Arkadij i Borys Strugaccy. Pora DeszczÕw
---------------------------------------------------------------
© Copyright áÒËÁÄÉÊ É âÏÒÉÓ óÔÒÕÇÁÃËÉÅ
© Copyright Prze?o?y?a: Irena Lewandowska
WWW: http://rusf.ru/abs/
Origin: http://www.scan-dal.prv.pl
---------------------------------------------------------------
Pora DeszczÕw
Prze?o?y?a: Irena Lewandowska
Kiedy Irma wysz?a, chuda, d?ugonoga, u?miechajNoc siË po doros?emu
szerokimi i jaskrawoczerwonymi jak u matki ustami, d?ugo zamykajNoc za sobNo
drzwi, Wiktor zajNo? siË starannym zapalaniem papierosa. To wcale nie jest
dziecko, my?la? oszo?omiony, dzieci nie rozmawiajNo w ten sposÕb. To nawet
nie brutalno?Ö, to okrucieÓstwo i nawet nie okrucieÓstwo - po prostu jest
jej wszystko jedno. Jakby nam udowodni?a twierdzenie matematyczne - wszystko
obliczy?a, przeanalizowa?a, rzeczowo zakomunikowa?a wynik i oddali?a siË
potrzNosajNoc warkoczykami, absolutnie spokojna.
PrzezwyciË?ajNoc za?enowanie Wiktor spojrza? na LolË. Na twarzy mia?a
czerwone plamy, wargi jej dr?a?y, jakby chcia?a siË rozp?akaÖ, ale
oczywi?cie p?akaÖ nie zamierza?a, by?a rozw?cieczona do ostateczno?ci.
- Widzisz? - zapyta?a Wysokim g?osem. - Taka smarkata... GÕwniara! Nie
ma dla niej nic ?wiËtego, ka?de s?owo - zniewaga, jakbym nie by?a jej
matkNo, tylko szmatNo do pod?ogi, o ktÕrNo mo?na wytrzeÖ buty. Wstyd mi
przed sNosiadami! Paskudztwo, chamka...
Tak, pomy?la? Wiktor, i ja z tNo kobietNo ?y?em. Chodzi?em z niNo w
gÕry, czyta?em jej Baudelairea, dr?a?em od jej dotkniËcia, pamiËtam jej
zapach., jzdaje siË, ?e nawet bi?em siË o niNo. Do dzisiaj nie rozumiem, o
czym ona my?la?a, kiedy czyta?em jej Baudelairea? Nie, to doprawdy
zdumiewajNoce, ?e uda?o mi siË od niej uciec. Po prostu niepojËte, jak to
siË sta?o, ?e mnie wypu?ci?a? Zapewne te? nie by?em bukiecikiem fio?kÕw.
Pewnie i teraz nie jestem, ale wtedy pi?em jeszcze wiËcej ni? obecnie, a do
tego uwa?a?em siË za wielkiego poetË.
- Ty, oczywi?cie, nie masz do tego g?owy, gdzie tam - mÕwi?a Lola -
?ycie w stolicy, rÕ?ne tam primabaleriny, artystki... Wiem wszystko. Nie
wyobra?aj sobie, ?e my o niczym nie wiemy. I ta twoja ogromna forsa, i
kochanki, i nie koÓczNoce siË skandale... Je?li chcesz wiedzieÖ, mnie to
jest doskonale obojËtne, nie przeszkadza?am ci, robi?e? co chcia?e?...
W ogÕle gubi jNo to, ?e bardzo du?o mÕwi. Jako panna by?a cicha,
milczNoca i tajemnicza. SNo takie panienki, ktÕre od urodzenia wiedzNo, jak
siË zachowaÖ. Ona wiedzia?a. ZresztNo i teraz w?a?ciwie nieñle wyglNoda,
kiedy na przyk?ad siedzi milczNoc na kanapie z papierosem i pokazuje
kolana... albo nagle splecie d?onie na karku i siË przeciNognie... Na
prowincjonalnego adwokata to powinno nadzwyczajnie dzia?aÖ... Wiktor
wyobrazi? sobie sympatyczny wieczÕr - ten stolik przysuniËty tak do kanapy,
butelka, szampan pieni siË w kielichach, przewiNozana wstNo?eczkNo
bombonierka czekolady i sam adwokat - wykrochmalony, muszka pod szyjNo.
Wszystko jak u ludzi i nagle wchodzi Irma... Koszmar, pomy?la? Wiktor,
nieszczËsna kobieta.
- Sam powiniene? zrozumieÖ - mÕwi?a Lola - ?e nie chodzi o pieniNodze,
nie pieniNodze teraz o wszystkim decydujNo. - Ju? siË uspokoi?a, czerwone
plamy znik?y. - Wiem, ?e na swÕj sposÕb jeste? uczciwym cz?owiekiem,
kapry?nym, rozpuszczonym, ale przecie? nie z?ym. Zawsze nam pomaga?e? i
je?eli o to chodzi, nie mam do ciebie ?adnych pretensji. Ale nie taka pomoc
jest mi teraz potrzebna. Nie mogË powiedzieÖ, ?e jestem szczË?liwa, ale
unieszczË?liwiÖ mnie rÕwnie? ci siË nie uda?o. Masz swoje ?ycie, a ja mam
swoje. Nawiasem mÕwiNoc, jeszcze nie jestem stara i niejedno jeszcze przede
mnNo...
Dziecko trzeba bËdzie zabraÖ, pomy?la? Wiktor. Jak widaÖ, Lola ju? o
wszystkim zadecydowa?a. Je?eli IrmË tu zostawiÖ, w domu zacznie siË piek?o.
Dobrze, ale gdzie ja jNo podziejË? SprÕbuj byÖ uczciwy, zaproponowa? sam
sobie, po prostu uczciwy. Tu trzeba uczciwie, to nie zabawka... Bardzo
uczciwie przypomnia? sobie swoje ?ycie w stolicy. - Niedobrze, pomy?la?.
Mo?na oczywi?cie najNoÖ gosposiË. To znaczy wynajNoÖ na stale mieszkanie...
ZresztNo nie o to chodzi - Irma powinna byÖ ze mnNo, a nie z gosposiNo. ..
Podobno dzieci wychowywane przez ojcÕw - to najlepsze dzieci. Poza tym ona
mi siË podoba, chocia? to bardzo - dziwne dziecko. A w ogÕle to mÕj
obowiNozek. ObowiNozek uczciwego cz?owieka i ojca. I w tym wszystkim jest
wiele mojej winy. Ale to wszystko literatura. A gdyby tak uczciwie? Je?li
uczciwie - to siË bojË. Dlatego, ?e ona bËdzie sta?a przede mnNo
u?miechajNoc siË szerokimi ustami, a co ja jej potrafiË powiedzieÖ? Czytaj,
czytaj codziennie, czytaj, jak mo?esz najwiËcej, nie musisz robiÖ nic
innego, tylko czytaj. Ona to wie i beze mnie, a nic wiËcej nie mam jej do
powiedzenia. Dlatego w?a?nie siË bojË... Ale to jeszcze nie wszystko, je?li
zupe?nie uczciwie. Ja nie chcË, i o to w?a?nie chodzi. Przyzwyczai?em siË do
samotno?ci. I lubiË samotno?Ö. Nie chcË, ?eby by?o inaczej... I tak to
w?a?nie wyglNoda, je?li zupe?nie uczciwie. Obrzydliwie wyglNoda, jak
zresztNo ka?da prawda. Cynicznie wyglNoda, egoistycznie, wstrËtnie.
Uczciwie.
- Dlaczego milczysz? - zapyta?a Lola. - Masz zamiar tak milczeÖ bez
koÓca?
- Nie, nie, s?ucham ciË - po?piesznie powiedzia? Wiktor.
- NaprawdË s?uchasz? Od pÕ? godziny czekam, ?eby? by? ?askaw
zareagowaÖ. Ostatecznie to nie tylko mÕj e dziecko...
A z niNo te? trzeba uczciwie? - pomy?la? Wiktor. Z niNo to ju? zupe?nie
nie mam ochoty - uczciwie. Ona zdaje siË, wyobrazi?a sobie, ?e taki problem
mo?na rozwiNozaÖ w ciNogu paru sekund, nie ruszajNoc siË z miejsca, miËdzy
jednym papierosem a drugim.
- Zrozum - powiedzia?a Lola - przecie? nie proponujË, ?eby? siË sam
niNo zajmowa?. Przecie? wiem, ?e jej nie weñmiesz i dziËki Bogu, ?e nie
weñmiesz, zupe?nie siË do tego nie nadajesz. Ale przecie? masz znajomo?ci,
kontakty, pomimo wszystko jeste? do?Ö znanym cz?owiekiem - pomÕ? mi jNo
jako? urzNodziÖ! SNo u nas przecie? jakie? szko?y dla uprzywilejowanych,
pensje, specjalne gimnazja. Irma jest zdolnym, muzykalnym dzieckiem, ma
zdolno?ci matematyczne i do jËzykÕw.
- Pensja - powiedzia? Wiktor. - Tak, oczywi?cie... pensja...
Sierociniec... Nie, nie, ?artujË. Warto nad tym pomy?leÖ.
- O czym tu my?leÖ? Ka?dy by siË cieszy?, gdyby mÕg? umie?ciÖ swoje
dziecko na dobrej pensji albo w specjalnym gimnazjum. ?ona naszego
dyrektora...
- S?uchaj Lolu - powiedzia? Wiktor. - To jest dobry pomys? i postaram
siË co? za?atwiÖ. Ale to nie takie proste, i na to potrzebny jest czas.
Oczywi?cie napiszË.
- NapiszË! To ca?y ty. Nie trzeba pisaÖ, tylko jechaÖ, osobi?cie
prosiÖ, k?aniaÖ siË! Tak czy inaczej nic tu nie robisz! Tylko pijesz i
w?Õczysz siË z dziwkami! Czy naprawdË tak trudno, dla rodzonej cÕrki...
O do diab?a, pomy?la? Wiktor, jak tu jej wszystko wyt?umaczyÖ? Znowu
zapali? papierosa, wsta? i przespacerowa? siË po pokoju. Za oknem
zmierzcha?o siË i po dawnemu la? deszcz, obfity, ciË?ki, niespieszny -
deszcz, ktÕrego by?o bardzo du?o i ktÕry wyrañnie donikNod siË nie spieszy?.
- Ach, jak ty mi obrzyd?e?! - powiedzia?a Lola z nieoczekiwanNo
z?o?ciNo - gdyby? wiedzia?, jak mi obrzyd?e?...
Czas i?Ö, pomy?la? Wiktor. Zaczyna siË ?wiËty macierzyÓski gniew,
w?ciek?o?Ö porzuconej kobiety i temu podobne. Tak czy inaczej, dzisiaj nic
jej nie odpowiem. I niczego nie bËdË obiecywa?...
W niczym nie mo?na na ciebie liczyÖ - mÕwi?a dalej Lola. - Nieudany
mNo?, ojciec do niczego.... modny pisarz, widzicie go! Rodzonej cÕrki nie
potrafi? wychowaÖ... Pierwszy lepszy kmiot zna siË na ludziach lepiej ni?
ty! No i co ja mam teraz robiÖ? Z ciebie przecie? nie ma ?adnego po?ytku.
Sama goniË resztkNo si? i nic z tego nie wynika. Nic dla niej nie znaczË,
pierwszy lepszy mokrzak jest dla niej sto razy wa?niejszy ni? ja. No, nic,
jeszcze zobaczysz! Ty jej niczego nie uczysz, doczekasz siË, ?e tamci jNo
nauczNo! Doczekasz siË, ?e napluje ci w mordË tak jak mnie...
- PrzestaÓ, Lolu - powiedzia? Wiktor krzywiNoc siË. - Chyba jednak
trochË przesadzasz. Jestem jej ojcem, to prawda, ale ty jeste? jej matkNo...
Twoim zdaniem wszyscy sNo winni oprÕcz ciebie...
- Wyno? siË! - powiedzia?a Lola.
- Wiesz, co ci powiem? - powiedzia? Wiktor. - Nie mam zamiaru siË z
tobNo k?ÕciÖ. BËdË my?leÖ. A ty...
Sta?a teraz wyprostowana i nieomalI dygota?a, przewidujNoc oskar?enie,
gotowa z rozkoszNo rzuciÖ siË w k?ÕtniË.
- A ty - spokojnie powiedzia? Wiktor - postaraj siË nie denerwowaÖ. Co?
wymy?limy. ZadzwoniË do ciebie.
Wszed? do przedpokoju i w?o?y? p?aszcz. P?aszcz by? jeszcze mokry.
Wiktor zajrza? do pokoju Irmy, ?eby siË po?egnaÖ, ale Irmy nie by?o. Okno
by?o otwarte na o?cie?, deszcz chlusta? na parapet. ?cianË zdobi?
transparent - wielkie, ?liczne litery ?Noda?y ProszË nigdy nie zamykaÖ okna.
Transparent by? pomiËty, z?achmaniony i pokryty ciemnymi plamami, jakby go
wielokrotnie zrywano i deptano nogami. Wiktor zamknNo? drzwi.
- Do widzenia Lolu - powiedzia?. Lola nie odpowiedzia?a.
Na ulicy by?o ju? zupe?nie ciemno. Deszcz zastuka? po ramionach, po
kapturze. Wiktor przygarbi? siË wepchnNo? rËce g?Ëbiej do kieszeni. O, na
tym skwerze po raz pierwszy poca?owali?my siË, pomy?la?. A tego domu wtedy
jeszcze nie by?o, by? pusty plac, a za placem - wysypisko ?mieci, tam
strzelali?my z procy do kotÕw. W mie?cie by?o diabelnie du?o kotÕw, a teraz
nie widzia?em ani jednego... Nie czytali?my tedy w ogÕle, a Irma mia?a pe?en
pokÕj ksiNo?ek. Jakie by?y w moich czasach dwunastoletnie dziewczynki?
Piegowate, rozchichotane stworzenia, kokardy, lalki, obrazki z zajNoczkami i
krÕlewnNo ?nie?kNo, zawsze we dwie, we trzy, szepczNoce sobie na ucho,
torebki ciNogutek, zepsute zËby. Czy?cioszki, skar?ypyty, a najlepsze z nich
by?y takie same jak my - podrapane kolana, oczy dzikie jak u rysia,
sk?onno?Ö do odstawiania nogi... Wreszcie nastNopi?y nowe czasy, czy co?
Nie, pomy?la?. To nie czasy. To znaczy czasy oczywi?cie rÕwnie?... A mo?e
mam cÕrkË wunderkinda? Przecie? zdarzajNo siË wunderkindy. Jestem ojcem
wunderkinda. To bardzo zaszczytne, ale k?opotliwe, i nie tyle zaszczytne,
ile k?opotliwe, zresztNo koniec koÓcÕw wcale nie zaszczytne... A tË uliczkË
zawsze lubi?em, dlatego ?e jest najwË?sza ze wszystkich. Tak, a oto i
bijatyka. S?usznie, u nas po prostu inaczej nie mo?na. Tak by?o u nas od
zarania dziejÕw. A w dodatku dwÕch na jednego...
Na rogu sta?a latarnia. Na granicy o?wietlonej przestrzeni mÕk?
samochÕd z brezentowNo budNo, a obok samochodu dwÕch w b?yszczNocych
p?aszczach przygina?o do jezdni trzeciego - w czym? czarnym i mokrym.
Wszyscy troje z wysi?kiem niezgrabnie dreptali po kocich ?bach. Wiktor
zatrzyma? siË, a nastËpnie podszed? bli?ej. Trudno by?o pojNoÖ, co tu siË
w?a?ciwie dzieje. Do bÕjki niepodobne - nikt nikogo nie bije. Na zapasy dla
wy?adowania m?odzieÓczych si? tym bardziej nie wyglNoda?o - nie s?ychaÖ
zawadiackich okrzykÕw, ani dziarskiego rechotu... Trzeci - ten w czerni -
nagle wyrwa? siË, upad? na plecy, a dwaj w p?aszczach zwalili siË
natychmiast na niego. I wtedy Wiktor zauwa?y?, ?e drzwi samochodu by?y
szeroko otwarte i pomy?la?, ?e czarnego albo w?a?nie wyciNogniËto stamtNod,
albo prÕbujNo go tam wepchnNoÖ. Podszed? bardzo blisko i zarycza?:
- WrÕÖ!
Dwaj w p?aszczach odwrÕcili siË jednocze?nie i przez kilka sekund
patrzyli na Wiktora spod nasuniËtych na oczy kapturÕw. Wiktor zauwa?y?
tylko, ?e obaj sNo m?odzi, ?e usta majNo otwarte z wysi?ku, a nastËpnie obaj
z niebywa?No szybko?ciNo dali nura do samochodu, silnik zawy?, drzwi
trzasnË?y i samochÕd zniknNo? w ciemno?ciach. Cz?owiek w czerni powoli wsta?
i przyjrzawszy mu siË Wiktor odstNopi? do ty?u. By? to chory z leprozorium -
"mokrzak" albo "okularnik" jak ich nazywano z powodu ?Õ?tych krËgÕw wokÕ?
oczu - w opasce z gËstego grubego materia?u zas?aniajNocej dolnNo czË?Ö
twarzy. Oddycha? ciË?ko, z trudem unoszNoc resztki brwi. Po ?ysej g?owie
sp?ywa?a wÕda.
- Co siË sta?o? - zapyta? Wiktor.
Okularnik patrzy? nie na niego, tylko w bok, oczy wysz?y mu na wierzch.
Wiktor chcia? siË odwrÕciÖ, i wtedy co? go z chrzËstem rNobnË?o w kark, a
kiedy oprzytomnia?, stwierdzi?, ?e le?y twarzNo do gÕry pod chlustajNocNo
rynnNo. Woda wpada?a mu do ust, by?a ciep?awa, o posmaku rdzy. PlujNoc i
kaszlNoc odsunNo? siË i usiad?, opierajNoc plecy o ceglany mur. Woda, ktÕra
nagromadzi?a siË w kapturze pop?ynË?a teraz za ko?nierz, moczNoc plecy. W
g?owie hucza?y dzwony, trNobi?y trNoby i bi?y bËbny. Przez tË orkiestrË
Wiktor wypatrzy? przed sobNo chudNo ciemnNo twarz. ZnajomNo. Gdzie? ju? go
widzia?. Jeszcze przed tym zanim us?ysza? szczËk w?asnych zËbÕw... Pomaca?
jËzykiem, ruszy? szczËkNo. ZËby by?y w porzNodku. Ch?opiec nabra? pod rynnNo
wody w d?onie i chlusnNo? mu w oczy.
- Mi?y mÕj - powiedzia? Wiktor. - Wystarczy.
- Wydawa?o mi siË, ?e pan jeszcze nie oprzytomnia? - powiedzia?
ch?opiec z powagNo.
Wiktor ostro?nie wsunNo? d?oÓ pod kaptur i pomaca? kark. Tam by? guz -
nic strasznego, ?adnych pogruchotanych ko?ci, nawet krwi nie by?o.
- Kto to mnie tak? - zapyta? z zadumNo. - Nie ty, mam nadziejË?
- BËdzie pan mÕg? i?Ö sam, panie Baniew? - zapyta? ch?opiec. - A mo?e
kogo? zawo?aÖ? Widzi pan, jest pan dla mnie za ciË?ki.
Wiktor przypomnia? sobie, kto to jest.
- Znam ciË - powiedzia?. - Ty jeste? Bol-Kunac, kolega mojej cÕrki.
- Tak - powiedzia? ch?opiec.
- No i bardzo dobrze. Nie trzeba nikogo wo?aÖ i nikomu o niczym mÕwiÖ.
Mo?e tylko posiedñmy jeszcze chwilË i oprzytomnijmy.
Teraz zauwa?y?, ?e z Bol-Kunacem te? nie wszystko jest w porzNodku. Na
jego policzku ciemnia? ?wie?y siniak, a gÕrna warga by?a spuchniËta i
krwawi?a.
- Mo?e jednak kogo? zawo?am - powiedzia? Bol-Kunac.
- A czy warto?
- Widzi pan, panie Baniew, nie podoba mi siË sposÕb w jaki drga paÓski
policzek.
- NaprawdË? - Wiktor obmaca? twarz. PoliczË k nie drga?. - To ci siË
tylko wy daj e... Tak. Teraz sprÕbujemy wstaÖ. Co nale?y zrobiÖ w tym celu?
W tym celu trzeba podciNognNoÖ nogi pod siebie... - podciNognNo? nogi pod
siebie i nogi wyda?y mu siË niezupe?nie w?asne. - NastËpnie lekko
odpychajNoc siË od ?ciany przenie?Ö ?rodek ciË?ko?ci w taki sposÕb... -
nijak nie udawa?o mu siË przenie?Ö ?rodka ciË?ko?ci, co? przeszkadza?o. Czym
oni mnie tak urzNodzili, pomy?la?. I to jak sprytnie...
- Pan sobie przydepta? p?aszcz - zawiadomi? go ch?opiec, ale Wiktor ju?
sam uporzNodkowa? Swoje rËce i nogi, swÕj p?aszcz i swojNo orkiestrË pod
czaszkNo. Wsta?. PoczNotkowo trzeba by?o trzymaÖ siË trochË ?ciany, ale
potem posz?o lepiej.
- Aha - powiedzia?. - To znaczy, ?e ciNognNo?e? mnie stamtNod do tej
rynny. DziËkujË.
Latarnia by?a na miejscu, ale nie by?o ani samochodu, ani okularnika.
Nikogo nie by?o. Tylko maleÓki Bol-Kunac ostro?nie g?adzi? swÕj siniak
mokrNo d?oniNo.
- Gdzie siË oni wszyscy podzieli? - zapyta? Wiktor. Ch?opiec nie
odpowiedzia?.
- Sam tu le?a?em? - zapyta? Wiktor. - Nikogo wiËcej nie by?o?
- Chodñmy, odprowadzË, pana - powiedzia? Bol-Kunac. - DokNod pan woli
i?Ö? Do domu?
- Poczekaj - powiedzia? Wiktor. - Widzia?e?, jak oni chcieli z?apaÖ
okularnika?
- Widzia?em jak on pana uderzy? - odpowiedzia? Bol-Kunac.
- Kto?
- Nie pozna?em. Sta? ty?em.
- A ty gdzie by?e??
- Widzi pan, ja le?a?em tu, za rogiem...
- Nic nie rozumiem - powiedzia? Wiktor. - Mo?e z mojNo g?owNo jest co?
nie w porzNodku... Dlaczego w?a?ciwie le?a?e? za rogiem? Mieszkasz tam?
- Widzi pan, le?a?em poniewa? mnie og?uszono wcze?niej. Nie ten, ktÕry
pana uderzy?, ten drugi.
- Okularnik?
Szli powoli, starajNoc trzymaÖ siË jezdni, ?eby nie kapa?o z dachÕw.
- N - nie - odpowiedzia? Bol-Kunac po chwili namys?u. - Moim zdaniem
?aden nie mia? okularÕw.
- O Bo?e - powiedzia? Wiktor. WsunNo? rËkË pod kaptur i pomaca? guza. -
MÕwiË o tym trËdowatym, nazywajNo ich okularnikami. No wiesz, ci z
leprozorium... Mokrzaki...
- Nie wiem - pow?ciNogliwie odezwa? siË Bol-Kunac. - Moim zdaniem oni
Wszyscy byli zupe?nie zdrowi.
- No - no - powiedzia? Wiktor. Odczu? pewien niepokÕj i nawet
przystanNo?. - Ty co, chcesz mi wmÕwiÖ, ?e tam nie by?o trËdowatego? Z
czarnNo opaskNo, ca?y na czarno...
- On wcale nie jest trËdowaty! - nieoczekiwanie zapalczywie powiedzia?
Bol-Kunac. - Jest zdrowszy od pana...
Po raz pierwszy w tym ch?opcu pojawi?o siË co? ch?opiËcego i
natychmiast znik?o.
- Nie jest dla mnie zupe?nie jasne, dokNod idziemy - powiedzia? po
chwili milczenia poprzednim beznamiËtnym i powa?nym g?osem. - Najpierw
wyda?o mi siË, ?e zmierza pan w kierunku domu, ale teraz widzË, ?e idziemy w
przeciwnNo stronË.
Wiktor wciNo? sta? patrzNoc na niego z gÕry na dÕ?. Jedno warte
drugiego, pomy?la?. Wszystko obliczy?, przeanalizowa? i spokojnie postanowi?
nie informowaÖ mnie o rezultacie. I nie zamierza mi opowiedzieÖ, co tu siË
sta?o. Ciekawe dlaczego? Bandyci? Nie wyglNoda na to. A mo?e jednak bandyci?
Wiesz, czasy siË zmieniajNo... G?upie gadanie, znam dzisiejszych bandytÕw...
- Wszystko siË zgadza - powiedzia? i ruszy? dalej. - Idziemy do hotelu,
ja tam mieszkam.
Ch?opiec, wyprostowany, mokry i surowy szed? obok. Prze?amujNoc
niejakNo niezrËczno?Ö Wiktor po?o?y? mu rËkË na ramieniu. Nic szczegÕlnego
nie zasz?o - ch?opiec jako? to ?cierpia?. ZresztNo bardzo mo?liwe, ?e po
prostu uzna?, i? jego ramiË okaza?o siË przydatne w celach ?ci?le
utylitarnych, jako oparcie dla poszkodowanego.
- MuszË ci powiedzieÖ - niezwykle poufnym tonem oznajmi? Wiktor - ?e ty
i Irma macie dziwny sposÕb prowadzenia rozmowy. My w dzieciÓstwie
rozmawiali?my inaczej.
- Doprawdy? - uprzejmie zapyta? Bol-Kunac. - To znaczy jak?
- No, na przyk?ad twoje pytanie brzmia?oby tak - chyba zasuwasz?
Bol-Kunac wzruszy? ramionami.
- Chce pan powiedzieÖ, ?e tak by?oby lepiej?
- Na Boga, nie! ChcË tylko powiedzieÖ, ?e by?oby naturalniej.
- W?a?nie to co najnaturalniejsze - zauwa?y? Bol-Kunac - najmniej
przystoi cz?owiekowi.
Wiktor poczu? jaki? wewnËtrzny ch?Õd. I niepokÕj. Mo?e nawet strach.
Jakby kot parsknNo? mu ?miechem prosto w twarz.
- To co naturalne, zawsze jest prymitywne - ciNognNo? tymczasem dalej
Bol-Kunac. - A cz?owiek jest istotNo skomplikowanNo, naturalno?Ö do niego
nie pasuje. Pan mnie rozumie, panie Baniew?
- Tak - powiedzia? Wiktor. - Oczywi?cie.
By?o co? zdumiewajNoco fa?szywego w tym, jak po ojcowsku trzyma? rËkË
na ramieniu tego dzieciaka, ktÕry nie by? dzieckiem. A? mu ?okieÖ zdrËtwia?.
Ostro?nie cofnNo? rËkË i wsadzi? jNo do kieszeni.
- Ile masz lat? - zapyta?.
- Czterna?cie - odpowiedzia? z roztargnieniem Bol-Kunac.
- A - a...
Ka?dy ch?opiec na miejscu Bol-Kunaca zainteresowa?by siË tym irytujNoco
niejasnym a - a, ale Bol-Kunac nie by? ka?dym ch?opcem, by? nie ka?dym. Nie
interesowa?y go intrygujNoce monosylaby. Bol-Kunac rozmy?la? nad relacjami
miËdzy naturalnym i prymitywnym w naturze i w spo?eczeÓstwie. ?a?owa?, ?e
trafi? mu siË tak nieinteligentny rozmÕwca i do tego jeszcze rNobniËty w
g?owË.
Wyszli teraz na AlejË Prezydenta. Tu by?o ju? bardzo du?o latarni i
nawet trafiali siË przechodnie, po?pieszni, przygarbieni wielodniowym
deszczem mË?czyñni i kobiety. By?y tu o?wietlone wystawy sklepowe i
rozjarzone neonowym blaskiem wej?cie do kina, gdzie pod daszkiem t?oczyli
siË bardzo jednakowi m?odzi ludzie nieokre?lonej p?ci w b?yszczNocych
p?aszczach do kostek. A nad tym wszystkim poprzez deszcz b?yska?y z?ote i
niebieskie zaklËcia Prezydent jest ojcem narodu, Legionista Wolno?ci, to
wierny syn prezydenta, Armia - nasza nieustraszona s?awa...
Si?No inercji wciNo? jeszcze szli jezdniNo i przeje?d?ajNocy samochÕd
zatrNobiwszy gniewnie przepËdzi? ich na chodnik i obryzga? brudnNo wodNo.
- A ja my?la?em, ?e masz co najmniej osiemdziesiNot lat - powiedzia?
Wiktor.
- Chyba pan zasuwa - wstrËtnym g?osem zapyta? Bol-Kunac i Wiktor
roze?mia? siË z ulgNo. Jednak by? to zwyczajny ch?opiec, zwyczajny normalny
wunderkind, co to siË naczyta? Heibora, Zurzmansona, Fromfha i byÖ mo?e
nawet przebrnNo? przez Spenglera.
- Mia?em w dzieciÓstwie kolegË - powiedzia? Wiktor - ktÕry postanowi?
przeczytaÖ Hegla w oryginale i nawet w koÓcu przeczyta?, tyle ?e sta? siË
schizofrenikiem. Ty, w twoim wieku, niewNotpliwie wiesz, co to takiego
schizofrenik.
- Tak, wiem - powiedzia? Bol-Kunac.
- I nie boisz siË?
- Nie.
Podeszli do hotelu i Wiktor zaproponowa?:
- Mo?e zajdziesz do mnie, ?eby siË wysuszyÖ?
- DziËkujË. W?a?nie zamierza?em prosiÖ o pozwolenie odwiedzenia pana.
Po pierwsze, chcË panu co? jeszcze powiedzieÖ, a po drugie, chcia?bym
zadzwoniÖ. Pozwoli pan?
Wiktor pozwoli?. Weszli przez obrotowe drzwi, mijajNoc portiera, ktÕry
na widok Wiktora zdjNo? czapkË.. Wiktor poczuj dobrze sobie znane
wzburzenie, przedsmak nadchodzNocego wieczoru, kiedy mo?na bËdzie piÖ, gadaÖ
co ?lina na jËzyk przyniesie i odsunNoÖ ?okciem na jutro to, co tak
irytujNoco atakowa?o dzisiaj; przedsmak Jula Golema i doktora R. Kwadrygi,
byÖ mo?e poznam jeszcze kogo?, niewykluczone ?e co? siË wydarzy - jaka?
awantura, albo narodzi siË fabu?a - i zamÕwiË sobie dzisiaj minogi, niech
bËdzie mi?o i przyjemnie, - a ostatnim autobusem pojadË do Diany.
Kiedy Wiktor odbiera? klucze w recepcji, za jego plecami odbywa?a siË
rozmowa. Bol-Kunac rozmawia? ze szwajcarem. "Po co siË tu pchasz?" - sycza?
portier. - "Przyszed?em porozmawiaÖ z panem Baniewem." "Ja ci poka?Ë rozmowy
z panem Baniewem - sycza? portier. - W?Õczysz siË po restauracjach. .."
"Przyszed?em porozmawiaÖ z panem Baniewem - powtarza? Bol-Kunac. -
Restauracje mnie nie interesujNo". "Tego brakowa?o ?eby takiego szczeniaka
interesowa?y restauracje... A ja ciË zaraz stNod wyrzucË..." Wiktor wziNo?
klucz i odwrÕci? siË.
- E... - powiedzia?. Znowu zapomnia? nazwiska portiera. - Ch?opak jest
ze mnNo, wszystko w porzNodku.
Portier nic nie odpowiedzia?, minË mia? niezadowolonNo.
Wiktor i Bol-Kunac weszli na gÕrË. W pokoju Wiktor z rozkoszNo zrzuci?
p?aszcz i pochyli? siË, ?eby rozsznurowaÖ buty. Krew uderzy?a mu do g?owy i
poczu? powolne bolesne pulsowanie w tym miejscu, gdzie znajdowa? siË guz,
ciË?ki i okrNog?y jak o?owiana kula. Natychmiast wyprostowa? siË, opar? o
futrynË i zaczai zdejmowaÖ but przytrzymujNoc piËtË czubkiem drugiego.
Bol-Kunac sta? obok, kapa?a z niego woda.
- Rozbieraj siË - powiedzia? Wiktor. - Powie? wszystko na kaloryferze,
zaraz dam ci rËcznik.
- Chcia?bym zadzwoniÖ, je?eli pan pozwoli - odpar? Bol-Kunac nie
ruszajNoc siË z miejsca.
- Bardzo proszË - Wiktor ?ciNognNo? drugi but i w mokrych skarpetkach
poszed? do ?azienki. RozbierajNoc siË, s?ysza? jak ch?opiec cicho rozmawia,
spokojnie i niewyrañnie. Tylko raz jasno i dobitnie powiedzia? "Nie wiem".
Wiktor wytar? siË rËcznikiem, narzuci? szlafrok, wyj No? czyste
prze?cierad?o kNopielowe i wszed? do pokoju. - Masz - rzek? i od razu
zorientowa? siË, ?e wszystko na nic. Bol-Kunac nadal sta? pod drzwiami i
nadal z niego kapa?o. .
- DziËkujË - powiedzia?. - Widzi pan, muszË ju? i?Ö. Chcia?bym jeszcze
tylko...
- PrzeziËbisz siË - rzek? Wiktor.
- Nie, proszË siË nie niepokoiÖ, dziËkujË panu. Ja siË nie przeziËbiË.
Chcia?bym tylko jeszcze omÕwiÖ z panem pewien problem. Czy Irma nic nie
mÕwi?a?
Wiktor rzuci? prze?cierad?o na kanapË, przykucnNo? przed barkiem,
wyjNo? butelkË i szklankË.
- Irma mÕwi?a mi mnÕstwo rzeczy - odpar? dosyÖ ponuro. Nala? do
szklanki d?inu na wysoko?Ö palca i dola? trochË wody.
- Nie przekaza?a panu naszego zaproszenia?
- Nie, ?adnych zaproszeÓ mi nie przekazywa?a. Masz, wypij.
- DziËkujË panu, nie trzeba. Je?li Irma nie przekaza?a, to ja przeka?Ë.
Chcieliby?my siË z panem spotkaÖ, je?li mo?na.
- Jacy - my?
- Gimnazjali?ci. Widzi pan, czytali?my paÓskie ksiNo?ki chcieliby?my
zadaÖ panu kilka pytaÓ.
- Hm - powiedzia? Wiktor z powNotpiewaniem. - Jeste? pewien, ?e to
bËdzie dla wszystkich interesujNoce?
- My?lË, ?e tak.
- Ale ja nie piszË dla gimnazjalistÕw - przypomnia? Wiktor.
- To niewa?ne - powiedzia? Bol-Kunac z ?agodnym uporem. - Czy pan by
siË zgodzi?? Wiktor z zadumNo pobe?ta? w szklance przejrzysty p?yn.
- A mo?e jednak siË napijesz? - zapyta?. - Najlepsze lekarstwo na
przeziËbienie. Nie? W takim razie sam to wypijË. - Wychyli? szklankË. -
Dobrze, zgadzam siË. Tylko bez ?adnych afiszÕw, og?oszeÓ i tak dalej. W
najwË?szym krËgu. Wy i ja... Kiedy?
- Kiedy panu bËdzie wygodnie. Nieñle by?oby w tym tygodniu. Rano.
- Powiedzmy za dwa - trzy dni. Tylko niezbyt wcze?nie. Powiedzmy w
piNotek o jedenastej. Dobrze bËdzie?
- Tak. W piNotek o jedenastej. W gimnazjum. PrzypomnieÖ panu?
- ObowiNozkowo - powiedzia? Wiktor. - O rautach, soirees i bankietach,
jak rÕwnie? o wiecach, spotkaniach i naradach zawsze staram siË zapomnieÖ.
- Dobrze, przypomnË panu - rzek? Bol-Kunac. - A teraz je?eli pan
pozwoli, to ju? pÕjdË. Do widzenia, panie Baniew.
- Poczekaj, odprowadzË ciË - powiedzia? Wiktor. - Bo jeszcze ten...
portier co? ci zrobi. Dzisiaj jest w wyjNotkowo z?ym humorze, a sam wiesz
jacy sNo portierzy...
- DziËkujË panu, ale proszË siË nie niepokoiÖ - powiedzia? Bol-Kunac. -
To mÕj ojciec.
I wyszed?. Wiktor nala? sobie jeszcze raz na palec d?inu i pad? na
fotel. Tak, pomy?la?. Biedny portier. Jak on siË nazywa? G?upio, ?e
zapomnia?em, bNodñ co bNodñ jeste?my towarzyszami w nieszczË?ciu, kolegami.
Trzeba bËdzie z nim porozmawiaÖ, wymieniÖ do?wiadczenia. Na pewno ma d?u?szy
sta?... CÕ? za zdumiewajNoca koncentracja wunderkindÕw w moim zatËch?ym
ojczystym miasteczku. Mo?e to skutek podwy?szonej wilgotno?ci?... Odrzuci?
g?owË do ty?u i skrzywi? siË z bÕlu. A to draÓ, czym on mnie tak? Pomaca?
guz. Najpewniej gumowNo pa?kNo. ZresztNo skNod mam w?a?ciwie wiedzieÖ, jak
skutkuje gumowa pa?ka. Jak dzia?a modernistyczne krzes?o w "Pieczonym
Pegazie" - to wiem. Jak kolba automatu albo na przyk?ad rËkoje?Ö pistoletu -
te? wiem. Butelka po szampanie i butelka z szampanem... Trzeba bËdzie
zapytaÖ Golema... W ogÕle, to jaka? dziwna historia, dobrze by?oby siË w
niej zorientowaÖ... I zaczNo? orientowaÖ siË w tej historii, ?eby dogoniÖ
wyp?ywajNocNo na drugim planie my?l o Irmie, o konieczno?ci zrezygnowania z
czego?, ograniczenia siË w czym? tam, albo pisania do kogo?, proszenia o
co?... "Daruj stary, ?e zawracam ci g?owË, ale nagle objawi?a siË moja
cÕrka, mniej wiËcej dwunastoletnia, bardzo sympatyczne stworzenie, ale ma
matkË idiotkË i g?upiego ojca a wiËc trzeba jNo umie?ciÖ gdzie? mo?liwie
daleko od g?upich ludzi..." Nie chcË dzisiaj o tym my?leÖ, pomy?lË o tym
jutro. Spojrza? na zegarek. W ogÕle dosyÖ tego my?lenia. Starczy.
Wsta? i zaczNo? ubieraÖ siË przed lustrem. Brzuch mi ro?nie, co u
diab?a, skNod u mnie nagle brzuch? Taki zawsze by?em chudy i ?ylasty...
W?a?ciwie nawet nie brzuch - szlachetny wypracowany ka?dun, skutek
uregulowanego trybu ?ycia i dobrego jedzenia - tylko brzuszek jaki?
parszywiutki, opozycyjny brzuszek. Pan prezydent na pewno nie ma czego?
podobnego. Pan prezydent niezawodnie posiada szlachetny, opiËty czym?
czarnym i b?yszczNocym sterowiec...
ZawiNozujNoc krawat przysunNo? twarz do lustra i nagle pomy?la? - jak
te? wyglNoda?a ta pewna siebie, mocna twarz, tak uwielbiana przez kobiety
okre?lonej konduity, nie?adna, lecz mË?na twarz wojownika o kwadratowym
podbrÕdku, jak wyglNoda? a ta twarz pod koniec historycznego spotkania.
Twarz pana prezydenta, rÕwnie? nie pozbawiona mËsko?ci z elementami kNotÕw
prostych pod koniec historycznego spotkania przypomina?a mÕwiNoc otwarcie
tylko miËdzy nami, ?wiÓski ryj. Pan prezydent raczy? podekscytowaÖ siË do
najwy?szego stopnia, z zËbatej paszczy lecia?y bryzgi, a ja wyjNo?em
chusteczkË i demonstracyjnie wytar?em policzek i to by? z pewno?ciNo
najodwa?niejszy postËpek w moim ?yciu, je?li nie liczyÖ tamtego wypadku,
kiedy walczy?em z trzema czo?gami jednocze?nie. - Ale jak walczy?em z
czo?gami - nie pamiËtam, wiem tylko z opowiadaÓ ?wiadkÕw, chusteczkË za to
wyjNo?em ?wiadomie i dobrze wiedzia?em na co siË odwa?am... W gazetach o tym
nie pisano. Gazety uczciwie i po mËsku, z surowNo prostotNo poinformowa?y,
?e "beletrysta W. Baniew szczerze podziËkowa? panu prezydentowi za wszystkie
uwagi i wyja?nienia jakie pad?y w trakcie rozmowy".
Dziwne, jak dok?adnie to wszystko pamiËtam. Stwierdzi?, ?e zbiela? mu
koniec nosa i policzki. Tak w?a?nie wtedy wyglNoda?em, a nie wrzeszczeÖ na
takiego to po prostu grzech. Przecie? nie wiedzia? biedak, ?e to nie ze
strachu, ?e blednË ze z?o?ci, jak Ludwik XIV... Tylko raczej nie jedzmy
musztardy po obiedzie. Co za rÕ?nica, od czego tam, u niego, poblad?em...
Dobrze, dosyÖ tego. Ale po to, ?eby siË uspokoiÖ, po to ?eby siË doprowadziÖ
do porzNodku, zanim siË poka?Ë ludziom, ?eby przywrÕciÖ normalny kolor
nie?adnej ale mËskiej twarzy, muszË panu przypomnieÖ, panie Baniew, ?e gdyby
pan nie zademonstrowa? panu prezydentowi swojej chusteczki do nosa, to
siedzia?by pan op?ywajNoc w dostatki w naszej dzielnej stolicy, a nie w tej
mokrej dziurze... Wiktor jednym haustem dopi? d?inu i zszed? do restauracji.
*
- Oczywi?cie, byÖ mo?e chuligani - powiedzia? Wiktor. - Tylko w moich
czasach ?aden chuligan nie zadziera?by z okularnikiem. RzuciÖ w niego
kamieniem - proszË bardzo, ale ?apaÖ, gdzie? ciNognNoÖ, w ogÕle dotykaÖ...
Bali?my siË ich jak zarazy.
- Przecie? powtarzam panu - to jest choroba genetyczna - powiedzia?
Golem. - Oni w ogÕle nie sNo zarañliwi.
- Jak to, niezarañliwi - powiedzia? Wiktor - kiedy dostaje siË od nich
brodawek jak od ropuch! Wszyscy o tym wiedzNo.
- Od ropuchy nie dostaje siË brodawek - dobrodusznie powiedzia? Golem.
- I od mokrzakÕw te? siË nie dostaje. Wstyd, panie pisarzu. ZresztNo
wiadomo, ?e pisarze to ignoranci.
- Jak i ca?y narÕd. NarÕd jest ciemny, ale mNodry. I je?li narÕd
twierdzi, ?e od ropuch i okularnikÕw dostaje siË brodawek.
- A oto nadchodzi mÕj inspektor - powiedzia? Golem. Prosto z ulicy
wszed? Pawor w mokrym p?aszczu.
- Dobry wieczÕr - powiedzia?. - Ca?y przemok?em, chcË siË napiÖ.
- Znowu ?mierdzi od niego i?em - z niezadowoleniem powiedzia? R.
Kwadryga zbudzony z alkoholowego transu. - Wiecznie ?mierdzi i?em. Jak w
stawie. RzËsa.
- Co panowie pijecie? - zapyta? Pawor.
- KtÕrzy? - zainteresowa? siË Golem. - Ja na przyk?ad jak zawsze pijË
koniak. Wiktor pije d?in. A doktor - wszystko po kolei.
- HaÓba! - z oburzeniem powiedzia? doktor R. Kwadryga. - ?uska! I
g?owy.
- PodwÕjny koniak! - krzyknNo? Pawor do kelnera.
Twarz mia? mokrNo od deszczu, jego gËste w?osy zlepia?y siË i ze skroni
po ogolonych policzkach sp?ywa?y b?yszczNoce smu?ki. Te? twarda twarz, wielu
na pewno mu zazdro?ci. SkNod taka twarz do inspektora sanitarnego? Twarda
twarz to znaczy - leje deszcz, reflektory, latajNo cienie po mokrych
wagonach, za?amujNo siË... wszystko jest czarne, b?yszczNoce, wy?Nocznie
czarne i wy?Nocznie b?yszczNoce, nie ma ?adnych rozmÕw, ?adnego gadania
tylko rozkazy i wszyscy siË podporzNodkowujNo... niekoniecznie wagony, byÖ
mo?e samoloty, lotnisko i potem nikt nie wie, gdzie by? i skNod przyszed?...
dziewczyny padajNo na wznak, a mË?czyñni majNo ochotË zachowaÖ siË
prawdziwie po mËsku - powiedzmy wyprostowaÖ ramiona i wciNognNoÖ brzuch. Na
przyk?ad Goleniowi przyda?oby siË wciNognNoÖ brzuch, tylko raczej nic z
tego, gdzie on go wciNognie, wszystko tam ma zajËte. Doktor R. Kwadryga -
tak, ale za to nie rozprostuje ju? ramion, od bardzo wielu dni jest
zgarbiony na wieki. Wieczorami zgarbiony nad sto?em, rankiem nad miskNo, a
we dnie przez chorNo wNotrobË. A to znaczy, ?e tutaj tylko ja jestem w
stanie wciNognNoÖ brzuch i rozprostowaÖ ramiona, ale lepiej golnË sobie
szklaneczkË d?inu.
- Nimfoman - smutnie powiedzia? do Pawora doktor R. Kwadryga. -
Rusa?koman. I wodorosty.
- Niech pan siË zamknie, doktorze - powiedzia? Pawor. Wyciera? twarz
papierowymi serwetkami, gniÕt? je i rzuca? na pod?ogË. Potem zaczai wyciekaÖ
rËce.
- Z kim siË pan pobi?? - zapyta? Wiktor.
- Zgwa?cony przez okularnika - oznajmi? doktor R. Kwadryga z mËkNo
starajNoc siË rozprowadziÖ we w?a?ciwym kierunku oczy, ktÕre skupi?y mu siË
u nasady nosa.
- Na razie jeszcze z nikim - odpar? Pawor i uwa?nie popatrzy? na
doktora, ale R. Kwadryga tego nie zauwa?y?.
Kelner przyniÕs? koniak: Pawor powoli wycedzi? kieliszek i wsta?.
- PÕjdË siË umyÖ - powiedzia? rÕwnym g?osem. - Za miastem b?oto, ca?y
siË u?wini?em. - I odszed?, zaczepiajNoc po drodze o krzes?a.
- Co? siË dzieje z moim inspektorem - powiedzia? Golem. PrztykniËciem
zrzuci? ze sto?u zmiËtNo serwetkË. - Co? na wszech?wiatowNo skalË. Nie wie
pan przypadkiem, co konkretnie?
- Pan powinien lepiej wiedzieÖ - odpowiedzia? Wiktor. - Pawor jest
paÓskim inspektorem a nie moim. A poza tym pan przecie? wie wszystko. A
propos, Golem - , skNod pan to wszystko wie?
- Nikt nic nie wie - zaprzeczy? Golem. - NiektÕrzy siË domy?lajNo.
Bardzo niewielu - tylko ci, ktÕrzy majNo ochotË. Ale tak nie mo?na postawiÖ
pytania - skNod oni siË domy?lajNo - bo to jest gwa?t nad jËzykiem. DokNod
spada deszcz? Czym wstaje s?oÓce? Czy wybaczy?by pan Szekspirowi, gdyby
napisa? co? podobnego? ZresztNo Szekspirowi pan by wybaczy?. Szekspirowi
wiele wybaczamy, co innego Baniew... Niech pan pos?ucha, panie beletrysto,
mam pewien pomys?. Ja siË napijË koniaku, a pan skoÓczy z tym d?inem. Czy
mo?e ma pan ju? do?Ö?
- Golem - powiedzia? Wiktor - przecie? pan chyba wie, ?e ja jestem
cz?owiekiem z ?elaza?
- Domy?lam siË.
- A co z tego wynika?
- ?e boi siË pan zardzewieÖ.
- Za?Õ?my - powiedzia? Wiktor. - Ale nie o to mi chodzi. Chodzi mi o
to, ?e mogË piÖ du?o i d?ugo nie tracNoc rÕwnowagi moralnej.
- Ach, wiËc w tym rzecz - powiedzia? Golem nalewajNoc sobie z karafki.
- No dobrze, wrÕcimy jeszcze do tego tematu.
- Nie pamiËtam - odezwa? siË nagle jasnym g?osem doktor R. Kwadryga. -
Czy siË panom przedstawi?em ju? czy jeszcze nie? Mam honor - Rem Kwadryga,
malarz, doktor honoris causa, cz?onek honorowy. .. Ciebie pamiËtam -
powiedzia? do Wiktora. - My?my z tobNo razem studiowali i jeszcze co?... A
;a to pana, proszË mi wybaczyÖ...
- Nazywam siË Jul Golem - niedbale powiedzia? Golem.
- Bardzo mi przyjemnie. Hehbiarz?
- Nie. Lekarz.
- Chirhurg?
- Jestem naczelnym lekarzem leprozorium - cierpliwie wyja?ni? Golem.
- Ach tak! - powiedzia? doktor R. Kwadryga potrzNosajNoc g?owNo jak
koÓ. - Oczywi?cie. ProszË mi wysNoczyÖ Jul... Tylko dlaczego jest pan taki
tajemniczy? Jaki tam z pana lekarz? Pan przecie? hoduje mokrzaki... Za?atwiÖ
panu odznaczenie... Tacy ludzie sNo nam potrzebni... Przepraszam -
powiedzia? znienacka. - Zaraz wracam.
Wygrzeba? siË z fotela i ruszy? w stronË wyj?cia b?NodzNoc miËdzy
pustymi stolikami. Podbieg? do niego kelner i doktor R. Kwadryga objNo? go
za szyjË.
- To wszystko przez te deszcze - powiedzia? Golem. - Oddychamy wodNo.
Ale nie jeste?my rybami i albo umrzemy, albo odejdziemy stNod - z powagNo i
smutkiem popatrzy? na Wiktora. - A deszcz bËdzie padaÖ na puste miasto,
podmywaÖ jezdnie, kapaÖ przez dachy, przez gnijNoce stropy... potem wszystko
rozmyje, roztopi miasto w pierwotnej glebie, i nadal bez koÓca bËdzie wciNo?
padaÖ i padaÖ...
- Apokalipsa - powiedzia? Wiktor, ?eby cokolwiek powiedzieÖ.
- Tak; Apokalipsa... BËdzie padaÖ i padaÖ, a potem ziemia przesyci siË
i wzejdzie nowe ziarno, jakiego nigdy przedtem nie by?o. Ale nas ju? nie
bËdzie, ?eby mÕc zachwycaÖ siË nowym wszech?wiatem...
Gdyby nie te niebieskawe worki pod oczami, gdyby nie ten obwis?y
galaretowaty brzuch, gdyby ten wspania?y semicki nos nie by? taki podobny do
mapy topograficznej... Chocia?, je?li siË dobrze zastanowiÖ, wszyscy prorocy
byli alkoholikami, poniewa? to okropnie smutne - wszystko wiesz, a nikt ci
nie chce uwierzyÖ. Gdyby w departamentach wprowadzono etaty dla prorokÕw, to
powinni mieÖ tytu? co najmniej tajnego radcy - dla umocnienia autorytetu.
ZresztNo zapewne i tak by to nic nie pomog?o...
- Za systematyczny pesymizm - powiedzia? Wiktor na g?os - prowadzNocy
do poderwania s?u?bowej dyscypliny i wiary w rozum, rozkazujË na przysz?o?Ö:
tajnego radcË Golema ukamienowaÖ w prosektorium.
Golem co? mruknNo?.
- Jestem zaledwie radcNo kolegialnym - oznajmi?. - A poza tym, skNod
prorocy w naszych czasach? Ja osobi?cie nie znam ani jednego. MnÕstwo
fa?szywych prorokÕw i ani jednego proroka. W naszych czasach nie sposÕb
przewidzieÖ przysz?o?ci - to gwa?t na jËzyku. Co by pan powiedzia?
przeczytawszy u Szekspira - przewidzieÖ terañniejszo?Ö? Czy mo?na
przewidzieÖ szafË we w?asnym mieszkaniu?... A oto i mÕj inspektor. Jak pan
siË czuje, inspektorze?
- Wspaniale - odpowiedzia? Pawor siadajNoc. - Kelner, podwÕjny koniak.
Tam w holu naszego malarza trzyma czterech - zawiadomi?. - Wyja?niajNo mu,
gdzie jest wej?cie do restauracji. Postanowi?em siË nie wtrNocaÖ, poniewa?
on nikomu nie wierzy i rwie siË do bicia... O jakich szafach mowa?
By? suchy, elegancki, od?wie?ony, pachnia? wodNo koloÓskNo.
- MÕwimy o przysz?o?ci - odpowiedzia? Golem,
- Jaki sens ma mÕwienie o przysz?o?ci? - zapyta? Pawor. - O przysz?o?ci
siË nie mÕwi, przysz?o?Ö siË tworzy. Oto kieliszek koniaku. Jest pe?ny.
SprawiË, ?e bËdzie pusty. O tak. Pewien mNodry cz?owiek powiedzia?, ?e
przysz?o?ci nie sposÕb przewidzieÖ, ale mo?na jNo wynaleñÖ.
- Inny mNodry cz?owiek powiedzia? - zauwa?y? Wiktor - ?e przysz?o?ci w
ogÕle nie ma, jest tylko terañniejszo?Ö.
- Nie lubiË klasycznej filozofii - powiedzia? Pawor. - Ci ludzie nic
nie umieli i niczego nie chcieli. Po prostu lubili filozofowaÖ jak Golem -
piÖ. Przysz?o?Ö - to dok?adnie unieszkodliwiona terañniejszo?Ö.
- Zawsze mam dziwne uczucie - powiedzia? Golem - kiedy w mojej
obecno?ci cywil rozumuje jak wojskowy.
- Wojskowi w ogÕle nie rozumujNo - zaoponowa? Pawor. - Wojskowi majNo
wy?Nocznie odruchy i niewielkie emocje.
- WiËkszo?Ö cywilÕw rÕwnie? - powiedzia? Wiktor macajNoc kark.
- Teraz nikt nie ma czasu na rozmy?lania - powiedzia? Pawor. - Ani
cywile, ani wojskowi. Teraz trzeba umieÖ szybko zakrËciÖ siË ko?o swoich
spraw. Je?eli interesuje ciË przysz?o?Ö, musisz tworzyÖ jNo szybko, z
marszu, odpowiednio do odruchÕw i emocji.
- Do diab?a z twÕrcami i wynalazcami - o?wiadczy? Wiktor. Czu? siË
pijany i weso?y. Wszystko by?o na swoim miejscu. Nie chcia?o mu siË nigdzie
i?Ö, chcia? siedzieÖ tu w tej pustej przyciemnionej sali, jeszcze nie
ca?kiem zdewastowanej, ale ju? z zaciekami na ?cianach, z rozchwierutanNo
pod?ogNo, z kuchennymi zapachami - szczegÕlnie, je?li pamiËtaÖ o tym, ?e na
zewnNotrz na ca?ym ?wiecie pada deszcz, na kocie ?by jezdni - deszcz, na
strome dachy - deszcz, deszcz zalewa gÕry i rÕwniny, kiedy? tam wszystko
rozmyje, ale bËdzie to jeszcze nieprËdko. Tak mili moi, jak dawno przeminË?y
te czasy, kiedy przysz?o?Ö by?a replikNo terañniejszo?ci i teraz nie sposÕb
siË zorientowaÖ, gdzie co jest.
- Zgwa?cony przez mokrzaka! - powiedzia? Pawor ze z?o?liwNo
satysfakcjNo.
W drzwiach restauracji pojawi? siË doktor R. Kwadryga. Sta? kilka
sekund, uwa?nym i ciË?kim wzrokiem przyglNodajNoc siË szeregom pustych
stolikÕw, nastËpnie twarz mu siË rozja?ni?a, gwa?townie zatoczy? siË do
przodu i ruszy? na swoje miejsce.
- Dlaczego nazywa ich pan mokrzakami? - zapyta? Wiktor. - Co to -
zrobili siË mokrzy od deszczu?
- A dlaczego nie? - powiedzia? Pawor. - Jak ich, paÓskim zdaniem, mamy
nazywaÖ?
- Okularnikami - powiedzia? Wiktor. - Stara, dobra nazwa. Od stuleci
nazywali?my ich okularnikami.
Zbli?a? siË doktor R. Kwadryga. PrzÕd ubrania mia? ca?kiem mokry,
najwidoczniej zmywano go nad umywalkNo. WyglNoda? na cz?owieka
rozczarowanego i zmËczonego.
- Diabli wiedzNo, co to takiego - powiedzia? zrzËdliwie jeszcze z
daleka. - Nigdy dotNod co? takiego mi siË nie wydarzy?o - nie ma wej?cia!
Gdzie spojrzysz - wszËdzie same okna... Obawiam siË, ?e kaza?em panom na
siebie czekaÖ. - Pad? na swÕj fotel i ujrza? Pawora. - On tu znowu jest -
zawiadomi? Golema poufnym szeptem: - Mam nadziejË, ?e nie przeszkadza
panu... A ze mnNo, nie uwierzycie panowie, zdarzy?a siË zdumiewajNoca
historia. Oblano mnie ca?ego wodNo.
Golem nala? mu koniaku.
- DziËkujË panu - powiedzia? R. Kwadryga - ale chyba lepiej bËdzie,
je?eli przepuszczË kilka kolejek. Chcia?bym podeschnaÖ.
- W ogÕle jestem zwolennikiem wszystkiego co stare i dobre - oznajmi?
Wiktor - Niech okularnicy pozostanNo okularnikami. I w ogÕle niech wszystko
zostanie jak by?o. Jestem konserwatystNo... Uwaga! - powiedzia? g?o?no. -
ProponujË toast za konserwatyzm. Chwila, moment... - nala? sobie d?inu,
wsta? i opar? d?oÓ na porËczy fotela. - Jestem konserwatystNo - po wiedzia?.
- I z ka?dym rokiem stajË siË konserwatywniejszy, nie dlatego ?e siË
starzejË, tylko dlatego, ?e odczuwam takNo potrzebË...
Trzeñwy Pawor z kieliszkiem w pogotowiu patrzy? na niego z do?u do gÕry
z ostentacyjnNo uwagNo. Golem powoli jad? minogi, a doktor R. Kwadryga, jak
siË wydawa?o, nadaremnie stara? siË zrozumieÖ, skNod dobiega g?os i czyj to
g?os. NaprawdË by?o bardzo przyjemnie.
- Ludzie uwielbiajNo krytykowaÖ rzNody za konserwatyzm - ciNognNo?
Wiktor. - Ludzie uwielbiajNo postËp, przepadajNo za postËpem. To sNo
nowomodne pomys?y, ale bardzo g?upie jak wszystko, co nowe. Ludzie powinni
b?agaÖ Boga, aby zes?a? im mo?liwie najbardziej zacofanNo, obskuranckNo i
konformistycznNo w?adzË...
Teraz rÕwnie? Golem podniÕs? wzrok i patrzy? na Wiktora, i Teddy za
swoim kontuarem rÕwnie? przesta? wycieraÖ butelki i zaczNo? s?uchaÖ, tylko
?e znowu zabola? kark i trzeba by?o odstawiÖ kieliszek i pog?adziÖ guz.
- Aparat paÓstwowy, panowie, we wszystkich czasach za swoje podstawowe
zadanie uwa?a? zachowanie status quo. Nie wiem, o ile by?o to uzasadnione
poprzednio, ale teraz funkcja paÓstwa jest po prostu niezbËdna. Ja bym tË
funkcjË okre?li? nastËpujNoco - na wszelkie mo?liwe sposoby przeciwdzia?aÖ
temu, by przysz?o?Ö mog?a zapuszczaÖ swoje macki w nasze czasy. Trzeba
odrNobywaÖ te macki, przypalaÖ je rozpalonym ?elazem... PrzeszkadzaÖ
wynalazcom, popieraÖ scholastykÕw i tych co gadajNo od rzeczy... Do
gimnazjÕw wprowadziÖ obowiNozkowe i wy?Nocznie klasyczne przedmioty. Na
najwy?sze stanowiska w paÓstwie - starcÕw obciNo?onych rodzinami i
zad?u?onych, co najmniej sze?ÖdziesiËcioletnich, ?eby brali ?apÕwki i spali
na posiedzeniach...
- Wiktorze, co te? pan wygaduje - powiedzia? Pawor z wyrzutem.
- Nie, dlaczego - powiedzia? Golem. - Niezmiernie przyjemnie s?uchaÖ
takiego umiarkowanego, lojalnego przemÕwienia.
- Jeszcze nie skoÓczy?em, panowie! Utalentowanych uczonych nale?y
mianowaÖ na stanowiska administracyjne i p?aciÖ im wysokie pensje. Wszystkie
wynalazki bez wyjNotku nale?y przyjmowaÖ, p?aciÖ za nie mo?liwie nËdznie i
k?a?Ö pod sukno. WprowadziÖ drakoÓskie podatki za ka?dNo nowo?Ö w gospodarce
i produkcji... - A w?a?ciwie dlaczego ja stojË? - pomy?la? Wiktor i usiad?.
- No i co pan o tym my?li? - zapyta? Golema.
- Ma pan ca?kowitNo racjË - odpowiedzia? Golem. - Jako? ostatnio
wszyscy u nas sNo strasznie radykalni. Nawet dyrektor gimnazjum.
Konserwatyzm - oto w czym nasz ratunek.
Wiktor ?yknNo? d?inu i powiedzia? frasobliwie:
- ?adnego ratunku nie bËdzie. Dlatego, ?e ci wszyscy kretyÓscy
radyka?owie i radykalni kretyni nie tylko wierzNo w postËp, ale na domiar
z?ego ten postËp kochajNo, wyobra?ajNo sobie, ?e nie mogNo ?yÖ bez postËpu.
Dlatego, ?e postËp - poza wszystkim innym - to tanie samochody, u?ytkowa
elektronika i w ogÕle mo?no?Ö robiÖ mniej, za to zarabiaÖ wiËcej. I dlatego
rzNod jest zmuszony jednNo rËkNo... to znaczy nie rËkNo, rzecz jasna...
jednNo nogNo przyciskaÖ na hamulec, a drugNo na gaz. Jak wy?cigowy kierowca
na zakrËcie. Na hamulec - ?eby nie straciÖ w?adzy nad kierownicNo, a na gaz,
?eby nie straciÖ szybko?ci, bo inaczej jaki? tam demagog, entuzjasta postËpu
niezawodnie wypchnie z miejsca przy kierownicy.
- Trudno z panem dyskutowaÖ - uprzejmie powiedzia? Pawor.
