red. - W tym  co trzeba. Za?atwiajmy nasze
sprawy, ja chc si wreszcie wyspa.
     -  A  konkretnie,  w  ktrym  szpitalu? - ju? z  rozdra?nieniem zapyta?
Suchy.
     - Ju?  si rozpdzi?em,  ?eby wam  powiedzie  - odpar?  Red.  Wzi+?  z
pod?ogi teczk.
     - Bdziemy dzi za?atwia interesy, czy nie?
     - Wszystko za?atwimy, mj ch?opcze - rzeko powiedzia? Chrypa,
     Z  nieoczekiwan+ lekkoci+  zeskoczy? na pod?og, szybko  przysun+?  do
kanapy  niski stolik.  Jednym  ruchem zgarn+? na  pod?og stos pism,  usiad?
naprzeciw i wpar? w kolana r?owe w?ochate rce.
     - Niech  pan poka?e towar - powiedzia?. Red otworzy? teczk, wyj+? spis
z cenami i po?o?y?  na stoliku przed  Chryp+.  Chrypa spojrza?  i paznokciem
odsun+?  spis na bok.  Suchy  stan+?  z tylu  i  wgapi?  si w  kartk ponad
ramieniem wsplnika.
     - To jest rachunek - powiedzia? Red.
     - Widz - odezwa? si Chrypa. - Niech pan poka?e towar!
     - Forsa - powiedzia? Red.
     - Co to  za "piercie"? - podejrzliwie zapyta? Suchy, pokazuj+c palcem
list, ponad ramieniem Chrypy.
     Red  milcza?. Trzyma? na kolanach otwart+ teczk i uporczywie patrzy? w
b?kitne, anielskie oczka. Chrypa wreszcie si umiechn+?.
     - I za co ja ci tak lubi, mj ch?opcze - zagrucha? jak synogarlica. -
A mwi+,  ?e  mi?o  od  pierwszego  wejrzenia  nie  istnieje!  - westchn+?
teatralnie. - Phil  przyjacielu, jak  to si  nazywa w  ich jzyku? Wydaj mu
szmal, od?a?uj zielonych... i podaj mi wreszcie ognia! Przecie? widzisz... -
pomacha? cygarem, ktre ci+gle jeszcze zaciska? w dwch palcach.
     Suchy Phil wymamrota? co niewyra?nie, rzuci?  Chrypie zapa?ki,  a  sam
wyszed? do s+siedniego pokoju przez drzwi zas?onite portier+. By?o s?ycha,
jak z kim tam rozmawia niewyra?nie i z irytacja, co jakby na temat  kota w
worku, a Chrypa zapalaj+c wreszcie swoje cygaro, ci+gle wpatrywa? si w Reda
z  martwym  umiechem  na cienkich wargach,  jakby  si  nad  czym  g?boko
zastanawia?. Red opar?  brod  na  teczce i  te?  patrzy?  tamtemu  w  twarz
staraj+c  si nie  mruga,  chocia?  powieki pali?y  go jak ogniem,  a  oczy
zaczyna?y ?zawi.  Potem  wrci?  Suchy  i  rzuci?  na  stolik  dwie  paczki
banknotw  w  banderolach i  bardzo  nadty usiad? obok  Reda.  Red  leniwie
sign+? po pieni+dze,  ale  Chrypa  zatrzyma? go gestem, zerwa?  banderole i
schowa? je do kieszeni pi?amy.
     - Teraz bardzo  prosz - powiedzia?. Red  wzi+? pieni+dze  i nie licz+c
wepchn+?  je do  wewntrznych  kieszeni  marynarki, nastpnie  przyst+pi? do
wyk?adania  towaru. Robi?  to powoli, umo?liwiaj+c  tamtym  dwm  obejrzenie
wszystkiego   i   porwnanie  wszystkiego   ze   spisem  ka?dego  przedmiotu
oddzielnie. W pokoju by?o cicho,  tylko  ci?ko dysza? Chrypa i  jeszcze  za
portier+ co cicho d?wikn?o - jakby ?y?eczka o krawd? szklanki.
     Kiedy w kocu Red zamkn+? teczk i  zatrzasn+? zamek, Chrypa ponis? na
niego oczy i zapyta?:
     - No a co z najwa?niejszym?
     - Nic - odpowiedzia? Red. I po chwili milczenia doda?: - Na razie.
     -  Podoba mi  si to "na  razie" - czule powiedzia? Chrypa.  - A tobie,
Phil?
     -  Niejasno  pan  stawia spraw -  powiedzia? zrzdnie  Suchy  Phil.  -
Powstaje pytanie, dlaczego niejasno?
     - Bo to ju? taki mj fach: ciemne interesy - powiedzia? Red. - Nie?atwy
mamy fach, panowie.
     - No dobrze - powiedzia? Chrypa. - A gdzie aparat fotograficzny?
     - O do diab?a!  - zmiesza? si Red. Potar? palcami policzek czuj+c, jak
si czerwieni. - Moja, wina - powiedzia?. - Na mier zapomnia?em.
     - Tam? - zapyta? Chrypa robi+c nieokrelony ruch cygarem.
     - Nie pamitam... Pewnie  tam... - Red zamkn+? oczy i opad?  na oparcie
kanapy. - Nie. Nic nie pamitam.
     - Szkoda  - powiedzia? Chrypa.  - Ale  czy pan przynajmniej  widzia? t
rzecz?
     -  Ale? sk+d  - z  niechci+ powiedzia?  Red.  -  Przecie? w?anie o to
chodzi.  Nawet  nie  doszlimy  do  nagrzewnic.  Barbridge  wpakowa?  si  w
"pudding"  i natychmiast  musia?em zwin+ ?agle.  Mo?e  pan by  pewien,  ?e
gdybym zobaczy?, tobym nie zapomnia?.
     - Hugh,  spjrz no tylko! - przera?onym szeptem powiedzia? nagle Suchy.
- Co to mo?e by? Siedzia?, wyci+gaj+c przed siebie  wskazuj+cy palec prawej
d?oni. Dooko?a  palca wirowa? ten w?anie piercie z bia?ego metalu i Suchy
wpatrywa? si w piercie wytrzeszczaj+c oczy.
     - On si nie  zatrzymuje! -  g?ono powiedzia? Suchy patrz+c  okr+g?ymi
oczami to na piercie, to na Chryp.
     -  Co to  znaczy:  nie zatrzymuje  si? -  ostro?nie  zapyta? Chrypa  i
odrobin si odsun+?.
     -  W?o?y?em go na palec, raz zakrci?em -  tak sobie... a on ju? minut
krci si bez przerwy!
     Suchy nagle zerwa? si z kanapy i trzymaj+c palec przed sob+ pobieg? za
portier. Piercie srebrzycie po?yskuj+c  wirowa?  przed  nim  jak  mig?o
samolotu.
     - Co za cudactwo pan nam przynis?? - zapyta? Chrypa.
     - A diabli go wiedz+! - odpar? Red. - Sam  do tej pory nie  wiedzia?em.
Gdybym wiedzia?, przynis?bym wicej.
     Chrypa przez jaki czas patrzy? na Reda, potem wsta? i rwnie? znik? za
portier+... Zaszemra?y tam g?osy. Red wyci+gn+l papierosa, zapali?, podnis?
z  pod?ogi  jaki  magazyn  i zacz+? go  bez  zainteresowania  przegl+da. W
magazynie by?a nieprzebrana mnogo cudnej urody dziewcz+t, ale nie  wiadomo
dlaczego Reda mdli?o na ich widok. Rzuci? magazyn i poszuka? wzrokiem czego
do  wypicia,  nastpnie wyj+?  z  wewntrznej  kieszeni paczk  banknotw  i
przeliczy? je. Wszystko by?o  w porz+dku,  ale ?eby  nie zasn+,  przeliczy?
rwnie? nastpn+ paczk. Kiedy j+ chowa? do kieszeni, wrci? Chrypa.
     -  Masz  szczcie, mj  ch?opcze - oznajmi?  znowu siadaj+c  naprzeciw
Reda. - Czy wiesz co to takiego perpetuum mobile?
     - Nie powiedzia? Red. - W naszej szkole tego nie przerabiano.
     -  I  na  zdrowie  - powiedzia?  Chiypa.  Wyj+?  jeszcze  jeden  zwitek
banknotw.  - To jest  cena pierwszego egzemplarza  -  owiadczy?  zdejmuj+c
banderol. - Za  ka?dy nastpny egzemplarz  paskiego  "piercienia" otrzyma
pan  dwie   takie  paczki.  Zapamita?e  ch?opcze?  Dwie  paczki.  Ale  pod
warunkiem,  ?e  nikt,   oprcz  nas  tu  obecnych,  nigdy  niczego  o   tych
piercieniach si nie dowie. Umowa stoi?
     Red w milczeniu wsadzi? pieni+dze do kieszeni i wsta?.
     -  Id  - powiedzia? -  Gdzie  i kiedy nastpnym razem?  Chrypa rwnie?
wsta?.
     - Kto  do pana zadzwoni  - powiedzia?. - Niech pan oczekuje telefonu w
ka?dy  pi+tek  od  dziewi+tej  do  dziewi+tej trzydzieci rano. Otrzyma  pan
pozdrowienia od Phila Hugha i wtedy umwi si pan na spotkanie.
     Red skin+? g?ow+ i  ruszy? do drzwi. Chrypa poszed? za nim i po?o?y? mu
rk na ramieniu.
     - Chcia?bym, ?eby mnie pan dobrze zrozumia? - powiedzia?. - Wszystko to
jest  bardzo  mi?e,  po?yteczne  itd...  a  "piercie"  to doprawdy  urocza
zabaweczka,  ale  w  pierwszym  rzdzie  potrzebne  nam  s+  dwie  rzeczy  -
fotografie i nape?niony kontener. Kiedy pan zwrci nasz aparat fotograficzny
ze  zdjciami i  nasz kontener, ale nie pusty, tylko pe?ny, ju? nigdy wicej
nie bdzie pan musia? chodzi do Strefy...
     Red poruszy? ramieniem, zrzuci? d?o tamtego, otworzy? drzwi i wyszed?,
nie odwracaj+c si szed? mikkim  chodnikiem i przez ca?y czas czu? na karku
b?kitne, nieruchome  spojrzenie anielskich  oczu.  Nie  czekaj+c  na wind,
zszed? z sidmego pitra na d?.
     Kiedy wyszed? z "Metropolii", wzi+? takswk i pojecha? na drugi koniec
miasta.  Kierowca  trafi?  si  nieznajomy,  z  tych  niedawno   przyby?ych,
pryszczaty  ch?opiec z wielkim nosem;  jeden z wielu, ktrzy ostatnimi  laty
t?umnie   walili   do   Harmont   w   poszukiwaniu   niebywa?ych    przygd,
nieprzeliczonych  bogactw,  wiatowej  s?awy  i jakiej  osobliwej  religii.
T?umnie przyje?d?ali i zostawali szoferami takswek, kelnerkami, robotnikami
na   budowie,   wykidaj?ami  -  nieudolni,   chciwi,   udrczeni  niejasnymi
pragnieniami,   zawistni,   niezadowoleni   ze   wszystkiego   na   wiecie,
rozczarowani i  przekonani najg?biej,  ?e i  tym razem  znowu ich oszukano.
Po?owa, po kilkumiesicznej poniewierce, przeklinaj+c wszystko  i wszystkich
powraca?a  do domw,  nios+c swe  wielkie rozczarowanie do wszystkich krajw
wiata:  nieliczni,   ktrych   mo?na  by  policzy  na  palcach,  zostawali
stalkerami i szybko ginli, za szybko, ?eby cokolwiek poj+, niektrym uda?o
si dosta prac w instytucie, tym najzdolniejszym  i wykszta?conym, zdatnym
chocia?by do pracy preparatora, a pozostali - wszystkie bez wyj+tku wieczory
spdzali w knajpach,  urz+dzali bjki  z powodu r?nicy pogl+dw,  z  powodu
dziewczyn  i zwyczajnie bez  powodu,  kiedy  si  popili.  Od czasu do czasu
organizowali  marsze  z  wrczaniem  jakich  petycji,  jakie  demonstracje
protestu, jakie strajki, siedz+ce, stoj+ce i nawet le?+ce i doprowadzali do
bia?ej furii miejsk+  policj, komendantur i rdzennych mieszkacw Harmont,
ale  im wicej uplywa?o czasu, tym  gruntowniej pokornieli, uspokajali si i
coraz chtniej zapominali, po co si tu znale?li.
     Od pryszczatego szofera na kilometr nios?o gorza?+, oczy  mia? czerwone
jak  krlik,  ale  by? niezwykle  podniecony i  z miejsca  zacz+?  opowiada
Redowi, jak dzi rano na ich ulicy pojawi? si nieboszczyk z cmentarza.
     Przyszed? wic do  swojego  domu,  a dom przecie?  od  ilu  to  ju? lat
zamknity,  wszyscy si wyprowadzili -  i wdowa  po nim,  to znaczy stara, i
crka z m?em, i wnuki. A ten, jak opowiadaj+ s+siedzi, umar? jeszcze  przed
L+dowaniem, a teraz -- patrzcie pastwo - nagle wraca! Par razy obszed? dom
w  kolko, poskroba? w  drzwi, potem usiad?  pod p?otem i siedzi.  Ludzi  si
zbieg?o - ca?a dzielnica -  patrz+, a  podej, rzecz jasna, ka?dy si  boi.
P?niej si domylili, wy?amali drzwi w jego domu, ?eby mg? wej. I co pan
myli? Wsta?, wszed? i zamkn+? za sob+ drzwi. Musia?em lecie do pracy i nie
wiem,  czym  si  tam  skoczy?o, wiem tylko,  ?e mieli  zamiar  dzwoni  do
instytutu, ?eby go od nas zabrali do wszystkich diab?w.
     - Stop - powiedzia? Red. -  Tu si zatrzymaj. Pogrzeba? w kieszeni, ale
nie znalaz? drobnych  i  musia? rozmieni  nowy banknot. Potem chwil posta?
przed bram+,  poczeka?,  a? takswka  odjedzie. Cottage  cierwnika by?  nie
najgorszy -  jednopitrowy, przeszklony,  sala  bilardowa,  zadbany ogrdek,
oran?eria i bia?a altanka wrd jab?oni.  A wok?  tego  wszystkiego ?elazne
kute sztachety pomalowane olejn+ farb+ na zielono. Red kilkakrotnie nacisn+?
guziczek  dzwonka,  drzwi  z  lekkim  skrzypieniem otworzy?y  si i Red  bez
popiechu poszed? cie?k+, wrd r?anych krzeww. Na ganku sta? ju? Suse? -
pokrcony, czarno  -  purpurowy  dygocz+cy  z  namitnej chci us?u?enia.  Z
niecierpliwoci odwrci? si  bokiem, zwiesi? ze stopnia jedn+, rozpaczliwie
szukaj+c+ oparcia nog, znalaz? je, zacz+? opuszcza na ni?szy stopie drug+
nog,  i ci+gle  macha?,  macha?  Redowi zdrow+  rk+  - czekaj,  czekaj, ja
zaraz...
     - Ej, Rudy!  -  zawo?a? z  ogrodu  kobiecy g?os.  Red odwrci? g?ow  i
zobaczy? wrd  zieleni  obok bia?ego a?urowego  dachu altanki smag?e  nagie
ramiona, jaskrawoczerwone  usta i kiwaj+c+ d?o. Skin+?  Sus?owi, zszed?  ze
cie?ki i  ruszy? wprost  przez  krzaki  r? po mikkiej zielonej  trawie  w
stron altanki.
     Na  trawie  le?ala  wielka  czerwona  mata,  a  na  macie  siedzia?a ze
szklank+,  w  d?oni  Dina  Barbridge  w  prawie  niedostrzegalnym  kostiumie
k+pielowym,  obok poniewiera?a si ksi+?ka  w jaskrawej ok?adce, a w zasigu
rki,  pod krzakiem, w  cieniu sta?o b?yszcz+ce wiaderko  z lodem, z ktrego
stercza?a w+ska, smuk?a szyjka butelki.
     - Cze, Rudy! - powiedzia?a Dina i zrobi?a powitalny ruch szklank+.  -
A gdzie papachen? Czy?by znowu si zasypa??
     Red  podszed?, rce z teczk+ za?o?y? do ty?u i spojrza? na dziewczyn z
gry. Tak, wspania?e dzieci wymodli?  sobie w Strefie  cierwnik. Dina  by?a
at?asowa, cudownie z?ota,  bez jednej skazy, bez  jednej zbytecznej fa?dki -
sto pidziesi+t funtw wabi+cego  cia?a  i jeszcze  szmaragdowe, wietliste
oczy, i  jeszcze  ogromne wilgotne usta, i rwniutkie bia?e  zby, i jeszcze
krucze, lni+ce w  s?ocu  w?osy, niedbale  rzucone na jedno  rami i b?yski
s?oca przebiegaj+ce  z  jej  ramion na  brzuch i biodra,  zostawiaj+c  cie
midzy prawie nagimi piersiami. Red  wpatrywa? si w ni+, a Dina  spogl+da?a
na niego z do?u, umiechaj+c si ze zrozumieniem, a potem unios?a szklank i
wypi?a kilka ?ykw.
     -  Masz ochot? - zapyta?a  oblizuj+c wargi.  Odczeka?a dok?adnie  tyle
czasu, ile nale?a?o, ?eby dwuznaczno pytania dotar?a do Reda, i wyci+gn?a
do niego szklank.
     Red  odwrci?  si,  poszuka?  wzrokiem,  dostrzeg?  stoj+cy  w  cieniu
szezlong i wyci+gn+? si na nim.
     - Barbridge jest w szpitalu - powiedzia?. - Bd+ mu amputowa nogi.
     Dina  z  tym samym  umiechem  patrzy?a  na  Reda jednym  okiem, drugie
zas?ania?a gsta  fala  w?osw  spadaj+ca  na  rami, i  tylko  jej  umiech
znieruchomia? -  cukierkowy  grymas  na  niadej twarzy.  Potem  machinalnie
poko?ysa?a szklank+, jakby s?ucha?a stukania lodu o szk?o, i zapyta?a:
     - Obie nogi?
     -  Obie.  Mo?e  do  kolan, a  mo?e wy?ej.  Dina  postawi?a  szklank  i
odgarn?a z twarzy w?osy. Ju? si nie umiecha?a.
     - Szkoda - powiedzia?a. - To znaczy, ?e ty...
     W?anie jej, Dinie, Red mg?by szczeg?owo opowiedzie, jak to wszystko
si sta?o i jak to by?o. Zapewne mg?by jej nawet opowiedzie, jak wraca? do
samochodu trzymaj+c w  pogotowiu kastet i  jak  Barbridge prosi?  o  lito,
nawet nie dla siebie, a dla  dzieci, dla  niej i dla Arenie, i jak obiecywa?
Z?ot+ Kul. Mg?by, ale  nie zrobi? tego. W milczeniu sign+? do  marynarki,
wyci+gn+?  paczk banknotw i rzuci? j+ na  czerwon+  mat.  Banknoty upad?y
tczowym wachlarzem tu? przy smuk?ych, d?ugich nogach Diny. Dina machinalnie
podnios?a  kilka banknotw, przyjrza?a si im, tak jakby je  widzia?a po raz
pierwszy w ?yciu i stwierdzi?a, ?e s+ niezbyt interesuj+ce.
     - A wic  to jest ostatnia wyp?ata  -  powiedzia?a. Red wychyli?  si z
szezlonga,  dosign+?  wiaderka, wci+gn+? butelk  i  spojrza? na nalepk. Z
ciemnego szk?a kapa?a  woda i Red  odsun+? rk z butelk+, ?eby nie poplami
spodni. Nie przepada? za drog+ whisky, ale teraz mo?na by?o napi si i tej.
I ju? przymierzy?  si, ?eby goln+  prosto  z butelki, ale  powstrzyma?y go
niewyra?ne,  protestuj+ce d?wiki  za  plecami. Obejrza? si i  zobaczy?, ?e
przez trawnik, ze straszliwym  trudem  przestawiaj+c  krzywe  nogi,  pieszy
Suse?, w  obu  rkach  trzymaj+c wysok+ szklank  z przezroczystym p?ynem. Z
gorliwoci  pot sp?ywa? mu strumieniem po purpurowo - czarnej twarzy, nalane
krwi+  oczy prawie  wylaz?y z  orbit,  a  kiedy dostrzega?, ?e Red patrzy na
niego,  nieomal  z rozpacz+  wyci+gn+?  ku niemu  szklank  i  znowu  ni  to
zabecza?, ni to zaskomli?, szeroko i bezsilnie rozwieraj+c bezzbne usta.
     -  Czekam, czekam -  uspokoi? go  Red  i  w?o?y? z powrotem  butelk do
kube?ka.
     Susel  wreszcie  dokutyka?,  poda?  Redowi  szklank  i   z  niemia?+
poufa?oci+ poklepa? go po ramieniu haczykowat+ d?oni+.
     - Dzikuj, Dickson  - powiedzia? powa?nie  Red. -  To jest akurat  to,
czego mi w?anie potrzeba. Jak zwykle znalaz?e si na poziomie, Dickson.
     I pki Suse?,  zachwycony i za?enowany, potrz+sa? g?ow+ i spazmatycznie
uderza? zdrow+ rk+ w biodro, Red uroczycie unis? szklank,  sk?oni? si i
jednym haustem wypi? po?ow. Potem spojrza? na Din.
     -   Chcesz?  -  zapyta?   pokazuj+c   jej   szklank.  Dziewczyna   nie
odpowiedzia?a. Sk?ada?a banknot na p?, potem  jeszcze na p? i  jeszcze raz
na p?.
     - Daj spokj  -  powiedzia?  Red.  -  Nie zginiecie.  Twj  ojczulek...
Przerwa?a mu.
     - A wic ty go wyci+gn+? - powiedzia?a, nie  pyta?a, stwierdzi?a fakt.
- Dygowa?e go, nieszczsny idioto, przez ca?+ Stref, biedny  kretynie,  na
w?asnym grzbiecie ci+gn+?e t kanali, ba?wanie. Tak+ okazj przegapi?e...
     Red  patrzy?  na ni+, zapomniawszy  o  szklance, a Dina wsta?a  i sz?a.
st+paj+c po rozrzuconych banknotach, a?  podesz?a  do  Reda i  wtedy stan?a
przed nim,  zacinite pici opar?a na biodrach  i swoim wspania?ym cia?em,
pachn+cym perfumami i s?odkim potem, zas?oni?a Redowi ca?y wiat.
     - W?anie w ten sposb on was wszystkich, idiotw, dooko?a  palca... po
waszych kociach, po  waszych  bezmzgich g?owach... Poczekaj, poczekaj,  on
jeszcze o  kulach  bdzie taczy?  na waszych grobach, on wam jeszcze poka?e
bratersk+ mi?o i mi?osierdzie! - Dina  ju? prawie krzycza?a.  - Z?ot+ Kul
ci  obiecywa?,  prawda?  Map,  pu?apki, prawda? Ba?wan! - Kretyn! Po twojej
mordzie piegowatej widz, ?e obiecywa?...
     Poczekaj, on ci jeszcze poka?e map, wieczny odpoczynek racz da Panie,
duszy rudego idioty Reda Shoeharta...
     Wtedy Red wsta? bez popiechu, odwin+? si i uderzy?  j+  w twarz. Dina
umilk?a w p? s?owa,  osun?a si jak  podcita na traw i  schowa?a twarz w
d?oniach.
     - Rudy... idiota... - powiedzia?a niewyra?nie. - Tak+ okazj wypuci?e
z r+k... tak+ okazj...
     Red  patrz+c na ni+ dopi? to, co zosta?o, i nie odwracaj+c si  wetkn+?
szklank Sus?owi. Nie by?o wicej o czym mwi. Dobre  dzieci wymodli? sobie
cierwnik Barbridge w Strefie! Kochaj+ce i troskliwe!
     Wyszed? na ulic, z?apa? takswk i kaza?  jecha do "Barge". Pora by?a
koczy interesy, spa si chcia?o wciekle, przed oczami wszystko p?yn?o.
     W  kocu jednak zasn+?, ca?ym cia?em opieraj+c si na teczce, i obudzi?
si dopiero wtedy, kiedy szofer potrz+sn+? go za rami.
     - Jestemy na miejscu...
     -  Gdzie?  -  spyta?  zaspany  rozgl+daj+c  si. - Przecie?  kaza?em do
banku...
     - O nie, mister - wyszczerzy? zby kierowca. -  Pan kaza?  do  "Barge".
Jestemy pod "Barge".
     - Dobrze - powiedzia? Red. - Co mi si przyni?o...
     Zap?aci? i wysiad? z  trudem przestawiaj+c  zdrtwia?e nogi. S?oce ju?
nagrza?o asfalt i  by?o  bardzo gor+co. Red  poczu?, ?e ca?y  jest mokry,  w
ustach mia?  niesmak,  oczy ?zawi?y.  Zanim  wszed?, rozejrza? si  dooko?a.
Ulica przed "Barge", jak zwykle o  tej porze,  by?a  pusta. Lokale naprzeciw
by?y jeszcze nieczynne,  zreszt+ i "Barge"  by? prawd mwi+c zamknity, ale
Ernest trwa? ju? na posterunku " przeciera? szklanki i ponuro obserwowa? zza
lady trzech facetw, ktrzy chlali piwo przy naro?nym stoliku. Z pozosta?ych
stolikw  jeszcze  nie zdjto odwrconych krzese?, nieznany Murzyn  w bia?ej
kurtce zamiata? szczotk+ pod?og,  a drugi krz+ta? si ko?o skrzynek z piwem
za piecami Ernesta. Red podszed? do lady, po?o?y? na niej teczk i przywita?
si. Ernest w odpowiedzi wymrucza? co niezbyt ?yczliwego.
     - Daj mi piwa - powiedzia? Red i spazmatycznie ziewn+?.
     Ernest  r+bn+? pustym kuflem o lad, wyj+? z lodwki butelk,  otworzy?
j+  i przechyli? nad kuflem. Red, zas?aniaj+c  usta d?oni+, zapatrzy? si na
jego rk. Rka dr?a?a. Szyjka butelki par razy stukn?a o skraj kufla. Red
spojrza?   Ernestowi   w   twarz.  Przymknite  ci?kie   powieki,  malutkie
wykrzywione  wargi  i obwis?e  grube  policzki.  Murzyn  szura? szczotk+ pod
samymi  nogami  Reda, faceci  w k+cie zapalczywie i  gniewnie spierali si o
wycigi. Murzyn  przy skrzynkach piwa potr+ci? zadem Ernesta, tak  ?e barman
a?   si   zachwia?.  Murzyn  wymamrota?  jakie  usprawiedliwienie.  Ernest
zd?awionym g?osem zapyta?:.
     - Przynios?e?
     - Co mia?em przynie? - zapyta? Red ogl+daj+c si przez rami.
     Jeden  z  facetw  zwinnie wsta?  od  stolika,  poszed?  do  wyjcia  i
zatrzyma? si w drzwiach zapalaj+c papierosa.
     - Chod?, porozmawiamy - powiedzia? Ernest. Murzyn ze szczotk+ te? teraz
sta? midzy Redem a  drzwiami. Taki  pot?ny  Murzyn,  podobny do  Szuwaksa,
tylko dwa razy szerszy w barach.
     - Chod? - powiedzia? Red  i wzi+? teczk. Z miejsca  odechcia?o  mu si
spa.
     Wszed?  za lad,  przecisn+?  si  obok Murzyna przy  skrzynkach  piwa.
Murzyn  widocznie przytrzasn+?  sobie  palec -  ssa?  paznokie,  spode  ?ba
obserwuj+c Reda. Ten  by? te? atletycznie  zbudowany,  mia?  z?amany  nos  i
zdeformowane uszy.  Ernest wszed? do  pokoiku  na  zapleczu  a  Red za  nim,
poniewa?  teraz  tamci trzej  stali  w drzwiach  wyjciowych,  a  Murzyn  ze
szczotk+ znalaz? si przed drzwiami do magazynu.
     Na zapleczu Ernest odst+pi? na bok i usiad? na krzele pod cian+, a od
sto?u  wsta?  kapitan Quarterblood  z??k?y  i  frasobliwy, nie wiadomo sk+d
wyszed? ogromny oenzetowiec  w nasunitym na oczy  he?mie i szybko ogromnymi
?apami  przejecha?   po  kieszeniach  Reda.  Przy  prawej  bocznej  kieszeni
zatrzyma?  si,  wyj+?  z  niej kastet  i  leciutko popchn+?  Reda  w stron
kapitana. Red  podszed? do sto?u i  postawi?  przed kapitanem Quarterbloodem
swoj+ teczk.
     - Jak ty mg?, cierwo! - powiedzia? do Ernesta. Ernest smtnie unis?
brew i wzruszy?  ramieniem. Wszystko by?o  jasne. W drzwiach ju? stali  dwaj
umiechnici   Murzyni,  innych  drzwi  nie  by?o,  a  okno  by?o  zamknite
zabezpieczone od zewn+trz solidn+ krat+.
     Kapitan Quarterblood z wyrazem obrzydzenia  na twarzy grzeba?  w teczce
wyk?adaj+c na  st? "pustakw" ma?ych - dwie  sztuki, "bateryjek" - dziewi
sztuk,  "czarnych bryzg" r?nych  rozmiarw -  szesnacie  sztuk, owinity w
plastyk "g+bek" w idealnym stanie -  dwie sztuki,  "gazowanej gliny" - jeden
s?oik...
     - Masz co jeszcze w kieszeniach? - cicho zapyta? kapitan Quarterblood.
- Wyk?adaj...
     - cierwa - powiedzia? Red. - Bydlaki. Wsadzi? rk w zanadrze i rzuci?
na st? paczk banknotw. Banknoty rozsypa?y si na wszystkie strony.
     - Oho! - powiedzia? kapitan Quarterblood. - Nic wicej?
     - cierwa parszywe! - wrzasn+?  Red, wyszarpn+? z kieszeni drug+ paczk
i z rozmachem rzuci? sobie pod nogi - ?ryjcie! Ud?awcie sie!
     -  To  niezmiernie  interesuj+ce   -  spokojnie  odezwa?   si  kapitan
Quarterblood. - A teraz podnie to.
     - Obejdzie si! - odpar?  Red zak?adaj+c rce do ty?u.  -  Twoi szpicle
pozbieraj+. Sam pozbierasz!
     - Podnie  pieni+dze, stalker - nie podnosz+c  glosu powiedzia? kapitan
Quarterblood, wpieraj+c pici w stoi i podaj+c si do przodu.
     Kilka sekund w milczeniu patrzyli sobie  w  oczy, a potem Red mamrocz+c
przeklestwa przykucn+?  i  niechtnie zacz+?  zbiera pieni+dze.  Murzyni z
ty?u zachichotali, a oenzetowiec szyderczo parskn+?.
     -  Lepiej  nie  parskaj!  -  powiedzia? do  niego Red.  -  Jeszcze  si
usmarkasz!
     Teraz czo?ga? si ju? na kolanach, zbieraj+c banknoty po jednym i coraz
bli?ej przysuwal si  do ciemnego miedzianego, "piercienia" ktry spokojnie
spoczywa? w zaronitym brudem wg?bieniu parkietu. Staraj+c si  zaj+  jak
najwygodniejsz+  pozycj  i  wykrzykuj+c  bezustannie  rynkowe  przeklestwa
wszystkie, jakie  zna?, i nowe, popiesznie teraz wymylane, kiedy  nadszed?
moment,  zamilk?, spr?y? si, uchwyci? piercie i z ca?ej si?y szarpn+? go
do  gry. Pokrywa piwnicy  jeszcze nie  zd+?y?a r+bn+ o pod?og, kiedy  Red
wyci+gaj+c przed siebie rce  skoczy? g?ow+ na d?, w stch?+ zimn+ ciemno
podziemia.
     Upad? na rce,  przekozio?kowa?  przez  g?ow,  zerwa? si  na  nogi  i
pochylony,  nic nie  widz+c,  licz+c tylko  na pami i szczcie rzuci? si
przed  siebie w w+skie przejcie  midzy sagami  skrzynek. Biegn+c  szarpa?,
rwa? te  skrzynki s?ysz+c, jak z brzkiem  i  ?oskotem zawalaj+ przejcie za
jego plecami. Zelizguj+c  si wbieg? po  niewidzialnych  schodkach,  cia?em
wybi? obite  zardzewia?+  blach+ drzwi  i znalaz? si w gara?u Ernesta. Ca?y
dygota?,  z  trudem ?apa?  powietrze przed  oczami p?ywa?y mu krwawe  plamy,
serce  ci?ko  i bolenie bi?o mu  w  gardle, ale  nie zatrzyma? si  ani na
sekund.  W mgnieniu  oka znalaz?  si  w odleg?ym k+cie  i zdzieraj+c sobie
skr  z d?oni  zacz+?  rozwala  gr rupieci, pod  ktra  w cianie gara?u
brakowa?o kilku desek, nastpnie po?o?y? si na  brzuchu i przelaz? przez t
dziur,  s?ysz+c, jak z  trzaskiem pka  na  nim  marynarka.  I  dopiero  na
podwrzu, w+skim jak studnia, przysiad? midzy pojemnikami na miecie, zdj+?
marynark, zerwa?  i wyrzuci? krawat, szybko dokona? przegl+du swego stroju,
otrzepa? spodnie,  wyprostowa? si, przebiegi przez podwrze  i da?  nura  w
niski  cuchn+cy tunel prowadz+cy na s+siednie,  bli?niacze podwrko. Biegn+c
uwa?nie nads?uchiwa?, ale  syreny policyjne na razie jeszcze nie wy?y,  wic
pobieg?   co  si?  w  nogach,  p?osz+c  uciekaj+ce  mu  z  drogi  dzieciaki,
przebiegaj+c  pod rozwieszon+  bielizn+, prze?a?+c przez dziury  w  zgni?ych
parkanach, staraj+c si  jak najszybciej  opuci  dzielnic,  pki  kapitan
Quarterblaod  nie zd+?y  jej otoczy. Dobrze  zna? te miejsca. Na wszystkich
tych  podwrkach, w piwnicach,  opuszczonych pralniach i sk?adach  opa?owych
bawi?  si  jeszcze jako  ch?opiec  i wszdzie  tu mia?  znajomych,  a nawet
przyjaci? i w  innej sytuacji mg?by tu bez  trudu ukry si i przesiedzie
choby tydzie, ale nie  po to "zuchwale ucieka? przed aresztowaniem" sprzed
nosa kapitana  Quarterblooda,  zarabiaj+c  tym sposobem  dodatkowe dwanacie
miesicy.
     Mia? wyj+tkowe szczcie. Ulic+ Sidm+ maszerowa?a wrzeszcz+c i unosz+c
tumany kurzu, kolejna demonstracja jakiej ligi  - ze dwustu ludzi tak samo,
a mo?e nawet i  bardziej obszarpanych i  brudnych jak on sam, zupe?nie  tak,
jakby wszyscy ci demonstranci dopiero  co przedzierali  si przez  dziury  w
plotach  w?azili  w  pojemniki  na  miecie i  jeszcze  na  dodatek  spdzi?
uprzednio burzliw+  noc  w sk?adzie wgla. Wyskoczy? z bramy, wmiesza? si w
ci?b i na  ukos,  depcz+c ludziom  po nogach,  opdzaj+c  si od  kuksacw
przebi? si na  drug+ stron  ulicy i znowu da? nura w  bram -  dok?adnie w
momencie,  kiedy rozleg?o si  znajome  wstrtne wycie policyjnych  syren  i
demonstracja stan?a cinita  w harmonijk. Ale teraz Red  by? Ju? w innej
dzielnicy i kapitan Quarterblood nie mg? wiedzie w jakiej.
     Wszed? do swojego gara?u od strony magazynu towarw radiotechnicznych i
musia? troch odczeka  - robotnicy ?adowali na  samochd  wielkie kartony z
telewizorami.  Ukry?  si  w suchotniczych  krzakach bzu  pod  lep+  cian+
s+siedniego  domu, odsapn+? troszeczk  i wypali? papierosa. Pali? siedz+c w
kucki  i opieraj+c si  plecami  o  mur przeciwpo?arowy. Od czasu  do  czasu
przyklada? d?o do policzka, staraj+c si  uspokoi  nerwowy  tik, i myla?,
myla?,  myla?, a kiedy samochd z robotnikami tr+bi+c  wyjecha? za  bram.
Red rozemia? si i cicho rzuci? mu w lad:
     "Dzikuj  wam,  ch?opaki,   powstrzymalicie  durnia...   mia?em  czas
pomyle".  Od tej chwili zacz+? dzia?a szybko, ale bez zbdnego popiechu,
zrcznie, wed?ug planu, jakby pracowa? w Strefie.
     Dosta?  si  do  gara?u  przez  tajny w?az,  bezszelestnie  zdj+? stare
siedzenie, wsadzi?  rk  do  kosza, wyci+gn+?  z  worka pakunek i  ukry?  w
zanadrzu,  nastpnie zdj+l z  gwo?dzia  star+  zniszczon+  skrzan+  kurtk,
znalaz? w k+cie brudn+ cyklistwk i obiema  rkami nacisn+?  j+  g?boko na
oczy. Przez  szpary w  drzwiach  do mrocznego  gara?u  wpada?y  w+skie pasma
s?onecznego  wiat?a  pe?ne  wietlistych  py?kw,  na  podwrku   weso?o  i
zadziornie  piszcza?y  dzieci i  kiedy ju?  zbiera? si do wyjcia, us?ysza?
g?os  creczki. Wtedy przywar?  okiem do  najwikszej  szpary i przez chwil
patrzy?,  jak  Mariszka  powiewaj+c  dwoma  balonikami  biega  dooko?a nowej
hutawki,  a trzy staruchy z robtkami na kolanach siedz+ obok na ?aweczce i
obserwuj+  ma?+, nie?yczliwie  zaciskaj+c wargi. Wymieniaj+  swoje  parszywe
uwagi, stare  purchawy. A dzieci maj+ to w nosie - bawi+ si z ni+ jak gdyby
nigdy  nic, nie  na darmo  podlizywa? si  im  jak umia?  - i zje?d?alni im
zrobi? drewnian+, i  dom  dla lalek,  i  hutawk... i t  ?awk,  na ktrej
siedz+ teraz  stare  ropuchy  te? sam zmajstrowa?. "No  dobra"  - powiedzia?
samymi wargami i oderwa? si od szpary,  jeszcze jeden, ostatni raz obejrza?
gara? i ruszy? do w?azu.
     Na  po?udniowo  -   zachodnim  przedmieciu,  obok  opuszczonej  stacji
benzynowej, na  samym kocu ulicy Grniczej sta?a budka telefoniczna.  Jeden
Pan  Bg wie, kto  z niej  teraz korzysta?  -  dooko?a  wszystkie domy  by?y
opuszczone  a  dalej na po?udnie  rozpociera?o si a?  po horyzont miejskie
wysypisko mieci. Red usiad? w  cieniu budki, wprost na go?ej ziemi, wsadzi?
rk  w szpar pod budk+. Wymaca? zakurzony nat?uszczony papier  i  rkoje
pistoletu  zawinitego w  ten papier. Ocynkowane pudelko  z nabojami rwnie?
by?o na miejscu, podobnie  jak woreczek z "bransoletkami" i stary portfel  z
podrobionymi dokumentami - skrytka by?a w porz+dku. Wtedy Red zdj+? kurtk i
cyklinwk  i  wsun+?  rk w  zanadrze. Z minut siedzia?  wa?+c  na  d?oni
porcelanowy  pojemnik z nieuchronn+, nieub?agan+ mierci+ wewn+trz.  I wtedy
poczu? jak mu znowu zacz+? drga policzek.
     - Shoehart - powiedzia? nie  s?ysz+c w?asnego g?osu.  -  Co ty  robisz,
?ajdaku? Ty kanalio, przecie? oni tym paskudztwem nas wszystkich za?atwi+...
- przycisn+? palcem drgaj+cy policzek, ale nie pomog?o. - Gnidy - powiedzia?
o robotnikach  ?aduj+cych  telewizory.  -  Musielicie mi  wej  w drog...
wyrzuci?bym to dranstwo z powrotem do Strefy i spokj...
     W g?uchej rozpaczy rozejrza? si dooko?a, nad popkanym asfaltem dr?a?o
gor+ce  powietrze,  pospnie  patrzy?y  zabite  deskami okna,  po  wysypisku
spacerowa?y ob?oczki kurzu. By? sam.
     - Dobra - powiedzia? stanowczo. - Ka?dy za siebie i tylko jeden Pan Bg
za wszystkich. Ja tego i tak nie do?yj...
     Spiesznie, ?eby si znowu nie rozmyli zawin+? pojemnik w cyklistwk,
a cyklistwk opakowa? w kurtk. Potem ukl+k? opar? si o budk i z lekka j+
odchyli?. Grube zawini+tko leg?o  w  dolku  i jeszcze zosta?o  sporo wolnego
miejsca. Red ostro?nie opuci? budk poko?ysa? j+, ?eby nabra?a stabilnoci,
i wsta? otrzepuj+c d?onie.
     - Koniec  - powiedzia?.  -  I nie ma  o  czym gada. Wszed? w rozpalony
zaduch budki, wrzuci? monet i wykrci? numer.
     -  Guta  -  powiedzia?.  -  Tylko  si  nie denerwuj.  Znowu wpad?em. -
Us?ysza?, jak z trudem wci+gn?a  powietrze, i popiesznie mwi? dalej. -  W
ogle mwi nie warto, potrzymaj+ mnie sze, gra osiem miesicy i widzenia
bd+  ci  dawali...  Jako  to  prze?yjemy.  A  bez  pienidzy nie  bdziesz
siedzia?a,  pieni+dze  ci  przyl+...  -  Guta   ci+gle  milcza?a.  -  Jutro
dostaniesz  wezwanie  do   komendantury,  tam  si  zobaczymy.   Przyprowad?
Mariszk.
     - Rewizji nie bdzie? - zapyta?a g?ucho.
     -  A  choby i  by?a. W  domu  jest czysto. Nic si nie  martw, uszy do
gry... trzymaj si. Wzi?a sobie na m?a stalkera, teraz nie narzekaj. No,
do jutra... Pamitaj, ?e nie dzwoni?em do ciebie. Ca?uj w nosek.
     Gwa?townie odwiesi?  s?uchawk,  z  ca?ej si?y zmru?y? oczy  i zacisn+?
zby, a? mu zadzwoni?o w uszach. Potem znowu wrzuci? monet i  nakrci? inny
numer.
     - S?ucham - powiedzia? Chrypa.
     -  Mwi  Shoehart  - powiedzia?  Red.  - Prosz s?ucha  uwa?nie i  nie
przerywa...
     - Shoehart? - bardzo naturalnie zdziwi? si Chrypa. - Jaki Shoehart?
     - Nie przerywa, teraz ja  mwi! Wpad?em,  uciek?em i teraz id  odda
si  w  ich  ?apy. Dostan  dwa  i  p?  roku albo  trzy.  ?ona zostaje  bez
pienidzy.  Zabezpieczycie j+.  ?eby jej niczego nie  brakowa?o, zrozumiano?
Zrozumiano, pytam?
     - Prosz mwi dalej - powiedzia? Chrypa.
     - Niedaleko od tego  miejsca, gdziemy si pierwszy raz  spotkali, stoi
budka telefoniczna. Jest tylko jedna, nie mo?na si pomyli. Porcelana  le?y
pod ni+. Chcecie, to bierzcie, chcecie  - nie bierzcie, ale ?eby mojej ?onie
niczego nie brakowa?o. Jeszcze nieraz przyjdzie nam razem pracowa. A je?eli
wrc i dowiem si, ?e gracie ze mn+ nieczysto... Nie radz wam  gra ze mn+
nieczysto. Jasne?
     - Wszystko zrozumia?em  - powiedzia? Chrypa. -  I po niewielkiej pauzie
zapyta?: -- Mo?e bdzie potrzebny adwokat?
     - Nie - odpowiedzia? Red. - Wszystkie pieni+dze do ostatniego  grosza -
?onie. Czo?em.
     Odwiesi? s?uchawk, rozejrza? si,  g?boko  wsadzi? rce w kieszenie i
niespiesznie  poszed?  w  gr ulicy Grniczej midzy  pustymi niszczej+cymi
domami.