- To niech pan nie dyskutuje - powiedzia? Wiktor. - Nie trzeba
dyskutowaÖ - prawda rodzi siË w dyskusji, niech jNo szlag trafi. - Czule
pog?aska? guz i uzupe?ni?. - ZresztNo, pewnie moje poglNody to skutek
ignorancji. Wszyscy uczeni sNo zwolennikami postËpu, a ja nie jestem
uczonym. Ja po prostu jestem do?Ö znanym kuplecistNo.
- A dlaczego pan przez ca?y czas ?apie siË za kark? - zapyta? Pawor.
- Jaki? draÓ mi przy?o?y? - powiedzia? Wiktor. - Kastetem. Czy dobrze
mÕwiË, Golem? Kastetem?
- Moim zdaniem kastetem - powiedzia? Golem. - ZresztNo mo?e to by?a
ceg?a.
- O czym wy opowiadacie? - zdziwi? siË Pawor. - Jakim kastetem? W tej
zatËch?ej dziurze?
- No widzi pan - pouczajNoco powiedzia? Wiktor. - PostËp!... Lepiej
znowu wypijmy za konserwatyzm.
Wezwano kelnera i jeszcze raz wypito za konserwatyzm. Wybi?a dziewiNota
i na sali pojawi?a siË znana para - m?ody mË?czyzna w bardzo silnych
okularach i jego d?ugi jak ?erdñ wspÕ?towarzysz. Usiedli przy swoim stoliku,
zapalili stojNocNo lampË, pokornie rozejrzeli siË dooko?a i zaczËli
studiowaÖ jad?ospis. M?ody mË?czyzna znowu przyniÕs? ze sobNo teczkË, teczkË
postawi? na wolne krzes?o obok siebie. Zawsze by? bardzo dobry dla swojej
teczki. Podyktowali kelnerowi zamÕwienie, wyprostowali siË i wpatrzyli w
przestrzeÓ.
Dziwna para, pomy?la? Wiktor. ZdumiewajNoca dysproporcja. WyglNodajNo
jak w zepsutej lornetce - jeden w ogniskowej, wtedy drugi siË rozp?ywa i na
odwrÕt. Idealna niezgodno?Ö. Z m?odym mË?czyznNo w okularach mo?na by by?o
porozmawiaÖ o postËpie, a z wysokim - nie... Ale ja was zaraz uzgodniË.
Jakby mi was uzgodniÖ? No na przyk?ad powiedzmy... Jaki? tam narodowy bank,
podziemia... cement, beton, sygnalizacja... ten wysoki nabiera numer na
sejfie, stalowa konstrukcja obraca siË, wej?cie do skarbca stoi otworem,
obaj wchodzNo, wysoki nabiera numer na kolejnej tarczy, odsuwajNo siË drzwi
sejfu i m?ody po ?okieÖ zanurza siË w brylantach.
Doktor R. Kwadryga nagle siË rozp?aka? i z?apa? Wiktora za rËkË.
- NocowaÖ - powiedzia?. - Do mnie. Co?
Wiktor niezw?ocznie nala? mu d?inu. R. Kwadryga wypi?, otar? nos
d?oniNo i kontynuowa?.
- Do mnie. Willa. Fontanna. Co?
- Fontanna - to nieñle pomy?lane - zauwa?y? wymijajNoco Wiktor. - A co
jeszcze?
- Piwnica - smutnie powiedzia? R. Kwadryga. - ?lady. BojË siË. Straszy.
Sprzedam. Chcesz?
- Lepiej podaruj - zaproponowa? Wiktor.
R. Kwadryga zamruga? powiekami. f
- Kiedy szkoda - powiedzia?.
- Kutwa - powiedzia? Wiktor z wyrzutem. - Taki by?e? od dziecka. Willi
mu szkoda! No to siË ud?aw swojNo willNo.
- Ty mnie nie kochasz - gorzko skonstatowa? doktor R. Kwadryga. - I
nikt.
- A pan prezydent? - agresywnie zapyta? Wiktor.
- "Prezydent - ojciec narodu" - o?ywiajNoc siË powiedzia? R..Kwadryga.
- Szkic w z?otych ramach... "Prezydent na pozycjach". Fragment obrazu
"Prezydent na ostrzeliwanych pozycjach".
- I co jeszcze? - zainteresowa? siË Wiktor.
- "Prezydent z p?aszczem" - powiedzia? R. Kwadryga z gotowo?ciNo. -
Panneau. Panorama. Wiktor, znudzony, odkroi? kawa?ek minogi i zaczNo?
s?uchaÖ Golema.
- A wiËc Pawor - mÕwi? Golem. - Niech?e siË pan ode mnie odczepi. Co ja
jeszcze mogË zrobiÖ? Sprawozdanie panu przed?o?y?em. PaÓski raport gotÕw
jestem podpisaÖ. Chce siË paÓ skar?yÖ na wojskowych - niech siË pan skar?y.
Chce siË pan skar?yÖ na mnie...
- Wcale nie chcË siË na pana skar?yÖ - odpowiedzia? Pawor przyciskajNoc
d?oÓ do piersi.
- To niech siË pan nie skar?y.
- Ale proszË mi co? poradziÖ! Czy naprawdË nic mi pan nie mo?e
poradziÖ?
- Panowie - powiedzia? Wiktor. - Co za nudy. Ja ju? sobie idË.
Nikt nie zwrÕci? na niego uwagi. OdsunNo? krzes?o, wsta? i czujNoc, ?e
jest ju? bardzo pijany, ruszy? w kierunku baru. ?ysy Teddy przeciera?
butelki i patrzy? na Wiktora bez zainteresowania.
- Jak zawsze? - zapyta?.
- Poczekaj - powiedzia? Wiktor. - O co to ja ciË chcia?em zapytaÖ...
Aha! Jak leci, Teddy?
- Deszcz - krÕtko powiedzia? Teddy i nala? mu czystej.
- PrzeklËta pogoda zrobi?a siË w naszym mie?cie - powiedzia? Wiktor i
opar? siË o ladË. - Jak na twoim barometrze?
Teddy wsunNo? rËkË pod ladË i wyjNo? "pogodnik". Wszystkie trzy ciernie
?ci?le przylega?y do b?yszczNocego, jakby polakierowanego trzpienia.
- Beznadziejnie - powiedzia? Teddy uwa?nie oglNodajNoc "pogodnik". -
Diabelski wymys?. - NastËpnie doda? po chwili namys?u. - A w ogÕle, to jeden
BÕg raczy wiedzieÖ, mo?e on ju? dawno siË zaciNo? - ktÕry to ju? rok pada
deszcz, jak go sprawdziÖ?
- Mo?na pojechaÖ na SaharË - zaproponowa? Wiktor. Teddy u?miechnNo?
siË.
- ?mieszne - powiedzia?. - Ten wasz pan Fawor, ?mieszna sprawa,
proponuj e mi za tË sztuczkË dwie?cie koron.
- Pewnie po pijaku - powiedzia? Wiktor - poco to jemu...
- Tak mu w?a?nie powiedzia?em. - Teddy obrÕci? "pogodnik" i podniÕs? go
do prawego oka. - Nie oddam - oznajmi? kategorycznie. - Niech sobie sam
poszuka. - WsunNo? "pogodnik" pod ladË, popatrzy? jak Wiktor obraca w
palcach kieliszek i zawiadomi? go. - Twoja Diana przyje?d?a?a.
- Dawno? - niedbale zapyta? Wiktor.
- Jako? tak oko?o piNotej. WziË?a skrzynkË koniaku; Roscheper wciNo?
bankietuje, nijak nie mo?e przestaÖ. Goni personel po koniak, nalana morda.
Pose? do parlamentu... Ty siË o niNo nie boisz?
Wiktor wzruszy? ramionami. Nagle zobaczy? DianË obok siebie. Pojawi?a
siË przy barze w mokrym p?aszczu deszczowym z odrzuconym kapturem, nie
patrzy?a w stronË Wiktora, widzia? tylko jej profil i my?la?, ?e ze
wszystkich kobiet, ktÕre zna? do tej pory, ta jest najpiËkniejsza i ?e ju?
nigdy wiËcej nie bËdzie takiej mia?. Diana sta?a oparta o ladË baru i twarz
mia?a bardzo bladNo i bardzo obojËtnNo i by?a najpiËkniejsza - wszystko w
niej by?o piËkne. Zawsze. I kiedy p?aka?a, i kiedy siË ?mia?a, kiedy siË
z?o?ci?a, kiedy by?o jej wszystko jedno, i nawet wtedy, kiedy marz?a a ju?
szczegÕlnie - kiedy na niNo nachodzi?o.. . Ale siË zala?em, pomy?la? Wiktor
i pewnie jedzie ode mnie co najmniej jak od R. Kwadrygi. WydNo? dolnNo wargË
i chuchnNo? sobie pod nos. Nic nie poczu?.
- Drogi sNo mokre, ?liskie - mÕwi? Teddy. - Mg?a... A poza tym powiadam
ci, ten Roscheper - to na pewno dziwkarz, stary cap.
- Roscheper jest impotentem - powiedzia? Wiktor nTachinalnie
prze?ykajNoc wÕdkË.
- Ona ci tak powiedzia?a?
- PrzestaÓ Teddy - powiedzia? Wiktor. - Odczep siË.
Teddy popatrzy? na niego uwa?nie, potem westchnNo?, odchrzNoknNo?,
przysiad? na piËtach, poszuka? czego? pod ladNo i postawi? przed Wiktorem
buteleczkË z amoniakiem i napoczËtNo paczkË herbaty. Wiktor spojrza? na
zegarek a potem przyglNoda? siË, jak Teddy niespiesznie bierze czystNo
szklankË, nalewa do niej sodowej, wpuszcza kilka kropli z buteleczki, wciNo?
rÕwnie niespiesznie miesza szklanNo pa?eczkNo. Potem podsunNo? szklankË
Wiktorowi. Wiktor wypi?, powstrzyma? oddech i skrzywi? siË. Ostro obrzydliwy
i obrzydliwie ostry powiew amoniaku uderzy? w mÕzg i rozla? siË gdzie? za
ga?kami oczu. Wiktor wciNognNo? nosem powietrze, ktÕre nagle sta?o siË zimne
nie do zniesienia i zanurzy? palce w paczce z herbatNo...
- Dobra, Teddy - powiedzia?. - DziËkujË. Zapisz na mÕj rachunek co tam
trzeba. Tamci powiedzNo co trzeba. IdË.
Starannie prze?uwajNoc listki herbaty wrÕci? do swojego stolika. M?ody
mË?czyzna w okularach ze swoim d?ugim wspÕ?towarzyszem spiesznie poch?aniali
kolacjË. Sta?a przed nimi jedna jedyna butelka - z miejscowNo wodNo
mineralnNo. Pawor i Golem zrobili sobie wolne miejsce na obrusie i grali w
ko?ci, a doktor R. Kwadryga objNo? rozczochranNo g?owË rËkami i monotonnie
mamrota?: "Legia Wolno?ci opokNo prezydenta". Mozaika... "W szczË?liwym dniu
imienin waszej ekscelencji"..., "Prezydent - ojcem naszych dzieci". Portret
- alegoria...
- IdË - powiedzia? Wiktor.
- Szkoda - powiedzia? Golem. - Ale ?yczË szczË?cia.
- Pozdrowienia dla Roschepera - powiedzia? Pawor puszczajNoc perskie
oko.
- "Pose? do parlamentu Roscheper Nant" - o?ywi? siË R. Kwadryga. -
Portret. Niedrogo. Do pasa. Wiktor wziNo? swojNo zapalniczkË, paczkË
papierosÕw i poszed? do wyj?cia. Za jego plecami doktor R.
Kwadryga jasnym g?osem, o?wiadczy?: "Uwa?am panowie ?e czas, aby?my siË
poznali. Jestem Rem Kwadryga doktor honoris causa, ale na przyk?ad pana
sobie nie przypominam..." W drzwiach Wiktor zderzy? siË z grubym trenerem
dru?yny pi?ki no?nej "Bracia w sapiencji". Trener by? bardzo zatroskany,
bardzo mokry i zszed? Wiktorowi z drogi.
*
Autobus zatrzyma? siË i kierowca powiedzia?:
- Jeste?my na miejscu
- Sanatorium? - zapyta? Wiktor. Na zewnNotrz by?a mg?a, gËsta jak
mleko. Poch?ania?a ?wiat?o reflektorÕw i nic nie by?o widaÖ.
- Sanatorium, sanatorium - wymrucza? kierowca zapalajNoc papierosa.
Wiktor podszed? pod drzwi i schodzNoc ze stopnia powiedzia?.
- Co za mg?a! NiÖ nie widzË.
- Poradzi pan sobie - obojËtnie obieca? kierowca i splunNo? przez okno.
- Te? sobie znaleñli miejsce na sanatorium. W dzieÓ - mg?a, wieczorem -
mg?a. . .
- SzczË?liwej drogi - powiedzia? Wiktor.
Kierowca nie odpowiedzia?. Silnik zawy? i olbrzymi pusty autobus, ca?y
przeszklony, o?wietlony od ?rodka jak zamkniËty na noc supermarket,
zawrÕci?, od razu przemieni? siË w plamË mËtnego ?wiat?a i odjecha? z
powrotem do miasta. Wiktor z trudem przesuwajNoc d?oÓmi po siatce ogrodzenia
znalaz? bramË i na o?lep ruszy? alejNo. Teraz, kiedy jego oczy przywyk?y do
ciemno?ci, niezbyt wyrañnie widzia? przed sobNo o?wietlone okna prawego
skrzyd?a i jakNo? szczegÕlnie g?ËbokNo ciemno?Ö na miejscu lewego, gdzie
spali teraz utrudzeni ca?ym dniem na deszczu "Bracia w sapiencji". We mgle,
jakby przez watË, przenika?y normalne dñwiËki - gra? adapter, brzËcza?y
naczynia, kto? ochryple wrzeszcza?. Wiktor szed?, starajNoc siË trzymaÖ
?rodka piaszczystej alejki, ?eby nie wpa?Ö na jakNo? gipsowNo wazË. ButelkË
z d?inem troskliwie tuli? do piersi i by? bardzo ostro?ny, niemniej jednak
potknNo? siË o co? miËkkiego i parË krokÕw przespacerowa? siË na czworakach.
Za plecami kto? ospale i sennie zaklNo?, ?e niby nale?a?oby po?wieciÖ.
Wiktor wymaca? w mroku upuszczonNo butelkË, znowu przytuli? jNo do piersi i
poszed? dalej wystawiajNoc przed siebie wolnNo rËkË... Po chwili zderzy? siË
z samochodem, po omacku ominNo? go i wpad? na nastËpny. Do diab?a, tu jest
ca?e stado samochodÕw. Wiktor przeklinajNoc b?Noka? siË w?rÕd nich jak w
labiryncie i d?ugo nie mÕg? dotrzeÖ do niewyrañnych ?wiate? oznaczajNocych
wej?cie do budynku. G?adkie boki samochodÕw by?y wilgotne od skroplonej
mg?y. Gdzie? obok kto? chichota? i prÕbowa? siË wyrwaÖ.
Tym razem w westybulu by?o pusto, nikt trzËsNoc t?ustym zadem nie bawi?
siË w chowanego, ani w komÕrki do wynajËcia, nikt nie spa? w fotelach.
WszËdzie poniewiera?y siË st?amszone p?aszcze, a jaki? dowcipni? powiesi?
kapelusz na fikusie. Wiktor czerwonym chodnikiem wszed? na pierwsze piËtro.
Grzmia?a muzyka. Po prawej stronie korytarza wszystkie drzwi do apartamentÕw
pos?a do parlamentu by?y otwarte, dolatywa?y stamtNod t?uste zapachy
jedzenia, - papierosÕw i zgrzanych cia?. Wiktor skrËci? w lewo, zapuka? do
pokoju Diany. Nikt siË nie odezwa?. Drzwi by?y zamkniËte, klucz tkwi? w
zamku. Wiktor wszed?, zapali? ?wiat?o i postawi? butelkË na stoliku obok
telefonu. Us?ysza? czyje? kroki, wyjrza? wiËc na korytarz. D?ugim i pewnym
krokiem oddala? siË ros?y mË?czyzna w czarnym, wieczorowym garniturze . Na
pode?cie zatrzyma? siË przed lustrem , uniÕs? g?owË i poprawi? krawat
(Wiktor zdNo?y? zauwa?yÖ smag?y, orli profil i ostry podbrÕdek), a potem
zasz?a w nim jaka? zmiana - przygarbi? siË - jakby przekrzywi? na bok i
obrzydliwie krËcNoc biodrami znik? w jakich? otwartych drzwiach. Ch?ystek,
niepewnie pomy?la? Wiktor. Puszcza? gdzie? pawia... Spojrza? w lewo. Tam
by?o ciemno.
ZdjNo? p?aszcz, zamknNo? pokÕj i poszed? szukaÖ Diany. Trzeba bËdzie
zajrzeÖ do Roschepera, pomy?la?. Bo gdzie jeszcze ona mo?e byÖ?
Roscheper zajmowa? trzy sale. W pierwsze j, niedawno odbywa?o siË
?arcie. Na sto?ach przykrytych za - ?winionymi obrusami wala?y siË brudne
talerze, popielniczki, butelki, pomiËte serwetki i nikogo nie by?o, je?li
nie liczyÖ samotnej, spoconej ?ysiny chrapiNocej w pÕ?misku z galaretNo.
SNosiednia sala by?a tak zadymiona, ?e mo?na by?o powiesiÖ siekierË. Na
gigantycznym ?o?u Roschepera skaka?y pÕ?nagie nietutejsze panienki. Gra?y w
jakNo? dziwnNo grË z apoplektycznie purpurowym panem burmistrzem, ktÕry ry?
w nich jak ?winia w ?o?Ëdziach i rÕwnie? skaka? chrzNokajNoc ze szczË?cia.
Byli tak?e obecni: pan policmajster bez p?aszcza, pan sËdzia grodzki,
ktÕremu oczy wy?azi?y z orbit na skutek nerwowej zadyszki i jaka?
nieznajoma, ruchliwa osobisto?Ö w liliowych barwach. Ta trÕjka z zapa?em
gra?a w dziecinny bilard stojNocy na toaletce, a w kNocie, oparty o ?cianË,
siedzia? szeroko rozstawiwszy nogi, przeobleczony w utyt?any galowy mundur,
dyrektor gimnazjum z kretyÓskim u?miechem na wargach. Wiktor zamierza? ju?
odej?Ö, kiedy kto? z?apa? go za nogawkË spodni. Spojrza? w dÕ? i odskoczy?.
Pod nim sta? na czworakach pose? do parlamentu, kawaler orderÕw, autor
s?ynnego projektu zarybienia Kitchiganskich zbiornikÕw wodnych Roscheper
Nant.
- ChcË siË bawiÖ w koniki - proszNoco zabecza? Roscheper. - Baw siË ze
mnNo w koniki! I - ha! - najwyrañniej by? niepoczytalny.
Wiktor delikatnie siË uwolni? i zajrza? do ostatniej sali. I tam
zobaczy? DianË. W pierwszej chwili nie zrozumia?, ?e to Diana, a potem
kwa?no pomy?la?: bardzo przyjemnie! By?o tu pe?no ludzi, jacy? pobie?nie
znajomi mË?czyñni i kobiety, wszyscy stali ko?em i klaskali w d?onie, a w
?rodku ko?a taÓczy?a Diana z tym w?a?nie ?Õ?tym ch?ystkiem, w?a?cicielem
orlego profilu. Oczy jej p?onË?y, p?onË?y policzki, w?osy powiewa?y nad
ramionami i nawet diabe? nie by? jej straszny. Orli profil bardzo stara? siË
byÖ na poziomie, dorÕwnaÖ.
Dziwne, pomy?la? Wiktor. O co chodzi?... Co? tu by?o nie tak. TaÓczy
dobrze, no, po prostu wspaniale taÓczy. Jak nauczyciel taÓca. Nie taÓczy,
ale pokazuje jak nale?y taÓczyÖ... Nawet nie jak nauczyciel, tylko jak uczeÓ
na egzaminie. Strasznie zale?y mu na piNotce... Nie, nie to. S?uchaj
kochany, przecie? ty taÓczysz z DianNo! Czy tego nie widzisz? Wiktor jak
zwykle uruchomi? wyobrañniË. Aktor taÓczy na scenie, wszystko dobrze,
wszystko piËknie, wszystko idzie jak nale?y, nikt siË nie sypie, a w domu
nieszczË?cie... nie, wcale niekoniecznie nieszczË?cie, zwyczajnie czekajNo
na jego powrÕt, a on rÕwnie? czeka, kiedy spadnie kurtyna i zgasnNo
?wiat?a... i nawet wcale nie aktor, tylko postronny cz?owiek udajNocy
aktora, ktÕry sam gra ju? bardzo postronnego cz?owieka... Czy?by Diana tego
nie czu?a? Przecie? to fa?sz. Manekin. Ani, odrobiny blisko?ci, ani krzty
pokusy, ani cienia po?Nodania... Co? do siebie mÕwiNo i nie sposÕb zrozumieÖ
- co. Nie spoci? siË pan? Tak, czyta?em i to nawet dwa razy... I wtedy
zobaczy?, ?e Diana biegnie do niego roztrNocajNoc go?ci. - Chodñ taÓczyÖ! -
krzycza?a z daleka.
Kto? zagrodzi? jej drogË, kto? z?apa? za rËkaw, wyrwa?a siË ?miejNoc, a
Wiktor wciNo? szuka? oczami ?Õ?toskÕrego, nie mÕg? znaleñÖ i czul
nieprzyjemny niepokÕj.
Diana podbieg?a do niego, schwyci?a za rËkaw i wciNognË?a w ko?o.
- Chodñ, chodñ! Tu sNo sami swoi - pijaczyny, ?ajdaczyny, sukinsyny...
Poka? im jak siË to robi! Ten smarkacz nic nie potrafi...
WciNognË?a go do ?rodka, kto? w t?umie wrzasnNo? "Niech ?yje pisarz
Baniew!". Adapter, ktÕry zamilk? na chwilË, znowu zagrzmia? i zaszczeka?,
Diana przywar?a do Wiktora, potem odskoczy?a, pachnia?o od niej perfumami i
winem, by?a ca?a rozpalona i Wiktor nic ju? teraz nie widzia? - oprÕcz jej
o?ywionej prze?licznej twarzy i rozwianych w?osÕw.
- TaÓcz! - krzyknË?a i zaczË?a taÓczyÖ. - Zuch jeste?, ?e przyjecha?e?.
- Tak. Tak.
- Po co jeste? trzeñwy? Zawsze jeste? trzeñwy, kiedy nie trzeba.
- Jeszcze bËdË pijany.
- Dzisiaj jeste? mi potrzebny pijany.
- BËdË.
- ?eby robiÖ z tobNo, co bËdË chcia?a. Nie ty ze mnNo, tylko ja z
tobNo.
- Tak.
?mia?a siË zadowolona i oboje taÓczyli w milczeniu nic nie widzNoc i o
niczym nie my?lNoc. Jak we ?nie,. Jak w czasie bitwy. Taka ona teraz by?a -
jak sen, jak bitwa. Diana Na KtÕrNo Nasz?o... Dooko?a klaskali w d?onie, co?
pokrzykiwali, jeszcze kto? prÕbowa? taÓczyÖ, Wiktor odepchnNo? go, ?eby nie
przeszkadza?, a Roscheper przeciNogle krzycza? "O mÕj biedny, pijany ludu!"
- On jest impotentem?
- Ja my?lË. Przecie? go kNopiË.
- No i jak?
- Absolutnie.
- O mÕj biedny, pijany ludu! - jËcza? Roscheper. - Chodñmy stNod -
powiedzia? Wiktor.
WziNo? jNo za rËkË i poprowadzi?. Pijaczyny i sukinsyny rozstËpowali
siË przed nimi ?mierdzNoc czosnkiem i spirytusem, a w drzwiach zagrodzi? im
drogË wielkousty m?okos o rumianych policzkach, powiedzia? co? chamskiego,
?wierzbi?y go piË?ci, ale Wiktor powiedzia? mu "PÕñniej, pÕñniej" i m?okos
znik?. TrzymajNoc siË za rËce przebiegli pustym korytarzem, nastËpnie Wiktor
nie wypuszczajNoc jej rËki otworzy? drzwi, nie wypuszczajNoc jej rËki
zamknNo? drzwi od ?rodka i by?o gorNoco, zrobi?o siË gorNoco nie do
wytrzymania, duszno i pokÕj na poczNotku by? wielki i przestronny, a potem
sta? siË wNoski i ciasny, wtedy Wiktor wsta? i otworzy? okno, czarne
wilgotne powietrze obmy?o jego pier? i ramiona. WrÕci? do ?Õ?ka, namaca? w
ciemno?ciach butelkË z d?inem, napi? siË i odda? jNo Dianie. Potem siË
po?o?y? i znowu z lewej p?ynË?o zimne powietrze, a z prawej by?o gorNoce,
jedwabiste i czu?e. Teraz s?ysza?, ?e pijaÓstwo trwa nadal - go?cie ?piewali
chÕrem.
- To na d?ugo? - zapyta?.
- Co? - zapyta?a sennie Diana.
- D?ugo oni bËdNo wyÖ?
- Nie wiem. Co nas to obchodzi? - odwrÕci?a siË na bok i przytuli?a
policzek do jego ramienia. - Zimno - poskar?y?a siË.
PokrËcili siË w?a?Noc pod ko?drË.
- Nie ?pij - powiedzia? Wiktor.
- Aha - wymamrota?a Diana.
- Dobrze ci?
- Aha.
- A je?li za ucho?
- Aha... przestaÓ, boli.
- S?uchaj, mo?e mÕg?bym pomieszkaÖ tu przez tydzieÓ?
- MÕg?by?.
- A gdzie?
- Teraz chcË spaÖ. Daj pospaÖ biednej, pijanej kobiecie.
Wiktor zamilk? i le?a? bez ruchu. Diana ju? spa?a. W?a?nie tak zrobiÖ,
pomy?la?. Tu bËdzie dobrze i spokojnie. Tylko nie wieczorem. A mo?e i
wieczorem. Nie bËdzie chyba chla? przez wszystkie wieczory, przecie? musi
siË leczyÖ... PobËdË tu ze trzy, cztery dni... piËÖ, sze?Ö... i trzeba mniej
piÖ, wcale nie piÖ i popracowaÖ... bardzo dawno nie pracowa?em... ?eby
zaczNoÖ pracowaÖ, trzeba zdrowo siË wynudziÖ, ?eby ju? na nic poza tym nie -
mieÖ ochoty... DrgnNo?, zasypiajNoc. A w sprawie Irmy... W sprawie Irmy
napiszË do Roc-Tusowa, oto co zrobiË. ?eby tylko Roc-Tusow nie stchÕrzy?, to
tchÕrz. Jest mi winien dziewiËÖset koron... Kiedy mowa o panu prezydencie,
wszystko to nie ma znaczenia, wszyscy stajemy siË tchÕrzami. Dlaczego tak
siË boimy? Czego w?a?ciwie siË boimy? Boimy siË zmian. Nie bËdzie mo?na i?Ö
do knajpy dla pisarzy, ?eby golnNoÖ kielicha... portier przestanie siË
k?aniaÖ... w ogÕle nie bËdzie portiera, sam bËdziesz portierem. Kiepsko,
je?li do kopalni... to rzeczywi?cie kiepsko... Ale tak bywa bardzo rzadko,
nie te czasy... obyczaje z?agodnia?y... Sto razy o tym my?la?em i sto razy
dochodzi?em do wniosku, ?e nie ma siË czego baÖ, a wszystko jedno siË bojË.
Dlatego, ?e to chamska si?a, pomy?la?. To bardzo straszne, je?li przeciwko
tobie jest bezmy?lna, ?wiÓska, szczeciniasta si?a nie poddajNoca siË
niczemu, ani logice, ani emocjom... I Diany nie bËdzie...
ZdrzemnNo? siË i znowu siË obudzi?, dlatego ?e pod otwartym oknem jacy?
g?o?no rozmawiali i r?eli niczym zwierzËta. Zatrzeszcza?y krzaki.
- Nie mogË ich sadzaÖ - powiedzia? pijany g?os policmajstra - nie ma
takiego prawa...
- BËdzie - powiedzia? g?os Roschepera. - Jestem pos?em, czy nie?
- A czy jest takie prawo, ?eby tu? za miastem - rozsadnik zarazy? -
zarycza? burmistrz.
- BËdzie! - z uporem powiedzia? Roscheper.
- Oni nie sNo zarañliwi - zabecza? falsetem dyrektor gimnazjum. - Mam
na my?li, ?e w sensie medycznym...
- Ej, gimnazjum - powiedzia? Roscheper - nie zapomnij sobie rozpiNoÖ.
- A czy jest takie prawo, ?eby rujnowaÖ uczciwych ludzi? - ryknNo?
burmistrz. - ?eby rujnowaÖ, jest takie prawo?
- A ja ci mÕwiË, ?e bËdzie! - powiedzia? Roscheper. - Jestem pos?em,
czy nie? Czym by tu w nich rzuciÖ? - pomy?la? Wiktor.
- Roscheper! - powiedzia? policmajster. - Jeste? moim przyjacielem? Ja
ciË, draniu, na rËkach nosi?em. Ja ciË, draniu, wybiera?em. A teraz te
zarazy ?a?No po mie?cie, a ja nic nie mogË. Prawa takiego nie ma, rozumiesz?
- BËdzie - powiedzia? Roscheper. - Ja ci mÕwiË, ?e bËdzie. W zwiNozku z
zatruciem atmosfery...
- Moralnej! - wtrNoci? dyrektor gimnazjum - moralnej i etycznej.
- Co?... W zwiNozku mÕwiË... z zatruciem atmosfery i z powodu
niedostatecznego obrybienia przylegajNocych zbiornikÕw wodnych... zarazË
zlikwidowaÖ i zorganizowaÖ w odleg?ym miejscu. Tak bËdzie dobrze?
- Niech?e ciË uca?ujË - powiedzia? policmajster.
- Zuch - powiedzia? burmistrz. - Masz ?eb. ToijaciË...
- Drobnostka - powiedzia? Roscheper. - Dlamnie to g?upstwo...
Za?piewamy? Nie, nie mam ochoty. Chodñmy, wypijemy jeszcze po kielonku.
- S?usznie. Po kielonku - i do domu.
Znowu zaszele?ci?y krzaki, Roscheper powiedzia? ju? gdzie? daleko "Ej,
gimnazjum zapomnia?e? sobie zapiNoÖ!" i pod oknem zapad?a cisza. Wiktor
znowu zadrzema?, obejrza? jaki? nieznaczNocy sen, a potem zadzwoni? dzwonek
telefonu.
- Tak - powiedzia?a ochryp?e Diana. - Tak, to ja... - odkaszlnË?a. - To
nic, nic, s?ucham... Wszystko dobrze, moim zdaniem by? zadowolony... Co?
Rozmawia?a le?Noc w poprzek klatki piersiowej Wiktora i nagle poczu?
jak stË?a?o jej cia?o.
- Dziwne - powiedzia?a. - Dobrze, zaraz zobaczË... Tak... Dobrze,
powiem mu. Od?o?y?a s?uchawkË, przelaz?a przez Wiktora i zapali?a nocnNo
lampkË.
- Co siË sta?o? - sennie zapyta? Wiktor.
- Nic. ?pij, ja zaraz wrÕcË.
Przez przymru?one powieki patrzy?, jak zbiera rozrzuconNo bieliznË i
jej twarz by?a taka powa?na, ?e siË zaniepokoi?. Szybko ubra?a siË i wysz?a,
po drodze ju? obciNogajNoc sukienkË. Roscheper zas?ab?, pomy?la?
nas?uchujNoc. Zachla? siË, stary baran. W ogromnym budynku by?o cicho i
Wiktor wyrañnie s?ysza? kroki Diany na korytarzu, ale posz?a nie na prawo
jak oczekiwa?, tylko na lewo. Potem skrzypnË?y drzwi i kroki ucich?y.
OdwrÕci? siË na bok i sprÕbowa? z powrotem zasnNoÖ, ale sen nie przychodzi?.
Zrozumia?, ?e czeka na DianË i nie za?nie, pÕki ona nie wrÕci. Usiad? i
zapali?. Guz na karku znowu zaczNo? pulsowaÖ i Wiktor siË skrzywi?. Diana
nie wraca?a. Nie wiadomo dlaczego przypomnia? sobie tancerza z orlim
profilem. A ten co mañ tym wspÕlnego? - pomy?la? Wiktor. Artysta, ktÕry gra
innego artystË, ktÕry gra trzeciego. Aha, wiËc to o to chodzi, tamten
wyszed? w?a?nie z lewej strony, stamtNod dokNod posz?a Diana. Doszed? do
podestu i przeistoczy? siË w ch?ystka. Najpierw gra? lwa salonowego, a potem
zaczNo? graÖ nonszalanckiego dandysa... Wiktor znowu zaczNo? nads?uchiwaÖ.
ZdumiewajNoco cicho, wszyscy ?piNo... kto? chrapie... Potem znowu skrzypnË?y
drzwi i zaczË?y zbli?aÖ siË kroki. Wesz?a Diana i twarz mia?a nadal bardzo
powa?nNo. Nic siË nie skoÓczy?o, przeciwnie. Diana podesz?a do telefonu i
wykrËci?a numer.
- Nie ma go - powiedzia?a. - Nie, nie, wyszed?... Ja te?... - Nic nie
szkodzi, co te? pan. Dobrej nocy.
Od?o?y?a s?uchawkË, chwilË sta?a patrzNoc w ciemno?Ö za oknem a potem
usiad?a na ?Õ?ku obok Wiktora. W rËku trzyma?a okrNog?No latarkË. Wiktor
zapali? papierosa i poda? jej. Pali?a w milczeniu my?lNoc o czym? ze
skupieniem, a potem zapyta?a.
- Kiedy zasnNo?e??
- Nie wiem, trudno powiedzieÖ.
- Ale ju? pomnie?
- Tak.
OdwrÕci?a siË do niego.
- Nic nie s?ysza?e?? Jakiej? awantury, bÕjki?
- Nie - powiedzia? Wiktor. - Moim zdaniem wszystko by?o bardzo
spokojnie. Najpierw ?piewali, potem Roscheper z kumplami odlewa? siË pod
naszym oknem, a potem zasnNo?em. ZresztNo zamierzali ju? jechaÖ do domÕw.
Diana wyrzuci?a papierosa za okno i wsta?a.
- Ubieraj siË - powiedzia?a.
Wiktor u?miechnNo? siË i wyciNognNo? rËkË po slipy. S?ucham i jestem
pos?uszny, pomy?la?. To ?wietna rzecz - pos?uszeÓstwo. Tylko nie trzeba o
nic pytaÖ. Zapyta?:
- Pojedziemy, czy pÕjdziemy?
- Co... Najpierw pÕjdziemy, a potem siË zobaczy.
- Kto? zginNo??
- Zdaje siË.
- Roscheper?
Nagle poczu? na sobie jej spojrzenie. Patrzy?a na niego z
powNotpiewaniem. TrochË ju? ?a?owa?a, ?e zabiera go ze sobNo. Pyta?a siebie
- a kto to w?a?ciwie taki, ?eby go ze sobNo zabieraÖ?
- Jestem gotÕw - powiedzia? Wiktor.
CiNogle jeszcze nie by?a pewna; w zadumie bawi?a siË latarkNo.
- No dobra... w takim razie chodñmy - powiedzia?a, nie ruszajNoc siË z
miejsca.
- Mo?e oderwaÖ nogË od krzes?a? - zaproponowa? Wiktor - albo powiedzmy
od ?Õ?ka... Diana ocknË?a siË.
- .Nie. Noga jest do niczego. - WysunË?a szufladË biurka i wyjË?a
ogromny, czarny pistolet. - Masz - powiedzia?a. .
Wiktor w pierwszej chwili przerazi? siË, ale okaza?o siË, ?e to
ma?okalibrowy sportowy pistolet i do tego bez magazynka.
- Daj mi naboje - powiedzia?.
Popatrzy?a na niego nic nie rozumiejNoc, potem spojrza?a na pistolet i
powiedzia?a.
- Nie. Naboje nie bËdNo ci potrzebne. Idziemy.
Wiktor wzruszy? ramionami i wsunNo? pistolet do kieszeni. Zeszli do
westybulu i wyszli przed dom. Mg?a zrzed?a, siNopi? wNot?y deszczyk.
SamochodÕw przed domem nie by?o. Diana skrËci?a w alejkË miËdzy krzakami i
za?wieci?a latarkNo. Idiotyczna sytuacja, pomy?la? Wiktor. Okropnie
chcia?bym zapytaÖ, o co chodzi, a zapytaÖ nie wolno. Dobrze by?oby wymy?leÖ
jak zapytaÖ. Jako? tak podchwytliwie. Nie zapytaÖ - tylko ot tak sobie
rzuciÖ uwagË z pytaniem w podtek?cie. Mo?e trzeba bËdzie siË biÖ? Nie chce
mi siË. Dzisiaj mi siË nie chce. WalnË kolbNo. Od razu miËdzy oczy... a jak
tam mÕj guz? Guz by? na miejscu i pobolewa?. Dziwne jednak?e sNo obowiNozki
siostry mi?osierdzia w tym sanatorium... A przecie? zawsze uwa?a?em, ?e
Diana to kobieta tajemnicza. Od pierwszego spojrzenia i przez wszystkie piËÖ
dni... Co za wilgoÖ, trzeba by?o sobie golnNoÖ przed wyj?ciem. Jak tylko
wrÕcË, zaraz sobie golnË.."Dobry jestem, pomy?la?. ?adnych pytaÓ. S?ucham i
jestem pos?uszny.
Obeszli skrzyd?o budynku, przedarli siË przez krzaki bzu i znaleñli siË
przed ogrodzeniem. Diana po?wieci?a. Jednego ?elaznego prËta w ogrodzeniu
brakowa?o.
- Wiktor - powiedzia?a nieg?o?no Diana. - Teraz pÕjdziemy ?cie?kNo. Ty
bËdziesz szed? z ty?u. Patrz pod nogi i ani kroku na bok. Zrozumia?e??
- Zrozumia?em - pokornie powiedzia? Wiktor. - Krok w lewo, krok w prawo
- strzelam.
Diana przelaz?a pierwsza i po?wieci?a Wiktorowi. Potem bardzo wolno
szli pod gÕrË. To by?o wschodnie zbocze wzgÕrza, na ktÕrym sta?o sanatorium.
WokÕ? szumia?y pod deszczem niewidzialne drzewa. Raz Diana siË po?lizgnË?a i
Wiktor ledwie zdNo?y? z?apaÖ jNo za ramiona. Niecierpliwie wyrwa?a siË i
sz?a dalej. Co chwila powtarza?a: "Patrz pod nogi... Trzymaj siË za mnNo".
Wiktor pos?usznie patrzy? w dÕ? na nogi Diany migajNoce w niepewnym, jasnym
krËgu. PoczNotkowo wciNo? oczekiwa? ciosu w potylicË, prosto w guz, albo
czego? w tym rodzaju, ale potem zdecydowa? - raczej nie. Nic do niczego nie
pasowa?o. Po prostu, najpewniej zwia? jaki? ?wir - na przyk?ad Roscheper
dosta? delirium tremens i trzeba go bËdzie doprowadziÖ z powrotem,
terroryzujNoc nie nabitym pistoletem...
Diana nagle przystanË?a i co? powiedzia?a, ale jej s?owa nie dotar?y do
?wiadomo?ci Wiktora, poniewa? nieomal w tej samej sekundzie zobaczy? obok
?cie?ki czyje? b?yszczNoce oczy, nieruchome, ogromne, patrzNoce uwa?nie spod
mokrego, wypuk?ego czo?a - tylko czo?o i oczy, i nic wiËcej, ani warg, ani
nosa, ani cia?a - nic. Wilgotna mokra ciemno?Ö i w krËgu ?wiat?a -
b?yszczNoce oczy i nienaturalnie bia?e czo?o.
- ?cierwa - powiedzia?a Diana ?ci?niËtym g?osem. - Wiedzia?am.
ZezwierzËcone ?cierwa.
Pad?a na kolana, promieÓ latarki ze?lizgnNo? siË wzd?u? czarnego cia?a
i Wiktor zobaczy? jakie? l?niNoce pÕ?koliste ?elazo, ?aÓcuch w trawie, a
Diana rozkaza?a "Szybciej Wiktor", a on przysiad? obok niej na piËty i
dopiero wtedy zrozumia?, ?e to potrzask, a w potrzasku - noga cz?owieka.
OburNocz wczepi? siË w ?elazne szczËki, sprÕbowa? rozerwaÖ je, podda?y siË
ledwie, ledwie i znowu zatrzasnË?y. "Idiota! - krzyknË?a Diana. -
Pistoletem!" ZacisnNo? zËby, z?apa? wygodniej, napiNo? musku?y tak, ?e
zachrzË?ci?o i szczËki siË rozwar?y. "WyciNogaj" - powiedzia? ochryple. Noga
znik?a, ?elazne pÕ?kola znowu siË zwar?y i zacisnË?y mu palce. "Potrzymaj
latarkË" - powiedzia?a Diana. "Nie mogË - odpowiedzia?. - Z?apa?em siË.
Wyjmij z kieszeni pistolet..." Diana zaklË?a, wsadzi?a mu rËkË do kieszeni.
Wiktor znowu otworzy? potrzask, Diana wstawi?a kolbË pistoletu miËdzy
szczËki i wtedy siË uwolni?.
- Potrzymaj latarkË - powtÕrzy?a Diana - a ja zobaczË co z nogNo.
- Ko?Ö jest zgruchotana - powiedzia? z ciemno?ci napiËty g?os. -
Zanie?cie mnie do sanatorium i wezwijcie samochÕd.
- S?usznie - powiedzia?a Diana. - Wiktor, daj mi latarkË i podnie? go.
Po?wieci?a. Cz?owiek siedzia? na tym samym miejscu oparty o pieÓ
drzewa. DolnNo po?owË jego twarzy zas?ania?a czarna przepaska. Okularnik,
pomy?la? Wiktor. Mokrzak. SkNod on siË tutaj wziNo??
- Bierz go - niecierpliwie powiedzia?a Diana. - Na plecy.
- Zaraz - odpowiedzia?. Przypomnia? sobie ?Õ?te krËgi wokÕ? oczu.
?o?Nodek podszed? mu do gard?a. - Zaraz... - przysiad? obok mokrzaka i
odwrÕci? siË do niego plecami - proszË mnie objNoÖ za szyjË - powiedzia?.
Mokrzak okaza? siË chudy i lekki. Nie rusza? siË i nawet mo?na by?o
sNodziÖ, ?e nie oddycha. Nie jËcza?, kiedy Wiktor siË po?lizgnNo?, ale za
ka?dym razem jego cia?em wstrzNosa? skurcz. ?cie?ka by?a znacznie bardziej
stroma ni? Wiktor przypuszcza? i kiedy dotarli do ogrodzenia by? nieñle
zasapany. Trudno by?o przecisnNoÖ mokrzaka przez dziurË w ogrodzeniu, ale
ostatecznie i z tym dali sobie radË.
- DokNod go teraz? - zapyta? Wiktor, kiedy podeszli do wej?cia.
- Na razie do holu - odpowiedzia?a Diana.
- Nie trzeba - tym samym pe?nym wysi?ku g?osem powiedzia? mokrzak. -
Zostawcie mnie tutaj.
- Przecie? pada deszcz - zdziwi? siË Wiktor.
- Niech pan tyle nie gada - powiedzia? mokrzak. - ZostajË tutaj.
Wiktor zmilcza? i zaczai wchodziÖ po stopniach.
- Zostaw go - po wiedzia? a Diana. Wiktor zatrzyma? siË.
- Co do diab?a - powiedzia? - przecie? pada deszcz.
- Niech pan siË nie wyg?upia - powiedzia? mokrzak. - ProszË mnie...
zostawiÖ tu... Wiktor bez s?owa, przeskakujNoc przez trzy stopnie, podszed?
do drzwi i wszed? do holu.
- Kretyn - cicho powiedzia? mokrzak i g?owa opad?a mu na ramiË Wiktora.
- Ba?wan - powiedzia?a Diana doganiajNoc Wiktora i ?apiNoc go za rËkaw.
- Zabijesz go, idioto! Natychmiast wynie? go i po?Õ? na deszczu!
Natychmiast, s?yszysz? No, czego stoisz? .
- Wszyscy?cie tu powariowali - z gniewnym zdumieniem powiedzia? Wiktor.
ZawrÕci?, kopnNo? drzwi nogNo i wyszed? przed dom. Deszcz jakby tylko
na to czeka?. Dopiero co siNopi? leniwie, a teraz nagle lunNo? jak z cebra.
Mokrzak jËknNo? cichutko, podniÕs? g?owË i nagle zaczNo? szybko,
szybko oddychaÖ jak po biegu. Wiktor wciNo? jeszcze zwleka?,
instynktownie rozglNodajNoc siË w poszukiwaniu jakiej? os?ony.
- Niech mnie pan po?o?y - powiedzia? mokrzak.
- W ka?u?Ë? - gorzko i jadowicie zapyta? Wiktor.
- To bez znaczenia... niech pan k?adzie.
Wiktor ostro?nie po?o?y? go na ceramiczne kafelki przed wej?ciem, a
mokrzak od razu wyciNognNo? siË i rozkrzy?owa? rËce. Jego prawa noga by?a
nienaturalnie wykrËcona, ogonfne czo?o w ?wietle nocnej lampy wydawa?o siË
sinawobia?e. Wiktor usiad? obok na schodku. Mia? ogromnNo ochotË wrÕciÖ do
holu, ale to by?o niemo?liwe - zostawiÖ rannego na deszczu, a Samemu
schroniÖ siË w cieple. Ile razy nazwano mnie dzisiaj g?upcem? - pomy?la?,
ocierajNoc twarz d?oniNo. Oj. du?o razy. I zdaje siË, jest w tym trochË
prawdy, poniewa? g?upiec, czyli ba?wan, a tak?e kretyn i tak dalej, to
ignorant upierajNocy siË przy swojej ignorancji. A przecie?, jak Boga
kocham, jest mu lepiej na deszczu! Nawet oczy otworzy? i wcale nie sNo takie
straszne... Mokrzak, pomy?la?. Tak, w?a?ciwie raczej mokrzak ni? okularnik.
Ale jak te? trafi? w ten potrzask? Spotykam dzisiaj drugiego mokrzaka i obaj
majNo k?opoty. Oni majNo k?opoty, i ja mam przez nich k?opoty...
W holu Diana rozmawia?a przez telefon. Wiktor przys?ucha? siË:
- Noga!... Tak, zgruchotane ko?ci... Dobrze... W porzNodku... Jak
najszybciej, czekamy.
Przez szklane drzwi Wiktor zobaczy?, ?e odwiesi?a s?uchawkË i pobieg?a
schodami na gÕrË. ZaczË?y siË jakie? nieprzyjemno?ci z mokrzakami w naszym
mie?cie. Co? siË wokÕ? nich dzieje. Jakby nagle zaczËli wszystkim
przeszkadzaÖ, nawet dyrektorowi gimnazjum. Nawet Loli, przypomnia? sobie
nagle. Zdaje siË, ?e te? co? o nich wspomnia?a... Spojrza? na mokrzaka.
Mokrzak patrzy? na niego.
- Jak pan siË czuje? - zapyta? Wiktor. Mokrzak milcza?.
- Mo?e panu czego? trzeba? - zapyta? Wiktor podnoszNoc g?os. - TrochË
d?inu?
- Niech pan siË nie drze - powiedzia? mokrzak. - S?yszË.
- Boli? - zapyta? Wiktor wspÕ?czujNoco.
- A jak pan my?li?
WyjNotkowo nieprzyjemny cz?owiek, pomy?la? Wiktor. ZresztNo BÕg z nim -
widzË go po raz pierwszy i ostatni. A teraz go boli...
- To nic... - rzek?. - Jeszcze tylko kilka minut. Zaraz po pana
przyjadNo.
Mokrzak nic nie odpowiedzia?, jego czo?o pokry?y bruzdy, przymknNo?
oczy. Przypomina? teraz trupa - p?aski, nieruchomy pod ulewnym deszczem.
Wybieg?a Diana z lekarskNo walizeczkNo, przysiad?a obok i zaczË?a co? robiÖ
z poharatanNo nogNo. Mokrzak cicho krzyknNo?, ale Diana nie mÕwi?a
uspokajajNocych s?Õw jak zwykle w takich wypadkach lekarze. "PomÕc ci?" -
zapyta? Wiktor. Diana nie odpowiedzia?a. Wsta?, wtedy Diana nie unoszNoc
g?owy powiedzia?a: "Poczekaj, nie odchodñ".
- Nigdzie nie idË - odpar? Wiktor. Patrzy? jak zrËcznie zak?ada szynË.
- BËdziesz jeszcze potrzebny - powiedzia?a Diana.
- Nigdzie nie idË, - powtÕrzy? Wiktor.
Potem gdzie? za zas?onNo deszczu zawarcza? silnik, b?ysnË?y reflektory.
Wiktor zobaczy? jeepa, ktÕry ostro?nie skrËca? w bramË. Jeep podjecha? do
wej?cia i niezgrabnie wy?adowa? siË z niego Jul Golem w swoim niezgrabnym
p?aszczu. Wszed? po schodkach, pochyli? siË nad mokrzakiem i wziNo? go za
rËkË. Mokrzak powiedzia? g?ucho:
- ?adnych zastrzykÕw.
- Dobra - powiedzia? Golem i spojrza? na Wiktora. - Niech go pan
podniesie.
Wiktor wziNo? mokrzaka na rËce i zaniÕs? go do jeepa. Golem wyprzedzi?
go, otworzy? drzwi i wsiad? do ?rodka.
- Niech pan go daj e tutaj - powiedzia? z ciemno?ci. - Nie, nogami do
przodu... ?mielej... PrzytrzymaÖ za ramiona...
Sapa? i krzNota? siË w samochodzie. Mokrzak znowu krzyknNo? i Golem
powiedzia? co? niezrozumia?ego, co? w rodzaju "Sze?Ö kNotÕw na szyi..."
Potem zatrzasnNo? drzwi i siadajNoc przy kierownicy, zapyta? DianË:
- Dzwoni?a? do nich?
- Nie - powiedzia?a Diana. - ZadzwoniÖ?
- Teraz ju? nie warto - powiedzia? Golem - bo inaczej wszystko
zatuszujNo. Do widzenia. Jeep ruszy?, objecha? klomb i odjecha? alejNo.
- No, to idziemy - powiedzia?a Diana.
- P?yniemy - poprawi? jNo Wiktor. Teraz, kiedy wszystko siË skoÓczy?o,
nie czu? nic oprÕcz irytacji. W holu Diana wziË?a go pod rËkË.
- To nic - powiedzia?a - zaraz przebierzesz siË w suche ubranie,
strzelisz sobie kielicha i wszystko bËdzie dobrze.
- Jestem przemoczony jak pies - gniewnie poskar?y? siË Wiktor. - A poza
tym, mo?e wreszcie wyt?umaczysz mi, co siË tu sta?o?
Diana westchnË?a ze znu?eniem.
- Nic szczegÕlnego siË nie sta?o. Nie trzeba by?o zapominaÖ latarki.
- A te potrzaski na drodze - to u was na porzNodku dziennym?
- Burmistrz je stawia, kanalia...
Weszli na pierwsze piËtro i szli teraz korytarzem.
- Zwariowa?? - zapyta? Wiktor. - To przecie? kryminalna sprawa. Czy
mo?e naprawdË oszala??
- Nie. To zwyk?a kanalia i nienawidzi mokrzakÕw. Jak zresztNo ca?e
miasto.
- To ju? zauwa?y?em. My ich te? nie lubimy, ale potrzaski... A co im
mokrzaki zrobi?y?
- Przecie? trzeba kogo? nienawidziÖ - powiedzia?a Diana. - W jednych
miejscach nienawidzNo ?ydÕw, gdzie indziej - MurzynÕw, a u nas - mokrzakÕw.
Zatrzymali siË przed drzwiami, Diana przekrËci?a klucz, wesz?a i
zapali?a ?wiat?o.
- Poczekaj - powiedzia? Wiktor rozglNodajNoc siË. - Gdzie? ty mnie
przyprowadzi?a?
- To laboratorium - odpowiedzia?a Diana. - Ja zaraz...
Wiktor zosta? w drzwiach i patrzy? jak Diana chodzi po ogromnym pokoju
i zamyka okna. Pod oknami ciemnia?y ka?u?e.
- A co on tam robi? w nocy? - zapyta? Wiktor.
- Gdzie? - zapyta?a Diana nie odwracajNoc siË.
- Na ?cie?ce... Przecie? wiedzia?a?, ?e on tu jest?
- No, bo wiesz - powiedzia?a - w leprozorium jest nie najlepiej z
lekarstwami. Czasami przychodzNo ,do nas i proszNo...
ZamknË?a ostatnie okno, przespacerowa?a siË po laboratorium oglNodajNoc
sto?y zastawione aparaturNo, chemicznymi kolbami i retortami.
- Wszystko to jest obrzydliwe - powiedzia? Wiktor. - Co to za kraj!
Gdzie siË cz?owiek ruszy - wszËdzie jakie? ?wiÓstwa... Chodñmy, bo zmarz?em.
- Zaraz - powiedzia?a Diana.
ZdjË?a ze sto?u jakie? ciemne mËskie ubranie i potrzNosnË?a nim. By? to
ciemny, wieczorowy garnitur. Starannie powiesi?a go w szafie na ubrania
robocze. SkNod tu garnitur? - pomy?la? Wiktor. I do tego taki znajomy
garnitur...
- No tak - powiedzia?a Diana - ty jak chcesz, ale ja zaraz w?a?Ë do
gorNocej wanny.
- Pos?uchaj Diano - powiedzia? ostro?nie Wiktor. - Kto to by? ten... z
takim nosem... ?Õ?ty na twarzy? Z ktÕrym taÓczy?a?...
Diana wziË?a go za rËkË.
- Widzisz - odpowiedzia?a po chwili milczenia - to mÕj mNo?, ...MÕj
by?y mNo?.
*
Dawno nie widzia?em pana w mie?cie - powiedzia? Pawor zakatarzonym
g?osem. Nie tak znowu dawno - powiedzia? Wiktor - wszystkiego dwa dni temu.
Mo?na siË do was przysiNo?Ö, czy wolicie byÖ sami? - .zapyta? Pawor.
- Niech pan siada - powiedzia?a uprzejmie Diana.
Pawor usiad? naprzeciw niej i krzyknNo?: "Kelner, podwÕjny koniak!"
Zmierzcha?o siË, portier zaciNoga? story na oknach. Wiktor zapali? stojNocNo
lampË.
- Jestem zachwycony pani wyglNodem - Pawor zwrÕci? siË do Diany - ?yÖ w
takim klimacie i zachowaÖ tak wspania?No cerË... - kichnNo?. - Przepraszam.
Te deszcze mnie wykoÓcza... - Jak siË pracuje? - zapyta? Wiktora.
- Kiepsko. Nie mogË pracowaÖ, kiedy jest pochmurno - wciNo? mam ochotË
czego? siË napiÖ.
- Co za skandal wywo?a? pan u policmajstra? - zapyta? Pawor.
- A tam, g?upstwo - odpowiedzia? Wiktor. - Szuka?em sprawiedliwo?ci.
- Ale co siË sta?o?
- Ten bydlak burmistrz zastawia potrzaski na mokrzakÕw. Jeden siË
z?apa?, zmia?d?y?o mu nogË. Zabra?em ten potrzask, poszed?em na policjË i
za?Noda?em dochodzenia.
- Tak - powiedzia? Pawor. - I co dalej?
- W tym mie?cie sNo dziwne prawa. Poniewa? nie by?o wniosku
poszkodowanego, uwa?a siË, ?e nie by?o tak?e przestËpstwa, tylko
nieszczË?liwy wypadek, ktÕremu nikt nie jest winien z wyjNotkiem
poszkodowanego. Powiedzia?em policmajstrowi, ?e przyjmË to do wiadomo?ci i
wtedy on oznajmi? mi, ?e jest to groñba i na tym siË rozstali?my. t
- A gdzie to siË sta?o? - zapyta? Pawor.
- Niedaleko sanatorium.
- Niedaleko sanatorium? Czego szuka? mokrzak ko?o sanatorium?
- To nikogo nie powinno obchodziÖ - ostro powiedzia?a Diana.
- Oczywi?cie - odpar? Pawor. - Ja siË tylko zdziwi?em - skrzywi? siË,
zmru?y? oczy i dñwiËcznie kichnNo?. - O do diab?a - rzek?. - Przepraszam.
Wsadzi? rËkË do kieszeni i wyciNognNo? ogromnNo chustkË do nosa. Co? z
ha?asem upadk) na pod?ogË. Wiktor nachyli? siË. To by? kastet. Wiktor
podniÕs? go i poda? Faworowi.
- I po co pan to nosi przy sobie? - zapyta?.
Pawor z twarzNo ukrytNo w chustce do nosa patrzy? na kastet
zaczerwienionymi oczami.
- To wszystko przez pana - powiedzia? zduszonym g?osem i wydmucha? nos.
- To pan mnie przestraszy? swojNo opowie?ciNo... A tak przy okazji, ludzie
powiadajNo, ?e grasuje tu jaka? miejscowa banda. Ni to bandyci, ni to
chuligani. A ja, wie pan, nie lubiË, kiedy mnie bijNo.
- A czËsto pana bijNo? - zapyta?a Diana.
Wiktor spojrza? na niNo. Siedzia?a w fotelu za?o?ywszy nogË na nogË i
pali?a papierosa nie patrzNoc na nikogo. Biedny Pawor, pomy?la? Wiktor.
Zaraz co? us?yszy... WyciNognNo? rËkË i obciNognNo? spÕdnicË na jej
kolanach.
- Mnie? - zapyta? Pawor. - Czy?bym wyglNoda? na cz?owieka, ktÕrego
czËsto bijNo? To trzeba poprawiÖ. Kelner, jeszcze raz podwÕjny koniak! Tak,
a wiËc nastËpnego dnia poszed?em do warsztatu ?lusarskiego i raz dwa zrobili
mi tË zabawkË... - z zadowoleniem obejrza? kastet. - Niez?a rzecz, nawet
Golemowi siË spodoba?a...
- Nadal nie wpuszczajNo pana do leprozorium? - zapyta? Wiktor.
- Nie. Nie wpuszczajNo i jak nale?y sNodziÖ, nie wpuszczNo. W ka?dym
razie ju? w to nie wierzË. Napisa?em skargi do trzech departamentÕw, a teraz
siedzË i piszË sprawozdanie. Na jakNo sumË leprozorium otrzyma?o w minionym
roku kalesony. Oddzielnie dla kobiet, oddzielnie dla mË?czyzn. Diabelnie
pasjonujNoce.
- Niech pan napisze, ?e im brakuje lekarstw - poradzi? Wiktor. Pawor ze
zdziwieniem uniÕs? brwi, a Diana powiedzia?a leniwie.
- Lepiej niech pan zostawi tË swojNo pisaninË i zamiast tego napije siË
grzanego wina i po?o?y do ?Õ?ka.
- Zrozumia?em aluzjË - powiedzia? Pawor z westchnieniem. - Trzeba
bËdzie i?Ö... Czy pan wie, w ktÕrym numerze mieszkam? - zapyta? Wiktora. -
Wpad?by pan kiedy?.
- W dwie?cie dwudziestym trzecim - powiedzia? Wiktor. - Z ca?No
pewno?ciNo.
- Do widzenia - powiedzia? Pawor wstajNoc. - ?yczË przyjemnego
wieczoru.
Oboje patrzyli jak podszed? do baru, wziNo? butelkË czerwonego wina i
skierowa? siË do wyj?cia.
- Masz za d?ugi jËzyk - powiedzia?a Diana.
- Tak - zgodzi? siË Wiktor. - Moja wina. Rozumiesz, on mi siË w jaki?
sposÕb podoba.
- A mnie nie - powiedzia?a Diana.
- I doktorowi R. Kwadrydze - te? nie. Ciekawe dlaczego?
- Ma wstrËtny pysk - odpowiedzia?a Diana. - Blond bestia. Znam ten
gatunek. Prawdziwi mË?czyñni. Bez czci i wiary. Atamani g?upcÕw.
- Masz ci los - zdziwi? siË Wiktor. - A ja my?la?em, ?e tacy mË?czyñni
powinni ci siË podobaÖ.
- Teraz ju? nie ma mË?czyzn - zaprzeczy?a Diana. - Teraz sNo albo
faszy?ci, albo baby.
- A ja? - zapyta? Wiktor z zaciekawieniem.
- Ty? Ty za bardzo lubisz marynowane minogi. I jednocze?nie -
sprawiedliwo?Ö.
- Racja. Ale moim zdaniem to ca?kiem nieñle.
- Nie najgorzej. Ale gdyby? musia? wybieraÖ, wybra?by? minogi, a to ju?
niedobrze. PoszczË?ci?o ci siË, ?e masz talent.
- Co? ty dzisiaj taka z?a? - zapyta? Wiktor.
- A ja w ogÕle jestem z?a. Ty masz talent, a ja - z?o?Ö. Je?eli tobie
odebraÖ talent, a mnie z?o?Ö to pozostanNo dwa kopulujNoce ze sobNo zera.
- Zero zeru nierÕwne - zauwa?y? Wiktor. - Ty nawet jako zero
wyglNoda?aby? nieñle - przystojne, ?wietnie zbudowane zero. A poza tym,
gdyby ci odebraÖ twojNo z?o?Ö, staniesz siË dobra, co w koÓcu te? nie jest
najgorsze...
- Je?li odebraÖ mi z?o?Ö, to stanË siË meduzNo. ?ebym sta?a siË dobra,
nale?a?oby zastNopiÖ z?o?Ö dobrociNo.
- Zabawne - powiedzia? Wiktor - przewa?nie kobiety nie lubiNo
dyskutowaÖ. Ale kiedy ju? zaczynajNo, stajNo siË zdumiewajNoco kategoryczne.
SkNod ci siË w?a?ciwie wziË?o, ?e jeste? wy?Nocznie z?a i ani trochË dobra.
Tak nigdy nie jest. Masz w sobie dobroÖ, tylko ?e jej nie widaÖ spoza
z?o?ci. W ka?dym cz?owieku jest wszystkiego po trochu, a ?ycie z tej
mieszaniny wyciska na wierzch to albo tamto...
Na salË wtoczy?o siË towarzystwo m?odych ludzi jod razu zrobi?o siË
g?o?niej. M?odzi ludzie zachowywali siË do?Ö swobodnie - nawymy?lali
kelnerowi, pogonili go po piwo, sami obsiedli stolik w odleg?ym kNocie,
zaczËli g?o?no rozmawiaÖ i ?miaÖ siË na ca?e gard?o. Ogromny drab o grubych
wargach i rumianych policzkach pstrykajNoc palcami skierowa? siË tanecznym
krokiem do baru. Teddy co? mu poda? i drab odstawiajNoc ma?y palec ujNo?
dwoma palcami kieliszek, odwrÕci? siË plecami do lady, opar? siË o niNo
?okciami, skrzy?owa? nogi i zwyciËsko rozejrza? siË po pustej sali. "Witam
DianË! - wrzasnNo?. - Co s?ychaÖ?" Diana u?miechnË?a siË do niego obojËtnie.
- Co to za cudo? - zapyta? Wiktor.
- Niejaki Flamen Juventa - odpowiedzia?a Dina. - Bratanek policmajstra.
- Gdzie? go ju? widzia?em - powiedzia? Wiktor.
- Do diab?a z nim - niecierpliwie powiedzia?a Diana. - Wszyscy ludzie
to meduzy i niczego w nich takiego nie ma. Z rzadka trafiajNo siË prawdziwi,
tacy ktÕrzy majNo co? w?asnego - dobroÖ, talent, z?o?Ö... ale je?li im to
zabraÖ, nic z nich nie pozostanie, zostanNo meduzami jak wszyscy. Ty, mam
wra?enie wyobrazi?e? sobie, ?e podoba mi siË twoje umi?owanie minÕg i
sprawiedliwo?ci? Zawracanie g?owy! Masz talent, masz swoje ksiNo?ki, masz
s?awË, ale je?li chodzi o resztË, to jeste? taki sam jaskiniowy niedorajda
jak wszyscy.
- To, co teraz mÕwisz - oznajmi? Wiktor - jest tak bardzo nies?uszne,
?e nawet nie czujË siË ura?ony. Ale mÕw dalej, bardzo interesujNoco zmienia
ci siË wyraz twarzy, kiedy mÕwisz - zapali? papierosa i poda? jej. - MÕw
dalej.
- Meduzy - powiedzia?a Diana gorzko. - O?lizg?e, g?upie meduzy.
Kot?ujNo siË, pe?zajNo, strzelajNo, same nie wiedzNo czego chcNo, nic nie
umiejNo, niczego naprawdË nie kochajNo... jak robaki w wychodku...
- To nieprzyzwoite - powiedzia? Wiktor. Obraz niewNotpliwie jest
wypuk?y, ale zdecydowanie nieprzyzwoity. I w ogÕle to sNo bana?y, Diano,
moja najmilsza, nie jeste? my?licielem. W ubieg?ym wieku, gdzie? na
prowincji mo?e by to nieñle wyglNoda?o... w ka?dym razie towarzystwo by?oby
rozkosznie zaszokowane, a bladzi m?odzieÓcy o gorejNocych oczach ?aziliby za
tobNo jak psy. Ale dzisiaj to sNo rzeczy oczywiste. Dzisiaj wszyscy wiedzNo,
czym jest cz?owiek. Co z tym cz?owiekiem robiÖ - oto na czym polega problem.
ZresztNo te? przewa?kowany do znudzenia.
- A co robiNo z meduzami?
- Kto? Meduzy?
- My.
- O ile wiem - nic. Zdaje siË, ?e robiNo z nich konserwy.
- No i bardzo dobrze - powiedzia?a Diana. - Czy ty co? zdzia?a?e? przez
ten czas?
- No a jak! Napisa?em potwornie wzruszajNocy list do swojego
przyjaciela Roc-Tusowa. Je?li po tym li?cie nie za?atwi pensji dla Irmy, to
znaczy, ?e jestem ju? do niczego!
- I to wszystko?
- Tak - powiedzia? Wiktor. - Ca?No resztË wyrzuci?em.
- O Bo?e - powiedzia?a Diana. - A ja opiekowa?am siË tobNo, stara?am
siË nie przeszkadzaÖ, odgania?am Roschepera...
- KNopa?a? mnie w wannie - przypomnia? Wiktor.
- KNopa?am w wannie, poi?am kawNo...
- Poczekaj - powiedzia? Wiktor - ale przecie? ja te? kNopa?em ciË w
wannie...
- Wszystko jedno.
- Jak to wszystko jedno? My?lisz, ?e ?atwo pracowaÖ, kiedy siË ciebie
kNopie w wannie? Opisa?em sze?Ö wariantÕw tego procesu, wszystkie sNo do
niczego.
- Daj przeczytaÖ.
- Tylko dla mË?czyzn - powiedzia? Wiktor. - Poza tym wyrzuci?em je, czy
ci nie powiedzia?em? I w ogÕle by?o w nich tak ma?o patriotyzmu i
?wiadomo?ci narodowej, ?e tak czy inaczej nikomu nie mo?na by?oby ich
pokazaÖ.
- Powiedz, jak ty to robisz - najpierw piszesz, a dopiero potem
wstawiasz ?wiadomo?Ö narodowNo?
- Nie - odpowiedzia? Wiktor. - Na poczNotek nasiNokam ?wiadomo?ciNo
narodowNo do g?Ëbi duszy: czytam przemÕwienie pana prezydenta, wykuwam na
pamiËÖ eposy bohaterskie, uczËszczam na zebrania patriotyczne. Potem, kiedy
zaczynam rzygaÖ - kiedy ju? mnie nie mdli, tylko rzygam - biorË siË do
dzie?a... Wiesz, porozmawiajmy lepiej o czym? innym. Na przyk?ad o tym, co
bËdziemy robili jutro.
- Jutro masz spotkanie z gimnazjalistami.
- To pÕjdzie szybko. A potem?
Diana nie odpowiedzia?a. Patrzy?a na niego. Wiktor odwrÕci? siË.
Zbli?a? siË do nich mokrzak - w ca?ej swojej krasie - czarny, mokry, z
przepaskNo na twarzy.
- DzieÓ dobry - przywita? siË z DianNo. - Golem jeszcze nie wrÕci??
Twarz Diany wstrzNosnË?a Wiktorem. Jak na starym obrazie. Nawet nie na
portrecie - na ikonie. Dziwna nieruchomo?Ö rysÕw, i ju? nie wiesz - czy to
zamys? mistrza czy bezradno?Ö rzezimieszka. Diana nie odpowiedzia?a.
Milcza?a i mokrzak rÕwnie? patrzy? na niNo w milczeniu, i nie by?o w tym
milczeniu ?adnej niezrËczno?ci - oni po prostu byli razem, a Wiktor i
wszyscy pozostali byli oddzielnie. Wiktorowi bardzo siË to nie podoba?o.
- Golem zapewne zaraz przyjdzie - powiedzia? g?o?no.
- Tak - powiedzia?a Diana. - ProszË, niech pan usiNodzie i zaczeka.
Jej g?os by? zwyczajny i u?miecha?a siË do mokrzaka obojËtnym
u?miechem. Wszystko by?o jak zwykle - Wiktor by? z DianNo, a wszyscy
pozostali byli osobno.
- ProszË - weso?o powiedzia? Wiktor wskazujNoc na fotel doktora R.
Kwadrygi.
Mokrzak usiad?, po?o?y? na kolanach obie d?onie w czarnych
rËkawiczkach. Wiktor nala? mu koniaku. Mokrzak wprawnym i niedba?ym gestem
wziNo? kieliszek, zako?ysa? nim jakby sprawdzajNoc wagË i odstawi? na stÕ?.
- Mam nadziejË, ?e pani nie zapomnia?a? - powiedzia? do Diany.
- Tak - powiedzia?a Diana. - Tak. Zaraz przyniosË. Wiktorze, daj mi
klucz do pokoju, za chwilË wrÕcË.
WziË?a klucz i szybko posz?a do wyj?cia. Wiktor zapali? papierosa. Co z
tobNo przyjacielu, powiedzia? do siebie. Jako? za du?o ci siË zwiduje w
ostatnich czasach. Jaki? taki przeczulony siË zrobi?e? i nadwra?liwy...
Zazdrosny. I niepotrzebnie. Ciebie to w ogÕle nie dotyczy - ci wszyscy byli
mË?owie, te wszystkie dziwne znajomo?ci... Diana - to Diana, a ty - to ty.
Roscheper jest impotentem? Impotentem. I to ci powinno wystarczyÖ...
Wiedzia?, ?e to wszystko nie jest takie proste, ?e ju? po?knNo? truciznË,
ale powiedzia? sobie - wystarczy. Na dzisiaj, na teraz, na chwilË - i uda?o
mu siË przekonaÖ siebie, ?e naprawdË wystarczy.
Naprzeciw siedzia? mokrzak nieruchomy i straszny jak manekin. CiNognË?o
od niego wilgociNo i jeszcze czym? jakby medycznym. Czy mog?em sobie
wyobraziÖ, ?e bËdË kiedy? siedzia? z mokrzakiem w knajpie przy jednym
stoliku? Jednak postËp, ch?opcy, nastËpuje powoli. Albo te? my stali?my siË
tacy wszystko - ?erni i wreszcie do nas dotar?o, ?e wszyscy ludzie sNo
braÖmi? Ludzko?ci, moja przyjaciÕ?ko, jestem z ciebie dumny... A czy pan,
mÕj drogi, wyda?by swojNo cÕrkË za mokrzaka?...
- Nazywam siË Baniew - przedstawi? siË Wiktor i zapyta?. - Jak zdrowie
tego... rannego? Tego, ktÕry wpad? w potrzask?
Mokrzak szybko odwrÕci? ku niemu twarz. Patrzy jak z okopu, pomy?la?
Wiktor.
- ZadowalajNoco - odpowiedzia? sucho mokrzak.
- Na jego miejscu zawiadomi?bym policjË.
- To nie ma sensu - powiedzia? mokrzak.
- A dlaczego? - zapyta? Wiktor. - Niekoniecznie musi zg?aszaÖ na
miejscowej policji, mo?na zwrÕciÖ siË do okrËgowej...
- Nam to niepotrzebne. Wiktor wzruszy? ramionami.
- Ka?de przestËpstwo, ktÕre pozostaje bezkarne, rodzi nowe
przestËpstwo.
- Tak. Ale nas to nie interesuje.
Przez chwilË obaj milczeli. Potem mokrzak powiedzia?:
- Moje nazwisko - Zurtzmansor.
- S?ynne nazwisko - uprzejmie powiedzia? Wiktor. - Czy nie jest pan
krewnym Paw?a Zurtzmansora, tego socjologa?
Mokrzak zmru?y? oczy.
- Nie nosimy nawet tego samego nazwiska - powiedzia?. - Powiedziano mi,
Baniew, ?e jutro ma pan spotkanie w gimnazjum...
Wiktor nie zdNo?y? odpowiedzieÖ. Za jego plecami kto? przesunNo? fotel
i dziarski baryton powiedzia?:
- Ano, zje?d?aj stNod zarazo!
Wiktor odwrÕci? siË. Wznosi? siË nad nim grubowargi Flamenco Juventa,
czy jak mu tam, s?owem - bratanek. Wiktor patrzy? na niego d?u?ej ni?
sekundË, ale to wystarczy?o, ?eby poczu? wyjNotkowNo irytacjË.
- Do kogo pan mÕwi, m?ody cz?owieku? - zainteresowa? siË.
- Do paÓskiego przyjaciela - grzecznie wyja?ni? mu Flamenco Juventa i
ponownie wrzasnNo?. - Do kogo mÕwiË, ty mokra szmato!
- ChwileczkË - powiedzia? Wiktor i wsta?. Flamenco Juventa z
u?mieszkiem patrzy? na niego z gÕry. Taki m?ody Goliat w sportowej kurtce
b?yskajNocej niezliczonymi emblematami, nasz prosty, ojczysty sturmfuerer,
opoka narodu z gumowNo pa?kNo w tylnej kieszeni spodni, postrach
prawicowcÕw, lewicowcÕw i umiarkowanych. Wiktor siËgnNo? rËkNo do jego
krawata i zapyta? z troskNo i zainteresowaniem "Co pan tu ma?". I kiedy
m?ody Goliat automatycznie pochyli? g?owË, ?eby zobaczyÖ co tam ma, Wiktor
mocno z?apa? go za nos du?ym i wskazujNocym palcem. "E!" - krzyknNo? m?ody
Goliat kompletnie oszo?omiony i sprÕbowa? siË wyrwaÖ, ale Wiktor go nie
wypu?ci? i przez jaki? czas bardzo starannie, z lodowatNo zawziËto?ciNo
zakrËca? i obraca? ten bezczelny, mocny nos przygadujNoc "NastËpnym razem
zachowuj siË przyzwoicie, szczeniaku, bratanku, parszywy bojÕwkarzu, chamski
sukinsynu..." Pozycja by?a wyjNotkowo korzystna - m?ody Goliat rozpaczliwie
wierzga?, ale miËdzy nimi sta? fotel i m?ody Goliat piË?ciami ubija?
powietrze, za to Wiktor mia? d?u?sze rËce i ciNogle wykrËca?, rozgniata?,
obraca? i wyciNoga? do
chwili, kiedy nad g?owNo przelecia?a mu butelka. Wtedy obejrza? siË -
odsuwajNoc stoliki i przewracajNoc fotele pËdzi?a na niego ca?a
piËcioosobowa banda, dwÕch w niej by?o wyjNotkowo ros?ych. Na mgnienie oka
wszystko zastyg?o jak na fotografii - czarny Zurtzmansor spokojnie rozwalony
w fotelu, Teddy w powietrzu - przeskakujNocy przez ladË baru, Diana z bia?ym
pakunkiem na ?rodku sali - a na drugim planie w drzwiach straszliwa, wNosata
twarz portiera, i tu? obok w?ciek?e pyski z rozwartymi paszczËkami.
NastËpnie skoÓczy?a siË fotografia i zaczË?o siË kino. . .
Pierwszego dryblasa Wiktor nadzwyczaj fartownie powali? ciosem w
policzek. Ten przepad? i przez jaki? czas siË nie pojawi?. Ale drugi dryblas
trafi? Wiktora w ucho. Kto? inny uderzy? go kantem d?oni w policzek -
chybi?, widocznie celowa? w gard?o. A jeszcze kto? - wyzwolony Goliat? -
skoczy? mu na plecy. To by?y brutalne uliczne ?obuzy, opoka narodu - tylko
jeden z nich zna? boks, a pozostali chcieli nie : tyle walczyÖ, ile
okaleczyÖ - wy?upiÖ oko, rozerwaÖ usta, kopnNoÖ w pachwinË. Gdyby Wiktor nie
by? sam, na pewno by go zmasakrowali, ale od ty?u zaatakowa? ich Teddy,
ktÕry ?wiËcie przestrzega? z?otej zasady wszystkich wikidaj?Õw - t?umiÖ
ka?dNo bÕjkË w zarodku, z flanki za? pojawi?a siË Diana, Diana W?cieklica, z
zËbami wyszczerzonymi z nienawi?ci, niepodobna do siebie, ju? bez bia?ego
pakunku, tylko z ciË?kim oplatanym gNosiorem w rËku, nadciNognNo? te?
portier - niem?ody ju? mË?czyzna, ale sNodzNoc po metodach walki, by?y
?o?nierz - walczy? pËkiem kluczy, jakby to by? pas z bagnetem w pochwie.
Kiedy wiËc z kuchni przybieg?o dwÕch kelnerÕw, nie mieli ju? nic do roboty.
Bratanek zwia?, nawet zapomnia? na stoliku swÕj tranzystor. Jeden z
ch?opaczkÕw le?a? pod sto?em - by? to ten, ktÕrego Diana powali?a oplecionym
gNosiorem, pozosta?ych za? czterech Wiktor z Teddym dos?ownie wynie?li na
piË?ciach z sali, przepËdzili przez hol i kopniakami wbili w drzwi obrotowe.
Z rozpËdu sami te? wylecieli na ulicË i dopiero tam, na deszczu u?wiadomili
sobie ca?kowite zwyciËstwo i trochË siË uspokoili.
- Parszywi smarkacze - powiedzia? Teddy, zapalajNoc jednocze?nie dwa
papierosy, dla siebie i dla Wiktora. - Przyzwyczaili siË, co czwartek
rozrÕba. Zesz?ym razem zagapi?em siË i po?amali dwa fotele. A kto potem
p?aci? Ja!
Wiktor maca? puchnNoce ucho.
- Bratanek uciek? - powiedzia? z ?alem. - Nie dobra?em siË do niego,
niestety.
- To dobrze - powiedzia? rzeczowo Teddy. - Od niego lepiej siË trzymaÖ
z daleka. Jego stryjek jest sam wiesz kim, zresztNo i on sam... Opoka
Ojczyzny i PorzNodku, czy jak tam oni siË nazywajNo... A ty, panie pisarzu,
jak widzË nauczy?e? siË biÖ. PamiËtam kiedy? by?e? taki smarkacz, s?aby jak
mucha - bywa?o przy?o?No ci - a ty pod stÕ?. Zuch.
- Taki mam zawÕd - westchnNo? Wiktor. - Produkt walki o byt. U nas
przecie? tak jest - wszyscy na jednego. A pan prezydent - za wszystkich.
- I dochodzi do mordobicia? - prostodusznie zdziwi? siË Teddy.
- No a jak my?lisz! NapiszNo na ciebie pochwalny artyku?, ?e jeste?
przepe?niony ?wiadomo?ciNo narodowNo, idziesz szukaÖ krytyka, a on ju? w
towarzystwie - wszyscy m?odzi, silni i dziarscy, dzieci prezydenta...
- Co? podobnego - powiedzia? Teddy. - I co dalej?
- RÕ?nie. Bywa i tak, i nie tak.
Pod wej?cie podjecha? jeep, drzwi siË otworzy?y i na deszcz wysiad?
m?ody cz?owiek w okularach i z teczkNo oraz jego wysoki wspÕ?towarzysz. Zza
kierownicy wygrzeba? siË Golem. Wysoki z intensywnym, mo?na powiedzieÖ
zawodowym zainteresowaniem patrzy?, jak portier wykopuje przez obrotowe
drzwi ostatniego awanturnika, ktÕry jeszcze nie ca?kiem przyszed? do siebie.
"Szkoda, ?e tego z nami nie by?o - szeptem powiedzia? Teddy wskazujNoc
oczami na wysokiego. - To jest specjalista z klasNo! Nie to, co ty.
Zawodowiec, rozumiesz? "Rozumiem" - rÕwnie? szeptem odpowiedzia? Wiktor.
M?ody cz?owiek z teczkNo oraz wysoki k?usem przebiegli obok i dali nura w
drzwi. Golem w pierwszej chwili ruszy? za nimi niespiesznie, ju? z daleka
u?miechajNoc siË do Wiktora, ale zastNopi? mu drogË pan Zurtzmansor z bia?No
paczkNo pod pachNo. Powiedzia? co? pÕ?g?osem, a wtedy Golem przesta? siË
u?miechaÖ i wrÕci? do samochodu. Zurtzmansor wgramoli? siË na tylne
siedzenie i jeep odjecha?.
- Ech - powiedzia? Teddy - bili?my nie tych co trzeba, panie Baniew.
Ludzie za niego krew przelewajNo, a ten wsiada do cudzego samochodu i
odje?d?a.
- Chyba nie masz racji - powiedzia? Wiktor. - Chory, nieszczË?liwy
cz?owiek, dzisiaj on, jutro ty. My z tobNo zaraz pÕjdziemy siË napiÖ, a jego
zawieñli do leprozorium.
- Dobrze wiem, gdzie go zawieziono! - nieub?aganie powiedzia? Teddy. -
Nic nie rozumiesz z naszego ?ycia, pisarzu.
- Oderwa?em siË od narodu?
- Od narodu, nie od narodu, ale ?ycia nie znasz. Pomieszkaj no u nas -
ktÕry to ju? rok tylko deszcze i deszcze, na polach wszystko wygni?o, z
dzieÖmi nie mo?na doj?Ö do ?adu... ZresztNo, co tu gadaÖ - w ca?ym mie?cie
nie ma ani jednego kota, myszy nied?ugo nas zagryzNo... E - ech! -
powiedzia? i machnNo? rËkNo. - No, to chodñmy.
WrÕcili do holu i Teddy zapyta? portiera, ktÕry ju? wrÕci? na swÕj
posterunek:
- No i jak? Du?o po?amali?
- E, nie - odpowiedzia? portier. - Mo?na powiedzieÖ, ?e wyszli?my bez
szwanku. JednNo lampË pokaleczyli, ?cianË u?winili, ale pieniNodze to ja
temu... ostatniemu odebra?em, masz, weñ.
Teddy skierowa? siË do restauracji liczNoc po drodze pieniNodze. Wiktor
poszed? za nim. Na sali znowu zapanowa? spokÕj. M?ody mË?czyzna w okularach
i wysoki ju? nudzili siË nad butelkNo mineralnej, prze?uwajNoc
melancholijnie firmowNo kolacjË. Diana siedzia?a na dawnym miejscu,
prze?liczna, ogromnie o?ywiona i nawet u?miecha?a siË do siedzNocego ju? w
swoim fotelu doktora R. Kwadrygi, ktÕrego zwykle nie tolerowa?a. Przed R.
KwadrygNo sta?a butelka rumu, ale doktor by? jeszcze trzeñwy i dlatego
wyglNoda?, dziwnie.
- GratulujË! - ponuro przywita? Wiktora. - ?a?ujË, ?e nie by?em obecny,
choÖby jako szeregowiec. Wiktor opad? n& fotel.
- Jakie piËkne ucho - powiedzia? R. KwadrygNo. - Gdzie? ty takie
dosta?? Jak koguci grzebieÓ.
- Koriiak! - za?Noda? Wiktor. Diana nala?a mu koniaku. - Jej i tylko
jej zawdziËczani WiktoriË swNo - powiedzia? wskazujNoc na DianË. -
Zap?aci?a? za gNosior?
- GNosior wcale siË nie st?uk? - powiedzia?a Diana. - Za kogo ty mnie
bierzesz? Ach, jak on upad?! MÕj Bo?e, jak on cudownie siË zwali?! ?eby oni
tak wszyscy....
- Zaczynamy - ponuro powiedzia? R. KwadrygNo i nala? sobie pe?nNo
szklankË rumu.
- Potoczy? siË jak manekin - powiedzia?a Diana. - Jak krËgle. Wiktor,
wszystko masz w porzNodku? Widzia?am jak ciË kopali.
- To, co najwa?niejsze - w porzNodku - powiedzia? Wiktor. - Specjalnie
broni?em.
Doktor R. KwadrygNo z .bulgotem wyssa? ze szklanki ostatnie krople
rumu, dok?adnie tak, jak zlew kuchenny wysysa resztki wody po myciu naczyÓ.
Oczy mu z miejsca zmËtnia?y.
- My siË znamy - spiesznie powiedzia? Wiktor. - Ty jeste? doktor Rem
KwadrygNo, a ja - pisarz Banie w.
- PrzestaÓ - powiedzia? R. KwadrygNo. - Jestem absolutnie trzeñwy. Ale
siË spijË. To jedyne, czego jestem teraz pewny. Nie uwierzycie mi, ale
przyjecha?em tu pÕ? roku temu jako zupe?nie niepijNocy cz?owiek. Mam chorNo
wNotrobË, katar kiszek i jeszcze co? tam z ?o?Nodkiem. Absolutnie nie wolno
mi piÖ, a pijË przez dwadzie?cia cztery godziny na dobË... Jestem kompletnie
nikomu niepotrzebny. Nigdy w ?yciu co? takiego mi siË nie wydarzy?o. Nawet
listÕw nie dostajË, dlatego ?e starzy przyjaciele siedzNo bez prawa
korespondencji, a nowi sNo niepi?mienni...
- Nie chcË s?yszeÖ ?adnych tajemnic paÓstwowych - powiedzia? Wiktor. -
Jestem nieprawomy?lny. R. KwadrygNo znowu nape?ni? szklankË i zaczNo?
popijaÖ rum ma?ymi ?ykami jak wystyg?No herbatË.
- Tak prËdzej podzia?a - oznajmi?. - PrÕbuj, Baniew. Przyda siË... I
nie ma co siË na mnie gapiÖ! - znienacka powiedzia? do Diany z
w?ciek?o?ciNo. - ProszË nie ujawniaÖ swoich uczuÖ! A je?eli siË wam nie
podoba...
- Cicho, cicho - powiedzia? Wiktor i R. KwadrygNo skis?.
- Oni ni cholery mnie nie rozumiejNo - powiedzia? ?a?o?nie. - Nikt.
Tylko ty mnie troszeczkË rozumiesz. Zawsze mnie rozumia?e?. Tyle, ?e jeste?
bardzo ordynarny, Baniew, i zawsze rani?e? moje uczucia. Ca?y jestem
poraniony... Oni teraz bojNo siË urnie zje?d?aÖ, teraz tylko mnie chwalNo.
Jak mnie jakie? ?cierwo pochwali - rana. NastËpne ?cierwo pochwali -
nastËpna rana. Ale teraz ju? to wszystko jest za mnNo. Oni jeszcze nie
wiedzNo... S?uchaj, Baniew! Masz takNo wspania?No dziewczynË... ProszË
ciË... Popro? jNo, ?eby przysz?a do mojego studia... Ale? nie, idioto!
Modelka! Ty nic nie rozumiesz, a ja takiej modelki szukam ju? dziesiËÖ
lat...
- Portret - alegoria - wyja?ni? Dianie Wiktor. - "Prezydent i Wiecznie
M?ody NarÕd".
- DureÓ - smutnie powiedzia? doktor R. Kwadryga. - Wszyscy my?licie, ?e
siË sprzeda?em... No i s?usznie, tak by?o! Ale ja ju? wiËcej nie malujË
prezydentÕw... Autoportret! Rozumiesz?
- Nie - przyzna? siË Wiktor - nie rozumiem. Chcesz malowaÖ autoportret
z DianNo jako modelkNo?
- DureÓ - powiedzia? R. Kwadryga. - To bËdzie twarz artysty.
- MÕj ty?ek - wyja?ni?a Diana Wiktorowi.
- Twarz artysty! - powtÕrzy? R. Kwadryga. - Przecie? ty te? jeste?
artystNo... I wszyscy, ktÕrzy siedzNo bez prawa korespondencji... i wszyscy,
ktÕrzy mieszkajNo w moim domu... to znaczy nie mieszkajNo... Ty wiesz,
Baniew, ja siË bojË. Przecie? ciË prosi?em - przyjdñ, pomieszkaj u mnie
chocia? trochË. Mam willË, fontannË... A ogrodnik uciek?. TchÕrz... Nie mogË
sam tam mieszkaÖ, lepiej w hotelu... My?lisz, ?e pijË, bo siË sprzeda?em?
Zawracanie g?owy, to nie nowomodna powie?Ö... Pomieszkasz u mnie trochË i
sam siË zorientujesz.. Mo?e nawet rozpoznasz ich. Mo?liwe, ?e to w ogÕle nie
sNo moi znajomi, tylko twoi. Wtedy zrozumia?bym, dlaczego oni mnie nie
poznajNo... ChodzNo na bosaka... ?miejNo siË... - nagle jego oczy nape?ni?y
siË ?zami. - Panowie! - powiedzia?. - Co za szczË?cie, ?e nie ma z nami tego
Pawora! Wasze zdrowie.
- I twoje - powiedzia? Wiktor i wymieni? spojrzenia z DianNo. Diana
patrzy?a na R. KwadrygË z odrazNo i lËkiem. - Nikt tu nie lubi Pawora -
powiedzia?. - Tylko ja jeden, nieszczËsny odmieniec.
- StojNoca woda - o?wiadczy? R. Kwadryga. - I skaczNoca ?aba. Gadu?a.
Zawsze milczy.
- Po prostu on ju? jest gotÕw - powiedzia? Wiktor do Diany. - Nic
strasznego...
- Panowie! - powiedzia? doktor R. Kwadryga. - Szanowna pani! Uwa?am za
swÕj obowiNozek przedstawiÖ siË! Rem Kwadryga, doktor honoris causa...
Wiktor przyszed? do gimnazjum na pÕ? godziny przed wyznaczonym czasem,
ale Bol-Kunac ju? na niego czeka?. ZresztNo by? on ch?opcem taktownym,
poinformowa? wiËc Wiktora, ?e spotkanie odbËdzie siË w auli i poszed? sobie
powo?ujNoc siË na jakie? nie cierpiNoce zw?oki sprawy... Zostawszy sam,
Wiktor powËdrowa? korytarzami, zaglNodajNoc do pustych klas, wdycha?
zapomniany zapach atramentu, kredy, wiecznie wiszNocego w powietrzu kurzu,
zapachy bÕjek "do pierwszej krwi", wyniszczajNocych przes?uchaÓ przy
tablicy, zapachy wiËzienia, bezprawia, k?amstwa podniesionego do rangi
przykazania. WciNo? mia? nadziejË wywo?aÖ w pamiËci jakie? s?odkie
wspomnienia dzieciÓstwa i m?odo?ci, rycerstwa, kole?eÓstwa, pierwszej
czystej mi?o?ci, ale nic z tego nie wychodzi?o, chocia? tak bardzo siË
stara?, gotÕw rozczuliÖ siË przy pierwszej stosownej okazji. Wszystko tu
by?o jak dawniej - i jasne, zatËch?e klasy, podrapane tablice, ?awki pociËte
zamalowanymi monogramami a tak?e apokryficznymi sentencjami o ?onie, prawej
rËce i ?ciany jak w kazamatach pomalowane do po?owy wysoko?ci weso?No,
zielonNo farbNo i tynk obt?uczony na krawËdziach ?cian - wszystko by?o jak
dawniej, znienawidzone, ohydne, budzi?o w?ciek?o?Ö i beznadziejno?Ö.
Znalaz? swojNo klasË, chocia? nie od razu. Znalaz? swoje miejsce przy
oknie, ale ?awka by?a inna, tylko na parapecie ciNogle jeszcze by?o widaÖ
g?Ëboko wyciËty emblemat Legii Wolno?ci i Wiktor bardzo wyrañnie przypomnia?
sobie odurzajNocy entuzjazm tamtych czasÕw, czerwono - bia?e opaski,
blaszane skarbonki na "fundusz Legii", krwawe bÕjki z czerwonymi i portrety
we wszystkich gazetach, we wszystkich podrËcznikach, na wszystkich murach -
twarz, ktÕra wtedy wydawa?a siË piËkna i niezwyk?a, a teraz sta?a siË tËpa,
obwis?a, podobna do ?wiÓskiego ryja z ogromnNo, zËbatNo, bryzgajNocNo ?linNo
paszczNo. Tacy m?odzi, tacy bezbarwni, tacy jednakowi... I g?upi. A ta
g?upota teraz ju? nie cieszy, nie cieszysz siË, ?e zmNodrza?e?, czujesz
tylko palNocy wstyd za siebie, za tamtego, bezbarwnego, rzeczowego
?Õ?todzioba, ktÕry wyobra?a? sobie, ?e jest niezastNopiony, nietuzinkowy i
niezwyk?y... I jeszcze wstydliwe dziecinne pragnienia, paniczny strach przed
dziewczynNo, o ktÕrej ju? tyle naopowiada?em, ?e ju? w ?aden sposÕb nie
mog?em siË wycofaÖ, a nastËpnego dnia - dziki gniew ojca, p?onNoce uszy, i
to wszystko nazywa siË najszczË?liwszym czasem - bezbarwno?Ö i pragnienia,
entuzjazm. Kiepska sprawa, pomy?la?. ? je?eli nagle, za piËtna?cie lat oka?e
siË, ?e ja dzisiejszy, jestem rÕwnie przeciËtny i zniewolony jak w
dzieciÓstwie, mo?e nawet bardziej, poniewa? teraz uwa?am siË za doros?ego,
ktÕry wie dostatecznie du?o i wystarczajNoco du?o prze?y? wiËc ma prawo do
zadowolenia z siebie i osNodzania innych.
Skromno?Ö i tylko skromno?Ö do pokory w?Nocznie... i tylko prawda,
nigdy nie ok?amuj, przynajmniej samego siebie, ale to okropne - byÖ
pokornym, kiedy dooko?a tylu idiotÕw, rozpustnikÕw, interesownych k?amcÕw,
kiedy nawet najlepsi te? sNo splamieni niczym trËdowaci... Czy chcesz znowu
byÖ m?odym? Nie. A czy chcesz po?yÖ jeszcze z piËtna?cie lat? Tak. Poniewa?
?ycie jest dobrem samym w sobie. Nawet kiedy otrzymujesz cios za ciosem.
?eby tylko mo?na by?o oddaÖ uderzenie... No dobra, wystarczy. Trzymajmy siË
tego, ?e prawdziwe ?ycie jest sposobem istnienia pozwalajNocym oddawaÖ
ciosy, A teraz pÕjdziemy i zobaczymy, co z nich wyros?o...
Na sali by?o dosyÖ du?o dzieci i panowa? normalny ha?as, ktÕry ucich?,
kiedy Bol-Kunac wprowadzi? Wiktora na scenË i usadowi? pod ogromnym
portretem prezydenta - darem doktora R. Kwadrygi - za sto?em przykrytym
czerwono - bia?ym obrusem. Potem Bol-Kunac wyszed? na brzeg sceny i
powiedzia?:
- Dzi? bËdzie z nami rozmawiaÖ znany pisarz Wiktor Baniew, ktÕry
urodzi? siË w naszym mie?cie. - OdwrÕci? siË do Wiktora. - Jak pan woli,
panie Baniew, ?eby pytania zadawano z miejsca, czy na kartkach?
- Wszystko mi jedno - powiedzia? Wiktor lekkomy?lnie. - ?eby tylko by?o
ich du?o.
- W takim razie, proszË.
Bol-Kunac zeskoczy? ze sceny i usiad? w pierwszym rzËdzie. Wiktor
poskroba? brew oglNodajNoc salË. By?o ich oko?o piËÖdziesiËciu - dziewczNot
i ch?opcÕw w wieku od dziesiËciu do czternastu lat - patrzyli na niego
spokojnie i wyczekujNoco. Zdaje siË, ?e tu sNo same wunderkindy, pomy?la?
mimochodem. W drugim rzËdzie z prawej zauwa?y? IrmË i u?miechnNo? siË do
niej. Irma odpowiedzia?a u?miechem.
- Uczy?em siË w tym samym gimnazjum - zaczai Wiktor - i na tej samej
scenie wypad?o mi kiedy? graÖ Ozryka. Roli nie umia?em, wiËc musia?em jNo
wymy?liÖ w trakcie przedstawienia. To by? pierwszy wypadek w moim ?yciu,
kiedy musia?em wymy?liÖ co? nie pod groñbNo dwÕjki. Podobno teraz trudniej
siË uczyÖ ni? w moich czasach. Podobno macie teraz nowe przedmioty i to, co
my przerabiali?my w trzy lata, musicie przerabiaÖ w ciNogu roku. A wy
zapewne nawet nie zauwa?acie, ?e jest wam trudniej. Uczeni przypuszczajNo,
?e ludzki mÕzg jest w stanie pomie?ciÖ znacznie wiËcej informacji, ni? to
siË wydaje na pierwszy rzut oka przeciËtnemu cz?owiekowi. Trzeba tylko umieÖ
te informacje wt?oczyÖ... - Aha, pomy?la?, zaraz im opowiem o hypnopedii.
Ale w tym momencie Bol-Kunac przekaza? mu karteczkË: Prosimy nie opowiadaÖ
nam o osiNogniËciach nauki. ProszË rozmawiaÖ z nami jak z rÕwnymi. Walerians
kl. 6
- Tak - powiedzia? Wiktor. - Tu niejaki Walerians z szÕstej klasy
proponuje mi, ?ebym rozmawia? z wami jak z rÕwnymi, i ostrzega mnie przed
referowaniem wam osiNogniËÖ nauki... MuszË siË przyznaÖ, Walerians, ?e
istotnie zamierza?em porozmawiaÖ z wami o osiNogniËciach hypnopedii.
Jednak?e chËtnie zrezygnujË ze swojego zamierzenia, chocia? uwa?am za swÕj
obowiNozek poinformowaÖ ciË, ?e wiËkszo?Ö rÕwnych mi, doros?ych ludzi ma
nadzwyczaj umiarkowane wyobra?enie o hypnopedii. - Poczu?, ?e jest mu
niewygodnie mÕwiÖ na siedzNoco, wsta? i przespacerowa? siË po scenie. -
MuszË siË wam zwierzyÖ, moi drodzy, ?e niespecjalnie lubiË spotkania z
czytelnikami. Z regu?y nie sposÕb zrozumieÖ, z jakim czytelnikiem ma siË do
czynienia, czego on chce od ciebie i co go w?a?ciwie interesuje. Dlatego
ka?de swoje wystNopienia staram siË zmieniÖ w wieczÕr pytaÓ i odpowiedzi.
Czasami wychodzi dosyÖ zabawnie. Wiecie co, mo?e na poczNotek ja zacznË
zadawaÖ pytania. A wiËc... Czy wszyscy obecni czytali moje ksiNo?ki?
- Tak - rozleg?y siË dzieciËce g?osy. - Czytali?my... Wszyscy...
- ?wietnie - powiedzia? Wiktor zak?opotany. - Jestem mile zaskoczony i
nieco zdumiony. No dobrze, jedñmy dalej... Czy zebrani ?yczNo sobie us?yszeÖ
historiË napisania jakiej? mojej powie?ci?
NastNopi?o nied?ugie milczenie, nastËpnie ze ?rodka sali wsta? chudy,
pryszczaty ch?opiec, rzek?: "Nie" i usiad?.
- To ?wietnie - stwierdzi? Wiktor. - Tym bardziej ?wietnie, ?e wbrew
szeroko rozpowszechnionym poglNodom w takich historiach nie ma na ogÕ? nic
ciekawego. Idñmy jeszcze dalej... Czy szanowni s?uchacze ?yczNo sobie
us?yszeÖ o moich planach twÕrczych?
Bol-Kunac wsta? i oznajmi? grzecznie:
- Widzi pan, panie Baniew, problemy zwiNozane bezpo?rednio z technikNo
paÓskiej twÕrczo?ci lepiej by?oby przedyskutowaÖ pod koniec rozmowy, kiedy
ogÕlny obraz bËdzie bardziej jasny.
Usiad?. Wiktor wsadzi? rËce w kieszenie i znowu przespacerowa? siË po
estradzie. Robi?o siË interesujNoco, a w ka?dym razie niecodziennie.
- A mo?e interesujNo was anegdoty literackie? - zapyta? podstËpnie. -
Jak polowa?em z Hemingway - em. Jak Erenburg podarowa? mi rosyjski samowar.
Albo, co te? mi powiedzia? Zurtzmansor, kiedy razem jechali?my tramwajem...
- NaprawdË zna? pan Zurtzmansora? - pad?o pytanie z sali.
- Nie, to by? ?art - powiedzia? Wiktor. - Co wiËc bËdzie z literackimi
anegdotami?
- Czy mo?na zadaÖ pytanie? - rzek?, unoszNoc siË z miejsca pryszczaty
ch?opiec.
- Tak, oczywi?cie.
- Jakimi chcia?by pan nas widzieÖ w przysz?o?ci?
Bez pryszczy, przelecia?o przez g?owË Wiktorowi, ale odgoni? tË my?l,
poniewa? zrozumia? - robi siË gorNoco. Pytanie by?o dobre. Bardzo bym
chcia?, ?eby ktokolwiek mi powiedzia?, jak chcË widzieÖ siebie w
terañniejszo?ci, pomy?la?. Jednak trzeba by?o odpowiadaÖ.
- ?eby?cie byli mNodrzy - powiedzia? na chybi? trafi?. - Uczciwi.
Dobrzy. Chcia?bym, ?eby?cie lubili swojNo pracË... i pracowali tylko dla
szczË?cia innych ludzi... (TrujË, pomy?la?. Ale jak tu nie truÖ?) Mniej
wiËcej tak...
Sala cichutko zaszumia?a, potem kto? zapyta? nie wstajNoc z miejsca:
- Czy rzeczywi?cie pan uwa?a, ?e ?o?nierz jest wa?niejszy od fizyka?
- Ja?! - oburzy? siË Wiktor.
- Tak zrozumia?em paÓskNo ksiNo?kË "NieszczË?cie przychodzi nocNo". -
By? to jasnow?osy skrzat, mniej wiËcej dziesiËcioletni. Wiktor
odchrzNoknNo?. "NieszczË?cie" mog?o byÖ dobrNo ksiNo?kNo, mog?o byÖ z?No
ksiNo?kNo, ale w ?adnym przypadku nie mog?o byÖ ksiNo?kNo dla dzieci. Do
takiego stopnia nie by?a ksiNo?kNo dla dzieci, ?e nie zdo?a? jej zrozumieÖ
ani jeden krytyk: wszyscy uznali, ?e jest to pornograficzne, deprawatorskie
czytad?o obra?ajNoce ?wiadomo?Ö narodowNo. A co najstraszniejsze, jasnow?osy
skrzat mia? pewne podstawy przypuszczaÖ, ?e autor "NieszczË?cia" uwa?a
?o?nierza za wa?niejszego od fizyka - w ka?dym razie w niektÕrych aspektach.
- Chodzi o to - powiedzia? Wiktor sugestywnie - ?e... jak by ci tu
powiedzieÖ... RÕ?nie bywa,
- Wcale nie mam na my?li fizjologii - zaprotestowa? jasnow?osy skrzat.
- MÕwiË o ogÕlnej koncepcji ksiNo?ki, byÖ mo?e "wa?niejszy" nie jest
odpowiednim s?owem...
- Ja te? nie mam na my?li fizjologii - odpar? Wiktor. - ChcË
powiedzieÖ, ?e bywajNo sytuacje, w ktÕrych poziom erudycji nie ma znaczenia.
Bol-Kunac przyjNo? z sali i przekaza? dwie karteczki. Czy cz?owiek,
ktÕry pracuje dla wojny mo?e siË uwa?aÖ za uczciwego? i Co to takiego
cz?owiek mNodry? Wiktor zaczNo? od drugiego pytania, by?o ?atwiejsze.
- MNodry cz?owiek - rzek? - to taki cz?owiek, ktÕry u?wiadamia sobie
w?asnNo niedoskona?o?Ö, ograniczono?Ö swojej wiedzy, stara siË je uzupe?niÖ
i osiNoga w tej dziedzinie sukces... Zgadzacie siË ze mnNo?
- Nie - powiedzia?a prze?liczna dziewczynka wstajNoc.
- A o co chodzi?
- PaÓska definicja jest niefunkcjonalna. Ka?dy g?upiec wykorzystujNoc
tË definicjË mo?e uwa?aÖ siË za mNodrego. SzczegÕlnie, je?eli utwierdza go w
tym otoczenie.
Tak, pomy?la? Wiktor. OgarnË?a go lekka panika. To zupe?nie nie
pogawËdka z kolegami pisarzami.
- W jakim? sensie masz racjË - powiedzia?. - Ale chodzi o to, ?e w
ogÕle "mNodry" i "g?upi" - to pojËcia historyczne i chyba raczej
subiektywne.
- To znaczy, ?e pan sam nie podejmuje siË odrÕ?niÖ g?upca od cz?owieka
mNodrego? - zapyta?o z tylnych rzËdÕw prze?liczne stworzenie o przepiËknych,
biblijnych oczach, ogolone na zero.
- Nie, dlaczego - odpowiedzia? Wiktor. - PodejmujË siË. Ale nie jestem
pewien, czy zawsze siË ze mnNo zgodzicie. Jest taki stary aforyzm - g?upiec,
to ten, ktÕry my?li inaczej... - zwykle to porzekad?o wywo?ywa?o ?miech
s?uchaczy, ale teraz sala w milczeniu oczekiwa?a dalszego ciNogu. - Albo
inaczej czuje - doda? Wiktor.
Ostro odczuwa? rozczarowanie sali, ale nie wiedzia?, co by tu jeszcze
powiedzieÖ. Kontaktu nie by?o. Audytorium z regu?y ?atwo przechodzi na
stronË tego, kto wystËpuje, zgadza siË z jego sNodami i dla wszystkich staje
siË jasne, kto to sNo ci g?upcy, przy czym rozumie siË samo przez siË, ?e
tu, na tej sali g?upcÕw nie ma. W najgorszym wypadku audytorium nie zgadza?o
siË, ogarnia? je wrogi nastrÕj, ale i wtedy by?o ?atwo, dlatego, ?e
pozosta?a mo?liwo?Ö sarkastycznego o?mieszania, a jednemu nie sprawia
trudno?ci dyskutowanie z wieloma, poniewa? przeciwnicy zawsze przeczNo sobie
nawzajem i zawsze znajdzie siË w?rÕd nich jeden najha?a?liwszy i najg?upszy,
po ktÕrym mo?na siË przejechaÖ ku ogÕlnemu zadowoleniu.
- Ja niezupe?nie rozumiem - powiedzia?a prze?liczna dziewczynka. - Chce
pan, ?eby?my byli mNodrzy, to znaczy zgodnie z paÓskim aforyzmem my?leli i
czuli dok?adnie tak jak pan. Ale przeczyta?am wszystkie paÓskie ksiNo?ki i
znalaz?am w nich wy?Nocznie negacjË. ?adnego pozytywnego programu. Z drugiej
strony chcia?by pan, aby?my pracowali dla dobra innych ludzi. To znaczy
faktycznie dla dobra tych brudnych i antypatycznych facetÕw, ktÕrymi
przepe?nione sNo paÓskie ksiNo?ki. A pan przecie? przedstawia rzeczywisto?Ö,
prawda?
Wiktorowi wyda?o siË, ?e wreszcie odnalaz? dno pod stopami.
- Widzicie - rzek? - przez pracË dla dobra ludzi rozumiem w?a?nie
przekszta?canie ich w czystych i sympatycznych. I to moje ?yczenie nijak siË
nie ma do mojej twÕrczo?ci. W ksiNo?kach prÕbujË pokazaÖ wszystko tak jak
jest naprawdË i nie prÕbujË uczyÖ, czy te? pokazywaÖ, co nale?y robiÖ. W
najlepszym razie wskazujË punkt przy?o?enia si?y, zwracam uwagË na to, z
czym trzeba walczyÖ. Ja nie wiem, jak nale?y zmieniaÖ ludzi, a gdybym
wiedzia?, to nie by?bym modnym pisarzem, tylko wielkim pedagogiem albo
s?awnym psychosocjologiem. Dla literatury piËknej w ogÕle jest
przeciwwskazane pouczaÖ, przewodziÖ, proponowaÖ konkretne drogi wyj?cia,
albo tworzyÖ konkretnNo metodologiË. Mo?na to zobaczyÖ na przyk?adzie
najwiËkszych pisarzy. ChylË czo?o przed Lwem To?stojem, ale tylko dopÕty,
dopÕki jest jedynym w swoim rodzaju, unikatowym je?li chodzi o si?Ë talentu
zwierciad?em rzeczywisto?ci. Ale gdy tylko zaczyna mnie uczyÖ chodzenia boso
czy te? podstawiania drugiego policzka, ogarnia mnie lito?Ö i trwoga...
Pisarz - to instrument ukazujNocy stan spo?eczeÓstwa i tylko w mizernym
stopniu narzËdzie do jego zmieniania. Historia poucza, ?e spo?eczeÓstwa
zmienia siË nie za po?rednictwem literatury, tylko za pomocNo karabinÕw
maszynowych lub reform, a obecnie jeszcze i nauki. Literatura w najlepszym
razie pokazuj e, do kogo nale?y strzelaÖ lub te? co wymaga zreformowania...
zrobi? pauzË, przypomnia? sobie, ?e istnieje jeszcze Dostojewski i Faulkner.
Ale pÕki zastanawia? siË jakby tu co? wtrNociÖ na temat roli literatury przy
poznawaniu wnËtrza istoty ludzkiej, z sali zawiadomiono go:
- Daruje pan, ale to wszystko jest dosyÖ banalne. Przecie? nie o to
chodzi. Chodzi o to, ?e przedstawiane przez pana obiekty wcale nie chcNo,
?eby kto? je zmienia?. A poza tym sNo tak antypatyczne, do takiego stopnia
zapuszczone, tak beznadziejne, ?e nie ma siË ochoty ich zmieniaÖ. Rozumie
pan, one nie sNo tego warte. Niechaj sobie gnijNo - przecie? nie odgrywajNo
?adnej roli. WiËc dla czyjego dobra paÓskim zdaniem powinni?my pracowaÖ?
- Ach, wiËc o to wam chodzi! - wolno powiedzia? Wiktor.
Nagle dotar?o do niego: mÕj Bo?e, przecie? ci smarkacze powa?nie
my?lNo, ?e piszË tylko o kanaliach, ?e wszystkich uwa?am za ?ajdakÕw, nic
nie rozumiejNo, zresztNo skNod majNo rozumieÖ, to sNo dzieci, dziwaczne
dzieci, chorobliwie mNodre dzieci, ale tylko dzieci, z dziecinnym
do?wiadczeniem ?yciowym, z dziecinnNo znajomo?ciNo ludzi plus stosami
przeczytanych ksiNo?ek, z dziecinnym idealizmem i z dziecinnym dNo?eniem do
tego, aby wszystko pouk?adaÖ w szufladkach z napisami "dobrze" i "ñle".
Dok?adnie jak koledzy literaci...
- Wprowadzi?o mnie w b?Nod to, ?e mÕwicie jak doro?li - rzek? Wiktor. -
I nawet zapomnia?em, ?e jednak nie jeste?cie doro?li. Rozumiem, ?e
niepedagogicznie jest tak mÕwiÖ, ale niestety trzeba to powiedzieÖ, inaczej
nigdy siË nie wyp?aczemy. Ca?a rzecz w tym, ?e wy najprawdopodobniej nie
rozumiecie, jak nieogolony, histeryczny, wiecznie pijany mË?czyzna mo?e byÖ
wspania?ym cz?owiekiem, ktÕrego nie sposÕb nie kochaÖ, dla ktÕrego mo?na
mieÖ najwy?sze uznanie i uwa?aÖ za zaszczyt u?ci?niËcie jego rËki. Poniewa?
przeszed? przez takie piek?o, ?e strach pomy?leÖ, ale mimo wszystko pozosta?
cz?owiekiem. Wszystkich bohaterÕw moich ksiNo?ek uwa?acie za ?ajdakÕw, ale
to dopiero po?owa nieszczË?cia. Uwa?acie jednak, ?e i ja traktujË ich tak
samo jak i wy. A to ju? jest ca?e nieszczË?cie. NieszczË?cie, ktÕre polega
na tym, ?e w ten sposÕb nigdy nie zrozumiemy siË nawzajem.
Diabli wiedzNo jakiej reakcji oczekiwa? w odpowiedzi na to niezmiernie
poczciwe wystNopienie. Speszonych spojrzeÓ, twarzy rozja?nionych nag?ym
zrozumieniem, westchnienia ulgi na sali na znak, ?e nieporozumienie zosta?o
szczË?liwie wyja?nione i teraz wszystko mo?na zaczynaÖ od poczNotku, na
nowej, bardziej realistycznej podstawie... W ka?dym razie nic takiego nie
zasz?o. Z tylnych rzËdÕw znowu wsta? ch?opiec o biblijnych oczach i zapyta?:
- Czy nie mÕg?by nam pan powiedzieÖ, czym jest postËp?
Wiktor poczu? siË obra?ony. No oczywi?cie, pomy?la?. A potem zapytajNo,
czy maszyna mo?e my?leÖ i czy istnieje ?ycie na Marsie. Wszystko powraca na
swoje miejsce.
- PostËp - powiedzia? - jest to rozwÕj spo?eczeÓstwa w takim kierunku,
ktÕrego cel stanowi doprowadzenie go do stanu, kiedy ludzie nie zabijajNo,
nie depczNo i nie mËczNo siË nawzajem.
- A czym siË zajmujNo? - zapyta? tËgi ch?opiec siedzNocy po prawej
stronie.
- PopijajNo, zakNoszajNoc quantum satis - mruknNo? kto? z lewej.
- A dlaczego by nie? - spyta? Wiktor. - Historia ludzko?ci nie zna
znowu tak wiele epok, w ktÕrych ludzie mogli sobie popijaÖ i zakNoszaÖ
quantum satis. Dla mnie postËp - to dNo?enie do stanu, w ktÕrym nie depczNo
i nie zabijajNo. A czym siË wtedy bËdNo ludzie zajmowaÖ - to moim zdaniem
nie jest ju? tak bardzo istotne. Je?eli chcecie - dla mnie najwa?niejsze sNo
przede wszystkim konieczne warunki postËpu, a wystarczajNoce - to rzecz
nabyta...
- Pan pozwoli - powiedzia? Bol-Kunac. - SprÕbujemy rozpatrzeÖ
nastËpujNocy schemat. Za?Õ?my, ?e automatyzacja rozwija siË w takim tempie
jak obecnie. W takim razie za kilkadziesiNot lat przewa?ajNoca wiËkszo?Ö
aktywnej ludzko?ci zostanie wyrzucona poza nawias procesÕw produkcyjnych i
sfery us?ug ze wzglËdu na nieprzydatno?Ö. BËdzie po prostu znakomicie -
wszyscy sNo syci i nie ma powodu zadeptywaÖ siË nawzajem, nikt nikomu nie
przeszkadza... i nikt nikogo nie potrzebuje. Jest oczywi?cie kilkaset
tysiËcy ludzi zabezpieczajNocych ciNog?o?Ö pracy starych maszyn i
powstawanie maszyn nowych, ale pozosta?e miliardy sNo sobie po prostu
niepotrzebne. To dobrze?
- Nie wiem - stwierdzi? Wiktor. - W?a?ciwie, mo?e nie ca?kiem dobrze...
I w jaki? sposÕb przykre... Ale muszË wam powiedzieÖ, ?e pomimo wszystko
lepsze ni? to, co mamy teraz. WiËc pewien postËp jest chyba oczywisty.
- A czy pan sam chcia?by ?yÖ w takim ?wiecie? Wiktor pomy?la?.
- Wiecie - rzek? -ja ten ?wiat jako? s?abo sobie wyobra?am, ale
szczerze mÕwiNoc, mo?e warto by?oby sprÕbowaÖ.
- A czy potrafi pan wyobraziÖ sobie cz?owieka, ktÕry kategorycznie
odmawia ?ycia w takim ?wiecie?
- Oczywi?cie, ?e potrafiË. SNo ludzie, sam znam takich, ktÕrym by?oby
tam okropnie nudno. W?adza jest tam niepotrzebna, nie ma komu rozkazywaÖ,
rozpychaÖ siË, i?Ö po trupach nie ma po co. Co prawda, tacy raczej nie
odmÕwiNo-jednak to wyjNotkowa okazja, aby sprÕbowaÖ raj przerobiÖ na
chlew... albo na koszary. Z najwiËkszNo przyjemno?ciNo zburzyliby taki
?wiat... Tak, ?e chyba raczej nie potrafiË.
- A bohaterÕw paÓskich ksiNo?ek, ktÕrych pan tak kocha, urzNodzi?aby
taka przysz?o?Ö?
- Tak, oczywi?cie. Znaleñliby wreszcie zas?u?ony spokÕj.
Bol-Kunac usiad?, za to wsta? pryszczaty nastolatek i kiwajNoc g?owNo
powiedzia? z goryczNo:
- No i w?a?nie o to chodzi. Nie o to, czy rozumiemy prawdziwe ?ycie,
czy nie, lecz o to, ?e dla pana i paÓskich bohaterÕw taka przysz?o?Ö jest
ca?kowicie do przyjËcia, a dla nas - to trupiarnia. Koniec nadziei. Koniec
ludzko?ci. W?a?ciwie dlatego nie mamy ochoty marnowaÖ si?, ?eby pracowaÖ dla
dobra paÓskich u?winionych od stÕp do g?Õw i marzNocych o spokoju facetÕw.
Na?adowaÖ ich energiNo, ?eby mogli ?yÖ, naprawdË ju? nie sposÕb. I jak tam
pan sobie chce, panie Baniew, ale pokaza? pan nam w swoich ksiNo?kach - w
ciekawych ksiNo?kach, jestem ca?kowicie "za" - pokaza? pan nam nie punkt
przy?o?enia si?y ale to, ?e punkty przy?o?enia si?y, je?eli chodzi o
ludzko?Ö nie istniejNo, przynajmniej je?eli mowa o paÓskim pokoleniu...
ProszË mi darowaÖ, ale zagryñli?cie siË, roztrwonili?cie siË na wewnËtrzne
wa?nie, na k?amstwa i na walkË z k?amstwem, ktÕrNo prowadzicie wymy?lajNoc
nowe k?amstwa... Jak w paÓskiej piosence:
K?amstwo czy prawda to kwestia odcieni
i prawda wczorajsza dzi? w k?amstwo siË zmieni.
A k?amstwo wczorajsze przemienia siË ?ywo
dzi? w prawdË powszedniNo i prawdË prawdziwNo
W?a?nie tak siË miotacie od k?amstwa do k?amstwa. Po prostu, w ?aden
sposÕb nie mo?ecie uwierzyÖ, ?e jeste?cie ju? martwi, ?e w?asnorËcznie
zbudowali?cie ?wiat, ktÕry sta? siË dla was kamieniem nagrobnym. Gnili?cie w
okopach, rzucali?cie siË z granatami pod czo?gi, a komu od tego lepiej?
Narzekali?cie na rzNod, na panujNoce porzNodki, jakby?cie nie wiedzieli, ?e
na lepszy rzNod, na inne porzNodki wasze pokolenie... po prostu nie
zas?u?y?o. Pan daruje, ale bito was po twarzy, a wy powtarzali?cie z uporem,
?e cz?owiek z natury jest dobry... albo co gorsza, ?e cz?owiek to brzmi
dumnie. I kogo tylko nie nazywali?cie cz?owiekiem!...
Pryszczaty mÕwca machnNo? rËkNo i usiad?. Zapanowa?o milczenie,
nastËpnie ch?opiec znowu wsta? i oznajmi?:
- Kiedy mÕwi?em "wy", nie mia?em na my?li personalnie pana, panie
Baniew.
- DziËkujË - powiedzia? gniewnie Wiktor.
By? zirytowany - pryszczaty smarkacz nie mia? prawa mÕwiÖ tak
bezapelacyjnie, to bezczelno?Ö i brak wychowania... daÖ w ?eb i wyprowadziÖ
za ucho z sali. Czu? siË g?upio - wiele z tego, co powiedzia? ch?opak by?o
prawdNo, sam tak my?la?, a teraz znalaz? siË w sytuacji cz?owieka, ktÕry
musi broniÖ czego?, czego nienawidzi, a poza tym - nie by?o ca?kiem jasne,
jak siË zachowaÖ dalej, jak kontynuowaÖ rozmowË i czy w ogÕle warto jNo
kontynuowaÖ... Rozejrza? siË po sali i zobaczy?, ?e czekajNo na jego
odpowiedñ, ?e Irma czeka na jego odpowiedñ, ?e wszystkie te rumiane i
piegowate potwory my?lNo jednakowo, a pryszczaty arogant tylko wyrazi?
wspÕlnNo opiniË i wyrazi? jNo szczerze, z g?Ëbokim przekonaniem, a nie
dlatego, ?e wczoraj przeczyta? nielegalnNo broszurË. ?e oni rzeczywi?cie nie
czujNo nawet odrobiny wdziËczno?ci albo chocia?by elementarnego szacunku dla
niego, Baniewa, za to, ?e na ochotnika zaciNognNo? siË do u?anÕw i
uczestniczy? w szar?ach kawalerii na "rheinmetale", ?e omal nie zdech? na
dezynteriË w okrNo?eniu i zabi? wartownika samodzielnie wykonanym no?em, a
potem, ju? w cywilu, da? po mordzie oficerowi tajnej policji, ktÕry
zaproponowa? mu podpisanie donosu, ?azi? bez pracy z dziurNo w p?ucach,
spekulowa? owocami, chocia? proponowano mu bardzo wygodne posady... A
w?a?ciwie, dlaczego oni powinni mnie szanowaÖ za to wszystko? ?e szed?em z
szablNo na czo?gi? Przecie? trzeba byÖ idiotNo, ?eby mieÖ rzNod, ktÕry
doprowadzi? armiË do takiego stanu... A? siË wzdrygnNo?, kiedy uzmys?owi?
sobie, jak ogromnNo pracË my?li musia?y wykonaÖ te dzieciaki, ?eby doj?Ö do
wnioskÕw, do ktÕrych doro?li dochodzNo, kiedy duszË majNo ju? w strzËpach,
zrujnowane ?ycie, nie tylko w?asne oraz przetrNocony grzbiet... zresztNo
nawet i to dotyczy nie wszystkich, zaledwie nielicznych, za? wiËkszo?Ö do
tej pory uwa?a, ?e wszystko jest jak nale?y, bardzo fajnie i je?li zajdzie
potrzeba, gotowi sNo zaczNoÖ wszystko od poczNotku... Czy?by pomimo wszystko
nasta?y nowe czasy? Patrzy? na salË nieomal ze strachem. Zdaje siË, ?e
pomimo wszystko przysz?o?ci uda?o siË zapu?ciÖ macki w samo serce czasu
terañniejszego i ta przysz?o?Ö by?a zimna, pozbawiona lito?ci i mia?a gdzie?
wszystkie zas?ugi przesz?o?ci - prawdziwe i domniemane.
- Dzieci - powiedzia? Wiktor. - Zapewne sami tego nie widzicie, ale
jeste?cie okrutne. Jeste?cie okrutne z najlepszych pobudek, ale okrucieÓstwo
- to zawsze okrucieÓstwo. I nie mo?e przynie?Ö nic oprÕcz nowego cierpienia,
nowych ?ez i nowych pod?o?ci. Miejcie to na wzglËdzie. I nie wyobra?ajcie
sobie, ?e wymy?li?y?cie co? szczegÕlnie nowego. ZburzyÖ stary ?wiat i na
jego ko?ciach zbudowaÖ nowy - to bardzo stary pomys?. I jak dotychczas ani
razu nie uda?o siË osiNognNoÖ oczekiwanych rezultatÕw. To samo, co w starym
?wiecie wywo?uje pragnienie, aby burzyÖ bez najmniejszej lito?ci,
szczegÕlnie ?atwo przystosowuje siË do procesu burzenia, do okrucieÓstwa, do
bezwzglËdno?ci, okazuje siË dla tego procesu niezbËdne, trwa nienaruszone,
staje siË gospodarzem nowego ?wiata i w ostatecznym rachunku morduje
?mia?ych burzycieli. Kruk krukowi oka nie wykolË, okrucieÓstwa nie mo?na
zniszczyÖ okrucieÓstwem. Ironia i lito?Ö! Ironia i lito?Ö, dzieci!
I nagle wszyscy wstali. By?o to tak nieoczekiwane, ?e Wiktorowi
przelecia?a przez g?owË szalona my?l, ?e uda?o mu siË wreszcie powiedzieÖ
co? takiego, co wstrzNosnË?o wyobrañniNo s?uchaczy. Ale ju? widzia?, ?e od
drzwi idzie mokrzak, chudy, lekki, prawie niematerialny niczym cieÓ i dzieci
patrzNo na niego, i nie zwyczajnie patrzNo, tylko lgnNo do niego, a mokrzak
pow?ciNogliwie uk?oni? siË Wiktorowi, wymamrota? s?owa przeprosin i usiad?
na brzegu, obok Irmy, wszystkie dzieci rÕwnie? usiad?y, a Wiktor patrzy? na
IrmË i widzia?, ?e jest szczË?liwa, ?e stara siË tego nie okazaÖ, ale po
prostu promienieje rado?ciNo i zadowoleniem. Zanim zdNo?y? siË opamiËtaÖ,
zabra? g?os Bol-Kunac.