     przedstawiciel firm elektronicznych dostarczaj+cych aparatur dla MIPC,
filia w Harmont
     Richard H. Nunnun siedzia?  za biurkiem  u siebie w gabinecie i rysowa?
diabe?ki w wielkim notesie do  s?u?bowych notatek. Umiecha? si przy tym ze
zrozumieniem, kiwa? ?ys+  g?ow+ i  nie s?ucha? interesanta. Po prostu czeka?
na telefon, a interesant, doktor Pillman, leniwie robi? mu wyrzuty.  A  mo?e
wyobra?a?  sobie, ?e  mu  robi  wyrzuty.  Czy  te?  za  wszelk+  cen chcia?
koniecznie przekona siebie samego, ?e robi Nunnunowi wyrzuty.
     - Uwzgldnimy to wszystko -  powiedzia? wreszcie Nunnun, dorysowa?  dla
rwnego  rachunku dziesi+tego  diabe?ka i zamkn+? notes.  - To  rzeczywicie
skandal...
     Walentin  wyci+gn+?  cienk+  rk  i  starannie   strz+sn+?  popi?  do
popielniczki.
     -  A  co  konkretnie   zamierzacie  uwzgldni?  -  zainteresowa?   si
grzecznie.
     - Wszystko, co powiedzia?e  - weso?o odpar? Nunnun. - Od pierwszego do
ostatniego
     s?owa.
     - A co ja powiedzia?em?
     -  To  nieistotne  -  owiadczy?  Nunnun. -  Cokolwiek  by?o,  zostanie
uwzgldnione.
     Walentin (doktor  Walentin Pillman, laureat  nagrody  nobla  itd. itp.)
siedzia?  w  g?bokim  fotelu, malutki, wykwintny pedantyczny,  na zamszowej
kurtce -  ani  plamki, na podci+gnitych spodniach - ani fa?dki, olepiaj+ca
koszula, g?adki krawat w  najlepszym gucie,  na w+skich bladych  wargach  -
jadowity  umieszek, wielkie  ciemne okulary  zas?aniaj+ oczy,  nad szerokim
niskim czo?em - czarne twarde w?osy ostrzy?one na je?a.
     -  Moim zdaniem te  fantastyczne  sumy, ktre  ci p?ac+,  to  wyrzucone
pieni+dze - powiedzia?. - Ale  to jeszcze  nie wszystko. Moim zdaniem jeste
sabota?yst+, Dick.
     -  Sz-sz-sz! - powiedzia? szeptem Nunnun. - Nie  tak g?ono, na  mi?o
bosk+.
     - Doprawdy - mwi? dalej Walentin. - Obserwuj ci od dosy dawna, moim
zdaniem ty w ogle nie pracujesz...
     - Jedn+ sekund! - przerwa? mu Nunnun i pomacha? grubym r?owym palcem.
- Jak to nie pracuj? Czy chocia? jedna reklamacja pozosta?a nie za?atwiona?
     - Nie wiem - powiedzia? Walentin i znowu strz+sn+? popi?. - Przychodzi
dobra aparatura i przychodzi z?a aparatura. Dobra przychodzi czciej,  a co
ty masz z tym wsplnego, nie wiem.
     - Gdyby nie ja  - wyjani? Nunnun - dobra  przychodzi?aby rzadziej, nie
mwi+c o tym, ?e wy, uczeni, bez  przerwy psujecie dobr+ aparatur,  a potem
sk?adacie reklamacje i kto was wtedy kryje? Dam ci przyk?ad...
     Zadzwoni?  telefon i Nunnun, z miejsca zapominaj+c o Walentinie, porwa?
s?uchawk.
     - Mister Nunnun? - zapyta?a sekretarka. - Znowu pan Lemchen.
     - Prosz po?+czy.
     Walentin wsta?,  od?o?y?  zgas?y niedopa?ek  do  popielniczki, na  znak
po?egnania  unis?  na  wysoko  skroni  dwa  palce  i  wyszed? -  maleki,
wyprostowany, zgrabny.
     - Mister Nunnun? - rozleg? si w s?uchawce znajomy powolny g?os.
     - S?ucham pana.
     - Nie?atwo zasta pana w biurze, mister Nunnun.
     - Nadesz?a w?anie nowa partia...
     - Tak,  wiem ju? o tym.  Mister Nunnun, przyjecha?em nie na d?ugo. Jest
kilka spraw, ktre koniecznie musimy przedyskutowa osobicie. Mam na  myli
ostatnie kontrakty z Mitsubishi Dentsu. Chodzi o ich stron prawn+.
     - Jestem do paskich us?ug.
     - W takim razie, jeli  pan nie  ma nic przeciwko temu, mniej wicej za
p? godziny w biurze naszej firmy. Zgoda?
     - Zgoda. Za p? godziny.
     Richard  Nunnun od?o?y? s?uchawk,  wsta?  i  zacieraj+c pulchne d?onie
przespacerowa?  si  po gabinecie.  Nawet  zanuci? modny szlagier, ale zaraz
zapia?  dyszkantem  i  zamia?  si  nad  sob+.  Nastpnie  wzi+?  kapelusz,
przerzuci? przez rami p?aszcz i wszed? do sekretariatu.
     - Dziecino  - powiedzia? do sekretarki - biegn do klientw, niech pani
przejmie dowdztwo garnizonu, prosz ze wszystkich si? broni twierdzy, a ja
za to przynios pani czekoladk.
     Sekretarka  rozkwit?a.  Nunnun  pos?a?  jej  poca?unek i  potoczy?  si
korytarzami instytutu.  Kilkakrotnie  prbowano  go  zatrzyma,  ale  Nunnun
wykrca? si ?artami, prosi?, aby przetrwa do jego powrotu,  dba o  nerki,
stosowa  relaks  i  w  kocu,  myl+c  pogonie,  wytoczy?  si   z   gmachu,
automatycznie machn+wszy z?o?on+ przepustk+ przed nosem dy?urnego sier?anta.
Mad miastem wisia?y niskie  chmury,  by?o parno  i  pierwsze  niezdecydowane
krople czarnymi gwiazdkami ciemnia?y na asfalcie. Nunnun narzuci? p?aszcz na
g?ow,  pobieg? truchtem wzd?u? parkingu do swego peugota, wskoczy? do wozu,
zerwa? z g?owy p?aszcz i rzuci? go na tylne  siedzenie.  Z bocznej  kieszeni
marynarki wyj+l "owaka" w kszta?cie czarnej g?adkiej pa?eczki, w?o?y?  go do
stacyjki i wielkim palcem wcisn+? a? do oporu.  Potem  chwil usadawia?  si
wygodnie za kierownic+ i nacisn+? peda? gazu. Peugeot bezszelestnie wytoczy?
si na rodek ulicy i popdzi? w stron bramy.
     Deszcz lun+?  nagle. Jakby  w  niebie przewrcono ceber z wod+. Jezdnia
sta?a  si liska i wz zarzuca?o na zakrtach, Nunnun w?+czy? wycieraczki i
zmniejszy? prdko. A wic  raport ju? dotar?  gdzie nale?y,  myla?. Teraz
bd+  mnie chwali. No c? - popieram. Lubi, kiedy mnie chwal+. Szczeglnie
kiedy  mnie  chwali  sam  Herr  Lemchen, ktremu  to przychodzi z najwy?szym
trudem. Dziwna rzecz, dlaczego cz?owiekowi jest przyjemnie, kiedy go chwal+?
Pienidzy od tego nie przybywa.  S?awa? Jaka wrd nas mo?e by s?awa? "Sta?
si s?awny i teraz s?ysza?o  o nim trzech  ludzi". No, powiedzmy,  czterech,
je?eli liczy Bejlisa.  Cz?owiek jest zabawn+  istot+.  Wygl+da  na  to,  ?e
lubimy pochwa?,  jako tak+. Jak dzieci -  lody.  To g?upie.  Jak?e ja  mog
wyrosn+  we  w?asnych oczach? C? to -  nie  znam  samego  siebie? Nie znam
starego,  grubego Richarda  H.  Nunnuna? Ale a propos -  co w?aciwie znaczy
"H"? ?adna  historia!  I nawet nie ma kogo zapyta...  Przecie? nie  zapytam
Herr Lemchena... Aha, przypomnia?em sobie! Herbert. Richard  Herbert Nunnun.
Ale? leje!
     Skrci?  na  Centralny  Bulwar i nagle  pomyla?  -  jak si  to miasto
rozros?o  w ci+gu  ostatnich  lat!  Jakie wie?owce!  O, tu stawiaj+  jeszcze
jeden. Co te? tu  bdzie?  Aha, Lunacenter, najlepszy na wiecie jazz  i dom
publiczny na tysi+c  miejsc, wszystko dla naszego  walecznego garnizonu, dla
naszych turystw, szczeglnie dla  tych starszych i dla szlachetnych rycerzy
nauki. A  przedmiecia pustoszej+, i trupy  wstaj+ce  z mogi?  ju? nie  maj+
dok+d wraca.
     - Tych, co z martwych  powstali, nie przyjmie dom stary, dlatego te? s+
gniewni  i smutni  bez miary  -  powiedzia? raptem  g?ono.  Tak,  chcia?bym
wiedzie, czym to si skoczy. nawiasem mwi+c, dziesi lat temu wiedzia?em
dok?adnie, czym si skoczy powinno. Kordon  sanitarny. Pas ziemi  niczyjej
szerokoci pidziesiciu  kilometrw. ?o?nierze,  uczeni  i nikogo  wicej.
Straszny  wrzd na ciele  planety  bdzie  hermetycznie  izolowany... G?upia
historia, przecie?  niby wszyscy tak uwa?ali, nie tylko ja. Jakie wyg?aszano
przemwienia,  jakie   uchwalono   dekrety!   A  teraz  nawet  trudno  sobie
przypomnie, w jaki sposb ta powszechna niez?omna determinacja rozlaz?a si
po kociach... Z jednej strony nie sposb nie przyzna, a z drugiej strony -
nie sposb  si  nie zgodzi.  A zacz?o si, o  ile  pamitam, wtedy, kiedy
pierwszy stalker wynis? ze Strefy pierwsze "owaki". Bateryjki... Tak, chyba
w?anie  od tego  si zacz?o.  Zw?aszcza  kiedy odkryto,  ?e one  mog+  si
rozmna?a.  Wrzd  okaza? si tylko  czciowo wrzodem, a mo?e w  ogle  nie
wrzodem,  tylko skarbcem... A teraz ju?  nikt nawet nie wie, co to w?aciwie
takiego -  wrzd, sezam, pokusa piekielna, puszka Pandory,  czort, diabe?...
Ka?dy z tego korzysta,  jak umie. Mcz+ si od dwudziestu lat, wsadzili w to
miliardy, a zamiast zorganizowanego  rabunku  - ucho  od ledzia. Ka?dy robi
swj maleki  biznes, a uczone g?owy z powa?nymi  minami g?osz+; -  z jednej
strony nie sposb  nie przyzna,  a  z drugiej nie sposb  si  nie zgodzi,
poniewa? obiekt taki to a  taki, poddany  dzia?aniu  promieni Roentgena  pod
k+tem osiemnastu stopni, wypromieniowuje quasi - cieplne elektrony pod k+tem
dwudziestu dwu stopni...  Do diab?a  z  tym wszystkim!  Tak czy inaczej, nie
zd+?  zobaczy  czym  to si skoczy...  Samochd  min+?  will  cierwnika
Barbridgea.
     Z  powodu ulewnego  deszczu  we wszystkich oknach  pali?o si wiat?o -
by?o wida, jak na pierwszym pitrze w  pokojach piknej Diny przesuwaj+ si
taneczne pary. Albo zaczli dzi rano, albo w ?aden sposb nie mog+ skoczy
od wczorajszego  wieczora. Ostatnio taka moda  zapanowa?a w miecie -  bawi+
si bez przerwy dniami i nocami. Tward+ wychowalimy miodzie?, niezmordowan+
i upart+ w swoich zamierzeniach...
     Nunnun zatrzyma? wz przed niepozornym budynkiem ze skromnym szyldem  -
"Biuro prawne Semp-Semp and Caiman". Wyj+? ze stacyjki i schowa? do kieszeni
"owaka",  zarzuci? znowu  na  g?ow p?aszcz, z?apa?  kapelusz  i rzuci?  si
biegiem do bramy  - przemkn+?  po  schodach  przykrytych wytartym chodnikiem
obok portiera zag?bionego w gazecie, zastuka? obcasami po ciemnym korytarzu
pierwszego  pitra   przesyconego  specyficznym  zapachem,  ktrego   natur
daremnie prbowa? kiedy wyjani, otworzy? drzwi w samym kocu korytarza  i
wszed? do sekretariatu. Na  miejscu  sekretarki siedzia? nieznajomy,  smag?y
m?odzieniec. By?  bez marynarki,  w bia?ej  koszuli, z  wysoko  podwinitymi
rkawami. D?uba? we  wntrzu  skomplikowanego elektronicznego aparatu, ktry
sta? na stoliku zamiast maszyny do pisania. Richard Nunnun  powiesi? p?aszcz
na  wieszaku,  przyg?adzi?  obur+cz  resztki  w?osw  za  uszami i  pytaj+co
spojrza?  na  m?odego  cz?owieka. Tamten skin+? g?ow+. Wtedy Nunnun otworzy?
drzwi do gabinetu.
     Herr Lemchen wsta?  z  wielkiego  skrzanego  fotela,  ktry sta?  przy
zas?onitym portier+ oknie, i wyszed? na spotkanie  Nunnuna. Na prostok+tnej
generalskiej  twarzy  Lemchena  pojawi?y  si  zmarszczki  oznaczaj+ce ni to
?yczliwy umiech, ni to  strapienie z powodu odra?aj+cej aury, lub  te?, by
mo?e, z trudem opanowywan+ ch kichnicia.
     -  A  wic  przyszed?  pan  - powiedzia?  wolno.  - Prosz wej  i si
rozgoci.
     Nunnun  poszuka? oczami  czego do siedzenia, ale nie  znalaz?  niczego
oprcz twardego krzes?a z twardym oparciem, ukrytego za biurkiem. Wobec tego
przysiad? si na krawdzi biurka. Jego radosny nastrj z niejasnych przyczyn
zacz+?  si ulatnia - nie mia? jeszcze  pojcia  dlaczego. Znienacka  jasno
zrozumia?,  ?e nikt go chwali nie bdzie.  Wrcz przeciwnie.  Dzie gniewu,
pomyla? filozoficznie i przygotowa? si na najgorsze.
     - Mo?e  papierosa? -  zaproponowa? Herr  Lemchen na powrt zasiadaj+c w
fotelu.
     - Dzikuj, nie pal.
     Herr Lemchen pokiwa?  g?ow+ z tak+ min+, jakby w?anie potwierdzi?y si
jego najgorsze przypuszczenia, opar? ?okcie o biurko, zaplt? palce  i przez
jaki czas uwa?nie kontemplowa? t konstrukcj.
     - Jak s+dz, problemw prawnych firmy  "Mitsubishi Dentsu" nie bdziemy
chwilowo omawia - powiedzia? wreszcie.
     To by? ?art. Richard Nunnun umiechn+? si z gotowoci+ i powiedzia?:
     - Jak pan sobie ?yczy.
     Siedzie  na  stole  by?o diabelnie  niewygodnie,  nogi majta?y  si  w
powietrzu, krawd? blatu wpija?a si w siedzenie.
     - Z przykroci+ musz pana zawiadomi  - powiedzia?  pan  Lemchen -  ?e
paski raport wywo?a? na grze nadzwyczaj pozytywne wra?enie.
     - Hm... - powiedzia? Nunnun. Zaczyna si - pomyla?.
     - Zamierzano  nawet  przedstawi pana  do  odznaczenia  - ci+gn+?  Herr
Lemchen.  - Ja wszak?e zaproponowa?em, ?eby z  tym  poczeka.  I  post+pi?em
s?usznie. - Przesta? wreszcie kontemplowa konstrukcj z dziesiciu palcw i
spode ?ba spojrza? na Nunnuna. - Zapewne zechce si pan dowiedzie, dlaczego
przejawi?em tak+, wydawa?oby si, przesadn+ ostro?no.
     - Niezawodnie mia? pan podstawy  ku temu -  znudzonym g?osem powiedzia?
Nunnun.
     -  Owszem,  mia?em. Co wynika?o z  paskiego raportu? Grupa  "Metropol"
zlikwidowana. Dziki paskim wysi?kom. Grupa "Zielony  Kwiatek" schwytana na
gor+cym uczynku i aresztowana  w pelnym sk?adzie.  Znakomita robota. Rwnie?
paska.  Grupy  "Warr"  i  "Quasimodo",  "Wdrowni  Muzykanci"  i  wszystkie
pozostale, nie  pamitam ich nazw,  uleg?y samolikwidacJi,  poniewa? zdawa?y
sobie spraw, ?e jak  nie dzi to jutro zostan+ nakryte.  Istotnie, tak by?o
naprawd, wszystkie  te  informacje potwierdzaj+ si  z  innych ?rde?. Wrg
jest  rozgromiony,  pan zosta?  sam na placu boju.  Przeciwnik  rejteruje  w
panice, ponosz+c ogromne straty. Czy s?usznie oceni?em sytuacj?
     -  W  ka?dym  razie - ostro?nie  powiedzia? Nunnun -  w ci+gu ostatnich
trzech miesicy przemyt  materia?w ze Strefy usta?. Kana? przerzutowy przez
Harmont ju? nie  funkcjonuje... Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji -
doda?.
     - A wic przeciwnik zrejterowa?, czy nie tak?
     - Je?eli pan nalega na takie sformu?owanie... Tak.
     - Nie tak! - powiedzia? Herr Lemchen. - Rzecz w tym, ?e ten  przeciwnik
nigdy nie rejteruje. Wiem  o tym z ca?+  pewnoci+. Przedwczesnym raportem o
zwycistwie  zademonstrowa?  pan  swoj+  niedojrza?o.  I  w?anie  dlatego
zaproponowa?em,  aby  w tej  chwili  jeszcze  nie wystpowa  z  wnioskiem o
odznaczenie pana.
     A id? ze  ty  ze  swoimi odznaczeniami,  myla? Nunnun ko?ysz+c  nog+ i
pospnie patrz+c w migaj+ce noski p?butw. Szympansowi w pobliskim ZOO mog
wrczy  twoje ordery!  Te?  si  znalaz? wychowawca  i  moralista, ja i bez
ciebie wiem,  z kim tu  mam do czynienia, nie ma co w?azi na ambon. Ja sam
znam  dobrze  nieprzyjaciela. Powiedz  jasno  i wyra?nie,  gdzie, jak  i  co
przegapi?em... co  ci dranie wymylili nowego... gdzie, jak  i w jaki sposb
znale?li dziur w sieci... i bez wstpnych  przemwie, nie jestem smarkatym
nowicjuszem,  mam szsty  krzy?yk  na  karku  i  nie  siedz tu  dla  twoich
parszywych orderw...
     - Co pan s?ysza? o Z?otej Kuli? - zapyta? nagle Herr Lemchen. O Bo?e, z
irytacj+ pomyla? Nunnun. Czego on si  teraz uczepi? Z?otej Kuli? Niech ci
diabli. Co za paskudny sposb prowadzenia rozmowy...
     - Z?ota Kula jest przedmiotem legendy - zameldowa? g?osem bez wyrazu. -
Mityczna konstrukcja  znajduj+ca si w  Strefie, maj+ca rzekomo kszta?t oraz
wygl+d z?otej kuli i przeznaczona do spe?niania ludzkich ?ycze.
     - Dowolnych?
     - Wed?ug  kanonicznego tekstu  legendy -  dowolnych.  Istniej+ jednak?e
warianty...
     - Tak - powiedzia? Herr Lemchen. - A co pan s?ysza? o "lampie mierci"?
     - Osiem lat temu - znudzonym g?osem zacz+?  Nunnun - stalker o nazwisku
Stephen Norman,  zwany  Okularnikiem,  wynis?  ze Strefy pewien  przedmiot,
ktry  okaza? si  o ile mo?na s+dzi, pewnego rodzaju systemem  generatorw
promieniowania, miertelnego  dla ziemskich organizmw. Wymieniony Okularnik
proponowa?  ten agregat instytutowi, nie  dogadali si co do ceny. Okularnik
poszed? do  Strefy  i nie wrci?. Gdzie obecnie  znajduje si agregat  - nie
wiadomo. Znany  panu Hugh z "Metropolu" proponowa?  za  ten agregat  dowoln+
sum, jaka si zmieci na czeku.
     - To wszystko? - zapyta? Herr Lemchen.
     - Wszystko - odpar?  Nunnun. Demonstracyjnie  rozgl+da? si po  pokoju.
Pokj okaza? si nieciekawy, nie by?o na co patrze.