- Obawiam siË, ?e pan nas ñle zrozumia?, panie Baniew - oznajmi?. -
Wcale nie jeste?my okrutni, a je?eli z paÓskiego punktu widzenia jeste?my
okrutni, to wy?Nocznie teoretycznie. Przecie? my wcale nie chcemy burzyÖ
waszego starego ?wiata, tylko zamierzamy zbudowaÖ nowy. To pan jest okrutny
- nie wyobra?a pan sobie budowania nowego ?wiata bez zburzenia starego. A my
wyobra?amy to sobie bardzo dobrze. My nawet pomo?emy pana pokoleniu stworzyÖ
ten wasz raj, popijajcie i jedñcie na zdrowie. BudowaÖ, panie Baniew, tylko
budowaÖ. Niczego nie burzyÖ, tylko budowaÖ.
Wiktor oderwa? wreszcie oczy od Inny i zebra? my?li.
- Tak - powiedzia?. - Jasne. No, to budujcie. Jestem ca?kowicie po
waszej stronie. Zaskoczyli?cie mnie dzisiaj, ale i tak jestem z wami...
Je?eli zajdzie potrzeba, nawet zrezygnujË z kielicha i zakNoski... Tylko nie
zapominajcie, ?e stare ?wiaty trzeba by?o burzyÖ w?a?nie dlatego, ?e
przeszkadza?y... przeszkadza?y budowaÖ nowe, nie lubi?y tego co nowe,
hamowa?y...
- Dzisiejszy stary ?wiat - zagadkowo powiedzia? Bol-Kunac - nie bËdzie
nam przeszkadza?. BËdzie nam nawet pomagaÖ. Poprzednia historia zakoÓczy?a
swÕj bieg, nie trzeba siË na niNo powo?ywaÖ.
- No cÕ?, tym lepiej - rzek? Wiktor ze znu?eniem. - Jestem niezmiernie
rad, ?e wszystko siË wam tak szczË?liwie uk?ada.
Fajni ch?opcy i dziewczËta, pomy?la?. Dziwni, ale fajni. Szkoda ich...
wyrosnNo, bËdNo siË zagryzaÖ, rozmna?aÖ i rozpocznie siË praca na chleb nasz
powszedni... Nie, pomy?la? z rozpaczNo. ByÖ mo?e jako? siË uda... ZagarnNo?
ze sto?u karteczki. Zebra?o siË ich nawet sporo. Co to takiego fakt? Czy
mo?na uwa?aÖ za dobrego i uczciwego cz?owieka, ktÕry pracuje dla wojny?
Dlaczego pan tak du?o pije? Jaka jest pana opinia o Spenglerze?...
- Przys?ano mi kilka pytaÓ - powiedzia?. - Tylko nie wiem, czy teraz
warto...
Wsta? pryszczaty nihilista i oznajmi?:
- Widzi pan, panie Baniew, nie wiem, jakie tam sNo pytania, ale
w?a?ciwie to nie jest takie wa?ne. Po prostu chcieli?my poznaÖ
wspÕ?czesnego, znanego pisarza. Ka?dy znany pisarz jest wyrazicielem
ideologii spo?eczeÓstwa, czy te? czË?ci spo?eczeÓstwa, a my powinni?my znaÖ
ideologÕw wspÕ?czesnego spo?eczeÓstwa. Teraz wiemy wiËcej, ni? wiedzieli?my
przed spotkaniem z panem. DziËkujemy.
Na sali zaczNo? siË ruch, s?ychaÖ by?o "DziËkujemy... DziËkujemy, panie
Baniew" dzieci zaczË?y wstawaÖ, opuszczaÖ swoje miejsca, a Wiktor sta?
zaciskajNoc w piË?ci karteczki, czu? siË jak kretyn, wiedzia?, ?e jest
purpurowy, ?e minË ma speszonNo i ?a?osnNo, ale wziNo? siË w gar?Ö, kartki
wsadzi? do kieszeni i zszed? ze sceny.
Najgorsze by?o to, ?e nie zrozumia? w koÓcu jak ma traktowaÖ te dzieci.
One by?y irrealne, by?y nieprawdopodobne, ich wypowiedzi, ich stosunek do
tego, co Wiktor pisa? i do tego, co mÕwi?, nie mia? ?adnych punktÕw
stycznych ze sterczNocymi warkoczykami, rozczochranymi czuprynami,
niedomytymi szyjami, z gËsiNo skÕrkNo na chudych rËkach, z piskliwym ha?asem
dooko?a. Jakby nieznana si?a dla zabawy zespoli?a w przestrzeni przedszkole
i dyskusjË w instytucie naukowym. Po?Noczy?a niepo?Noczalne. Zapewne tak
czu? siË do?wiadczalny kot, ktÕremu dano kawa?ek ryby, podrapano za uchem i
w tej samej chwili eksplodowano pod nosem ?adunek, pora?ono prNodem i
o?lepiono reflektorem... Tak, ze wspÕ?czuciem powiedzia? Wiktor do kota,
ktÕrego stan wyobra?a? sobie teraz znakomicie. Ani moja, ani twoja psychika
nie jest przygotowana na taki szok, od takiego szoku mo?emy nawet umrzeÖ...
I w tym momencie u?wiadomi? sobie, ?e ugrzNoz?. ObstNopiono go i nie
pozwalano przej?Ö. Na sekundË ogarnË?a go straszliwa panika. Nie zdziwi?by
siË, gdyby teraz spokojnie i w milczeniu powalono go na pod?ogË w celu
przeprowadzenia sekcji na okoliczno?Ö przeanalizowania ideologii. Ale dzieci
nie zamierza?y go preparowaÖ. WyciNoga?y do niego otwarte ksiNo?ki, tanie
notesy, kartki papieru. Szepta?y: "ProszË o autograf!" Piszcza?y: "Tu, w tym
miejscu!" Chrypia?y ?amliwym basem: "Pan bËdzie ?askaw!".
I Wiktor wyjNo? wieczne piÕro, zdjNo? nakrËtkË, z zaciekawieniem
postronnego cz?owieka przys?ucha? siË swoim odczuciom i wcale siË nie
zdziwi?, czujNoc wzbierajNocNo dumË. To by?y upiory przysz?o?ci i cieszyÖ
siË ich uznaniem by?o jednak przyjemnie.
*
W numerze hotelowym natychmiast otworzy? barek, nala? sobie d?inu i
wypi? jednym haustem jak lekarstwo. Z w?osÕw, po twarzy i za ko?nierz
sp?ywa?a woda - okaza?o siË, ?e zapomnia? w?o?yÖ kaptur. Spodnie przemok?y
do kolan - prawdopodobnie szed? wprost po ka?u?ach na nic nie zwa?ajNoc.
Straszliwie chcia?o mu siË paliÖ - zdaje siË, ?e ani razu nie zapali? przez
te dwie godziny z hakiem...
Akceleracja, powtarza? sam sobie, kiedy zrzuci? wprost na pod?ogË mokry
p?aszcz, przebiera? siË, wyciera? g?owË rËcznikiem. To tylko akceleracja,
uspokaja? siË, zapalajNoc papierosa i zaciNogajNoc siË chciwie. To jest
w?a?nie akceleracja w praktyce, my?la? z przera?eniem, wspominajNoc pewne
siebie dzieciËce g?osy wypowiadajNoce niemo?liwe teksty. Bo?e, ratuj
doros?ych, Bo?e ratuj ich rodzicÕw, o?wieÖ ich, spraw, aby zmNodrzeli, to
ostatni moment... Ze wzglËdu na Ciebie samego b?agam ciË, Bo?e, bo inaczej
zbudujNo ci wie?Ë Babel, kamieÓ nagrobny dla wszystkich g?upcÕw, ktÕrych
wypu?ci?e? na tË ZiemiË, aby siË p?odzili i rozmna?ali nie przemy?lawszy jak
nale?y skutkÕw akceleracji... Okaza?e? siË prostaczkiem, bracie Bo?e...
Wiktor wyplu? niedopa?ek na dywan i zapali? nowego papierosa. A
w?a?ciwie dlaczego tak siË zdenerwowa?em? - pomy?la?. Rozhula?a mi siË
wyobrañnia... No dobra, dzieci, no dobra - akceleracja, no dobra, rozwiniËte
ponad wiek. Co to, nie widzia?em dzieci ponad wiek rozwiniËtych? SkNod mi
przysz?o do g?owy, ?e one same to wszystko wymy?li?y? Napatrzy?y siË w
mie?cie wszelakiego paskudztwa, naczyta?y siË ksiNo?ek, wszystko upro?ci?y i
naturalnie dosz?y do wniosku, ?e nale?y zbudowaÖ nowy ?wiat. I wcale nie
wszystkie sNo takie. MajNo przywÕdcÕw, krzykaczy - Bol-Kunac... ten
pryszczaty... i jeszcze ta ?liczna dziewczynka. Liderzy. A reszta - dzieci
jak dzieci, siedzia?y, s?ucha?y, nudzi?y siË... Wiedzia?, ?e to nieprawda.
No, powiedzmy, nie nudzi?y siË, s?ucha?y z ciekawo?ciNo - to jednak
prowincja, znany pisarz... Diab?a tam, w ich wieku nie czyta?bym moich
ksiNo?ek. Diab?a tam, w ich wieku poszed?bym gdzie? - tylko nie na film ze
strzelaninNo albo do wËdrownego cyrku - oglNodaÖ go?e nogi tancerki na
linie. RÕwno zwisa? mi stary ?wiat i nowy ?wiat, nie mia?em o tym zielonego
pojËcia - pi?ka no?na do kompletnego wyczerpania, wykrËciÖ gdzie? ?arÕwkË i
trzasnNoÖ niNo o ?cianË, albo dorwaÖ gdzie? jakiego? eleganta i nak?a?Ö mu
po ryju... Wiktor rozwali? siË w fotelu i wyciNognNo? nogi. Wszyscy
wspominamy z rozczuleniem szczË?liwe dzieciÓstwo i jeste?my przekonani, ?e
od czasÕw Tomka Sawyera tak by?o, jest i bËdzie. Powinno byÖ. A je?li tak
nie jest, to znaczy, ?e dziecko nienormalne, budzi, je?li popatrzeÖ na nie z
boku, lekkNo lito?Ö a przy bezpo?rednim zderzeniu - pedagogiczne oburzenie.
A dziecko ?agodnie patrzy na ciebie i my?li: ty oczywi?cie jeste? doros?y,
du?y, mo?esz mi przy?o?yÖ, jednak?e jak od najwcze?niejszego dzieciÓstwa
by?e? g?uptakiem, tak g?uptakiem pozostaniesz i g?uptakiem umrzesz, ale
nawet tego ci ma?o, jeszcze i ze mnie chcesz zrobiÖ g?uptaka...
Wiktor nala? nowNo porcjË d?inu i zaczNo? wspominaÖ, jak to wszystko
wyglNoda?o i musia? po?piesznie sobie golnNoÖ, ?eby nie zawyÖ ze wstydu. Jak
przyszed? do tych dzieciakÕw zadowolony i pewny siebie, patrzNocy z gÕry,
modny bËcwa?, jak na dzieÓ dobry uczËstowa? je szlachetnNo g?upotNo,
p?askimi dowcipami i pseudobohaterskim gaworzeniem, jak go usadzono, ale nie
uspokoi? siË i nadal demonstrowa? swojNo ostrNo niewydolno?Ö intelektualnNo,
jak uczciwie prÕbowano skierowaÖ go na w?a?ciwNo drogË i ostrzegano go, a on
nadal plÕt? trywialne bana?y, wciNo? liczNoc, ?e jako? wyjdzie na swoje, ?e
co tam, nie ma co siË przesadnie wysilaÖ - a kiedy wreszcie straciwszy
cierpliwo?Ö dali mu po mordzie, ma?odusznie zaczai szlochaÖ i skar?yÖ siË,
?e go ñle potraktowano... kiedy za? z lito?ci poproszono go o autografy,
wpad? w takNo euforiË, ?e a? wstyd pomy?leÖ... I Wiktor zarycza?, wiedzNoc,
?e o tym, co siË dzi? wydarzy?o, bez wzglËdu na swojNo wysilonNo uczciwo?Ö
nigdy nikomu nie o?mieli siË opowiedzieÖ, ?e za jakie? pÕ? godziny przekona
sam siebie o konieczno?ci zachowania rÕwnowagi duchowej i tak wszystko
sprytnie poprzek?ada, aby wszystko nieprzyjemne, co z nim dzisiaj uczyniono,
obrÕci?o siË w najwiËkszy triumf jego ?ycia albo ostatecznie w zwyczajne i
niezbyt interesujNoce spotkanie z prowincjonalnymi wunderkindami, ktÕre - a
niby czego siË po nich spodziewaÖ? - sNo dzieÖmi i dlatego nie najlepiej
orientujNo siË w literaturze i w ?yciu... Nale?a?oby pos?aÖ mnie do
departamentu o?wiaty, pomy?la? z nienawi?ciNo. Tacy zawsze sNo tam
potrzebni... Mam tylko jednNo pociechË, pomy?la?. Takich dzieci jest jeszcze
bardzo ma?o i je?eli akceleracja bËdzie siË rozwijaÖ w takim samym tempie,
to do tego czasu kiedy bËdzie ich du?o, ja ju? dziËki Bogu szczË?liwie umrË.
Jak to dobrze - umrzeÖ we w?a?ciwym czasie!
Kto? zapuka? do drzwi. Wiktor krzyknNo? "ProszË!". Wszed? Pawor w
podrabianym bucharskim szlafroku, rozstrojony, ze spuchniËtym nosem.
- Nareszcie - powiedzia? zakatarzonym g?osem, usiad? naprzeciwko,
wydoby? zza pazuchy wielkNo, mokrNo chustkË do nosa i zaczNo? smarkaÖ i
kichaÖ. By?o to ?a?osne widowisko - nic nie zosta?o z dawnego Pawora.
- Co - nareszcie? - zapyta? Wiktor. - Chce pan d?inu?
- Och, nie wiem... - odpar? Pawor siNokajNoc i pochlipujNoc. - To
miasto mnie wykoÓczy... R - r - rum - cz? - ? - ?ach! Och...
- Na zdrowie - powiedzia? Wiktor.
Pawor popatrzy? na niego za?zawionymi oczami.
- Gdzie siË pan podziewa?? - zapyta? kapry?nie. - Trzy razy puka?em do
pana, chcia?em wziNoÖ co? do czytania. Ja tu przepadnË, jedyne moje zajËcie
- to kichanie i wycieranie nosa... w hotelu nie ma ?ywego ducha, poszed?em
do portiera, to ten stary idiota zaproponowa? mi ksiNo?kË telefonicznNo i
jakie? prospekty sprzed lat... "Witamy w naszym s?onecznym mie?cie". Ma pan
co? do czytania?
- Raczej wNotpiË - rzek? Wiktor.
- Co u diab?a, przecie? jest pan pisarzem! No, rozumiem, kolegÕw pan
nie czyta, ale siebie chyba pan od czasu do czasu przeglNoda... Wszyscy
dooko?a wciNo? powtarzajNo: Baniew, Baniew... Jak to tam u pana siË nazywa?
"?mierÖ po po?udniu"? "PÕ?noc po ?mierci"? Nie pamiËtam...
- "NieszczË?cie przychodzi o pÕ?nocy" - powiedzia? Wiktor.
- O to to. Niech pan da poczytaÖ.
- Nie dam. Nie mam - kategorycznie odpar? Wiktor. - A gdybym mia?, to i
tak bym nie da?. Zasmarka?by mi pan ksiNo?kË. I do tego nic nie zrozumia?.
- A to dlaczego - nie zrozumia?bym? - zainteresowa? siË Pawor z
oburzeniem. - podobno to co? z ?ycia homoseksualistÕw, co tu mo?na nie
zrozumieÖ?
- Sam pan... - powiedzia? Wiktor. - Lepiej napijmy siË d?inu. Z wodNo?
Pawor kichnNo?, co? mruknNo?, rozpaczliwie rozejrza? siË dooko?a,
odrzuci? g?owË do ty?u i znowu kichnNo?.
- G?owa mi pËka - poskar?y? siË. - O w tym miejscu... A gdzie pan by??
Podobno na spotkaniu z czytelnikami? Z miejscowymi homoseksualistami?
- Gorzej - powiedzia? Wiktor. - Mia?em spotkanie z miejscowymi
wunderkindami. Wie pan, co to jest akceleracja?
- Akceleracja? To co?, co jest zwiNozane z przedwczesnym dojrzewaniem.
S?ysza?em, jaki? czas temu by?o o tym bardzo g?o?no, ale potem w naszym
departamencie powo?ano komisjË i ta komisja udowodni?a, ?e to rezultat
osobistej troski pana prezydenta o dorastajNoce pokolenie lwÕw i marzycieli,
tak ?e wszystko znalaz?o siË na swoim miejscu. Aleja wiem, o czym pan mÕwi,
bo widzia?em tych miejscowych wunderkindÕw. Zachowaj nas Bo?e od takich
lwÕw, poniewa? ich w?a?ciwe miejsce jest w gabinecie osobliwo?ci.
- A mo?e to moje i pana miejsce jest w gabinecie osobliwo?ci? -
zaprotestowa? Wiktor.
- Niewykluczone - zgodzi? siË Pawor. - Tylko ?e akceleracja nie ma z
tym nic wspÕlnego. Akceleracja - to problem biologiczny i fizjologiczny.
Wzrost wagi noworodkÕw, a one potem nieprzytomnie rosnNo, gdzie? do dwÕch
metrÕw, jak ?yrafy, a kiedy majNo dwana?cie lat, ju? potrafiNo siË
rozmna?aÖ. A tutaj - dzieci sNo najzwyczajniejsze, za to ich nauczyciele...
- Co - nauczyciele?
Pawor kichnNo?.
- Za to nauczyciele - niezwyczajni - powiedzia? przez nos. Wiktor
przypomnia? sobie dyrektora gimnazjum.
- Co te? niezwyk?ego jest w tutejszych nauczycielach? - zapyta? - ?e
zapominajNo rozpiNoÖ rozporka?
- Jaki rozporek? - spyta? Pawor ze zdumieniem gapiNoc siË na Wiktora. -
Oni w ogÕle nie majNo rozporkÕw.
- I co jeszcze? - zapyta? Wiktor.
- W jakim sensie?
- Co jeszcze jest w nich niezwykle?
Pawor d?ugo wyciera? nos, a Wiktor popija? d?in i patrzy? na niego z
lito?ciNo.
- Jak widzË, nie ma pan o niczym pojËcia - rzek? Pawor oglNodajNoc
zasmarkanNo chustkË. - Jak s?usznie twierdzi pan prezydent, g?ÕwnNo
w?a?ciwo?ciNo naszych pisarzy jest nieznajomo?Ö ?ycia i oderwanie od
interesÕw narodu... Jest pan ju? tu ponad tydzieÓ. Czy by? pan gdziekolwiek
oprÕcz knajpy i sanatorium? Rozmawia? pan z kim? oprÕcz tego pijanego
bydlaka, Kwadrygi? Diabli wiedzNo, za co bierze pieniNodze...
- Dobra, dosyÖ tego - powiedzia? Wiktor. - WystarczNo mi gazety.
Znalaz? siË usmarkany krytyk, nauczyciel bez rozporka...
- A - a - a, nie podoba siË? - stwierdzi? Pawor z zadowoleniem. -
Je?eli tak, to ju? nie bËdË... Niech pan opowie o spotkaniu z wunderkindami.
- Nie ma o czym opowiadaÖ - odpar? Wiktor. - Wunderkindy, jak
wunderkindy...
- A jednak?
- No wiËc przyszed?em. Zadali mi kilka pytaÓ. Ciekawe pytania, zupe?nie
doros?e. .. - Wiktor umilk?.
- No wiËc, je?li mam byÖ ca?kiem szczery, nieñle mi dali popaliÖ.
- A jakie by?y pytania? - zapyta? Pawor. Patrzy? na Wiktora z
prawdziwym zainteresowaniem i zdaje siË ze wspÕ?czuciem.
- Nie chodzi o pytania - westchnNo? Wiktor. - Je?eli mam mÕwiÖ
otwarcie, to najbardziej mnNo wstrzNosnË?o, ?e te dzieci sNo jak doro?li, i
to nie zwyczajni doro?li, ale jak doro?li najwy?szej klasy... Jaka? choroba,
piekielna dysproporcja... - Pawor ze wspÕ?czuciem kiwa? g?owNo. - S?owem,
ñle mi tam by?o - powiedzia? Wiktor. - Nie mam ochoty o tym mÕwiÖ.
- Rozumiem - oznajmi? Pawor. - Nie pan pierwszy, nie pan ostatni. MuszË
panu powiedzieÖ, ?e rodzice dwunastoletniego dziecka - to zawsze istoty
godne lito?ci z tysiNocem k?opotÕw na g?owie. Ale tutejsi rodzice to co?
szczegÕlnego. PrzypominajNo mi ty?y armii okupacyjnej w rejonie aktywnych
dzia?aÓ partyzantÕw... No wiËc, o co pana pytano?
- No, na przyk?ad, co to jest postËp.
- Tak. WiËc, ich zdaniem, co to takiego postËp?
- Ich zdaniem, postËp to nadzwyczaj proste. Pos?aÖ nas wszystkich do
rezerwatÕw, ?eby?my siË nie plNotali pod nogami, a wÕwczas oni na wolno?ci
bËdNo mogli spokojnie studiowaÖ Zurtzmansora i Spenglera. Ja w ka?dym razie
odnios?em takie wra?enie.
- No cÕ?, to bardzo mo?liwe. - powiedzia? Pawor. - Jaki ksiNodz, taka i
parafia. Pan tu opowiada - akceleracja, Zurtzmansor... A czy wie pan, co na
ten temat mÕwi narÕd?
- Kto?!
- NarÕd!... NarÕd mÕwi, ?e wszystkie nieszczË?cia sNo przez mokrzakÕw.
Dzieci ze?wirowa?y - przez mokrzakÕw...
- To dlatego, ?e w mie?cie nie ma ?ydÕw - zauwa?y? Wiktor. Potem
przypomnia? sobie mokrzaka, ktÕry wszed? na salË, jak dzieci wsta?y i jakNo
twarz mia?a Irma. - Pan powa?nie? - zapyta?.
- To nie ja - oznajmi? Fawor. - To glos narodu. Vox populi. Koty
uciek?y z miasta, a dzieciaki uwielbiajNo mokrzakÕw, ?a?No za nimi do
leprozorium, siedzNo tam dniami i nocami, rodzicÕw majNo za nic, nikogo nie
s?uchajNo. KradnNo w domu pieniNodze i kupujNo ksiNo?ki... Podobno na
poczNotku rodzice bardzo siË cieszyli, ?e dzieci zamiast drzeÖ spodnie na
p?otach, cicho siedzNo w domu i czytajNo ksiNo?ki. Tym bardziej ?e pogoda
jakby nie najlepsza. Ale teraz ju? wszyscy widzNo, do czego to doprowadzi?o
i kto to wszystko zaczNo?. Teraz ju? nikt siË nie cieszy. Jednak?e bojNo siË
mokrzakÕw jak dawniej i tylko warczNo im w ?lad...
G?os narodu, pomy?la? Wiktor. G?os Loli i pana burmistrza. S?yszeli?my
ten g?os... Koty, deszcze, telewizory. Krew chrze?cijaÓskich niemowlNot...
- Nie rozumiem - powiedzia? - pan to serio czy z nudÕw?
- To nie ja! - powtÕrzy? Pawor z uczuciem. - Tak mÕwiNo w mie?cie.
- Co mÕwiNo w mie?cie, jest dla mnie jasne - rzek? Wiktor. - A co pan
sam o tym my?li? Pawor wzruszy? ramionami.
- ?ycie p?ynie - powiedzia? mgli?cie. - Plotki pÕ? na pÕ? z prawdNo. -
Popatrzy? na Wiktora znad chustki. - ProszË mnie nie uwa?aÖ za idiotË -
powiedzia?. - Niech pan lepiej przypornni sobie te dzieci - gdzie jeszcze
widzia? pan takie dzieci? Albo ostatecznie, tyle takich dzieci?
Fakt, pomy?la? Wiktor, takie dzieci... Koty kotami, ale ten mokrzak na
sali - to ju? nie koty pÕ? na pÕ? z deszczem... Jest takie okre?lenie -
twarz roz?wietlona od wewnNotrz. W?a?nie takNo twarz mia?a Inna, a kiedy
rozmawia ze mnNo, jej twarz o?wietlona jest tylko z zewnNotrz. Z matkNo za?
w ogÕle nie rozmawia - cedzi co? przez zËby z pob?a?liwNo odrazNo... Ale
je?eli to tak, je?eli to prawda, a nie wstrËtne gadanie, to sprawa wyglNoda
wyjNotkowo paskudnie. Czego oni chcNo od dzieci? To przecie? chorzy ludzie,
skazani... i w ogÕle to ?wiÓstwo podjudzaÖ dzieci przeciwko rodzicom, nawet
przeciwko takim rodzicom jak ja i Lola. Wystarczy nam pan prezydent - narÕd
jest wa?niejszy ni? macierzyÓstwo i ojcostwo, Legia Wolno?ci waszNo matkNo i
ojcem, wiËc dzieciak biegnie do najbli?szego sztabu i zawiadamia, ?e ojciec
nazwa? pana prezydenta dziwnym cz?owiekiem, a matka nazwa?a wyprawy Legii
rujnujNocym przedsiËwziËciem. A teraz jeszcze na domiar z?ego pojawia siË
czarny, mokry facet i nie owijajNoc w bawe?nË oznajmia, ?e twÕj ojciec - to
pijak i bezmÕzgie bydlË, a matka - kretynka i dziwka. Powiedzmy nawet, ?e
tak jest naprawdË, ale to wszystko jedno ?wiÓstwo, nale?y to robiÖ inaczej,
nie ich pieski interes, nie oni za to odpowiadajNo i nikt ich nie prosi,
?eby zajmowali siË tego rodzaju o?wiatNo... Patologia jaka? i tyle... Je?eli
to tylko o?wiata i nic poza tym. A je?li co? gorszego? DzieciË zaczyna
rÕ?anymi usteczkami szczebiotaÖ o postËpie, zaczyna mÕwiÖ straszne, okrutne
rzeczy, nie wiedzNoc co szczebiocze, ale ju? od pieluch przyucza siË do
intelektualnego okrucieÓstwa, najgorszego okrucieÓstwa, jakie mo?na
wymy?liÖ, a tamci, zamotawszy czarnymi szmatami ?uszczNoce siË fizjonomie,
stojNo za scenNo i pociNogajNo za sznurki... to za? znaczy, ?e nie ma
?adnego nowego pokolenia, za to jest stara i brudna zabawa w marionetki, a
ja by?em podwÕjnym os?em, kiedy zamiera?em dzi? na tej scenie... Ale? to
paskudna zabawa - ta nasza cywilizacja...
- ...kto ma oczy niechaj zobaczy - mÕwi? Pawor. - Nie wpuszczajNo nas
do leprozorium. Drut kolczasty, ?o?nierze, w porzNodku. Ale co? nieco? mo?na
zobaczyÖ i tutaj wmie?cie. Widzia?em, jak mokrzaki rozmawiajNo z dzieÖmi i
jak siË przy tym zachowujNo te dzieci, jak zamieniajNo siË nieomal w anio?y,
a zapytaj takiego jak siË idzie do fabryki - wyleje na ciebie kube?
pogardy...
Nie wpuszczajNo nas do leprozorium, my?la? Wiktor. Drut kolczasty, a
mokrzaki swobodnie spacerujNo sobie po mie?cie. Ale przecie? nie Golem to
wymy?li?... Ojciec narodu. Co za ?cierwo, pomy?la?. Co za kanalia. WiËc to
jego robota. Najlepszy przyjaciel dzieci... Ca?kiem niewykluczone, to bardzo
do niego podobne. A wie pan, panie prezydencie, na paÓskim miejscu
urozmaici?bym, a przynajmniej prÕbowa?bym urozmaiciÖ swoje sztuczki. Zbyt
?atwo odrÕ?niÖ paÓski ogon od wszystkich innych ogonÕw. Drut kolczasty,
?o?nierze, przepustki - czyli pan prezydent, czyli bez najmniejszej
wNotpliwo?ci jakie? paskudztwo...
- Na diab?a tam drut kolczasty? - zapyta? Wiktor.
- A skNod ja mogË wiedzieÖ? - odpar? Pawor. - Nigdy przedtem drutu
kolczastego w tym miejscu nie by?o.
- To znaczy, ?e pan tam ju? kiedy? by??
- Dlaczego? Nie by?em. Ale nie jestem tu pierwszym inspektorem
sanitarnym... zresztNo nie chodzi o drut kolczasty, czy to ma?o na ?wiecie
kolczastego drutu? Dzieci tam wpuszczajNo bez ?adnych przeszkÕd, mokrzakÕw
wypuszczajNo bez przeszkÕd, ale ani pana, ani mnie nie wpuszczajNo - i to
jest dziwne.
Nie, to chyba jednak nie prezydent, my?la? Wiktor. Prezydent i czytanie
Zurtzmansora, a mo?e jeszcze i Baniewa - to nijak do siebie nie pasuje. Do
tego ta destrukcyjna ideologia... Gdybym ja co? takiego napisa?, chyba by
mnie ukrzy?owali - NiepojËte, niezrozumia?e... Nieczysta sprawa... Trzeba
bËdzie zapytaÖ Irmy, pomy?la?. Po prostu zapytam i zobaczË, co ona zrobi...
ZresztNo chyba i Diana powinna co? nieco? wiedzieÖ.
- Pan mnie nie s?ucha? - zapyta? Pawor.
- Przepraszam, zamy?li?em siË.
- MÕwiË, ?e wcale bym siË nie zdziwi?, gdyby miasto zastosowa?o jakie?
?rodki. ZresztNo, jak przystoi miastu, ?rodki okrutne.
- Ja te? bym siË nie zdziwi? - wymamrota? Wiktor. - Nie zdziwiË siË,
nawet je?li ja sam zechcË zastosowaÖ jakie? ?rodki.
Pawor wsta? i podszed? do okna.
- Ale pogoda - powiedzia? zgnËbiony. - WyjechaÖ by stNod jak
najprËdzej... Da mi pan ksiNo?kË, czy nie?
- Nie mam ?adnych ksiNo?ek - powiedzia? Wiktor. - Wszystko co
przywioz?em, jest w sanatorium... Niech pan pos?ucha, a po co mokrzakom
nasze dzieci?
Pawor wzruszy? ramionami.
- To przecie? chorzy ludzie - odpowiedzia?. - SkNod mo?emy wiedzieÖ? My
przecie? jeste?my zdrowi. Zapukano do drzwi i wszed? Golem - ciË?ki i mokry.
- Zapytamy Golema - powiedzia? Pawor. - Golem, po co mokrzakom nasze
dzieci?
- Wasze dzieci? - zapyta? Golem, uwa?nie oglNodajNoc etykietkË na
butelce z d?inem. - A pan ma dzieci, Pawor?
- Pawor twierdzi - odpar? Wiktor - jakoby mokrzaki buntowa?y miej skie
dzieci przeciwko rodzicom. Co pan wie na ten temat, Golem?
- Hm... mruknNo? Golem. - Gdzie pan ma czyste szklanki? Aha... Mokrzaki
buntujNo dzieci? No cÕ?... Nie oni pierwsi, nie oni ostatni. - Nie
zdejmujNoc p?aszcza opad? na kozetkË i powNocha? d?in w szklance. - A niby
dlaczego w naszych czasach nie buntowaÖ dzieci przeciwko rodzicom, je?eli
bia?ych szczuje siË na czarnych, ?Õ?tych na bia?ych, a g?upich szczujNo na
mNodrych... Co pana w?a?ciwie dziwi?
- Pawor twierdzi - powtÕrzy? Wiktor - ?e paÓscy pacjenci w?ÕczNo siË po
mie?cie i uczNo dzieci rÕ?nych dziwnych rzeczy. Ja te? zauwa?y?em co?
podobnego, chocia? na razie jeszcze niczego nie twierdzË. Tak wiËc, niczemu
siË nie dziwiË, tylko pytam pana - czy to prawda, czy nie?
- O ile wiem - powiedzia? Golem odpijajNoc ze szklanki - mokrzaki od
wiekÕw mieli prawo chodziÖ po mie?cie. Nie wiem, co pan ma na my?li mÕwiNoc
o uczeniu dziwnych rzeczy, ale niech mi bËdzie wolno zapytaÖ pana jako
tubylca - czy zna pan zabawkË, ktÕra nazywa siË "z?a fryga"?
- No, oczywi?cie - odrzek? Wiktor.
- Mia? pan takNo zabawkË?
- r Ja oczywi?cie nie mia?em... ale koledzy, o ile pamiËtam, chyba
tak... - Wiktor zamilk?. - Tak, rzeczywi?cie - powiedzia?. - Ch?opcy mÕwili,
?e tego bNoczka podarowa? im mokrzak. O to panu chodzi?
- Tak, w?a?nie o to. I "pogodnik" - i "drewnianNo rËkË"...
- Pardon - wtrNoci? Pawor. - Czy ja, przybysz ze stolicy, mÕg?bym siË
dowiedzieÖ, o czym rozmawiajNo tubylcy?
- Nie mÕg?by pan - odpar? Golem. - To nie le?y w paÓskiej kompetencji.
- SkNod pan wie, co le?y, a cc) nie le?y w moich kompetencjach? -
zapyta? Pawor ura?onym tonem.
- Wiem - powiedzia? Golem. - ZgadujË, bo tak mi siË podoba,... i niech
pan przestanie ?gaÖ, przecie? prÕbowa? pan kupiÖ u Teddyego "pogodnik", wiËc
?wietnie pan wie, co to takiego.
- Niech pan idzie do diab?a - kapry?nie oznajmi? Pawor. - Nie chodzi mi
o "pogodnik"...
- ChwileczkË, Pawor - niecierpliwie przerwa? mu Wiktor. - Golem, nie
odpowiedzia? pan na moje pytanie.
- Czy?by? A mnie siË wydawa?o, ?e odpowiedzia?em... Widzi pan,
Wiktorze, mokrzaki to ciË?ko i beznadziejnie chorzy ludzie. To straszna
rzecz - choroba genetyczna. Ale pomimo wszystko zachowujNo dobroÖ i
mNodro?Ö, wiËc nie trzeba ich krzywdziÖ.
- Kto ich krzywdzi?
- Czy?by pan ich nie krzywdzi??
- Na razie nie. Na razie nawet wrËcz przeciwnie.
- No to w takim razie wszystko w porzNodku - stwierdzi? Golem i wsta?.
- W takim razie jedziemy. Wiktor wytrzeszczy? oczy.
- DokNod jedziemy?
- Do sanatorium. JadË do sanatorium, pan jak widzË te? siË wybiera do
sanatorium, a Pawor niech siË k?adzie do ?Õ?ka. Do?Ö zara?ania grypNo. l
Wiktor spojrza? na zegarek.
- Czy nie jest za wcze?nie?
- Jak pan chce. Tylko niech pan pamiËta, ?e od dzisiejszego dnia
autobus nie chodzi. Jest nierentowny.
- A mo?e najpierw zjemy obiad?
- Jak pan chce - powtÕrzy? Golem. - Ja nigdy nie jadani obiadÕw. I panu
nie radzË. Wiktor pomaca? siË po brzuchu.
- Tak - powiedzia?. Potem popatrzy? na Pawora. - Chyba pojadË.
- Nic mi do tego - odpar? Pawor. By? obra?ony. - Niech pan przynajmniej
ksiNo?ki przywiezie.
- Na pewno - obieca? Wiktor i zaczNo? siË ubieraÖ.
Kiedy wsiedli do samochodu, pod wilgotny brezent, do wilgotnej,
?mierdzNocej tytoniem, benzynNo i lekarstwami kabiny, Golem zapyta?:
- Czy rozumie pan aluzje?
- Czasami - odpowiedzia? Wiktor. - Kiedy wiem, ?e to aluzja. A bo co?
- A wiËc zwracam panu uwagË: aluzja. Niech pan mniej gada.
- Hm - wymamrota? Wiktor. - I jak mam to rozumieÖ?
- Jako aluzjË. Niech pan przestanie trzaskaÖ dziobem.
- Z przyjemno?ciNo - powiedzia? Wiktor i popad? w zamy?lenie.
Przejechali miasto, minËli fabrykË konserw, przeciËli pusty miejski
park, zapuszczony, mizerny, na wpÕ? zgni?y z wilgoci, przemknËli obok
stadionu, na ktÕrym umorusani, w b?otnych cËtkach jak ?yrafy, "Bracia w
sapiencji" uparcie kopali mokrymi, napËcznia?ymi butami napËcznia?No pi?kË i
wytoczyli siË na szosË prowadzNocNo do sanatorium. Dooko?a, za kurtynNo
deszczu le?a? mokry, p?aski jak stÕ? step, niegdy? suchy, wypalony i
k?ujNocy a teraz z wolna przemieniajNocy siË w grzNoskie mokrad?a.
- Pana aluzja - rzek? Wiktor - przypomnia?a mi pewnNo rozmowË, mojNo
rozmowË z jego ekscelencjNo panem referentem pana prezydenta do spraw
paÓstwowej ideologii. Jego ekscelencja wezwa? mnie do swego skromnego -
trzydzie?ci metrÕw na dwadzie?cia - gabinetu i zainteresowa? siË: "Wiktor,
czy chce pan nadal mieÖ swÕj kawa?ek chleba z mas?em?" Ja, naturalnie
odpowiedzia?em twierdzNoco. "No to niech pan przestanie brzdNokaÖ!" -
ryknNo? jego ekscelencja i odprawi? mnie skinieniem d?oni.
Golem u?miechnNo? siË. ,
- A w?a?ciwie na czym pan brzdNoka??
- Jego ekscelencja mia? na my?li moje Öwiczenia na banjo w
m?odzie?owych klubach. Golem spojrza? na niego zezem.
- A w?a?ciwie skNod pan ma pewno?Ö, ?e nie jestem szpiclem?
- A ja wcale nie mam takiej pewno?ci - zaprzeczy? Wiktor. - Po prostu
mi to zwisa. Poza tym teraz nie mÕwi siË "szpicel". "Szpicel" to archaizm.
Teraz wszyscy kulturalni ludzie mÕwiNo "kabel".
- Nie wyczuwam rÕ?nicy - zauwa?y? Golem.
- Praktycznie, ja rÕwnie? - powiedzia? Wiktor. - A wiËc przestajemy
trzaskaÖ dziobem. Czy pana pacjent wyzdrowia??
- Moi pacjenci nigdy nie wracajNo do zdrowia.
- Pan ma wspania?No opiniË! Ale ja pytam o tego nieszczË?nika, ktÕry
wpad? w potrzask. Jak jego noga?
Golem milcza? chwilË, a potem zapyta?:
- KtÕrego z nich ma pan na my?li?
- Nie rozumiem - odpar? Wiktor. - Naturalnie, ?e tego, ktÕry wpad? w
potrzask.
- By?o ich czterech - stwierdzi? Golem wpatrzony w drogË zalanNo
deszczem. - Jeden wpad? w potrzask, drugiego niÕs? pan na plecach, trzeciego
zabra?em samochodem, a z powodu czwartego niedawno rozpËta? pan
skandalicznNo bÕjkË w restauracji.
Wiktor milcza?, oszo?omiony. Golem milcza? rÕwnie?. ?wietnie prowadzi?
samochÕd, obje?d?ajNoc niezliczone wyboje na starym asfalcie.
- No, no, niech siË pan tak nie mËczy - oznajmi? wreszcie Golem. -
?artowa?em. On by? jeden. I jego noga zagoi?a siË tej samej nocy.
- To tak?e ?art? - zapyta? Wiktor. - Ha - ha - ha. Teraz rozumiem,
dlaczego paÓscy chorzy nigdy nie wracajNo do zdrowia.
- Moi chorzy - powiedzia? Golem - nigdy nie wracajNo do zdrowia z dwÕch
powodÕw. Po pierwsze, ja, jak zresztNo ka?dy przyzwoity lekarz, nie umiem
leczyÖ genetycznych chorÕb. A po drugie, oni nie chcNo wyzdrowieÖ.
- Zabawne - wymamrota? Wiktor - Tyle ju? siË nas?ucha?em o tych
paÓskich mokrzakach, ?e teraz, jak Boga kocham, jestem w stanie uwierzyÖ we
wszystko - i w deszcze, i w koty, i w to, ?e zgruchotana ko?Ö mo?e siË
zrosnNoÖ w ciNogu jednej nocy.
- No tak - rzek? Wiktor. - Dlaczego w mie?cie nie ma kotÕw? Przez
mokrzaki. A Teddyego nied?ugo zjedzNo myszy... MÕg?by pan zaproponowaÖ
mokrzakom, ?eby przy okazji wyprowadzili z miasta rÕwnie? i myszy.
- A la szczuro?ap z Hamelin? - zapyta? Golem.
- Tak - lekkomy?lnie potwierdzi? Wiktor. - W?a?nie a la - potem
przypomnia? sobie czym skoÓczy?a siË historia ze szczuro?apem z Hamelin. -
Nie ma w tym nic ?miesznego - powiedzia?. - By?em dzisiaj w gimnazjum.
Widzia?em dzieci. - I widzia?em, jak siË zachowywa?y, kiedy pojawi? siË
jaki? tam mokrzak. Teraz wcale siË nie zdziwiË, je?li pewnego piËknego dnia
wyjdzie na miejski rynek mokrzak z akordeonem i wyprowadzi dzieci diabli
wiedzNo dokNod.
- Nie zdziwi siË pan - powiedzia? Golem. - A co jeszcze pan zrobi?
- Nie wiem... mo?e zabiorË mu akordeon.
- I sam pan zagra?
- Tak - westchnNo? Wiktor. - To prawda. Nie mam czym przyciNognNoÖ tych
dzieci, zrozumia?em to dzisiaj . Ciekawe, czym oni je przyciNogajNo?
Przecie? pan to wie, Golem.
- Wiktor, niech pan przestanie brzdNokaÖ - powiedzia? Golem.
- Jak pan sobie ?yczy - odpar? Wiktor. - Bardzo starannie, i mniej lub
bardziej zrËcznie uchyla siË pan od odpowiedzi na moje pytania, ?wietnie to
zauwa?y?em. Bez sensu. Dowiem siË tak czy inaczej, a pan straci sposobno?Ö,
aby nadaÖ informacji wygodne dla pana zabarwienie emocjonalne.
- Tajemnica lekarska! - wyrzek? Golem. - A poza tym, ja nic nie wiem.
MogË siË tylko domy?laÖ.
Przyhamowa?. Przed nimi, za welonem deszczu, pojawi?y siË na drodze
jakie? sylwetki. Trzy szare sylwetki i szary s?up przydro?ny z drogowskazami
"Leprozorium - 6 km" i "Sanatorium GorNoce ñrÕd?a - 2,5 km". Sylwetki
cofnË?y siË na pobocze - doros?y mË?czyzna i dwoje dzieci.
- Niech siË pan zatrzyma - powiedzia? Wiktor ochryp?ym nagle g?osem.
- Co siË sta?o? - Golem zahamowa?.
Wiktor nie odpowiedzia?. Patrzy? na ludzi obok s?upa, na ros?ego
czarnego mokrzaka w dresie przesiNokniËtym wodNo, na ch?opca, ktÕry rÕwnie?
by? bez p?aszcza i na dziewczynkË, bosNo, w sukience oblepiajNocej cia?o.
NastËpnie gwa?townie otworzy? drzwi i wyskoczy? na szosË. Deszcz i wiatr
uderzy?y go po twarzy, a? siË zach?ysnNo?, ale nie zauwa?y? tego. Czu?
niepohamowanNo w?ciek?o?Ö, kiedy "na siË ochotË t?uc i ?amaÖ, ale jeszcze ma
siË ?wiadomo?Ö w?asnego szaleÓstwa. Na sztywnych nogach podszed? do
mokrzaka. "
- Co tu siË dzieje? - wycedzi? przez zËby. A potem do cÕrki patrzNocej
na niego ze zdziwieniem: - Irma, natychmiast do samochodu! - A potem znowu
do mokrzaka: - Niech pana diabli wezmNo, co pan wyprawia? - i znowu do Irmy:
Marsz do samochodu, do kogo mÕwiË!
Irma nie ruszy?a siË z miejsca. Wszyscy troje stali nadal, oczy
mokrzaka nad czarnNo opaskNo spokojnie mruga?y. A potem Irma powiedzia?a z
niepojËtNo intonacjNo "To mÕj ojciec" i Wiktor nagle zrozumia?, rdzeniem
pacierzowym zrozumia?, ?e tu nie mo?na wrzeszczeÖ, wymachiwaÖ piË?ciami, nie
mo?na groziÖ, chwytaÖ za ko?nierz, ciNognNoÖ... i w ogÕle nie mo?na siË
w?ciekaÖ. Powiedzia? bardzo spokojnie:
- Irma, idñ do samochodu, jeste? ca?a mokra. Bol-Kunac, na twoim
miejscu te? poszed?bym do samochodu.
By? pewny, ?e Irma pos?ucha i rzeczywi?cie pos?ucha?a. Ale niezupe?nie
tak, jakby sobie tego ?yczy?. Nie, nie to, ?eby choÖby spojrzeniem poprosi?a
mokrzaka o zgodË, ale powsta? cieÓ wra?enia, ?e jednak co? zasz?o, jaka?
wymiana poglNodÕw, jaka? krÕtka narada, w wyniku ktÕrej podjËto decyzjË na
jego korzy?Ö. Irma zadar?a nos i posz?a w kierunku samochodu, a Bol-Kunac
odpar? grzecznie:
- Jestem panu niezmiernie wdziËczny, panie Baniew, ale doprawdy lepiej
bËdzie je?eli zostanË.
- Jak chcesz - stwierdzi? Wiktor. - Bol-Kunac ma?o go wzrusza?. Teraz
trzeba jeszcze by?o powiedzieÖ co? na po?egnanie temu mokrzakowi. Wiktor z
gÕry wiedzia?, ?e to bËdzie co? bardzo g?upiego, ale cÕ? poczNoÖ? - tak
zwyczajnie odej?Ö po prostu nie mÕg?. Ze wzglËdÕw czysto presti?owych. I
powiedzia?.
- Pana za?, ?askawco - oznajmi? wynio?le - nie zapraszam. Najwidoczniej
czuje siË pan tu jak ryba w wodzie.
NastËpnie odwrÕci? siË i rzuciwszy wyobra?onNo rËkawicË, odmaszerowa?.
Wypowiedziawszy te s?owa, my?la? z obrzydzeniem, hrabia oddali? siË z
godno?ciNo...
Inna wlaz?a z nogami na przednie siedzenie i wy?yma?a wodË z
warkoczykÕw. Wiktor wcisnNo? siË do ty?u, pochrzNokujNoc ze wstydu, a kiedy
Golem ruszy?, powiedzia?:
- Wypowiedziawszy te s?owa, hrabia oddali? siË... WsuÓ tutaj nogi,
Irma, to ci je rozetrË.
- Po co? - z ciekawo?ciNo zapyta?a Irma.
- Chcesz z?apaÖ zapalenie p?uc? Daj tu nogi!
- Bardzo proszË - odrzek?a Irma, zwinË?a siË na siedzeniu i przesunË?a
do ty?u jednNo nogË.
Ju? z gÕry zadowolony z siebie, ?e oto nareszcie zrobi co? po?ytecznego
i w?a?ciwego, Wiktor ujNo? obiema rËkami tË chudNo, dziewczyÓskNo nogË -
mokrNo i wzruszajNocNo, ju? przymierzy? siË, ?eby jNo rozcieraÖ - do
czerwono?ci, do purpury, dobrymi ojcowskimi d?oÓmi, tË brudnNo,
zlodowacia?No nogË, odwieczne ñrÕd?o katarÕw, gryp, stanÕw zapalnych drÕg
oddechowych i obustronnych zapaleÓ p?uc - kiedy stwierdzi?, ?e jego d?onie
sNo ch?odniejsze ni? jej stopy. Si?No inercji wykona? jeszcze kilka ruchÕw
masujNocych, a nastËpnie ostro?nie tË stopË wypu?ci?. Przecie? wiedzia?em,
pomy?la? nagle, przecie? wiedzia?em o tym jeszcze wtedy, kiedy sta?em przed
nimi, wiedzia?em, ?e tu siË kryje jaki? podstËp, ?e dzieciom nic nie grozi,
?adne katary i zapalenia, tylko nie chcia?em w to uwierzyÖ, ale chcia?em
ratowaÖ, wyrywaÖ ze szponÕw, p?onNoÖ sprawiedliwym gniewem, spe?niaÖ
obowiNozek i znowu napu?cili mnie na wodË, i znowu wyszed?em na idiotË,
drugi raz tego samego dnia...
- Zabieraj swojNo nogË - rzek? do Irmy. Irma zabra?a nogË i zapyta?a:
- DokNod jedziemy - do sanatorium?
- Tak - powiedzia? Wiktor i spojrza? na Golema czy ten aby nie zauwa?y?
jego haÓby. Ale Golem z niewzruszonym spokojem patrzy? na drogË, ciË?ki,
rozlany, siedzia? spokojnie przy kierownicy siwy, niechlujny, przygarbiony i
wszystkowiedzNocy.
- A po co? - zapyta?a Irma.
- Przebierzesz siË w suche ubranie i po?o?ysz do ?Õ?ka.
- Jeszcze czego! - powiedzia?a Irma. - Co? ty wymy?li??
- Dobra, dobra... - wymamrota? Wiktor. - Dam ci ksiNo?ki i bËdziesz
sobie czytaÖ.
Rzeczywi?cie, po jakiego diabla wiozË jNo tam? - pomy?la?. Diana... No,
to siË jeszcze zobaczy. ?adnego picia i w ogÕle nic z tych rzeczy, ale jak
ja jNo odwiozË z powrotem? E tam, wezmË jakikolwiek samochÕd i odwiozË...
Dobrze by by?o co? sobie ?yknNoÖ
- Golem... - zaczNo?, ale siË opamiËta?. Nie wypada, do diabla.
- Tak? - zapyta? Golem nie odwracajNoc siË.
- Nie, nic - westchnNo? Wiktor, wpatrzony w szyjkË butelki sterczNocej
z kieszeni Golema. - Irma - powiedzia? znu?onym g?osem. - Co robili?cie na
tych rozstajach?
- My?leli?my mg?Ë - odpowiedzia?a Irma.
- Co?
- My?leli?my mg?Ë - powtÕrzy?a Irma.
- O mgle - poprawi? Wiktor - albo na temat mg?y.
- A to po co - o mgle? - zapyta?a Irma.
- My?leÖ - to czasownik nieprzechodni - obja?ni? Wiktor - a wiËc wymaga
przyimka. Czy przerabiali?cie czasowniki przechodnie?
- Zale?y, jak na to popatrzeÖ - odpar?a Irma. - My?leÖ mg?Ë - to jedno,
a my?leÖ o mgle - to zupe?nie co? innego... i nie wiadomo komu to potrzebne
- my?leÖ o mgle.
Wiktor wyjNo? papierosa i zapali?.
- Poczekaj - powiedzia?. - My?leÖ mg?Ë - tak siË nie mÕwi, to
niegramatycznie. SNo takie czasowniki - nieprzechodnie, my?leÖ, biegaÖ,
chodziÖ... Zawsze wymagajNo przyimka. ChodziÖ po ulicy. My?leÖ o... no o
czym? tam...
- My?leÖ g?upstwa - podpowiedzia? Golem.
- No, to jest wyjNotek - stwierdzi? Wiktor nieco stropiony.
- Szybko chodziÖ - powiedzia? Golem.
- Szybko - to nie jest rzeczownik - zapalczywie oznajmi? Wiktor. -
Niech pan nie mNoci dziecku w g?owie, Golem.
- Tato, czy mo?esz nie paliÖ? - zainteresowa?a siË Irma.
Zdaje siË, ?e Golem wyda? z siebie jaki? dñwiËk, a byÖ mo?e to silnik
kichnNo? wspinajNoc siË pod gÕrË. Wiktor zgniÕt? papierosa i rozdepta? go
obcasem. Podje?d?ali do sanatorium, a z boku od stepu na spotkanie deszczu
sunË?a nieprzejrzysta bia?a ?ciana.
- No i masz mg?Ë - rzek? Wiktor. - Mo?esz jNo my?leÖ. A tak?e wNochaÖ,
biegaÖ i chodziÖ. Irma chcia?a co? powiedzieÖ, ale wtrNoci? siË Golem.
- Nawiasem mÕwiNoc - stwierdzi? - czasownik "my?leÖ" wystËpuje jako
przechodni tak?e w zdaniach podrzËdnie z?o?onych. Na przyk?ad - my?lË, ?e...
i tak dalej.
- To zupe?nie inna sprawa - nie zgodzi? siË Wiktor. Obrzyd?o mu. Mia?
okropnNo ochotË wypiÖ i zapaliÖ. Zach?annie popatrzy? na szyjkË butelki.
- Nie jest ci zimno, Irma? - zapyta? z niejasnNo nadziejNo.
- Nie. A tobie?
- TrochË mnie trzËsie - przyzna? siË Wiktor.
- Trzeba wypiÖ d?inu - zauwa?y? Golem.
- Tak, by?oby nieñle... A mo?e pan ma?
- Mam - powiedzia? Golem. - Ale ju? prawie jeste?my na miejscu.
Jeep wjecha? w bramË i zaczË?o siË to, o czym Wiktor jako? nie
pomy?la?. Pierwsze smugi mg?y dopiero zaczË?y przesNoczaÖ siË przez kratË
ogrodzenia i widoczno?Ö by?a znakomita. Na drodze przed samochodem le?a?a
postaÖ w przemokniËtej pi?amie, le?a?a z takNo minNo jakby spoczywa?a tu ju?
od wielu dni i nocy. Goleni ostro?nie objecha? cia?o, minNo? gipsowNo wazË
ozdobionNo nieskomplikowanymi rysunkami i odpowiednimi napisami i
przy?Noczy? siË do stada samochodÕw st?oczonych przed wej?ciem do prawego
skrzyd?a. Irma otworzy?a drzwi i natychmiast jaka? zapita morda wychyli?a
siË z okna najbli?szego samochodu i wybecza?a: "Dziecino, chcesz, to ci siË
oddam?" Wiktor wysiad? zamierajNoc. Irma z ciekawo?ciNo rozglNoda?a siË
dooko?a. Wiktor mocno ujNo? jNo za rËkË i poprowadzi? do wej?cia. Na
schodkach, pod deszczem siedzia?y dwie dziwki w bieliñnie i ulicznymi
g?osami ?piewa?y o okrutnym aptekarzu, co to nie chce im sprzedaÖ heroiny.
Na widok Wiktora umilk?y, ale kiedy przechodzi? obok, jedna z nich
sprÕbowa?a z?apaÖ go za spodnie. Wiktor wepchnNo? IrmË do holu. By?o tu
ciemno, okna zas?oniËte, ?mierdzia?o dymem tytoniowym i jakim? kwaskiem,
trzeszcza? projektor i na bia?ej ?cianie podskakiwa?y pornograficze obrazki.
Wiktor z zaci?niËtymi zËbami depta? po cudzych nogach ciNognNoc za sobNo
potykajNocNo siË IrmË, a za nimi bieg?y gniewne, niecenzuralne okrzyki.
Pokonali wreszcie hol i Wiktor, przeskakujNoc po trzy stopnie, pobieg? po
pokrytych dywanem schodach. Irma milcza?a i Wiktor ba? siË na niNo spojrzeÖ.
"
Na pode?cie czeka? ju? na niego z otwartymi objËciami Roscheper Nant.
"Wiktor! - zachrypia? - Przy - yyjacielu! - w tym momencie zauwa?y? IrmË i
wpad? w entuzjazm. - Wiktor! I ty te?! Na ma?oletnie ma?olatki!" Wiktor
przymknNo? oczy, mocno nadepnNo? mu na nogË i pchnNo? w pier? - Roscheper
upad? na plecy przewracajNoc kosz na ?mieci. Zlany potem Wiktor pomaszerowa?
korytarzem. Irma bezszelestnymi susami sadzi?a obok. PchnNo? drzwi Diany -
by?y zamkniËte, klucza nie by?o. Za?omota? w?ciekle, i Diana natychmiast siË
odezwa?a: "Wyno? siË do wszystkich diab?Õw! - wrzasnË?a z furiNo. -
?mierdzNocy impotent! GÕwniarz, ?ajno zasrane!" "Diana - zarycza? Wiktor. -
Otwieraj!" Diana zamilk?a i drzwi siË otwar?y. Sta?a na progu z importowanym
parasolem w pogotowiu. Wiktor odsunNo? jNo, wepchnNo? IrmË do pokoju i
zatrzasnNo? za sobNo drzwi.
- A, to ty - powiedzia?a Diana. - A ja my?la?am, ?e znowu Roscheper. -
CzuÖ by?o od niej alkoholem. - Bo?e - powiedzia?a. - Kogo? ty przyprowadzi??
- To jest moja cÕrka - z trudem odpar? Wiktor. - Irma. Irmo, to jest
Diana.
Patrzy? Dianie w oczy z rozpaczNo i nadziejNo. DziËki Bogu, zdaje siË,
?e nie by?a pijana. Albo z miejsca wytrzeñwia?a.
- Ty chyba oszala?e? - rzek?a cicho.
- Irma przemok?a - wydusi? z siebie. - Przebierz jNo w suche rzeczy,
po?Õ? do ?Õ?ka i w ogÕle...
- Nie po?o?Ë siË - oznajmi?a Irma.
- Irma - powiedzia? Wiktor. - BNodñ ?askawa s?uchaÖ, bo inaczej zaraz
kogo? spiorË...
- NiektÕrych z tu obecnych rzeczywi?cie nale?a?oby spraÖ - stwierdzi?a
Diana beznadziejnym g?osem.
- Diano - rzek? Wiktor. - ProszË ciË.
- Dobra - powiedzia?a Diana. - Idñ do siebie. Damy sobie radË.
Wiktor wyszed? z ogromnNo ulgNo. Poszed? prosto do swojego pokoju, ale
i tam nie by?o spokoju. Na poczNotek musia? wyrzuciÖ na korytarz absolutnie
nieznanNo parË, ktÕra siË tam zagnieñdzi?a oraz u?winionNo bieliznË
po?cielowNo. Potem zamknNo? drzwi, zwali? siË na go?y materac, zapali?
wilgotnego papierosa i zaczNo? siË zastanawiaÖ, co te? w?a?ciwie
narozrabia?.
*
Wiktor obudzi? siË pÕñno, by?a pora obiadu. TrochË bola?a g?owa, ale
nastrÕj okaza? siË nieoczekiwanie dobry.
Wieczorem, wypaliwszy paczkË papierosÕw, zszed? na dÕ?, damskNo
szpilkNo do w?osÕw otworzy? czyj? samochÕd, wyprowadzi? IrmË s?u?bowym
wyj?ciem i odwiÕz? jNo do matki. PoczNotkowo jechali w milczeniu. Wiktora a?
skrËca?o, tak paskudnie siË czu?, Irma za? siedzia?a obok, czy?ciutka,
schludna, uczesana wed?ug najnowszej mody - ?adnych tam warkoczykÕw - i
zdaje siË mia?a nawet podmalowane wargi. Mia? ogromnNo ochotË na nawiNozanie
rozmowy, ale musia?by zaczynaÖ od przyznania siË do niebotycznej g?upoty, a
to wyda?o mu siË niepedagogiczne. SkoÓczy?o siË na tym, ?e Irma nagle, ni z
tego ni z owego, pozwoli?a mu zapaliÖ (pod warunkiem, ?e wszystkie okna
bËdNo otwarte) i zaczË?a opowiadaÖ, jakie to wszystko by?o dla niej ciekawe,
jakie to podobne do tego, o czym poprzednio czyta?a, ale w co nie bardzo
wierzy?a, jak to znakomicie z jego strony, ?e zorganizowa? jej takNo
nieoczekiwanNo i w najwy?szym stopniu pouczajNocNo przygodË, ?e w ogÕle jako
ojciec jest ca?kiem do przyjËcia, nie zanudza i nie gada g?upstw, ?e Diana
jest "prawie nasza", wszystkich nienawidzi, szkoda tylko, ?e tak niewiele
wie i za bardzo lubi wypiÖ, ale to akurat w koÓcu nie jest takie straszne,
ty te? lubisz wypiÖ, a wszystkim siË spodoba?e?, dlatego, ?e mÕwi?e?
uczciwie, nie udawa?e? jakiego? tam stra?nika elitarnej wiedzy i ca?kiem
s?usznie, poniewa? nie jeste? ?adnym stra?nikiem, i nawet Bol-Kunac
powiedzia?, ?e w ca?ym mie?cie jeste? jedynym cz?owiekiem warto?ciowym,
je?li oczywi?cie nie liczyÖ doktora Golema, ale Golem w?a?ciwie nie ma z
miastem nic wspÕlnego, a poza tym nie jest pisarzem, nie wyra?a ideologii, a
jak ty uwa?asz, czy ideologia jest w ogÕle potrzebna, czy lepiej bez niej,
wielu teraz uwa?a, ?e nadchodzi koniec wieku ideologii...
W rezultacie odby?a siË znakomita rozmowa, obie strony by?y pe?ne
szacunku jedna dla drugiej i po powrocie do hotelu (samochÕd postawi? na
jakim? zagraconym podwÕrzu), Wiktor uwa?a? ju?, ?e ojcostwo nie jest tak
bardzo niewdziËcznym zajËciem, szczegÕlnie je?li zna siË ?ycie i umie siË
wykorzystaÖ w celach wychowawczych nawet jego ciemne strony. W zwiNozku z
tym wypi? z Teddym, ktÕry tak?e by? ojcem i tak?e interesowa? siË problemami
wychowania, poniewa? jego pierworodny mia? I4 lat - trudny wiek przej?ciowy,
twoja jeszcze da ci do wiwatu... to znaczy wnuk Teddyego mia? I4 lat, a
wychowaniem syna nie mÕg? siË zajmowaÖ dlatego, ?e syn spËdzi? dzieciÓstwo w
obozie koncentracyjnym. Nie wolno biÖ dzieci, twierdzi? Teddy. I bez ciebie
przez ca?e ?ycie bËdzie je biÖ ka?dy, kto ma rËce i nogi, a je?li masz chËÖ
uderzyÖ dzieciaka, lepiej daj po mordzie samemu sobie, ze znacznie wiËkszym
po?ytkiem dla sprawy.