     - Tak - powiedzia? Lemchen. - A co pan s?ysza? o "raczym oku"?
     - O czyim oku?
     -  O  raczym.  Rak. Nie wie pan? - Herr  Lemchen zastrzyg? w  powietrzu
dwoma palcami.
     - Taki z kleszczami.
     - Pierwszy raz s?ysz - powiedzia? Nunnun i zaspi? si.
     -  No, a  co pan  wie  o "grzmi+cych  serwetkach"?  Nunnun zeskoczy?  z
biurka, stan+? przed Lemchenem i wsadzi? rce w kieszenie.
     - Nic nie wiem - powiedzia?. - A pan?
     -  Niestety, ja  rwnie? nic  nie  wiem.  Ani  o "raczym  oku",  ani  o
"grzmi+cych serwetkach". A tymczasem jedno i drugie istnieje.
     - W mojej Strefie? - zapyta? Nunnun.
     -  Ale? niech?e pan usi+dzie - powiedzia? Herr Lemchen machaj+c d?oni+.
- Nasza rozmowa dopiero si zaczyna, niech pan usi+dzie.
     Nunnun obszed? biurko i usiad? na twardym krzele z wysokim oparciem.
     Dok+d on  zmierza?  - myla? gor+czkowo. - Co  to za nowe  historie? Na
pewno znale?li  co w  innych Strefach, a on prbuje mnie zaskoczy,  g?upie
bydl. Nigdy  mnie  nie  lubi?, stary  piernik,  nie  mo?e  zapomnie tamtej
fraszki...
     - A wic bdziemy kontynuowa nasz maleki egzamin -  oznajmi? Lemchen.
Odchyli? portier i wyjrza? przez okno. - Leje!  -  zakomunikowa?.  - Bardzo
lubi.  - Puci? zas?on, rozpar? si w fotelu i  patrz+c w sufit zapyta?: -
Co s?ycha u starego Barbridge'a?
     -  Barbridge?  -  cierwnik  Barbridge  jest  pod  obserwacj+.  Kaleka,
niezale?ny  materialnie,  nie  ma  powi+za  ze  Stref+.  Jest  w?acicielem
czterech barw z dancingiem i organizuje pikniki dla oficerw garnizonu oraz
turystw. Crka  Dina  prowadzi do  niezrwnowa?ony tryb ?ycia. Syn  Artur
wie?o  ukoczy?  prawniczy  college. Herr Lemchen  z  zadowoleniem  pokiwa?
g?ow+.
     - Krtko i jasno - pochwali?. - A co porabia Kreon Maltaczyk?
     - Jeden z niewielu czynnych  stalkerw. By? zwi+zany z grup+ Quasimodo,
teraz za moim  porednictwem sprzedaje  towar  Instytutowi.  Trzymam  go  na
wolnoci - kiedy kto mo?e i z?apie przynt. Co prawda ostatnio ostro pije
i obawiam si, ?e d?ugo nie poci+gnie.
     - Kontakty z Barbridgem?
     - Zaleca si do Diny. Bez powodzenia.
     - Bardzo  dobrze  - powiedzia? Herr  Lemchen.  -  A  co wiadomo o Rudym
Shoeharcie?
     - Miesi+c temu  wyszed? z  wizienia. Materialnie niezale?ny.  Prbowa?
wyemigrowa, ale... Ale w g?owie mu teraz Strefa.
     - To wszystko?
     - Wszystko.
     -  Niewiele  - powiedzia? pan Lemchen. - A jak wygl+daj+ sprawy Cartera
Szczciarza?
     -  Ju?  wiele  lat  temu przesta?  by  stalkerem.  Handluje  u?ywanymi
samochodami,  a  oprcz  tego  ma warsztat, w  ktrym  adaptuje  silniki  do
"owakw". Czworo dzieci, ?ona umar?a rok temu. Teciowa.
     Lemchen pokiwa? g?ow+
     - O kim z weteranw zapomnia?em? - zapyta? dobrodusznie.
     - Zapomnia? pan  o Jonathanie Mywse,  przezwisko Kaktus. Teraz  jest  w
szpitalu, umiera na raka. I zapomnia? pan o Szuwaksie...
     - Tak, tak. co z Szuwaksem?
     -  Szuwaks jak to  Szuwaks,  ci+gle ten sam -  powiedzia? Nunnun.  - Ma
trzyosobow+  grup. Tygodniami znikaj+  w  Strefie.  Wszystko,  co znajduj+,
niszcz+ na miejscu. A jego Stowarzyszenie Wojuj+cych Anio?w rozlecia?o si.
     - Dlaczego?
     - Jak pan pamita, stowarzyszenie skupowa?o towar  i Szuwaks odnosi? go
z  powrotem  do Strefy.  Szatanowi,  co  szataskie. Teraz nie ma  ju? czego
skupowa, a poza tym nowy dyrektor filii napuci? na nich policj.
     - Rozumiem - powiedzia? Herr Lemchen. - No a m?odzi?
     -  C?  m?odzi...  Przychodz+  i odchodz+.  Jest  mo?e  piciu, szeciu
ch?opcw z jakim takim dowiadczeniem, ale ostatnio nie maj+ komu sprzedawa
towaru,  wic  s+ w kropce. Ja ich powoli  oswajam... Mam wszelkie podstawy,
szefie,  uzna,  ?e w mojej Strefie  stalkerstwo praktycznie si  skoczy?o.
Starzy odeszli,  m?odzie?  nic  nie  umie, zreszt+  i presti?  zawodu  mocno
podupad?. Konkurentem jest technika, stalker
     - automat.
     - Tak, tak, s?ysza?em  o tym -  powiedzia? Hen" Lemchen. -  Jednak?e te
automaty na razie  osi+gaj+  zbyt nik?e wyniki w stosunku do iloci energii,
ktr+ pobieraj+. Czy mo?e si myl?
     - To kwestia czasu. Ju? nied?ugo automaty stan+ si op?acalne.
     - To znaczy kiedy?
     - Za pi, sze lat...
     Herr Lemchen znowu pokiwa? g?ow+.
     -  Je?eli  ju?  przy  tym  jestemy, pan zapewne jeszcze  nie  wie,  ?e
przeciwnik rwnie? zacz+? stosowa automaty.
     - W mojej Strefie? - czujnie powtrzy? Nunnun.
     - I w paskiej  rwnie?. Maj+ baz w Rexopolis, przerzucaj+ maszyny  na
helikopterach przez  gry i W+wz ?mij na  Jezioro Czarne, u podn?a szczytu
Boldera...
     - Przecie? to s+ peryferie - z niedowierzaniem powiedzia? Nunnun. - Tam
nic nie ma, co oni mog+ tam znale??
     -  Niewiele,  bardzo niewiele. Ale  znajduj+. Zreszt+ to tylko  tak dla
Informacji,  pana to  nie dotyczy...  Zreasumujemy. Stalkerw - zawodowcw w
Harmont  ju? prawie  nie  ma. Ci,  ktrzy  zostali, od Strefy trzymaj+ si z
daleka.  M?odzie?  jest   zdezorientowana  i  trwa  proces   jej  oswajania.
Przeciwnik zosta? rozbity, rozproszony, ukryty w swoich bar?ogach li?e rany.
Towaru  nie  ma,  a  kiedy si pojawia,  nie znajduje  nabywcw.  Nielegalny
przemyt materia?w ze Strefy skoczy? si trzy miesi+ce temu. Czy tak?
     Nunnun  milcza?.  Teraz,  myla?, teraz  mi przysunie.  Ale  gdzie jest
dziura  w mojej sieci? I to spora, o Ile  si znam na medycynie, no prdzej,
prdzej, stary parasolu! Nie mcz cz?owieka...
     - Nie s?ysz  odpowiedzi  -  oznajmi? Herr Lemchen  i przy?o?y? d?o do
pomarszczonego w?ochatego ucha.
     -  Dobra, szefie - ponuro  powiedzia? Nunnun. - Starczy. Ju?  mnie  pan
usma?y? i ugotowa?, niech pan podaje na st?.
     Herr Lemchen wyda? z siebie nieokrelone chrz+knicie.
     - Nie ma pan mi nawet  nic do powiedzenia - powiedzia? z  nieoczekiwan+
gorycz+.  -- Gapi  si pan we mnie jak sroka  w  gnat, a  jak ja si czu?em,
kiedy przedwczoraj...  -  Znienacka przerwa?, wsta? i powdrowa? do sejfu. -
Krtko  mwi+c,  przez ostatnie  dwa  miesi+ce, tylko  wed?ug dostpnych nam
informacji, przeciwnik otrzyma? ponad sze  tysicy  jednostek  materia?u z
r?nych Stref. - Zatrzyma? si przy sejfie, pog?aska? jego lakierowany bok i
gwa?townie odwrci? si do Nunnuna. - Niech pan nie ?ywi iluzji! - wrzasn+?.
-  Odciski  palcw Barbridgea!  Odciski  palcw  Maltaczykal Odciski palcw
Nochala  Ben Halevi,  o  ktrym pan  nawet nie uzna?  za stosowne wspomnie!
Odciski palcw Polipa Herescha i Liliputa  Cmygal  Tak pan  oswaja  tutejsz+
m?odzie??  "Bransoletkl", "Igie?ki"  "Bia?e wiatraczki"!  Ma?o tego!  Jakie
"racze  oczy", jakie  "suche  grzechotki", "grzmi+ce  serwetki",  niech  je
diabli wezm+! - znowu urwa?, wrci?  na fotel, zaplt? rce jak poprzednio i
grzecznie zapyta?: - Co pan o tym s+dzi, mister Nunnun?
     Nunnun wyj+? chusteczk do nosa i wytar? kark i szyj.
     - Nic nie s+dz - wychrypia?  uczciwie. - Przepraszam, szefie,  ale  ja
teraz  w ogle... Niech  troch oprzytomniej... Barbridge! Barbridge nie ma
nic wsplnego ze Stref+! Znam  jego ka?dy krok!  Urz+dza popijawy i  pikniki
nad   Jeziorem,  zgarnia  niez?+   fors  i  po  prostu   nie  potrzebuje...
Przepraszam, oczywicie gadam g?upstwa, ale zapewniam pana, ?e nie spuci?em
oka z Barbridgea od momentu wyjcia ze szpitala...
     - D?u?ej nie  zatrzymuj pana - powiedzia? Herr Lemchen. - Daj tydzie
czasu. Ma pan przedstawi swoje wnioski na temat  kana?w, jakimi  materia?y
ze Strefy trafiaj+ do r+k Barbridgea... i wszystkich innych. Do widzenia!
     Nunnun wsta?, niezgrabnie sk?oni? g?ow przed profilem  Herr Lemchena i
nadal wycieraj+c  chusteczk+ obficie spocon+ szyj, wyszed? do sekretariatu.
Smag?y m?odzieniec pali?, z zadum+ wpatruj+c si w rozbebeszon+ elektronik.
Przelotnie spojrza? w stron  Nunnuna  -  oczy mia? puste,  zwrcone  w g?+b
siebie. Richard Nunnun byle jak nasadzi? na g?ow kapelusz, z?apa? pod pach
p?aszcz  i wynis? si do wszystkich diab?w. Co  takiego jeszcze  nigdy mi
si nie zdarzy?o - myla? chaotycznie. Co podobnego! Nochal Ben Halevi! Ju?
nawet przezwiska  si  dorobi?...  Kiedy? Taki  smarkacz,  wygl+da jakby  do
trzech  nie  potrafi? zliczy...  nie, to nie to,  ci+gle  nie to... Ach, ty
bydle bezmzgie, ty cierwniku! Tu mnie dopad?e!  Zrobi?e mnie w konia jak
ostatniego kretyna... Jak to  si sta?o? Przecie? to po prostu nie mog?o si
sta!  No, identycznie  jak  wtedy w Singapurze  -  mord+ o ziemi,  g?ow+ o
cian...
     Wsiad?  do samochodu i przez jaki czas nie  bardzo  wiedz+c,  na jakim
wiecie jest, szuka? na desce rozdzielczej kluczyka do stacyjki. Z kapelusza
kapa?o na  kolana wic go  zdj+?  i  nie patrz+c rzuci? za siebie.  Rzsisty
deszcz  zalewa? przedni+ szyb i Richardowi Nunnunowi  z niewiadomego powodu
wyda?o si,  ?e z tej w?anie  przyczyny  nie ma zielonego pojcia, co dalej
pocz+. Kiedy zda? sobie z tego spraw, z ca?ej si?y r+bn+?  pici+ w swoje
?yse czo?o. Ul?y?o. Od razu sobie przypomnia?, ?e kluczyka nie ma i  by nie
mo?e, a za to w kieszeni le?y "owak". Wieczny akumulator. I  ?e choby mia?
pkn+,  trzeba go  wyj+ z kieszeni  i  wetkn+ w  gniazdko, i wtedy bdzie
mo?na przynajmniej gdzie pojecha
     - aby dalej  od  tego  domu,  od  tego okna,  przez  ktre  niezawodnie
obserwuje go stara purchawa...
     Rka   Nunnuna  z  "owakiem"   zamar?a  w  po?owie   drogi.  Tak,  wiem
przynajmniej,  od kogo trzeba zacz+. No i w?anie od niego zaczn. Och, jak
ja od niego zaczn! Nikt nigdy  od nikogo tak nie zaczyna?, jak ja od  niego
zaczn, i  to natychmiast. I z tak+ przyjemnoci+. Puci? w ruch wycieraczki
i pojecha? bulwarem, jeszcze  prawie  nic przed sob+ nie  widzia?,  ale  ju?
powoli  si uspokaja?.  To nic. Choby nawet i tak jak w  Singapurze. Koniec
kocw w  Singapurze wszystko  si  przecie? dobrze  skoczy?o... Te? wielka
parada, raz mord+ o ziemi! Mog?o by  gorzej! Nie mord+ i nie o ziemi, ale
o co takiego  z gwo?dziami... Dobra, nie bdziemy si rozprasza. Gdzie ten
mj zak?ad? Ni cholery nie wida... Aha jest.
     Pora by?a nie urzdowa, ale zak?ad "Minut Pi" p?on+? wiat?ami niczym
"Metropol".  Otrz+saj+c si jak pies  na brzegu,  Richard Nunnun wkroczy? do
rzsicie  owietlonego  hallu  mierdz+cego  tytoniem, drogeri+  i  skis?ym
szampanem. Stary Bennie, jeszcze bez liberii, siedzia? przy barku na ukos od
wejcia i co  ?ar?  trzymaj+c w  garci widelec. Przed nim, z?o?ywszy wrd
pustych  kieliszkw  swj  potworny  biust siedzia?a  Madame  i  frasobliwie
patrzy?a, jak Bennie si od?ywia. W  hallu nawet jeszcze nie posprz+tano  po
wczorajszym. Kiedy Nunnun wszed?, Madame niezw?ocznie zwrci?a w jego stron
szerok+  otynkowan+  twarz,  pocz+tkowo  niezadowolon+, a w sekund  p?niej
rozpromienion+ zawodowym umiechem.
     - Ha!  - powiedzia?a basem. - By?by to sam pan Nunnun? Ma pan ochot na
dziewczynk? Bennie obojtnie ?ar? dalej, by? g?uchy jak pie.
     -  Witaj,  staruszko! -  powiedzia? Nunnun zbli?aj+c si. -  Po  co  mi
dziewczynki, je?eli widz prawdziw+ kobiet.
     Bennie  wreszcie  zauwa?y?  Nunnuna.  Straszna  maska  w  purpurowo   -
granatowych bliznach wykrzywi?a si z wysi?kiem w powitalnym umiechu.
     - Dzie dobry, szefie! - wychrypia?. - Przyszed? pan si obsuszy?
     Nunnun umiechn+? si  w  odpowiedzi i  skin+?  mu  d?oni+.  Nie  lubi?
rozmawia z Bennie - bez przerwy trzeba by?o krzycze.
     - Gdzie mj zarz+dca, nie wiecie? - zapyta?.
     - U siebie - odparta Madame. - Jutro trzeba zap?aci podatki.
     -  Och,  te podatki! - Powiedzia? Nunnun. - No dobra. Madame, prosz mi
przygotowa to, co lubi, nied?ugo wrc.
     Bezszelestnie  st+paj+c  po   grubym   syntetycznym  dywanie  przeszed?
korytarzem, min+? zas?onite portierami gabinety - na  cianie  obok ka?dego
gabinetu  wisia?a  podobizna  jakiego   kwiatka  -  skrci?  w  niewidoczny
korytarzyk i bez pukania otworzy? obite skr+ drzwi.
     Gnat  Ratiusza siedzia? przy biurku i  studiowa? w lusterku z?owieszczy
pryszcz  na nosie. Mia?  g?boko w  dupie jutrzejsze podatki.  Przed nim, na
idealnie  pustym  stole,  sta?  s?oiczek  z  maci+  rtciow+  i szklanka  z
przezroczystym  p?ynem. Gnat Ratiusza podnis? na Nunnun przekrwione  oczy i
zerwa? si na nogi  wypuszczaj+c lusterko, Nunnun  bez s?owa usiad? w fotelu
naprzeciw,  przez  jaki  czas  w  milczeniu  obserwowa? ?ajdaka  i  s?ucha?
niewyra?nego  mamrotania  na temat przekltego  deszczu  i reumatyzmu. Potem
powiedzia?:
     - Zamknij  no  drzwi na  klucz, pieseczku. Gnat  ?omocz+c plaskostopymi
no?yskami podbiegi do drzwi, szczkn+? kluczem i wrci? do  biurka. W?ochat+
bry?+ wznosi? si nad Nunnunem, z oddaniem patrz+c mu w usta.  Nunnun ci+gle
jeszcze obserwowa? go  przez zmru?one powieki, nie wiadomo dlaczego  w?anie
teraz przypomnia? sobie, ?e Gnat Katiusza naprawd nazywa si Rafael. Gnatem
przezwano go za potwornie  kociste pici, nagie, sinoczerwone, wyzieraj+ce
z  jego  gsto  ow?osionych r+k  jak z mankietw. Katiusza za nazwa? siebie
sam,  wicie  przekonany,  ?e  jest  to  tradycyjne  imi   wielkich  carw
mongolskich. Rafael. No c?, zaczniemy, Rafaelu.
     - Co s?ycha? - zapyta? serdecznie.
     -  Wszystko  w  najlepszym  porz+dku,  szefie  - spiesznie odpowiedzia?
Rafael - Gnat.
     - W sprawie tamtego skandalu by?e w komendanturze?
     - Da?em komu trzeba sto pidziesi+t. Wszyscy s+ zadowoleni.
     - Potr+cisz sobie te  sto  pidziesi+t - powiedzia? Nunnun. - To twoja
wina,  pieseczku. Trzeba by?o pilnowa.  Gnat  przybra? nieszczliwy  wyraz
twarzy i z pokor+ roz?o?y? wielkie ?apy.
     - W hallu trzeba po?o?y nowy parkiet - powiedzia? Nunnun.
     - Zrobi si.

     Nunnun pomilcza? chwil ci+gaj+c wargi.
     - Towar? - zapyta? zni?aj+c glos.
     - Troch jest - rwnie? zni?aj+c g?os powiedzia? Gnat.
     - Poka?.
     Gnat skoczy? do sejfu wyj+?  paczuszk po?o?y? na biurku przed Nunnunem
i rozpakowa?. Nunnun jednym palcem pogrzeba? w kupce "czarnych bryzg", wzi+?
do rki "bransoletk", obejrza? j+ ze wszystkich stron i od?o?y? z powrotem.
     - To wszystko? - zapyta?.
     - Nie przynosz+ - przepraszaj+co powiedzia? Gnat.
     -  Nie  przynosz+... - powtrzy? Nunnun. Starannie przymierzy?  si i z
ca?ej si?y noskiem  buta kopn+? Gnata  w gole. Gnat jkn+?,  nawet pochyli?
si, ?eby si z?apa za bol+ce miejsce, ale zrezygnowa? i natychmiast stan+?
na baczno. Wtedy Nunnun zerwa? si z fotela odepchn+?  go, z?apa? Gnata za
ko?nierz koszuli i ruszy? do niego,  kopi+c, przewracaj+c  oczami i szepcz+c
straszliwe  przeklestwa.  Gnat,  stkaj+c  i  jcz+c,  zadziera? g?ow  jak
sp?oszony ko, cofa? si ty?em do chwili, kiedy run+? na kanap.
     - Na dwie  strony pracujesz, cierwo? - sycza? Nunnun  prosto w bia?e z
przera?enia lepia.  - cierwnik k+pie  si  w towarze,  a  ty mi przynosisz
koraliki w papierku?
     - zamachn+? si i trzasn+? Gnata w twarz, staraj+c si trafi w pryszcz
na nosie.
     - Ja ci w kryminale zgnoj! Zgnijesz za ?ycia, mierdzielu... Na chleb
i wod... Po?a?ujesz, ?e ci matka na wiat wyda?a! - znowu trzasn+? pici+
w  pryszcz na nosie. - Sk+d Barbridge ma towar? Dlaczego jemu przynosz+, nie
tobie?  Kto  przynosi?  Dlaczego ja o niczym nie  wiem? Dla kogo  pracujesz,
sukinsynu? Gadaj!
     Gnat bezd?wicznie otwiera? i zamyka? usta. Nunnun zostawi?  go, wrci?
na fotel i po?o?y? nogi na biurku.

     - Jak  Boga kocham,  szefie... Co  znowu!  Jaki towar? cierwnik nie ma
?adnego towaru. Teraz nikt nie ma towaru...
     -  Ty co? Masz zamiar spiera si ze mn+? -  serdecznie  zapyta? Nunnun
zdejmuj+c nogi z biurka.
     - Ale? sk+d szefie... Jak  Boga... - spiesznie zaprzeczy? Gnat. - ?ebym
tak zdrw by?! Ja, spiera si! nawet mi przez myl nie przesz?o...
     -  Wygoni jak psa - ponuro oznajmi? Nunnun. -  Nie umiesz pracowa. Na
choler  mi  taki  kretyn?  Tacy  jak  ty  na  pczki  poniewieraj+  si  po
mietnikach. A mnie jest potrzebny facet z g?ow+.
     - Momencik,  szefie -  rozs+dnie powiedzia?  Gnat,  rozmazuj+c  krew po
twarzy. - Po co od razu naskakiwa?...  Mo?e  jednak sprbujemy pogada... -
ostro?nie pomaca?  pryszcz  kocem palca.  -  ?e  podobno Barbridge ma  du?o
towaru? nie wiem. Prosz si nie gniewa, ale kto pana ocygani?, nikt teraz
towaru nie  ma. Do Strefy sami smarkacze  chodz+,  no ale  oni  przecie? nie
wracaj+, nie,  szefie,  kto pana nabiera...  Nunnun obserwowa? go spod oka.
Wygl+da?o  na to,  ?e Gnat  rzeczywicie nic  nie wie.  Zreszt+ ?ga mu by?o
niewygodnie - przy cierwniku trudno si by?o po?ywi. - Te pikniki to dobry
interes? - zapyta?.
     - Pikniki? Nie  za bardzo, nie powiem, ?eby to by?y takie kokosy... Ale
teraz w miecie w ogle skoczy?y si dobre interesy...
     - Gdzie si odbywaj+ te pikniki?
     - Gdzie si odbywaj+? Tak w r?nych miejscach. Pod Bia?+ Gr+,  czasami
przy Gor+cych rd?ach, na Tczowych Jeziorach...
     - A jaka klientela?
     -  Klientela?  -  Gnat   poci+gn+!   nosem,   zamruga?   i   powiedzia?
konfidencjonalnie:  - Jeli  pan, szefie, chce si za to  zabra,  to ja bym
panu nie radzi?. Ze cierwnikiem pan tu nie wygra.
     - A to dlaczego?
     - cierwnik ma sta?+  klientel. B?kitne  he?my to raz  -  Gnat zagi+?
jeden palec.
     - Oficerowie z komendantury  to  dwa,  turyci  z  "Metropolu", "Bia?ej
Lilii",  z "Przybysza" - to  trzy. Poza tym  cierwnik ma  ju? zorganizowan+
reklam, miejscowi ch?opcy te? do  niego chodz+... Jak Boga kocham,  szefie,
nie  warto  z tym zaczyna. Za  dziewczynki nam  p?aci -  nie  powiem,  ?eby
du?o...
     - Miejscowi te? do niego chodz+?
     - G?wnie m?odzie?.
     - No i co tam si robi tych piknikach?
     -  Co  si  robi?  Jedziemy  tam autokarami,  tak? Da miejscu ju? stoj+
namioty, bufet, muzyka... No to ka?dy zabawia si  jak ma ochot. Oficerowie
przewa?nie z  dziewczynkami, turyci  lec+ patrze na  Stref...  Jeli przy
Gor+cych rdlach, to  do  Strefy  tam  jak rk+ sign+,  zaraz za Siarkow+
Rozpadlin+... cierwnik im nawozi?  koskich koci, no  i patrz+ sobie przez
lornetki...
     - A miejscowi?
     - Miejscowi? Miejscowych to oczywicie nie interesuje... Tak, zabawiaj+
si, jak kto potrafi...
     - A Barbridge?
     - A co Barbridge? Jak wszyscy, tak i Barbridge...
     - A ty?
     - Co ja? Jak wszyscy, tak i  ja. Pilnuj, ?eby dziewcz+t nie krzywdzili
i... tego... no, tam... No, w ogle jak wszyscy...
     - I jak d?ugo to trwa?
     - Zale?y jak kiedy. Czasami trzy dni, a czasami i tydzie.
     - A  ile ta przyjemno kosztuje? - zapyta?  Nunnun, myl+c zupe?nie  o
czym innym.  Gnat  co odpowiedzia?, ale Nunnun  go  nie s?ysza?. Oto gdzie
jest dziura, myla?. Kilka dni... kilka nocy. W tych warunkach po prostu nie
sposb  upilnowa Barbridnge'a,  nawet  wtedy,  kiedy specjalne  w  tym celu
przyjecha?e. I jednak pomimo to sprawa jest nadal niejasna. On przecie? nie
ma ng, a tamta rozpadlina... Nie, co tu nie gra...
     - Kto z miejscowych je?dzi tam sta?e?
     - Z  miejscowych?  Przecie?  mwi:  przewa?nie m?odzie?.  No,  Galevi,
Razba...  Szczurek  Zappha...  ten Cmyg... No, jeszcze Maltaczyk  tam bywa.
Dobrane  towarzystwo.  Oni  to  nazywaj+ "szk?k+  niedzieln+".  Co,  mwi+,
wpadniemy  do  "szk?ki  niedzielnej"? Oni  g?wnie  zarabiaj+  na starszych
turystkach. Przyje?d?a z Europy jaka starucha...
     - "Szk?ka  niedzielna"  - powtrzy? Nunnun.  Zawita?a mu  nagle jaka
dziwna myl. Szko?a. Wsta?.
     - Dobra - powiedzia?. - Bg z nimi, z piknikami. To nie  dla  nas.  Ale
?eby wiedzia?: cierwnik ma towar,  a to ju? nasza sprawa,  pieseczku. Tego
nie mo?emy ot, tak sobie zostawi. Szukaj,  Gnat, szukaj, bo inaczej wygoni
ci do wszystkich diab?w. Sk+d cierwnik bierze towar, kto mu go dostarcza,
masz si dowiedzie i dawa o dwadziecia procent wicej. Zrozumia?e?
     - Zrozumia?em,  szefie  -  Gnat  ju?  sta? na baczno, na wysmarowanej
mordzie malowa? si wyraz psiego oddania.
     - I ?eby mi  si nie guzdra?!  Ruszaj g?ow+, bydlaku! - nagle wrzasn+?
Nunnun i wyszed?.
     W hallu, przy barze, bez popiechu wypi? aperitif, porozmawia? z Madame
na  temat  upadku  obyczajw, da?  do zrozumienia, ?e  w  najbli?szym czasie
zamierza rozbudowa zak?ad i dla wikszej wagi, zni?ywszy g?os, poradzi? si
jej, co zrobi z Bennim
     -  zestarza?  si ch?op,  og?uch?, refleks ju? nie ten,  nie nad+?a jak
kiedy... By?a ju? szsta, chcia?o mu si  je, a mzg  uporczywie dr+?y?a,
gryz?a  niespodziewana  myl,  niesamowita,  dzika  i  zarazem   niezmiernie
obiecuj+ca.
     Zreszt+ ju?  i  tak to  i  owo  sta?o si jasne,  znik? z  ca?ej sprawy
irytuj+cy i niesamowity posmak metafizyki, zesta?a tylko pretensja do samego
siebie o to, ?e wczeniej nie  pomyla? o takiej mo?liwoci, ale nie to by?o
najistotniejsze, najistotniejsze zawiera?o si w  tamtej myli, ktra ci+gle
dr+?y?a, dr+?y?a i nie dawa?a spokoju.
     Po?egnawszy  si z Madame i  ucisn+wszy rk Benniego, Nunnun pojecha?
prosto do "Barge". Ca?e  nieszczcie w tym, myla?, ?e nie dostrzegamy, jak
mijaj+  lata. Co  tam  zreszt+ lata  -  nie dostrzegamy,  jak  wszystko  si
zmienia.  Wiemy, ?e  wszystko  si  zmienia,  ucz+ nas  od  dziecistwa,  ?e
wszystko si zmienia, po wielokro widzielimy na w?asne oczy,  jak wszystko
si zmienia, i jednoczenie jestemy absolutnie niezdolni do zauwa?enia tego
momentu,  kiedy  zachodzi zmiana, albo te?  szukamy zmiany  nie  tam,  gdzie
nale?y.  Oto  mamy  ju? nowych stalkerw - uzbrojonych w cybernetyk.  Dawny
stalker by? brudnym, ponurym facetem, ktry ze zwierzcym uporem milimetr za
milimetrem pe?za?  na brzuchu po Strefie zarabiaj+c swoj+ dol. Nowy stalker
to playboy w  krawacie, in?ynier, siedzi sobie gdzie o kilometr od  Strefy,
papieros w zbach, pod rk+ szklanka z orze?wiaj+cym p?ynem
     -  siedzi  i patrzy  na  ekrany. D?entelmen na posadzie. Nader logiczny
obrazek, do tego stopnia logiczny,  ?e inne mo?liwoci po prostu na myl nie
przychodz+.  A  przecie?  s+  i  inne   mo?liwoci  -  na  przyk?ad  szk?ka
niedzielna.
     I  nagle, jakby ni z tego, ni z owego, opad?a go rozpacz. Wszystko by?o
bez sensu. Wszystko by?o  daremne. Bo?e mj, pomyla?,  przecie? nic  z tego
nie  wyjdzie!  Ale ma si?y,  ktra utrzyma  w dzie?y  to ciasto,  pomyla? z
przera?eniem. Nie dlatego, ?e ?le  pracujemy.  I nie dlatego, ?e oni pracuj+
lepiej.  Po prostu w?anie taki jest nasz wiat. I  cz?owiek  na tym wiecie
jest w?anie taki. Gdyby  nie  by?o L+dowania  - by?oby co  innego.  winia
zawsze znajdzie b?oto...
     W  "Barge"  by?o  mnstwo  wiat?a i  bardzo smacznie pachnia?o."Barge"
rwnie? si zmieni? - ani nie  potaczysz, ani si nie ubawisz jak  niegdy.
Szuwaks  ju? nie  przychodzi, brzydzi si, a Red Shoehart  wsun+? tu  pewnie
swj  piegowaty nos, skrzywi? si i  wyszed?.  Ernest ci+gle jeszcze siedzi,
interes prowadzi jego stara, dorwa?a si nareszcie - stali, solidni klienci,
ca?y Instytut przychodzi na  obiady  i wy?si oficerowie  rwnie? - przytulne
gabinety, smaczna  kuchnia, niedrogo i  zawsze  wie?e  piwo.  Dobra,  stara
gospoda.
     W  jednym  z  gabinetw  Nunnun  zauwa?y?  Walentina Pillmana.  Laureat
siedzia? nad fili?ank+  kawy i czyta? z?o?ony na po?ow miesicznik,  Nunnun
podszed? do stolika.
     - Czy mo?na si przysi+? - zapyta?. Walentin podnis? na niego czarne
okulary.
     - A - powiedzia?. - Prosz bardzo.
     - Za chwil,  tylko rce umyj - powiedzia? Nunnun przypomniawszy sobie
nagle pryszcz.
     Znali go tu dobrze. Kiedy wrci? i usiad? naprzeciw Walentina. Na stole
ju? sta? ma?y  ruszt z  dymi+cym churasco i piwo  w wysokim kuflu  - nie  za
zimne,  nie  za ciep?e, takie, jakie  lubi?. Walentin  od?o?y? miesicznik i
wypi? ?yczek kawy.
     - S?uchaj - powiedzia?  Nunnun odkrawaj+c kawa?ek misa. - Jak s+dzisz,
czym si to wszystko skoczy?
     - Co masz na myli?
     - L+dowanie, Strefy, stalkerzy, orodki wojskowo - przemys?owe, ta ca?a
kasza... Czym to wszystko mo?e si skoczy?
     Walentin  d?ugo patrzy? na Nunnuna lepymi, czarnymi szk?ami, nastpnie
zapali? papierosa i powiedzia?:
     - Dla kogo? Skonkretyzuj.
     - No, powiedzmy, dla ca?ej ludzkoci.

     - To zale?y od tego, czy bdziemy mieli szczcie, czy nie - powiedzia?
Walentin.
     -  Teraz ju? wiemy, ?e dla ludzkoci, pojmowanej jako ca?o. L+dowanie
przesz?o w gruncie rzeczy bez ladu. Dla ludzkoci zreszt+ wszystko mija bez
ladu.  Oczywicie, niewykluczone, ?e wyci+gaj+c  na  lepo kasztany  z tego
ognia, koniec kocw wyci+gniemy co takiego, co sprawi, ?e ?ycie  na naszej
planecie  stanie si w ogle niemo?liwe. To naturalnie bdzie pech. Jednak?e
chyba  zgodzisz si  ze mn+, ?e co  podobnego zagra?a?o ludzkoci zawsze. -
Ruchem d?oni rozproszy? dym z papierosa. - Widzisz, ja ju? dawno odwyk?em od
rozwa?a na temat ludzkoci  jako takiej.  Ludzko,  pojmowana jako ca?o,
jest zbyt stacjonarnym uk?adem - nie ma sposobu, ?eby j+ ruszy z miejsca.
     - Tak uwa?asz? - z rozczarowaniem zapyta? Nunnun. - No c?, mo?e i masz
racj...
     -  Powiedz  mi  szczerze,  Richard  -  wyra?nie  zabawiaj+c si  zacz+?
Walentin. - Na przyk?ad dla ciebie,  cz?owieka  interesu, co si zmieni?o  w
zwi+zku z  L+dowaniem? Dowiedzia?e si,  ?e  we  Wszechwiecie istnieje  co
najmniej jeszcze jeden rozum oprcz ludzkiego. No i co?
     - Jak  by ci tu powiedzie? - wykrztusi? Nunnun. Ju? ?a?owa?, ?e zacz+?
t rozmow. Nie by?o  o czym mwi. -  Co si zmieni?o dla mnie? Na przyk?ad
ju? od  wielu lat czuj si troch nieswojo, mo?e  nawet  niepewnie. Dobrze,
tamci wpadli na chwil i  od razu si wynieli.  A  je?eli przylec+  znowu i
przyjdzie im do  g?owy pozosta? Dla mnie, cz?owieka interesu, to nie  jest,
widzisz, retoryczne pytanie
     -  kim  oni s+,  jak  ?yj+  i  czego  chc+? W  najbardziej  prymitywnym
wariancie, musz  myle, jak  w razie czego mam przestawi produkcj. Musz
by przygotowany. A  je?eli w ogle  oka? si zbyteczny w  ich  systemie? -
O?ywi? si. - A je?eli my wszyscy oka?emy si  zbyteczni? S?uchaj, Walentin,
je?eli ju?  rozmawiamy  na ten temat, czy  istniej+ jakie odpowiedzi  na te
pytania? Kim oni s+, czego chcieli i czy wrc+, czy nie?
     - Odpowiedzi  istniej+ -  odpar? Walentin umiechaj+c si.  - Jest  ich
nawet bardzo wiele, mo?esz sobie wybra dowoln+, wedle gustu.
     - A jak ty sam uwa?asz?
     - Mwi+c  szczerze nigdy nie pozwala?em sobie rozmyla powa?nie na ten
temat.  Dla mnie L+dowanie to przede  wszystkim unikalne wydarzenie, co, co
umo?liwia przeskoczenie kilku  stopni naraz w procesie  poznania. Powiedzmy,
co w  rodzaju podr?y w przysz?o techniki. No,  mniej wicej tak, jakby w
laboratorium  Izaaka   Newtona  znalaz?  si  nagle   wsp?czesny  generator
kwantowy...
     - Newton by nic nie zrozumia?.
     - Jeste w b?dzie! Newton by? wyj+tkowo bystrym cz?owiekiem.
     - Tak? no dobrze. Bg z  nim,  to znaczy  z Newtonem. Ale  jak  ty sam,
pomimo  wszystko,   interpretujesz  L+dowanie?  niech?e  to   bdzie   nawet
niepowa?na interpretacja...
     -  Dobrze, odpowiem  ci.  Ale musz  ci  uprzedzi,  Richard, ?e twoje
pytanie le?y w kompetencji pewnej pseudonauki, zwanej ksenologi+. Ksenologia
to  sprzeczna  z  natur+  krzy?wka naukowej fantastyki z logik+ formaln+. U
podstaw jej metodyki le?y fa?szywa przes?anka - przypisywanie pozaziemskiemu
intelektowi ludzkiej psychiki.
     - Dlaczego fa?szywa? - zapyta? Nunnun.
     -  A dlatego,  ?e  biolodzy  ju?  si  raz  sparzyli,  kiedy  prbowali
przypisa psychik cz?owieka zwierztom. Ziemskim zwierztom, zauwa?.
     - Przepraszam - powiedzia?  Nunnun. - To zupe?nie inna sprawa. Przecie?
mwimy o psychologii rozumnych istot.
     -  Tak. Wszystko by?oby znakomicie,  gdybymy wiedzieli, co  to takiego
rozum.
     - A czy nie wiemy? - zdziwi? si Nunnun.
     -  Wyobra?  sobie, ?e nie.  Zwykle  punktem  wyjcia  jest  niezmiernie
prymitywne za?o?enie:  rozum  jest to ta w?aciwo  cz?owieka, ktra  r?ni
jego  dzia?anie  od  dzia?ania   zwierz+t.   Taka,  rozumiesz   mnie   prba
odgraniczenia w?aciciela od jego psa, ktry jakoby  wszystko rozumie, tylko
nie  potrafi  powiedzie.  Zreszt+  z  tej  prymitywnej  definicji  wynikaj+
logicznie inne, ciekawsze.  Bazuj+ one na  gorzkich, wnioskach  z obserwacji
wspomnianej  ju?  dzia?alnoci  cz?owieka.  Na  przyk?ad:  rozumem  nazywamy
zdolno ?ywej istoty  do  pope?niania  uczynkw niecelowych  i pozbawionych
wszelkiego sensu.
     - Tak, to o nas - zgodzi? si Nunnun.
     -  Niestety. Albo,  powiedzmy,  definicja  -  hipoteza.  Rozum jest  to
skomplikowany  instynkt,  ktry  si jeszcze ostatecznie  nie  ukszta?towa?.
Przyjmujemy, ?e instynktowna dzia?alno  jest  zawsze  racjonalna i celowa.
Up?ynie  milion  lat,   instynkt  ukszta?tuje   si   ostatecznie  i   wtedy
przestaniemy  pope?nia  b?dy,   ktra   to   umiejtno  stanowi  zapewne
immanentn+   cz+stk   rozumu.  I   wwczas,  je?eli  co   si   zmieni  we
wszechwiecie,  spokojnie sobie wymrzemy - w?anie  dlatego,  ?e oduczylimy
si  pope?nia  b?dy,  to   znaczy  wyprbowywa  r?ne,  nie  przewidziane
rygorystycznym programem warianty.
     - W twojej interpretacji to wszystko wygl+da jako obra?liwie.
     - Prosz  bardzo, s?u? ci nastpn+  definicj+,  niezmiernie wznios?+ i
szlachetn+.   Rozum   jest   to   umiejtno   wykorzystywania   potencja?u
otaczaj+cego nas wiata, bez uciekania si zniszczenia tego wiata.
     Nunnun skrzywi? si i pokrci? g?ow+.
     - Nie - powiedzia?. - To nie o nas... no a co powiesz o twierdzeniu, ?e
cz?owiek  w  odr?nieniu od zwierz+t  odczuwa nieprzepart+ potrzeb  wiedzy?
Gdzie o tym czyta?em.
     - Ja rwnie? -  powiedzia? Walentin. - Ale  ca?e nieszczcie polega na
tym, ?e  cz?owiek,  a  w  ka?dym  razie ludzko w swojej masie,  bez  trudu
przezwyci?a  t  swoj+ potrzeb wiedzy. Moim zdaniem taka  potrzeba w ogle
nie istnieje.  Istnieje  potrzeba zrozumienia wiata,  a do tego  wiedza nie
jest  potrzebna.  Dla  przyk?adu   --  hipoteza   o   Bogu  daje   z  niczym
nieporwnywaln+  mo?liwo  zrozumienia  absolutnie wszystkiego,  absolutnie
niczego  si nie dowiaduj+c... Daj cz?owiekowi maksymalnie uproszczony model
wiata i interpretuj ka?de  wydarzenie w oparciu  o  ten uproszczony system.
Takie podejcie  do  problemu  nie  wymaga ?adnej  wiedzy.  Kilka wyuczonych
formu?ek plus tak zwana intuicja, i tak zwany zmys?  praktyczny, i tak zwany
zdrowy rozs+dek.
     - Poczekaj - powiedzia?  Nunnun. Dopi? piwo i z ha?asem  postawi? pusty
kufel na  stole. - Nie odbiegajmy  od tematu.  Na przyk?ad: cz?owiek spotyka
istot z innej planety. Jak poznaj+, ?e obaj s+ rozumni?
     -  Nie mam  pojcia -  owiadczy?  ubawiony  Walentin. -  Wszystko,  co
czyta?em na ten  temat,  sprowadza  si do  b?dnego  ko?a. Je?eli  oboje s+
zdolni do nawi+zania  kontaktu,  to znaczy, ?e  s+  rozumni.  I na odwrt  -
je?eli s+ rozumni, to s+ zdolni do nawi+zania kontaktu. Uoglniaj+c - je?eli
istota z innej planety ma honor posiada ludzk+ psychik, to znaczy, ?e jest
rozumna. Tak to wygl+da.
     -  Masz ci los  -  powiedzia?  Nunnun. - A ja myla?em, ?e ju? wszystko
jest posegregowane i le?y na odpowiednich p?kach...
     - Posegregowa nawet ma?pa potrafi - zauwa?y? Walentin.
     - Nie,  poczekaj  -  powiedzia? Nunnun. Nie wiadomo  dlaczego  czu? si
oszukany. - Ale je?eli  nie  wiecie takich  prostych  rzeczy... Dobra, Bg z
nim,  z rozumem: widocznie sam diabe? w tym si nie rozezna. No a L+dowanie?
Przynajmniej powiedz, co mylisz o samym L+dowaniu?
     - Prosz bardzo - powiedzia? Walentin. - Wyobra? sobie piknik... br>
     Nunnun drgn+?.
     - Jak powiedzia?e?
     - Piknik. Wyobra? sobie: las, przesieka, polana.  Z przesieki na polan
wje?d?a  samochd,  z  samochodu   wysiada  m?odzie?,  butelki,   koszyki  z
prowiantem,  dziewczyny,  tranzystory, kamery  filmowe... Rozpalaj+ ognisko,
stawiaj+  namioty,  gra  muzyka. A rankiem  odje?d?aj+.  Zwierzta,  ptaki i
owady, ktre przez ca?+ noc  ze zgroz+ obserwowa?y to, co si dzia?o, wy?a?+
ze swoich kryjwek.  I c? widz+? Na trawie  ka?u?a  oleju, rozlana benzyna,
le?+  nieprzydatne  ju?  wiece i  olejowe  filtry. Poniewieraj+  si  stare
szmaty, przepalone ?arwki, kto zgubi? klucz francuski. Z opon spad?o b?oto
przywiezione  z  niewiadomych  bagien...  no, sam rozumiesz,  lady ogniska,
ogryzki jab?ek, papierki od cukierkw, puszki po konserwach, puste  butelki,
czyja chusteczka  do nosa,  czyj scyzoryk, podarte przedwczorajsze gazety,
bilon, zwid?e kwiaty z innych lasw...
     - Zrozumia?em - powiedzia? Nunnun. - Piknik na skraju drogi.
     - W?anie. Piknik na skraju jakiej kosmicznej drogi. A ty mnie pytasz,
czy oni wrc+, czy nie?
     - Daj no mi papierosa - powiedzia? Nunnun. - Niech diabli  porw+  wasz+
samozwacz+ nauk! Ja sobie to zupe?nie inaczej wyobra?a?em.
     - To twoje prawo - zauwa?y? Walentin.
     - To znaczy, ?e co? ?e oni nas nawet nie zauwa?yli?
     - Dlaczego?
     - No, w ka?dym razie nie zwrcili na nas uwagi...
     - Wiesz, na twoim miejscu ja bym si za bardzo nie  martwi? -  poradzi?
Walentin.
     Nunnun zaci+gn+? si, zakas?a? i zdusi? papierosa.
     - Wszystko  jedno  - powiedzia?  z uporem.  -  To niemo?liwe, niech was
diabli  wezm+! Sk+d,  wy uczeni, tak  gardzicie lud?mi? Dlaczego bez przerwy
staracie si ich poni?y?
     - Chwileczk -  powiedzia?  Walentin. - Pos?uchaj... Zapytacie mnie:  w
czym jest wielko  cz?owieka? W  tym,  ?e  wyzwoli? nieomal kosmiczne  moce
przyrody? ?e  w czasie tak krtkim zaw?adn+? planet+ i wyr+ba? sobie okno na
Wszechwiat? Nie w  tym, ?e mimo to przetrwa? i zamierza przetrwa rwnie? w
przysz?oci.
     Zapanowa?o milczenie. Nunnun rozmyla?.
     - By mo?e... -  powiedzia? niepewnie. -  Oczywicie, z  takiego punktu
widzenia...
     - Nie przejmuj si - niefrasobliwie powiedzia? Walentin.  - Piknik - to
przecie? tylko moja hipoteza. I nawet nie  hipoteza, szczerze mwi+c,  tylko
tak, obrazek... Tak  zwani powa?ni ksenologowie prbuj+  uzasadni  znacznie
solidniejsze i pochlebniejsze dla  ludzkoci wersje. Na przyk?ad: ?e ?adnego
L+dowania nie by?o, ?e L+dowanie dopiero nast+pi. Pewien niezmiernie  wysoko
rozwinity  Intelekt zrzuci? na Ziemi kontenery z prbkami swoich osi+gni
w dziedzinie kultury materialnej. Intelekt w oczekuje, ?e po zapoznaniu si
z tymi prbkami dokonamy skoku  w  dziedzinie techniki i wwczas  bdziemy w
stanie  pos?a  w  odpowiedzi  sygna?y oznaczaj+ce,  ?e  jestemy gotowi  do
nawi+zania kontaktu. Mo?e taka interpretacja bardziej ci odpowiada?
     - To ju?  znacznie  lepiej - powiedzia? Nunnun. -  Widz,  ?e i  midzy
uczonymi trafiaj+ si przyzwoici ludzie.
     - Albo jeszcze  inaczej.  L+dowanie  istotnie  mia?o miejsce, ale tamci
wcale si nie  wynieli. Faktycznie nadal jestemy z nimi w kontakcie, tylko
o  tym  nie wiemy. Przybysze  zagnie?dzili si w  Strefach  i starannie  nas
studiuj+,  przygotowuj+c jednoczenie ludzi do  okrutnych cudw czasu, ktry
nadchodzi.
     -  To rozumiem! - powiedzia? Nunnun. - Wtedy  przynajmniej mo?na poj+,
co oznacza ta tajemnicza krz+tanina w ruinach fabryki. Nawiasem mwi+c, twj
piknik tej krz+taniny nie wyjania.
     -  Dlaczego nie wyjania? - nie  zgodzi?  si Walentin.  - Czy ktra z
dziewcz+t  nie  mog?a  zapomnie   na   polanie   ulubionego   mechanicznego
nied?wiadka?
     - No nie,  tego to  za wiele - kategorycznie owiadczy? Nunnun. - ?adny
nied?wiadek!  A? ziemia  si  trzsie...  Zreszt+,  oczywicie,  mo?e by  i
nied?wiadek.  Piwa?  Rozalia!  Dwa piwa dla  panw  ksenologw!...  A jednak
przyjemnie  z  tob+ pogawdzi  - powiedzia?  do  Walentina. - Takie, wiesz,
przeczyszczenie  mzgu, jakby mi  gorzkiej soli nasypano do  czaszki.  Bo to
pracuje cz?owiek, pracuje, a po co, o czym nie wie, czego si nie spodziewa,
co serce zaspokoi...
     Przynieli  piwo.  Nunnun  upi? tyk, obserwuj+c  znad piany  Walentina,
ktry z pow+tpiewaniem i wstrtem wpatrywa? si w swj kufel.
     - Nie masz ochoty? - zapyta? Nunnum oblizuj+c wargi.
     - Bo ja, prawd mwi+c, nie pij - niezdecydowanie powiedzia? Walentin.
     - Naprawd? - zdumia? si Nunnun.
     - Do diab?a! - powiedzia? Walentin. - Musi przecie? na  tym wiecie by
cho jeden niepij+cy... - zdecydowanym ruchem odsun+? kufer - Zamw dla mnie
koniak, je?eli ju? - powiedzia?.
     - Rozalia!  -  wrzasn+? niezw?ocznie  ju?  zupe?nie rozweselony Nunnun.
Kiedy przyniesiono koniak, powiedzia?:
     - Bez wzgldu na wszystko, bardzo mi si to nie podoba. Ju? nie mwi o
tym twoim pikniku - to w ogle zwyczajne  wistwo! Ale je?eli nawet przyj+
wersj, ?e to, powiedzmy, tylko preludium do kontaktu, bardzo to nie?adnie z
ich strony.  Jeszcze rozumiem "bransolety", "pustaki"...  Ale po  co "czarci
pudding"? "?ysica" po co? I ten ohydny puch...
     - Przepraszam  -  powiedzia?  Walentin wybieraj+c  plasterek cytryny. -
Twoja terminologia nie jest  dla mnie dostatecznie jasna. Jaka, przepraszam,
?ysica?
     Nunnun rozemia? si.
     -  To  folklor -  wyjani?.  - Roboczy  ?argon  stalkerw. "?ysice"  to
obszary wzmo?onej grawitacji.
     -   Aha,    grawikondensaty...   Ukierunkowana   grawitacja.   O    tym
porozmawia?bym z przyjemnoci+, ale ty i tak nic z tego nie zrozumiesz.
     - A to dlaczego? B+d? co b+d? jestem in?ynierem...
     - A  to dlatego, ?e ja  sam nie rozumiem - odpowiedzia? Walentin. - Mam
ju?  uk?ady  rwna,   ale  jak  je  zinterpretowa  -  nie  mam   zielonego
wyobra?enia... A "czarci pudding" to zapewne koloidowy gaz?
     - Zgadza si. S?ysza?e o katastrofie w laboratoriach Carryguna?
     - Co nieco - niechtnie odpar? Walentin.
     - Ci idioci  umiecili porcelanowy kontener z "puddingiem" w specjalnej
komorze,  szczelnie  izolowanej...  To  znaczy oni  myleli, ?e komora  jest
szczelnie izolowana... a  kiedy manipulatorami otworzyli kontener, "pudding"
przes+czy? si przez  metal  i plastyk jak woda  przez  bibu?, wykipia?  na
zewn+trz i wszystko, z  czym wszed? w  kontakt,  zamieni? rwnie? w pudding.
Zgin?o  trzydziestu  piciu  ludzi,  ponad  stu jest  okaleczonych, a  ca?e
laboratorium nie nadaje si do niczego. By?e tam kiedy? Wspania?y gmach! A
teraz  pudding sp?yn+? do piwnic i na ni?sze pitra... Przeliczne preludium
do kontaktu...
     Walentin okropnie si skrzywi?.
     - Tak, to wszystko  wiem - powiedzia?. - Jednak?e zgodzisz si chyba ze
mn+, Richard, ?e  przybysze  nie maj+  z tym nic wsplnego. Sk+d  oni  mogli
wiedzie, ?e u nas istnieje przemys? zbrojeniowy?
     - A nale?a?oby wiedzie! - pouczaj+co stwierdzi? Nunnun.
     -  Oni  za  odpowiedzieliby na  to:  ju?  dawno  nale?a?o  zlikwidowa
przemys? zbrojeniowy.
     - Te? racja - przyzna? Nunnun. - No wic niechby si tym zajli, je?eli
s+ tacy wszechpot?ni.
     -  To  znaczy,  ?e  proponujesz  im   ingerencj  w  wewntrzne  sprawy
ludzkoci?
     - Hm - powiedzia? Nunnun. - W ten sposb oczywicie mo?emy zaj bardzo
daleko. Zostawmy to.  Lepiej  powrmy  do pocz+tku  naszej rozmowy. Czym to
wszystko  si  skoczy?  No  na  przyk?ad wy, uczeni. Czy macie nadziej  na
znalezienie  w  Strefie czego naprawd epokowego,  czego  co  rzeczywicie
pozwoli?oby na dokonanie przewrotu w nauce, w technice, w sposobie ?ycia?
     Walentin wzruszy? ramionami.
     -  Zwracasz si pod niew?aciwy  adres,  Richard. Ja nie lubi ja?owych
spekulacji.  Kiedy  mowa o takich  powa?nych  sprawach, jestem  zwolennikiem
ostro?nego sceptycyzmu. Je?eli przyj+ za punkt wyjcia to, co  ju? znajduje
si  w  naszych  rkach,  przed  nami  ca?y wachlarz  mo?liwoci  i  niczego
okrelonego powiedzie na razie nie mo?na.
     - No dobrze, sprbujemy z drugiego koca. Co, twoim zdaniem, ju? mamy w
rku?
     - Jak by to nie  by?o zabawne, raczej niewiele. Odkrylimy za  to wiele
zdumiewaj+cych  zjawisk.  W  niektrych  przypadkach  nauczylimy si  nawet
wykorzystywa te  zjawiska dla  w?asnych  potrzeb.  I nawet przywyklimy  do
nich...  Ma?pa naciska czerwony guziczek - dostaje  banana,  naciska bia?y -
dostaje pomaracz,  ale jak  zdoby  banany  i  pomaracze  bez  naciskania
guziczkw  - tego ma?pa nie wie. I jaki  jest  zwi+zek  midzy  guziczkami a
pomaraczami  i  bananami,  ma?pa nie  rozumie. We?my,  powiedzmy,  "owaki".
Znale?limy  dla  nich  zastosowanie.  Odkrylimy nawet warunki,  w  ktrych
rozmna?aj+ si przez  podzia?.  Ale do  dzi nie  umiemy zrobi ani  jednego
"owaka",  nie znamy  ich konstrukcji i s+dz+c po tym nieprdko  zorientujemy
si w tym  wszystkim... Sformu?owa?bym to nastpuj+co: istniej+ obiekty, dla
ktrych znale?limy zastosowanie.  Pos?ugujemy si  nimi, chocia?  prawie na
pewno  niezgodnie   z  ich  prawdziwym  przeznaczeniem.   Jestem  absolutnie
przekonany,  ?e  w  wikszoci  wypadkw wbijamy  mikroskopami gwo?dzie. Ale
jednak co  nieco  przydaje  si  nam:  "owaki",  "bransolety"  pobudzaj+ce
procesy  biologiczne... r?ne typy quasi - biologicznych mas, ktre dokona?y
takiego przewrotu w medycynie... Mamy do  dyspozycji  nowe  trankwilizatory,
nowe gatunki nawozw sztucznych... rewolucja w agronomii... Zreszt+ po co ci
to wyliczam! Wiesz o tym nie gorzej  ode  mnie, bransoletk,  jak widz, sam
nosisz... Obiekty  tej grupy nazwa?bym po?ytecznymi. Mo?na powiedzie, ?e  w
jakim  stopniu  ludzko  zosta?a  nimi  uszczliwiona, chocia?  nigdy nie
nale?y zapomina, ?e w naszym euklidesowym wiecie ka?dy kij ma dwa koce...
     - Niepo?+dane zastosowanie? - wtr+ci? Nunnun.
     - A tak. Powiedzmy  zastosowanie "owakw"  w przemyle  zbrojeniowym...
Ale ja nie o tym...  Dzia?anie ka?dego po?ytecznego obiektu mniej lub wicej
zbadalimy i mniej  lub  wicej jestemy w stanie  objani. Obecnie jest to
tylko kwestia nieznajomoci technologii, ale za jakie pidziesi+t lat sami
nauczymy  si produkowa te  krlewskie pieczcie i wtedy  do woli  bdziemy
mogli  nimi t?uc  orzechy. Bardziej skomplikowana jest sprawa z  drug+ grup+
obiektw -  bardziej w?anie dlatego, ?e  ?adnego zastosowania te obiekty  u
nas  nie  znajduj+,  a  ich  w?aciwoci,  w  ramach  naszych  wsp?czesnych
wyobra?e,  s+  kompletnie niewyt?umaczalne. Na przyk?ad pu?apki magnetyczne
r?nych  typw. My ju? wiemy, ?e tu  chodzi o  pu?apk magnetyczn+. Panow to
bardzo interesuj+co udowodni?. Ale nadal nie rozumiemy, gdzie mo?e znajdowa
si  ?rd?o  tak pot?nego  pola  magnetycznego i gdzie  le?y przyczyna jego
superstabilnoci...  nic  nie  rozumiemy.  Mo?emy tylko stawia fantastyczne
hipotezy zak?adaj+ce  takie w?aciwoci przestrzeni, o ktrych nawet si nam
nie ni?o. Albo  we?my K-25... Jak wy nazywacie takie czarne, ?adne kulki, z
ktrych robi si bi?uteri?
     - "Czarne bryzgi" - powiedzia? Nunnun.
     - O to, to, "czarne bryzgi"... Dobra nazwa... Jakie s+ ich w?aciwoci,
to  wiesz. Jeli  przez  tak+ kulk przepuci  promie wiat?a, to  wiat?o
wyjdzie z niej z op?nieniem, przy  czym to op?nienie zale?y od wagi kulki,
od  jej  rozmiarw,  od  jeszcze   niektrych  parametrw,  i  d?ugo  fali
wychodz+cego wiat?a jest zawsze mniejsza od d?ugoci fali wchodz+cego... Co
to jest? Dlaczego? Istnieje szalecza teoria, wed?ug ktrej te twoje "czarne
bryzgi"  to  gigantyczne obszary  przestrzeni, ktra  posiada zupe?nie  inne
w?aciwoci ni? nasza  i  ktra pod dzia?aniem naszej  przestrzeni  przyj?a
tak+ w?anie zwinit+ form... Walentin wyj+?  papierosa l zapali?. - Krtko
mwi+c,  obiekty  tej  grupy  dla  obecnej  praktyki  ludzkiej  s+  idealnie
bezu?yteczne, chocia? z  czysto naukowego punktu widzenia maj+ fundamentalne
znaczenie. To po prostu tak, jakby nam z nieba spad?y odpowiedzi na pytania,
ktrych jeszcze  nie umiemy zada. Wspomniany wy?ej sir Izaak, by mo?e, nie
by?by  w  stanie  poj+  zasady  dzia?ania   lasera,   ale  w  ka?dym  razie
zrozumia?by, ?e  skonstruowanie czego takiego jest mo?liwe i to niezawodnie
wywar?oby ogromny wp?yw na jego naukowy wiatopogl+d. Nie bd si wdawa  w
szczeg?y,  ale istnienie  takich  obiektw  jak  pu?apki  magnetyczne K-25,
"bia?y piercie" - za jednym zamachem skosi?o  ca?e pole kwitn+cych jeszcze
do  niedawna teorii i powo?a?o do ?ycia ca?kowicie nowe hipotezy. A przecie?
istnieje jeszcze trzecia grupa...
     - Tak - powiedzia? Nunnun. - "Czarci pudding" i Inne licznoci...
     -  Nie, nie. To  wszystko  nale?y  zaliczy albo do pierwszej,  albo do
drugiej grupy. Mam na  myli  obiekty, o ktrych nic  nie wiemy,  albo wiemy
tylko ze s?yszenia, i  ktre  nigdy nie trafi?y  w nasze  rce. To,  co  nam
sprz+tnli sprzed nosa stalkerzy
     - sprzedali nie wiadomo  komu, czy  te? ukryli... I to,  o czym milcz+.
Legendy, p?legendy, "maszyna ?ycze", "Dick w?czykij" "weso?e upiory"...
     - Chwileczk, chwileczk - powiedzia? Nunnun. - A to co znowu  takiego?
"Maszyna ?ycze" - rozumiem...
     Walentin zamia? si.
     -  Widzisz, my rwnie? mamy swj roboczy ?argon. "Dick w?czykij"  - to
ten w?anie hipotetyczny  nied?wiadek, ktry rozrabia  w ruinach fabryki.  A
"weso?e  upiory"  -  to  pewna  gro?na  turbulencja,  ktra  pojawia  si  w
niektrych rejonach Sfery.
     - Pierwszy raz s?ysz - oznajmi? Nunnun.
     - Rozumiesz,  Richard  - powiedzia? Walentin - grzebiemy w  Strefie ju?
dwadziecia lat, ale ci+gle nie znamy ani tysicznej czci tego, co tam si
znajduje. A  je?eli  ju? mwi o  wp?ywie Sfery na cz?owieka...  O  w?anie,
musimy jeszcze zaklasyfikowa kolejn+ czwart+ grup. Ju? nie obiektw, tylko
oddzia?ywa.  Ta  grupa  zbadana jest skandalicznie  niedbale,  chocia? moim
zdaniem  dysponujemy  wystarczaj+c+ iloci+ faktw. I wiesz, Richard, czasem
robi mi si zimno, kiedy myl o tych faktach.
     - ?ywe trupy... - mrukn+? Nunnun.
     - Co? A... Nie, to zagadkowe, ale nic wicej. Jak  by ci wyjani... To
mo?na  sobie wyobrazi.  Ale  je?eli  wok?  cz?owieka  zaczynaj+  znienacka
zachodzi metafizyczne i metabiologiczne zjawiska...
     - Masz na myli emigrantw...
     - Owszem. Statystyka matematyczna to, zapewniam ci, niezmiernie cis?a
nauka chocia? ma do czynienia z przypadkowymi wielkociami. A oprcz tego to
bardzo wymowna dyscyplina naukowa, bardzo ilustracyjna...
     Walentin  najwidoczniej  z  lekka   sobie  podchmieli?.   Zacz+?  mwi
g?oniej, policzki mu por?owialy, a brwi nad ciemnymi szklarni  powdrowa?y
wysoko do gry, marszcz+c czo?o w harmonijk.
     - Rozalia! - wrzasn+? nagle. - Jeszcze jeden koniak! Podwjny!
     - Lubi niepij+cych - z szacunkiem powiedzia? Nunnun.
     - Bez dygresji! - surowo  osadzi?  go Walentin. -  S?uchaj co do ciebie
mwi+. To bardzo dziwne. - Podnis? kieliszek, jednym ?ykiem wypi?  po?ow i
ci+gn+? dalej.
     - My nie wiemy, co si sta?o  z biednymi  mieszkacami Harmont  w samym
momencie L+dowania.  Ale oto  jeden z nich postanowi? wyemigrowa. Jaki tam
zwyczajny  obywatel.  Fryzjer.  Syn  fryzjera i wnuk fryzjera. Przenosi si,
powiedzmy, do  Detroit. Otwiera  zak?ad fryzjerski  i zaczyna si  diabelski
ob?d. Ponad dziewidziesi+t procent jego klietw nie  prze?ywa nawet roku:
gin+  w  katastrofach  samochodowych,  wypadaj+  z   okien,   wyrzynaj+  ich
gangsterzy i chuligani, ton+ w p?ytkich stawach i  tak dalej,  i  tak dalej.
Wzrasta  liczba klsk  ?ywio?owych w  Detroit i jego okolicach,  nie wiadomo
sk+d  nadci+gaj+ tr+by powietrzne  i  tajfun,  ktrych w tych miejscach  nie
widywano od tysi+c siedemset zapomnianego  roku. I wiele innych przyjemnoci
tego rodzaju, i takie  kataklizmy zdarzaj+ si  w ka?dym  miecie, na ka?dym
terenie, wszdzie tam,  gdzie  osiedlaj+ si emigranci z rejonu L+dowania, a
liczba tych  kataklizmw  jest  wprost  proporcjonalna  do liczby emigrantw
zamieszka?ych w  danym rejonie,  i zwr uwag, podobne  oddzia?ywanie  maj+
tylko ci  emigranci, ktrzy prze?yli  samo L+dowanie. Urodzeni po L+dowaniu,
na  statystyk nieszczliwych wypadkw  nie  maj+ wp?ywu.  Mieszkasz tu ju?
dziesi  lat, ale przyjecha?e po L+dowaniu i bez obawy mo?na ci przenie
choby do  Watykanu. Jak  wyjani  podobne zjawisko?  Czego  si  wyrzec  -
statystyki?  Czy  mo?e zdrowego  rozs+dku? -  Walentin  z?apa?  kieliszek  i
osuszy? go jednym haustem. Richard Nunnun podrapa? si za uchem.
     -  Hm,  tak - powiedzia?. - W ogle to sporo s?ysza?em o tych rzeczach,
ale  jeli  mam  by  szczery,  zawsze przypuszcza?em,  ?e w  tym wszystkim,
delikatnie  mwi+c jest sporo  przesady...  Rzeczywicie z  punktu  widzenia
naszej pot?nej pozytywistycznej nauki...
     - Albo, powiedzmy, mutagenny wp?yw Strefy - przerwa? mu Walentin. Zdj+?
okulary i wpatrzy? si w Nunnuna  czarnymi lepawymi oczami. -  U wszystkich
ludzi, ktrzy dostatecznie d?ugo kontaktuj+ si  ze  Stref+,  ulega  zmianie
zarwno  genotyp jak i  fenotyp. Czy  ty  wiesz, jakie  dzieci rodz+  si  w
rodzinach stalkerw, czy wiesz, co si dzieje z samymi stalkerami? Dlaczego?
Gdzie  czynnik  mutagenny?  W Strefie  nie  ma  ?adnej  radiacji.  Chemiczna
struktura powietrza i gleby  w Strefie, chocia? posiada pewn+ specyfik, nie
przedstawia od  tej  strony ?adnego  niebezpieczestwa. Co mam robi  w tych
warunkach - uwierzy w czary? W uroki?...
     - Ogromnie ci wsp?czuj z  powodu  twoich  rozterek - odpar? Nunnun. -
Ale jeli mam by  szczery, to  mnie osobicie  znacznie bardziej dzia?a  na
nerwy  zmartwychwsta?y nieboszczyk ni? dane  statystyczne.  Tym  bardziej ?e
danych  statystycznych  nie  widzia?em, a z  nieboszczykami  niejednokrotnie
mia?em przyjemno... Walentin lekkomylnie machn+? rk+.
     - A  tam, te twoje trupy... - powiedzia?. - S?uchaj, Richard, czy tobie
naprawd  nie  wstyd?  niezale?nie  od  wszystkiego  masz   przecie?  wy?sze
wykszta?cenie... Po pierwsze to nie s+ ?adne trupy... To przecie? fantomy...
rekonstrukcja  wed?ug szkieletu...  kuk?y... A  poza tym zapewniam  ci -  z
punktu  widzenia podstawowych zasad,  te twoje  fantomy to nie mniej  i  nie
bardziej  zdumiewaj+ce zjawisko ni?  wieczne akumulatory.  Po prostu "owaki"
naruszaj+ pierwsz+ zasad termodynamiki,  a fantomy - drug+, i na tym polega
ca?a r?nica. My  wszyscy w pewnym  sensie niedaleko odeszlimy od cz?owieka
jaskiniowego  - nie mo?emy  sobie wyobrazi nic okropniejszego od upiora czy
wilko?aka.  A  tymczasem  naruszenie  zwi+zku  przyczynowo-skutkowego to co
znacznie straszniejszego  ni?  ca?e  stada  upiorw albo  tych  tam monstrw
Rubinsteina... czy Wallensteina?
     - Frankensteina.
     -  Tak,  oczywicie,  Frankensteina. Madame Shelle.  ?ona  poety.  Albo
crka.  -  Nagle  rozemia?  si.  -  Te twoje fantomy  maj+  jedn+  ciekaw+
w?aciwo -  autonomiczn+  zdolno  do ?ycia. Mo?na na przyk?ad  odci+ im
dowoln+ cz  cia?a  i ona bdzie ?y?a. Oddzielnie.  Bez  ?adnych roztworw
fizjologicznych...  Ostatnio  dostarczyli nam  do  instytutu jednego takiego
nieboszczyka, no wic zaczli go  preparowa to mi laborant Boyda opowiada?.
Oddzielili praw+ rk dla  jakich tam dalszych bada, przychodz+ nastpnego
ranka, a ona fig pokazuje... - Walentin rozemia? si.  - No? I tak trwa do
dzisiaj! To rozewrze  palce,  to  znowu  zacinie.  Jak s+dzisz, co ona chce
przez to powiedzie?
     - Wed?ug mnie symbol jest do przejrzysty - powiedzia?  Nunnun patrz+c
na  zegarek. - Czy nie czas ju?  na nas,  Walentin?  Mam jeszcze jedn+ wa?n+
spraw do za?atwienia.
     - No to chod?my - powiedzia?  Walentin daremnie prbuj+c utrafi twarz+
w oprawk okularw. - Ufff,  upi?e mnie fatalnie... -  uj+? okulary w  obie
d?onie i starannie ulokowa? je na w?aciwym miejscu. - Jeste samochodem?
     - Tak, odwioz ci.
     Obaj  zap?acili i poszli do wyjcia.  Walentin  co chwila  z  rozmachem
przyk?ada?  palec   do  skroni   witaj+c  znajomych   laborantw,  ktrzy  z
ciekawoci+  gapili  si  na   znakomito  wiatowej  fizyki.  Przy  samych
drzwiach, ?egnaj+c rozp?ywaj+cego si w  umiechu portiera, Walentin str+ci?
sobie okulary z nosa i wszyscy trzej rzucili si im na ratunek.
     -  Ufff,  Richard  -  dogadywa?  Walentin pakuj+c si  do  peugeota.  -
Nieludzko  mnie  spi?e.  Tak nie mo?na, u  diab?a...  To  nie wypada. Jutro
prowadz dowiadczenie...
     I  zacza?  opowiada z  zapa?em  o  jutrzejszym  dowiadczeniu.  Nunnun
odwiz? go do miasteczka dla naukowcw.
     A oni  te? si boj+, myla?,  wsiadaj+c z  powrotem do  wozu. Boj+ si,
jajog?owi... Tak zreszt+ by powinno. Oni powinni ba si nawet bardziej ni?
my, wszyscy normalni obywatele razem wzici. Przecie? my  zwyczajnie nic nie
rozumiemy, a oni przynajmniej wiedz+, do jakiego  stopnia nic nie rozumiej+.
Patrz+ w t przepa bez dna i wiedz+, ?e s+ skazani - musz+ kiedy zej do
tej przepaci. Serce zamiera. Ale zej na  d? trzeba, a jak to zrobi i co
tam  jest  na dnie, i co najwa?niejsze czy da si potem powrci?...  A  my,
grzeszni, patrzymy jeli mo?na to tak okreli, w przeciwn+ stron. S?uchaj,
Dick, a mo?e tak w?anie by powinno? niech wszystko si toczy swoj+ kolej+,
a  my ju? jako damy sobie rad. On ma racj:  najwikszym tytu?em do chwa?y
ludzkoci jest to,  ?e przetrwa?a  i ma zamiar  nadal przetrwa...  A jednak
niech was diabli wezm+, powiedzia?  przybyszom. Nie moglicie urz+dzi sobie
pikniku  w innym  miejscu? Powiedzmy na Ksi?ycu.  Albo na Marsie. Jestecie
tak samo obojtni na wszystko. Jak  inni, chocia?  nauczylicie  si  zwija
przestrze. Piknik. Pikniku im si zachcia?o...
     Jakby  tu najzrczniej za?atwi  spraw  moich  piknikw?  -  rozwa?a?,
powoli  prowadz+c  samochd po jasno  owietlonych, mokrych  ulicach. Jak to
mo?liwie sprytnie  przeprowadzi? Na zasadzie  najmniejszego wysi?ku, jak  w
mechanice.  Na choler mi mj, taki czy  inny, ale jednak dyplom, je?eli nie
potrafi wymyli sposobu na za?atwienie tego beznogiego ?ajdaka...
     Zatrzyma?  wz przed domem, w ktrym  mieszka? Red Shoehart,  i  chwil
jeszcze  posiedzia?   za   kierownic+,  zastanawiaj+c  si,  jak   najlepiej
poprowadzi rozmow.  Potem zabra? "owaka', wysiad?  z samochodu  i  dopiero
teraz  zwrci? uwag,  ?e dom wygl+da  na nie  zamieszkany. Prawie wszystkie
okna  by?y  ciemne,  na  pustym  skwerze nie  pali?y  si  latarnie.  To  mu
przypomnia?o, co zobaczy za  chwil, i przeszed? go dreszcz. Nawet wpad?o mu
do g?owy, ?e by mo?e lepiej bdzie wywo?a Reda przez telefon i porozmawia
z nim w samochodzie, czy w jakiej cichej knajpce, ale odpdzi? od siebie t
myl.  Z wielu powodw. A midzy innymi dlatego, powiedzia?  sobie,  ?e  nie
bdziemy  si  upodabnia do tych  wszystkich ?a?osnych  sukinsynw,  ktrzy
uciekli st+d jak karaluchy polan wrz+tkiem.
     Wszed?  na klatk i powoli wspi+?  si na gr po dawno nie zamiatanych
schodach.  Dooko?a panowa?a bezludna cisza, drzwi wychodz+ce na podesty by?y
przewa?nie  uchylone  lub  nawet otwarte  na  ocie? - z  ciemnych korytarzy
ci+gn?o stch?ym  zapachem  wilgoci i  kurzu. Zatrzyma? si przed  drzwiami
Reda, przyg?adzi?  w?osy  za uszami, g?boko  odetchn+? i  nacisn+? guziczek
dzwonka.  Jaki czas za drzwiami  panowa?a  cisza,  potem  skrzypn?y  deski
pod?ogi, szczkn+? zamek i  drzwi uchyli?y si  cichutko.  ?adnych krokw do
koca nie s?ysza?.
     W progu sta?a Mariszka, crka Reda  Shoeharta. Z przedpokoju na  ciemne
schody  pada?o  jasne wiat?o  i w  pierwszej  chwili Nunnun dostrzeg? tylko
ciemn+ sylwetk  dziewczynki  i pomyla?, ?e  bardzo si  wyci+gn?a w ci+gu
ostatnich kilku miesicy, ale potem,  kiedy  cofn?a si w  g?+b mieszkania,
zobaczy? jej twarz. W mgnieniu oka poczu? sucho w gardle.
     - Witaj, Maria  - powiedzia? staraj+c  si, ?eby jego  glos brzmia? jak
najserdeczniej. - Co u ciebie s?ycha, Mariszka?
     Nie odpowiedzia?a. W milczeniu i absolutnie bezszelestnie cofa?a si do
drzwi pokoju  patrz+c spode ?ba na Nunnuna. Prawdopodobnie  nie  pozna?a go.
Zreszt+ i  on,  mwi+c  szczerze,  te?  jej  nie  pozna?.  Strefa, pomyla?.
Paskudztwo...
     - Kto tam? - zapyta?a Guta i wyjrza?a z kuchni. - O Bo?e,  Dick! Gdzie
ty si podziewa?? Czy wiesz, ?e Red wrci??
     Popieszy?a do niego wycieraj+c rce w rcznik przewieszony przez rami
- zawsze tak  samo liczna, silna i pe?na energii, tylko jakby j+ co gryz?o
od   wewn+trz,   zmizernia?a   na   twarzy  i  oczy  mia?a  jakie  takie...
rozgor+czkowane chyba?
     Dick uca?owa? j+ w policzek, odda? jej p?aszcz i kapelusz i powiedzia?:
     - S?ysza?em, s?ysza?em... Ci+gle nie mog?em znale? wolnej chwili, ?eby
do was wpa. Red w domu?
     -  W domu  - powiedzia?a  Outa. -  Siedzi tam  u  niego  taki  jeden...
nied?ugo ju? sobie pjdzie, od dawna siedzi. No wejd??e nareszcie...
     Nunnun przeszed? kilka krokw korytarzem i zatrzyma? si przed drzwiami
jadalni.  Stary  siedzia? przy  stole. Sam.  Fantom,  nieruchomy  i odrobin
przekrzywiony na bok. R?owe  wiat?o  aba?uru pada?o na jego szerok+ ciemn+
twarz jakby wyrze?bion+  w  starym drzewie, na zapadnite, bezzbne usta, na
oczy  martwe  i bez po?ysku. Nunnun natychmiast poczu? ten zapach. Wiedzia?,
?e to tylko  gra  wyobra?ni, zapach by?  tylko  przez  pierwsze dni, a potem
doszcztnie znika?,  ale Richard Nunnun  czu?  go jakby  pamici+  - duszny,
ci?ki zapach rozkopanej ziemi.
     -  Albo  lepiej chod?my do kuchni - popiesznie  zaproponowala Guta.  -
Robi w?anie kolacj, to przy okazji sobie pogadamy.
     - Oczywicie - powiedzia? Nunnun ochoczo. - Tak dawno ci nie widzia?em
i jeszcze nie zapomnia?a, co zwyk?em pija przed kolacj+?
     Przeszli do  kuchni.  Guta od razu otworzy?a  lodwk, a  Nunnun usiad?
przy stole  i  rozejrza? si. Jak zawsze  by?o  tu  bardzo  czysto, wszystko
lni?o, nad garnuszkami k?bi?a si para. Kuchenka by?a nowa, p?automat, to
znaczy, ?e w domu nie brakowa?o pienidzy.
     - No jak tam Red? - zapyta? Nunnun.
     - Tak jak  zawsze -  odpar?a  Guta. - W wizieniu  schud?, ale  ju? si
odjad?.
     - Rudy?
     - Jeszcze jak!
     - Z?y?
     - Jasne! On ju? taki bdzie do mierci. Postawi?a przed nim szklaneczk
"Krwawej Mary" - przezroczysta warstwa rosyjskiej wdki zawis?a nad kr+?kiem
soku pomidorowego.
     - Nie za du?o? - zapyta?a.
     - W sam raz. - Nunnun wla? w siebie "Krwaw+ Mary". Pomyla?, ?e po  raz
pierwszy tego dnia wypi? co przyzwoitego. - Tego mi brakowa?o - powiedzia?.
     - A  u ciebie  wszystko w porz+dku? - zapyta?a  Guta. - Tak  d?ugo  nie
przychodzi?e,
     dlaczego?
     - Przeklte interesy -  odpar?  Nunnun.  - Co  najmniej raz w  tygodniu
zamierza?em wpa  albo  chocia? zadzwoni, ale  najpierw musia?em jecha do
Rexopolis, potem  wybuch? jeden  taki  skandal,  potem  kto  mi mwi:  "Red
wrci?" - dobra, myl, nie bd im przeszkadza... Jednym s?owem nie mog?em
jako wyrwa si z  tego ko?owrotu.  Czasem zadaj  sobie pytanie,  po  jak+
choler  tak harujemy? Dla forsy? Ale  po  jakiego diab?a nam te  pieni+dze,
je?eli nie robimy nic innego tylko harujemy, ?eby je zarobi?
     Guta szczekn?a pokrywkami, wzi?a z p?ki  paczk papierosw i usiad?a
na  wprost  Nunnuna.  Oczy  mia?a  spuszczone.  Nunnun  spiesznie  wyci+gn+?
zapalniczk, poda? jej ogie i znowu, po raz drugi w ?yciu, zobaczy?, ?e jej
dr?+ palce, tak jak  wtedy, kiedy Reda w?anie  skazano i  Nunnun przyszed?,
?eby  da jej  pieni+dze - w pierwszym okresie  dos?ownie  umiera?a z glodu,
?adne  cierwo  w  kamienicy  nie chcia?o jej po?yczy grosza. Potem  w domu
pojawi?y si pieni+dze i to, nale?y przypusza  bardzo znaczne, Nunnun nawet
domyla?  si  sk+d, ale  w  dalszym  ci+gu przychodzi?, przynosi?  Mariszce
s?odycze i zabawki, po  ca?ych  wieczorach pi? z Guta kaw i razem planowali
szczliw+  i  spokojn+  przysz?o  Reda,  a  nastpnie,  nas?uchawszy  si
opowiada Guty, Nunnun  szed?  do s+siadw i prbowa? ich uspokoi, usi?owa?
im t?umaczy, namawia?, wreszcie grozi? trac+c cierpliwo: "Przecie? Rudy w
kocu wrci i wtedy koci wam po?amie" - nic nie pomaga?o.
     - A co z twoj+ dziewczyn+? - zapyta?a Guta.
     - Z ktr+?
     - No z t+, z ktr+ wtedy przyszed?e... taka jasnow?osa...
     -  To ma by moja dziewczyna? To moja  stenografistk+. Wysz?a za m+?  i
zwolni?a si z pracy.
     -  Powiniene si o?eni, Dick  - powiedzia?a Guta. - Chcesz, znajd ci
narzeczon+. Nunnun  chcia?  odpowiedzie jak zwykle: Niech no tylko Mariszka
podronie... ale  na szczcie ugryz?  si w  jzyk. Bardzo ?le to by  teraz
zabrzmia?o.
     - Potrzebna mi jest stenografistka. a nie ?ona -  powiedzia? mrukliwie.
-  najlepiej  rzu swojego  rudego  diabla  i  zosta  moj+  stenografistka.
Przecie? wietnie stenografowa?a. Stary Harris do  dzisiaj nie mo?e o tobie
zapomnie.
     - Ja myl - powiedzia?a Guta. - Obie rce sobie o niego posiniaczy?am.
     - Do tego stopnia? - Nunnun uda? ogromne  zdziwienie.  - W starym piecu
diabe? pali!
     - O Bo?e! - powiedzia?a Guta. - Przecie?  on  mi przej nie dawa?!  Ja
tylko jednego si ba?am, ?eby si Red przypadkiem nie dowiedzia?.
     Bezszelestnie  wesz?a Mariszka.  Pojawi?a  si w drzwiach, spojrza?a na
garnki,  na Richarda, potem  podesz?a  do  matki i  przytuli?a si do  niej,
odwracaj+c twarz.
     - No jak tam, Mariszka? - ra?no powiedzia? Nunnun. - Chcesz czekoladk?
     Wsadzi? dwa palce do kiszonki kamizelki i wyj+? czekoladowy samochodzik
w celofanie i chcia? go da dziewczynce. Mariszka nie drgn?a. Guta  zabra?a
mu czekoladk i po?o?y?a na stole. Jej wargi nagle zbiela?y.
     -  Wiesz,  Guta  -  nadal  ra?no  ci+gn+?  Nunnun.  -  Mam  zamiar  si
przeprowadzi.  Zbrzyd?o  mi  mieszkanie w  hotelu. Po  pierwsze  daleko  od
instytutu...
     - Ona  ju? prawie nic nie  rozumie  -  cicho powiedzia?a Guta i  Nunnun
urwa? w p? zdania, wzi+? w  obie d?onie szklaneczk  i bezmylnie zacza? j+
obraca w palcach.
     - Nie pytasz jak  widz, co u  nas s?ycha - mwi?a dalej Guta - i masz
racj.  Ale przecie? jeste naszym  starym przyjacielem, Dick,  i przed tob+
nie mamy co ukrywa. Zreszt+, czy to mo?na ukry.
     - Bylicie z ni+ u lekarza? - zapyta! Nunnun nie podnosz+c oczu.
     - Tak. Oni nic tu nie mog+ poradzi. A jeden powiedzia? - zamilk?a.
     Nunnun rwnie? milcza?. Nie  by?o tu  o czym mwi ani nawet  i myle,
ale nagle porazi?a go straszna myl - to jest  Inwazja. Nie piknik na skraju
drogi, nie  prba  nawi+zania kontaktu  - tylko Inwazja.  Oni  nie mog+  nas
zmieni, ale przenikaj+ w cia?a naszych dzieci i zmieniaj+ je  na swj obraz
i podobiestwo. Przeszed? go dreszcz, ale  od razu przypomnia? sobie, ?e ju?
gdzie  czyta?  o czym  podobnym, jaki pocket-book w kolorowej plastykowej
ok?adce i od tego wspomnienia zrobi?o mu si  l?ej na  sercu. Wymyli mo?na
wszystko, czego dusza zapragnie. A to, co zosta?o wymylone,  nigdy naprawd
si nie zdarza.
     -  A  jeden  powiedzia?,  ?e  ona ju?  nie jest cz?owiekiem - przerwa?a
milczenie Guta.
     - Zawracanie g?owy - g?ucho powiedzia? Nunnun.
     - Zwr  si do  prawdziwego specjalisty. Id?  do Jamesa  Catterfielda.
Chcesz, porozmawiam z nim. Za?atwi, ?eby ci przyj+?...
     -  Mylisz  o Rze?niku? -  zamia?a  si nerwowo. - Nie  trzeba,  Dick,
dzikuj ci. To  w?anie on tak powiedzia?. Taki ju? widocznie  przypad? nam
los.
     Kiedy Nunnun  odwa?y? si podnie oczy,  Mariszki ju? nie by?o. a Guta
siedzia?a bez ruchu,  usta  mia?a  rozchylone, oczy  puste i  na papierosie,
ktry trzyma?a w  palcach, wyrs? d?ugi s?upek szarego popio?u. Wtedy Nunnun
popchn+? ku niej szklank i powiedzia?:
     - Zrb mi jeszcze  jedn+ porcj, dziewczyno... i sobie rwnie?. A potem
wypijemy.
     Popi?  spad?, Guta  poszuka?a  oczami,  gdzie  wyrzuci  niedopa?ek  i
wrzuci?a go do zlewozmywaka.
     -  Za co? - zapyta?a. - Tego  w?anie  nie  rozumiem! Co  mymy takiego
zrobili? Pomimo wszystko nie jestemy najgorszymi lud?mi w tym miecie...
     Nunnun pomyla?, ?e Guta  teraz si rozp?acze,  ale ona nie zap?aka?a -
otworzy?a lodwk, wyj?a wdk i sok, i zdj?a z p?ki drug+ szklank.
     - A  jednak nie tra  nadziei - powiedzia? Nunnun. - Na wiecie  nie ma
niczego takiego, czego nie mo?na naprawi i mo?esz mi wierzy, ja mam bardzo
du?e mo?liwoci. I zrobi wszystko, co bdzie w mojej mocy...
     Teraz  sam  wierzy? w  to,  co mwi?,  i ju? w  g?owie  robi?  przegl+d
nazwisk, znajomoci,  miast, i ju? mu si wydawa?o, ?e gdzie co  s?ysza? o
podobnych wypadkach i ?e chyba wszystko dobrze si skoczy?o,  tylko  trzeba
sobie przypomnie, gdzie to by?o i kto leczy?, ale akurat  wtedy przypomnia?
sobie,  po  co w?aciwie  tu przyszed?, przypomnia? sobie Herr  Lemchena,  a
tak?e po co zaprzyja?ni?  si  z  Gut+  i wtedy  odechcia?o mu si  myle o
czymkolwiek,  odegna?  od siebie wszelkie  sensowne myli, usiad? wygodniej,
rozlu?ni? minie i ju? tylko czeka?, kiedy mu dadz+ co do wypicia.
     W tej w?anie chwili us?ysza? z korytarza szuraj+ce kroki, stukot kul i
odra?aj+cy,   szczeglnie   w  tym  momencie,   g?os  cierwnika  Barbridgea
powiedzia? nosowo:
     - Ej, Rudy! A twoja Guta widocznie ma gocia -  kapelusz wisi... Ja bym
na twoim miejscu tego tak nie zostawi?...
     I g?os Reda:
     - Uwa?aj na protezy, cierwnik. I zatrzanij dzib. Tu s+  drzwi, ?eby
czasem nie zb?+dzi?, ja mam zamiar zje jeszcze dzi kolacj.
     I Barbridge: - Tfu, ju? nawet za?artowa nie wolno!
     I Red:
     -  Dosy  si  ju? na?artowa?e.  Wystarczy.  Sp?ywaj,  sp?ywaj, na  co
czekasz!
     Szczkn+? zamek i  g?osy sta?y si  cichsze,  widocznie obaj  wyszli na
schody.  Barbridge co  powiedzia? p?g?osem i  Red  mu odpowiedzia?: "Dosy
tego, nie mam z tob+ o czym gada!" Znowu mamrotanie Barbridgea i ostry g?os
Reda:  "Powiedzia?em  dosy!" Trzasn?y drzwi,  zastuka?y  szybkie  kroki  w
przedpokoju i w progu kuchni  ukaza? si Red Shoehart.  Nunnun wsta? na jego
powitanie i obaj mocno ucisnli sobie d?onie.
     - Wiedzia?em,  ?e to ty - powiedzia? Red obrzucaj+c Nunnuna spojrzeniem
bystrych,  zielonkawych  oczu.  - Uu, ale  si spas?, grubasie! nie?le  ci
tucz+ w  naszych barach! Oho! Widz, ?e weso?o spdzacie czas! Guta, zrb  i
dla mnie porcj, musz was dogania...
     - Prawd  mwi+c jeszczemy  dobrze nie  zaczli - powiedzia? Nunnun. -
W?aciwie dopiero zabieralimy si do roboty. Przed tob+ trudno uciec!
     Red zamia? si ostro i uderzy? Nunnuna pici+ w rami.
     - Zaraz si oka?e, kto kogo dogoni i kto kogo przegoni. Ja, bracie, dwa
lata siedzia?em o suchym  pysku. ?eby ciebie dogoni,  musia?bym chyba wypi
cystern... Chod?my,  chod?my, nie bdziemy siedzie w kuchni! Guta, co z t+
kolacj+...
     Da? nurka do lodwki i wyprostowa? si, trzymaj+c w ka?dej rce po dwie
butelki z r?nymi nalepkami.
     - Zabawimy si! - oznajmi?.  - Wydajemy  przyjcie na cze najlepszego
przyjaciela, Richarda  Nunnuna, ktry nie opuszcza swoich w biedzie! Chocia?
nie przynosi mu to ?adnego po?ytku. Ech, szkoda, ?e nie ma Szuwaksa...
     - A to  zadzwo do niego  -  zaproponowa? Nunnun. Red  pokrci? ognisto
rud+ g?ow+.
     - Tam, gdzie on teraz jest, jeszcze nie za?o?yli telefonu. No, chod?my,
chod?my... Pierwszy wszed? do pokoju i r+bn+? butelkami o st?.
     -  Zabawimy  si, tato - powiedzia? do nieruchomego starca.  -  To jest
Richard Nunnun, nasz przyjaciel Dick, a to mj tata, Shoehart - senior...