Po ktÕrym? z rzËdu kieliszku Wiktor przypomnia? sobie, ?e Irma ani
s?owem nie wspomnia?a o jego okropnym zachowaniu na rozstajnych drogach i
doszed? do wniosku, ?e jego cÕrka jest przebieg?ym stworzeniem i w ogÕle
uciekaÖ siË za ka?dym razem do pomocy kochanki, kiedy nie wiadomo jak
wykaraskaÖ siË z trudnej sytuacji, w ktÕrNo sam siË uwik?a?e? - to co
najmniej nieuczciwe. Te wnioski zmartwi?y go, ale w?a?nie przyszed? doktor
R. Kwadryga i zamÕwi? swojNo codziennNo butelkË rumu, wiËc wypili tË
butelkË, na skutek czego Wiktor znowu zobaczy? wszystko w rÕ?owych barwach,
poniewa? sta?o siË jasne, ?e Irma po prostu nie chcia?a go martwiÖ, co
oznacza, ?e szanuje ojca, a byÖ mo?e nawet go kocha. .. Potem przyszed?
jeszcze kto?, i co? zamÕwi?. Potem prawdopodobnie Wiktor poszed? spaÖ...
Prawdopodobnie... Nale?y przypuszczaÖ, ?e spaÖ... Co prawda zachowa?o siË
jeszcze jedno wspomnienie - kafelki na pod?odze zalane wodNo, ale co to by?a
za pod?oga i co to by?a za woda, nie sposÕb by?o odtworzyÖ... I lepiej nie
odtwarzaÖ...
Doprowadziwszy siË do porzNodku Wiktor zszed? na dÕ?, zabra? z recepcji
?wie?e gazety i porozmawia? o przeklËtej pogodzie.
- Jak ja wczoraj? - zapyta? niedbale. - Nie za bardzo?
- W?a?ciwie nie za bardzo - powiedzia? uprzejmie recepcjonista. -
Rachunek da panu Teddy.
- Aha - powiedzia? Wiktor i postanowiwszy chwilowo niczego nie
precyzowaÖ, poszed? do restauracji. Wyda?o mu siË, ?e lamp na sali jest
jakby mniej. - O, do diab?a - pomy?la? ze strachem. Teddyego jeszcze nie
by?o. Wiktor sk?oni? siË m?odemu cz?owiekowi w okularach i jego
towarzyszowi, usiad? przy swoim stoliku i roz?o?y? gazetË. Na ?wiecie nic
siË nie zmieni?o. Jedno paÓstwo zatrzymywa?o handlowe statki drugiego i to
drugie paÓstwo wysy?a?o kategoryczne protesty. PaÓstwa, ktÕre podoba?y siË
panu prezydentowi, prowadzi?y sprawiedliwe wojny w obronie swoich narodÕw i
demokracji. PaÓstwa, ktÕre z jakiego? powodu nie podoba?y siË panu
prezydentowi, prowadzi?y wojny zaborcze, a w?a?ciwie nie prowadzi?y wojen,
tylko po prostu po bandycku napada?y. Sam pan prezydent wyg?osi? dwugodzinne
przemÕwienie o konieczno?ci skoÓczenia z korupcjNo raz na zawsze i
szczË?liwie przeszed? operacjË usuniËcia migda?Õw. Znajomy krytyk -
wyjNotkowe ?cierwo - wychwala? nowNo powie?Ö Roc-Tusowa i by?o to nader
tajemnicze, poniewa? ksiNo?ka by?a naprawdË dobra.
Podszed? kelner, jaki? nowy, nieznajomy, po przyjacielsku doradzi?
ostrygi, przyjNo? zamÕwienie, pomacha? serwetkNo nad obrusem i oddali? siË.
Wiktor od?o?y? gazety, zapali?, usiad? wygodniej i zaczNo? my?leÖ o pracy.
Po dobrym pijaÓstwie zawsze z ochotNo rozmy?la? o pracy. Dobrze by?oby
napisaÖ optymistycznNo, weso?No ksiNo?kË... O tym, jak ?yje sobie na ?wiecie
cz?owiek, kocha swojNo pracË, nieg?upi, lubi przyjaciÕ?, a przyjaciele go
ceniNo, o tym jak mu z tym dobrze - sympatyczny ch?opak, dowcipny, trochË
dziwak. Nie ma fabu?y. A je?li nie ma fabu?y, to znaczy, ?e nudne. A w
ogÕle, je?li ju? usiNo?Ö do takiej powie?ci, to trzeba siË zastanowiÖ,
dlaczego temu mi?emu cz?owiekowi jest tak dobrze, a wtedy niewNotpliwie
dojdzie siË do wniosku, ?e dobrze jest mu wy?Nocznie dlatego, ?e ma
ukochanNo pracË, a wszystko inne mu po prostu zwisa. A w takim razie co to
za cz?owiek, je?li wszystko ma gdzie? oprÕcz swojej pracy. Mo?na oczywi?cie
napisaÖ o cz?owieku, ktÕrego sensem ?ycia jest mi?o?Ö bliñniego i jest mu
dobrze na ?wiecie, poniewa? kocha swoich bliñnich i kocha swojNo pracË, ale
o takim cz?owieku parË tysiËcy lat temu napisali ju? panowie ?ukasz,
Mateusz, Jan i jeszcze jaki? - w sumie by?o ich czterech. Tak w ogÕle, to
by?o ich znacznie wiËcej, ale tylko ci czterej pisali odpowiednio, a
pozostali byli pozbawieni rÕ?nych rzeczy, jeden ?wiadomo?ci narodowej, drugi
prawa korespondencji... a cz?owiek, o ktÕrym pisali, niestety by? szalony...
W?a?ciwie by?oby zajmujNoce opisaÖ, jak Chrystus przychodzi na ZiemiË
dzisiaj, nie tak, jak o tym pisa? Dostojewski, ale tak jak pisa? ten ?ukasz
z kumplami... Chrystus przychodzi do sztabu generalnego i proponuje:
kochajcie swoich bliñnich. A w sztabie, rzecz jasna, siedzi jaki?
antysemita...
- Pan pozwoli, panie Baniew? - zahucza? nad nim sympatyczny, mËski
g?os.
By? to pan burmistrz we w?asnej osobie. Nie tamten apoplektycznie
purpurowy, kwiczNocy z niezdrowego podniecenia wieprz na ogromnym ?o?u
Roschepera, lecz elegancko zaokrNoglony, idealnie wygolony, ubrany bez
zarzutu imponujNocy mË?czyzna ze skromnNo wstNo?eczkNo w klapie i z
emblematem Legiii na lewym ramieniu.
- ProszË - powiedzia? Wiktor bez cienia rado?ci.
Pan burmistrz usiad?, rozejrza? siË i po?o?y? d?onie na stole.
- Postaram siË nie dokuczaÖ panu zbyt d?ugo swojNo obecno?ciNo -
oznajmi? - i sprÕbujË nie przeszkodziÖ w paÓskiej biesiadzie, jednak?e
problem, z ktÕrym zamierzam siË do pana zwrÕciÖ, dojrza? ju? ostatecznie,
aby?my wszyscy, wielcy i mali, ci ktÕrym drogi jest honor i dobrobyt naszego
miasta byli gotowi od?o?yÖ w?asne sprawy, aby go jak najszybciej i
najefektywniej rozwiNozaÖ.
- S?ucham pana - rzek? Wiktor.
- Spotykamy siË tu panie Baniew, raczej nieoficjalnie, poniewa? zdajNoc
sobie sprawË z tego, ?e jest pan nadzwyczaj zajËty, nie chcia?em niepokoiÖ
pana w czasie pracy, szczegÕlnie biorNoc pod uwagË jej specyfikË. Jednak?e
zwracajNoc siË obecnie do pana jako osobisto?Ö oficjalna - i w swoim w?asnym
imieniu i w imieniu ca?ego magistratu...
Kelner przyniÕs? butelkË bia?ego wina i ostrygi. Burmistrz zatrzyma? go
wzniesionym palcem.
- Przyjacielu - powiedzia?. - PÕl porcji kitchigaÓskiej i kieliszek
miËtÕwki. Jesiotr bez sosu... A wiËc pozwolË sobie kontynuowaÖ - oznajmi?,
ponownie zwracajNoc siË do Wiktora. - Obawiam siË co prawda, ?e naszNo
rozmowË trudno bËdzie uznaÖ za pogawËdkË przy stole, poniewa? mowa bËdzie o
sprawach i okoliczno?ciach nie tylko smutnych, ale, powiedzia?bym,
nieapetycznych. Zamierza?em porozmawiaÖ z panem o tak zwanych mokrzakach, o
tym z?o?liwym nowotworze, ktÕry ju? nie pierwszy rok z?era nasz nieszczËsny
region.
- Tak, tak - przytaknNo? Wiktor. Zaczyna?o go to interesowaÖ.
Burmistrz niezbyt g?o?no wyg?osi? dobrze przemy?lane i nieskazitelne
stylistycznie przemÕwienie. Opowiedzia?, jak dwadzie?cia lat temu, od razu
po okupacji, w KoÓskim WNowozie zbudowano leprozorium, obÕz - kwarantannË
dla osÕb cierpiNocych na tak zwany ?Õ?ty trNod czyli chorobË okularniczNo.
ZresztNo prawdË mÕwiNoc choroba ta, jak dobrze wiadomo panu Baniewowi,
pojawi?a siË w naszym kraju jeszcze w niepamiËtnych czasach, przy czym, jak
dowodzNo specjalnie przeprowadzone badania, szczegÕlnie czËsto atakowa?a ona
nie wiedzieÖ czemu mieszkaÓcÕw w?a?nie naszego regionu. Jednak?e wy?Nocznie
dziËki wysi?kom pana prezydenta, chorobie tej po?wiËcono niezmiernie wiele
uwagi i tylko na skutek jego osobistego zalecenia pozbawieni opieki
lekarskiej, rozproszeni po ca?ym kraju i czËstokroÖ niesprawiedliwie
prze?ladowani przez zacofane grupy ludno?ci, za? przez okupantÕw fizycznie
likwidowani, nieszczË?nicy ci zostali wreszcie przewiezieni w jedno miejsce,
gdzie stworzono im warunki zno?nej egzystencji, odpowiedniej do ich
sytuacji. Wszystko to nie budzi ?adnego sprzeciwu, przedsiËwziËte ?rodki
mo?na jedynie pochwalaÖ, jednak?e, jak to u nas czasami siË zdarza,
najlepsze i najszlachetniejsze inicjatywy zwracajNo siË przeciwko nam. Nie
bËdziemy w tej chwili szukaÖ winnych. Nie bËdziemy prowadziÖ ?ledztwa w
sprawie dzia?alno?ci niejakiego doktora Golema, dzia?alno?ci byÖ mo?e
ofiarnej, ale jednak brzemiennej, jak siË teraz okaza?o, w nadzwyczaj
nieprzyjemne skutki. Nie bËdziemy tak?e zajmowaÖ siË przedwczesnym
krytykanctwem, chocia? stanowisko niektÕrych wystarczajNoco wysokich
instancji uporczywie ignorujNocych nasze protesty nam osobi?cie wydaje siË
do?Ö zagadkowe. Przejdñmy do faktÕw... - Burmistrz wypi? miËtÕwkË, ze
smakiem zakNosi? jesiotrem i jego g?os sta? siË jeszcze bardziej aksamitny,
nie sposÕb by?o wyobraziÖ sobie, ?e ten cz?owiek zastawia potrzaski na
ludzi. Wielos?ownie wyrazi? pragnienie nieprzeciNo?ania uwagi pana Baniewa
krNo?Nocymi po mie?cie plotkami, ktÕre to plotki, jak musi wyznaÖ wprost,
sNo rezultatem niedostatecznie precyzyjnego i jednoznacznego wykonywania
zaleceÓ pana prezydenta przez wszystkie szczeble administracyjne, mamy na
my?li nadzwyczaj rozpowszechniony poglNod o fatalnej roli tak zwanych
mokrzakÕw, obciNo?anie ich odpowiedzialno?ciNo za gwa?townNo zmianË klimatu,
zwiËkszenie liczby poronieÓ i procentu bezp?odnych ma??eÓstw, za gwa?towny
exodus niektÕrych zwierzNot domowych, za inwazjË szczegÕlnego rodzaju
pluskwy domowej a konkretnie - pluskwy skrzydlatej...
- Panie burmistrzu - powiedzia? z westchnieniem Wiktor. - MuszË panu
wyznaÖ, ?e jest mi niezmiernie trudno ?ledziÖ paÓskie d?ugie okresy. Mo?e
porozmawiajmy wprost, jak dobrzy synowie jednego narodu. Mo?e nie bËdziemy
mÕwiÖ, o czym nie bËdziemy mÕwiÖ, a bËdziemy - o czym bËdziemy.
Burmistrz obrzuci? go szybkim spojrzeniem, co? sobie obliczy?, co?
pokojarzy?, diabli go tam wiedzNo, co tam skojarzy?, ale zapewne wszystko co
trzeba - i to, ?e Wiktor pi? z Roscheperem i to, ?e w ogÕle pi?, ha?a?liwie
z cyrkiem i fajerwerkiem, na ca?y kraj, i to, ?e Irma jest wunderkindem, i
to, ?e jest na ?wiecie niejaka Diana i jeszcze zapewne niema?o innych rzeczy
- tak, ?e blichtr pana burmistrza po prostu w oczach mocno przyblak? i pan
burmistrz krzyknNo?, ?eby mu przynie?li kieliszek koniaku. Wiktor te?
poprosi? o koniak. Burmistrz zarechota?, obejrza? pustNo ju? salË, leciutko
uderzy? piË?ciNo w stÕ? i oznajmi?.
- Rzeczywi?cie, co ja tu bËdË krËci?. ?ycie w mie?cie sta?o siË
niemo?liwe - mo?e pan za to podziËkowaÖ paÓskiemu Golemowi - nawiasem
mÕwiNoc, czy pan wie, ?e Golem to tajny komunista? Tak, tak, zapewniam pana,
sNo na niego materia?y... ten paÓski Golem wisi na w?osku... A wiËc,
powiadam - na naszych oczach demoralizujNo nasze dzieci. Te ?cierwa
przenik?y do szkÕ? i doszczËtnie zdemoralizowa?y nam dzieci... wyborcy sNo
niezadowoleni, niektÕrzy wyje?d?ajNo z miasta, zaczyna siË ferment, tylko
patrzeÖ, jak rozpocznNo siË samosNody, oto jak wyglNoda sytuacja. - Osuszy?
kieliszek. - MuszË siË panu przyznaÖ, ?e ja ich nienawidzË, zabija?bym jak
szczury, tylko nie chcË sobie brudziÖ rNok. Nie uwierzy pan, panie Baniew,
doszed?em do tego, ?e zastawiam na nich potrzaski... No dobrze,
zdemoralizowali dzieci, mÕwi siË trudno. Dzieci to dzieci, mo?na je
demoralizowaÖ dzieÓ i noc, a im wszystkiego ma?o. Ale niech pan siË postawi
w mojej sytuacji. Te deszcze, to jednak ich robota, chocia? nie wiem, jak
oni to robiNo. Zbudowali?my sanatorium, lecznicze wody, cudowny klimat,
spali?my na pieniNodzach. Przyje?d?ali do nas ze stolicy, a jak siË to
wszystko skoÓczy?o? Deszcze, mg?y, kuracjusze zakatarzeni, im dalej, tym
gorzej, przyjecha? tu znany fizyka.. zapomnia?em nazwiska, zresztNo pan na
pewno go zna... pomieszka? dwa tygodnie i gotowe - choroba okularnicza,
marsz do leprozorium. ?wietna reklama dla sanatorium! Potem jeszcze jeden
przypadek i jeszcze, no i koniec - kuracjuszy ani na lekarstwo. Restauracja
za chwilË zbankrutuje, sanatorium ledwie dyszy - Bogu dziËki znalaz? siË
trener kretyn, trenuje specjalnNo dru?ynË do gry w kraj ach o deszczowym
klimacie... No i pan Roscheper oczywi?cie pomaga nam w jakim? stopniu... Pan
mnie rozumie? PrÕbowa?em dogadaÖ siË z tym Golemem - jak groch o ?cianË -
czerwony, to zawsze czerwony. Pisa?em na gÕrË - ?adnych rezultatÕw. Pisa?em
wy?ej - to samo. Jeszcze wy?ej - odpowiadajNo, ?e przyjËli do wiadomo?ci i
skierowali sprawË do rozpatrzenia we w?a?ciwych instancjach na dole...
NienawidzË ich, ale siË przemog?em i sam pojecha?em do leprozorium.
Wpu?cili. Prosi?em, udowadnia?em... Co za wstrËtne typy! MrugajNo swoimi
wylinia?ymi ?lepiami jak na jakiego? wrÕbla, jakbym by? powietrzem... -
pochyli? siË do Wiktora i wyszepta?. - BojË siË buntu, krew siË poleje. Pan
mnie rozumie?
- Owszem - powiedzia? Wiktor. - Ale co ja mam z tym wspÕlnego?
Burmistrz rozpar? siË w fotelu, wyjNo? cygaro z aluminiowego futera?u,
zapali?.
- W mojej sytuacji - oznajmi? - zostaje tylko jedno - uruchomiÖ
wszystkie dñwignie. Potrzebna jest jawno?Ö. Magistrat uchwali? petycjË do
departamentu ochrony zdrowia, podpisze jNo pan Roscheper, mam nadziejË pan
rÕwnie?, ale to jeszcze niewiele daje. Potrzebna jest jawno?Ö! Potrzebny
jest dobry artyku? w sto?ecznej gazecie podpisany g?o?nym nazwiskiem.
PaÓskim nazwiskiem, panie Baniew. A problem jest palNocy, wymarzony dla
takiego trybuna jak pan. Bardzo pana proszË. I w swoim w?asnym imieniu i w
imieniu magistratu, i w imieniu nieszczË?liwych rodzicÕw... Trzeba zrobiÖ
wszystko co w naszej mocy, ?eby leprozorium zabrali stNod do wszystkich
diab?Õw! DokNodkolwiek, ale ?eby z mokrzakÕw nie zosta?o tu ani ?ladu,
?eby?my mogli zapomnieÖ o tej zarazie. Oto, co chcia?em panu powiedzieÖ.
- Tak... rozumiem - wolno odpar? Wiktor. - Bardzo dobrze pana rozumiem.
Ty bydlaku, my?la?, ty gruba ?winio, naprawdË mogË ciË zrozumieÖ. Ale
co siË sta?o z mokrzakami? Byli cisi, przygarbieni, chodzili boczkiem,
niczego takiego siË o nich nie s?ysza?o, tylko niektÕrzy mÕwili, ?e podobno
mokrzaki ?mierdzNo, ?e podobno sNo zarañliwi, podobno robiNo niezwyk?e
zabawki i w ogÕle rÕ?ne rzeczy z drzewa... matka Fryda mÕwi?a, o ile
pamiËtam, ?e umiejNo rzucaÖ uroki, i przez nich mleko kwa?nieje, ?e mogNo
?ciNognNoÖ na nas wojnË, mÕr i g?Õd... A teraz siedzNo za drutem kolczastym,
i co te? oni robiNo tam u siebie? Oj, robiNo, robiNo i to du?o. PogodË
robiNo, i dzieci zwabiajNo do siebie (po co?), koty przepËdzili (te?
dlaczego?), pluskwy zmusili do latania...
- Pewnie pan sNodzi, ?e my tutaj siedzimy z za?o?onymi rËkami -
powiedzia? burmistrz. - W ?adnym wypadku. Ale co my mo?emy? PrzygotowujË
proces przeciwko Golemowi. Pan inspektor sanitarny Pawor Summan zgodzi? siË
zostaÖ konsultantem. Po?o?ymy nacisk na infekcyjno?Ö choroby - w tej sprawie
nie zosta?o jeszcze powiedziane ostatnie s?owo, a Golem jako tajny komunista
oczywi?cie ten fakt wykorzystuje. To jedno. NastËpnie prÕbujemy odpowiedzieÖ
terrorem na terror. Miejscowa Legia, nasza duma, ch?opcy jak z?oto jeden w
drugiego, no, po prostu or?y... ale to jako? nie to. Przecie? nie
otrzymujemy ?adnych instrukcji z gÕry... Policja znajduje siË w fa?szywej
sytuacji... i w ogÕle... A wiËc przeciwdzia?amy jak tylko mo?emy.
Zatrzymujemy ?adunki, ktÕre do nich idNo... prywatne, oczywi?cie, nie
?ywno?Ö i nie po?ciel rzecz jasna, ale rozmaite ksiNo?ki, oni zamawiajNo
bardzo du?o ksiNo?ek... Dzisiaj na przyk?ad zatrzymali?my ciË?arÕwkË, i od
razu jako? l?ej na duszy. Ale to wszystko drobiazgi, ?eby siË pocieszyÖ, a
nale?a?oby radykalnie...
- Tak - powiedzia? Wiktor. - WiËc or?y jeden w drugiego. Jak mu tam...
Flamenda? Ten, no bratanek...
- Famenco Juventa - oznajmi? burmistrz. - MÕj zastËpca do spraw Legii,
orze?! Pan go ju? pozna??
- TrochË pozna?em - rzek? Wiktor. - Ale po co zatrzymujecie ksiNo?ki?
- Jak to po co? To oczywi?cie g?upota, ale cz?owiek jest tylko
cz?owiekiem i w ktÕrym? momencie nie wytrzymuje. A poza tym... - burmistrz
u?miechnNo? siË wstydliwie. - ?mieszne, naturalnie, ale chodzNo plotki, ?e
oni bez ksiNo?ek nie mogNo... jak normalni ludzie bez jedzenia i tak
dalej...
Zapad?a cisza. Wiktor bez apetytu d?uba? widelcem w befsztyku i
rozmy?la?. Ma?o wiem o mokrzakach, a to co wiem, nie budzi we mnie sympatii.
ByÖ mo?e chodzi o to, ?e niezbyt lubi?em ich w dzieciÓstwie. Ale za to
burmistrza i jego bandË znam dobrze - sad?o i ?mietanka narodu, sfora
prezydenta, czarna sotnia... Nie, je?li wy jeste?cie przeciwko mokrzakom, to
znaczy, ?e w mokrzakach co? jednak jest... Z drugiej strony mogË napisaÖ
artyku?, choÖby nie wiem jak rozpasany, to i tak nikt nie zaryzykuje jego
druku, a burmistrz bËdzie zadowolony, mia?bym przynajmniej z tego jakNo?
korzy?Ö, ?y?bym sobie tutaj ?piewajNoco... Jaki prawdziwy pisarz mo?e siË
pochwaliÖ, ?e ?yje jak pNoczek w ma?le? MÕg?bym siË tu urzNodziÖ, dostaÖ
synekurË, zostaÖ na przyk?ad jakim? inspektorem magistrackim do spraw
miejskich pla? i pisaÖ sobie na zdrowie... o tym jak wspaniale ?yje siË
cz?owiekowi poch?oniËtemu ukochanNo pracNo... i wyg?aszaÖ na ten temat
odczyty dla wunderkindÕw... E tam, wszystka polega na tym, ?eby kiedy ci
plujNo w pysk, udawaÖ, ?e to deszcz i spokojnie siË wytrzeÖ. Na poczNotku ze
wstydem, potem ze zdziwieniem, a wreszcie, zanim siË cz?owiek obejrzy,
zacznie siË wycieraÖ z godno?ciNo i nawet bËdzie mia? z tego satysfakcjË.
- My, rzecz jasna, w ?adnym razie nie nak?aniamy pana do po?piechu -
powiedzia? burmistrz. - Jest pan cz?owiekiem zapracowanym i tak dalej.
Powiedzmy w granicach tygodnia, co? Wszystkie materia?y otrzyma pan od nas,
mo?emy nawet dostarczyÖ co? w rodzaju schematu, planu, wed?ug ktÕrego
?yczyliby?my sobie... a pan tylko wyg?adzi wprawnNo rËkNo i rzecz nabierze
w?a?ciwego blasku. A podpisaliby siË pod tym artyku?em trzej wybitni synowie
naszego miasta - pose? do parlamentu Roscheper Nant, s?awny pisarz Baniew i
paÓstwowy laureat doktor Rem Kwadryga...
Nieñle mu to idzie, pomy?la? Wiktor. A my, ci z drugiej strony, nie
mamy nawet cienia takiej wytrwa?o?ci. By?oby bicie piany, chodzenie dooko?a
Wojtek - ?eby tylko nie uraziÖ cz?owieka, nie poddawaÖ go przesadnej presji,
?eby tylko, nie daj Bo?e, nie posNodzi? nas o prywatË... Wybitni synowie
miasta! A przecie? ten ?ajdak jest absolutnie pewny, ?e ja artyku? napiszË i
podpiszË, ?e nie mam wyj?cia, ?e zes?any Baniew bËdzie musia? podnie?Ö rËce
do gÕry i w pocie duszy odpracowaÖ swÕj beztroski pobyt w rodzinnym
mie?cie... I o schemacie wspomnia?... dobrze wiemy, jaki to musi byÖ
schemat, ?eby obryzganego prezydenckNo ?linNo Baniewa nawet teraz mo?na by?o
wydrukowaÖ. Ta - ak, panie Baniew, lubi pan koniak, lubi pan dziewczynki, i
marynowane minogi z cebulkNo te? pan lubi, wiËc musisz pan polubiÖ pana
burmistrza...
- ZastanowiË siË nad paÓskNo propozycjNo - powiedzia?, u?miechajNoc
siË. - Pomys? wydaje mi siË wystarczajNoco interesujNocy, ale zrealizowanie
go wymaga pewnej ugody z sumieniem - oble?nie mrugnNo? do burmistrza.
Burmistrz zarechota?.
- No a jak! "Sumienie narodu, precyzyjne zwierciad?o" i tak dalej...
PamiËtam, jak?e inaczej... - ponownie nachyli? siË do Wiktora z minNo
spiskowca. - Zapraszam pana na jutro do siebie - zahucza?. - BËdNo
wy?Nocznie sami swoi. Tylko, uprzedzam, bez ?on. No?
- Tu - oznajmi? Wiktor wstajNoc - jestem zmuszony stanowczo odrzuciÖ
paÓskNo propozycjË. Mam wa?ne sprawy - znowu oble?nie mrugnNo?. - W
sanatorium.
Rozstali siË nieomal jak przyjaciele. Pisarz Baniew zosta? zaliczony do
miejscowej elity i ?eby doprowadziÖ do porzNodku roztrzËsione takim
zaszczytem nerwy, zmuszony by? wych?eptaÖ szklaneczkË koniaku natychmiast,
jak tylko plecy pana burmistrza znik?y za drzwiami. Mo?na oczywi?cie
wyjechaÖ stNod do wszystkich diab?Õw, my?la? Wiktor. Za granicË mnie nie
wypuszczNo, zresztNo nie chcË wyje?d?aÖ za granicË, co ja tam bËdË robi?,
wszËdzie jest tak samo. Ale i w tym kraju znajdzie siË sporo miejsc, w
ktÕrych mo?na siË schowaÖ i przesiedzieÖ. Wyobrazi? sobie s?oneczne
przestrzenie, bukowe zagajniki, upajajNoce powietrze, milczNocych farmerÕw,
zapachy mleka i miodu... i nawozu, i komary, i smrÕd wychodka, i straszliwNo
nudË... staro?wieckie telewizory oraz miejscowNo inteligencjË: cwany pop -
dziwkarz, wiecznie pijany nauczyciel, samogon... ZresztNo, co tu gadaÖ, jest
gdzie pojechaÖ. Ale przecie? tylko tego im trzeba, ?ebym gdzie? wyjecha?,
?ebym zszed? z oczu, skry? siË w mysiej dziurze, i to z w?asnej woli, bez
przymusu, poniewa? gdyby mnie zes?ali, podniÕs?by siË krzyk, ha?as, mieliby
k?opoty... na tym polega ca?y k?opot, ?e bËdNo bardzo zadowoleni - wyjecha?,
zamknNo? siË, nikt o nim nie pamiËta, przesta? brzdNokaÖ...
Wiktor zap?aci?, poszed? do swojego numeru, w?o?y? p?aszcz i wyszed? na
deszcz. Ni stNod ni zowNod nagle bardzo zapragnNo? znowu zobaczyÖ IrmË,
porozmawiaÖ z niNo o postËpie, wyja?niÖ dlaczego tak du?o pije (a
rzeczywi?cie, dlaczego ja tak du?o pijË?) i byÖ mo?e siedzi tam u niej
Bol-Kunac, ale Loli z pewno?ciNo nie bËdzie... Ulice by?y mokre, szare,
puste, w ogrÕdkach spokojnie kona?y jab?onie. Wiktor po raz pierwszy
zauwa?y?, ?e niektÕre domy majNo drzwi i okna zabite deskami. Jednak miasto
bardzo siË zmieni?o - pochylone p?oty, pod gzymsy zape?z?a bia?a ple?Ó,
wyp?owia?y kolory, a na ulicach niepodzielnie krÕlowa? deszcz. Deszcz pada?
po prostu jak deszcz, deszcz kropi? z dachÕw drobniutkim wodnym py?em,
deszcz zbiera? siË na wietrze w mgliste wirujNoce s?upy wËdrujNoce od ?ciany
do ?ciany, deszcz rozlewa? siË po jezdni i pomyka? po wy??obionych miËdzy
kamieniami rowkach. Czarno - szare chmury powoli pe?z?y tu? nad dachami.
Cz?owiek by? nieproszonym go?ciem na ulicach i deszcz nie okazywa? mu
?adnych wzglËdÕw.
Wiktor wyszed? na plac i zobaczy? ludzi, ktÕrzy stali pod daszkiem
przed wej?ciem na komendË policji - dwÕch policjantÕw w mundurowych
p?aszczach i niziutki, umorusany ch?opak w roboczym kombinezonie. Przed
wej?ciem, lewymi ko?ami na trotuarze sta? niezgrabny furgon z brezentowNo
budNo. Jednym z policjantÕw by? policmajster, patrzy? w bok wysuwajNoc
naprzÕd potË?nNo szczËkË, a ch?opiec, rozpaczliwie gestykulujNoc, o czym? go
przekonywa? p?aczliwym g?osem. Drugi policjant rÕwnie? milcza? z
niezadowolonym wyrazem twarzy i pali? papierosa. Wiktor zbli?y? siË do nich
i kiedy pozosta?o mu jeszcze mniej wiËcej piËtna?cie krokÕw, zaczNo?
s?yszeÖ, co mÕwi ch?opiec. Ch?opiec krzycza?:
- A co ja mam z tym wspÕlnego? Jecha?em prawid?owo? Prawid?owo. Papiery
mam w porzNodku? W porzNodku. ?adunek legalny, tu sNo faktury. Co, pierwszy
raz tu przyje?d?am, czy co?
Policmajster zauwa?y? Wiktora i na jego twarzy pojawi? siË wyjNotkowo
nieprzyjemny grymas. OdwrÕci? siË, i jakby w ogÕle nie zauwa?ajNoc kierowcy,
powiedzia? do policjanta.
- A wiËc zostajesz tutaj. Pilnuj, ?eby wszystko by?o w porzNodku. Nie
w?añ do kabiny, bo wszystko po - kradnNo. I nikomu nie wolno zbli?aÖ siË do
samochodu. Jasne?
- Jasne - odpowiedzia? policjant. By? wyjNotkowo niezadowolony.
Szef policji zszed? ze schodkÕw, wsiad? do swojego samochodu i
odjecha?. Umorusany ch?opak splunNo? ze z?o?ciNo i odwo?a? siË do Wiktora.
- Niech chocia? pan powie, czy ja jestem winny, czy nie? - Wiktor
przystanNo? i ch?opca to zdopingowa?o. - Normalnie sobie jadË. WiozË
ksiNo?ki do obozu specjalnego. Wozi?em ju? tysiNoce razy. A teraz, znaczy,
zatrzymujNo mnie i ka?No jechaÖ na policjË. Za co? Jecha?em prawid?owo?
Prawid?owo. Papiery mam w porzNodku? W porzNodku, tu jest faktura. LicencjË
mi zabrali, ?ebym nie uciek?. A dokNod mam uciekaÖ?
- PrzestaÓ ju? siË wydzieraÖ - powiedzia? policjant. Ch?opiec ?ywo
odwrÕci? siË do niego.
- WiËc co ja takiego zrobi?em? Niech pan powie, czy przekroczy?em
szybko?Ö? Nie przekroczy?em. Przecie? mi potrNocNo za przestÕj. I papiery mi
zabrali?cie...
- Wszystko siË wyja?ni - oznajmi? policjant. - S?owo dajË, czego ty siË
denerwujesz? Idñ, posiedñ sobie w knajpie i radzË ci, pilnuj swego nosa.
- Ech, w?adzuchna kochana! - zawo?a? ch?opak i z rozmachem wcisnNo?
kaszkiet na g?owË. - Nie ma sprawiedliwo?ci na ?wiecie! Jeñdzisz na lewo -
zatrzymujNo, na prawo jeñdzisz - te? zatrzymujNo - zaczNo? schodziÖ ze
stopni, ale przystanNo? i zwrÕci? siË do policjanta. - Mo?e mandat pan
weñmie, albo jako? inaczej?
- Idñ, ju? idñ - powiedzia? policjant.
- Bo mnie obiecali premiË za po?piech! Ca?No noc jecha?em.
- Idñ stNod, powiedzia?em! - powtÕrzy? milicjant.
Ch?opak ponownie splunNo?, podszed? do swojej furgonetki, dwa razy
kopnNo? przednie ko?o, potem nagle przygarbi? siË, wsunNo? rËce do kieszeni
i pobieg? przez plac.
Policjant spojrza? na Wiktora, spojrza? na ciË?arÕwkË, spojrza? na
niebo, papieros mu zgas?, wyplu? niedopa?ek i odrzucajNoc po drodze kaptur,
wszed? do budynku komendy.
Wiktor sta? przez czas jaki?, nastËpnie powoli obszed? ciË?arÕwkË
dooko?a. CiË?arÕwka by?a ogromna, potË?na, kiedy? na takich wo?ono piechotË
zmotoryzowanNo. Wiktor rozejrza? siË. Kilka metrÕw przed samochodem sta?
skrËciwszy na bok przednie ko?o i moknNo? pod deszczem policyjny "Harley", i
nic wiËcej w pobli?u nie by?o. DogoniÖ, to mnie dogoniNo, pomy?la? Wiktor,
ale diab?a zjedzNo, je?li mnie zatrzymajNo. Nagle zrobi?o mu siË weso?o. A
co, pomy?la? znany pisarz Baniew znowu siË schla? i porwa? w celach
rozrywkowych cudzy samochÕd, na szczË?cie obesz?o siË bez ofiar... Wiedzia?,
?e sprawa wcale nie wyglNoda tak prosto, ?e nie bËdzie pierwszym, ktÕry
dostarczy w?adzom eleganckiego pretekstu, aby przymknNoÖ niewygodnego
cz?owieka, ale nie mia? ochoty siË zastanawiaÖ, mia? ochotË poddaÖ siË
impulsowi. W ostatecznym razie napiszË tej kanalii artyku?, pomy?la?
mimochodem.
Szybko otworzy? drzwi do szoferki i usiad? przy kierownicy. Klucza w
stacyjce nie by?o, musia? zerwaÖ kable zap?onu i po?NoczyÖ druty. Kiedy
silnik zapali?, Wiktor zanim zatrzasnNo? drzwi, spojrza? za siebie na
wej?cie do komendy. Sta? tam ten sam policjant z tym samym wyrazem
niezadowolenia na twarzy i z papierosem w kNociku warg. By?o jasne, ?e
jeszcze nic do niego nie dotar?o. Wiktor zamknNo? drzwi, precyzyjnie zjecha?
na jezdniË, zmieni? bieg i da? gazu w najbli?szNo ulicË.
To by?o bardzo przyjemne - pËdziÖ po pustych ulicach wznoszNoc ko?ami
wielkie wodospady z g?Ëbokich ka?u?, obracaÖ ciË?kNo kierownicË napierajNoc
na niNo ca?ym cia?em - obok fabryki konserw, obok stadionu, na ktÕrym
"Bracia w sapiencji" jak mokre mechanizmy wciNo? kopali swoje pi?ki i dalej
szosNo, po wyrwach, podskakujNoc na siedzeniu i s?yszNoc jak z ty?u, w
skrzyni ciË?arÕwki, za ka?dym razem ciË?ko opada ñle umocowany ?adunek. W
lusterku nie widaÖ by?o pogoni, zresztNo trudno by?oby jNo zauwa?yÖ w takim
deszczu. Wiktor czul siË bardzo m?ody, bardzo komu? potrzebny i nawet trochË
pijany. Z dachu szoferki mruga?y do niego ?liczne dziewczyny wyciËte z
ilustrowanych pism, w schowku znalaz? paczkË papierosÕw i by?o mu tak
dobrze, ?e omal nie przegapi? skrzy?owania, ale w porË przyhamowa? i skrËci?
zgodnie z drogowskazem "Leprozorium - 6 km". I wtedy poczu? siË jak odkrywca
nieznanych drÕg, poniewa? nigdy tËdy nie jeñdzi? i nie chodzi?. A droga
okaza?a siË dobra, zupe?nie inaczej ni? magistracka szosa - poczNotkowo
bardzo rÕwny i zadbany asfalt, potem nawet beton i kiedy zobaczy? betonowe
p?yty, od razu przypomnia? sobie o ?o?nierzach i drucie kolczastym a po
piËciu minutach to zobaczy?.
Ogrodzenie - jeden rzNod drutÕw - ciNognË?o siË po obu stronach
betonowej drogi i znika?o gdzie? w deszczu. Zamyka?a drogË wysoka brania z
budkNo stra?niczNo, drzwi budki by?y otwarte i na jej progu sta? ju?
?o?nierz w he?mie, w d?ugich butach i w wojskowej pelerynie, spod ktÕrej
wysuwa?a siË lufa automatu. Jeszcze jeden ?o?nierz, bez he?mu, wyglNoda?
przez okienko. "Nigdy jeszcze nie siedzia?em w ?agrze - zanuci? Wiktor - ale
lepiej nie mÕwcie - podziËkuj za to Bogu..." Zwolni? i zahamowa? przed samNo
bramNo. ?o?nierz wyszed? z budki i podszed? do ciË?arÕwki - bardzo m?ody,
piegowaty ?o?nierzyk, mÕg? mieÖ najwy?ej osiemna?cie lat.
- DzieÓ dobry - powiedzia?. - Czemu tak pÕñno?
- Wynik?y pewne okoliczno?ci - odpowiedzia? Wiktor zdumiony takim
liberalizmem. ?o?nierz przyjrza? siË Wiktorowi i nagle zesztywnia?.
- PaÓskie dokumenty - rzek? sucho.
- Jakie tam dokumenty - odpar? weso?o Wiktor. - MÕwiË przecie? -
zaistnia?y okoliczno?ci. ?o?nierz zacisnNo? wargi.
- Co pan przywiÕz?? - zapyta?.
- KsiNo?ki - oznajmi? Wiktor.
- A przepustkË pan ma?
- Jasne, ?e nie mam.
- Aha - powiedzia? ?o?nierz i jego twarz siË rozja?ni?a. - Ja te?
patrzË... W takim razie proszË poczekaÖ. W takim razie trzeba bËdzie
poczekaÖ.
- Niech pan weñmie pod uwagË - rzek? Wiktor unoszNoc wskazujNocy palec
- ?e mogNo mnie ?cigaÖ.
- Nie szkodzi, ja szybko - odpowiedzia? ?o?nierz i przytrzymujNoc
automat na piersi za?omota? buciorami do wartowni.
Wiktor wysiad? z kabiny i stojNoc na stopniu obejrza? siË za siebie.
Przez deszcz nie by?o nic widaÖ. Wobec tego wrÕci? za kierownicË i zapali?
papierosa. Wszystko wyglNoda?o bardzo zabawnie. Przed nim, za drutami i za
bramNo tak?e wirowa? deszcz, mo?na by?o domy?leÖ siË, ?e stojNo tam jakie?
ciemne budowle - ni to domy, ni to wie?e, ale wypatrzyÖ cokolwiek
konkretnego by?o nie sposÕb. Czy?by mieli mnie nie zaprosiÖ do ?rodka? -
pomy?la? Wiktor. To bËdzie ?wiÓstwo, je?li mnie nie zaproszNo. Mo?na
wprawdzie sprÕbowaÖ odwo?aÖ siË do Golema, on na pewno gdzie? tu jest... Tak
w?a?nie zrobiË, pomy?la?. Czy?bym nadaremnie okaza? siË bohaterem?...
?o?nierz znowu wyszed? z wartowni, a za nim wybieg? stary znajomy,
pryszczaty ch?opiec nihilista w samych kNopielÕwkach, bardzo teraz weso?y i
bez ?adnych ?ladÕw wszech?wiatowego smutku. Wyprzedziwszy ?o?nierza wskoczy?
na stopieÓ ciË?arÕwki, zajrza? do szoferki, pozna?, zdumia? siË i roze?mia?.
- DzieÓ dobry, panie Baniew! To pan? Jak fajnie... PrzywiÕz? pan
ksiNo?ki, prawda? A my czekamy, czekamy...
- No jak, wszystko w porzNodku? - zapyta? zbli?ywszy siË ?o?nierz.
- Tak, to nasz samochÕd.
- Wobec tego wje?d?aj - powiedzia? ?o?nierz. - A pan niestety bËdzie
musia? wyj?Ö i zaczekaÖ.
- Chcia?bym zobaczyÖ siË z doktorem Golemem - oznajmi? Wiktor.
- Mo?na go wywo?aÖ tutaj - zaproponowa? ?o?nierz.
- Hm - mruknNo? Wiktor i znaczNoco popatrzy? na ch?opca. Ch?opiec
roz?o?y? rËce ze skruchNo.
- Nie ma pan przepustki - wyja?ni?. - A oni bez przepustki nikogo nie
wpuszczajNo. My by?my z rado?ciNo....
Nie pozosta?o nic innego, jak wyleñÖ na deszcz. Wiktor zeskoczy? na
drogË, w?o?y? kaptur i patrzy?, jak rozwar?a siË brama, ciË?arÕwka szarpnË?a
i podrygujNoc wpe?z?a za ogrodzenie. I brama zamknË?a siË. Czas jaki?
jeszcze Wiktor s?ysza? wycie silnika i skowyt hamulcÕw, a potem nie by?o
s?ychaÖ ju? nic oprÕcz plusku i szmeru. A wiËc tak, pomy?la? Wiktor. A ja?
Poczu? rozczarowanie. Dopiero teraz zrozumia?, ?e zdecydowa? siË na
bohaterstwo nie ca?kiem bezinteresownie, ?e mia? nadziejË du?o zobaczyÖ i
du?o zrozumieÖ... przeniknNoÖ, je?li mo?na tak powiedzieÖ, do epicentrum. No
i diabli z wami, pomy?la?. Popatrzy? na drogË. Do skrzy?owania sze?Ö
kilometrÕw, od skrzy?owania do miasta kilometrÕw dwadzie?cia. Mo?na
oczywi?cie od skrzy?owania do sanatorium - dwa kilometry. NiewdziËczne
?winie... Na deszczu... W tym momencie zauwa?y?, ?e deszcz os?ab?. DziËki
Bogu choÖ za to, pomy?la?.
- WiËc mam wywo?aÖ pana Golema? - zapyta? ?o?nierz.
- Golema? - Wiktor siË o?ywi?. W?a?ciwie dobrze by by?o przegoniÖ tego
starego grzyba pod deszczem tam i z powrotem, a poza tym Golem ma samochÕd.
I flaszkË. - A tak, poproszË.
- To jest do zrobienia - powiedzia? ?o?nierzyk. - Wywo?amy go. Tylko,
?e on raczej nie przyjdzie, na pewno powie, ?e jest zajËty.
- To nic - odrzek? Wiktor. - Niech pan mu powie, ?e Baniew go prosi.
- Baniew? Dobrze, powiem. Ale on i tak nie przyjdzie. Ale dla mnie to
?aden k?opot. Znaczy, Banie w... - i ?o?nierzyk odszed?, taki sympatyczny
?o?nierzyk, nic tylko same piegi pod he?mem.
Wiktor zapali? papierosa i wtedy rozleg? siË trzask motocykla. Zza
mgielnej zas?ony z ob?NokanNo szybko?ciNo wynurzy? siË "Harley" z
przyczepNo, podjecha? pod samNo bramË i zahamowa?. Na siode?ku siedzia? ten
sam policjant z niezadowolonNo twarzNo, drugi, zakutany w brezent po same
oczy siedzia? w przyczepie. Zaraz siË zacznie, pomy?la? Wiktor naciNogajNoc
g?Ëbiej kaptur. Ale nic mu to nie pomog?o. Policjant z niezadowolonNo
twarzNo zsiad? z motocykla podszed? do Wiktora i ryknNo?:
- Gdzie ciË?arÕwka?
- Jaka ciË?arÕwka? - ze zdumieniem zapyta? Wiktor, ?eby zyskaÖ na
czasie.
- Niech pan nie udaje! - wrzasnNo? policjant. - Widzia?em pana! SNod
siË panem zajmie! Porwanie aresztowanego samochodu!
- ProszË na mnie nie wrzeszczeÖ! - zaprotestowa? Wiktor z godno?ciNo. -
Co to za chamstwo? Z?o?Ë na pana skargË.
Drugi policjant wyplNotujNoc siË po drodze z brezentowych pokrowcÕw
podszed? i zapyta?:
- Ten?
- Jasne, ?e ten! - stwierdzi? policjant z niezadowolonNo twarzNo
wyciNogajNoc z kieszeni kajdanki.
- No - no! - powiedzia? Wiktor cofajNoc siË o krok. - Co to za
samowola? Jak pan ?mie?!
- Niech pan nie pogarsza swojej sytuacji stawianiem oporu - poradzi?
drugi policjant.
- A ja nie poczuwam siË do ?adnej winy - bezczelnie o?wiadczy? Wiktor i
wsadzi? rËce do kieszeni. - Chyba mnie z kim? pomylili?cie panowie.
- Uprowadzi? pan ciË?arÕwkË - powiedzia? drugi policjant.
- JakNo ciË?arÕwkË? - krzyknNo? Wiktor. - JakNo znowu ciË?arÕwkË?
Przyszed?em tu w go?ci do pana Golema, naczelnego lekarza. Zapytajcie
wartownikÕw. Co ma z tym wspÕlnego jaka? ciË?arÕwka?
- A mo?e to nie ten? - zwNotpi? drugi policjant.
- Jak to nie ten? - zaprotestowa? policjant z niezadowolonNo minNo.
TrzymajNoc w pogotowiu kajdanki ruszy? na Wiktora. - No, dawaÖ rËce! -
poleci? rzeczowym tonem.
W tym momencie trzasnË?y drzwi wartowni i wysoki, przerañliwy g?os
zawo?a?:
- Rozej?Ö siË!
Wiktor i policjant wzdrygnËli siË. Na progu wartowni sta? piegowaty
?o?nierzyk wystawiajNoc spod peleryny automat.
- Odej?Ö od bramy! - krzyknNo?.
- Ej, ty, spokojniej! - powiedzia? policjant z niezadowolonNo twarzNo.
- Policja!
- Gromadzenie siË przed bramNo strefy specjalnej w ilo?ci wiËkszej od
jednego postronnego jest zabronione! Po trzykrotnym ostrze?eniu bËdË
strzelaÖ! CofnNoÖ siË od bramy!
- Lepiej odejdñcie panowie - z zatroskaniem poradzi? Wiktor, lekko
popychajNoc obu policjantÕw. Policjant z niezadowolonNo twarzNo popatrzy? na
niego strapiony, odsunNo? jego rËkË i zrobi? krok w kierunku ?o?nierza.
- Czy? ty ch?opcze oszala?? - zapyta?. - Ten typ uprowadzi? ciË?arÕwkË.
- ?adnych ciË?arÕwek! - przeciNogle i przerañliwie wrzasnNo?
sympatyczny i serdeczny ?o?nierzyk. - Ostatnie ostrze?enie! Dwaj majNo
odej?Ö na sto metrÕw od bramy!
- S?uchaj, Roch - powiedzia? drugi policjant. - Chodñ, odejdziemy,
niech ich trafi szlag. Facet nam nigdzie nie ucieknie.
Policjant z niezadowolonNo twarzNo, purpurowy z w?ciek?o?ci nawet
ponownie otworzy? usta, ale wtedy w drzwiach pojawi? siË gruby sier?ant z
ogryzionNo kanapkNo w jednym rËku i ze szklankNo w drugiej.
- Szeregowy D?ura - zapyta? prze?uwajNoc. - Dlaczego nie otwieracie
ognia?
Na piegowatej twarzy pod he?mem pojawi?o siË zezwierzËcenie. Policjanci
rzucili siË do motocykla, osiod?ali go, zawrÕcili obok Wiktora, ktÕry
stanNo? w pozie regulujNocego ruch i odjechali. Purpurowy policjant co? do
niego krzyknNo?, czego nie sposÕb by?o us?yszeÖ w trzeszczeniu silnika.
Odjechali o piËÖdziesiNot krokÕw i zatrzymali siË.
- Blisko - powiedzia? sier?ant z - dezaprobatNo. - Na co ty czekasz?
Przecie? za blisko.
- Dalej! - przerañliwym g?osem krzyknNo? ?o?nierzyk wymachujNoc
automatem. Policjanci odjechali dalej i znikli z oczu.
- Nauczyli siË postronni gromadziÖ pod bramNo - zawiadomi? sier?ant
?o?nierza patrzNoc na Wiktora. - No dobra - pe?nij dalej s?u?bË. - WrÕci? na
wartowniË, a piegowaty ?o?nierzyk, uspokajajNoc siË z wolna, kilkakrotnie
przespacerowa? siË tam i z powrotem przed bramNo.
Odczekawszy kilka minut Wiktor zapyta? ostro?nie.
- Przepraszam bardzo, ale co s?ychaÖ z doktorem Golemem.
- Nie ma go - odburknNo? ?o?nierz.
- Jaka szkoda - powiedzia? Wiktor. - W takim razie chyba sobie pÕjdË...
- popatrzy? na mg?Ë i deszcz, w ktÕrej skryli siË policjanci.
- Jak to - pÕjdzie sobie pan? - zaniepokoi? siË ?o?nierz.
- A co - nie mo?na? - rÕwnie? niespokojnie zapyta? Wiktor.
- Dlaczego nie mo?na? - odpowiedzia? ?o?nierz. - A co z ciË?arÕwkNo?
Pan odejdzie, a ciË?arÕwka? CiË?arÕwki nale?y odprowadzaÖ od bramy.
- A co ja mam do tego? - zapyta? Wiktor coraz bardziej zaniepokojony.
- Jak to - co? Pan jNo przyprowadzi?, pan jNo... tego... Zawsze siË tak
robi, jak?e inaczej?
Do diab?a, pomy?la? Wiktor, co ja z nim zrobiË. Z odleg?o?ci stu metrÕw
dobiega? trzask silnika motocykla pracujNocego na ja?owym biegu.
- Pan jNo naprawdË porwa?? - zapyta? ?o?nierzyk z ciekawo?ciNo.
- A tak! Policja zatrzyma?a kierowcË, a ja jak g?upi postanowi?em wam
pomÕc...
- Ta - aak... - wspÕ?czujNoco powiedzia? ?o?nierz. - NaprawdË nie wiem,
co panu poradziÖ.
- A je?li, powiedzmy, teraz sobie pÕjdË? - chytrze zapyta? Wiktor. -
Nie bËdzie pan strzelaÖ?
- Nie wiem - uczciwie przyzna? ?o?nierz. - Tak jakby nie by?o rozkazu.
ZapytaÖ? ,
- ZapytaÖ - przytaknNo? Wiktor zastanawiajNoc siË, czy zdNo?y uciec
poza granicË widoczno?ci czy nie. W tej samej chwili za bramNo odezwa? siË
klakson. Brama otwar?a siË i ze strefy powoli wytoczy?a siË pechowa
ciË?arÕwka. Zatrzyma?a siË obok Wiktora, drzwi siË uchyli?y i Wiktor
zobaczy?, ?e za kierownicNo siedzi ju? nie ch?opiec, jak oczekiwa?, lecz
?ysy, przygarbiony mokrzak i patrzy na niego. Wiktor nie ruszy? siË z
miejsca, wtedy mokrzak zdjNo? z kierownicy rËkË w czarnej rËkawiczce i
zapraszajNoco poklepa? siedzenie obok siebie. Raczyli siË zni?yÖ, gorzko
pomy?la? Wiktor. ?o?nierzyk rado?nie oznajmi?:
- No wiËc wszystko dobrze siË skoÓczy?o, niech pan jedzie z Bogiem.
Wiktorowi przelecia?a przez g?owË my?l, ?e je?li ju? mokrzak sam
zamierza odstawiÖ samochÕd do miasta, czy gdzie? tam jeszcze, s?owem, je?li
zamierza wdaÖ siË w konflikt z policjNo, to dobrze by?oby siË natychmiast
po?egnaÖ i prosto przez pole daÖ nogË do sanatorium, omijajNoc zaczajonego w
zasadzce "Harleya".
- Tam na drodze czeka policja - powiedzia? do mokrzaka.
- Nie szkodzi, niech pan siada - odpar? mokrzak.
- Rzecz polega na tym, ?e ja ukrad?em tË ciË?arÕwkË, chocia? by?a
zatrzymana.
- Wiem - cierpliwie wyja?ni? mokrzak. - Niech pan siada.
Okazja by?a stracona. Wiktor uprzejmie i serdecznie po?egna? siË z
?o?nierzem, wdrapa? siË na siedzenie i zatrzasnNo? drzwi. CiË?arÕwka ruszy?a
i po minucie zobaczyli "Harleya". "Harley" sta? w poprzek szosy, obaj
policjanci stali obok i gestami nakazywali zjechaÖ na pobocze. Mokrzak
zahamowa?, zgasi? silnik, i wysuwajNoc siË z szoferki powiedzia?:
- ProszË zabraÖ motocykl, panowie zagrodzili?cie drogË.
- ZjechaÖ na pobocze! - rozkaza? policjant o niezadowolonej twarzy. - I
okazaÖ dokumenty.
- JadË na komendË policji - powiedzia? mokrzak. - ByÖ mo?e tam sobie
porozmawiamy? Policjant nieco siË stropi? i wymrucza? co? w rodzaju "znamy
was". Mokrzak spokojnie czeka?.
- Dobrze - powiedzia? wreszcie policjant. - Tylko ja poprowadzË
samochÕd, a tamten niech siË przesiNodzie do motocykla.
- ProszË bardzo - zgodzi? siË mokrzak. - Ale je?li mo?na, motocyklem
pojadË ja.
- Jeszcze lepiej - mruknNo? policjant o niezadowolonej twarzy i nieomal
siË rozja?ni?. - Niech pan wysiada.
Zamienili siË miejscami. Policjant z?owieszczo zezujNoc na Wiktora
zaczai siË krËciÖ i wierciÖ na siedzeniu poprawiajNoc p?aszcz, a Wiktor
zezujNoc na policjanta patrzy? jak mokrzak, podobny z ty?u do wielkiej ,
chudej ma?py, garbiNoc siË jeszcze bardziej i cz?apiNoc idzie w stronË
motocykla i usadawia siË w przyczepie. Deszcz znowu lunNo? jak z cebra i
policjant w?Noczy? wycieraczki. Kawalkada ruszy?a.
Chcia?bym wiedzieÖ, czym to wszystko siË skoÓczy, z niejakNo niewygodNo
psychicznNo pomy?la? Wiktor. NiewyrañnNo nadziejË budzi? zamiar mokrzaka
pojawienia siË na policji. Jakie? rozwydrzone sNo te dzisiejsze mokrzaki...
Ale grzywnË w ka?dym wypadku ze mnie zedrNo, tego nie uniknË. Nie ma takiej
policji, ktÕra nie zedrze z cz?owieka grzywny, je?eli tylko ma okazjË... A
tam, olewam ich, tak czy inaczej bËdË musia? zwijaÖ ?agle. Wszystko bËdzie
dobrze. W ostateczno?ci chocia?by jest mi l?ej na duszy... WyciNognNo?
paczkË papierosÕw i poczËstowa? policjanta. Policjant chrzNoknNo? z
oburzeniem, ale papierosa wziNo?. Zapalniczka mu siË popsu?a, wiËc musia?
chrzNoknNoÖ po raz wtÕry, kiedy Wiktor poda? mu ogieÓ. W?a?ciwie mo?na go
by?o zrozumieÖ, tego niem?odego, gdzie? tak czterdziestopiËcioletniego
cz?owieka, ktÕry ciNogle jeszcze by? m?odszym policjantem, prawdopodobnie
by?ego kolaboranta, sadza? nie tych co trzeba, i nie tym co trzeba w?azi? w
dupË, zresztNo, skNod taki mo?e siË znaÖ na cudzych dupach - ktÕra w?a?ciwa,
a ktÕjra nie... Policjant pali? papierosa i minË mia? ju? mniej
niezadowolonNo. Ech, gdybym mia? przy sobie flaszkË, pomy?la? Wiktor. Da?bym
mu golnNoÖ, opowiedzia?bym kilka irlandzkich kawa?Õw, naurNoga?bym w?adzy,
co to wy?Nocznie swoich protegowanych awansuje, studentom bym naubli?a? i
kto wie, mo?e facet by siË rozchmurzy?.
- Ale? leje, co? niebywa?ego - powiedzia? Wiktor. Policjant chrzNoknNo?
w miarË neutralnie, bez z?o?ci.
- Przecie? jaki tu kiedy? by? klimat - ciNognNo? Wiktor - i w tym
momencie go ol?ni?o. - A zauwa?y? pan? U nich tam w leprozorium deszcz nie
pada, a kiedy tylko podje?d?a siË do miasta, od razu ulewa.
- Szkoda s?Õw - powiedzia? policjant. - Oni siË tam w leprozorium
nieñle urzNodzili.
Kontakt by? coraz lepszy. Porozmawiali o pogodzie - jaka kiedy? by?a i
jaka siË, do wszystkich diab?Õw, zrobi?a. Odkopali wspÕlnych znajomych w
mie?cie. Pogadali o ?yciu w stolicy, o mini - spÕdniczkach, o trNodzie
homoseksualizmu, o importowanej brandy i o narkotykach z przemytu.
Naturalnie zgodzili siË, ?e nie ma teraz prawdziwego porzNodku - nie to co
przed wojnNo i zaraz po wojnie. ?e policjant ma pieskie ?ycie, chocia?
piszNo w gazetach: szlachetni i surowi strÕ?e porzNodku, niezastNopione ko?o
napËdowe paÓstwowego mechanizmu. A tymczasem znowu podwy?szyli wiek
emerytalny, za to obni?yli emerytury, za zranienie przy pe?nieniu
obowiNozkÕw s?u?bowych dajNo grosze, i do tego odebrali teraz broÓ - komu w
takich warunkach chce siË wy?aziÖ ze skÕry... S?owem powsta?a taka sytuacja,
?e gdyby jeszcze parË dobrych ?ykÕw to policjant powiedzia?by "Dobra
ch?opie, BÕg z tobNo, ja ciebie nie widzia?em i ty mnie nie widzia?e?".
Jednak?e paru ?ykÕw nie by?o, a chwila dla wrËczenia stosownego banknotu nie
dojrza?a, tak ?e kiedy ciË?arÕwka podjecha?a pod komendË, policjant znowu
sponurza? i sucho przykaza? Wiktorowi i?Ö za sobNo i to szybko.
Mokrzak odmÕwi? udzielenia wyja?nieÓ dy?urnemu oficerowi i za?Noda?,
aby niezw?ocznie zaprowadzono ich do komendanta. Dy?urny odpowiedzia?, ?e
proszË bardzo, naczelnik z pewno?ciNo osobi?cie pana przyjmie, co za?
dotyczy tego tu pana, to jest on oskar?ony o uprowadzenie samochodu, wiËc do
naczelnika i?Ö nie ma po co, natomiast nale?y go przes?uchaÖ i sporzNodziÖ
odpowiedni protokÕ?. Nie, twardo i spokojnie powiedzia? mokrzak, nic z tych
rzeczy, pan Baniew nie bËdzie musia? odpowiadaÖ na ?adne pytania, i ?adnych
protokÕ?Õw pan Baniew nie bËdzie podpisywa?, poniewa? istniejNo w tej
sprawie okoliczno?ci dotyczNoce wy?Nocznie pana policmajstra. Dy?urny,
ktÕremu by?o dok?adnie wszystko jedno, wzruszy? ramionami i poszed?
zameldowaÖ. W czasie, kiedy meldowa?, zjawi? siË kierowca w roboczym
kombinezonie, ktÕry o niczym nie wiedzia? i by? na niez?ej bani, wiËc z
miejsca zaczNo? krzyczeÖ o sprawiedliwo?ci, niewinno?ci i innych okropnych
rzeczach. Mokrzak ostro?nie zabra? mu fakturË, ktÕrNo szofer wymachiwa?,
przysiad? na barierce i podpisa? papier wed?ug wszelkich formalno?ci. Szofer
tak siË zdumia?, ?e a? zamilk?, i wtedy Wiktora z mokrzakiem zaproszono do
policmajstra.
Policmajster przyjNo? ich surowo. Na mokrzaka patrzy? z
niezadowoleniem, a na Wiktora stara? siË nie patrzeÖ w ogÕle.
- Czego panowie sobie ?yczNo? - zapyta?.
- Pozwoli pan, ?e usiNodziemy? - poinformowa? siË mokrzak.
- ProszË - z przymusem powiedzia? policmajster po krÕtkiej pauzie.
Wszyscy usiedli.
- Panie policmajstrze - oznajmi? mokrzak. - Jestem upowa?niony do
z?o?enia na paÓskie rËce stanowczego protestu z powodu powtÕrnego,
sprzecznego z prawem zatrzymania ?adunkÕw adresowanych do leprozorium.
- Tak, s?ysza?em o tym - stwierdzi? policmajster. - Kierowca by?
pijany, i byli?my zmuszeni zatrzymaÖ go. Przypuszczam, ?e w najbli?szych
dniach Wszystko siË wyja?ni.
- Policja zatrzyma?a nie kierowcË, tylko ?adunek - o?wiadczy? mokrzak.
- Jednak?e nie jest to takie istotne. DziËki uprzejmo?ci pana Baniewa
?adunek zosta? dostarczony z niewielkim zaledwie opÕñnienie i powinien pan
byÖ zobowiNozany obecnemu tu panu Baniewowi, poniewa? istotnie opÕñnienie
?adunku z paÓskiej, panie policmajstrze, winy, mog?oby staÖ siË przyczynNo
powa?nych nieprzyjemno?ci dla pana osobi?cie.
- To zabawne - powiedzia? policmajster. - Nie rozumiem i nie ?yczË
sobie rozumieÖ, o czym pan mÕwi, poniewa? jako osoba oficjalna nie zamierzam
s?uchaÖ pogrÕ?ek. Co za? dotyczy pana Baniewa, to na tË okoliczno?Ö
istniejNo okre?lone artyku?y kodeksu karnego, w ktÕrych takie przypadki sNo
przewidziane. - Wyrañnie unika? patrzenia na Wiktora.
- WidzË, ?e pan naprawdË nie rozumie swojej sytuacji - oznajmi?
mokrzak. - Ale jestem upowa?niony do zawiadomienia pana, ?e w przypadku
kolejnego zatrzymania naszych ?adunkÕw bËdzie pan mia? do czynienia z
genera?em Pferdem.
Zapad?o milczenie. Wiktor nie wiedzia?, kto to taki genera? Pferd,
natomiat policmajstrowi to nazwisko najwidoczniej by?o dobrze znane.
- Wydaje mi siË, ?e to jest groñba - stwierdzi? niepewnie.
- Owszem - zgodzi? siË mokrzak - i do tego groñba wiËcej ni? realna.
Policmajster gwa?townie wsta?. Wiktor i mokrzak rÕwnie?.
- PrzyjmujË do wiadomo?ci wszystko, co dzisiaj us?ysza?em - oznajmi?
policmajster. - PaÓski ton pozostawia wprawdzie sporo do ?yczenia, jednak?e
obiecujË osobom, ktÕre pana upowa?ni?y, ?e zajmË siË sprawNo i je?eli
znajdNo siË winni, zostanNo ukarani. W jednakowym stopniu dotyczy to rÕwnie?
pana Baniewa.
- Panie Baniew - rzek? mokrzak. - Je?li policja bËdzie panu robi?a
wstrËty z powodu tego incydentu, proszË niezw?ocznie zawiadomiÖ doktora
Golema. Do widzenia - powiedzia? do policmajstra.
- Wszystkiego dobrego - odpowiedzia? tamten.
O Õsmej wieczorem Wiktor zszed? do restauracji i ju? zamierza? udaÖ siË
do swojego stolika, przy ktÕrym rezydowa?o zwyk?e towarzystwo, kiedy odwo?a?
go Teddy.
- Czo?em Teddy - powiedzia? Wiktor opierajNoc siË o ladË. - Co s?ychaÖ
- i w tym momencie przypomnia? sobie. - A! Rachunek... Czy ja wczoraj
bardzo?
- Rachunek to g?upstwo - wymrucza? Teddy. - Nic powa?nego, rozbi?e?
lustro i wyrwa?e? umywalkË. Ale czy pamiËtasz policmajstra?
- A co takiego? - zdziwi? siË Wiktor.
- No tak, wiedzia?em, ?e nie zapamiËtasz. Oczy mia?e?, bracie, niczym
gotowany prosiak, nic nie kombinowa?e?. A wiËc ty - wycelowa? w pier?
Wiktora palec wskazujNocy - zamknNo?e? biedaka w kiblu, podpar?e? drzwi
miot?No i nie wypuszcza?e?. A my?my nie wiedzieli, kto tam siedzi, on
dopiero co przyszed?, sNodzili?my, ?e to Kwadryga. No to i dobrze, my ?limy,
niech sobie posiedzi.... A potem go stamtNod wyciNognNo?e?, zaczNo?e?
krzyczeÖ, ach, biedak, jak on siË u?wini?! - i wsadzi?e? mu ?eb do umywalki.
Umywalka urwa?a siË, a my ledwie ciË odciNognËli?my.
- Serio? - zapyta? Wiktor. - No, no. To ju? wiem, dlaczego on dzisiaj
patrzy na mnie wilkiem. Teddy wspÕ?czujNoco pokiwa? g?owNo.
- O, do diab?a - powiedzia? Wiktor. - G?upia historia. Chyba muszË go
przeprosiÖ... Ale jak mi siË uda?o? Taki silny ch?op...
- BojË siË, ?eby ciË nie wrobili - rzek? Teddy. - Dzi? rano ?azi? tu
jeden tajniak, spisywa? zeznania... sze?ÖdziesiNoty trzeci artyku? masz jak
w banku - naruszenie godno?ci osobistej w obciNo?ajNocych okoliczno?ciach. A
mo?e byÖ jeszcze gorzej. Akt terrorystyczny. Rozumiesz, czym to pachnie? Ja
bym na twoim miejscu... - Teddy pokrËci? g?owNo.
- Co? - zapyta? Wiktor.
- Podobno przychodzi? do ciebie burmistrz - oznajmi? Teddy.
- Tak.
- No i co?
- G?upstwo. Chce, ?ebym napisa? artyku?. Przeciwko mokrzakom.
- Aha! - powiedzia? Teddy i o?ywi? siË. - No, to w takim razie
rzeczywi?cie g?upstwo. Napisz mu ten artyku? i wszystko bËdzie w porzNodku.
Je?li burmistrz bËdzie zadowolony, policmajster nie odwa?y siË s?owa
pisnNoÖ, choÖby? go codziennie wpycha? do sedesu. Burmistrz ma go o tutaj...
- Teddy pokaza? ogromnNo ko?cistNo piË?Ö. - WiËc wszystko w porzNodku. Z tej
okazji nalejË ci na rachunek zak?adu. Czystej?
- Mo?e byÖ czysta - odpar? Wiktor z zadumNo.
Wizyta burmistrza objawi?a mu siË teraz w nowym ?wietle. WiËc oni ze
mnNo w ten sposÕb, pomy?la? Wiktor. Ta - ak... Albo siË wyno?, albo rÕb co
ci ka?No, albo ciË wykoÓczymy. Nawiasem mÕwiNoc, wynie?Ö siË te? nie bËdzie
?atwo. Akt terrorystyczny - bËdNo szukaÖ i znajdNo. Jeste?, bracie,
alkoholikiem, a? przykro patrzeÖ. I ?eby chocia? byle kogo, ale
policmajstra. MÕwiNoc szczerze, wymy?lone i zrealizowane ca?kiem nieñle. Nie
pamiËta? nic oprÕcz zalanych wodNo kafelkÕw na pod?odze, ale bardzo dobrze
wyobra?a? sobie tË scenË. Tak, kochany mÕj Wiktorze Baniew, mÕj ty gotowany
prosiaku, kuchenny opozycjonisto, mo?e nawet nie kuchenny tylko ?azienkowy -
pupilku pana prezydenta... tak, widocznie przyszed? twÕj czas i pora, ?e tak
powiem, siË sprzedaÖ... Roc-Tusow, cz?owiek do?wiadczony, ma swoje zdanie na
ten temat: sprzedawaÖ nale?y siË ?atwo i drogo - im uczciwsze jest twoje
piÕro, tym dro?ej za nie zap?acNo dzier?Nocy w?adzË, wiËc nawet sprzedajNoc
siË przynosisz straty przeciwnikowi i nale?y staraÖ siË, aby straty te by?y
maksymalne... Wychyli? kieliszek czystej, nie czujNoc najmniejszej
satysfakcji.
- Dobra, Teddy - powiedzia?. - DziËkujË. Daj rachunek. Du?o tam tego?
- Twoja kieszeÓ wytrzyma - u?miechnNo? siË Teddy. WyjNo? z kasy kartkË.
- Nale?y siË od ciebie: za lustro w toalecie - siedemdziesiNot siedem, za
umywalkË, porcelanowNo, du?No - sze?ÖdziesiNot cztery, razem, jak sam
rozumiesz, sto czterdzie?ci jeden. A lampË zapisali?my na tamtNo awanturË.
Jednego tylko nie rozumiem - ciNognNo?, patrzNoc, jak Wiktor odlicza
pieniNodze - czym to lustro rozbi?e?? Wielka tafla gruba na dwa palce.
G?owNo w nie t?uk?e?, czy co?
- CzyjNo? - ponuro zapyta? Wiktor.
- Dobra, nie przejmuj siË - rzek? Teddy biorNoc pieniNodze. - Napiszesz
artyku?, zrehabilitujesz siË, jeszcze honorarium pod?apiesz i wyjdziesz na
swoje. Jeszcze jednNo?
- Nie trzeba, pÕñniej... PrzyjdË, jak zjem kolacjË - odpar? Wiktor i
poszed? na swoje miejsce.
W restauracji wszystko by?o jak zwykle - pÕ?mrok, zapachy, dñwiËk
naczyÓ w kuchni; m?ody mË?czyzna z teczkNo i swoim nieod?Nocznym towarzyszem
nad butelkNo wody mineralnej; zgarbiony doktor R. Kwadryga; wyprostowany,
elegancki pomimo kataru Pawor; rozlewajNocy siË w fotelu Golem z gNobczastym
nosem rozpitego proroka. Kelner.
- Minogi - rzuci? Wiktor. - ButelkË piwa. I jakie? miËso.
- No i doigra? siË pan - powiedzia? Pawor z wyrzutem. - MÕwi?em, ?eby
pan przesta? piÖ. .
- Kiedy mi pan to mÕwi?? Bo jako? nie pamiËtam.
- A czego siË doigra?e?? - zainteresowa? siË doktor R. Kwadryga. -
Nareszcie zamordowa?e? kogo??
- A ty nic nie pamiËtasz? - zapyta? Wiktor.
- Pytasz o wczoraj?
- Tak, o wczoraj... Spi?em siË jak pszczo?a - wyja?ni? Wiktor Golemowi
- zapËdzi?em pana policmajstra do klozetu...
- A - a - a! - stwierdzi? R. Kwadryga. - To wszystko k?amstwo. Tak
w?a?nie powiedzia?em ?ledczemu. Dzi? rano przyszed? do mnie ?ledczy.
Rozumiecie panowie, straszliwa zgaga, g?owa pËka, siedzË, wyglNodam przez
okno i wtedy pojawia siË ten wa? i zaczyna wrabiaÖ cz?owieka, fastrygowaÖ
przestËpstwo...
- Jak pan powiedzia?? - zapyta? Golem. - FastrygowaÖ?
- No tak, fastrygowaÖ - oznajmi? R. Kwadryga przek?uwajNoc wyobra?onNo
ig?No wyobra?ony materia?. - Tylko nie spodnie, a przestËpstwo...
Powiedzia?em mu wprost: wszystko lipa, wczoraj ca?y wieczÕr przesiedzia?em w
restauracji, by?o cicho, przyzwoicie jak zawsze, ?adnych skandali, jednym
s?owem okropna nuda... BËdzie dobrze - pociesza? Wiktora. - Nie przejmuj
siË... A dlaczego to zrobi?e?? Nie lubisz go?
- Mo?e nie mÕwmy ju? o tym - zaproponowa? Wiktor.
- To o czym mamy mÕwiÖ? - zapyta? ura?ony R. Kwadryga. - Ci dwaj bez
przerwy siË spierajNo, kto kogo nie wpuszcza do leprozorium. Jak ju? raz na
sto lat wydarzy?o siË co? ciekawego - to od razu - nie mÕwmy.
Wiktor odgryz? po?owË minogi, zjad? jNo, odpi? ?yk piwa i zapyta?:
- Kto to jest genera? Pferd?
- KoÓ - odpowiedzia? R. Kwadryga. - KoÓ. Der Pferd. Albo das.
- A jednak - rzek? Wiktor - czy ktÕry? z panÕw zna takiego genera?a?
- Kiedy s?u?y?em w wojsku - powiedzia? doktor R. Kwadryga - naszNo
dywizjNo dowodzi? jego ekscelencja genera? od infanterii Arschmann.
- No i co z tego? - zapyta? Wiktor.
- Arsch po niemiecku dupa - oznajmi? milczNocy do tej chwili Golem. -
Doktor ?artuje.
- A gdzie pan us?ysza? o generale Pferdzie? - zapyta? Pawor.
- W gabinecie policmajstra - odpar? Wiktor.
- No i co dalej?
- Nic. WiËc nikt nie wie? I bardzo dobrze. Ja tylko tak sobie
zapyta?em.
- A feldfebel nazywa? siË Buttock - oznajmi? R. Kwadryga. - Feldfebel
Buttock.
- Angielski te? pan zna? - zapyta? Golem.
- Lepiej napijmy siË - zaproponowa? Wiktor. - Kelner, butelkË koniaku!
- Po co butelkË? - zapyta? Pawor.
- ?eby starczy?o dla wszystkich.
- Znowu wywo?a pan jaki? skandal.
- Niech pan przestanie, Pawor - powiedzia? Wiktor. - Abstynent siË
znalaz?.
- Nie jestem abstynentem - zaprotestowa? Pawor. - LubiË wypiÖ i nigdy
nie przepuszczam okazji, ?eby wypiÖ, jak zresztNo przysta?o na prawdziwego
mË?czyznË. Ale nie rozumiem, po co siË upijaÖ. A ju? zupe?nie nie rozumiem,
po co upijaÖ siË co wieczÕr.
- On tu znowu jest - oznajmi? z rozpaczNo R. Kwadryga. - I kiedy tylko
zdNo?y??
- Nie bËdziemy siË upijaÖ - odpar? Wiktor rozlewajNoc wszystkim koniak.
- Po prostu wypijemy. Jak to robi w tej chwili po?owa narodu. Druga po?owa
upija siË, no i BÕg z niNo, a my po prostu sobie wypijemy.
- I na tym w?a?nie wszystko polega - stwierdzi? Pawor. - Kiedy kraj
tonie w wÕdzie, i to nie tylko kraj, ale ca?y ?wiat, ka?dy przyzwoity
cz?owiek powinien zachowaÖ zdrowy rozsNodek.
- Pan uwa?a nas za przyzwoitych ludzi? - zapyta? Golem.
- W ka?dym razie za kulturalnych.
- Moim zdaniem - rzek? Wiktor - kulturalni ludzie majNo znacznie wiËcej
powodÕw, ?eby siË upijaÖ ni? niekulturalni.
- Mo?liwe - zgodzi? siË Pawor. - Jednak?e cz?owiek kulturalny jest
obowiNozany trzymaÖ siË w ryzach. Kultura zobowiNozuje... My tu na przyk?ad
siedzimy ka?dego wieczora, rozmawiamy, pijemy, gramy w ko?ci. A czy kto? z
nas przez ca?y ten czas powiedzia? co? je?eli nawet nie mNodrego, to
chocia?by na serio? ?miechy, ?arciki - ... wy?Nocznie ?arty i ?miechy.
- A po co - serio? - zapyta? Golem.
- A po to, ?e wszystko leci w przepa?Ö, a my siË ?miejemy i ?artujemy.
Ucztujemy w czasie zarazy. Moim zdaniem, panowie, to wstyd.
- No dobrze, Pawor - stwierdzi? ugodowo Wiktor. - Niech pan powie co?
serio. Mo?e nie byÖ mNodre, ale chocia?by na serio.
- Nie ?yczË sobie niczego na serio - zakomunikowa? R. Kwadryga. -
Pijawki. SËpy. Tfu!
- Cicho - powiedzia? mu Wiktor. - ?pij jak ci dobrze... S?usznie,
Golem, porozmawiajmy chocia? raz o czym? powa?nym. Pawor, niech pan zaczyna
i opowie nam o przepa?ci.
- Znowu pan ?artuje? - zapyta? Pawor z goryczNo.
- Nie - odpar? Wiktor. - S?owo honoru, nie ?artujË. ByÖ mo?e jestem
ironiczny. Ale to dlatego, ?e przez ca?e swoje ?ycie s?ucham gadania o
przepa?ciach. Wszyscy powtarzajNo, ?e ludzko?Ö stoi nad przepa?ciNo, ale
udowodniÖ tego nikt nie potrafi. A kiedy przychodzi do konkretÕw, okazuje
siË, ?e ten ca?y filozoficzny pesymizm jest wynikiem k?opotÕw rodzinnych,
lub braku ?rodkÕw finansowych...
- Nie - powiedzia? Pawor. - Nie... Ludzko?Ö stoi nad przepa?ciNo,
poniewa? ludzko?Ö zbankrutowa?a.
- Brak ?rodkÕw finansowych - wymamrota? Golem.
Pawor zignorowa? go. Pochyli? g?owË i mÕwi? patrzNoc spode ?ba
zwracajNoc siË wy?Nocznie do Wiktora.
- Ludzko?Ö zbankrutowa?a biologicznie - wskañnik urodzeÓ jest coraz
ni?szy, wzrasta czËstotliwo?Ö raka, niedorozwÕj, nerwice, ludzie stajNo siË
narkomanami. Po?ykajNo setki hektolitrÕw alkoholu, nikotyny, po prostu
narkotykÕw, poczNowszy od haszyszu i kokainy, a skoÓczywszy na LSD. Po
prostu degenerujemy siË. NaturalnNo przyrodË zniszczyli?my, a sztuczna
zniszczy nas. Dalej. Zbankrutowali?my ideologicznie - roztrzNosali?my
wszystkie systemy filozoficzne, i wszystkie zdyskredytowali?my,
wyprÕbowali?my wszystkie mo?liwe rodzaje moralno?ci i etyki, ale
pozostali?my tak samo amoralnymi bydlakami jak troglodyci. Ale
najstraszniejsze jest to, ?e ca?a ta szara ludzka masa w naszych czasach
jest rÕwnie ?ajdacka, jak zawsze by?a. Nieustannie pragnie i domaga siË
bogÕw, wodzÕw i porzNodku, i za ka?dym razem, kiedy otrzymuje bogÕw, wodzÕw
i porzNodek, jest niezadowolona, poniewa? tak naprawdË niczego jej nie
trzeba ani bogÕw, ani porzNodku, tylko chaosu, anarchii, chleba i igrzysk.
Teraz spËtana jest ?elaznNo konieczno?ciNo otrzymywania co tydzieÓ koperty z
wyp?atNo, ale ta konieczno?Ö jest jej wstrËtna, wiËc ucieka od niej ka?dego
wieczora w alkohol i narkotyki. ZresztNo diabli z niNo, z tNo kupNo
gnijNocego gÕwna, ktÕre cuchnie ju? dziewiËÖ tysiËcy lat i do niczego innego
siË nie nadaje - mo?e tylko ?mierdzieÖ i cuchnNoÖ. Straszne jest co innego -
rozk?ad ogarnia i nas, ludzi z du?ej litery, prawdziwe osobowo?ci. Widzimy
ten rozk?ad i wydaje siË nam, ?e nas on nie dotyczy, ale przecie? i nas
zatruwa beznadziejno?ciNo, os?abia naszNo wolË, powoli wch?ania... A do tego
nowe przekleÓstwo - demokratyczne wychowanie: egalite, fraternite, wszyscy
ludzie sNo braÖmi, wszyscy ulepieni z tej samej gliny... Nieustannie
uto?samiamy siË z mot?ochem, i mamy do siebie pretensjË, je?li przypadkiem
odkrywamy, ?e jeste?my od niego mNodrzejsi, ?e mamy inne potrzeby, inne cele
w ?yciu. Pora to zrozumieÖ i wyciNognNoÖ wnioski - pora siË ratowaÖ.
- Pora siË napiÖ - oznajmi? Wiktor. Ju? ?a?owa?, ?e zgodzi? siË na
powa?nNo rozmowË z inspektorem sanitarnym. Na Pawora nieprzyjemnie by?o
patrzeÖ. Za bardzo siË gorNoczkowa?, zaczNo? nawet zezowaÖ. Wypad? z roli, a
jak wszyscy apologeci przepa?ci mÕwi? straszliwe bana?y. A? prosi?o siË,
?eby mu powiedzieÖ - niech siË pan przestanie kompromitowaÖ, Pawor, lepiej
niech pan siË ustawi profilem i ironicznie u?miechnie.
- To wszystko, co mi pan ma do powiedzenia? - zapyta? Pawor.
- MogË jeszcze daÖ panu radË. WiËcej ironii, Pawor. Niech siË pan tak
nie gorNoczkuje. I tak nic pan nie mo?e zrobiÖ. A nawet gdyby pan mÕg?, to
nie wiedzia?by pan co mianowicie.
Power u?miechnNo? siË ironicznie.
- A w?a?nie, ?e akurat wiem - powiedzia?.
- No?
- Jest tylko jeden sposÕb, ?eby powstrzymaÖ rozk?ad.
- Wiemy, wiemy - lekkomy?lnie powiedzia? Wiktor - w?o?yÖ wszystkim
idiotom z?ote koszule i kazaÖ im maszerowaÖ. Ca?a Europa pod stopami. To ju?
by?o.
- Nie - powiedzia? Pawor. - To tylko odroczenie. A wyj?cie jest jedno -
zlikwidowaÖ masË.
- Jest pan dzisiaj w wy?mienitym nastroju - powiedzia? Wiktor.
- ZlikwidowaÖ dziewiËÖdziesiNot procent ludno?ci - ciNognNo? Pawor. -
ByÖ mo?e nawet dziewiËÖdziesiNot piËÖ. Masy wype?ni?y swoje przeznaczenie -
zrodzi?y kwiat ludzko?ci, twÕrcÕw cywilizacji. Teraz sNo martwe jak zgni?a
bulwa kartofla, ktÕra da?a ?ycie ro?linie. A kiedy trup zaczyna gniÖ, to
znaczy, ?e pora go pogrzebaÖ.
- O Bo?e - powiedzia? Wiktor - i to wszystko z powodu kataru i dlatego,
?e nie dajNo panu przepustki do leprozorium? Albo mo?e k?opoty rodzinne?
- Niech pan nie udaje g?upiego - powiedzia? Pawor. - Dlaczego nie chce
pan zastanowiÖ siË nad sprawami, o ktÕrych panu ?wietnie wiadomo? Z jakiego
powodu ulegajNo degeneracji najwspanialsze idee? Z powodu tËpoty mas. Z
jakiego powodu mamy wojny, chaos i inne obrzydliwo?ci? Z powodu tËpoty mas,
ktÕre wybierajNo rzNody godne siebie. Z jakiego powodu Z?oty Wiek jest
rÕwnie odleg?y jak w czasie stworzenia Ziemi? Z powodu obskurantyzmu mas. W
zasadzie Hitler mia? s?uszno?Ö, pod?wiadomNo s?uszno?Ö, czu?, ?e na ?wiecie
jest wielu zbytecznych. Ale by? z krwi i ko?ci mot?ochu, wiËc wszystko
zepsu?. G?upie by?o likwidowanie wed?ug przynale?no?ci rasowej. A poza tym
nie mia? w dyspozycji odpowiednich ?rodkÕw masowej zag?ady.
- A wed?ug jakich cech pan zamierza przeprowadziÖ selekcjË? - zapyta?
Wiktor.
- Wed?ug nijako?ci - odpar? Pawor. - Je?li cz?owiek jest przeciËtny,
nijaki, to znaczy ?e go nale?y zlikwidowaÖ.
- A kto bËdzie decydowaÖ, czy cz?owiek jest przeciËtny, czy nie?
- Niech pan siË nie martwi, to sNo szczegÕ?y. Ja panu formu?ujË zasadË,
a kto, co i jak - to sNo szczegÕ?y.
- A po co kombinuje pan z burmistrzem? - zapyta? Wiktor, ktÕrego Pawor
znudzi?.
- To znaczy?
- Na diab?a panu ten proces? Rozmienia siË pan na drobne, Pawor! Zawsze
tak koÓczycie, wy, nadludzie. Zamierzacie przebudowaÖ ?wiat, nie zgadzacie
siË na mniej ni? trzy miliardy trupÕw, a tymczasem albo martwicie siË o
stanowisko, albo leczycie trypra, albo za niewielkie wynagrodzenie pomagacie
marnym kanciarzom za?atwiaÖ ich ciemne sprawy.
- Mo?e jednak trochË ostro?niej na zakrËtach - powiedzia? Pawor. WidaÖ
by?o, ?e jest straszliwie w?ciek?y. - Przecie? pan sam jest tylko pijakiem i
nierobem...
- Ale przynajmniej nie organizujË dËtych procesÕw politycznych i nie
zamierzam przebudowaÖ ?wiata.
- Tak - oznajmi? Pawor. - Pan nawet do tego nie jest zdolny, Baniew.
Pan to przecie? zaledwie bohema, czyli krÕtko mÕwiNoc, ?ajdak, tani
opozycjonista, wichrzyciel i gÕwno. Sam pan nie wie czego chce, i robi pan
tylko to, czego chcNo od pana. DogadzajNoc gustom ?ajdakÕw podobnych sobie,
wyobra?a pan sobie, ?e jest wolnym artystNo, co to rusza z posad ?wiat, a
nie po prostu obrzydliwym wierszokletNo z tych, co to piszNo na ?cianach
publicznych szaletÕw.
- To prawda - zgodzi? siË Wiktor. - Szkoda tylko, ?e nie powiedzia? pan
tego wcze?niej. Musia?em pana obraziÖ, ?eby to us?yszeÖ. No i wynika z tego,
?e jest pan nikczemnym typkiem, Pawor. Jednym z wielu. I je?li bËdNo
likwidowaÖ, to pana te? zlikwidujNo. Na podstawie przeciËtno?ci.
FilozofujNocy inspektor sanitarny? Do pieca z nim!
Ciekawe, jak my wyglNodamy z boku, pomy?la?. Pawor jest odra?ajNocy. Co
za u?mieszek! Co mu siË dzisiaj sta?o? Kwadryga?pi, co mu tam k?Õtnie, masy
i ca?a ta filozofia... A Golem rozwali? siË w fotelu niczym w teatrze,
kieliszek w palcach, rËka za oparciem, czeka, kto mu przy?o?y. Jako? Pawor
trochË za d?ugo milczy. ArgumentÕw szuka, czy co?
- No dobrze - rzek? w koÓcu Pawor. - Porozmawiali?my i wystarczy.
U?mieszek znik? mu z twarzy, i oczy mia? znowu jak sturmbahnfuhrer.
Rzuci? banknot na stÕ?, dopi? koniak i odszed? bez po?egnania. Wiktor poczu?
przyjemne rozczarowanie.
- Jednak jak na pisarza fatalnie zna siË pan na ludziach - oznajmi?
Golem.
- To nie moja rzecz - lekko powiedzia? Wiktor. - Niech na ludziach
znajNo siË psychologowie i departament bezpieczeÓstwa. Moja rzecz, to
wychwytywanie tendencji zaostrzonNo wra?liwo?ciNo artysty... A w zwiNozku z
czym pan to powiedzia?? Znowu: "Wiktor, niech pan przestanie brzdNokaÖ"?
- Uprzedza?em - niech pan nie zaczepia Pawora.
- Co u diab?a? - zaprotestowa? Wiktor - po pierwsze, wcale go nie
zaczepia?em, tylko on mnie zaczepi?. A po drugie to ?winia. Czy pan wie, ?e
Pawor pomaga burmistrzowi, ktÕry chce pana przymknNoÖ?
- Domy?lam siË.
- I nie jest pan zaniepokojony?
- Nie. MajNo za krÕtkie rËce. To znaczy burmistrz ma za krÕtkie rËce. I
sNod.
- A Pawor?
- A Pawor ma rËce d?ugie - powiedzia? Golem. - I dlatego niech pan
przestanie przy nim brzdNokaÖ. Widzi pan przecie?, ?e ja przy nim nie
brzdNokam.
- Ciekawe, przy kim pan brzdNoka? - mruknNo? Wiktor.
- Czasami brzdNokam przy panu. Mam do pana s?abo?Ö. ProszË mi nalaÖ
koniaku.
- Z przyjemno?ciNo - Wiktor nala?. - Mo?e obudzimy KwadrygË? Co on
sobie my?li, nawet nie broni? mnie przed Faworem.
- Nie, nie trzeba go budziÖ. Lepiej porozmawiajmy. Po co pan siË w to
miesza? Kto pana prosi? o porywanie ciË?arÕwki?
- Tak mi siË spodoba?o - oznajmi? Wiktor - To ?wiÓstwo, ?eby aresztowaÖ
ksiNo?ki. A oprÕcz tego zdenerwowa? mnie burmistrz. To by? zamach na mojNo
wolno?Ö. Zawsze, kiedy kto? prÕbuje dokonaÖ zamachu na mojNo wolno?Ö,
zmieniam siË w chuligana... A nawiasem mÕwiNoc, Golem, czy genera? Pferd
wstawi siË za mnNo u burmistrza?
- Genera? Pferd kicha na pana razem z burmistrzem - odpar? Golem. - Ma
wiËksze zmartwienia.
- No to proszË mu powiedzieÖ, ?eby siË za mnNo wstawi?. Bo inaczej
napiszË pogromowy artyku? przeciwko waszemu leprozorium: o tym jak
wykorzystujecie krew chrze?cijaÓskich niemowlNot w celu leczenia
okularniczej choroby. My?li pan, ?e nie wiem, po co mokrzaki zwabiajNo
dzieci? Oni, po pierwsze, wysysajNo z nich krew, a po drugie, deprawujNo je.
OkryjË was haÓbNo przed ca?ym ?wiatem. Krwiopijca i zboczeniec pod maskNo
lekarza. - Wiktor stuknNo? siË z Goleniem i wypi?. - Bez ?artÕw, mÕwiË
powa?nie. Burmistrz zmusza mnie do napisania takiego artyku?u. Pan,
oczywi?cie, rÕwnie? o tym wie.
- Nie - stwierdzi? Golem. - Ale to niewa?ne.
- Jak widzË, dla pana wszystko jest niewa?ne - powiedzia? Wiktor. -
Ca?e miasto jest przeciwko panu - niewa?ne. ChcNo pana oddaÖ pod sNod -
niewa?ne. Inspektora sanitarnego Pawora irytuje paÓskie zachowanie -
niewa?ne. A mo?e genera? Pferd to pseudonim pana Prezydenta? A propos, czy
ten wszechpotË?ny genera? wie, ?e pan jest komunistNo?
- A dlaczego irytuje siË pisarz Baniew? - spokojnie zapyta? Golem. -
Tylko niech pan tak nie wrzeszczy, Teddy siË oglNoda.
- Teddy to nasz cz?owiek - wyja?ni? Wiktor. - On zresztNo te? jest
zirytowany - myszy mu ?yÖ nie dajNo. - Wiktor zmarszczy? brwi i zapali?
papierosa. - ChwileczkË, o co mnie pan pyta??... A, tak. Jestem zirytowany
dlatego, ?e nie wpu?ci? mnie pan do leprozorium. A ja przecie? zachowa?em
siË bardzo szlachetnie. Powiedzmy nawet, ?e g?upio, ale ka?dy szlachetny
uczynek jest g?upi. A jeszcze przed tym nios?em mokrzaka na plecach.
- I bi? siË pan w jego obronie - doda? Golem.
- O w?a?nie. Bi?em siË.
- Z faszystami - powiedzia? Golem.
- W?a?nie z faszystami.
- A przepustkË pan ma? - zapyta? Golem.
- PrzepustkË... Pawora te? nie wpuszczacie i on na moich oczach
przemieni? siË w demofoba.
- Tak, Faworowi tu siË nie wiedzie - przytaknNo? Golem. - W?a?ciwie
jest zdolnym funkcjonariuszem, ale tutaj nic mu nie wychodzi. WciNo? czekam,
kiedy wreszcie zacznie pope?niaÖ g?upstwa. Zdaje siË, ?e ju? zaczyna.
Doktor R. Kwadryga podniÕs? rozkud?anNo g?owË i rzek?:
- Mocno. WejdË tam, a potem siË zobaczy. Dach wybijË - Jego g?owa znowu
ze stukiem upad?a na stÕ?.
- MiËdzy nami, Golem - zapyta? Wiktor zni?ajNoc g?os. - To prawda, ?e
jest pan komunistNo?
- O ile pamiËtam, partia komunistyczna jest u nas zakazana - zauwa?y?
Golem.
- O Bo?e - powiedzia? Wiktor. - A jaka partia u nas nie jest zakazana?
Przecie? nie o partiË pytam, tylko o pana...
- Ja, jak pan widzi jestem dozwolony - oznajmi? Golem.
- ZresztNo, jak pan sobie chce - stwierdzi? Wiktor. - Mnie tam wszystko
jedno. Ale burmistrz... ZresztNo, burmistrza ma pan gdzie?. Ale je?eli to
dojdzie do genera?a Pferda...
- Ale my mu przecie? nie powiemy - konfidencjonalnie szepnNo? Golem. -
Po co genera?owi zawracaÖ g?owË drobiazgami? Genera? wie, ?e jest
leprozorium, a w leprozorium jaki? Golem, jakie? mokrzaki - no i wystarczy.
- Dziwny genera? - rzek? z zadumNo Wiktor. - Genera? od leprozorium. A
nawiasem mÕwiNoc, z powodu mokrzakÕw ju? nied?ugo czekajNo go spore
nieprzyjemno?ci, CzujË to nadwra?liwym instynktem artysty. W naszym mie?cie
mokrzaki sta?y siË po prostu pËpkiem ?wiata.
- Gdyby tylko w mie?cie - powiedzia? Golem.
- A co chodzi? Przecie? to tylko chorzy ludzie. I nawet, zdaje siË, nie
sNo zarañliwi.
- Niech pan nie bËdzie taki chytry. Wiktor. ?wietnie pan wie, ?e to nie
sNo zwyczajnie chorzy ludzie. Nawet zarañliwi nie sNo tak zwyczajnie.
- To znaczy?
- To znaczy, ?e na przyk?ad Teddy nie mo?e siË od nich zaraziÖ. I
burmistrz nie mo?e, nie mÕwiNoc ju? o policmajstrze. A kto? inny - mo?e.
- Na przyk?ad pan.
- Ja te? nie mogË. Ju?.
- A ja?
- Nie wiem. ZresztNo, to tylko moja hipoteza. Niech pan nie zwraca
uwagi.
- Nie zwracam - smutnie powiedzia? Wiktor. - A co jeszcze jest w nich
niezwyk?ego?
- Co jest w nich niezwyk?ego - powtÕrzy? Golem. - Sam pan mÕg?
zauwa?yÖ, ?e wszyscy ludzie dzielNo siË na trzy wielkie grupy. Dok?adniej,
na dwie du?e i jednNo ma?No.... SNo ludzie, ktÕrzy nie mogNo ?yÖ bez
przesz?o?ci, cali sNo w przesz?o?ci mniej lub bardziej odleg?ej. ?yjNo
tradycjNo, obyczajem, przykazaniami, czerpiNo z przesz?o?ci rado?Ö i
przyk?ad. Powiedzmy jak pan prezydent. Co by on poczNo?, gdyby?my nie mieli
naszej wielkiej przesz?o?ci? Do czego by siË odwo?ywa? i w ogÕle skNod by
siË wziNo?? NastËpnie sNo ludzie, ktÕrzy ?yjNo terañniejszo?ciNo, i nawet
s?yszeÖ nie chcNo ani o przesz?o?ci ani o przysz?o?ci, i nic ich nie
obchodzi ani przesz?o?Ö, ani przysz?o?Ö. Jak na przyk?ad pan. Wszystkie
wyobra?enia o przesz?o?ci zepsu? panu prezydent, w jakNokolwiek przesz?o?Ö
by pan zajrza?, zawsze zobaczy pan wy?Nocznie prezydenta. Je?eli za? chodzi
o przysz?o?Ö, to nie ma pan o niej zielonego wyobra?enia, i na moje oko boi
siË pan mieÖ... No i wreszcie sNo ludzie, ktÕrzy ?yjNo przysz?o?ciNo. Po
przesz?o?ci nie oczekujNo, i zupe?nie s?usznie, niczego dobrego, a
terañniejszo?Ö to dla nich wy?Nocznie materia?, z ktÕrego budujNo
przysz?o?Ö, surowiec. .. ZresztNo tak naprawdË, oni ju? ?yjNo w
przysz?o?ci... na wysepkach przysz?o?ci, ktÕre powstajNo doko?a nich w
czasie terañniejszym... - Golem u?miechajNoc siË jako? dziwnie, wzniÕs? oczy
do sufitu. - Oni sNo mNodrzy - powiedzia? z czu?o?ciNo. - SNo diabelnie
mNodrzy w odrÕ?nieniu od wiËkszo?ci ludzi. Wszyscy co do jednego
utalentowani, Wiktorze. Ich pragnienia sNo dziwne, a zwyczajnych pragnieÓ w
ogÕle nie majNo.
- Zwyczajne pragnienia - to na przyk?ad kobiety...
- W pewnym sensie - tak...
- WÕdka, igrzyska?
- Bez wNotpienia.
- Straszna choroba - stwierdzi? Wiktor - ja nie chcË... ZresztNo dalej
nie rozumiem... Nic nie rozumiem. No, to ?e mNodrych ludzi wsadza siË za
druty kolczaste - to oczywi?cie rozumiem. Ale dlaczego ich siË wypuszcza, a
do nich nie wpuszcza...
- A mo?e to nie oni siedzNo za drutem kolczastym, tylko pan? Wiktor
u?miechnNo? siË.
- ChwileczkË - powiedzia?. - To jeszcze nie wszystko, czego nie
rozumiem. Co tu na przyk?ad robi Pawor? Mnie siË nie wpuszcza - zgoda,
jestem cz?owiekiem postronnym. Ale przecie? kto? musi sprawdziÖ stan
bielizny po?cielowej i wychodkÕw? Mo?e macie tam antysanitarne warunki?
- A je?eli interesujNo go wcale nie warunki sanitarne? Speszony Wiktor
popatrzy? na Golema.
- Znowu pan ?artuje? - zapyta?.
- Znowu nie - odpowiedzia? Golem.
- WiËc kto to jest wed?ug pana - szpieg?
- Szpieg to zbyt ogÕlnikowe pojËcie - zaprotestowa? Golem.
- ChwileczkË - rzek? Wiktor. - ProszË mÕwiÖ wprost. Kto otoczy?
leprozorium drutem i postawi? ?o?nierzy.
- Och, ten drut kolczasty - westchnNo? Golem. - Ile ubraÓ na nim
porwano, a ?o?nierze bez przerwy chorujNo na biegunkË. Wie pan, jakie jest
najlepsze lekarstwo na biegunkË? TytoÓ z portweinem, a raczej portwein z
tytoniem.
- Dobra - powiedzia? Wiktor. - To znaczy genera? Pferd. Aha... -
powiedzia? - i ten m?ody cz?owiek z teczkNo... A wiËc to tak! To znaczy, ?e
to jest normalny wojskowy instytut naukowy. Jasne... A Pawor, znaczy siË,
nie jest wojskowym. Z innego, znaczy siË, resortu. Albo byÖ mo?e, to nie
nasz szpieg, tylko zagraniczny?
- Niech BÕg broni! - zaprotestowa? Golem ze zgrozNo. - Tego nam jeszcze
brakowa?o!
- Tak... A czy on wie, kim jest ten facet z teczkNo?
- My?lË, ?e tak - stwierdzi? Golem.
- A ten facet wie, kim jest Pawor?
- My?lË, ?e nie - stwierdzi? Golem.
- Pan mu nic nie powiedzia??
- A co mnie to obchodzi?
- I genera?owi te? pan nie powiedzia??
- Nawet mi do g?owy nie przysz?o.
- To niesprawiedliwe - oznajmi? Wiktor. - Trzeba powiedzieÖ.
- Niech pan pos?ucha, Wiktor - powiedzia? Golem. - Tylko dlatego
pozwoli?em panu gadaÖ na ten temat, ?eby pan siË przestraszy? i przesta?
pchaÖ palce w cudze drzwi. Nie jest to do niczego potrzebne. I tak jest pan
ju? namierzony, mogNo pana uciszyÖ i to tak, ?e nawet nie zdNo?y siË pan
zdziwiÖ.
- Mnie akurat jest ?atwo wystraszyÖ - rzek? Wiktor z westchnieniem. -
Jestem wystraszony od dziecka. Ale pomimo wszystko nie mogË zrozumieÖ -
czego oni wszyscy chcNo od mokrzakÕw?
- Jacy - oni? - zmËczonym g?osem zapyta? z wyrzutem Golem.
- Pawor. Pferd. Facet z teczkNo. Te wszystkie krokodyle.
- Bo?e - odpar? Golem. - No, czego w naszych czasach mogNo chcieÖ
krokodyle od mNodrych i utalentowanych ludzi? Za to ja nie rozumiem, czego
pan od nich chce. Po co pan siË wtrNoca w to wszystko? Ma?o panu w?asnych
k?opotÕw? Ma?o panu prezydenta?
- Du?o - odpowiedzia? Wiktor. - PotNod.
- No i ?wietnie. Niech pan jedzie do sanatorium, weñmie ze sobNo ryzË
papieru... MogË panu podarowaÖ maszynË do pisania, chce pan?
- Ja piszË starym systemem - odrzek? Wiktor. - Jak Hemingway.
- No i ?wietnie. PodarujË panu ogryzek o?Õwka. ProszË pracowaÖ, kochaÖ
DianË. Mo?e jeszcze daÖ panu fabu?Ë? Mo?e pan siË ju? wypisa??
- Fabu?y rodzNo siË z tematu - dostojnie oznajmi? Wiktor. - A ja
studiujË ?ycie.
- ProszË bardzo - powiedzia? Golem. - Niech pan studiuje ?ycie, ile
dusza zamarzy. Tylko niech siË pan nie wtrNoca do procesÕw.
- To niemo?liwe - o?wiadczy? Wiktor. - PrzyrzNod w nieunikniony sposÕb
wp?ywa na obraz eksperymentu. Czy?by pan zapomnia? o prawach fizyki?
Przecie? my obserwujemy nie ?wiat jako taki, tylko ?wiat plus wp?yw
obserwatora.
- Ju? raz dosta? pan kastetem po g?owie, a nastËpnym razem mogNo pana
zwyczajnie zastrzeliÖ.
- No - powiedzia? Wiktor. - Po pierwsze, byÖ mo?e wcale nie kastetem,
tylko ceg?No. A po drugie - czy ma?o jest miejsc, w ktÕrych mo?na dostaÖ po
g?owie? W ka?dej chwili mogNo mnie wrobiÖ, wiËc co - mam nie wychodziÖ z
pokoju?
Goleni przygryz? dolnNo wargË. Mia? ?Õ?te, koÓskie zËby.
- Niech pan pos?ucha, przyrzNodzie - oznajmi?. - WtrNoci? siË pan wtedy
w eksperyment najzupe?niej przypadkowo - i z miejsca dosta? pan po g?owie.
Je?li teraz wtrNoci siË pan ?wiadomie...
- Nie wtrNoca?em siË w ?aden eksperyment - zaprzeczy? Wiktor. - Szed?em
sobie spokojnie do Loli i nagle widzË...
- Idiota - stwierdzi? Golem. - Idzie sobie i widzi. Trzeba by?o przej?Ö
na drugNo stronË, wymÕ?d?ona gapo!
- Dlaczego ni stNod ni zowNod mia?bym przechodziÖ na drugNo stronË?
- A dlatego, ?e jeden paÓski dobry znajomy zajmowa? siË akurat
wype?nianiem swoich bezpo?rednich obowiNozkÕw, a pan tam wlaz? jak baran.
Wiktor wyprostowa? siË.
- Jaki znowu mÕj dobry znajomy? Tam nie by?o ani jednego znajomego.
- Znajomy znalaz? siË z ty?u, z kastetem. Ma pan znajomych z kastetami?
Wiktor jednym haustem dopi? swÕj koniak. Ze zdumiewajNocNo
wyrazisto?ciNo przypomnia? sobie - Pawor, z czerwonym zagrypionym nosem,
wyjmuje z kieszeni chusteczkË i kastet ze stukiem spada na pod?ogË - ciË?ki,
matowy, porËczny.
- Wykluczone - zaprotestowa? Wiktor i odkaszlnNol. - Zawracanie g?owy.
Pawor nie mÕg?...
- Nie wymienia?em ?adnych nazwisk - zastrzeg? siË Golem. Wiktor po?o?y?
rËce na stole i popatrzy? na swoje zaci?niËte piË?ci.
- Co majNo z tym wspÕlnego jego bezpo?rednie obowiNozki? - zapyta?.
- Najwidoczniej komu? potrzebny by? ?ywy mokrzak. Kidnaping.
- A ja w tym przeszkodzi?em?
- PrÕbowa? pan przeszkodziÖ.
- To znaczy, ?e oni go jednak porwali?
- I wywieñli. Mo?e pan dziËkowaÖ Bogu, ?e nie zabrali i pana - w celu
unikniËcia przeciekÕw informacji. Ich przecie? nie interesujNo losy
literatury.
- To znaczy, ?e Pawor... - wolno powiedzia? Wiktor.
- ?adnych nazwisk - surowo przypomnia? Golem.
- Sukinsyn - stwierdzi? Wiktor. - Dobra, jeszcze zobaczymy... A po co
by? im potrzebny mokrzak?
- Jak to - po co? Informacja... SkNod wziNoÖ informacjË? Sam pan wie -
druty kolczaste, ?o?nierze, genera? Pferd...
- To znaczy, ?e teraz go przes?uchujNo? - zapyta? Wiktor. Golem d?ugo
milcza?. Potem rzek?:
- On nie ?yje.
- Zat?ukli go?
- Nic. przeciwnie - Golem znowu zamilk?. - To ba?wany. Nie pozwalali mu
czytaÖ, wiËc umar? z g?odu.
Wiktor szybko popatrzy? na niego. Golem u?miecha? siË smutnie. Albo
p?aka?. Wiktor poczu? nag?e przera?enie i ?a?o?Ö, duszNocNo ?a?o?Ö.
Przygas?o ?wiat?o stojNocej lampy. By?o to podobne do ataku serca. Wiktorowi
zabrak?o powietrza i z trudem rozluñni? wËze? krawata. Bo?e mÕj, pomy?la?,
jaka? to kanalia, co za szubrawiec, bandyta, zimny morderca.. a po tym
wszystkim, po godzinie, umy? rËce, uperfumowa? siË, wstËpnie obliczy?, ile
bËdzie warta wdziËczno?Ö zwierzchnikÕw, siedzia? obok, pi? ze mnNo jak z
kolegNo, ?ajdak, ?ga?, ?mia? siË ze mnie w ku?ak, szydzi?, a kiedy siË
odwraca?em, sam do siebie puszcza? oko, potem za? wspÕ?czujNoco pyta? jak
tam moja g?owa... Niby przez czarnNo mg?Ë Wiktor widzia?, jak doktor R.
Kwadryga powoli podniÕs? g?owË, rozciNoga? w bezg?o?nym krzyku spierzch?e
wargi i zaczNo? konwulsyjnie macaÖ dr?Nocymi rËkami po obrusie jak ?lepy.
Oczy mia? jak ?lepiec, kiedy potrzNosa? g?owNo i wciNo? krzycza?, i
krzycza?, a Wiktor nic nie s?ysza?... Dobrze mi tak, sam jestem gÕwno,
nikomu niepotrzebny, ma?y cz?owiek, po mordzie mnie, butem, trzymajNoc przy
tym za rËce, nie pozwalaÖ mi siË obetrzeÖ, na jakiego diab?a jestem komu?
potrzebny, trzeba by?o biÖ jeszcze mocniej, ?ebym ju? nie wsta?. a ja jak
przez sen, piË?ci z waty, i Bo?e mÕj, po jakiego diab?a ja w ogÕle ?yjË, po
jakiego diab?a ?yjNo wszyscy, przecie? to takie proste, podej?Ö z ty?u i
rNobnNoÖ w g?owË ?elazem, i nic siË nie zmieni, nic na ?wiecie siË nie
zmieni, tysiNoc kilometrÕw stNod, w tej samej sekundzie, urodzi? siË taki
sam szubrawiec... T?usta twarz Golema obrzmia?a jeszcze bardziej i
poczerwienia?a do ciemnej szczeciny, oczy mu zap?onË?y. Le?a? nieruchomo w
fotelu jak buk?ak ze zje?cza?No oliwNo, porusza?y siË tylko palce, kiedy
powoli bra? kieliszek za kieliszkiem, bezdñwiËcznie od?amywa? nÕ?kË,
wypuszcza? i znowu bra?, znowu ?ama? i wypuszcza?... Nikogo nie kocham, nie
mogË pokochaÖ Diany, ma?o z kim sypiam, spaÖ wszyscy umiejNo, ale czy mo?na
kochaÖ kobietË, ktÕra ciebie nie kocha, a kobieta nie mo?e kochaÖ, kiedy ty
jej nie kochasz, i tak wszystko siË krËci w przeklËtym, nieludzkim kole, tak
jak krËci siË ?mija, jak goni za swoim w?asnym ogonem, jak zwierzËta
kopulujNo i uciekajNo od siebie, tylko ?e zwierzËta nie wymy?lajNo s?Õw i
nie uk?adajNo wierszy, tylko po prostu kopulujNo i uciekajNo od siebie... A
Teddy p?aka? oparty ?okciami o ladË baru, opar? ko?cisty podbrÕdek na
ko?cistych piË?ciach, jego ?ysa g?owa szafranowe l?ni?a pod lampNo, a po
zapadniËtych policzkach nieustannie p?ynË?y ?zy i te? l?ni?y pod lampNo... A
wszystko dlatego, ?e jestem gÕwnem, a nie pisarzem, jaki ze mnie u diab?a
pisarz, je?li nienawidzË pisania, je?li pisanie to dla mnie mËka, wstydliwe,
nieprzyjemne zajËcie, co? w rodzaju bolesnego fizjologicznego wyprÕ?nienia,
co? w rodzaju biegunki, w rodzaju wyciskania ropy z wrzodzianki, nienawidzË,
strach pomy?leÖ, ?e bËdË musia? to robiÖ przez ca?e ?ycie, ?e ju? jestem
skazany, ?e teraz ju? mnie nie zwolniNo, tylko wciNo? bËdNo siË domagaÖ -
daj, daj i ja bËdË dawaÖ, ale teraz nie mogË, nawet my?leÖ o tym nie mogË,
bo zwymiotujË. .. Bol-Kunac sta? za plecami R. Kwadrygi i patrzy? na
zegarek, smuk?y, mokry, z mokrNo, ?wie?No twarzNo o przepiËknych ciemnych
oczach i wia?o od niego, rozrywajNoc gËstNo gorNocNo duchotË, rze?kim
zapachem - zapachem trawy i ñrÕdlanej wody, zapachem lilii, s?oÓca i konikÕw
polnych nad jeziorem... I ?wiat powrÕci?. Tylko jakie? niejasne wspomnienie,
albo odczucie, czy mo?e wspomnienie odczucia znika?o za zakrËtem - czyj?
rozpaczliwy, zamilk?y nagle krzyk, niepojËty zgrzyt, brzËk, chrzËst szk?a...
Wiktor obliza? wargi i siËgnNo? po butelkË. Doktor R. Kwadryga le?Noc
g?owNo na obrusie chrypia? i mamrota?: "Nic nie trzeba. Ukryjcie mnie. Niech
ich..." Zatroskany Golem zmiata? ze sto?u kawa?ki szk?a. Bol-Kunac
powiedzia?:
- Przepraszam bardzo, ale przynios?em panu list - po?o?y? przed Golemem
kopertË i znowu spojrza? na zegarek. - DzieÓ dobry panu, panie Baniew -
rzek?.
- Dobry wieczÕr - odpowiedzia? Wiktor nalewajNoc sobie koniaku.
Golem uwa?nie czyta? list. Teddy za ladNo ha?a?liwie wyciera? nos
wielkNo, kraciastNo chustkNo.
- Pos?uchaj, Bol-Kunac - powiedzia? Wiktor. - Czy widzia?e?, kto mnie
wtedy uderzy??
- Nie - odpar? Bol-Kunac, patrzNoc mu w oczy.
- Jak to - nie? - zapyta? Wiktor i zachmurzy? siË.
- Sta? do mnie plecami - wyja?ni? Bol-Kunac.
- Ty go znasz - stwierdzi? Wiktor. - Kto to by??
Golem wyda? z siebie nieokre?lony dñwiËk. Wiktor obejrza? siË szybko.
Golem, nie zwracajNoc na nikogo uwagi, z zadumNo rwa? list na drobne
kawa?ki. StrzËpy schowa? do kieszeni.
- Jest pan w b?Ëdzie - powiedzia? Bol-Kunac. - Nie znam go.
- Baniew - mamrota? R. Kwadryga. - ProszË ciË... Ja tam nie mogË sam
jeden. Jedñ ze mnNo... Bardzo okropnie...
Golem wsta?, pogrzeba? palcem w kieszonce marynarki, a potem krzyknNo?:
- Teddy! ProszË zapisaÖ na mÕj rachunek... i pamiËtaj, ?e st?uk?em
cztery kieliszki... No, to ja idË - rzek? do Wiktora. - Niech pan siË
zastanowi i radzË podjNoÖ rozsNodnNo decyzjË. ByÖ mo?e lepiej bËdzie, je?li
pan stNod wyjedzie.
- Do widzenia, panie Baniew - grzecznie powiedzia? Bol-Kunac. Wiktorowi
wyda?o siË, ?e ch?opiec ledwie dostrzegalnie pokrËci? przeczNoco g?owNo.
- Do widzenia, Bol-Kunac - odpar?. - Do widzenia.
Tamci wyszli. Wiktor w zadumie dopi? koniak. Podszed? kelner, twarz
mia? opuchniËtNo, w czerwonych plamach. ZaczNo? sprzNotaÖ ze sto?u i jego
ruchy by?y zaskakujNoco niezrËczne i niepewne.
- Pan tu jest niedawno? - zapyta? Wiktor.
- Tak, panie Baniew. Od dzisiejszego rana.
- A co z Peterem? Zachorowa??
- Nie, proszË pana. Peter wyjecha?. Nie wytrzyma?. Ja pewnie te?
wyjadË... Wiktor spojrza? na R. KwadrygË.
- ProszË go pÕñniej odprowadziÖ do pokoju.
- Tak, oczywi?cie, panie Baniew - niezdecydowanie odpowiedzia? kelner.
Wiktor zap?aci?, pomacha? Teddyemu na po?egnanie i wyszed? do hallu.
Wszed? na pierwsze piËtro, znalaz? drzwi Pawora, podniÕs? rËkË, ?eby
zapukaÖ, sta? tak przez chwilË i nie zapukawszy, ponownie zszed? na dÕ?.
Recepcjonista za swoim kantorem oglNoda? ze zdumieniem w?asne d?onie. D?onie
mia? mokre, oblepione kosmykami w?osÕw, a na twarzy, na obu policzkach
nabrzmiewa?y ?wie?e zadrapania. Spojrza? na Wiktora - w oczach mia?
szaleÓstwo. Ale teraz nie wolno by?o dostrzegaÖ tych niepojËtych rzeczy, to
by?oby nietaktowne i okrutne, i tym bardziej nie wolno by?o o tym mÕwiÖ,
koniecznie nale?a?o udawaÖ, ?e nic siË nie sta?o, wszystko trzeba od?o?yÖ na
pÕñniej, na jutro, albo byÖ mo?e nawet na pojutrze. Wiktor zapyta?:
- Gdzie zatrzyma? siË ten... - wie pan, m?ody facet w okularach, ten co
zawsze chodzi z teczkNo. Recepcjonista nieco siË sp?oszy?. Jakby w
poszukiwaniu wyj?cia popatrzy? na tablicË z kluczami, potem jednak
powiedzia?:
- W trzysta szesnastym, panie Baniew.
- DziËkujË - rzek? Wiktor k?adNoc na kantorze monetË.
- Tylko oni nie lubiNo, ?eby im przeszkadzaÖ.
- Wiem - odpar? Wiktor. - Nie mam zamiaru im przeszkadzaÖ. Po prostu,
tak sobie zapyta?em... chcia?em, wie pan, powrÕ?yÖ sobie - je?li w
parzystym, to wszystko bËdzie dobrze.
Recepcjonista u?miechnNo? siË blado.
- Ale? jakie mo?e pan mieÖ k?opoty, panie Baniew - powiedzia?
uprzejmie.
- Rozmaite - westchnNo? Wiktor. - I wiËksze, i mniejsze. Dobrej nocy.
Wszed? na trzecie piËtro i kroczy? niespiesznie, celowo niespiesznie,
jakby po to aby wszystko przemy?leÖ, rozwa?yÖ, zastanowiÖ siË nad
ewentualnymi konsekwencjami i obliczyÖ trzy ruchy naprzÕd, w rzeczywisto?ci
jednak my?la? tylko o tym, ?e dawno ju? pora zmieniÖ bardzo wylinia?y i
wytarty chodnik na schodach. I dopiero wtedy, kiedy mia? ju? zapukaÖ do
drzwi apartamentu trzysta dwunastego (lux, dwie sypialnie i salon, telewizor
pierwszej klasy, radioodbiornik, lodÕwka i barek), omal nie powiedzia? na
g?os: "Czy mam przyjemno?Ö z krokodylami? Bardzo mi przyjemnie. DziËki mnie
zaraz zaczniecie siË wzajemnie zjadaÖ".
PukaÖ musia? dosyÖ d?ugo - najpierw delikatnie, kostkami palcÕw, a
kiedy nikt nie reagowa? - bardziej zdecydowanie, piË?ciNo, a kiedy i to nie
poskutkowa?o - tylko deska pod?ogi zaskrzypia?a i kto? zasapa? w dziurkË do
klucza - wtedy odwrÕciwszy siË ty?em, obcasem, ju? zupe?nie na chama.
- Kto tam? - zapyta? wreszcie g?os za drzwiami.
- SNosiad - odpowiedzia? Wiktor. - Ja na chwilË.
- Czego pan chce?
- Mam panu do powiedzenia parË s?Õw.
- ProszË przyj?Ö rano - odezwa? siË g?os za drzwiami. - My ju? ?pimy.
- Niech to diabli wezmNo - powiedzia? Wiktor rozgniewany. - Chce pan,
?eby mnie kto? tu zobaczy?? ProszË otworzyÖ, czego siË pan boi?
SzczËknNo? klucz, drzwi siË uchyli?y i w szczelinie ukaza?o siË mËtne
oko wysokiego profesjonalisty. Wiktor pokaza? mu otwarte d?onie.
- ParË s?Õw - powiedzia?.
- Niech pan wejdzie - odpar? wysoki. - Tylko bez wyg?upÕw.
Wiktor wszed? do przedpokoju, wysoki zamknNo? za nim drzwi i zapali?
?wiat?o. PrzedpokÕj by? ciasny i we dwÕch z trudem siË w nim mie?cili.
- No, to niech pan mÕwi - powiedzia? wysoki. By? w pi?amie wymazanej
czym? na samym przodzie. Wiktor zdumia? siË - poczu? zapach alkoholu. PrawNo
rËkË wysoki trzyma? jak nale?y, w kieszeni.
- BËdziemy tu tak staÖ i rozmawiaÖ? - rzek? Wiktor.
- Tak.
- Nie - stwierdzi? Wiktor. - Tu rozmawiaÖ nie bËdË.
- Jak pan chce - powiedzia? wysoki.
- Jak pan chce - oznajmi? Wiktor. - Mnie nie zale?y.
Przez chwilË milczeli. Wysoki ju? ca?kiem jawnie obmacywa? Wiktora
oczami.
- Zdaje siË, ?e nazywa siË pan Baniew? - zapyta?.
- Zdaje siË.
- Aha - powiedzia? ponuro wysoki - To jaki z pana sNosiad? Przecie?
mieszka pan na drugim piËtrze.
- SNosiad z hotelu - wyja?ni? Wiktor.
- Aha... no wiËc, czego pan sobie ?yczy, bo nie rozumiem.
- ?yczË sobie pana o czym? zawiadomiÖ - powiedzia? Wiktor. - Jest pewna
informacja. Ale ju? zaczynam siË zastanawiaÖ, czy warto.
- No dobra - rzek? wysoki. - Chodñmy do ?azienki.
- Wie pan co? - stwierdzi? Wiktor. - Ja chyba sobie pÕjdË.
- A dlaczego nie chce pan i?Ö do ?azienki? Co to za kaprysy?
- Wie pan - oznajmi? Wiktor - rozmy?li?em siË. Chyba jednak pÕjdË.
Koniec koÓcÕw to nie moja sprawa - ruszy? do drzwi.
Wysoki a? zastËka?, rozdzierany sprzecznymi uczuciami.
- Pan jest, jaki mi siË zdaje, pisarzem - powiedzia?. - Czy mo?e z kim?
pana mylË?
- Pisarzem, pisarzem - przytaknNo? Wiktor. - Do widzenia.
- Ale? niech pan poczeka. Trzeba by?o od razu tak mÕwiÖ. ProszË. O,
tutaj.
Weszli do salonu dok?adnie obwieszonego portierami - z prawej strony
portiery, z lewej portiery, portiery na ogromnym oknie. Ogromny telewizor w
kNocie b?yska? kolorowym ekranem, dñwiËk by? wy?Noczony. W przeciwleg?ym
kNocie patrzy? na Wiktora z miËkkiego fotela pod lampNo m?ody cz?owiek w
okularach - rÕwnie? ubrany w pi?amË i kapcie. Obok niego, na stoliku do
gazet sta?a prostokNotna butelka i syfon. Teczki nigdzie nie by?o widaÖ.
- Dobry wieczÕr - powiedzia? Wiktor." M?ody cz?owiek w milczeniu
sk?oni? g?owË.
- To do mnie - oznajmi? wysoki. - Nie zwracaj uwagi.
- ProszË tutaj - rzek? wysoki. Weszli do sypialni po prawej stronie i
wysoki usiad? na ?Õ?ku. - Tam jest fotel - powiedzia?. - Niech pan siada i
mÕwi.
Wiktor usiad?. W sypialni ciË?ko ?mierdzia?o zasta?ym tytoniowym dymem
i oficerskNo wodNo koloÓskNo. Wysoki siedzia? na ?Õ?ku i patrzy? na Wiktora
nie wyjmujNoc rËki z kieszeni. W salonie szele?ci?a gazeta.
- Dobra - oznajmi? Wiktor. Czu?, ?e nie uda?o mu siË ca?kowicie
przezwyciË?yÖ obrzydzenia ale je?li ju? tu przyszed?, trzeba by?o mÕwiÖ. -
Mniej wiËcej domy?lam siË, kim panowie jeste?cie. ByÖ mo?e siË mylË, i w
takim razie wszystko w porzNodku. Ale je?eli siË nie mylË, mo?e przyda siË
wam wiadomo?Ö, ?e was ?ledzNo i starajNo siË wam przeszkodziÖ.
- Za?Õ?my - stwierdzi? wysoki. - A wiËc kto nas ?ledzi?
- Bardzo siË wami interesuje niejaki Pawor Summan.
- Kto? - zapyta? wysoki. - Ten inspektor sanitarny?
- On nie jest inspektorem sanitarnym. I to jest w?a?ciwie wszystko, co
chcia?em panu powiedzieÖ. - Wiktor wsta?, ale wysoki siË nie ruszy?.
- Za?Õ?my - powtÕrzy?. - A skNod w?a?ciwie pan to wie?
- To wa?ne? - spyta? Wiktor. Wysoki czas jaki? rozmy?la?.
- Za?Õ?my, ?e niewa?ne - odpar? w koÓcu.
- Sprawdzanie to wasza rzecz - rzek? Wiktor. - A ja nic wiËcej nie
wiem. Do widzenia.
- Ale? dokNod siË pan ?pieszy - powiedzia? wysoki. Pochyli? siË nad
nocnym stolikiem, wyjNo? butelkË i szklankË - Najpierw chcia? pan za
wszelkNo cenË wej?Ö, a teraz ju? pan chce i?Ö... Nie szkodzi, ?e z jednej
szklanki?
- Zale?y co - odrzek? Wiktor i znowu usiad?.
- Szkocka - oznajmi? d?ugi. - Pasuje?
- Prawdziwa szkocka?
- Prawdziwy scotch. Niech pan trzyma - wrËczy? Wiktorowi szklankË.