     Richard  Nunnun  skurczy?  si   wewntrznie  w   ma?y  twardy  k?bek,
rozci+gn+? wargi od ucha  do ucha, pomacha? w powietrzu d?oni+  i powiedzia?
do nieboszczyka:
     - Bardzo mi mi?o, mister Shoehart. Co u pana s?ycha? My si ju? znamy.
Red -  powiedzia? do Shoeharta Juniora,  ktry  penetrowa? barek.  - Ju? raz
widzielimy si, co prawda przelotnie...
     - Siadaj  - powiedzia?  do  niego  Red wskazuj+c na  krzes?o na  wprost
starca. - Je?eli chcesz  z nim rozmawia, mw g?oniej. On  ni  cholery  nie
s?yszy.
     Rozstawi? kieliszki, szybko otworzy? butelki i powiedzia? do Nunnuna:
     - Rozlewaj. Ojcu niedu?o, na samo dno... Nunnun  nalewa? bez popiechu.
Stary siedzia? w poprzedniej  pozie i patrzy? w cian, nie zareagowa? kiedy
Nunnun  podsun+? mu kieliszek. A  Nunnun ju? si oswoi? z  now+ sytuacj+. To
by?a gra, gra straszna i ?a?osna. Rozpocz+? j+ Red, a on, Nunnun, w?anie do
niej przyst+pi tak jak robi? przez ca?e ?ycie, rozgrywaj+c cudze  partie  i
straszne, i ?a?osne, i haniebne, i dziwaczne, i znacznie gro?niejsze ni? ta.
Red podnis? swj  kieliszek i  powiedzia?: "No to  w drog?" - i Nunnun jak
najnaturalniej spojrza? na  starego,  a  Red  niecierpliwie  stukaj+c  swoim
kieliszkiem o kieliszek Dicka powiedzia?: "W drog, w drog... nie martw si
o  niego,  tato nie  da  sobie  krzywdy  zrobi..." -  i wtedy Nunnun rwnie
naturalnie kiwn+? g?ow+ i obaj wypili.
     Red, b?yskaj+c  oczami,  zacz+?  mwi  tym  samym podnieconym  i nieco
sztucznym g?osem :
     - Koniec, bracie! Wicej mnie wizienie nie zobaczy. Gdyby ty wiedzia?
jak dobrze jest w domu! Forsa jest, ja ju? sobie fajny cottage upatrzy?em, z
ogrodem,  nie  gorszy  ni?  cierwnika...  Wiesz,  ?e chcia?em  wyemigrowa,
jeszcze w wizieniu postanowi?em. Po jak+ choler  mam  siedzie do  usranej
mierci w tym zapowietrzonym miecie? niech to wszystko, myl, jasny piorun
strzeli. Wracam -- moje uszanowanie, zabronili  emigrowa! Co to - przez  te
dwa lata okaza?o si, ?e jestemy zad?umieni?
     Red  mwi? i mwi?, a  Nunnun kiwa? g?ow+,  popija?  whisky, wtr+ca? na
znak poparcia wsp?czuj+ce przeklestwa, zadawa? retoryczne pytania, a potem
zacz+? wypytywa o cottage -  co to za cottage, gdzie, za ile? Nawet  zacz+?
si spiera  z  Redem,  twierdzi?, ?e  cottage  jest  drogi,  w  niedogodnym
miejscu,  wyj+?  notes  i  przewracaj+c kartki podawa?  adresy  opuszczonych
domkw,  ktre w?aciciele  oddadz+  za  bezcen, a remont  bdzie  kosztowa?
grosze, szczeglnie jeli z?o?y prob o zezwolenie  na emigracj, otrzyma
odmow i za?+da rekompensaty.
     -  Ty,  jak  widz,  przerzuci?e  si  na  handel  nieruchomociami  -
powiedzia? Red.
     -  A  ja wszystkim po trochu handluj - odpar? Nunnun i  zrobi? perskie
oko.
     - Wiem, wiem, nas?ucha?em si o twoich aferach z burdelami!
     Nunnun zrobi? wielkie oczy, po?o?y? palec na ustach i spojrza? w stron
kuchni.
     - Co tam, wszyscy o tym wiedz+ - powiedzia? Red.
     - Pieni+dze nie mierdz+, teraz ju? wiem o tym  z ca?+ pewnoci+... Ale
?e ty wzi+? Gnata na zarz+dzaj+cego -  myla?em, ?e pkn ze miechu, kiedy
si  o tym  dowiedzia?em.  Wpuci?e  lisa do  kurnika...  Przecie?  on jest
stuknity, ja go znam od ma?ego!
     W  tym momencie stary  powoli,  mechanicznym ruchem, niby ogromna kuk?a
unis? rk z kolana i z drewnianym stukotem upuci? j+ na st?, obok  swego
kieliszka.  Rka  by?a  ciemna,  z  niebieskim  po?yskiem,  skurczone  palce
upodobnialy j+ do kurzej ?apy. Red zamilk? i spojrza? na ojca. W jego twarzy
co drgn?o i Nunnun  ze  zdumieniem zauwa?y? na  tej piegowatej, drapie?nej
fizjonomii najprawdziwsz+,
     mi?o.
     - Niech tata pije na zdrowie - serdecznie powiedzia? Red. - Ta odrobina
tacie nie  zaszkodzi...  - Nic si nie bj - powiedzia? p?g?osem do Nunnuna
mrugaj+c porozumiewawczo. - On sobie z kieliszkiem poradzi, b+d? spokojny...
     Patrz+c  na  niego  Nunnun  przypomnia?  sobie,  co si  dzia?o,  kiedy
laboranci Boyda przyszli tutaj po tego  nieboszczyka. Laborantw by?o dwch,
silni ch?opcy  bez  przes+dw, wysportowani  itp., towarzyszy?  im lekarz ze
szpitala  miejskiego,  a z nim dwaj sanitariusze, pot?ni faceci, przyuczeni
do  d?wigania  noszy  i uspokajania szalecw.  P?niej  jeden  z laborantw
opowiada?,  ?e "ten  rudzielec"  z pocz+tku jakby nie rozumia?, o co chodzi,
wpuci?  ich  do  mieszkania,  pozwoli?  obejrze  ojca  i  zapewne  starego
spokojnie by zabrano,  poniewa?  Red prawdopodobnie  uzna?, ?e tatusia  chc+
wzi+ do szpitala na badania.  Ale te  ba?wany sanitariusze, ktrzy w czasie
wstpnych rokowa sterczeli w przedpokoju i gapili si na Gut, myj+c+ okna,
kiedy  ich wezwano, zabrali  si  do starego  jak  do  zapluskwionej kanapy,
najpierw  go  wlekli po ziemi, a potem w ogle upucili  na pod?og. Red si
wciek?  i  tu  dorwa?  si do  g?osu kretyn  lekarz  i  zacz+?  szczeg?owo
objania dok+d, po co i w jakim celu. Red s?ucha? go minut, albo i dwie, a
potem  nagle   bez  ?adnego  uprzedzenia  eksplodowa?  jak  bomba  wodorowa.
Laborant, ktry to opowiada?, sam nie pamita, w jaki sposb znalaz?  si na
ulicy.  Rudy diabe? zrzuci? ze schodw wszystkich piciu, przy czym  ?adnemu
nie pozwoli?  odej  dobrowolnie  na w?asnych nogach. Wszyscy, wed?ug  s?w
laboranta, wylatywali z bramy jak  kule z armaty.  Dwaj zostali nieprzytomni
na chodniku, a pozosta?ych trzech  Red  ciga? przez  cztery  przecznice, po
czym wrci? do samochodu, ktrym przyjechali,  i wybi? w nim wszystkie szyby
- szofera w wozie ju? nie by?o, uciek? pieszo w przeciwnym kierunku.
     - Tu,  w  jednym  barze,  dali mi przepis na nowy koktajl  -  mwi? Red
rozlewaj+c whisky. - Nazywa  si "czarci pudding",  zrobi ci  potem,  kiedy
zjemy.  To, bracie,  taka  bomba, ?e na pusty ?o?+dek  pi  jej  nie mo?na -
cz?owiek  ryzykuje ?ycie, po jednej porcji  nie  mo?esz ruszy ani rk+, ani
nog+...  Jak tam  sobie chcesz,  Dick,  ale  ja  cl dzisiaj ugoszcz wed?ug
pierwszej kategorii, s?owo daj. Przypomnimy sobie dawne dobre czasy, jak to
kiedy  w "Barge"...  Biedny Ernest  ci+gle jeszcze  siedzi, wiesz? - wypi?,
otar? usta wierzchem  d?oni i zapyta? niedbale: - A co s?ycha w instytucie?
Za "czarci  pudding"  jeszcze si nie  wzili?  Ja, widzisz, obecnie  jestem
troch do ty?u, jeli chodzi o ostatnie osi+gnicia naukowe...
     Nunnun od  razu  zrozumia?, dlaczego Red zaczyna rozmow  na ten temat.
Za?ama? rce i pozwiedzia?:
     - Co ty, stary! Nie s?ysza?e, jaki numer wyszed? z  tym "puddingiem"?
S?ysza?e o  laboratoriach  Carryguna?  To taki  prywatny sklepik... A wic,
dostali sk+d porcj "puddiningu"...
     Opowiedzia? o  katastrofie, o straszliwym skandalu, o tym, ?e  ledztwo
nic nie  da?o - sk+d wzi+? si "pudding" nie wiadomo do dzi.  A Red slucha?
niby nieuwa?nie, potem dola? whisky do szklanek i powiedzia?:
     - Dobrze im tak, kanaliom, ?eby ich piek?o poch?on?o...
     Wypili  we  dwjk.  Red spojrza?  na  ojca, znowu  w jego  twarzy  co
drgn?o,  wyci+gn+?  rk, przysun+? szklank bli?ej do skurczonych palcw i
palce si nagle zwar?y obejmuj+c dno szklaneczki.
     -  Tak szybciej pjdzie - powiedzia? Red - Guta! - wrzasn+? - d?ugo nas
bdziesz  morzy  g?odem?  To na  twoj+  cze  tak  si  stara  -  wyjani?
Nunnunowi. -  Na  pewno robi twoj+  ulubion+  sa?atk ze limakami, dawno je
kupi?a, sam widzia?em. No  a w ogle,  co s?ycha w instytucie? Znale?li co
nowego?  Mwi+, ?e teraz  tam u was nic, tylko automaty, szkoda ?e po?ytek z
nich niewielki.
     Nunnun zacz+?  opowiada plotki  z Instytutu i kiedy mwi?,  przy stole
obok starego bezszelestnie pojawi?a si Mariszka,  posta?a chwil po?o?ywszy
na  stole kosmate ?apki i  nagle absolutnie dziecinnym ruchem przytuli?a si
do nieboszczyka i po?o?y?a mu g?ow na  ramieniu.  I Nunnun, nie przerywaj+c
opowiadania,  pomyla?  patrz+c na  te dwa upiorne p?ody  Strefy: O Bo?e, co
jeszcze?  Co jeszcze trzeba z nami  zrobi,  ?eby nas wreszcie ruszy?o?  Czy
nawet tego za ma?o?  -  Wiedzia?, ?e za ma?o. Wiedzia?, ?e miliardy  ludzi o
niczym nie wiedz+ i o niczym wiedzie nie chc+, a je?eli nawet si dowiedz+,
to przez dziesi minut bd+ wstrz+nici, a potem wrc+ do swoich spraw, bo
po okrgach swoich wraca si wiatr. Ur?n si, pomyla? w ostatecznej furii.
Do diab?a z Barbridgeem, do diab?a z Lemchenem... do diab?a z t+ przez  Boga
przeklt+ rodzin+, do diab?a! Ur?n si.
     - Co tak  na nich patrzysz? - cicho zapyta?  Red - nie  bj si, to jej
nie zaszkodzi, nawet przeciwnie - mwi+, ?e oni dobrze robi+ na zdrowie.
     -  Tak.  wiem - powiedzia?  Nunnun i jednym haustem wysuszy?  szklank.
Wesz?a Guta, rzeczowo poleci?a Redowi rozstawi talerze i postawi?a na stole
wielk+  srebrn+  misk  z ulubion+ sa?atk+ Munna. I  w tym momencie  stary -
jakby kto nagle sobie  przypomnia?,  ?e trzeba poci+gn+ za nitki  - jednym
ruchem unis? szklank do rozwieraj+cych si ust.
     -  No, moi kochani -  powiedzia?  Red  z  zachwytem w  g?osie  -  teraz
zabawimy si na dwadziecia cztery fajerki!



     Przez noc w dolinie si och?odzi?o, a o wicie zrobi?o si wrcz zimno.
Szli   nasypem   kolejowym,  st+paj+c  po   zbutwia?ych  podk?adach   midzy
zardzewia?ymi  szynami,  i Red  widzia?,  jak  na  skrzanej  kurtce  Artura
Barbridge'a b?yskaj+  kropelki  zgstnia?ej mg?y. Ch?opiec maszerowa? lekko,
weso?o, jakby nie mia? za sob+ mcz+cej nocy,  nerwowego napicia, po ktrym
do  tej  chwili  dr?a? ka?dy misie  cia?a, dwch upiornych  godzin,  ktre
spdzili w mcz+cym p?nie na szczycie ?ysego pagrka, przytuleni do siebie
dla  rozgrzewki, przeskakuj+c  strumie  "zielonki"  op?ywaj+cej  wzgrze  i
znikaj+cej w rowie.
     Po obu stronach nasypu le?a?a gsta mg?a. Od czasu do czasu wpe?za?a na
szyny ci?kimi, szarymi p?atami i wtedy szli po kolana  unurzani w k?bi+cej
si z wolna wacie.  Pachnia?o mokr+ rdz+, a z b?ota po prawej stronie nasypu
ci+gn?o stchlizn+. Wok? nie by?o wida nic oprcz mg?y, ale Red wiedzia?,
?e po  obu  stronach  rozpociera si  pagrkowata kamienista  rwnina, a za
rwnin+,  we  mgle kryj+  si  gry. I jeszcze  wiedzia?,  ?e kiedy wzejdzie
s?oce i  mg?a  opadnie  ros+,  powinien zobaczy gdzie  po  lewej szkielet
roztrzaskanego mig?owca, a przed sob+ sznur wagonikw,  i ?e  w?anie wtedy
zacznie si prawdziwa robota.
     Nie zatrzymuj+c si  Red wsun+? d?o midzy ramiona i plecak, podrzuci?
plecak wy?ej, ?eby  krawd?  butli z  helem nie wrzyna?a mu si w krgos?up.
Ci?ki  sukinsyn.  Jak  ja  bd  si z  nim czo?ga??  P?tora kilometra  na
brzuchu...  Dobra,  nie  tnij, stalker,  wiedzia?e, na co  idziesz. Piset
tysicy czeka ci na kocu  tej  drogi, mo?esz si  troch  wysili. Piset
tysicy,  niczego  sobie kawa? grosza,  co?  Niech  zdechn.  Jeli im oddam
taniej  ni?  za  piset  tysicy.  I  je?eli  dam cierwnikowi  wicej  ni?
trzydzieci kawa?kw. A gwniarzowi... gwniarzowi nie  dam nic. Jeli stary
?ajdak chocia? w po?owie powiedzia? prawd, to gwniarz nic nie dostanie.
     Znowu  spojrza?  Arturowi  w  plecy  i  przez  jaki czas patrzy?  spod
zmru?onych powiek, jak  tamten lekko skacze przez dwa  podk?ady,  barczysty,
w+ski w biodrach, a  jego czarne jak u siostry w?osy faluj+ w rytmie marszu.
Sam si wprosi?,  pospnie  pomyla? Red. Sam. Dlaczego mu tak strasznie  na
tym zale?a?o? A? dygota? ca?y i ?zy mia? w oczach... "niech pan mnie we?mie,
mister  Shoehart! R?ni ludzie mi proponowali, ale ja  chc  tylko  z panem,
tamci  s+  do  niczego! Ojciec... Ale  przecie?  on  teraz  nie  mo?e!"  Red
wysi?kiem woli odepchn+? od siebie to  wspomnienie. Ale chcia? o tym myle,
to by?o wstrtne i by mo?e dlatego zacz+? myle  o siostrze Artura, o tym,
jak  on,  Red, z t+ Din+ i trze?wy  spa?, i pijany spa?, i jakie  to by?o za
ka?dym razem  rozczarowanie. Wprost  nie do wiary - dziewczyna jak z?oto,  z
tak+ by si tylko kocha i kocha, a kiedy przychodzi  co do czego - Iluzja,
nie?ywa  kuk?a, a  nie kobieta.  Tak jak  te guziki  na  matczynej bluzce  -
bursztynowe, p?prze?roczyste, z?otawe, a?  si pragnie wzi+  je  do  ust i
ssa w oczekiwaniu jakiej niezwyk?ej s?odyczy... I pamita - bra? je do ust
i  ssa?,  i  po  stokro  prze?ywa?  straszne  rozczarowanie,  i po  stokro
zapomina?  o  tym  rozczarowaniu -  mo?e nawet nie tyle  zapomina?,  ile nie
chcia? wierzy w?asnej pamici, kiedy je tylko znowu zobaczy?.
     A  mo?e to papachen  mi  go podes?a?, pomyla?, nie przypadkiem  d?wiga
tak+ armat w tylnej kieszeni... Nie, raczej w+tpliwe, cierwnik  mnie  zna.
cierwnik  wie, ?e ze  mn+ nie ma  ?artw, i  wie, jaki  jestem  w  Strefie.
Przesadzam. Nie  on pierwszy mnie prosi?, nie on pierwszy zalewa? si ?zami,
inni nawet klkali przede mn+... A spluwy wszyscy ze sob+ targaj+, kiedy id+
pierwszy raz.  Pierwszy  i ostatni  raz. Czy naprawd ostatni?  Oj, ostatni,
ch?opcze. Oto jak si rzeczy maj+, cierwniku
     - po  raz  ostatni. Tak, papachen, gdyby wiedzia?  o projektach  twego
syna,  protezami  by  skr  wygarbowa?  syneczkowi twojemu  wymodlonemu  w
Strefie... Raptem poczu?, ?e co pojawi?o si przed nimi. I to niedaleko - w
odleg?oci trzydziestu
     - czterdziestu metrw.
     - Stj - powiedzia? do Artura.
     Ch?opiec pos?usznie zamar?  w miejscu. Refleks  mia? dobry:  zastyg?  w
mgnieniu oka  z podniesion+ nog+, a nastpnie powoli i ostro?nie  opuci? j+
na ziemi.  Red  zrwna?  si  z nim  i stan+?. Koleina prowadzi?a w  d?  i
ca?kowicie gin?a we  mgle.  I w?anie tam, we  mgle,  co trwa?o.  To  by?o
wielkie i nieruchome ale  niegro?ne. Red ostro?nie wci+gn+? nosem powietrze.
Tak. Niegro?ne.
     -  Naprzd  - powiedzia? nieg?ono. Odczeka?,  a? Artur  zrobi pierwszy
krok i ruszy? za nim. K+tem oka widzia? twarz Artura, jego klasyczny profil,
g?adk+ skr policzka i stanowcze, zacinite wargi pod cieniutkim w+sikiem.
     Zanurzali  si  we  mgle, najpierw  po pas, potem po  szyj,  i po paru
sekundach zamajaczy?a przed nimi ukona bry?a wagonika.
     - Do - powiedzia? Red  i zacz+? zdejmowa plecak. - Siadaj tam, gdzie
stoisz. Przerwa na papierosa.
     Artur  pomg?   mu  zdj+  plecak,  a  potem  usiedli  obok  siebie  na
zardzewia?ej szynie. Red otworzy? jedn+ z kieszeni plecaka, wyj+? zawini+tko
z jedzeniem i termos z  kaw+, a pki Artur  odwijal papier i uk?ada? kanapki
na  plecaku wydosta? zza pazuchy manierk,  otworzy?  j+ i przymykaj+c  oczy
wypi? kilka ?ykw.
     -  Napijesz si? - zaproponowa?  wycieraj+c  d?oni+ szyjk manierki.  -
Nabierzesz odwagi... Artur pokrci? g?ow+, dotknity.
     - Nie  musz nabiera odwagi, mister Shoehart. Wola?bym kaw, jeli pan
pozwoli. Bardzo tu wilgotno, prawda?
     - Wilgotno  - potwierdzi? Red. Schowa? manierk, wybra? sobie kanapk i
zacz+? je. - Kiedy mg?a opadnie, zobaczysz, jakie tu b?ota dooko?a. Kiedy
w tych miejscach komarw by?o zatrzsienie...
     Umilk? i  nala? sobie kawy. Kawa by?a  gor+ca, s?odka i aromatyczna,  i
nawet przyjemniej by?o teraz j+ pi ni? alkohol.  Pachnia?a domem, Gut+ i to
nie po prostu Gut+, ale Gut+ w szlafroku, prosto ze snu, ze  ladem poduszki
na policzku, niepotrzebnie si w to wda?em, pomyla? Red. Piset tysicy...
A na choler mi piset tysicy? Knajp mam  zamiar kupi, czy co? Pieni+dze
s+ potrzebne, ?eby o nich  nie  myle,  jak  s?usznie  powiedzia? Dick. Dom
jest,  ogrdek  jest, bez  pracy  w  Harmont nie  zostan...  napuci?  mnie
cierwnik, menda plugawa, na wod, napuci? jak dziecko...
     - Mister Shoehart - powiedzia? nagle Artur uciekaj+c spojrzeniem. - Czy
pan naprawd wierzy, ?e ta kulka spe?nia ?yczenia?
     - Zawracanie g?owy! - powiedzia? nieuwa?nie Red i zamar? ze szklaneczk+
przy ustach. - A ty sk+d wiesz, po co idziemy.
     Artur rozemia? si z za?enowaniem, wsadzi? rozcapierzon+ d?o w krucz+
czupryn i powiedzia?:
     - Domylilem si!...  Ju?  nie pamitam, co konkretnie podsun?o mi  t
myl... Ale po pierwsze, poprzednio ojciec bez przerwy nudzi? o Z?otej Kuli,
a ostatnio nagle przesta?, za to ci+gle chodzi? do pana, a ja  przecie? wiem
- wcale nie jestecie przyjaci?mi,  co by tam ojciec nie mwi?. Oprcz tego
zrobi?  si  ostatnio jaki  taki dziwny...  - Artur znowu  si  rozemia? i
pokrci?   g?ow+   co   sobie  przypominaj+c.  -  A  ostatecznie   wszystko
zrozumia?em, kiedy  na tym pustkowiu  wyprbowalicie sterowiec... - Klepn+?
d?oni+  po  plecaku, w ktrym  le?a?  ciasno zwinity pokrowiec  sterowca. -
Uczciwie  si przyznaj, ?e was wtedy wyledzi?em,  a kiedy zobaczy?em,  jak
podnosicie  w  powietrze  worek kamieni,  wszystko sta?o si dla mnie jasne.
Wed?ug mnie oprcz Z?otej Kuli w Strefie nic ci?kiego  ju? nie  zosta?o.  -
Ugryz? kanapk i  w  zamyleniu  powiedzia? z pe?nymi  ustami: -  Tylko  nie
rozumiem, jak j+ pan przyczepi, przecie? na pewno jest idealnie g?adka...
     Red ca?y  czas patrzy?  na  niego znad szklaneczki i myla?, jak bardzo
niepodobni s+  do  siebie ojciec  i syn. Inni ludzie. Inna twarz, inny g?os,
inna dusza. cierwnik ma g?os ochryp?y, lizusowski, jaki taki  padalcowaty.
Ale kiedy mwi? o  niej, to  mwi?  pierwszorzdnie.  nie  mo?na go by?o nie
s?ucha.  "Rudy - mwi? wtedy przechylaj+c si przez st?. - Przecie?  tylko
my dwaj  zostalimy i  na nas dwch dwie nogi, i obie  twoje... Kto, jak nie
ty? To by mo?e najcenniejsze ze wszystkiego, co jest w Strefie! Komu to si
ma dosta? Tym okularnikom z ich maszynami? Przecie? to ja j+ znalaz?em, ja!
Ilu naszych po drodze poleg?o! A ja znalaz?em! Trzyma?em dla siebie. I teraz
te?  bym nikomu nie  odda?,  ale rce  mam za krtkie... Tylko ty mo?esz tam
i. Ilu to ja  m?okosw uczy?em, ca?+ szko? dla nich, rozumiesz, za?o?y?em
- i nic, nie ten  materia?. No dobra,  nie wierzysz mi, nie  wierzysz  - nie
trzeba.  Forsa  dla  ciebie.  Dasz  mi,  ile  sam  zechcesz,  wiem,  ?e  nie
skrzywdzisz... A ja mo?e  nogi odzyskam. Odzyskam nogi, czy ty to rozumiesz?
Strefa mi nogi zabra?a, mo?e Strefa mi je zwrci?"

     - Co? - zapyta? Red ockn+wszy si.
     - Pyta?em, czy mog zapali, mister Shoehart.
     - Tak - powiedzia? Red. - Pal, pal... Ja te? zapal.
     Duszkiem  dopi? kaw,  wyj+! papierosa  i ugniataj+c go  wpatrzy? si w
rzedniej+c+ mgle. Stuknity, pomyla?.  Wariat, ng si kanalii zachcia?o...
parszywej gnidzie...
     Po tych wszystkich  rozmowach zostawa?  w duszy  jaki  osad i nie by?o
zupe?nie  jasne, jaki mianowicie. I z  biegiem  czasu nie ulatnia? si, lecz
przeciwnie   -  gstnia?   i  gstnia?.   Nie  wiadomo,  co  to  by?o,   ale
przeszkadza?o, jakby czym  si zarazi? od  cierwnika,  ale nie  plugastwem
jakim, nawet odwrotnie... si?+ mo?e? nie, nie si?+. Czym w takim  razie? No
dobra, powiedzia?  sobie. Zrbmy tak -  za??my, ?e nie dotar?em tutaj.  Ju?
si zdecydowa?em, spakowa?em plecak i  wtedy  co si  sta?o...  zapud?owali
mnie, powiedzmy. le by?oby? Z ca?+ pewnoci+ ?le. Dlaczego ?le? Z pienidzy
nici? Nie, nie chodzi o pieni+dze... ?e bezcenny skarb dostanie si ?obuzom,
Chrypom r?nym i Suchym? To  prawda, w tym co jest. Jako g?upio. Ale co mi
do tego? Tak czy inaczej, w kocu w?anie im si wszystko dostanie.
     -  Br-r-r...  -  Artur  wzdrygn+?  si.  -  Przenika do  koci.  Mister
Shoehart, mo?e mi pan teraz da czego mocniejszego?
     Red w milczeniu  wyci+gn+? manierk i  da? Arturowi. A przecie? nie  od
razu si zgodzi?em, nagle pomyla?. Ze dwadziecia razy posy?a?em cierwnika
do wszystkich diab?w, a  za dwudziestym pierwszym jednak si zgodzi?em. Ju?
d?u?ej nie mog?em. Zupe?nie nie mog?em. I ostatnia nasza rozmowa by?a krtka
i rzeczowa. "Cze, Rudy. Przynios?em ci map. Mo?e rzucisz na ni+ okiem?" A
ja spojrza?em mu w twarz i widz, ?e oczy ma jak dwa wezbrane wrzody - ??te
z czarn+ kropk+, i wtedy powiedzia?em: "Dobra". I to wszystko.  Pamitam, ?e
by?em wtedy pijany, ca?y tydzie pi?em,  paskudnie mi by?o na duszy... A, do
diab?a,  czy  to nie wszystko jedno? Poszed?em.  Po co ja w tym  babrz  jak
patykiem w gwnie! Strach mnie oblecia? czy co?
     Wzdrygn+?  si.  Przeci+g?e, ?a?oliwe  skrzypienie  dobieg?o z  gstej
mg?y. Red  zerwa? si i  natychmiast jak podrzucony spr?yn+ stan+?  na nogi
Artur.  Ale ju? znowu by?o cicho i tylko spod  ich ng z szelestem spada?  z
nasypu drobny ?wir.
     -  To  chyba  grunt  osiad?  -  niepewnie,  z trudem  wymawiaj+c  s?owa
wyszepta? Artur -- Wagonetki z urobkiem... stoj+ od tak dawna...
     Red  patrzy? wprost przed siebie i  nic nie widzia?. Przypomnia? sobie.
To  by?o w  nocy.  Obudzi?  go  taki  sam d?wik  -  przeci+g?y  i  ?a?osny,
zamieraj+cy jak w sennym koszmarze. Tylko  ?e to nie  by? sen. To  zawodzi?a
Mariszka na swoim ??ku pod oknem, a z drugiego koca  mieszkania odpowiada?
jej zach?ynitym bulgotem ojciec, rwnie przeci+gle i skrzypi+co. I tak si
nawo?ywali i  nawo?ywali w ciemnociach -  min?o  jedno stulecie,  a  potem
nastpne stulecie... Guta te? si obudzi?a, wzi?a Reda za rk, poczu?, jak
jej rami z miejsca sta?o si mokre, i tak le?eli wieleset lat i s?uchali, a
kiedy Mariszka zamilk?a i usn?a,  odczeka? chwil, potem wsta?, poszed?  do
kuchni i wypi? p? butelki koniaku. Od tej nocy zacz+? pi.
     - Ziemia - mwi? Artur. - Z up?ywem  czasu, wie  pan, ziemia osiada. Na
skutek erozji, wilgoci, w ogle z wielu przyczyn.
     Red spojrza?  na poblad?+  twarz Artura i  na  powrt usiad?.  Papieros
gdzie znik?  z  jego  palcw, zapali? nowego. Artur  posta? jeszcze moment,
lkliwie krc+c g?ow+, potem te? usiad? i powiedzia? cicho:
     - Opowiadaj+ podobno, ?e w  Strefie kto mieszka.  Tak s?ysza?em. Jacy
ludzie, nie przybysze z  Kosmosu, a w?anie ludzie. Jakoby L+dowanie zasta?o
ich  tutaj  i oni si przystosowali...  a mo?e na  skutek mutacji.  Czy  pan
s?ysza? o tym, mister Shoehart?
     -  Tak  - powiedzia?  Red. -  Ale  to  nie  tutaj,  tylko w  grach, na
p?nocnym zachodzie. Jakie pastuchy.
     Teraz  Ju? wiem,  czym on mnie zarazi?,  myla?. Swoim szalestwem mnie
zarazi?.  Oto  dlaczego  tu  przyszed?em.  Oto  czego  tu  szukam...  Powoli
wype?ni?o go jakie dziwne i zupe?nie nowe uczucie. Zdawa?  sobie spraw, ?e
tak  naprawd to uczucie  nie Jest nowe, ?e ju? od  dawna  siedzia?o  w  nim
gdzie  g?boko,  ale  teraz  dopiero zda?  sobie z niego spraw i  wszystko
znalaz?o si  na w?aciwym miejscu. I to, co  przedtem wydawa?o si g?upot+,
majaczeniem  oszala?ego  starca, obrci?o  si  obecnie  w  jedyn+ nadziej.
Jedyny  sens  ?ycia,  poniewa?  dopiero teraz  zrozumia?  --  jedno,  co  mu
pozosta?o  na wiecie, jedyne, czym ?y?  ostatnie miesi+ce, to by?a nadzieja
na cud. On,  ba?wan,  dure, odpycha?  od  siebie  t  nadziej,  depta? j+,
wyszydza?  i topi? w wdce,  poniewa?  w?anie do tego  by?  przyzwyczajony,
poniewa? nigdy w ?yciu, od dziecka, nie liczy? na nikogo, tylko na siebie, i
poniewa? od dziecka to liczenie na  siebie wyra?a?o si  w iloci banknotw,
ktre udawa?o mu si wyrwa,  wyszarpa z otaczaj+cego go obojtnego chaosu.
Tak by?o zawsze i tak trwa?oby dalej, gdyby koniec kocw nie znalaz? si na
takim dnie, z ktrego nie pod?wign+ go ?adne pieni+dze, a liczenie na siebie
sta?o si  ostatecznym  absurdem. A teraz  ta nadzieja  -  ju? nie  nadzieja
nawet, a pewno cudu  -  wype?ni?a go bez reszty, teraz  nie  rozumia?, jak
mg?  ?y  do  tej  pory w  tym  makabrycznym  mroku  bez promyka wiat?a...
Rozemia? si i tr+ci? Artura w rami.
     -  Jak mylisz, stalker -  powiedzia? - jeszcze troch po?yjemy  sobie,
co?
     Artur spojrza?  na  Reda  zdziwiony  i umiechn+? si niepewnie.  A Red
zgnit? pergamin po kanapkach, rzuci?  go pod wagonik, po czym u?o?y? si na
plecaku i podpar? ?okciem.
     -   No   dobrze  -  powiedzia?.  -   Przypumy,   ?e   ta  Z?ota  Kula
rzeczywicie... Czego by sobie ?yczy??
     - To znaczy, ?e pan jednak wierzy? - szybko zapyta? Artur.
     - To niewa?ne, wierz czy nie wierz. Ty mi odpowiedz na pytanie.
     Nieoczekiwanie naprawd go zainteresowa?o, o co mo?e prosi  Z?ot+ Kul
taki  ch?opak,  jeszcze   smarkacz,   wczorajszy  licealista.   I  z  weso?+
ciekawoci+ obserwowa?, jak Artur chmurzy czo?o, szarpie w+siki, to  podnosi
na niego oczy, to znowu je opuszcza.
     -  No, oczywicie, nogi  dla ojca... - powiedzia? wreszcie. - I ?eby  w
domu by?o wszystko dobrze...
     - ??esz, ??esz - powiedzia? dobrodusznie Red. - Ty, bracie, zapamitaj:
Z?ota Kula wype?nia tylko najskrytsze ?yczenia, tylko takie, ktre musz+ si
spe?ni, bo inaczej nie ma ju? po co ?y!
     Artur Barbridge  zaczerwieni? si, znowu podnis? oczy  na Reda i zaraz
je  opuci?, i zupe?nie  spurpurowia?, a?  mu  ?zy  stan?y  w  oczach.  Red
przygl+da? mu si z umieszkiem.
     -  Wszystko  jasne  - powiedzia? nieomal czule. -  Dobra,  to nie  moja
rzecz. Zatrzymaj to  dla siebie...  - I tu przypomnia? sobie o pistolecie  i
pomyla?, ?e  pki jest  jeszcze czas, nale?y  uwzgldni wszystko, co mo?na
uwzgldni. - Co ty tam masz w tylnej kieszeni? - zapyta? niedbale.
     - Pistolet - burkn+? Artur i zagryz? wargi.
     - Po co ci pistolet?
     - ?eby strzela! - odpar? z wyzwaniem.
     -  Przesta, przesta  - powiedzia? surowo Red i usiad? prosto. - Dawaj
to. W Strefie nie ma do kogo strzela. Oddaj go.
     Artur chcia? co powiedzie, ale zmilcza?, sign+? za siebie, wyci+gn+?
wojskowego kolta i  poda? go Redowi trzymaj+c za luf. Red wzi+? pistolet za
ciep?+ rkoje, podrzuci? go do gry, z?apa? i zapyta?:
     - Masz przy  sobie chusteczk? Daj,  to go  zawin... Wzi+?  od  Artura
chusteczk do nosa,  czyciutk+,  pachn+c+ wod+ kolonsk+, zawin+? pistolet i
po?o?y? na podk?adzie.
     -  Niech sobie  tu na razie pole?y - wyjani?. -  Da Bg, bdziemy tdy
wraca,  to zabierzemy.  Mo?e naprawd,  kiedy  spotkamy patrol,  trzeba si
bdzie ostrzeliwa... Chocia? w takiej sytuacji ostrzeliwa si, bracie...
     Artur ponownym ruchem pokrci? g?ow+.
     - Nie po  to go wzi+?em - powiedzia? niezadowolony.  - Tam  jest  tylko
jedna kula. ?eby, jeli tak jak z ojcem...
     - To ta-ak... - przeci+gle powiedzia? Red patrz+c mu prosto w twarz.  -
No, jeli o to chodzi, mo?esz by spokojny. Jeli  tak, jak  z ojcem, to ju?
do tego miejsca ci donios. Obiecuj... Patrz, wita!
     Mg?a rzed?a w oczach. Na nasypie ju? jej w ogle nie by?o, a na dole, w
oddali, mleczna mgie?ka rozprasz?a si i topnia?a, wyrasta?y z niej okr+g?e,
szczeciniaste szczyty wzgrz i gdzieniegdzie midzy wzgrzami by?o ju? wida
pomarszczon+  powierzchni  bagien,  pokrytych  rzadk+  w+t?+  ?ozin+,  a na
horyzoncie, za wzgrzami, zap?on?y  pomaraczowo  ?acuchy gr -  niebo nad
grami by?o jasne i b?kitne. Artur obejrza? si  przez rami i wyda? okrzyk
zachwytu. Red obejrza? si rwnie?. Na wschodzie gry wydawa?y si czarne, a
nad nimi mieni?a si, p?on?a szmaragdowa ?una - zielona  zorza  Strefy. Red
wsta? i rozpinaj+c pasek zapyta?:
     - Nie masz  zamiaru sobie ul?y? Jak tam sobie  chcesz,  ale  pamitaj,
p?niej nie bdzie ani gdzie, ani kiedy...
     Poszed? za wagonik, kucn+? na nasypie i postkuj+c patrzy?, jak  szybko
ganie, przerasta  r?owoci+ zielona zorza i jak  pomaraczowa pajda s?oca
wype?za zza gr. Od razu od wzgrz pop?yn?y liliowe cienie - wszystko sta?o
si  ostre, wypuk?e,  ka?dy  szczeg?  by? widoczny jak  na  d?oni  i jakie
dwiecie  metrw  przed  sob+  zobaczy?  Red  helikopter.  Helikopter  spad?
widocznie  w  samo  centrum  "?ysicy"  i jego kad?ub sp?aszczy?o  w blaszany
nalenik,  tylko  ogon ocala? - lekko wygity stercza? teraz  czarnym hakiem
nad  rwnin+  midzy wzgrzami.  I mig?o te? ocala?o  -  g?ono  skrzypia?o
ko?ysz+c  si na  ?agodnym wietrze.  To musia?a by pot?na  "?ysica", nawet
solidnego po?aru  nie  by?o  i  na  sprasowanym kad?ubie  wyra?nie  widnia?o
czerwono   -   niebieskie  god?o   rozpoznawcze  lotnictwa  wojskowego  Jego
Krlewskiej Moci, god?o, ktrego Red nie widzia? ju?  od tylu lat, ?e nawet
jakby zapomnia?, jak ono wygl+da.
     Potem  Red wrci? do plecaka, wyj+?  map i roz?o?y?  j+  na skawalonej
bryle rudy w  wagoniku.  Samej kopalni  nie  by?o  st+d wida, zas?ania?o j+
wzgrze z czarnym, osmalonym drzewem na szczycie. To wzgrze nale?a?o obej
z prawej strony, kotlin+ midzy nim a s+siednim pagrkiem, ktry rwnie? by?
st+d widoczny - nagle wzniesienie pokryte burym kamienistym ?wirem.
     Wszystko si zgadza?o, ale Red nie by? zadawolony.  Wieloletni instynkt
stalkera  kategorycznie  protestowa? przeciwko samej myli  - nonsensownej i
sprzecznej z natur+ - ?eby wytycza szlak midzy dwoma wzniesieniami. Dobra,
pomyla?, p?niej  si oka?e, na miejscu si  zobaczy.  Droga do tej kotliny
prowadzi?a przez b?oto,  rwnin+, ktra st+d  wydawa?a si  bezpieczna,  ale
przyjrzawszy  si  uwa?niej  Red  dostrzeg?  midzy  suchymi  kupkami  jak+
ciemnoszar+  plam. Spojrza? na map. Tam by? narysowany krzy?yk  i napisane
kolawymi  literami  "Cwajnos".  Czerwone  kropki  omija?y  krzy?yk z prawej
strony. Przezwisko  by?o jakby znajome, ale  kto to by? ten Cwajnos,  jak on
wygl+da?. Red  nie  mg?  sobie przypomnie,  nie wiadomo dlaczego  pamita?
tylko to: zadymiona sala "Barge", ogromne czerwone ?apy ciskaj+ce szklanki,
grzmot miechu, rozwarte z?tozbne paszcze - fantastyczne  stado  tytanw i
gigantw przy wodopoju, Jedno z naj?ywszych wspomnie dziecistwa
     -  pierwsze spotkanie  z "Barge". Co  ja wtedy  przynios?em? Zdaje si,
"pustaka".  Prosto  ze  Strefy, mokry, g?odny, nieprzytomny,  z  workiem  na
ramieniu w?adowa?em si  do  knajpy i rzuci?em worek na lad przed Ernestem,
wciekle szczerz+c  zby przetrzyma?em  salw  szyderstw,  doczeka?em si a?
Ernest, wtedy jeszcze  m?ody, obowi+zkowo w muszce  - wyliczy mi te  zielone
papierki...  Nie,  wtedy  przecie?  nie  by?o  zielonych,  by?y  jeszcze  te
kwadratowe,  krlewskie,  z  jak+ p?go?+  dziwk+ w p?aszczu  i  wianku  na
g?owie... doczeka?em si, schowa?em  fors do kieszeni i niespodziewanie dla
siebie  samego capn+?em  z  lady ci?ki kufel i z ca?ej si?y  r+bn+?em nim w
najbli?sz+ rechocz+c+ paszcz... Red umiechn+? si i pomyla? -  a mo?e  to
w?anie by? Cwajnos?
     - A czy midzy wzgrzami mo?na,  mister Shoehart?  - zapyta?  p?g?osem
Artur. Sta? obok i te? patrzy? na map.
     -  Zobaczymy na  miejscu - odpar? Red. Wci+? patrzy? na map. Na  mapie
by?y jeszcze dwa  krzy?yki:  jeden  na zboczu  wzgrza  z drzewem,  drugi na
kamienistym osypisku. Pudel i Okularnik. Droga prowadzi?a do?em midzy nimi.
- Zobaczymy na miejscu - powtrzy? i schowa? map do kieszeni.
     Spojrza? na Artura i zapyta?:
     - Jak  tam  stolec?  -  I nie czekaj+c  na  odpowied?  poleci?: - Pom?
za?o?y  plecak...  Pjdziemy  jak  poprzednio  -  powiedzia?,   potrz+saj+c
plecakiem i poprawiaj+c rzemienie. - Idziesz przede mn+,  tak, ?ebym ci ani
na chwil nie  straci? z oczu.  Nie ogl+daj si,  ale nadstawiaj  uszu.  Mj
rozkaz jest prawem.