- Nieñle siË wam ?yje - stwierdzi? Wiktor i wypi?.
- Gdzie nam do pisarzy - odpar? wysoki i te? wypi?. - Opowiedzia?by mi
pan wszystko dok?adnie...
- Mowy nie ma - zaoponowa? Wiktor - za to p?acNo wam pensje. Poda?em
wam nazwisko, adres znacie sami, wiËc siË nim zajmijcie. Tym bardziej ?e
naprawdË nic ju? wiËcej nie wiem. Mo?e tylko... - przerwa? i uda?, ?e go
nagle ol?ni?o. Wysoki natychmiast po?knNo? haczyk.
- No? - zapyta?. - No?
- Wiem, ?e porwa? jednego mokrzaka i ?e organizowa? to razem z
miejscowNo LegiNo. Jak mu tam... Flamenta... Juventa...
- Flamento Juventa - podsunNo? wysoki.
- O to, to.
- O tym mokrzaku - to pewna wiadomo?Ö?
- Tak. PrÕbowa?em im przeszkodziÖ i pan inspektor sanitarny trzasnNo?
mnie po g?owie kastetem. A potem, kiedy le?a?em nieprzytomny, wywieñli
mokrzaka samochodem.
- Tak, tak - powiedzia? wysoki. - WiËc to by? Summan... Niech pan
pos?ucha, Baniew, wspania?y z pana cz?owiek! Chce pan jeszcze whisky?
- ChcË - przytaknNo? Wiktor. Cokolwiek by sobie nie wmawia?, jak by siË
nie podkrËca?, jak by siË nie podbechtywa?, czu? siË wstrËtnie. No i bardzo
dobrze - pomy?la?. DziËki chocia? za to, ?e przyna jmniej nie mam
kwalifikacji na kapusia. ?adnej przyjemno?ci, chocia? teraz rzeczywi?cie
zacznNo siË wzajemnie zagryzaÖ. Golem mia? racjË - niepotrzebnie siË w to
wda?em. Czy te? mo?e Golem jest chytrzejszy ni? przypuszcza?em?
- ProszË - rzek? wysoki podajNoc mu pe?nNo szklankË.
*
- KtÕra godzina? - zapyta?a sennie Diana.
Wiktor starannie zdjNo? brzytwNo pasemko myd?a z lewego policzka,
spojrza? w lustro, a potem powiedzia?.
- ?pij, ma?a, ?pij. Jest jeszcze wcze?nie.
- Rzeczywi?cie - przytaknË?a Diana. Kanapa zaskrzypia?a. - DziewiNota.
A co ty robisz?
- GolË siË - oznajmi? Wiktor, zdejmujNoc nastËpne pasemko myd?a. -
Nagle zachcia?o mi siË ogoliÖ. Co tam, my?lË. WezmË i siË ogolË.
- Wariat - stwierdzi?a Diana ziewajNoc. - Trzeba siË by?o ogoliÖ
wieczorem. Ca?No mnie podrapa?e? swÕj No szczecinNo. Kaktus.
Widzia? w lustrze jak Diana niepewnym krokiem podesz?a do fotela,
wlaz?a na niego z nogami i zaczË?a patrzeÖ na Wiktora. Wiktor mrugnNo? do
niej. Znowu by?a inna - czu?a, miËkka, serdeczna, zwinË?a siË jak syta
kotka, zadbana, ug?askana, wypieszczona - zupe?nie inna ni? ta, ktÕra wpad?a
wczoraj wieczorem do pokoju.
- Dzisiaj jeste? podobna do kotki - oznajmi?. Nawet nie do kotki, tylko
do koteczki, koszatki... Dlaczego siË u?miechasz?
- Nie z twojego powodu. Po prostu co? sobie przypomnia?am.
S?odko ziewnË?a i przeciNognË?a siË. TonË?a w pi?amie Wiktora, z
bezkszta?tnych zwojÕw jedwabiu w fotelu wyglNoda?a tylko jej prze?liczna
twarz i smuk?e rËce. Jak z morskich fal. Wiktor zaczai goliÖ siË szybciej.
- Nie ?piesz siË - powiedzia?a. - Pokaleczysz siË. I tak ju? na mnie
czas, muszË jechaÖ.
- Dlatego siË ?pieszË - rzek? Wiktor.
- Nie, ja tak nie .lubiË. Tak tylko kotki... Jak tam moje szmatki?
Wiktor wyciNognNo? rËkË, pomaca? jej sukienkË i poÓczochy, rozwieszone
na grzejniku. Wszystko wysch?o.
- Gdzie siË ?pieszysz?
- Przecie? ci mÕwi?am. Do Roschepera.
- Jako? nic nie pamiËtam. Co tam z Roscheperem?
- No, bo przecie? siË uszkodzi? - oznajmi?a Diana.
- Ach tak! - stwierdzi? Wiktor. - Tak, tak, co? mÕwi?a?. SkNod? tam
wypad?. Bardzo siË pot?uk??
- Ten g?upek - rzek?a Diana - nagle postanowi? skoÓczyÖ ze sobNo i
wyskoczy? przez okno. Rzuci? siË jak byk, g?owNo naprzÕd, wy?ama? futrynË,
ale przy tym zapomnia?, ?e to parter. Uszkodzi? kolano, zaczNo? wrzeszczeÖ,
a teraz le?y.
- Co mu siË sta?o? - zapyta? Wiktor. - Bia?a gorNoczka?
- Co? w tym rodzaju.
- Poczekaj - powiedzia? Wiktor. - To znaczy, ?e przez niego dwa dni nie
przyje?d?a?a? do mnie? Przez tego wo?u?
- No tak! Lekarz naczelny kaza? mi przy nim siedzieÖ, dlatego ?e on, to
znaczy Roscheper, nie mÕg? beze mnie. Nie mÕg? i ju?. Nic nie mÕg?, nawet
siË odlaÖ. Musia?am udawaÖ szmer wody i opowiadaÖ mu o pisuarach.
- Co ty tam wiesz - wymamrota? Wiktor. - Ty mu opowiada?a? o pisuarach,
a ja siË tu mËczy?em sam jeden, te? nic nie mog?em, ani jednej linijki nie
napisa?em. Wiesz, ja w ogÕle nie lubiË pisaÖ, a ju? ostatnio.... W ogÕle
moje ?ycie ostatnio... - zamilk?. Co to jNo obchodzi, pomy?la?. Przespali
siË i pobiegli ka?de w swojNo stronË. - Ale, ale, s?uchaj.... Kiedy,
powiedzia?a?, Roscheper wypad??
- Trzy dni temu - odpar?a Diana.
- Wieczorem?
- Uhm - przytaknË?a Diana gryzNoc herbatnik.
- O dziesiNotej wieczorem - stwierdzi? Wiktor. - MiËdzy dziesiNotNo a
jedenastNo. Diana przesta?a gryñÖ.
- Zgadza siË - oznajmi?a. - A skNod wiesz? PrzyjNo?e? jego
nekrobiotycznNo depeszË?
- Poczekaj - powiedzia? Wiktor. - Zaraz opowiem ci co? bardzo
interesujNocego. Ale najpierw - co wtedy robi?a??
- Co robi?am? Ach, tak. Tego wieczoru, o ile pamiËtam, wpad?am w
okropny do?ek. Zwija?am banda?e i nagle ogarnNo? mnie taki smutek, ?e nic,
tylko siË powiesiÖ. Wsadzi?am twarz w te banda?e i ryczË,
I to jak ryczË - jakby mnie kto zarzyna?, od dziecka tak nie
rycza?am...
- I nagle wszystko minË?o - powiedzia? Wiktor. Diana zamy?li?a siË.
- Tak... Nie... Wtedy nagle Roscheper jak nie zawyje na ulicy,
przestraszy?am siË i wybieg?am...
Chcia?a jeszcze co? dodaÖ, ale znienacka kto? zapuka? do drzwi,
szarpnNo? klamkË i g?os Teddyego zachrypia? z korytarza: "Wiktor! Wiktor!
Obudñ siË! Otwieraj, Wiktor!" Wiktor zamar? z brzytwNo w rËku. "Wiktor -
chrypia? Teddy - Otwieraj!" i w?ciekle szarpa? klamkË. Diana zeskoczy?a z
fotela i przekrËci?a klucz. Drzwi siË rozwar?y, wpad? do ?rodka Teddy -
mokry, z?achmaniony i z obrzynem w rËku.
- Gdzie jest Wiktor? - zarycza? ochryple. Wiktor wyszed? z ?azienki.
- Co siË sta?o!? - zapyta?. Serce mu zamar?o. Aresztowanie... Wojna...
- Dzieci odesz?y - dyszNoc ciË?ko, odpar? Teddy. - Zbieraj siË, dzieci
odesz?y!
- Poczekaj - rzuci? Wiktor. - Jakie dzieci?
Teddy rzuci? obrzyn na stÕ?, na stosy zapisanych i pokre?lonych
papierÕw.
- Zwabili dzieci dranie! - wrzasnNo?. - Zwabili, szubrawcy! No, ale
teraz ju? koniec! DosyÖ siË nacierpieli?my... Koniec!
Wiktor nic jeszcze nie rozumia?, widzia? tylko, ?e Teddy jest w furii.
Takiego Teddyego widzia? tylko raz, kiedy w czasie straszliwej awantury w
restauracji, kto? wykorzysta? okazjË i w?ama? siË do kasy.
Wiktor, kompletnie zagubiony, gapi? siË jak sroka w gnat, Diana za?
schwyci?a bieliznË wiszNocNo na oparciu krzes?a, przemknË?a do ?azienki i
zatrzasnË?a za sobNo drzwi. W tym samym momencie nerwowo i gwa?townie
zadzwoni? telefon. Wiktor z?apa? s?uchawkË. To by?a Lola.
- Wiktor - zaskomli?a. - Ja nic nie rozumiem, Irma gdzie? przepad?a,
zostawi?a list, ?e ju? nigdy nie wrÕci, a wszyscy mÕwiNo, ?e dzieci odesz?y
z miasta... BojË siË! ZrÕb co?... - prawie p?aka?a.
- Dobrze, dobrze, zaraz - odpar? Wiktor. - Dajcie mi przynajmniej
w?o?yÖ spodnie. - Rzuci? s?uchawkË i obejrza? siË na Teddyego. Barman
siedzia? na rozgrzebanym ?Õ?ku i mamroczNoc dziwne s?owa, wlewa? do szklanki
resztki z butelek. - Poczekaj - powiedzia? Wiktor. - Tylko bez paniki. Ja
zaraz...
WrÕci? do ?azienki i zaczNo? spiesznie goliÖ namydlony podbrÕdek,
kilkakrotnie zaciNo? siË, nie mia? czasu naostrzyÖ brzytwy, a Diana
tymczasem wyskoczy?a spod prysznica i szele?ci?a ubraniem za jego plecami,
twarz mia?a twardNo i zdecydowanNo, jakby szykowa?a siË do walki, ale by?a
absolutnie spokojna.
... A dzieci sz?y nie koÓczNocNo siË, szarNo kolumnNo po szarych
rozmytych drogach, sz?y potykajNoc siË i ?lizgajNoc, padajNoc pod ulewnym
deszczem, sz?y zgarbione, przemoczone na wskro?, ?ciskajNoc w posinia?ych
?apkach ?a?osne, mokre tobo?ki, sz?y maleÓkie, bezradne, nic nie
rozumiejNoce, sz?y p?aczNoc, sz?y milczNoc, sz?y oglNodajNoc siË, sz?y
trzymajNoc siË za rËce i za szelki, a po bokach drogi maszerowa?y mroczne
czarne postacie bez twarzy, zamiast twarzy mia?y czarne przepaski, nad
przepaskami zimno i bezlito?nie patrzy?y nieludzkie oczy, rËce w czarnych
rËkawiczkach ?ciska?y automaty, deszcz pada? na oksydowanNo stal, krople
wody dr?a?y i sp?ywa?y po stali... Co za g?upstwa, my?la? Wiktor, to
zupe?nie co? innego, to nie teraz, widzia?em tamto, ale tamto by?o bardzo
dawno, teraz jest zupe?nie inaczej...
...Odchodzi?y rado?nie, deszcz by? ich przyjacielem, weso?o cz?apa?y po
ka?u?ach ciep?ymi, bosymi stopami, weso?o rozmawia?y i ?piewa?y, i nie
oglNoda?y siË, poniewa? o wszystkim ju? zapomnia?y, mia?y przed sobNo tylko
przysz?o?Ö dlatego zapomnia?y na zawsze o swoim stËkajNocym, chrapiNocym w
przedrannej godzinie mie?cie, o tym skupisku pluskiew, gnieñdzie
ma?ostkowych intryg i nikczemnych pragnieÓ, brzemiennym w potworne zbrodnie,
bezustannie wyrzucajNocym z siebie zbrodnie i zbrodnicze zamierzenia, tak
jak krÕlowa mrÕwek nieprzerwanie wyrzuca z siebie jajka, odesz?y
szczebioczNoc i rozmawiajNoc, i znik?y we mgle, a my, pijani, nadal
zach?ystujemy siË stËch?ym powietrzem w?rÕd obrzydliwych koszmarÕw, ktÕrych
one nigdy nie widzia?y i nigdy nie zobaczNo...
WciNognNo? spodnie, skaczNoc na jednej nodze, kiedy zadr?a?y szyby i
niskie, mechaniczne wycie dotar?o do pokoju. Teddy rzuci? siË do okna, ale
za oknem by? ciNogle ten sam deszcz, pusta mokra ulica i samotny cyklista -
mokry brezentowy worek z wysi?kiem poruszajNocy peda?ami. A szyby dr?a?y i
podzwania?y nadal, a niski, ?a?o?liwy ryk nie ustawa? i po minucie
do?Noczy?o do niego urywane, smËtne buczenie.
- Idziemy - powiedzia?a Diana. By?a ju? w p?aszczu.
- Nie, poczekaj - powiedzia? Teddy. - Wiktor, masz broÓ? Jakikolwiek
pistolet, automat?... Masz?
Wiktor nie odpowiedzia?, z?apa? swÕj p?aszcz i we trÕjkË zbiegli po
schodach do hallu, zupe?nie pustego, bez portiera oraz recepcjonisty. Wyda?o
siË, ?e w hotelu nie ma ju? ?ywej duszy, tylko w restauracji, przy stoliku
siedzia? R. Kwadryga, ktÕry ze zdumieniem krËci? g?owNo i najwidoczniej od
dawna oczekiwa? ?niadania. Wybiegli na ulicË, gdzie sta?a ciË?arÕwka Diany i
wszyscy troje wsiedli do kabiny. Diana usiad?a przy kierownicy i popËdzili
przez miasto. Diana milcza?a, Wiktor pali?, starajNoc siË zebraÖ my?li,
Teddy za? pÕ?g?osem wciNo? wyrzuca? z siebie potok nieprawdopodobnych
przekleÓstw. Nawet Wiktor nie rozumia? znaczenia wielu s?Õw, poniewa? takie
s?owa mÕg? znaÖ tylko Teddy - szczur z przytu?ku, wychowanek portowych
slumsÕw, potem handlarz narkotykami, potem wykidaj?o w domu publicznym,
potem ?o?nierz plutonu grzebiNocego zw?oki, potem bandyta i maruder, a potem
barman, barman, barman, i znowu barman.
Ludzi w mie?cie prawie nie by?o widaÖ, tylko na rogu S?onecznej Diana
przyhamowa?a, ?eby zabraÖ sp?oszonNo parË ma??eÓskNo. Niskie wycie syren
przeciwlotniczych i piskliwe zawodzenie fabrycznych nie ustawa?o i by?o co?
apokaliptycznego w tym jËku mechanicznych g?osÕw nad bezludnym miastem. A?
?ciska?o w ?rodku i cz?owiek chcia? gdzie? biec, ni to ukryÖ siË, ni to
strzelaÖ i nawet "Bracia w sapiencji" na stadionie kopali pi?kË bez zwyk?ego
entuzjazmu, niektÕrzy za? rozglNodali siË na boki z otwartymi ustami jakby
prÕbujNoc cokolwiek zrozumieÖ.
Na szosie, za miastem ludzi by?o coraz wiËcej. NiektÕrzy szli pieszo,
zach?ystujNoc siË deszczem, ?a?osni, przera?eni, nie zdajNoc sobie sprawy co
robiNo i po co. Inni jechali na rowerach i te? ju? tracili si?y, poniewa?
trzeba by?o jechaÖ pod wiatr. Kilkakrotnie ciË?arÕwka mija?a porzucone
samochody, zepsute, lub takie, ktÕrym zabrak?o benzyny; jeden wpad? nawet do
rowu. Diana zatrzymywa?a siË, zabiera?a wszystkich i bardzo prËdko skrzynia
okaza?a siË zapchana do ostatniego miejsca. Wiktor z Teddym te? przenie?li
siË na gÕrË ustËpujNoc miejsca kobiecie z dzieckiem przy piersi i jakiej? na
wpÕ? oszala?ej staruszce. PÕñniej nawet w skrzyni nie by?o ju? miejsca,
Diana przesta?a siË zatrzymywaÖ, ciË?arÕwka pËdzi?a naprzÕd mijajNoc i
oblewajNoc potokami wody dziesiNotki i setki ludzi wËdrujNocych do
leprozorium. Kilkakrotnie ciË?arÕwkË wyprzedza?y furgonetki wype?nione
ludñmi, motocykli?ci, a jaka? ciË?arÕwka dogoni?a ich i jecha?a teraz z
ty?u.
Diana przywyk?a woziÖ koniak dla Roschepera, albo pËdziÖ pustym
samochodem po okolicy dla w?asnej przyjemno?ci i w ciË?arÕwce dzia?y siË
rzeczy straszne. Wszyscy nie mogli usiNo?Ö, nie by?o miejsca, i ci, ktÕrzy
stali, wczepiali siË jeden w drugiego, w g?owy siedzNocych, ka?dy stara? siË
trzymaÖ jak najdalej od bokÕw skrzyni, nikt siË nie odzywa?, wszyscy tylko
sapali i klËli pod nosem, a jedna kobieta bez przerwy p?aka?a. I pada?
deszcz - taki deszcz jakiego Wiktor nie widzia? jeszcze nigdy w ?yciu, nawet
nie wyobra?a? sobie, ?e na ?wiecie mo?e padaÖ taki deszcz - gËsta,
tropikalna ulewa, ale nie ciep?a, tylko lodowata na wpÕ? z gradem, ktÕry
porywisty wiatr niÕs? na spotkanie idNocych. Widoczno?Ö by?a ?adna -
piËtna?cie metrÕw z przodu i piËtna?cie z ty?u, i Wiktor okropnie siË ba?,
?e Diana kogo? potrNoci na szosie, albo wpadnie na hamujNocy samochÕd. Ale
wszystko jako? siË uda?o, tylko Wiktorowi kto? mocno nadepnNo? na nogË,
kiedy wszyscy polecieli na siebie po raz ostatni i ciË?arÕwkË zarzuci?o
przed skupiskiem samochodÕw stojNocych pod bramNo leprozorium.
Zapewne zgromadzi?o siË tu ca?e miasto. Deszcz w tym miejscu nie pada?
i mo?na by?o pomy?leÖ, ?e miasto przybieg?o tu ratujNoc siË przed potopem.
Na prawo i na lewo od szosy, jak daleko siËga? wzrok, wzd?u? ogrodzenia z
drutu kolczastego sta? wielotysiËczny t?um, w ktÕrym tonË?y rozrzucone tu i
Õwdzie puste samochody - luksusowe krNo?owniki szos, mocno zu?yte kabriolety
z brezentowymi dachami, ciË?arÕwki, autobusy i nawet jeden samobie?ny dñwig,
na ramieniu ktÕrego siedzia?o kilku ludzi. Nad t?umem wisia? g?uchy szum,
czasami rozlega?y siË przerañliwe krzyki.
Wszyscy wyskoczyli z ciË?arÕwki i Wiktor od razu straci? z oczu DianË i
Teddyego. WokÕ? by?y same nieznajome twarze, ponure, rozw?cieczone,
zdumione, p?aczNoce, krzyczNoce, z oczami w s?up, nieprzytomne, szczerzNoce
zËby... Wiktor sprÕbowa? przedostaÖ siË do bramy, ale po kilku krokach
beznadziejnie uwiNoz?. Ludzie stali nieruchomNo ?cianNo, nikt nie zamierza?
ustËpowaÖ miejsca, mo?na ich by?o pchaÖ, kopaÖ, biÖ, nawet siË nie
odwracali, tylko wciskali g?owy w ramiona i za wszelkNo cenË starali siË
przesunNoÖ naprzÕd, naprzÕd, bli?ej bramy, bli?ej swoich dzieci, stawali na
palcach, wyciNogali szyje i nic nie by?o widaÖ poza ko?yszNocym siË morzem
kapturÕw i kapeluszy.
- Bo?e, za co? Czym tak strasznie zgrzeszyli?my, o Bo?e?
- ?cierwa! Dawno trzeba by?o ich wyr?nNoÖ. MNodrzy ludzie zawsze
mÕwili...
- A gdzie burmistrz? Co on u diab?a robi? Gdzie jest policja? Gdzie te
wszystkie grube ?winie?
- Sym, zaraz mnie zadepczNo... Sym, duszË siË! Och, Sym...
- Czego im brakowa?o? Niczego dla nich nie ?a?owali?my... Odejmowali?my
sobie od ust ostatni kËs, chodzili?my jak ?achmaniarze, ?eby tylko je ubraÖ
i obuÖ...
- ZebraÖ siË do kupy i rraz! Brama wyleci...
- Ja go w ?yciu palcem nie tknË?am. Widzia?am, jak pan za swoim lata? z
pasem, ale u nas w domu nigdy nic takiego...
- Widzia?e? karabiny maszynowe? A to niby po co, ?eby do ludzi
strzelaÖ? Za to, ?e my po swÕj e dzieci?
- MÕj Municzka! Municzka! Municzka! Municzka!
- CÕ? to siË wyrabia, panowie? Przecie? to jaki? ob?Ëd. Gdzie to
widziane?
- To nic, Legia im jeszcze poka?e... SNo tam z ty?u, rozumiesz?
OtworzNo nam bramË, a my wszyscy razem...
- A karabiny maszynowe widzia?e?? O to w?a?nie chodzi...
- Pu?Öcie mnie! Przepu?Öcie mnie, s?yszycie! Tam jest moja cÕrka!
- Dawno siË ju? zbiera?y, sama zauwa?y?am, tylko ba?am siË zapytaÖ.
- A mo?e nic im nie bËdzie? Przecie? to nie jakie? bestie i pomimo
wszystko nie okupanci, nie na rozwa?kË posz?y, nie do piecÕw...
- ZabijË, gard?o przegryzË!
- Ta - ak, widocznie jedno wielkie gÕwno z nas zosta?o, je?li rodzone
dzieci od nas odesz?y do tych zara?onych... Nie gadaj g?upstw, same odesz?y,
nikt ich silNo nie zmusza?...
- Ej, kto ma broÓ? WychodziÖ! Kto ma broÓ, niech wychodzi, powtarzam!
ZbieraÖ siË tu przy mnie! Wszyscy do mnie, tu jestem!
- To sNo moje dzieci, mÕj panie, moje w?asne i bËdË nimi rzNodzi? tak
jak mi siË podoba!
- Gdzie jest policja, o Bo?e!
- Trzeba wys?aÖ telegram do pana prezydenta! PiËÖ tysiËcy podpisÕw - to
nie w kij dmucha?!
- KobietË zadusili! OdsuÓ siË, mÕwiË draniu! Nie widzisz?
- Municzka! MÕj Municzka! Municzka!
- GÕwno warte sNo te wszystkie petycje. Nie lubiNo u nas petycji.
Jeszcze dostaniemy tNo petycjNo po uszach...
- OtwieraÖ bramË, twoja maÖ! Mokrzaki parszywe! ?cierwa!
- BramË!
Wiktor zawrÕci?. By?o to trudne, kilkakrotnie uderzono go. ale mimo
wszystko wydosta? siË, odnalaz? ciË?arÕwkË i znowu wdrapa? siË na gÕrË. Nad
leprozorium wisia?a mg?a i dziesiËÖ metrÕw za ogrodzeniem nie by?o ju? nic
widaÖ. Brama by?a zamkniËta, przed niNo, na pustej przestrzeni, stali
rozkraczeni ?o?nierze s?u?by wewnËtrznej w he?mach nasuniËtych na oczy -
by?o ich mniej wiËcej dziesiËciu. Przed wej?ciem do wartowni unoszNoc siË na
palcach ze zdenerwowania, natË?ajNoc g?os wykrzykiwa? co? do t?umu oficer,
ale nie sposÕb go by?o us?yszeÖ. Nad dachem wartowni, niczym olbrzymia
eta?erka, wznosi?a siË we mgle drewniana wie?a i na jej gÕrnej platformie
sta? karabin maszynowy i krËcili siË mË?czyñni w " szarych mundurach.
NastËpnie tam, za ogrodzeniem, ledwie dos?yszalnie pobrzËkujNoc ?elazem
przejecha? wzd?u? drutÕw transporter opancerzony, podskoczy? kilka razy na
wybojach i zniknNo? we mgle. Na widok transportera t?um przycich?, tak ?e
nawet mo?na by?o us?yszeÖ wysilone okrzyki oficera ("... SpokÕj... mam
rozkaz... do domÕw...") a potem t?um znowu zahucza?, wyda? pomruk i
zarycza?.
Przed bramNo zaczNo? siË jaki? ruch. W?rÕd ciemnych, granatowych i
szarych p?aszczy zal?ni?y dobrze znane miedziane he?my i z?ote koszule.
Pojawi?y siË w t?umie jak plamy ?wiat?a, przedziera?y siË na wolnNo
przestrzeÓ i tam ?Noczy?y w ?Õ?toz?otNo masË. Ch?opcy jak dËby - w z?otych
koszulach do kolan, przepasani szerokimi, oficerskimi pasami o szerokich
sprzNoczkach, w b?yszczNocych miedzianych he?mach, dziËki ktÕrym ?o?nierzy
Legii nazywano po prostu stra?akami - mieli te? krÕtkie, masywne pa?ki i
niezliczonNo ilo?Ö emblematÕw Legii - na sprzNoczce, na lewym rËkawie, na
piersi, na pa?ce, na he?mie, emblemat na mordzie, za samNo mordË piËÖ lat
bez sNodu, na sportowej, muskularnej mordzie o wilczych oczach... i znaczki,
gwiazdozbiory znaczkÕw. Znaczek strzelca wyborowego i Wyborowego
spadochroniarza, i Wyborowego nurka i jeszcze znaczki z portretem pana
prezydenta, i jego ziËcia, za?o?yciela Legii, i jego syna oberszefa Legii...
i u ka?dego w kieszeni granat z gazem ?zawiNocym, a je?eli chocia? jeden z
tych ba?wanÕw w porywie chuligaÓskiego entuzjazmu rzuci taki granat -
odezwie siË karabin maszynowy na wie?yczce, karabiny maszynowe transportera,
automaty ?o?nierzy i bËdNo strzelaÖ do t?umu, do t?umu, a nie do z?otych
koszul. Legia formowa?a ju? szereg przed ?o?nierzami, wzd?u? szeregu biega?
machajNoc pa?kNo Flamenco Juventa, bratanek, i Wiktor ju? z rozpaczNo zaczai
siË oglNodaÖ dooko?a nie wiedzNoc co robiÖ, ale wtedy oficerowi przyniesiono
z wartowni megafon. Oficer strasznie siË ucieszy?, nawet siË u?miechnNo? i
zarycza? piorunowym g?osem, ale zdNo?y? tylko ryknNoÖ "Uwaga! ProszË
wszystkich zgromadzonych ...", kiedy megafon widocznie znowu siË zepsu?,
oficer poblad?, dmuchnNo? w tubË, a Flamenco Juventa, ktÕry nawet
przygotowa? siË do wys?uchania, ze zdwojonNo energiNo zaczNo? biegaÖ i
wymachiwaÖ pa?kNo. T?um nagle groñnie zahucza? - wydawa?o siË, ?e krzyknËli
wszyscy razem i ci ktÕrzy krzyczeli ju? przedtem, i ci ktÕrzy do tej pory
milczeli albo po prostu rozmawiali, albo p?akali, albo modlili siË i Wiktor
te? zaczai krzyczeÖ nieprzytomny z przera?enia na my?l o tym co siË zaraz
wydarzy. "ZabraÖ tych ba?wanÕw! - krzycza? - ZabraÖ stra?akÕw! To ?mierÖ!
Nie wolno! Diana!" Nie wiadomo kto i co krzycza? W t?umie, ale t?um do tej
chwili nieruchomy, zaczai rÕwnomiernie ko?ysaÖ siË jak pÕ?misek gigantycznej
galarety. Oficer upu?ci? megafon i zaczai cofaÖ siË do drzwi wartowni,
twarze ?o?nierzy pod he?mami sta?y siË twarzami rozjuszonych zwierzNot, na
gÕrze, na wie?yczce, nikt siË ju? nie rusza?, wszyscy znieruchomieli przy
karabinie. I wtedy rozleg? siË G?os.
By? jak grzmot, dobiega? ze wszystkich stron jednocze?nie i od razu
zag?uszy? wszystkie pozosta?e dñwiËki. By? spokojny, nawet melancholijny,
pobrzmiewa?o w nim bezgraniczne znudzenie, bezgraniczna pob?a?liwo?Ö, jakby
przemawia? kto? ogromny, wynios?y, stojNocy ty?em do natrËtnego t?umu, kto?
kto mÕwi przez ramiË oderwany na chwilË od wa?nych spraw z powodu
irytujNocych g?upstw.
- PrzestaÓcie wreszcie krzyczeÖ - powiedzia? G?os. - PrzestaÓcie
wymachiwaÖ rËkami i odgra?aÖ siË.
Czy to doprawdy takie trudne - przestaÖ gadaÖ i przez chwilË spokojnie
pomy?leÖ? Przecie? ?wietnie wiecie, ?e wasze dzieci odesz?y od was dlatego,
?e same tego chcia?y, nikt ich nie zmusza?, nikt nie ciNognNo? za ko?nierz.
Odesz?y dlatego, ?e obrzydli?cie im doszczËtnie i ostatecznie. One nie chcNo
ju? d?u?ej ?yÖ tak jak ?yjecie wy i wasi przodkowie. Nadzwyczaj lubicie
na?ladowaÖ swoich przodkÕw i uwa?acie, ?e to jedna z waszych zalet - ale one
uwa?ajNo inaczej. Nie chcNo wyrosnNoÖ na pijakÕw i rozpustnikÕw, ludzi
ma?odusznych, konformistÕw i niewolnikÕw, nie chcNo, ?eby zdobiono z nich
przestËpcÕw, nie chcNo waszych rodzin i waszego paÓstwa.
G?os umilk? na chwilË. Przez ca?No minutË nie by?o s?ychaÖ ani jednego
dñwiËku - tylko jaki? szelest, jakby szele?ci?a mg?a pe?znNoc nad ziemiNo.
Potem G?os przemÕwi? znowu:
- Mo?ecie byÖ zupe?nie spokojni o swoje dzieci. BËdzie im dobrze -
lepiej ni? z wami i znacznie lepiej, ni? wam samym. Dzisiaj nie mogNo was
przyjNoÖ, ale od jutra - przychodñcie. W KoÓskiej Dolinie zostanie
przygotowany Dom SpotkaÓ i od trzeciej po po?udniu mo?ecie przychodziÖ
choÖby codziennie. Codziennie o pÕ? do trzeciej z placu miejskiego bËdNo
odchodziÖ trzy autobusy. To za ma?o, w ka?dym razie na jutro - niech wasz
burmistrz zatroszczy siË o dodatkowy transport.
G?os zamilk? znowu. T?um sta? nieruchomym murem. Ludzie jakby bali siË
poruszyÖ.
- Tylko weñcie pod uwagË - ciNognNo? G?os. - To od was samych zale?y
czy dzieci zechcNo siË z wami spotykaÖ. W pierwszych dniach mo?emy jeszcze
je nak?oniÖ, aby przychodzi?y na widzenia, nawet je?eli nic bËdNo mia?y na
to ochoty... ale potem... to ju? jak tam siË sami z nimi dogadacie. A teraz
rozejdñcie siË Przeszkadzacie i nam, i dzieciom, i sobie. Bardzo wam radzË,
pomy?lcie, sprÕbujcie pomy?leÖ, co mo?ecie daÖ swoim dzieciom. Przyjrzyjcie
siË sobie. Wydali?cie je na ?wiat i okaleczacie je na swÕj obraz i
podobieÓstwo. Pomy?lcie i o tym, ale teraz wracajcie do domÕw.
T?um pozosta? nieruchomy. ByÖ mo?e prÕbowa? my?leÖ. W ka?dym razie
Wiktor prÕbowa?. By?y to oderwane my?li. Nawet nie my?li, lecz po prostu
strzËpy wspomnieÓ, fragmenty rozmÕw, g?upia, umalowana twarz Loli. A mo?e
jednak lepiej skrobankË? Po co nam to teraz... Ojciec z wargami dr?Nocymi z
w?ciek?o?ci... Ja z ciebie zrobiË cz?owieka, parszywy szczeniaku, skÕrË z
ciebie zedrË... Okaza?o siË, ?e mam dwunastoletniNo cÕrkË, czy mo?esz pomÕc
mi jako? jNo urzNodziÖ w mie?cie w przyzwoitym miejscu?... Irma z
ciekawo?ciNo patrzy na rozmam?anego Roschepera... nie na Roschepera tylko na
mnie... w?a?ciwie jest mi nawet wstyd, ale co ona tam rozumie, smarkata?
Marsz na miejsce! Masz tu lalkË, ?adna lalka? Jeste? jeszcze ma?a, dowiesz
siË jak doro?niesz...
- No i dlaczego stoicie? - zapyta? piorunowy G?os. - Odejdñcie!.
Nadlecia? ciË?ki, zimny wiatr, uderzy? w twarz i ucich?.
- No, idñcie ju? - powiedzia? G?os.
I ponownie nadlecia? wiatr ju? prawie zupe?nie materialny, jak ciË?ka
wilgotna d?oÓ, ktÕra leg?a na twarzy, popchnË?a - i znik?a. Wiktor otar?
policzki i zobaczy?, ?e t?um siË cofa. Kto? g?o?no krzyknNo?, rozleg?y siË
dñwiËczNoce do?Ö niepewnie nawo?ywania, wokÕ? samochodÕw i autobusÕw
powsta?y niewielkie wiry. Ludzie zaczËli ze wszystkich stron wdrapywaÖ siË
do skrzyni ciË?arÕwki, wszyscy poczËli siË ?pieszyÖ, rozpychaÖ, t?oczyÖ w
drzwiach samochodÕw, niecierpliwie rozdzielaÖ sczepione kierownicami rowery,
zawarcza?y silniki, wielu ludzi odchodzi?o pieszo, czËsto oglNodajNoc siË,
ale nie patrzyli ani na ?o?nierzy, ani na karabin maszynowy na wie?y, nie na
transporter, ktÕry w?a?nie podjecha? z ?oskotem ?elaza i stanNo? na
widocznym miejscu. Wiktor wiedzia?, dlaczego ludzie siË odwracajNo i
dlaczego siË ?pieszNo, pali?y go policzki i je?eli czegokolwiek siË ba?, to
tego, ?e G?os znowu powie: "Idñcie"! i znowu ciË?ka wilgotna d?oÓ z odrazNo
legnie na jego twarzy.
Grupka kretynÕw w z?otych koszulach wciNo? jeszcze niepewnie drepta?a
przed bramNo, ale by?o ich ju? mniej, do pozosta?ych za? podszed? oficer i
wrzasnNo? na nich - imponujNocy, pewny siebie, spe?niajNocy przyjemny
obowiNozek i oni rÕwnie? cofnËli siË, nastËpnie zawrÕcili i powlekli precz,
zbierajNoc po drodze rzucone na ziemiË szare, granatowe; ciemne p?aszcze, i
oto ju? nie pozosta?a ani jedna z?ota plama, obok przeje?d?a?y autobusy,
samochody osobowe, a ludzie w skrzyni ciË?arÕwki rozglNodali siË
niespokojnie i pytali jeden drugiego: "Gdzie jest kierowca?"
Potem nie wiadomo skNod wynurzy?a siË Diana, Diana Gniewna stanË?a na
stopniu, spojrza?a w gÕrË, po czym krzyknË?a surowo: "Tylko do skrzy?owania!
SamochÕd jedzie do sanatorium!" i nikt nie o?mieli? siË zaprotestowaÖ,
wszyscy byli wyjNotkowo cisi i zgadzali siË na wszystko. Teddy nie pojawi?
siË do kopca, prawdopodobnie zabra? siË innym samochodem. Diana zakrËci?a i
pojechali znajomNo betonowNo szosNo mijajNoc grupy pieszych oraz
rowerzystÕw, a ich z kolei wyprzedza?y przeciNo?one samochody osobowe, z
jËkiem przysiadajNoce na amortyzatorach. Deszcz nie pada?, by?a tylko mg?a i
m?y? drobny kapu?niaczek. Deszcz zaczNo? siË dopiero wtedy, kiedy Diana
podjecha?a do skrzy?owania, ludzie wysiedli, a Wiktor przesiad? siË do
szoferki.
Oboje milczeli do samego sanatorium.
Diana od razu posz?a do Roschepera - tak przynajmniej powiedzia?a -
Wiktor za? zrzuciwszy p?aszcz uwali? siË na ?Õ?ko w swoim pokoju, zapali?
papierosa i zaczNo? gapiÖ siË w sufit. ByÖ mo?e godzinË, byÖ mo?e dwie, bez
przerwy pali?, wierci? siË na ?Õ?ku, wstawa?, spacerowa? po pokoju,
bezmy?lnie wyglNoda? przez okno, zasuwa? i odsuwa? portiery, pil wodË z
kranu, poniewa? mËczy?o go pragnienie i znowu pada? na ?Õ?ko.
...Upokorzenie, my?la?. Tak, oczywi?cie. Bili po twarzy, wymy?lali od
?obuzÕw, jak ostatniemu ?ebrakowi, ale pomimo wszystko to byli ojcowie i
matki, pomimo wszystko kochali swoje dzieci, mogli je biÖ, ale gotowi byli
oddaÖ za nie ?ycie, demoralizowali swoim przyk?adem, ale przecie?
nieumy?lnie, lecz przez swojNo ciemnotË,... matki rodzi?y je w bÕlach,
ojcowie karmili i ubierali, przecie? byli dumni ze swoich dzieci, chwalili
siË nimi, czËsto je wyklinali, ale nie wyobra?ali sobie bez nich ?ycia... i
rzeczywi?cie, teraz ich ?ycie zrobi?o siË puste, nic im przecie? nie
zosta?o. Czy wolno wiËc traktowaÖ ich a? tak okrutnie, tak zimno, tak
pogardliwie, tak rozumnie i jeszcze na po?egnanie nak?a?Ö po pysku...
...Czy?by naprawdË, u diabla, obrzydliwe jest wszystko, co pozosta?o w
cz?owieku od zwierzËcia? Nawet macierzyÓstwo, nawet u?miech Madonny, czu?e,
serdeczne rËce podajNoce pier? niemowlËciu... Tak, oczywi?cie, instynkt i
cala religia zbudowana na instynkcie... pewnie ca?e nieszczË?cie polega na
tym, ?e tË religiË prÕbuje siË przenie?Ö na wychowanie, to znaczy na takie
dziedziny, z ktÕrymi instynkty nie majNo ju? nic wspÕlnego, a je?eli majNo,
to przynoszNo wy?Nocznie szkodË... dlatego ?e wilczyca mÕwi wilczËtom:
"KNosajcie jak ja" i to wystarczy, zajËczyca uczy swoje zajNoczki:
"Uciekajcie tak jak ja" i to tak?e wystarczy, ale cz?owiek uczy swoje ma?e:
"My?l tak jak ja" i to ju? jest zbrodnia... No a ci, jak im tam - mokrzaki,
gady, zarazy, wszystko co kto chce, ale na pewno nie ludzie, co najmniej
nadludzie - jak oni to robiNo? Najpierw: "Przyjrzyj siË, jak my?leli przed
tobNo, zobacz co z tego wysz?o, wysz?o niedobrze, dlatego, ?e to i to, a
powinno byÖ tak i tak. Zobaczy?e?? A teraz zacznij my?leÖ sam, my?l co
zrobiÖ, ?eby nie wysz?o to i to, tylko tak i tak". Tylko, ?e ja nie wiem,
czym jest to i to, i co to jest tak i tak, a w ogÕle wszystko to ju? by?o,
wszystko to ju? wyprÕbowali?my, zrealizowali siË poszczegÕlni ?wietni
ludzie, ale przewa?ajNoce masy pcha?y siË starNo drogNo, nigdzie nie
skrËcajNoc, zwyczajnie, po naszemu... ZresztNo jak cz?owiek ma wychowywaÖ
swoje ma?e, kiedy jego ojciec nie wychowywa? go, tylko tresowa?: "KNosaj jak
ja, chowaj siË tak jak ja", i tak samo tresowa? ojca dziad, dziada pradziad,
i dalej do tej pierwszej jaskini, do kosmatych nosicieli oszczepÕw,
po?eraczy mamutÕw. ?al mi tych bezw?osych potomkÕw, ?al mi ich, bo ?al mi
samego siebie, ale tamci majNo to gdzie?, nie jeste?my im w ogÕle potrzebni,
nie zamierzajNo nas reedukowaÖ, nie zamierzajNo nawet burzyÖ starego ?wiata,
stary ?wiat ich nie interesuje, majNo swoje sprawy, a od starego ?wiata
?NodajNo tylko jednego - ?eby siË od nich odczepi?. Teraz sta?o siË to
mo?liwe, teraz mo?na handlowaÖ ideami, mamy teraz potË?nych kupcÕw idei, oni
bËdNo ciË chroniÖ, zapËdzNo ca?y ?wiat za druty kolczaste, ?eby stary ?wiat
ci nie przeszkadza?, bËdNo ciË karmiÖ, bËdNo ciË pielËgnowaÖ... bËdNo w
sposÕb najbardziej ugrzeczniony ostrzyÖ topÕr, ktÕrym odrNobujesz ga?Noñ, na
ktÕrej oni zasiadajNo b?yskajNoc orderami i szamerunkami.
...I do diab?a, to jest na swÕj sposÕb wspania?e - wszystko ju?
wyprÕbowano, tylko tego jeszcze nie wyprÕbowano - zimny wychÕw bez s?odkiego
szczebiotu, bez ?ez... chocia? co ja tu wymy?lam, skNod mogË wiedzieÖ jak
wyglNoda to ich wychowanie... ale wszystko jedno - okrucieÓstwo i pogardË
widaÖ go?ym okiem... Nic im z tego nie wyjdzie, dlatego ?e - no dobrze,
intelekt, my?lcie, uczcie siË, analizujcie - ale co z rËkami matki, czu?ymi
d?oÓmi, ktÕre kojNo bÕl i ogrzewajNo ?wiat. I k?ujNocy zarost ojca, ktÕry
bawi siË w wojnË i w tygrysa, uczy siË boksowaÖ, jest najsilniejszy i
wszystko wie? A przecie? to te? by?o! Nie tylko wrzaskliwe (albo ciche)
k?Õtnie rodzicÕw, nie tylko pasek i pijany be?kot, nie tylko bezsensowne
targanie za uszy na zmianË z nag?ym i niepojËtym deszczem cukierkÕw i
miedziakÕw na kino... ZresztNo, skNod ja mogË wiedzieÖ - mo?e oni majNo
jaki? ekwiwalent tego dobrego, co zawiera w sobie macierzyÓstwo i
ojcostwo... jak Irma patrzy?a na tego mokrzaka! jakim trzeba byÖ, ?eby na
ciebie tak patrzono... i w ka?dym razie ani Bol-Kunac, ani Irma, ani
pryszczaty nihilista - demaskator nigdy nie w?o?No z?otych koszul, a czy to
ma?o? Do diabla - niczego wiËcej od ludzi nie wymagam!
.. .Nie tak prËdko, powiedzia? do siebie. Znajdñ najwa?niejsze. Jeste?
z nimi, czy przeciwko nim? Jest jeszcze trzecie wyj?cie - mieÖ wszystko w
nosie. Ale mnie nie jest wszystko jedno. Ach, jak ja bym chcia? byÖ
cynikiem, jak ?atwo, prosto i przyjemnie jest byÖ cynikiem!... no, co?
takiego - przez ca?e ?ycie robiNo ze mnie cynika, starajNo siË, nie ?a?ujNoc
si? i ?rodkÕw, ku?, najpiËkniejszych frazesÕw, papieru, nie ?a?ujNo piË?ci,
nie ?a?ujNo ludzi, niczego im nie ?al, ?ebym tylko zosta? cynikiem - a ja
nic... No dobrze, ju? dobrze. Ale jednak - jestem za czy przeciw? Oczywi?cie
przeciw - nie znoszË lekcewa?enia, nienawidzË elit, nienawidzË wszelkiej
nietolerancji, i nie lubiË, och, jak ja nie lubiË, kiedy mnie bijNo po
mordzie i wyganiajNo precz... I jestem za, poniewa? lubiË ludzi mNodrych,
utalentowanych, nienawidzË g?upcÕw, nienawidzË tËpakÕw, nienawidzË z?otych
koszul, faszystÕw i jest jasne, ?e do niczego nie dojdË, zbyt ma?o o nich
wiem, a z tego co wiem, co widzia?em sam, rzuca siË w oczy raczej to, co z?e
- okrucieÓstwo, pogarda, odcz?owieczenie, wreszcie fizyczna szpetota... A w
rezultacie - z nimi jest Diana, ktÕrNo kochani, i Irma, ktÕrNo kocham, i
Golem, ktÕrego szanujË, i Bol-Kunac, i pryszczaty nihilista... a kto jest
przeciw? Burmistrz jest przeciw, to stare ?cierwo, faszysta i demagog, i ta
sprzedajna gnida policmajster, i Roscheper Nant, i ta idiotka Lola, ta banda
w z?otych koszulach, i Fawor... Co prawda, z drugiej strony - jest z nimi
ten wysoki zawodowiec, a tak?e niejaki genera? Pferd - nie znoszË genera?Õw,
przeciwko za? Teddy i z pewno?ciNo jeszcze wielu takich jak Teddy... Tak,
wiËkszo?ciNo g?osÕw niczego siË tu nie rozwiNo?e. To co? w rodzaju
demokratycznych wyborÕw - wiËkszo?Ö zawsze popiera ?obuzÕw...
Oko?o drugiej przysz?a Diana, Diana Zwyczajna i Weso?a w ciasno
przepasanym bia?ym fartuchu, uczesana i podmalowana.
- Jak idzie praca? - zapyta?a.
- P?onË - odpowiedzia?. - Spalam siË, ?wiecNoc innym.
- Fakt, du?o dymu. ChoÖby? okno otworzy?... Chcesz je?Ö?
- Tak, do diab?a! - odpar? Wiktor. Przypomnia? sobie, ?e nie jad?
?niadania.
- Do diab?a, w takim razie idziemy!
Zeszli do jadalni. Przy d?ugich sto?ach, w solennym milczeniu ch?eptali
dietetycznNo zupË "Bracia w sapiencji", poczerniali z fizycznego zmËczenia.
Gruby trener w opiËtym granatowym swetrze chodzi? za ich plecami, klepa? po
ramionach, targa? im czupryny i uwa?nie zaglNoda? do talerzy.
- Poznam ciË teraz z pewnym cz?owiekiem - oznajmi?a Diana. - Zjemy
razem obiad.
- Co to za jeden? - z niezadowoleniem zapyta? Wiktor. Mia? ochotË
milczeÖ przy jedzeniu.
- MÕj mNo? - odrzek?a Diana. - MÕj by?y mNo?.
- Aha - powiedzia? Wiktor. - Aha. No cÕ?... Bardzo mi milo.
Co te? przysz?o jej do g?owy, pomy?la? smËtnie. I komu to potrzebne.
Popatrzy? ?a?o?nie na DianË, ale ju? zmierzali szybko do s?u?bowego stolika
w kNocie sali. MNo? wsta? na ich powitanie, ?Õ?toskÕry, garbatonosy, w
ciemnym garniturze i w czarnych rËkawiczkach. Nie poda? Wiktorowi rËki,
tylko sk?oni? siË i powiedzia? nieg?o?no:
- DzieÓ dobry, cieszË siË, ?e pana widzË.
- Baniew - przedstawi? siË Wiktor z fa?szywNo serdeczno?ciNo, ktÕra go
zawsze ogarnia?a na widok mË?Õw.
- My siË w?a?ciwie ju? znamy - stwierdzi? mNo?. - Jestem Zurtzmansor.
- Ach tak! - zawo?a? Wiktor. - Ale? oczywi?cie! MuszË siË panu
przyznaÖ, ?e moja pamiËÖ... - zamilk?. - ChwileczkË - zapyta?. - Jaki
Zurtzmansor?
- Pawe? Zurtzmansor. Pan zapewne mnie czyta?, a niedawno nadzwyczaj
energicznie walczy? pan w mojej obronie w restauracji. Poza tym spotkali?my
siË w jeszcze jednym miejscu w nader niemi?ych okoliczno?ciach... Mo?e
usiNodziemy?
Wiktor usiad?. No dobrze, pomy?la?. Niech tak bËdzie. To znaczy oni tak
wyglNodali bez przepasek. Kto by pomy?la?? Pardon, ale gdzie jego "okulary"?
Zurtzmansor - nie wiedzieÖ czemu mNo? Diany, czyli garbonosy tancerz,
grajNocy tancerza, ktÕry gra tancerza, ktÕry tak naprawdË jest mokrzakiem,
albo nawet czterema mokrzakami naraz, albo nawet piËcioma, liczNoc razem z
restauracyjnym - Zurtzmansor nie mia? "okularÕw", jakby rozp?ynË?y siË po
ca?ej twarzy barwiNoc jNo na latynoamerykaÓski kolor. Diana z dziwnym,
nieomal macierzyÓskim u?miechem patrzy?a to na niego, to na swojego mË?a. I
to by?o nieprzyjemne. Wiktor poczu? co? w rodzaju zazdro?ci, ktÕrej do tej
pory nigdy nie doznawa?, kiedy mia? do czynienia z mË?ami. Kelnerka
przynios?a zupË.
- DziËkujË - automatycznie powiedzia? Wiktor. WziNo? ?y?kË i zaczNo?
je?Ö nie czujNoc smaku. Zurtzmansor rÕwnie? jad?, spoglNodajNoc spode ?ba na
Wiktora - bez u?miechu, ale z jakim? rozbawionym wyrazem twarzy. RËkawiczek
nie zdjNo?, ale sposÕb w jaki pos?ugiwa? siË ?y?kNo, w jaki ?ama? chleb,
u?ywa? serwetki, ?wiadczy? o starannym wychowaniu.
- To znaczy, ?e jednak jest pan tym s?awnym Zurtzmansorem - stwierdzi?
Wiktor - filozofem...
- Obawiam siË, ?e nie - odpar? Zurtzmansor wycierajNoc wargi serwetkNo.
- Obawiam siË, ?e z tym s?ynnym filozofem mam teraz zwiNozek nadzwyczaj
odleg?y.
Wiktor nie znalaz? odpowiedzi i postanowi? od?o?yÖ rozmowË.
Ostatecznie, to nie ja jestem inicjatorem spotkania, nie ma co siË pchaÖ,
skoro on chcia? siË ze mnNo zobaczyÖ, to niech sam zaczyna... Przyniesiono
drugie danie. Nadzwyczaj uwa?nie Wiktor zaczai kroiÖ miËso. Przy d?ugich
sto?ach zgodnie i prostodusznie mlaskano, szczËkajNoc no?ami i widelcami. A
przecie? siedzË tu jak g?upi, pomy?la? Wiktor. Brat w sapiencji. Ona
prawdopodobnie kocha go do tej pory. Zachorowa?, musieli siË rozstaÖ, ale
ona nie chcia?a siË rozstaÖ, bo inaczej po co by jecha?a do tej dziury -
?eby wynosiÖ nocniki Roschepera? I czËsto siË widujNo, on zakrada siË do
sanatorium, zdejmuje opaskË i taÓczy z niNo. Przypomnia? sobie, jak oni
oboje taÓczyli - dwa go?Nobeczki. Wszystko jedno. Ona go kocha. A co mnie to
obchodzi? Ale przecie? jednak obchodzi. Co tu ukrywaÖ - obchodzi. Tylko - co
mianowicie? Oni zabrali mi cÕrkË, ale jestem o niNo zazdrosny nie jak
ojciec. Odebrali mi kobietË, ale jestem zazdrosny o DianË nie jak mË?czyzna.
.. O do diab?a, skNod takie s?owa! Zabrali kobietË, zabrali cÕrkË... CÕrkË,
ktÕra zobaczy?a mnie po raz pierwszy w dwunastym roku ?ycia... czy mo?e w
trzynastym. KobietË, ktÕrNo znam kilka dni... Ale proszË - jestem zazdrosny
i to nie jak ojciec i nie jak mË?czyzna. Tak, by?oby znacznie pro?ciej,
gdyby on teraz powiedzia?: "Szanowny panie, wiem wszystko, splami? pan mÕj
honor, co z udzieleniem mi satysfakcji?"
- Jak idzie praca nad artyku?em? - zapyta? Zurtzmansor.
- Nijak - odpowiedzia? Wiktor.
- Ciekawe by?oby go przeczytaÖ - oznajmi? Zurtzmansor.
- A czy pan wie co to ma byÖ za artyku??
- Tak, wyobra?am sobie. Ale pan przecie? takiego artyku?u nie napisze.
- A je?eli bËdË musia?? Mnie genera? Pferd nie obroni.
- Widzi pan - powiedzia? Zurtzmansor - taki artyku? na jakim zale?y
burmistrzowi wszystko jedno panu nie wyjdzie. Nawet je?eli bËdzie siË pan
bardzo staraÖ. IstniejNo ludzie, ktÕrzy automatycznie, niezale?nie od
w?asnych chËci, transformujNo na swÕj sposÕb ka?de zadanie jakie, przed nimi
staje. Pan nale?y do takich ludzi.
- To ñle, czy dobrze? - spyta? Wiktor.
- Z naszego punktu widzenia - dobrze. O osobowo?ci cz?owieka wiadomo
bardzo ma?o, je?eli nie liczyÖ tej czË?ci, na ktÕrNo sk?adajNo siË odruchy.
Co prawda, osobowo?Ö masy nie zawiera prawie nic poza odruchami. Dlatego tak
bardzo cenne sNo tak zwane osobowo?ci twÕrcze, indywidualnie przetwarzajNoce
informacjË o rzeczywisto?ci. PorÕwnujNoc znane i dok?adnie zbadane zjawisko
z odbiciem tego zjawiska w twÕrczo?ci takiej jednostki, mo?emy wiele siË
dowiedzieÖ o strukturze psychicznej przetwarzajNocej informacjË.
- A czy nie wydaje siË panu, ?e brzmi to nieco obrañliwie? - zapyta?
Wiktor. Zurtzmansor skrzywi? siË dziwacznie i spojrza? na Wiktora.
- Aha, rozumiem - odpar?. - TwÕrca, a nie krÕlik do?wiadczalny... Ale
widzi pan, wymieni?em tylko jednNo okoliczno?Ö, dziËki ktÕrej jest pan dla
nas cenny. Inne okoliczno?ci sNo powszechnie znane - to prawdziwa informacja
o obiektywnej rzeczywisto?ci, mechanizm emocji, sposÕb pobudzania wyobrañni,
zaspokajanie potrzeby wspÕ?prze?ywania... W?a?ciwie chcia?em panu pochlebiÖ.
- Wobec tego czujË siË pochlebiony - rzek? Wiktor. - Jednak?e wszystkie
te rozwa?ania nie majNo ?adnego zwiNozku z pisaniem paszkwili. Bierzemy
ostatnie przemÕwienie pana prezydenta i przepisujemy je w ca?o?ci, przy czym
s?owa "wrogowie wolno?ci" zamieniamy s?owami "tak zwane mokrzaki", albo
"pacjenci krwawego lekarza", albo "wilko?akiz leprozorium"... i moja
psychika nie bËdzie w tej zabawie w ogÕle uczestniczyÖ.
- To siË panu tylko tak wydaje - zaprzeczy? Zurtzmansor. - Przeczyta
pan przemÕwienie i na poczNotek oka?e siË, ?e jest skandalicznie napisane.
Mam na my?li jego stylistykË. Zacznie pan poprawiaÖ styl, szukajNoc bardziej
precyzyjnych sformu?owaÓ, zacznie pracowaÖ wyobrañnia, zemdli pana od
zatËch?ych s?Õw, zechce pan je o?ywiÖ, zastNopiÖ urzËdowe ?garstwa ?ywymi
faktami i sam pan nawet nie zauwa?y, kiedy zacznie pan pisaÖ prawdË.
- ByÖ mo?e - powiedzia? Wiktor. - W ka?dym razie nie mam teraz ochoty
na pisanie tego artyku?u.
- A ma pan ochotË pisaÖ co? innego?
- Tak - odpar? Wiktor patrzNoc mu w oczy - z przyjemno?ciNo napisa?bym,
jak dzieci odesz?y z miasta. Nowego szczuro?apa z Hamelin.
Zurtzmansor z zadowoleniem skinNo? g?owNo.
- ?wietny pomys?. Niech pan napisze.
Napisze, z goryczNo pomy?la? Wiktor. Twoja maÖ. ale kto wydrukuje? Mo?e
ty wydrukujesz?
- Diana - zapyta?. - A czy nie mo?na by siË czego? napiÖ?
Diana wsta?a bez s?owa i wysz?a.
- A poza tym napisa?bym z przyjemno?ciNo o skazanym mie?cie -
powiedzia? Wiktor. - I o niezrozumia?ej aferze wokÕ? leprozorium. I o z?ych
czarownikach.
- Ma pan pieniNodze?
- Na razie jeszcze mam.
- Chcia?em pana zawiadomiÖ, ?e prawdopodobnie zostanie pan laureatem
nagrody literackiej leprozorium za ubieg?y rok. Na ostatnie okrNo?enie
wyszed? pan razem z Tusowem, ale Tusow ma niniejsze szansË, to oczywiste.
WiËc pieniNodze bËdzie pan mia?.
- Ta - ak - powiedzia? Wiktor. - Co? takiego jeszcze mi siË nie
zdarzy?o. A du?o bËdzie tych pieniËdzy?
- Ze trzy tysiNoce... Nie pamiËtam dok?adnie.
WrÕci?a Diana i nadal bez s?owa postawi?a na stole butelkË i jednNo
szklankË.
- Daj jeszcze jednNo szklankË - poprosi? Wiktor.
- Ja nie bËdË piÖ - oznajmi? Zurtzmansor.
- W?a?ciwie ja... Hm..
- Ja te? nie bËdË - powiedzia?a Diana.
- To za "NieszczË?cie"? - zapyta? Wiktor nalewajNoc.
- Tak. I za "KotkË". Tak, ?e na trzy miesiNoce bËdzie pan mia? spokÕj.
A mo?e na mniej?
- Na jakie? dwa miesiNoce - odpar? Wiktor. - Ale nie o to chodzi... A
wiËc - chcia?bym zwiedziÖ wasze leprozorium.
- Oczywi?cie - rzek? Zurtzmansor. - WrËczenie nagrody odbËdzie siË
w?a?nie tam. Tylko, ?e siË pan rozczaruje. ?adnych cudÕw nie bËdzie. BËdzie
dzieÓ wolny od pracy. Oko?o dziesiËciu domkÕw i pawilon szpitalny.
- Pawilon szpitalny - powtÕrzy? Wiktor. - I kogÕ? tam u was leczNo?
- Ludzi - odpowiedzia? Zurtzmansor z dziwnNo intonacjNo. U?miechnNo?
siË i nagle co? dziwnego sta?o siË z jego twarzNo. Prawe oko by?o puste i
zjecha?o do podbrÕdka, usta zrobi?y siË trÕjkNotne, lewy policzek razem ?
uchem odpad? od czaszki i zawis?. Trwa?o to zaledwie mgnienie oka. Dianie
wypad? z rËki talerz, Wiktor machinalnie popatrzy? za siebie, a kiedy
ponownie spojrza? na Zurtzmansora, ten by? ju? jak poprzednio - ?Õ?ty i
uprzejmy. Tfu, tfu, tfu, powiedzia? w my?li Wiktor. Precz, duchu nieczysty.
A mo?e mi siË tylko wyda?o? Spiesznie wyciNognNo? paczkË papierosÕw, zapali?
i wbi? wzrok w szklankË. "Bracia w sapiencji" z wielkim ha?asem wstawali od
sto?Õw i ruszyli do wyj?cia przekrzykujNoc siË dono?nie. Zurtzmansor
powiedzia?:
- A w ogÕle chcieliby?my, ?eby czu? siË pan bezpiecznie. Nie powinien
siË pan niczego obawiaÖ. Zapewne domy?la siË pan, ?e nasza organizacja
zajmuje okre?lone po?o?enie i cieszy siË okre?lonymi przywilejami. Wiele
robimy, wiËc na wiele siË nam pozwala. Pozwala siË nam na do?wiadczenia z
klimatem, pozwala siË przygotowywaÖ tych, ktÕrzy nas zastNopiNo... i tak
dalej. Nie warto specjalnie siË rozwodziÖ. NiektÕrzy panowie sNodzNo, ?e
pracujemy dla nich, a my nie wyprowadzamy ich z b?Ëdu. - Zamilk? na chwilË.
- ProszË pisaÖ o czym pan chce i jak pan chce, nie zwracajNoc uwagi na
szczekajNoce psy. Je?li bËdzie pan mia? k?opoty z wydawcami, albo k?opoty
finansowe, pomo?emy panu. W ostateczno?ci, bËdziemy pana sami wydawaÖ.
Oczywi?cie dla siebie. Tak, ?e ulubione minogi ma pan zapewnione.
Wiktor wypi? i pokrËci? g?owNo.
- Jasne - stwierdzi?. - Znowu siË mnie kupuje.
- Mo?na to i tak nazwaÖ - odpar? Zurtzmansor. - Najwa?niejsze, ?eby pan
wiedzia? - istnieje pewien kontyngent czytelnikÕw, powiedzmy, chwilowo
niezbyt liczny, ktÕry jest niezmiernie zainteresowany paÓskNo pracNo. Jest
pan nam potrzebny, Baniew, I do tego potrzebny w?a?nie taki, jaki pan jest.
Niepotrzebny jest nam Baniew - nasz zwolennik i nasz piewca, dlatego te?
niech pan nie ?amie sobie g?owy zastanawiajNoc siË, po czyjej jest pan
stronie. Niech pan bËdzie po swojej stronie, jak zresztNo przystoi twÕrczej
jednostce. To wszystko czego nam od pana trzeba.
- WyjNotkowo ulgowe warunki - oznajmi? Wiktor. - Carte blanche i w
perspektywie ha?dy marynowanych minog. W perspektywie oraz w sosie
musztardowym. Jaka? wiËc wdowa powiedzia?aby mi "nie"? Zurtzmansor, czy
zdarzy?o siË panu kiedykolwiek zaprzedawaÖ duszË i piÕro?