     Pamitaj, ?e trzeba bdzie d?ugo czo?ga si na  brzuchu,  nie wa?  si
ba  b?ota, na jedno s?owo,  morda w b?oto,  bez gadania... I kurtk zapnij.
Jeste gotw?
     - Gotw - powiedzia? Artur g?ucho. Zdrowo  si denerwowa?.  Rumieniec z
twarzy znik?, jakby go nigdy nie by?o.
     -  Kierunek...  tam - Red ostro machn+?  d?oni+  w  stron najbli?szego
wzgrza, sto krokw od nasypu. - Jasne? Ruszaj.
     Artur  konwulsyjnie  westchn+?,  przekroczy?   szyn  i  bokiem  zacz+?
schodzi z nasypu. ?wir sypa? si z szelestem.
     - Spokojnie, spokojnie - powiedzia? Red. - Nie ma si dok+d pieszy.
     Ostro?nie  zacz+? schodzi za Arturem, automatycznie rwnowa?+c inercj
ci?kiego plecaka  miniami ng. K+tem  oka  jednak ledzi? Artura. Boi si
ch?opak, myla?. I ma racj, ?e si boi.  Chyba przeczuwa. Je?eli ma takiego
nosa  jak ojciec, to powinien przeczuwa... Gdyby ty wiedzia?,  cierwniku,
na  co  ci przyjdzie. Gdyby  ty  wiedzia?, cierwniku.  ?e  tym  razem  ci
us?ucham.  "A  tdy. Rudy,  sam  nie przejdziesz.  Chcesz  czy  nie  chcesz,
bdziesz  musia?  zabra  kogo  ze  sob+. Mog ktrego ze swoich odst+pi,
ktrego nie ?al..." namwi?e mnie, stary draniu.
     Pierwszy raz  w ?yciu przysta?em na  tak+ rzecz.  No, trudno, pomyla?.
Mo?e jeszcze wszystko jako si  obejdzie,  nie  jestem jednak cierwnikiem,
mo?e co wymyl...
     - Stop! - powiedzaia? do Artura.
     Ch?opiec  zatrzyma?  si,  sta? po  kostki w rdzawej wodzie.  Zanim Red
zszed?, Artur zapad? si w trzsawisko po kolana.
     - Widzisz ten kamie? - zapyta? Red.  -  Tam, pod zboczem? Trzymaj kurs
na  kamie. Artur ruszy? naprzd. Red da? si wyprzedzi o dziesi krokw i
poszed? jego ladem. Cmoka?o  b?oto pod nogami. To by?o martwe trzsawisko -
ani komarw,  ani  ?ab,  nawet  ?ozina  zwid?a i  zgni?a. Red automatycznie
rozgl+da?  si dooko?a, ale  na razie wygl+da?o na  to, ?e  wszystko jest  w
porz+dku. Wzgrze  zbli?a?o  si powoli,  zas?oni?o nikle jeszcze s?oce,  a
potem  ca?+  wschodni+  cz nieba.  Przy  kamieniu  Red odwrci?  g?ow  i
spojrza?  na nasyp.  Nasyp jasno  owietla?o s?oce,  sta?o na nim  dziesi
wagonikw,  niektre  wykolejone le?a?y  na  boku  i  w  tym  miejscu  nasyp
pokrywa?y czerwone  plamy wysypanej rudy. A  dalej, w kierunku  kopalni,  na
p?noc od wagonikw, powietrze nad szynami mieni?o si i drga?o, od czasu do
czasu  b?yska?y w nim i gasiy malekie tcze. Red popatrzy?  na to drganie i
splun+? resztk+ liny.
     - Dalej -  powiedzia? i Artur zwrci? ku niemu twarz pe?n+ napicia.  -
Widzisz te szmaty? Nie tam! Bardziej na prawo...
     - Tak - powiedzia? Artur.
     -  A wic to by? niejaki Cwajnos. Dawno  temu przesta? by czymkolwiek.
Nie s?ucha? starszych i teraz tam le?y specjalnie po to, ?eby m+drzejszym od
niego  wskazywa  drog. We?  dwa palce  na prawo od  tego  Cwajnosa... Ju??
Znalaz?e punkt?  Mniej wicej tam, gdzie ?ozina jest troch przerzedzona...
Tak trzymaj! Marsz!
     Teraz  szli  rwnolegle  do  nasypu. Z  ka?dym krokiem  wody pod nogami
ubywa?o i wkrtce maszerowali ju? po suchych  spr?ystych  kpkach. A wed?ug
mapy tu  wszdzie  ma by b?oto, pomyla?  Red. Przestarza?a  jest  ta mapa.
Dawno  tu  Barbridge'a  nie  by?o  i  dlatego  jest  przestarza?a.  To  ?le.
Oczywicie such+ drog+ ?atwiej i, ale lepiej ju?, ?eby tu by?o to b?oto...
Ale maszeruje, pomyla?, patrz+c na Artura. Jak po Alei Centralnej.
     Arturowi widocznie wrci? dobry nastrj, bo szed? teraz d?ugim krokiem.
Jedn+ rk wsadzi?  do kieszeni, a drug+  weso?o wymachiwa? jak na spacerze.
Wwczas   Red   poszpera?   w   kieszeni,   wybra?   mutr,   mniej   wicej
dwudziestogramow+, wycelowa? i trafi?  Artura prosto w kark. Ch?opak jkn+?,
z?apa? si za g?ow i skurczony run+? na such+ traw. Red zatrzyma?  si nad
nim.
     -  Oto jak tu  bywa, Archie - powiedzia?  pouczaj+co. - To nie  aleja w
parku i nie poszed?e ze mn+ na porann+ przechadzk.
     Artur powoli wsta?. Twarz mia? bia?+ jak papier.
     - Wszystko jasne? - zapyta? Red. Artur prze?kn+? lin i kiwn+? g?ow+.
     - No to dobrze.  A nastpnym  razem  dostaniesz w zby. Je?eli bdziesz
jeszcze ?y?. Marsz!
     A z  ch?opca mg?by  by niez?y stalker,  pomyla?  Red.  Nazywaliby go
pewnie Archie Cherubin. By? ju? u nas jeden Cherubin, nazywa? si Dickson, a
teraz wo?aj+ go  Suse?. Jedyny  stalker, ktry dosta? si  w "wy?ymaczk"  i
?yje.  Mia? szczcie.  Ten g?upek do tej pory myli, ?e  to  Barbridge go z
"wy?ymaczki" wyci+gn+?. A jak?e!  Z "wy?ymaczki" nikogo si nie wyci+gnie...
Ze Strefy go wytaszczy?, to prawda. Zdoby? si Barbridge na taki nies?ychany
wyczyn! Sprbowa?by go nie  wytaszczy! Te jego numery wtedy ju? ostatecznie
wszystkim obrzyd?y i tym razem ch?opcy  wprost go ostrzegli  - sam lepiej  w
ogle   nie  wracaj.   A   przecie?  w?anie   wtedy  Barbridge'a  przezwali
cierwnikiem, przedtem biega? u nas za Perszerona...
     Red poczu? nagle na lewym policzku ledwie dostrzegalny pr+d powietrza i
b?yskawicznie, nie zd+?ywszy nawet o niczym pomyle, krzykn+?:
     - Stj!
     Wyci+gn+? rk w lewo. Pr+d powietrza by? tam silniejszy. Gdzie midzy
nimi  a torem  kolejowym le?a?a  "?ysica", a mo?e nawet sz?a samym nasypem -
nie  przypadkiem przecie?  wywrci?y si  wagoniki.  Artur sta? jak wkopany,
nawet si nie odwrci?.
     -  Bardziej  w  prawo  -  rozkaza?  Red.  -  Marsz!  Tak,  niez?y by?by
stalker... Co jest, do  cholery, ?al mi go  czy co? Tego tylko brakowa?o.  A
czy mnie  kto kiedy ?a?owa?? W?aciwie to raczej tak. Na przyk?ad Kiry?. I
Dick Nunnun. Co prawda Dick to nie tyle mnie ?a?uje, ile go ci+gnie do Guty,
ale  by mo?e i ?a?uje, przyzwoity cz?owiek mo?e jedno  z drugim pogodzi...
Tylko  ja nikogo nie mog ?a?owa. Albo - albo.  Tak sprawa stoi...  Po  raz
pierwszy z ca?kowit+ jasnoci+ zrozumia? - albo ten ch?opiec, albo Mariszka.
Je?eli tylko cud jest  naprawd mo?liwy, powiedzia? jaki wewntrzny glos, i
Red z okrutnym przera?eniem st?umi? w sobie ten g?os.
     Minli kup burych szmat. Z Cwajnosa nic nie zosta?o, tylko nie opodal,
w zesch?ej  trawie le?a?  d?ugi zardzewia?y kij -  wykrywacz min. W  tamtych
czasach czsto  u?ywano  wykrywaczy min,  kupowano je po  cichu u wojskowych
intendentw.  Liczyli na  te  kije jak na samego Pana Boga, a  potem kolejno
dwch stalkerow w ci+gu  paru dni zabi?y  podziemne wy?adowania. I jak no?em
uci+?... Ale w kocu, ktry by? ten Cwajnos? cierwnik  go tu przyprowadzi?,
czy  sam przyszed?? I dlaczego tak ich  wszystkich ci+gn?o do  tej kopalni?
Dlaczego  nigdy  nic o tym nie s?ysza?em?... O  do diabla, ale? grzeje! I to
rano, a co bdzie potem?
     Artur, ktry szed? o pi krokw przed nim, podnis? rk i otar? pot z
czo?a. Red  spojrza? na s?oce. S?oce sta?o jeszcze  bardzo nisko. I  nagle
zda? sobie spraw,  ?e sucha trawa pod nogami ju? nie szeleci jak przedtem,
tylko trzeszczy jak  m+ka kartoflana, ?e ju? nie jest twarda i  k?uj+ca, ale
mikka i nietrwa?a - rozsypuje si pod butami niczym warstwa sadzy. Zobaczy?
wyra?nie  odcinite  lady Artura i  rzuci?  si  na  ziemi  z  okrzykiem:
"padnij!"
     Upad? twarz+ w traw  i trawa  rozsypa?a si w py? pod jego policzkiem.
Zazgrzyta? ze z?oci zbami - taki  niefart! Le?a?, staraj+c si nie rusza,
ci+gle  jeszcze licz+c, ?e mo?e si jako obejdzie, chocia? ju? wiedzia?, ?e
si nie obejdzie,  ?e wpadli. ?ar  ros?,  atakowa?, opasywa? ca?e  cia?o jak
powijak zmoczony we wrz+tku, oczy zalewa? pot i Red  z  op?nieniem krzykn+?
do Artura: "nie ruszaj  sie! Odwagi!" I sam  zebra? ca?+ odwag, na  jak+ go
by?o  sta.  I  wytrzyma?by  i  skoczy?oby si  na  strachu,  troch by si
zgrzali,  ale  Artur nie  wytrzyma?.  Czy  nie us?ysza?  okrzyku  Reda,  czy
przerazi? si ponad wszelk+ miar, a mo?e przypiek?o go raz mocniej ni? Reda
-  w ka?dym razie straci? panowanie nad sob+ i  na olep, z jakim gard?owym
wrzaskiem popdzi? tam, gdzie go pdzi? bezmylny instynkt, do ty?u, w?anie
w stron, w  ktr+ w ?adnym wypadku  ucieka nie nale?a?o. Red ledwie zd+?y?
unie si, obur+cz z?apa go za nog i Artur ca?ym ci?arem run+? na ziemi
wzbijaj+c  chmur  popio?u, zawy?  nienaturalnie wysokim g?osem, kopn+? Reda
woln+ nog+ w twarz, zatrz+s? si  w konwulsjach, ale Red sam ju? nie  bardzo
wiedz+c,  co si z  nim  dzieje z  blu, wgramoli?  si  na  niego  wtulaj+c
poparzon+ twarz w skrzan+ kurtk i usi?owa? wdusi, wbi w ziemi dygocz+c+
g?ow,  wciekle  kopi+c noskami  butw  po  nogach  tamtego,  po ziemi,  po
grzbiecie.  Jak  przez wat  s?ysza? jki i rz?enie  wydobywaj+ce si  spod
niego i w?asny ochryp?y ryk:
     "Le?,  gnido, le?, bo zabij..." a z  gry wci+?  i wci+?  spada?a masa
roz?arzonego wgla i ju?  p?on?o na nim ubranie,  trzeszcza?a wydymaj+c si
b+blami i  pkaj+c skra na nogach i bokach, i Red zanurzaj+c czo?o w szarym
popiele  i  rozpaczliwie   przyciskaj+c  piersi+  g?ow   tego   przekltego
smarkacza, nie wytrzyma? i zawy? z ca?ej si?y... Nie pamita?, kiedy to  si
skoczy?o.  Poj+?  tylko, ?e znowu mo?e  oddycha, ?e powietrze  znowu  jest
powietrzem, a nie rozpalonym gazem spalaj+cym gard?o, i zrozumia?, ?e trzeba
si  pieszy, ?e  trzeba  jak najprdzej  uciec z tego diabelskiego rusztu,
zanim  znowu  nie spadnie na nich  ogie. Zsun+? si  z Artura, ktry  le?a?
zupe?nie nieruchomo,  zacisn+?  jego obie nogi pod  pach+  i pomagaj+c sobie
woln+  rk+ poczo?ga? si  naprzd  nie spuszczaj+c oczu z granicy, za ktr+
znowu zaczyna?a si trawa,  martwa, sucha, k?uj+ca, ale  prawdziwa zwyczajna
trawa - wydawa?a mu si teraz ?yciodajn+ oaz+. Popi? zgrzyta? mu  w zbach,
w  poparzon+  twarz  co  chwila  bucha?o  ?arem, pot  zalewa? oczy  - pewnie
dlatego, ?e nie  mia?  ju? ani brwi,  ani rzs.  Cia?o Artura sun?o za nim,
jakby na  z?o  zaczepiaj+c o wszystko  kurtk+,  pali?  spieczony zadek,  a
plecak  przy  ka?dym ruchu uderza? w poparzony kark.  Obola?y i zaczadzia?y,
Red pomyla? z  przera?eniem, ?e za mocno si  poparzy? i ?e teraz  ju?  nie
dojdzie  do celu.  Z tego strachu jeszcze silniej  zacz+? pracowa swobodnym
?okciem  i  kolanami  i  wypluwaj+c  z  zaschnitego gard?a  najstraszliwsze
przeklestwa,  jakie  mu  przychodzily  do g?owy,  nagle  z  jak+  ob?+kan+
radoci+  przypomnia? sobie, ?e ma jeszcze w zanadrzu prawie pe?n+ manierk,
najmilsz+, najwierniejsz+,  ona  jedna nie  zdradzi, nie  sprzeda, aby tylko
dope?zn+  jeszcze troch, jeszcze  kawa?eczek, no postaraj si Red, jeszcze
troch  Rudy,  w Boga, w  matk, pod  trzydziestoma  pierzynami, na Biegunie
P?nocnym, cierwojada w dusz...
     Potem  d?ugo  le?a? zanurzywszy  twarz  i rce  w zimn+ rdzaw+  wod, z
rozkosz+  wdychaj+c  cuchn+cy,  zgni?y ch?d. Sto lat mg?by  tak le?e, ale
zmusi? si do wstania, klcz+c zrzuci? plecak, na  czworakach dowlk? si do
Artura, ktry ci+gle jeszcze nieruchomo le?a? trzydzieci krokw od b?ota, i
przewrci? go na plecy. Tak, to by? kiedy ?adny ch?opiec. Teraz ta urodziwa
buzia  przypomina?a  szaroczarn+  mask  z popio?u i  spiek?ej krwi, i przez
kilka sekund Red z tpym zainteresowaniem wpatrywa? si w pod?u?ne bruzdy na
tej masce  -  lady grud i kamykw.  Potem  wsta?,  uj+? Artura pod pachy  i
przyci+gn+? go do wody. Artur  dysza? ochryple i od  czasu do  czasu jcza?.
Red wrzuci? go twarz+ w najwiksz+ ka?u?, sam upad? obok, znowu prze?ywaj+c
rozkosz  mokrej  lodowatej  pieszczoty.  Artur  poruszy?  si,   zabulgota?,
podci+gn+?  pod  siebie  rce  i unis? glow.  Oczy mia? wytrzeszczone. Nie
rozumia?,  co si z nim  dzieje i chciwie ?apa?  ustami powietrze  pluj+c  i
kaszl+c. Potem jego wzrok oprzytomnia? i zatrzyma? si na Redzie.
     - Uf-f-f... - powiedzia? i potrz+sn+? g?ow+ rozpryskuj+c brudn+ wod. -
Co to by?o, mister Shoehart?
     -  To  by?a mier -  niewyra?nie powiedzia?  Red i  zakas?a?.  Obmaca?
twarz. Bola?o, nos spuch?, ale brwi i rzsy, na przekr wszystkiemu, by?y na
miejscu. I skra na rkach te?, tylko  troch poczerwienia?a. Mo?na  s+dzi,
?e  i zadek  nie spali? si do  koci... Pomaca?  - nie,  z pewnoci+ nie do
koci, nawet spodnie s+ ca?e. Tak jakby si obla? wrz+tkiem.
     Artur rwnie?  ostro?nie dotyka? palcami  twarzy. Teraz, kiedy straszn+
mask zmy?a woda, jego twarz te? okaza?a si wbrew oczekiwaniom -  nieomal w
porz+dku. Kilka zadrapa,  siniak na czole, rozcita dolna warga, a poza tym
mo?na wytrzyma.
     - Nigdy o czym podobnym nie s?ysza?em - powiedzia? Artur i spojrza? za
siebie.
     Red rwnie? si odwrci?.  Na poszarza?ej,  spopielonej trawie  zosta?o
sporo ladw i Red by? wstrz+nity widz+c, jak krtka, okazuje si, by?a ta
straszna droga bez kresu,  niespe?na trzydzieci metrw od skraju  do skraju
wypalonego pasma.  Ale  z  blu,  olepiony,  czo?ga?  si  jakimi  dzikimi
zygzakami, jak karaluch po rozpalonej  patelni. Bogu dziki, ?e przynajmniej
czo?ga? si z grubsza we w?aciwym kierunku,  a przecie? mg?by wype?zn+ na
"?ysic" z  lewej  albo  w  ogle zawrci... Nie, nie mg?bym,  pomyla?  z
wciek?oci+. Jaki m?okos mg?by, ale nie ja, i  gdyby nie  ten dure, to w
ogle nic by si nie sta?o - osmali?bym sobie zadek i po krzyku.

     Spojrza? na Artura.  Artur my?  si parskaj+c i pojkuj+c, kiedy ura?a?
bol+ce miejsca. Red wsta? i przygryzaj+c  wargi,  kiedy zesztywniate ubranie
dotyka?o poparzonej skry,  wyszed?  na  suche miejsce  i  pochyli? si  nad
plecakiem. Plecak najbardziej ucierpia?. Wierzchnie kieszenie zwyczajnie si
spali?y,   buteleczki  w  apteczce  popka?y   z  gor+ca  w  choler,  i  od
pomarszczonej  plamy  paskudnie  zaje?d?a?o szpitalem. Red odpi+? kiesze  i
zabra?  si do usuwania resztek szk?a  i  plastyku, a wtedy za jego  plecami
odezwa? si Artur.
     - Dzikuj panu, mister Shoehart! Uratowa? mi pan ?ycie.
     Red nie odpowiedzia?. Te?  pomys? - dzikowa! Nie mia?em  nic lepszego
do roboty, jak ci ratowa!
     - Sam sobie jestem winien  - powiedzia? Artur. - Przecie? s?ysza?em, ?e
pan  mi  kaza? le?e, ale  okropnie  si  przestraszy?em,  a  kiedy  mocniej
przypiek?o  - zupe?nie  straci?em g?ow. Ja si strasznie boj  blu, mister
Shoehart...
     - Wstawaj i nie gadaj tyle - powiedzia? Red nie odwracaj+c g?owy. -  To
by?a jeszcze kaszka z mlekiem... Wstawaj, na co czekasz!
     Sycz+c  z blu zarzuci? plecak na  poparzone ramiona, zapi+? rzemienie.
Mia? uczucie,  ?e  skra  na  oparzonych  miejscach  skurczy?a si i pokry?a
bolesnymi  zmarszczkami.  Boi si blu  gwniarz!...  Ciebie i  twj bl!...
Obejrza?  si.   W  porz+dku,  z  drogi  nie  zeszli.  Teraz  te  pagrki  z
nieboszczykami. Plugawe pagrki
     -  stoj+, gnidy, stercz+ jak p?dupki starej  baby i ta kotlinka midzy
nimi...   Mimo   woli  wci+gn+?  nosem  powietrze.  Ach   plugawa  kotlinka,
najprawdziwsze plugastwo. cierwo.
     - Widzisz t kotlink midzy wzgrzami? - zapyta? Artura.
     - Widz.
     - Prosto na ni+. Marsz!

     Artur  otar? nos grzbietem d?oni i ruszy? naprzd cz?api+c po ka?u?ach.
Utyka?, nie by? ju? taki dziarski  i wyprostowany jak poprzednio - pochyli?o
go, szed? teraz ostro?nie i lkliwie. Ktry to ju? bdzie? Pi+ty?  Szsty? I
teraz powstaje pytanie - po co? Czy to on mj brat, czy swat?  Odpowiadam za
niego? S?uchaj no, Rudy, a po co ty go uratowa?? O ma?o sam przez niego nie
odkorkowa?e... Teraz, na  spokojnie, mog powiedzie  - s?usznie  zrobi?em,
nie  mog si bez niego  obej, to mj zak?adnik za Mariszk, nie cz?owieka
uratowa?em,  ratowa?em  swj  wykrywacz  min. Wytrych. Ale  wtedy, w  tamtej
strasznej chwili, nawet mi na myl nie przysz?o, ?eby go zostawi, chocia? o
wszystkim zapomnia?em - i  o  wytrychu zapomnia?em,  i o  Mariszce... I co z
tego wynika? Wynika, ?e w  g?bi duszy jestem przyzwoitym cz?owiekiem. To mi
Guta ci+gle powtarza i nieboszczyk Kiry? tak uwa?a?, i Richard bez przerwy o
tym  truje...   Ale  znale?li  sobie   przyzwoitego  cz?owieka!  Przesta  -
powiedzia?  do samego siebie. Teraz twoja  przyzwoito tylko psu  na  bud!
najpierw trzeba  pomyle, a dopiero  potem  bra si za robot. ?eby  mi to
by?o pierwszy i ostatni raz, zrozumiano? Przyzwoity.  Musz go  zachowa dla
"wy?ymaczki", pomyla? zimno i jasno. Tu przez wszystko mo?na przej oprcz
"wy?ymaczki"
     - Stj! - powiedzia? do Artura.
     Kotlinka by?a  tu?  przed  nimi i Artur ju? sta?, niepewnie  patrz+c na
Reda. Dno kotliny pokrywa?a  t?usto po?yskuj+ca  na  s?ocu ??to  - zielona
ma?. Powierzchnia bagna lekko parowa?a, midzy pagrkami para gstnia?a i na
trzydzieci krokw nic ju?  nie by?o  wida, i ten  smrd. Diabli wiedz+, co
tam  gni?o w  tym misiwie, ale Redowi wyda?o si, ?e  sto tysicy rozbitych
cuchn+cych jaj wylanych na sto tysicy  cuchn+cych  rybich ?bw  i zdech?ych
kotw nie mo?e mierdzie tak, jak mierdzia?a ta ma?. "Tam bdzie zapaszek.
Rudy, to ty nie tego... nie spietraj si".

     Artur wyda? z  siebie gard?owy d?wik i  odst+pi?  do  tylu. Wtedy  Red
otrz+sn+? si z  odrtwienia,  popiesznie wydoby?  z  kieszeni paczk  waty
przes+czonej dezodorantem, zatka? sobie nos tamponami i poda? wat Arturowi.
     - Dzikuj, mister Shoehart - powiedzia? s?abym g?osem  Artur. - A  czy
gr+ jako nie da si, przej?
     Red w milczeniu wzi+? go za w?osy i wykrci? g?ow, w stron kupy szmat
na kamienistym wysypisku.
     - To by?  Okularnik  - powiedzia?.  - A na lewym wzgrzu,  st+d  go nie
wida - le?y Pudel. W identycznym stanie. Zrozumia?e? Naprzd!
     Ma? by?a  ciep?a  i  lepka  jak  ropa.  Pocz+tkowo  szli  wyprostowani,
zanurzeni po pas, dno pod nogami na szczcie by?o kamieniste i dosy rwne,
ale po  nied?ugim  czasie Red us?ysza? znajome bzyczenie po obu stronach. Na
owietlonym s?ocem  pagrku  po  lewej nic si nie dzialo,  a na zboczu  po
prawej, w cieniu, zataczy?y blade liliowe p?omyki.
     - Pochyl si! - zakomenderowa? przez zby i sam si pochyli?. -  Ni?ej,
idioto! - krzykn+?.
     Artur  pochyli?  si przera?ony i w tej?e sekundzie pot?ne wy?adowanie
rozdar?o  powietrze.  Tu? nad ich  glowmi,  przebieg?a  we  wciek?ym  tacu
rozszczepiona  b?yskawica ledwie  widoczna na tle  nieba. Artur przysiad?  i
zanurzy? si po  ramiona. Red czuj+c, ?e og?uch? od ?oskotu, odwrci? glow,
zobaczy? w cieniu na kamienistym zboczu szkar?atn+ szybko topniej+c+ plam i
jednoczenie rozb?ys?a nastpna blyskawica.
     - Naprzd! naprzd! - wrzasn+? nie s?ysz+c w?asnego g?osu.
     Teraz  posuwali  si przykucnici,  wystawiaj+c na  powierzchni  tylko
g?owy,  przy ka?dym wy?adowaniu Red widzia?, jak d?ugie  w?osy Artura  staj+
dba i czu?, jak tysi+ce igie?ek wbija mu si w twarz. "Naprzd! - powtarza?
monotonnie. - Naprzd!" Ju?  niczego nie s?ysza?.  Jeden raz Artur  odwrci?
si do  niego profilem i Red zobaczy? wytrzeszczone przera?one oko  zezuj+ce
na niego, bia?e rozdygotane wargi i  zasmarowany zieleni+  spocony policzek.
Potem pioruny zacz?y bi tak nisko, ?e musieli zanurzy g?owy. Zielony luz
zalepia? usta, by?o  trudno oddycha. ?api+c  ustami powietrze, Red wyrwa? z
nosa tampony  i wtedy zauwa?y?,  ?e  smrd  znikn+?,  ?e  powietrze  pachnie
ozonem, a para dooko?a jest coraz gciejsza, a  mo?e tylko pociemnia?o mu w
oczach i  ju?  nie widzia? pagrkw ani z lewej, ani  z prawej strony -  nie
by?o wida nic, oprcz oblepionej mazi+ g?owy Artura i ??tych k?bw gstej
pary.
     Przejd,  przejd, myla? Red.  nie pierwszy raz,  przecie? przez  ca?e
?ycie  w?anie  tak, po szyj w  gwnie,  a  nad g?ow+  pioruny,  zawsze tak
by?o... i sk+d tyle  gwna?  Tyle  gwna... zwariowa  mo?na, tyle  gwna  w
jednym  miejscu, chyba  tu sp?yn?o gwno z  ca?ego  wiata...  To  wszystko
cierwnik,  pomyla?  z  furi+.  To  cierwnik  tdy przeszed?,  to  po  nim
zosta?o... Okularnik le?y po prawej. Pudel  po lewej, a wszystko po to, ?eby
cierwnik mg? przej  midzy nimi i  zostawi za sob+, ca?e swoje gwno...
Dobrze ci tak, powiedzia? do siebie. Kto idzie ladem cierwnika, ten zawsze
?yka  gwno. Ty co, nie  wiedzia?e o tym?  Tak jest na ca?ym  wiecie. Zbyt
wielu  jest cierwnikw i  dlatego nie ma ju? czystego miejsca  na  wiecie,
wszystko obsrane... Nunnun jest g?upi:  "Ty, Red,  naruszasz rwnowag, masz
natur wichrzyciela, tobie.  Rudy, bdzie  ?le  w ka?dym systemie  i w  z?ym
systemie ci ?le,  i  w dobrym  te?  ci ?le, przez takich  jak ty  nigdy  nie
nastanie Krlestwo  Bo?e na Ziemi..." Co ty tam w ogle rozumiesz, grubasie?
Kiedy?  to ja widzia?em  dobry  system? Przez  cale  ?ycie  widz tylko, jak
umieraj+, Kiry?y i Okularnicy, a cierwniki przepe?zaj+ midzy  ich trupami,
po ich trupach, jak robaki, i paskudz+, paskudz+, paskudz+... Polizgn+? si
na  kamieniu, zanurzy? si z g?ow+,  wyp?yn+? i  tu?  obok  siebie  zobaczy?
wytrzeszczone oczy i  ci+gnit+ grymasem twarz Artura i na moment zmartwia?
-  wyda?o mu si, ?e pomyli? kierunek. Ale nie pomyli? kierunku, natychmiast
wiedzia?, ?e trzeba i tam, gdzie z mazi sterczy kawa?ek czarnego kamienia,
wiedzia?,  chocia? oprcz  tego kawa?ka kamienia nic nie by?o wida w ??tej
mgle.
     - Stj! - wrzasn+?. - Bardziej na prawo! Na prawo od kamienia!
     I znowu nie us?ysza? swojego  g?osu. Wtedy dogoni? Artura, z?apa? go za
rami i pokaza? rk+ - na prawo od kamienia, i schyl g?ow. Zap?acicie mi za
to, pomyla?.  Przy  kamieniu Artur da? nurka i w tej?e chwili z trzaskiem w
czarn+  krawd?  uderzy?  piorun,  rozprysn?y  si w  powietrzu  roz?arzone
okruchy. Zap?acicie  mi  za  to,  powtarza?,  zanurzaj+c si  z  g?ow+  i ze
wszystkich si? pracuj+c rkami i  nogami. W uszach echem  odezwa?o si  nowe
uderzenie gromu. Dusz z was wytrzs za to  wszystko! Pomyla? mimochodem -
a o kogo mi chodzi? nie wiem. Ale kto powinien za to zap?aci i  kto mi za
to  zap?aci!  Poczekajcie, niech  ja  tylko znajd  t  kul, niech j+ tylko
znajd, ja wam  to  gwno w  gard?o wepchn, nie jestem cierwnik, ja z wami
pogadam po swojemu...
     Kiedy  wydostali si na  suche miejsce,  na  rozpalony s?ocem kamienny
?wir,  otumanieni, wy?ci z  si?, kiedy tak chwiej+c si podtrzymywali jeden
drugiego,  ?eby  nie  upa. Red  zobaczy? oblaz?y  furgon, ktry osiad?  na
osiach. Mtnie  przypomnia?  sobie, ?e  tu  obok tego furgonu mo?na usi+ i
odpocz+ w cieniu. Dotarli do  cienia. Artur leg? na plecy i s?abymi palcami
zacz+? rozpina kurtk, a Red opar? si plecakiem o cian furgonu, byle jak
wytar? d?onie o ?wir i sign+? w zanadrze.
     - Ja te? poprosz - powiedzia? Artur. - I  ja te?. mister Shoehart. Red
zdumia? si  s?ysz+c, jakim dononym g?osem mwi ten  ch?opiec,  wypi?  ?yk,
przymkn+? oczy czuj+c, jak  p?omienny oczyszczaj+cy strumie przep?ywa przez
gard?o  i  rozp?ywa si  w  piersi,  ?ykn+?  jeszcze  raz  i poda?  manierk
Arturowi. Skoczone, pomyla? tpo. Przeszlimy. Nawet przez to przeszlimy.
Teraz  -  suma  s?ownie. Mylicie,  ?e zapomnia?em?  nie, wszystko pamitam.
Mylicie, ?e wam podzikuj  za to, ?ecie mnie nie utopili, za to, ?e ?yj?
Tak wam podzikuj, ?e ju?  si do koca dni swoich nie pozbieracie.  Kamie
na kamieniu z tego  nie zostanie.  Teraz ja  o  wszystkim decyduj. Ja,  Red
Shoehart w pe?ni  wiadomoci  i  przy zdrowych  zmys?ach, bd decydowa za
wszystkich.  A  wy, cierwnikI,  gnidy,  przybysze,  quarterbloody, szpicle,
chrypy pod krawatami, w mundurkach, eleganccy, wypielgnowani, z teczkami, z
mowami, dobroczycy  i  pracodawcy,  z wiecznymi akumulatorami,  z wiecznymi
silnikami, z "?ysicami". z k?amliwymi obietnicami
     -  dosy wodzilicie mnie za nos, starczy, cale moje  ?ycie wodzilicie
mnie za nos, a ja idiota pkalem z dumy - patrzcie, robi, co chc, a wycie
mi  tylko  przytakiwali,  a  sami,  mendy  przeklte  mrugalicie  jeden  do
drugiego, i wodzilicie mnie za nos, ganialicie  jak g?upiego, przez gwno,
przez wizienia, przez knajpy. Starczy! Odpi+? pasy plecaka i wzi+? manierk
z r+k Artura.
     - Nigdy bym nie pomyla? - mwi? Artur z ?agodnym zdumieniem w g?osie -
nawet wyobrazi sobie nie mog?em... Wiedzia?em oczywicie - mier, ogie...
ale co takiego? Jak?e my bdziemy szli z powrotem?
     Red nie s?ucha?.  To,  co  teraz mwi? ten cz?owiek,  nie mia?o ?adnego
znaczenia. I przedtem  nie mia?o ?adnego znaczenia, ale przedtem jeszcze by?
cz?owiekiem. A teraz...  teraz to  po  prostu gadaj+cy wytrych,  niech sobie
mwi.
     -  ?eby si tak  umy...  -  Artur  rozgl+da? si zatroskany. - Chocia?
op?uka twarz.

     Red spojrza? na niego z roztargnieniem i zobaczy? zlepione, sko?tunione
w?osy,  wysmarowan+ obsychaj+cym luzem  twarz, lady palcw na policzkach i
ca?ego Artura pokrytego warstw+ spkanego b?ota i  nie czu? ani litoci, ani
rozdra?nienia, nie czu? nic.  Gadaj+cy  wytrych. Odwrci?  oczy.  Przed  nim
rozpociera?a  si,  smtna  jak  porzucony  plac budowy, rwnina,  zasypana
t?uczonym  kamieniem,  przypudrowana bia?ym kurzem,  zalana pal+cym s?ocem,
nieznonie bia?a, z?a, martwa. St+d by?o  ju?  wida odleg?y skraj kopalni -
rwnie? olepiaj+co bia?y,  z  tej odleg?oci  wydawa?  si idealnie rwny i
prostopad?y,  a  bli?szy  brzeg  wytyczy?y   zwa?y  wielkich  roztrzaskanych
kamieni, na d?  odkrywki schodzi?o si w tym  miejscu, gdzie  wrd kamieni
wida by?o czerwon+ plam  kabiny koparki. To by? jedyny punkt orientacyjny,
nale?a?o i prosto na t plam i ju? liczy tylko na szczcie.
     Nagle  Artur  unis? si, wsun+?  rk pod  furgon i wyci+gn+?  stamt+d
zardzewia?+ puszk po konserwach.
     - Niech pan spojrzy, mister Shoehart - powiedzia? z o?ywieniem. - To na
pewno zostawi? ojciec... Tam jest jeszcze kilka.
     Red  nie  odpowiedzia?.  Nie w  por,  pomyla?  obojtnie. Lepiej  dla
ciebie, ?eby teraz ojca  nie wspomina?, lepiej ?eby pomilcza?.  A zreszt+,
co za r?nica... Wsta! i sykn+? z blu,  ubranie przyklei?o si do cia?a, do
poparzonej skry i teraz co  tam si  odrywa?o,  jak banda? przyschnity do
rany. Artur te? wsta?, te? zasycza?, stkn+?  i bolenie spojrza? na Reda  -
wida  by?o,  ?e  ma  ogromn+  ochot  poskar?y  si,  ale  nie ma  odwagi.
Powiedzia? tylko zd?awionym g?osem:
     - Czy nie mg?bym jeszcze troch si napi, mister Shoehart?
     Red  schowa?  manierk, ktr+ do  tej  pory trzyma?  w rku, wsadzi? za
pazuch i powiedzia?:
     - Widzisz to czerwone midzy kamieniami?

     - Widz - powiedzia? Artur i spazmatycznie wci+gn+? powietrze.
     -  Prosto  na  to  czerwone.  Ruszaj. Artur przeci+gn+? si  z  jkiem,
wyprostowa?  ramiona,  skrzywi?  si,   jeszcze   raz  rozejrza?  dooko?a  i
powiedzia?:
     - ?eby chocia? troch si umy... Wszystko si lepi...
     Red czeka?  w  milczeniu.  Artur  spojrza?  na  niego  bez  nadziei  na
zmi?owanie, kiwn+? g?ow+ i ju? mia? ruszy, kiedy znowu stan+?.
     - Plecak - powiedzia?. - Pan zapomnia? o plecaku, mister Shoehart.
     - Marsz! - rozkaza? Red.
     Nie chcia?o mu si wyjania, ani k?ama, zreszt+ po co? I tak pjdzie.
Nie ma innego wyjcia. Pjdzie. I Artur poszed?.  Powlk?  si przygarbiony,
ledwie  przestawiaj+c  nogi, prbuj+c  zerwa  z  twarzy mocno  przyschnit+
skorup, poszed? maleki  teraz, chudy i  ?a?osny jak mokry bezdomny kociak.
Red ruszy? za  nim i  jak tylko wyszed? z cienia, s?oce porazi?o go, musia?
zas?ni oczy d?oni+ ?a?uj+c, ?e nie zabra? ciemnych okularw.
     Ka?dy krok  wzbija? ob?oczek  bia?ego kurzu, kurz  osiad? na  butach  i
mierdzia?, a w?aciwie to  mierdzia?o od  Artura, nie mo?na by?o po prostu
i za  nim i  Red  nie  od razu zrozumia?, ?e  najbardziej mierdzi on sam.
Zapach by?  obrzydliwy,  ale jakby  znajomy  -  tak  w?anie  mierdzia?o  w
miecie, kiedy  p?nocny  wiatr wdmuchiwa? na ulice dym z fabryki. I od ojca
tak  mierdzia?o,  kiedy wraca?  do  domu,  ogromny,  ponury,  z  czerwonymi
wciek?ymi oczami. Wtedy Red chowa? si w najdalszym k+cie i stamt+d patrzy?
ze  strachem,  jak ojciec zdziera z siebie robocz+ kurtk i rzuca matce, jak
ci+ga z olbrzymich stp zdeptane buty, jak wpycha  je pod wieszak,  a sam w
skarpetkach lepko cz?apie do ?azienki pod prysznic i d?ugo si tam  chlapie,
klepie  po  mokrym  cielsku,  trzaska  miednicami, co mamrocze pod nosem, a
potem ryczy na ca?y dom: "Maria! Zasn?a tam?" Trzeba by?o odczeka, a? si
umyje i si+dzie za  st?, na ktrym  stoi ju? wiartka, miska z  gst+ zup+,
keczup, trzeba by?o czeka, pki nie obci+gnie swojej wiartki, nie zje zupy
i dopiero wtedy mo?na by?o wyjrze na wiat bo?y, wdrapa si mu na kolana i
wypytywa,  ktrego  majstra  i ktrego in?yniera ojciec  dzisiaj  utopi?  w
st?onym kwasie siarkowym...
     Wszystko dooko?a  by?o  rozpalone do bia?oci, mdlilo go ze zmczenia i
od suchego, okrutnego upa?u nieludzko bola?a poparzona i spkana skra. Mia?
uczucie, ?e jego  cia?o  prbuje  dokrzycze si do  niego przez gor+c+ mg?
przenikaj+c+  wiadomo,  b?agaj+c o  spokj, wod  i  ch?d.  Wspomnienia,
starte  prawie do szcztu,  k?bi?y si  w puchn+cym  mzgu, krzy?owa?y si,
wplata?y w  bia?y  upalny  wiat pl+saj+cy  przed p?przymknitymi  oczami i
wszystkie by?y gorzkie i cuchn+ce, i wszystkie wywo?ywa?y wierzbi+c+ lito
lub  nienawi.  Prbowa?  wtr+ci si  w ten chaos,  stara?  si  wywo?a z
przeszloci jaki radosny mira?,  uczucie czu?oci, albo rzekoci, wyciska?
z  g?bin  pamici  wie?+,  rozemian+  twarz  Guty,  jeszcze  dziewczynki,
upragnionej i  nieosi+galnej, i ta twarz  nawet pojawi?a  si na moment, ale
natychmiast  deformowa?a  si,  zap?ywa?a  czerwon+ rdz+, i  przemienia?a  w
pospn+, zaronit+ szorstk+,  bur+  sierci+  mordk  Mariszki.  Stara? si
przywo?a z pamici twarz Kiry?a, wspania?ego cz?owieka, jego szybkie zwinne
ruchy,  jego  miech,  jego  g?os obiecuj+cy niebywa?e  i  cudowne  czasy  i
wydarzenia,  i Kiry? pojawia? si, a potem  ostro b?yska?a w s?ocu  srebrna
pajczyna  i oto  ju? nie  ma Kiry?a  i  Redowi patrz+  w  twarz nieruchome,
anielskie oczka Chrypy i  jego  wielka bia?a rka wa?y  na d?oni porcelanowy
kontener... Jakie  ciemne  si?y  wiruj+ce w  jego wiadomoci b?yskawicznie
?ama?y ochronn+ barier  woli i zatapia?y te nieliczne kruszyny dobra, ktre
chroni?a jego  pami,  i ju? wydawa?o si, ?e niczego  dobrego w  ogle nie
by?o, a tylko te upiorne maski, maski, maski...
     I  ani  przez chwil  nie  przestawa?  by  stalkerem. Nie  myl+c, nie
kojarz+c, nie zapamituj+c nawet, odnotowywa? instynktownie, ?e tam na lewo,
w bezpiecznej odleg?oci, nad kup+ starych desek stoi "weso?y upir"
     - spokojny,  wy?adowany, no i  pies  z  nim tacowa?; a z prawej powia?
s?aby  wietrzyk i  po kilku  krokach sta?a si widoczna  g?adka  jak  lustro
"?ysica", wieloogoniasta niby rozgwiazda - daleko, nie ma  si czego obawia
-  a w  samym rodku "?ysicy" le?y  ptak,  p?aski  jak cie, rzadki wypadek,
ptaki  nad Stref+  na  og?  nie  lataj+, nie  opodal poniewieraj+  si  dwa
porzucone "pustaki"  - pewnie cierwnik zostawi? wracaj+c, strach okaza? si
silniejszy od chciwoci...  Wszystko to widzia? i wszystko bra?  pod uwag i
wystarczy?o, ?eby nieszczsny Artur chocia? na  krok zboczy?  z drogi, kiedy
usta Reda same si otwiera?y i ostrzegawczy  okrzyk sam wylatywa? z  gard?a.
Maszyna,  myla?. Zrobilicie ze  mnie  maszyn... A strzaskane kamienie  na
brzegu  kopalni  zbli?a?y  si  coraz  bardziej  i ju? mo?na  by?o  odr?ni
cudaczny rysunek rdzy na dachu koparki.
     G?upi jeste, Barbridge,  myla? Red. Chytry a g?upi.  Jak ty mi mog?e
zaufa? Przecie? znasz mnie od takiego, lepiej  powiniene mnie zna  ni? ja
sam siebie.  Zestarza?e  si,  oto  gdzie  pies  pogrzebany.  Zg?upia?e na
staro. Zreszt+, ca?e  ?ycie zadawa?e si  z  g?upcami... Wyobrazi?  sobie
mord cierwnika,  kiedy  si  dowiedzia?,  ?e  Artur,  jego  Archie,  synek
najukochaszy... ?e  po jego,  cierwnika, nogi poszed? do Strefy nie  jaki
nikomu  niepotrzebny   szczeniak,  a  syn  rodzony,  duma  i  nadzieja...  I
wyobraziwszy  sobie t mord  Red  zamia?  si,  a  kiedy Artur spojrza?  z
przera?eniem, nadal miej+c si, machn+? mu rk+:
     - Marsz! Marsz! I znowu pope?z?y przez wiadomo

     Jak na ekranie maski,  maski, maski... nale?a?o zmieni  wszystko,  nie
jedno ?ycie, nie dwa ?ycia, nie jeden los i nie dwa losy - ka?d+ rubk tego
smrodliwego wiata nale?a?o zmieni...
     Artur  zatrzyma?  si  przed  stromym  zejciem  do  wykopu,  zastyg? i
wyci+gaj+c d?ug+  szyj patrzy?  na d? i  w dal. Red  podszed? do  niego  i
stan+? obok. Ale nie spojrza? tam, gdzie patrzy? Artur.
     Prosto  spod  ng  w g?+b odkrywki prowadzi?a  droga,  wiele  lat  temu
rozje?d?ona g+sienicami i ko?ami ci?arwek. ciana wykopu po prawej stronie
by?a bia?a i  popkana od  s?oca,  a z lewej  na  wp?  rozwalona. I  wrd
kamieni  i zwa?w t?ucznia sta?a przekrzywiona  koparka,  a  jej  opuszczona
?y?ka bezsilnie  le?a?a  na skraju drogi, i jak  nale?a?o oczekiwa, niczego
wicej  na drodze wida nie by?o, tylko  przy samej ?y?ce, z za?omw zbocza,
zwisa?y  czarne skrcone  sople  podobne do grubych  lanych wiec, i jeszcze
kurz  by? popstrzony mnstwem kleksw, jakby kto kiedy chlusn+? smo?+. Oto
wszystko, co z nich zosta?o, i  nawet nie wiadomo, ilu ich tu by?o. By mo?e
ka?dy kleks  - to  jeden  cz?owiek, jedno  ?yczenie  cierwnika.  Ten  -  to
cierwnik zdrowy i ca?y wydosta? si z piwnicy sidmego bloku. Tamten troch
wikszy  -  to cierwnik bez przeszkd  wynis? ze Strefy "?ywy  magnes".  A
tamten  sopel -  to  cudowna,  niepodobna  ani do ojca,  ani  do  matki Dina
Barbridge.  A ta  -  plama -  niepodobny  ani  do matki,  ani  do ojca Artur
Barbridge, liczny Archie, duma...
     -  Doszlimy  -  nieprzytomnie  wychrypia?  Artur.  - Mister  Shoehart,
przecie? w kocu doszlimy!
     Zamia? si szczliwym miechem, przykucn+? i obiema piciami z ca?ej
si?y  zacz+? bbni po ziemi.  Ko?tun na jego g?owie podskakiwa? miesznie i
bezsensownie, lecia?y  we wszystkie strony kawa?eczki  zaschnitego b?ota. I
dopiero teraz  Red podnis?  oczy i spojrza? na  kul.  Ostro?nie. Z  pewnym
lkiem.

     Z  ukrytym strachem, ?e bdzie jaka nie  taka -  ?e rozczaruje, wywo?a
zw+tpienie,  str+ci  z  ob?okw, na ktre  uda?o  si  wspi+,  zach?ystuj+c
drastwem...
     Nie  by?a z?ota,  by?a  raczej miedziana,  czerwonawa, idealnie g?adka,
matowo po?yskuj+ca w s?ocu. Le?a?a pod  cian+ wykopu,  wygodnie usadowiona
midzy  grudami  zwietrza?ego urobku  i  nawet  st+d by?o wida,  jaka  jest
masywna i jak ci?ko przygniot?a swoje legowisko.
     Nie by?o  w niej  nic z rozczarowania  czy  zw+tpienia, ale te? nic, co
budzi nadziej, nie  wiadomo dlaczego od razu przychodzi?o do g?owy, ?e musi
by pusta w rodku,  i bardzo gor+ca  - rozpalona  s?ocem. Z  pewnoci+ nie
wieci?a  w?asnym  wiat?em,  z  pewnoci+  nie  by?a w  stanie  wzlatywa w
powietrze i taczy, jak to czsto  czyni?a  w  legendach. Le?a?a tam, gdzie
upad?a.  By  mo?e wypad?a  z jakiej ogromnej kieszeni albo zaturlala  si,
zgubi?a  w  czasie  zabawy  nieznanych gigantw  - nikt jej tu nie  ustawi?,
le?a?a porzucona, porzucona dok?adnie tak samo, jak te  wszystkie "pustaki",
"bransoletki", bateryjki i reszta miecia pozosta?a po L+dowaniu.
     Ale zarazem co w niej jednak by?o. I im d?u?ej Red na ni+ patrzy?, tym
janiej  wiedzia?,  ?e patrze na ni+  jest przyjemnie, ?e  ma si ochot do
niej  podej,  pog?aska j+, dotkn+ i nagle, nie wiadomo sk+d, przyp?yn?a
myl, ?e zapewne mi?o jest usi+ obok niej albo jeszcze lepiej oprze si o
ni+ plecami, odrzuci do ty?u g?ow, przymkn+ oczy, rozmyla, wspomina, a
mo?e po prostu zdrzemn+ si i odpocz+.
     Artur poderwa? si na nogi, szarpn+? zamki na swojej kurtce, zdar? j+ z
siebie i z  rozmachem  rzuci? pod  nogi, wzbijaj+c chmur ciemnego py?u. Co
wykrzykiwa?, krzywi+c si  i machaj+c rkami, potem za?o?y? rce do ty?u i w
zawi?ym  tacu,  w  podskokach  zbieg?  na  d?.  Ju?  nie patrzy?  na Reda,
zapomnia?  o  nim,  zapomnia?  o  wszystkim  -  pieszy? wypowiedzie  swoje
?yczenia, malutkie,  tajemne  ?yczenia rumieni+cego si  studenta,  ch?opca,
ktry  jeszcze  nigdy nie  widzia?  ?adnych pienidzy  oprcz kieszonkowych,
m?okosa,  ktry jeszcze nigdy w ?yciu nie widzia? nagiej dziewczyny, tyle co
na zdjciach, ktrego bito bez litoci, jeli wypi? chocia? jeden kieliszek,
ktrego wychowywano na  s?awnego adwokata, a  w  perspektywie  ministra, a w
najdalszej,  sami rozumiecie - prezydenta... Red, mru?+c  od pal+cego s?oca
zaczerwienione powieki, w milczeniu  ledzi? Artura.  By? zimny  i spokojny,
wiedzia?, co zaraz si stanie, wiedzia?, ?e nie bdzie na to patrze, ale na
razie nie musia?  jeszcze odwraca oczu, wic patrzy? i nic szczeglnego nie
odczuwa?, mo?e tylko gdzie - bardzo, bardzo g?boko  - niespokojnie obudzi?
si pewien robak i poruszy? k?uj+cym ?ebkiem.
     A   ch?opak  ci+gle  jeszcze   schodzi?  tanecznym  krokiem,  wybijaj+c
nieopisany rytm i bia?y kurz wybucha? pod jego stopami. Krzycza? co na ca?y
g?os, bardzo d?wicznie i bardzo radonie,  i bardzo uroczycie jak piosenk
albo jak zaklcie
     - i wtedy Red pomyla?, ?e chyba po raz pierwszy, od czasu jak istnieje
ta kopalnia, kto zbieg? na d?, jakby pieszy? na  wito. I pocz+tkowo nie
s?ucha?, co tam wykrzykuje  ten gadaj+cy wytrych,  a  potem jakby kto w nim
nacisn+? w?+cznik i wtedy us?ysza?:
     -  Szczcie  dla  wszystkichl... Za  darmo!... Ile  kto  zapragnie!...
Chod?cie  tu  wszyscy!...  Starczy  dla  wszystkich!...  nikt  nie  odejdzie
pokrzywdzony!... Za darmo!... Szczcie!... Za darmo!...
     A potem nagle  zamilk?, jakby ogromna rka z rozmachem  wepchn?a  mu w
usta knebel,  i Red zobaczy?, jak przezroczysta pustka  przyczajona w cieniu
koparki  schwyci?a  ch?opca,  rzuci?a  w powietrze  i  powoli,  z  wysi?kiem
skrci?a tak, jak  kobiety wy?ymaj+ bielizn po praniu. Red zd+?y? dostrzec,
jak jeden  zakurzony p?bucik zelizgn+? si  z  drgaj+cej  nogi  i polecia?
wysoko do  gry.  Wtedy Red  odwrci? si  i usiad?. G?ow  mia?  absolutnie
pust+, bez  jednej myli - straci?  wiadomo istnienia. Wok? by?o cicho i
szczeglnie cicho by?o z ty?u za plecami, tam na drodze. Przypomnia? sobie o
manierce - bez zwyk?ej radoci, po prostu tak jak o lekarstwie, ktre nale?y
za?y  o  w?aciwej  porze. Zdj+? zakrtk i  zacz+?  pi malekimi  sk+pymi
?ykami i po raz pierwszy w ?yciu zapragn+?, ?eby w manierce zamiast alkoholu
znalaz?a si zwyczajna zimna woda...
     Up?yn+?  czas  jaki i  w  g?owie  zacz?y si  pojawia  mniej  wicej
sensowne  myli. Oto wszystko,  myla?  apatycznie. Droga wolna.  Ju?  teraz
mo?na  by i, ale oczywicie lepiej poczeka  jeszcze troch.  "Wy?ymaczki"
maj+  swoje dziwactwa.  Zreszt+  i tak trzeba  pomyle, niezwyk?e zajcie -
mylenie, i to jest w?anie najwiksze nieszczcie. Co  to znaczy "myle"?
Myle, to znaczy  wykrci si,  skombinowa, zaszachrowa, owin+  dooko?a
palca, ale tu w?anie to wszystko jest nieprzydatne...
     No  dobra. Mariszka,  ojciec... Zap?aci  im za  wszystko,  zdepta  na
mier kanalie, niech ?r+ gwno, jak ja ?ar?em... nie, to nie to, to nie to.
Rudy... To znaczy oczywicie to, ale co to wszystko znaczy? Czego mi trzeba?
To  przecie?  przeklestwa  a nie  myli. Zmartwia?  od jakiego  strasznego
przeczucia i  od  razu  zostawiaj+c  na boku  rozstrzygnicia i rozwi+zania,
ktre jeszcze  mia?  przed sob+, rozkaza? sobie bez litoci, a wic s?uchaj,
rudy ?ajdaku, nie odejdziesz st+d,  pki  nie wymylisz czego, co ma sens i
wag, zdechniesz tu obok tej b?yskotki, usma?ysz si, zgnijesz cierwo,  ale
nie odejdziesz...
     Bo?e,  gdzie? s+ moje s?owa i  moje  myli? Z rozmachem uderzy?  si na
wp? otwart+, pici+ w twarz. Przecie? przez ca?e ?ycie ani  jedna myl nie
zawita?a  mi w g?owie! Poczekaj, przecie? kiedy Kiry? mwi? co takiego...
Kiry?! Gor+czkowo szuka? we wspomnieniach, wyp?ywa?y jakie s?owa, znajome i
na wp?  nieznajome,  ale to wszystko  by?o nie to,  dlatego  ?e  nie  stowa
zosta?y  po  mierci  Kiry?a  -  zosta?y  jakie  niewyra?ne obrazy,  bardzo
szlachetne, ale przecie? zupelnie nieprawdopodobne...
     Pod?o, pod?o...  I  nawet  tu  mnie dopadli, bez  jzyka zostawili,
dranie.  Oprych...  Jak  by?em  oprychem,  oprychem zdechn...  Tak by  nie
powinno!  S?yszysz?  ?eby  w  przysz?oci co takiego  by?o  raz  na  zawsze
zabronione!  Czlowiek  rodzi  si  po  to,  ?eby  myle  (oto  jest  Kiry?,
nareszcie!). Tylko ?e ja w to  nie wierz, a po co cz?owiek si rodzi  - nie
mam  pojcia.  Urodzi? si - no i jest. Ka?dy si  przepycha,  jak  potrafi.
Niech wszystkim nam dobrze si wiedzie, a oni ?eby pozdychali. A kto to  my?
A  kto oni?  nic  nie  rozumiem.  Mnie bdzie  dobrze -  Barbridge'owi  ?le,
Barbridge'owi dobrze - Okularnikowi ?le,  Chrypie dobrze  - wszystkim  ?le i
samemu Chrypie te? ?le, tylko on dure wyobra?a  sobie, ?e w por uda mu si
wywin+... Bo?e, jaka to straszna kasza! Ja ca?e ?ycie wojowa?em z kapitanem
Quarterbloodem, a on ca?e ?ycie wojuje  z Chryp+, i ode mnie, je?opa, chcia?
tylko jednego - ?ebym przesta?  by stalkerem.  Ale jak ja  mog?em przesta,
kiedy musz utrzyma  rodzin? I do pracy? A ja nie chc na  was pracowa,
mdli  mnie  od waszej pracy,  mo?ecie  to zrozumie? Jeli cz?owiek pracuje,
zawsze pracuje na kogo, a wtedy nie jest cz?owiekiem  tylko niewolnikiem, a
ja wszdzie i zawsze chcia?em sam, chcia?em  by  sam,  ?eby mle wszystkich
gdzie, razem z ich smutkiem i beznadziejnym ?alem...
     Dopi? koniak i z ca?ej si?y r+bn+?  pust+, manierk+ o ziemi.  Manierka
podskoczy?a,  b?ysn?a  na s?ocu  i gdzie si poturla?a  - od razu  o niej
zapomnia?.  Teraz  siedzia?,  zas?aniaj+c  rkami  oczy i  prbowa? ju?  nie
zrozumie, nie  wymyli, ale  chocia?by zobaczy, jak to powinno  wygl+da,
ale  znowu  widzia?  tylko maski, maski, maski...  banknoty,  butelki,  kupy
szmat, ktre kiedy by?y lud?mi, kolumny liczb...  Wiedzia?,  ?e to wszystko
nale?y  zniszczy,  ale domyla? si,  ?e  nawet  je?eli to  wszystko bdzie
zniszczone, to nie  zostanie nic -  tylko  naga i pusta ziemia.  W bezsilnej
rozpaczy zapragn+? znowu oprze si  o co plecami i odrzuci do ty?u g?ow.
Wsta?, machinalnie otrzepa? spodnie i zacz+? schodzi do wykopu.
     S?oce pali?o, przed oczami lata?y czerwone plamy, drga?o  powietrze na
dnie wykopu i przez to drganie wydawa?o si, ?e kula taczy  w  miejscu  jak
boja na falach.  Przeszed? obok  koparki podnosz+c wysoko nogi  i zabobonnie
uwa?aj+c, ?eby nie nadepn+ na czarne kleksy, potem wizn+c w piachu powlk?
si  na  ukos przez ca?y wykop do  tacz+cej  i  mrugaj+cej kuli. By?  zlany
potem, dusi? si z gor+ca, a jednoczenie wstrz+sa?y nim zimne dreszcze, jak
po przepiciu, w zbach skrzypia? kredowy  py?.  I  ju?  wicej nie  prbowa?
myle.  Tylko  z  rozpacz+  powtarza? jak  modlitw:  "Jestem  zwierzciem,
widzisz  przecie?, ?e jestem zwierzciem. Nie  znam s?w, nie  nauczono mnie
mwi, nie umiem myle, te kanalie nie da?y mi uczy si myle. Ale je?eli
naprawd jeste taka... wszechmocna... wszechmog+ca...  wszechrozumiej+ca...
zdecyduj!  Wejrzyj w moj+ dusz - ja wiem, w niej  jest  wszystko,  czego ci
trzeba. Musi by!  Przecie? nigdy i nikomu nie sprzeda?em duszy!  Jest moja,
cz?owiecza! Sama wydob+d? ze mnie  to, czego chc -  przecie? to niemo?liwe,
?ebym  chcia?  z?a! Niech wszystko bdzie przeklte,  przecie? nic nie umiem
wymyli oprcz tych jego s?w:
     -  SZCZCIE DLA  WSZYSTKICH  ZA  DARMO!  I  NIECH  NIKT  NI  ODEJDZIE
SKRZYWDZONY!

: 53, Last-modified: Thu, 13 Mar 2003 11:04:09 GMT