- Tak, naturalnie - odpowiedzia? Zurtzmansor. - I wie pan, p?acono mi
skandalicznie ma?o. Ale to by?o tysiNoc lat temu i na innej planecie - znowu
umilk? na chwilË. - Nie ma pan racji, Baniew - rzek?. - My pana nie
kupujemy. Po prostu chcemy, ?eby pan pozosta? samym sobNo, obawiamy siË, ?e
pana z?amiNo. Wielu przecie? ju? z?amali... Warto?ci moralne nie sNo na
sprzeda?. Mo?na je zniszczyÖ, ale nie kupiÖ. Ka?da okre?lona warto?Ö moralna
potrzebna jest tylko jednej stronie, jej kradzie? lub kupowanie pozbawione
jest sensu. Pan prezydent uwa?a, ?e kupi? malarza R. KwadrygË. To pomy?ka.
Pan prezydent kupi? cha?turszczyka R. KwadrygË, ale malarz przeciek? mu
miËdzy palcami i umar?. A my nie chcemy, ?eby Baniew przeciek? miËdzy
palcami komukolwiek, nawet nam, i umar? jako pisarz. Nam sNo potrzebni
arty?ci, a nie propagandy?ci.
Wsta?. Wiktor rÕwnie? wsta? czujNoc niezrËczno?Ö i dumË, nieufno?Ö i
poni?enie, rozczarowanie i odpowiedzialno?Ö, i co? jeszcze w czym chwilowo
nie umia? siË zorientowaÖ.
- By?o mi mi?o porozmawiaÖ z panem - powiedzia? Zurtzmansor. - ?yczË
powodzenia w pracy.
- Do widzenia - odpar? Wiktor.
Zurtzmansor lekko siË sk?oni? i odszed? z uniesionNo g?owNo d?ugim,
pewnym krokiem. Wiktor patrzy? w ?lad za nim.
- W?a?nie za to ciË kocham - stwierdzi?a Diana. Wiktor pad? na krzes?o
i siËgnNo? po butelkË.
- Za co? - zapyta? z roztargnieniem.
- Za to, ?e im jeste? potrzebny. Za to, ?e ty, dziwkarz, pijaczyna,
awanturnik, niechluj i ?ajdak pomimo wszystko jeste? potrzebny takim
ludziom.
Przechyli?a siË przez stÕ? i poca?owa?a Wiktora w policzek. To by?a
jeszcze jedna Diana - Diana KochajNoca - o olbrzymich suchych oczach, Maria
z Magdali, Diana PatrzNoca z Do?u do GÕry.
- Te? mi co? - wymamrota? Wiktor. - Intelektuali?ci... Kacyki na
godzinË. Ale to by?y tylko s?owa. Bo tak naprawdË nie by?o to takie proste.
Wiktor wrÕci? do hotelu nastËpnego dnia po ?niadaniu. Na po?egnanie
Diana da?a mu kobia?kË - ze sto?ecznych szklarni przys?ano dla Roschepera
pÕ? puda truskawek i Diana rozsNodnie zdecydowa?a, ?e Roscheper nawet przy
swojej anormalnej ?ar?oczno?ci nie da rady sam wszystkiego poch?onNoÖ.
PosËpny portier otworzy? drzwi Wiktorowi. Wiktor poczËstowa? go
truskawkami, portier wziNo? kilka jagÕd, w?o?y? do ust, po?u? niczym chleb i
powiedzia?:
- Okazuje siË, ?e mÕj szczeniak wszystkim tam u nich krËci?.
- Dlaczego pan tak o nim mÕwi - zaprotestowa? Wiktor. - To znakomity
ch?opak. MNodry i bardzo dobrze wychowany.
- No bo la?em go ile wlezie! - rzek? portier odzyskujNoc rezon. -
Stara?em siË... - znowu sposËpnia?. - SNosiedzi ?yÖ nie dajNo. - oznajmi?. -
A co ja mog?em? O niczym nie wiedzia?em.
- Niech pan ich po?le do diab?a - poradzi? Wiktor. - Oni tak z zawi?ci,
a paÓski ch?opak jest rewelacyjny. Ja na przyk?ad bardzo jestem rad, ?e
przyjañni siË z mojNo cÕrkNo.
- Ha! - powiedzia? portier, znowu odzyskujNoc ducha. - To mo?e kiedy?
siË spokrewnimy?
- A co - odpar? Wiktor. - To nawet bardzo mo?liwe... - wyobrazi? sobie
Bol-Kunaca. - Czemu nie... Z tego powodu chwilË ?mieli siË i ?artowali.
- Nie s?ysza? pan wczoraj strzelaniny? - zapyta? portier.
- Nie - odpar? Wiktor i sta? siË czujny. - Bo co?
- Tak wysz?o - powiedzia? portier - znaczy, kiedy my wszyscy
rozeszli?my siË, niektÕrzy, znaczy, zostali. Dobra?o siË paru chojrakÕw,
przeciËli druty i - do ?rodka. Na karabiny maszynowe.
- O do diab?a - rzek? Wiktor.
- Sam nie widzia?em - stwierdzi? portier. - Tak ludzie opowiadajNo. -
Rozejrza? siË na boki, kiwnNo? na Wiktora i powiedzia? mu szeptem na ucho: -
Nasz Teddy te? tam by?, dosta? kulkË. Ale to nic powa?nego. Teraz kuruje siË
w domu.
- Paskudna historia - wymamrota? Wiktor zmartwiony.
PoczËstowa? truskawkami recepcjonistË, wziNo? klucz i poszed? do
siebie. Nie rozbierajNoc siË wykrËci? numer Teddyego. Synowa Teddyego
zakomunikowa?a, ?e na ogÕ? nie jest ñle, przestrzelili mu miËsieÓ, le?y na
brzuchu, przeklina i chla wÕdË. Ona za? wybiera siË dzisiaj do Domu SpotkaÓ
zobaczyÖ syna. Wiktor poprosi?, ?eby przekaza?a Teddyemu pozdrowienia,
obieca?, ?e wpadnie i od?o?y? s?uchawkË. Powinien jeszcze zadzwoniÖ do Loli,
ale kiedy wyobrazi? sobie tË rozmowË, krzyki, wyrzuty - nie zadzwoni?.
ZdjNo? p?aszcz, popatrzy? na truskawki, zszed? do kuchni i wyprosi? butelkË
?mietanki. Kiedy wrÕci?, w pokoju siedzia? Pawor.
- DzieÓ dobry - powiedzia? Pawor z o?lepiajNocym u?miechem.
Wiktor podszed? do sto?u, wysypa? truskawki do miski, zala? ?mietankNo,
posypa? cukrem i usiad?.
- No, dzieÓ dobry, dzieÓ dobry - odpar? ponuro. - Ma pan mi co? do
powiedzenia?
Nie mia? ochoty patrzeÖ na Pawora. Po pierwsze Pawor by? kanaliNo, a po
drugie okazuje siË, ?e nie jest przyjemnie patrzeÖ na cz?owieka, ktÕrego siË
zakapowa?o. Nawet je?eli to kanalia i nawet je?eli zakapowa?e? go z
najszlachetniejszych pobudek.
- Wiktorze, proszË mnie wys?uchaÖ - odezwa? siË Pawor. - Jestem gotÕw
przeprosiÖ pana. Obaj zachowywali?my siË idiotycznie - ale ja chyba
bardziej. To wszystko z powodu s?u?bowych k?opotÕw. Szczerze proszË o
wybaczenie. By?oby mi diabelnie przykro, gdyby?my pogniewali siË na siebie z
powodu takiego g?upstwa.
Wiktor zamiesza? truskawki ?y?eczkNo i zaczNo? je?Ö.
- Jak Boga kocham, ostatnio mi siË nie wiedzie - ciNognNo? Pawor dalej
- jestem z?y na ca?y ?wiat. Nikt mi nie wspÕ?czuje, nikt nie pomaga, ta
?winia burmistrz wciNognNo? mnie w brudnNo aferË...
- Panie Summan - powiedzia? Wiktor. - Niech pan nie udaje idioty.
Nieñle pan potrafi udawaÖ, ale ja na szczË?cie rozszyfrowa?em pana i
studiowanie pana aktorskich talentÕw nie sprawia mi ?adnej przyjemno?ci. Nie
chcia?bym sobie psuÖ apetytu, wiËc mo?e pan sobie pÕjdzie.
- Wiktorze - rzek? Pawor z wyrzutem. - Przecie? jeste?my doro?li. Nie
mo?na przecie? przywiNozywaÖ takiej wagi do gadania przy stole. Czy?by pan
uwierzy?, ?e te g?upstwa, ktÕre wygadywa?em, to moje poglNody? Migrena,
przykro?ci, katar... Czego mo?na wymagaÖ od cz?owieka w takiej sytuacji?
- Mo?na wymagaÖ, ?eby cz?owiek nie bi? mnie z ty?u kastetem po g?owie -
wyja?ni? Wiktor. - A je?eli ju? bije - rÕ?nie bywa na ?wiecie - ?eby potem
nie udawa? przyjaciela.
- Ach wiËc o to chodzi - odpar? Pawor z zadumNo. Jego twarz
niespodziewanie jakby zmizernia?a. - Niech pan pos?ucha, wszystko panu
wyt?umaczË. To by? czysty przypadek. Nie mia?em pojËcia, ?e to pan. A poza
tym... Sam pan przecie? powiedzia?, ?e rÕ?nie bywa.
- Panie Summan - oznajmi? Wiktor oblizuj Noc ?y?kË. - Nigdy nie
przepada?em za ludñmi paÓskiej profesji. Jednego nawet zastrzeli?em - by?
bardzo odwa?ny w sztabie, kiedy oskar?a? oficerÕw o nielojalno?Ö, ale kiedy
go pos?ano na pierwszNo liniË... WiËc niech siË pan wynosi.
Jednak?e Pawor nie wyniÕs? siË. Zapali? papierosa, za?o?y? nogË na nogË
i rozwali? siË w fotelu. Jasne - ch?op jak dNob, na pewno zna karate, w
kieszeni ma kastet... Dobrze by?oby siË rozz?o?ciÖ... Czego on, jak Boga
kocham, psuje mi apetyt...
- WidzË, ?e pan du?o wie - stwierdzi? Pawor. - To niedobrze. Mam na
my?li - dla pana. No, dobra. Jednego tylko pan nie wie, ?e ja osobi?cie
szczerze pana lubiË i szanujË. Niech siË pan nie wzdryga i nie udaje, ?e
zbiera siË panu na wymioty. MÕwiË serio. Z przyjemno?ciNo gotÕw jestem
wyraziÖ ubolewanie z powodu incydentu z kastetem. PrzyznajË nawet, ?e
wiedzia?em kogo bijË, ale nie mia?em innego wyj?cia. Za rogiem le?y jedyny
?wiadek, atu jeszcze pan nadszed?... No wiËc jedyne co mog?em zrobiÖ, to
uderzyÖ pana mo?liwie delikatnie i tak zresztNo zrobi?em. Za co jak
najszczerzej przepraszam.
Pawor wykona? arystokratyczny gest. Wiktor patrzy? na niego nawet z
niejakiego rodzaju ciekawo?ciNo. W sytuacji tej by?o co? nowego, co? czego
jeszcze nigdy nie do?wiadczy? i co nawet trudno by?o sobie wyobraziÖ.
- Jednak?e przepraszaÖ za to, ?e jestem funkcjonariuszem wiadomego
departamentu - mÕwi? dalej Pawor - nie mogË i zresztNo nie chcË, mÕwiNoc
szczerze. ProszË sobie nie wyobra?aÖ, ?e tam u nas zebrali siË sami
dusiciele wolnej my?li i ?ajdaki karierowicze. Tak - pracujË w
kontrwywiadzie. Tak - wykonujË brudnNo robotË. Tylko ?e ka?da robota jest
brudna, czysta robota nie istnieje. Pan w swoich powie?ciach przedstawia
pod?wiadomo?Ö, swoje s?awetne libido, no a ja to robiË inaczej... O
szczegÕ?ach panu nie opowiem, bo nie mogË, zresztNo, sam pan siË pewnie
wszystkiego domy?la. Tak, ?ledzË leprozorium, nienawidzË tych mokrych
stworÕw, bojË siË ich - i nie tylko o siebie siË bojË, bojË siË o wszystkich
ludzi, ktÕrzy sNo co? warci. O pana na przyk?ad. Przecie? pan ni cholery nie
rozumie. Wolny artysta, cz?owiek emocji, ach, och - i koniec rozmowy. A tu
chodzi o losy systemu. Albo, je?eli pan woli - o losy ludzko?ci. Nie podoba
siË panu prezydent - dyktator, tyran, idiota... Ale nadciNoga taka
dyktatura, jaka siË wam, wolnym artystom, nawet nie ?ni?a. Wczoraj w
restauracji nagada?em g?upstw, ale by?o w tym racjonalne ziarno - cz?owiek
jest zwierzËciem anarchistycznym, i anarchia go zniszczy, je?eli system nie
bËdzie wystarczajNoco mocny. A wiËc paÓskie ulubione mokrzaki proponujNo
takNo dyktaturË, ?e dla zwyk?ego cz?owieka po prostu nie bËdzie ju? miejsca.
Pan my?li, ?e je?li kto? cytuje Zurtzmansora albo Hegla to hoho! Ale taki
cz?owiek patrzy na pana i widzi jedno wielkie gÕwno, i wcale mu pana nie
?al, dlatego ?e i wed?ug Hegla jest pan gÕwnem i wed?ug Zurtzmansora tak?e
gÕwnem. GÕwnem zdefiniowanym. A to co siË znajduje poza granicami tej
definicji - ju? go nie interesuje. Pan prezydent na skutek swego wrodzonego
ograniczenia - no, nawymy?la panu, no, w ostatecznym wypadku ka?e posadziÖ,
ale potem wypu?ci z okazji ?wiËta narodowego i pe?en najlepszych uczuÖ
jeszcze zaprosi pana na obiad. Lecz Zurtzmansor popatrzy na pana przez lupË
i zakwalifikuje - psie gÕwno nie nadajNoce siË do niczego - i wnikliwie
kierowany wielkim intelektem, przemy?leniami ?wiatowej filozofii, strzepnie
brudnNo ?cierkNo do wiadra na ?miecie i zapomni, ?e pan kiedy? istnia?...
Wiktor a? przesta? je?Ö. To by?o dziwne widowisko, nieoczekiwane. Pawor
denerwowa? siË, wargi mu dr?a?y, z twarzy odp?ynË?a krew, nawet oddycha? z
trudem. Wyrañnie wierzy? w to co mÕwi?, w jego oczach zastyg?o przera?ajNoce
widmo straszliwego ?wiata. No, no powiedzia? do siebie Wiktor ostrzegawczo.
To przecie? wrÕg, oprawca. To przecie? aktor, prÕbuje ciË kupiÖ za z?amany
szelNog... Nagle zrozumia?, ?e ze wszystkich si? stara odepchnNoÖ siË od
Pawora. To przecie? urzËdnik, nie zapominaj o tym. Z definicji nie mo?e
kierowaÖ siË ideowymi pobudkami - kazano mu - no to pracuje jak umie. Ka?No
mu broniÖ mokrzakÕw - bËdzie ich broniÖ. Znam te ?cierwa, niejednego ju?
widzia?em...
Pawor wziNo? siË w gar?Ö i u?miechnNo?.
- Wiem co pan my?li - powiedzia?. - Na paÓskiej twarzy widaÖ jak prÕbuj
e pan odgadnNoÖ - czego ten typ siË przyczepi?, czego ode mnie chce. ProszË
wiËc sobie wyobraziÖ, ?e niczego od pana nie chcË. Po prostu szczerze pragnË
pana ostrzec, ?eby pan siË zorientowa? w sytuacji i stanNo? po w?a?ciwej
stronie... - bole?ciwie wyszczerzy? zËby. - Nie chcË, ?eby pan sta? siË
zdrajcNo ludzko?ci. Potem ocknie siË pan - i bËdzie za pÕñno... Nie mÕwiË
ju? o tym, ?e w ogÕle powinien siË pan stNod wynie?Ö i przyszed?em tu, by
pana do tego namÕwiÖ. NadchodzNo ciË?kie czasy, zwierzchno?Ö jest w stadium
s?u?bowej gorliwo?ci, niektÕrym dano do zrozumienia, ?e niby kiepsko
pracujecie, panowie, jakie? nieporzNodki... Ale to jeszcze drobiazg, o tym
jeszcze porozmawiamy. Ja chcË, ?eby pan zrozumia? to, co najwa?niejsze. A
najwa?niejsze to nie to, co bËdzie jutro. Jutro oni jeszcze bËdNo siedzieÖ u
siebie za drutem kolczastym pod stra?No tych kretynÕw... - znowu wyszczerzy?
zËby. - Ale za jakie? dziesiËÖ lat...
Wiktor ju? nie dowiedzia? siË, co bËdzie za dziesiËÖ lat. Drzwi otwar?y
siË bez pukania i weszli dwaj w jednakowych szarych p?aszczach i Wiktor od
razu wiedzia? co to za jedni. Automatycznie ?cisnË?o go w do?ku i pokornie
wsta?, czujNoc md?o?ci i bezsilno?Ö. Ale powiedziano mu: "SiadaÖ, a
Faworowi": "WstaÖ".
- Pawor Summan, jest pan aresztowany.
Pawor, bia?y, nawet jako? niebieskawo bia?y jak odciNogane mleko, wsta?
i powiedzia? ochryple.
- Nakaz.
Pokazali mu jaki? papierek i kiedy patrzy? na ten ?wistek niewidzNocymi
oczami, ujËli go pod ?okcie, wyprowadzili i zamknËli za sobNo drzwi. Wiktor
nadal siedzia? jakby wypuszczono z niego powietrze, patrzy? na miskË z
truskawkami i powtarza? sobie: "niech siË zagryzajNo wzajemnie, niech siË
zagryzajNo..." WciNo? czeka? na odg?os zapuszczanego silnika na ulicy i stuk
drzwi, ale siË nie doczeka?. Wtedy zapali? i czujNoc, ?e ju? d?u?ej nie mo?e
tak siedzieÖ, czujNoc, ?e musi z kim? porozmawiaÖ, zapomnieÖ, albo
ostatecznie napiÖ siË z kim? wÕdki, wyszed? na korytarz. InteresujNoce,
skNod wiedzieli, ?e on jest u mnie. Nie, to wcale nie jest interesujNoce.
Nic interesujNocego w tym nie ma... Na klatce schodowej majaczy? wysoki
profesjonalista. By?o tak niezwyczajnie widzieÖ go samego, ?e Wiktor
obejrza? siË i rzeczywi?cie - w kNocie na kanapie siedzia? m?ody mË?czyzna z
teczkNo i rozk?ada? gazetË.
- A, otÕ? i on - powiedzia? wysoki. M?ody mË?czyzna spojrza? na
Wiktora, wsta? i zaczai sk?adaÖ gazetË. - W?a?nie wybiera?em siË do pana -
powiedzia? wysoki. - Ale je?eli ju? tak wysz?o, chodñmy do nas, tam bËdzie
spokojniej.
Wiktorowi by?o wszystko jedno dokNod pÕjdzie, wiËc pokornie powlÕk? siË
na drugie piËtro. Wysoki
d?u?szNo chwilË otwiera? drzwi numer trzysta dwana?cie. Mia? ca?y pËk
kluczy i zdaje siË, wyprÕbowa? je wszystkie. Tymczasem Wiktor i m?ody
cz?owiek w okularach stali obok siebie, i m?ody cz?owiek mia? bardzo
znudzony wyraz twarzy, Wiktor za? zastanawia? siË, co by siË sta?o, gdyby
daÖ mu teraz w ?eb. wyrwaÖ teczkË i pobiec korytarzem. Potem weszli do
?rodka i m?ody cz?owiek natychmiast wyszed? do sypialni po lewej stronie, a
wysoki powiedzia? do Wiktora: "ChwileczkË" i oddali? siË do sypialni po
prawej stronie. Wiktor usiad? przy stole ze szlachetnego drewna i zaczNo?
wodziÖ palcem po szorstkich kÕ?kach pozostawionych na politurze przez
szklanki i kieliszki. KrNo?kÕw by?o mnÕstwo, ze sto?em nikt siË nie cacka?,
nie zwracano uwagi na szlachetne drewno, k?adziono na nim zapalone papierosy
i co najmniej raz strzNo?niËto atrament z piÕra. Potem ze swojej sypialni
wyszed? m?ody cz?owiek - tym razem bez teczki i marynarki, w domowych
kapciach, z gazetNo w jednej rËce i pe?nNo szklankNo w drugiej. Usiad? w
swoim fotelu pod lampNo i natychmiast ze swojej sypialni pojawi? siË wysoki
z tacNo, ktÕrNo postawi? na stole. Na tacy sta?a zaczËta butelka szkockiej,
szklanka i le?a?o spore, kwadratowe pude?ko.
- Najpierw formalno?ci - powiedzia? wysoki. - Chocia? nie, najpierw
druga szklanka - rozejrza? siË, wziNo? z biurka szklany kubeczek na o?Õwki,
zajrza? do niego, wytrzNosnNo?, dmuchnNo? i postawi? na tacy. - A wiËc
formalno?ci - powtÕrzy?.
Wyprostowa? siË, stanNo? w postawie zasadniczej i surowo wyba?uszy?
oczy. M?ody cz?owiek od?o?y? gazetË, wsta? rÕwnie?, ze znudzeniem patrzNoc w
?cianË. Wtedy Wiktor podniÕs? siË rÕwnie?.
- Wiktorze Baniew! - przemÕwi? wysoki urzËdowo wznios?ym tonem. -
Szanowny panie! W imieniu i na specjalne polecenie pana prezydenta, mam
zaszczyt wrËczyÖ panu medal "Srebrnej Koniczyny drugiej klasy" w nagrodË za
szczegÕlne us?ugi okazane departamentowi, ktÕry mam honor tu reprezentowaÖ!
Otworzy? granatowe pude?ko, uroczy?cie wyjNo? z niego medal na bia?ej
wstNo?eczce z mory i zaczNo? przypinaÖ go do piersi Wiktora. M?ody cz?owiek
zareagowa? grzecznymi oklaskami. NastËpnie wysoki wrËczy? Wiktorowi
legitymacjË i pude?ko, u?cisnNo? mu d?oÓ, cofnNo? siË o krok, przez chwilË z
zachwytem kontemplowa? i te? zaklaska?. Wiktor, czujNoc siË jak idiota,
rÕwnie? zaczNo? klaskaÖ.
- A teraz trzeba to oblaÖ - oznajmi? wysoki
Wszyscy usiedli. Wysoki rozla? whisky, sobie wziNo? kubeczek na o?Õwki.
- Zdrowie kawalera "Koniczyny"! - powiedzia?.
Wszyscy ponownie wstali, wymienili u?miechy, wypili i znowu usiedli.
M?ody cz?owiek w okularach natychmiast wziNo? gazetË i zas?oni? siË niNo.
- Trzeciej klasy, zdaje siË, ju? pan ma - rzek? wysoki. Teraz tylko
jeszcze pierwsza i bËdzie pan pe?nym kawalerem. Bezp?atne przejazdy i tak
dalej. Za co panu dali ten pierwszy?
- Nie pamiËtam - odpar? Wiktor. - Co? tam by?o, pewnie zabi?em kogo?...
A, przypomnia?em sobie. To za kitchegaÓski przyczÕ?ek.
- O! - rzuci? wysoki i znowu rozla? whisky. - A ja na wojnie nie by?em.
Nie zdNo?y?em.
- Mia? pan szczË?cie - stwierdzi? Wiktor. Wypili. - MÕwiNoc miËdzy
nami, nie mam pojËcia za co dosta?em ten medal.
- Przecie? powiedzia?em - za szczegÕlne zas?ugi.
- Za Summana, czy jak? - zapyta? Wiktor, u?miechajNoc siË gorzko.
- Niech pan przestanie! - rzek? wysoki. - Jest pan przecie? wa?nNo
osobisto?ciNo, przecie? tam, w ko?ach. .. - niejasno pomacha? rËkNo dooko?a
ucha.
- W jakich znowu ko?ach... - powiedzia? Wiktor.
- Wiemy, wiemy! - figlarnie zawo?a? wysoki. - Wszyscy wiemy. Genera?
Pferd, genera? Pukki, pu?kownik Bambarcha... Brawo.
- Pierwszy raz s?yszË - odpar? Wiktor nerwowo.
- RozpoczNo? sprawË pu?kownik. Nikt, jak pan sam rozumie, nie
protestowa? - ja my?lË! No, a potem genera? Pferd by? z raportem u
prezydenta i podsunNo? mu wniosek na pana... - Wysoki roze?mia? siË. -
Podobno by?o niez?e kino. Stary wrzeszcza?: "Jaki Baniew? Kuplecista? Za
nic!" Ale genera? do niego, tak surowo: "Trzeba tak, wasza magnificencjo!"
S?owem uda?o siË. Staruszek nawet siË wzruszy?, dobra, powiada, przebaczam.
Co tam miËdzy wami zasz?o?
- Nic takiego - niechËtnie odpowiedzia? Wiktor. - Posprzeczali?my siË
na temat literatury.
- Rzeczywi?cie pisze pan ksiNo?ki? - zapyta? wysoki.
- Tak. Jak pu?kownik Lawrence.
- I jak, przyzwoicie p?acNo?
- Te? bËdË chyba musia? sprÕbowaÖ - oznajmi? wysoki. - Tylko, ?e
ciNogle nie mam czasu. To jedno, to drugie...
- Tak, czasu brakuje - zgodzi? siË Wiktor. Przy ka?dym ruchu medal
kiwa? siË i stuka? po ?ebrach. Wra?enie by?o takie, jak przy kataplazmach.
?e jak siË zdejmie, od razu bËdzie l?ej. - Wie pan - rzek? wstajNoc - ja ju?
sobie pÕjdË. Najwy?szy czas. Najwy?szy czas.
Wysoki natychmiast siË poderwa?.
- Do widzenia - powiedzia?.
- Do widzenia.
- Mam honor po?egnaÖ - sk?oni? siË wysoki. M?ody cz?owiek w okularach
opu?ci? gazetË i sk?oni? siË.
Wiktor wyszed? na korytarz i natychmiast zdar? z siebie medal. Mia?
okropnNo ochotË wrzuciÖ go do kosza na ?miecie, ale siË powstrzyma? i
wsadzi? go do kieszeni. Zszed? na dÕ? do kuchni, wziNo? butelkË d?inu, a
kiedy wraca?, recepcjonista oznajmi?:
- Panie Baniew, dzwoni? do pana pan burmistrz. Nie by?o pana w pokoju i
ja...
- Czego chcia?? - ponuro zapyta? Wiktor.
- Prosi?, ?eby pan do niego niezw?ocznie zadzwoni?. Idzie pan do
siebie? Je?eli pan burmistrz zadzwoni jeszcze raz...
- ProszË mu powiedzieÖ, ?eby mnie poca?owa? w dupË - odpar? Wiktor. -
Teraz wy?NoczË u siebie telefon, a je?eli on zadzwoni proszË mu w?a?nie tak
powtÕrzyÖ: pan Baniew, kawaler Koniczyny drugiej klasy proponuje, ?eby pan,
panie burmistrzu, poca?owa? go w dupË.
ZamknNo? siË w swoim pokoju, wy?Noczy? telefon i z jakiego? powodu
przykry? go poduszkNo. Potem usiad? przy swoim stole, nala? d?inu i nie
rozwadniajNoc go, wypi? duszkiem ca?No szklankË. D?in sparzy? gard?o i
prze?yk. Wtedy z?apa? ?y?kË i zaczNo? zjadaÖ truskawki ze ?mietankNo nie
wiedzNoc co robi. Mam dosyÖ, mam dosyÖ, my?la?. Nic nie chcË, ani orderÕw,
ani honorariÕw, ani waszej ja?mu?ny, nie potrzeba mi waszej opieki, ani
waszej nienawi?ci, ani waszej mi?o?ci, zostawcie mnie samego, mam po uszy
siebie samego, nie wplNotujcie mnie w wasze afery.... ?cisnNo? rËkami g?owË,
?eby nie widzieÖ przed sobNo sinawobia?ej twarzy Pawora i tych bezbarwnych i
bezlitosnych pyskÕw w jednakowych p?aszczach. Genera? Pferd z wami, genera?
Buttock, genera? Arschmann razem z waszymi u?ciskami i orderami, i
Zurtzmansor z odklejonNo twarzNo... WciNo? prÕbowa? zrozumieÖ, co mu to
przypomina. Wypi? jeszcze pÕ? szklanki i zrozumia?, ?e w konwulsjach zwija
siË na dnie okopu, a ziemia wywraca siË pod nim, ca?e warstwy geologiczne,
gigantyczne masy granitu, bazaltu, lawy wypierajNo siË wzajemnie, jËczNoc z
wysi?ku wypuczajNo siË, wybrzuszajNo i przy okazji, nie zwracajNoc uwagi,
wyciskajNo go na gÕrË, coraz wy?ej, wyduszajNo z okopu, wznoszNo nad
ziemiNo, a czasy sNo ciË?kie, w?adza ma atak s?u?bowej gorliwo?ci, zwrÕcono
uwagË, ?e kiepsko pracujecie, a on tu na widoku, goluteÓki zas?ania oczy
rËkami, wypchniËty z okopu. Opa?Ö by na dno, my?la?. Opa?Ö by na samo dno,
?eby nikt nie s?ysza? i nie widzia?. Opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna i
kto? mu podpowiedzia?: uciec radarom. Tak, tak. Opa?Ö by na dno jak ?Õdñ
podwodna, uciec radarom. I nikomu nie daÖ znaÖ o sobie. Nie ma mnie, nie ma.
MilczË. Sami siË wygrzebujcie. Bo?e, dlaczego w ?aden sposÕb nie mogË zostaÖ
cynikiem? Opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna, uciec radarom, le?eÖ i spaÖ.
Opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna, powtarza?, swoich sygna?Õw nigdzie nie
s?aÖ. Poczu? ju? rytm, i od razu przysz?o: do?Ö mam po uszy, po czubek
g?owy. Wszystko mi zbrzyd?o. Zbrzyd?o mi do dna... Nadal sobie d?inu i
wypi?. WÕdka, gitara, muzyka, pie?Ó, opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna...
Gdzie jest banjo, pomy?la?. Gdzie ja podzia?em banjo? Wlaz? pod ?Õ?ko i
wyciNognNo? banjo. Mam was wszystkich gdzie?, pomy?la?. Och, do jakiego
stopnia mam was gdzie?! Opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna, uciec radarom.
Rytmicznie uderza? po strunach i w tym rytmie poczNotkowo stÕ?, a nastËpnie
ca?y ?wiat zaczai przytupywaÖ i poruszaÖ ramionami. Wszyscy genera?owie i
pu?kownicy, wszyscy mokrzy ludzie z odpadajNocymi twarzami, wszystkie
departamenty bezpieczeÓstwa, wszyscy prezydenci i Pawor Summan, ktÕremu
wykrËcano rËce i bito po mordzie... Do?Ö mam po uszy, po czubek g?owy, Bo?e
jak ja mam serdecznie do?Ö, wÕdka, gitara, muzyka, pie?Ó. Opa?Ö by na dno,
opa?Ö by na dno... Uciec radarom, le?eÖ i spaÖ... ?Õdñ podwodna... i wypiÖ
do dna i do ostatka... ?agier nie matka.
*
Do drzwi ju? od dawna kto? puka? coraz g?o?niej i g?o?niej i Wiktor
wreszcie us?ysza?, ale siË nie przestraszy?, dlatego ?e to nie by?o TO
pukanie. Zwyczajne, cieszNoce uszy pukanie normalnego cz?owieka, ktÕry siË
z?o?ci, ?e mu nie otwierajNo. Wiktor otworzy? drzwi. To by? Golem.
- Weso?o panu? - zapyta?. - Pawora aresztowano.
- Wiem, wiem - odpowiedzia? weso?o Wiktor. - Niech pan siada i
s?ucha... Golem nie usiad?, ale Wiktor i tak uderzy? w struny i za?piewa?:
Do?Ö mam po uszy, po czubek g?owy, Bo?e, jak ja mam serdecznie do?Ö,
Opa?Ö by na dno, jak ?Õdñ podwodna, Wszystkim radarom uciec na z?o?Ö.
- Dalej jeszcze nie mam. - krzyknNo?. - Dalej bËdzie kac, spaÖ, piÖ,
nic, do ostatka, lagier - nie matka... A potem - niech pan s?ucha:
Kurwa, czy wÕdka, nic nie pomog?o. Kurwa paskuda, po wÕdce kac. Opa?Ö
by na dno jak ?Õdñ podwodna, Uciec radarom, le?eÖ i spaÖ.
Wszystko mi zbrzyd?o, zbrzyd?o mi do dna. WÕdka, gitara, muzyka, pie?Ó.
Opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna, Opa?Ö by na dno i mieÖ to gdzie?.
- Koniec! - krzyknNo? i rzuci? banjo na ?Õ?ko. Poczu? ogromnNo ulgË,
jak gdyby co? siË zmieni?o, jakby nagle sta? siË bardzo potrzebny, tam nad
okopem na oczach wszystkich - oderwa? d?onie od zmru?onych oczu, spojrza? na
szare, brudne pole, na zardzewia?y drut kolczasty, szare tobo?y, ktÕre
niedawno by?y ludñmi, niemrawNo, monotonnNo krzNotaninË, ktÕrNo kiedy?
nazywano ?yciem i ze wszystkich stron ludzie zaczËli wstawaÖ z okopu, kto?
cofnNo? palec ze spustu...
- ZazdroszczË panu - powiedzia? Golem. - Ale czy nie czas usiNo?Ö do
artyku?u?
- Mowy nie ma - odrzek? Wiktor. - Pan mnie jeszcze nie zna, Golem - mam
ich wszystkich gdzie?. I niech pan wreszcie usiNodzie do diab?a! Jestem
pijany, i, i niech siË pan te? napije. ProszË siË rozebraÖ... Niech siË pan
rozbiera, do kogo mÕwiË! - wrzasnNo?. - I siada! Tu jest szklanka, niech pan
pije! Nic pan nie rozumie, chocia? jest pan prorokiem. A ja na to nie
pozwolË. Nie rozumieÖ - to moja prerogatywa. Na tym ?wiecie wszyscy zbyt
dobrze wszystko rozumiejNo - co byÖ powinno, co jest i co bËdzie, i ogromnie
brakuje ludzi, ktÕrzy nie rozumiejNo. Zastanawia? siË pan kiedy?, na czym
polega moja warto?Ö? Tylko na tym, ?e nie rozumiem. Ods?aniajNoc przede mnNo
ol?niewajNoce perspektywy - ale ja mÕwiË, nie, nic z tego nie rozumiem.
Og?upiajNo mnie teoriami uproszczonymi do granic mo?liwo?ci - ale ja mÕwiË,
nie, nadal nic nie rozumiem... W?a?nie dlatego jestem potrzebny... Chce pan
truskawek? Chocia? zdaje siË, ?e ju? wszystkie zjad?em. W takim razie
zapalimy sobie...
Wsta? i przespacerowa? siË po pokoju. Golem ze szklankNo w rËku
obserwowa? go nie odwracajNoc g?owy.
- To zdumiewajNocy paradoks, Golem. By?y czasy, kiedy wszystko
rozumia?em. Mia?em szesna?cie lat, by?em starszym rycerzem Legii, rozumia?em
absolutnie wszystko i na nic nikomu nie by?em potrzebny! W jakiej? bijatyce
rozwalono mi g?owË, miesiNoc przele?a?em w szpitalu, a wszystko sz?o swojNo
kolejNo - Legia zwyciËsko maszerowa?a naprzÕd beze mnie, pan prezydent
nieub?aganie stawa? siË panem prezydentem - tak?e beze mnie. Wszyscy
?wietnie obchodzili siË beze mnie. Potem to samo powtÕrzy?o siË na wojnie.
By?em oficerem, dostawa?em ordery i naturalnie wszystko rozumia?em.
Przestrzelono mi pier?, trafi?em do szpitala - no i co, czy kto?
zainteresowa? siË, gdzie jest Baniew, co siË sta?o z Baniewem, gdzie siË
podzia? nasz odwa?ny, wszystko rozumiejNocy Baniew? Takiego wa?a! Ale za to
kiedy przesta?em rozumieÖ cokolwiek - o, wtedy wszystko siË zmieni?o.
Wszystkie gazety mnie zauwa?y?y. Wszystkie departamenty. Pan prezydent
osobi?cie zaszczyci?... No? Wyobra?a pan sobie, jaka to rzadko?Ö - cz?owiek,
ktÕry nie rozumie! Wszyscy go znajNo, troszczNo siË o niego genera?owie i
pokÕj... e - e... pu?kownicy, jest okropnie potrzebny mokrzakom, uwa?a siË,
?e to jest kto?, koszmar! Dlaczego? A dlatego, panowie, ?e nic nie rozumie.
- Wiktor usiad?. - Bardzo jestem pijany? - zapyta?.
- Owszem - powiedzia? Golem. - Ale to niewa?ne, niech pan mÕwi dalej.
Wiktor roz?o?y? rËce.
- To ju? wszystko - oznajmi? przepraszajNoco. - Wyczerpa?em siË... Mo?e
za?piewaÖ panu?
- Niech pan ?piewa - zgodzi? siË Golem.
Wiktor wziNo? banjo i zaczai ?piewaÖ. Za?piewa? "PiosenkË dzielnych
?o?nierzy", potem "Uratowanych ludzi", potem "O pastuchu, ktÕremu byk wybi?
jedno oko i ktÕry dlatego poszed? na zielonNo paÓstwowNo granicË", potem
"Do?Ö mam po uszy", potem "Miasto obojËtnych", potem o prawdzie i k?amstwie,
potem znowu "Do?Ö mam po uszy", potem hymn paÓstwowy na melodiË "Ach, co za
nÕ?ki", ale zapomnia? s?Õw, pomyli? zwrotki i od?o?y? banjo.
- Znowu wyczerpa?em siË - oznajmi? ze smutkiem. - WiËc powiada pan, ?e
aresztowano Pawora? A ja o tym wiem. Siedzia? akurat u mnie, tam gdzie pan
siedzi... Czy pan wie, co on chcia? powiedzieÖ, tylko nie zdNo?y?? ?e za
dziesiËÖ lat mokrzaki opanujNo kulË ziemskNo i wszystkich nas zlikwidujNo. A
co pan sadzi?
- Raczej wNotpiË - powiedzia? Golem. - ZresztNo, po co nas likwidowaÖ?
Sami siË wzajemnie zlikwidujemy.
- A mokrzaki?
- ByÖ mo?e nie pozwolNo nam siË zlikwidowaÖ... Trudno powiedzieÖ.
- A byÖ mo?e jeszcze pomogNo? - rzek? Wiktor z pijackim u?miechem. -
Przecie? my nawet zabijaÖ nie umiemy. DziesiËÖ tysiËcy lat wybijamy siË i
rezultaty wciNo? sNo nie najlepsze... ProszË pos?uchaÖ, Golem, po co pan
mnie ok?amywa? opowiadajNoc o ich leczeniu? Oni wcale nie sNo chorzy, sNo
zdrowsi od nas, tylko nie wiadomo dlaczego ?Õ?ci...
- Hm - mruknNo? Golem. - SkNod ma pan takie informacje? Nic o tym nie
wiem.
- Dobra, dobra, wiËcej mnie pan nie oszuka. Rozmawia?em z ?ur,., z
Zu... Zurtzmansorem. Wszystko mi opowiedzia? - tajny instytut... za?o?yli
opaski w celu zachowania... Wie pan, Golem, oni tam u was wyobra?ajNo sobie,
?e mogNo manipulowaÖ genera?em Pferdem bezgranicznie d?ugo. Ale tak naprawdË
- to sNo kacyki na piËtna?cie minut. Genera? ze?re ich razem z opaskami i
rËkawiczkami, kiedy siË przeg?odzi... Fu, do diab?a, ale? ja jestem pijany -
wszystko p?ynie...
TrochË jednak udawa?. Wyrañnie widzia? przed sobNo grubo ciosanNo,
szarawNo twarz i maleÓkie, niezwykle czujne oczka.
- I Zurtzmansor powiedzia? panu, ?e jest zdrowy?
- Tak - oznajmi? Wiktor. - ZresztNo nie pamiËtam... Raczej chyba nie...
Ale i tak przecie? widaÖ. Golem poskroba? podbrÕdek krawËdziNo szklanki.
- Szkoda, ?e pan jest pijany - rzeki. - ZresztNo, mo?e to i lepiej. Mam
dzisiaj nastrÕj. Chce pan, ?ebym opowiedzia? wszystko czego siË domy?lam i
co wiem o mokrzakach?
- Niech pan mÕwi - zgodzi? siË Wiktor. - Tylko proszË wiËcej nie
k?amaÖ.
- Choroba okularnicza - powiedzia? Golem - to bardzo interesujNoca
rzecz. Czy wie pan kogo atakuje ta choroba? - zamilk?. - Nie, nic panu nie
opowiem.
- E tam - odpar? Wiktor. - Przecie? pan ju? zaczNo?.
- Jestem g?upi, dlatego zaczNo?em - stwierdzi? Golem. Spojrza? na
Wiktora i u?miechnNo? siË. - ProszË o pytania - powiedzia?. - Je?eli pytania
bËdNo g?upie, z przyjemno?ciNo na nie odpowiem... Niech pan zaczyna, bo siË
znowu rozmy?lË.
Kto? zapuka? do drzwi.
- WynosiÖ siË do diab?a! - wrzasnNo? Wiktor. - Jestem zajËty!
- Przepraszam panie Baniew - odezwa? siË nie?mia?y g?os recepcjonisty.
- Ale dzwoni paÓska ma??onka.
- K?amstwo! Nie mam ?adnej ma??onki.. ZresztNo, pardon. Zapomnia?em.
Dobra, zaraz do niej zadzwoniË, dziËkujË - z?apa? szklankË, nala? po brzegi,
wrËczy? Goleniowi i rzek? - ProszË piÖ i nie my?leÖ o niczym. Ja zaraz.
W?Noczy? telefon i nakrËci? numer Loli. Lola rozmawia?a bardzo sucho -
daruj, ?e ci przeszkadzam, ale mam zamiar jechaÖ do Irmy, mo?e bËdziesz
?askaw siË przy?NoczyÖ.
- Nie - odpowiedzia? Wiktor. - Nie bËdË ?askaw. Jestem zajËty.
- Pomimo wszystko ona jest rÕwnie? twojNo cÕrkNo! Czy?by? upad? tak
nisko..
- Jestem zajËty! - ryknNo? Wiktor.
- Nie wzruszajNo ciË losy twojej, cÕrki?
- PrzestaÓ udawaÖ idiotkË - powiedzia? Wiktor. - Zdaje siË, ?e chcia?a?
pozbyÖ siË Irmy. Pozby?a? siË. Czego ci jeszcze trzeba?
Lola zaczË?a p?akaÖ.
- PrzestaÓ - rzek? Wiktor krzywiNoc siË. - Irmie jest tam dobrze.
Lepiej ni? na najlepszej pensji. Jedñ i sama siË przekonaj.
- Ordynarna, bezduszna, egoistyczna ?winia - o?wiadczy?a Lola i
od?o?y?a s?uchawkË. Wiktor zaklNo? szeptem, znowu wy?Noczy? telefon i wrÕci?
do sto?u.
- Niech pan pos?ucha, Golem - powiedzia?. - Co wy tam wyprawiacie z
moimi dzieÖmi? Je?li przygotowujecie sobie zmianË, to ja siË nie zgadzam.
- JakNo zmianË?
- No, jakNo... W?a?nie pytam pana - jakNo?
- O ile mi wiadomo - odpar? Golem. - Dzieci sNo bardzo zadowolone.
- To nic nie znaczy... I bez pana wiem, ?e sNo zadowolone. Ale co one
tam robiNo?
- Kto?
- Dzieci.
- A czy one panu nie powiedzia?y?
- Jak mi mog?y cokolwiek powiedzieÖ, je?eli ja jestem tu, a one tam?
- One budujNo nowy ?wiat - rzek? Golem.
- A... Tak, to mi powiedzia?y. Ale to przecie? tylko tak, filozofia...
Znowu mnie pan ok?amuje, Golem ! Jaki mo?e byÖ nowy ?wiat za drutem
kolczastym? Nowy ?wiat pod komendNo genera?a Pferda! A je?eli one siË
zara?No?
- Czym? - zapyta? Golem.
- ChorobNo okularniczNo, oczywi?cie!
- Po raz szÕsty powtarzam panu, ?e choroby genetyczne nie sNo
zarañliwe!
- SzÕsty, szÕsty... - wymamrota? Wiktor utraciwszy wNotek. - A co to w
ogÕle takiego ta choroba okularnicza? Co przy niej boli? Mo?e to te?
tajemnica?
- Nie, to by?o wszËdzie publikowane.
- No to niech pan opowie - zaproponowa? Wiktor. - Tylko bez
terminologii.
- W pierwszym okresie - zmiany na skÕrze. Pryszcze, pËcherze,
szczegÕlnie na rËkach i nogach... czasami - ropiejNoce wrzody...
- Niech pan pos?ucha, Golem, czy to w ogÕle jest wa?ne?
- W jakim sensie?
- Dla istoty rzeczy.
- Dla istoty - nie - odpar? Golem. - My?la?em, ?e to interesujNoce.
- Ja chcË zrozumieÖ istotË! - o?wiadczy? Wiktor dociekliwie.
- Ale istoty pan nie zrozumie - powiedzia? Golem nieco podnoszNoc g?os.
- Dlaczego?
- Po pierwsze dlatego, ?e jest pan pijany...
- To jeszcze nie powÕd - rzek? Wiktor.
- A po drugie dlatego, ?e tego w ogÕle nie da siË wyt?umaczyÖ.
- Tak nigdy nie jest - o?wiadczy? Wiktor. - Pan mi po prostu nie chce
powiedzieÖ. Ale nie mam ?alu. Tajemnica s?u?bowa, rozpowszechnianie,
trybuna? wojskowy... Pawora na przyk?ad zabrali... BÕg z panem. Tylko nie
rozumiem, dlaczego dziecko ma budowaÖ nowy ?wiat w leprozorium. Czy nie by?o
innego miejsca?
- Nie by?o - odpar? Golem. - W leprozorium mieszkajNo architekci. I
kierownicy robÕt.
- Z automatami - stwierdzi? Wiktor. - Widzia?em. Nic nie rozumiem.
KtÕry? z was k?amie. Albo pan, albo Zurtzmansor.
- Oczywi?cie, ?e Zurtzmansor - odpowiedzia? Golem z zimnNo krwiNo.
- A byÖ mo?e k?amiecie obydwaj. Ale ja wierzË wam obu, dlatego, ?e co?
w was jest... Niech pan mi tylko powie, Golem, czego oni chcNo? Ale
uczciwie.
- SzczË?cia - powiedzia? Golem.
- Dla kogo? Dla siebie?
- Nie tylko.
- A czyim kosztem?
- Dla nich takie pytanie nie ma sensu - powoli odrzek? Golem. - Kosztem
trawy, kosztem ob?okÕw, kosztem p?ynNocej wody... kosztem gwiazd.
- Dok?adnie tak jak my - stwierdzi? Wiktor.
- No nie - zaprotestowa? Golem. - Zupe?nie inaczej.
- Dlaczego? My te?...
- Nie, dlatego, ?e my wydeptujemy trawË, rozpraszamy ob?oki, spiËtrzamy
wodË... Zrozumia? mnie pan zbyt dos?ownie, a to by?a analogia.
- Nie rozumiem - odrzek? Wiktor.
- Uprzedza?em pana. Sam rozumiem bardzo niewiele, ale siË domy?lam.
- A czy jest kto?, kto rozumie?
- Nie wiem. Raczej wNotpiË. ByÖ mo?e dzieci... Ale nawet one je?eli
rozumiejNo, to po swojemu. Bardzo po swojemu.
Wiktor wziNo? banjo i trNoci? struny. Palce siË nie s?ucha?y. Po?o?y?
banjo na stole.
- Golem - rzek?. - Jest pan komunistNo. Co u diab?a robi pan w
leprozorium? Dlaczego pan nie jest na barykadzie? Dlaczego nie na wiecu?
Moskwa nie bËdzie z pana zadowolona.
- Ja jestem architektem - spokojnie odpar? Golem.
- Jaki tam z pana architekt, je?li pan ni cholery nie rozumie? I w
ogÕle niech mi pan przestanie robiÖ wodË z mÕzgu. Przez godzinË bijemy
pianË, a co mi pan powiedzia?? Pije pan mÕj d?in i mNoci mi w g?owie. Wstyd,
Golem. I do tego k?amie pan jak najËty.
- ?e jak najËty, to przesada - odpowiedzia? Golem. - Chocia? nie
powiem, ?e nie. Oni nie miewajNo ropiejNocych wrzodÕw.
- Niech pan mi odda szklankË - za?Noda? Wiktor. - Ju? pan siË napi? -
nala? sobie z butelki i wypi?. - Diabli pana wiedzNo, Golem. Po co to
wszystko? Dlaczego pan krËci? Je?li mo?e pan opowiedzieÖ, to niech pan
opowie, a je?eli to tajemnica - to po co by?o zaczynaÖ?
- Wyja?nienie jest bardzo proste - oznajmi? niefrasobliwie Golem
wyciNogajNoc nogi. - Przecie? jestem prorokiem, sam pan mnie tak przezwa?. A
wszyscy prorocy sNo w takiej samej sytuacji - i du?o wiedzNo, i chcieliby
opowiedzieÖ, podzieliÖ siË informacjNo w mi?ym towarzystwie, pochwaliÖ siË,
?eby przydaÖ sobie powagi. Ale kiedy zaczynajNo opowiadaÖ, pojawia siË
dziwne uczucie niewygody, niezrËczno?ci... WiËc zaczynajNo wibrowaÖ tak jak
Pan BÕg, kiedy zadano mu pytanie w sprawie kamienia.
- Jak pan sobie ?yczy - powiedzia? Wiktor. - PojadË do leprozorium i
wszystkiego dowiem siË bez pana. No, proszË mi co? podpowiedzieÖ...
Obserwowa? z ciekawo?ciNo jak traci w?adzË w rËkach i nogach i my?la?,
?e dobrze by?oby wypiÖ jeszcze jednNo szklankË do kompletu, uwaliÖ siË spaÖ,
a potem obudziÖ siË i pojechaÖ do Diany. Wszystko w?a?ciwie zapowiada siË
nie najgorzej. W ogÕle nie jest najgorzej. Wyobrazi? sobie, jak za?piewa
Dianie o ?odzi podwodnej i zrobi?o mu siË zupe?nie dobrze. WziNo? mokre
wios?o, ktÕre le?a?o na rufie, odepchnNo? siË od brzegu i ?ÕdkNo od razu
zako?ysa?o. Nie by?o ?adnego deszczu, czerwono zachodzi?o s?oÓce, wiËc
pop?ynNo? prosto ku s?oÓcu, a wios?a odskakiwa?y od grzbietÕw fal. Opa?Ö by
na dno... Zapewne by opad?, ale by?o mu jako? g?upio, dlatego, ?e nad uchem
leniwie bucza? g?os Golenia:
- .. .Oni sNo bardzo m?odzi, wszystko przed nimi, a przed nami tylko
oni. Rzecz jasna, ?e cz?owiek opanuje Wszech?wiat, ale nie bËdzie to rumiany
- , umiË?niony atleta, i oczywi?cie cz?owiek poradzi sobie sam ze sobNo, ale
najpierw przemieni siebie. Natura nie oszukuje, dotrzyma swoich obietnic,
ale nie tak jak my?leli?my, i czËsto nie tak jak by?my chcieli.
Zurtzmansor, ktÕry siedzia? na dziobie ?odzi, odwrÕci? g?owË, a wtedy
okaza?o siË, ?e w ogÕle nie ma twarzy, twarz trzyma? w rËku i twarz patrzy?a
na Wiktora - sympatyczna twarz, uczciwa, ale robi?o siË niedobrze na jej
widok, a Golem siË nie odczepia?, wciNo? bucza?...
- Niech pan siË k?adzie spaÖ - wymamrota? Wiktor, wyciNogajNoc siË na
dnie ?odzi. WrËgi wciska?y mu siË w boki, by?o bardzo niewygodnie, ale tak
okropnie chcia?o mu siË spaÖ. - Niech pan siË k?adzie spaÖ, Golem...
Kiedy siË obudzi?, stwierdzi?, ?e le?y w ?Õ?ku. By?o ciemno, a w szyby
bËbni? drobny deszcz. Wiktor z trudem wyciNognNo? rËkË w stronË nocnej
lampki, ale palce trafi?y na zimnNo, g?adkNo ?cianË. Dziwne, pomy?la?. A
gdzie Diana? Czy?by nie by? w sanatorium? SprÕbowa? oblizaÖ wargi, ale
gruby, chropawy jËzyk nie us?ucha? go. Strasznie chcia?o mu siË paliÖ, ale
paliÖ nie wolno by?o w ?adnym wypadku... Aha, w?a?ciwie to chce mi siË piÖ.
"Diana!" - zawo?a?. Prawda, to nie sanatorium. W sanatorium lampka jest po
prawej, a tu po prawej ?ciana... Ale? to mÕj pokÕj w hotelu! - pomy?la? z
entuzjazmem. Jak ja tu trafi?em? Le?a? pod ko?drNo w samej bieliñnie. Jako?
nie pamiËtam, ?ebym siË rozbiera?, pomy?la?. Kto? mnie rozebra?. Chocia?,
mo?e jednak rozebra?em siË sam. Je?li mam buty, to rozbiera?em siË sam...
potar? nogNo o nogË. Aha, jestem bosy. O do diab?a, rËce swËdzNo, jakie?
bNoble, zapluskwiony hotel. WyprowadzË siË. A dokNod p?ynNo?em ?ÕdkNo?... A,
to ten Pawor napu?ci? pluskiew... Nagle przypomnia? sobie Pawora i usiad?,
zemdli?o go i znowu po?o?y? siË na wznak. Jednak dawno siË tak nie
uchla?em... Pawor... "Srebrna Koniczyna"... Kiedy to by?o? Wczoraj? Skrzywi?
siË i zaczNo? drapaÖ siË w lewNo rËkË. Co teraz jest - rano, czy wieczÕr?
Zapewne rano... A mo?e wieczÕr? Golem! - przypomnia? sobie. ObciNognËli?my z
Golemem ca?No butelkË. D?inu bez wody. A przedtem pÕ? butelki z tym wysokim.
A przedtem jeszcze gdzie? pi?em. A mo?e to by?o wczoraj ? Poczekaj - no, a
co teraz jest - dzisiaj, czy wczoraj? Warto by wstaÖ, napiÖ siË i te de...
Nie, pomy?la? uparcie. Najpierw muszË siË w tym wszystkim zorientowaÖ.
Co? mi Golem ciekawego opowiada?, my?la?, ?e jestem pijany i nic nie
rozumiem, wiËc mo?na mÕwiÖ ze mnNo otwarcie. ZresztNo, rzeczywi?cie by?em
pijany, ale o ile pamiËtam, wszystko rozumia?em. A co rozumia?em? W?ciekle
potar? tylnNo stronË d?oni o we?niany koc. NadchodzNo ciË?kie czasy... Nie,
to Pawor. .. Aha, oto i Golem - oni majNo wszystko przed sobNo, a my mamy
przed sobNo tylko ich. I choroba genetyczna... A co, zupe?nie mo?liwe. W
koÓcu kiedy? to siË musia?o wydarzyÖ. ByÖ mo?e trwa to ju? od dawna.
WewnNotrz gatunku rodzi siË nowy gatunek, a my nazywamy to chorobNo
genetycznNo. Stary gatunek dla jednych warunkÕw, nowy gatunek dla innych.
Dawniej by?y potrzebne silne miË?nie, p?odno?Ö, wytrzyma?o?Ö na mrozy,
agresywno?Ö i je?eli mo?na tak powiedzieÖ, zaradno?Ö. Powiedzmy, ?e teraz
te? jest to potrzebne, ale ju? raczej si?No inercji. Przy pewnej zaradno?ci
mo?na zat?uc milion ludzi i nic szczegÕlnie wa?nego siË nie stanie. To jest
zupe?nie pewne i wielokrotnie wyprÕbowane. Kto? powiedzia?, ?e gdyby z
historii usunNoÖ kilkudziesiËciu, no dobrze, niech bËdzie, kilkuset ludzi,
to momentalnie okazaliby?my siË w wieku kamienia ?upanego. A nawet kilka
tysiËcy... Co to za ludzie? To, mÕj drogi zupe?nie inni ludzie.
Ca?kiem mo?liwe, ?e Newton, Einstein, Arystoteles - to mutanci. Rzecz
jasna ?rodowisko by?o niezbyt sprzyjajNoce i niewykluczone, ?e masa takich
mutantÕw zginË?a, nie zdNo?ywszy siË ujawniÖ, jak ten ch?opiec z opowiadania
öapka. Oczywi?cie, byli niezwyk?ymi ludñmi - nie byli zaradni, nie mieli
normalnych ludzkich potrzeb... Albo mo?e tylko tak siË wydaje? Po prostu
duchowo byli tak nadnaturalnie rozwiniËci, ?e ca?a reszta zostawa?a w
cieniu. No, tu przesadzi?e?, powiedzia?. Einstein mÕwi?, ?e najlepiej jest
byÖ latarnikiem - to samo w sobie dobrze brzmi... A w ogÕle ciekawe by?oby
wyobraziÖ sobie jak w naszych czasach rodzi siË homo super. Fabu?a ekstra...
Do diab?a, jak strasznie swËdzNo rËce... Gdyby tak napisaÖ utopiË w duchu
Orwella albo Bernarda Wolfa. Co prawda, trudno sobie wyobraziÖ takiego homo
super - ogromna, ?ysa czaszka, wNotlutkie rNoczki i nÕ?ki, impotent - same
bana?y. Ale w?a?ciwie to powinno byÖ co? w tym rodzaju. W ka?dym razie
przesuniËcie potrzeb. WÕdka niepotrzebna, jakie? szczegÕlnie wyrafinowane
?arcie rÕwnie?, ?adnych luksusÕw, zresztNo i kobiety - o tyle o ile, dla
wiËkszego spokoju i lepszej koncentracji. Idealny obiekt eksploatacji - daÖ
mu oddzielny gabinet, biurko, papier, kupË ksiNo?ek... alejkË dla
perypatetycznych rozmy?laÓ, a on za to rodzi koncepcje... Nie wyjdzie z tego
?adna utopia - zabiorNo go sobie wojskowi, oto ca?a utopia. StworzNo
utajniony instytut, zwiozNo tam tych wszystkich homo super, postawiNo
wartownika i koniec...
Wiktor wsta? postËkujNoc, cz?apiNoc bosymi stopami po zimnej pod?odze
wszed? do ?azienki, odkrËci? kran i z rozkoszNo napi? siË wody nie
zapalajNoc ?wiat?a. Sama my?l - ?eby zapaliÖ ?wiat?o - by?a przera?ajNoca.
Potem wrÕci? do ?Õ?ka i przez czas jaki? drapa? siË, przeklinajNoc pluskwy.
W ogÕle, dla potrzeb fabu?y wyglNoda to nawet dobrze - tajny instytut,
wartownicy, szpiedzy... patriotyzm patriotycznej sprzNotaczki Klary... co za
taniocha. Trudno?Ö polega na tym, ?eby wyobraziÖ sobie ich pracË, pomys?y,
mo?liwo?ci - gdzie mi tam... To w ogÕle niemo?liwe. Szympans nie potrafi
napisaÖ powie?ci o ludziach. Jak ja mogË napisaÖ powie?Ö o cz?owieku, ktÕry
nie ma ?adnych potrzeb poza duchowymi? Oczywi?cie, co? nieco? mo?na sobie
wyobraziÖ. AtmosferË. Stan nieustannej twÕrczej ekstazy. Poczucie w?asnej
wszechmocy, niezale?no?ci... brak kompleksÕw, absolutny brak strachu... Tak,
?eby napisaÖ takNo ksiNo?kË, trzeba siË na?reÖ LSD. W ogÕle emocjonalna
sfera homo super, z punktu widzenia zwyczajnego cz?owieka wyglNoda?aby jak
patologia. Choroba... ?ycie - to choroba materii, my?lenie - choroba ?ycia.
Choroba okularnicza, pomy?la?.
I nagle wszystko znalaz?o siË na swoim miejscu. A wiËc to o to mu sz?o!
- pomy?la? Wiktor o Golemie. MNodrzy i jeden w drugiego utalentowani... WiËc
co z tego wynika? Z tego wynika, ?e oni ju? nie sNo ludñmi. Zurtzmansor po
prostu mydli? mi oczy. To znaczy, ?e siË zaczË?o... Nic siË nie da ukryÖ,
pomy?la? z satysfakcjNo. A czego? takiego tym bardziej. PÕjdË do Golema,
niech nie udaje proroka. Zapewne oni du?o mu powiedzieli.. Do diab?a, to
przecie? przysz?o?Ö, ta sama przysz?o?Ö, ktÕra zapuszcza swoje macki w serce
dnia dzisiejszego! Przed nami sNo tylko oni... OgarnË?o go gorNoczkowe
wzburzenie. Ka?da sekunda by?a historyczna, i szkoda ?e nie wiedzia? o tym
wczoraj, dlatego ?e wczoraj, i przedwczoraj, i tydzieÓ temu ka?da sekunda
te? by?a historyczna...
Zerwa? siË z ?Õ?ka, zapali? ?wiat?o i mru?Noc oczy przed blaskiem
bijNocym w oczy, zaczai po omacku szukaÖ ubrania. Ubrania nie by?o, ale
potem oczy przywyk?y do ?wiat?a, z?apa? spodnie wiszNoce na porËczy ?Õ?ka i
nagle zobaczy? swojNo rËkË. RËka pokryta by?a czerwonNo wysypkNo i trupio
bia?ymi gruze?kami. NiektÕre rozdrapane gruze?ki krwawi?y. Na drugiej rËce
by?o to samo. Co u diab?a, pomy?la? truchlejNoc, poniewa? ju? wiedzia?, co
to jest. Przypomnia? sobie - zmiany na skÕrze, wysypka, pËcherze, czasami
ropiejNoce wrzody... RopiejNocych wrzodÕw na razie nie by?o, ale obla? go
zimny pot. Upu?ci? spodnie i siad? na ?Õ?ku. To niemo?liwe, pomy?la?. Ja
te?. Czy?by ja te?? Ostro?nie pog?adzi? d?oniNo gruze?kowatNo skÕrË,
zamknNo? oczy, wstrzyma? oddech i ws?ucha? siË w siebie. DñwiËcznie i powoli
uderza?o serce, w uszach cienko dzwoni?a krew, g?owa wydawa?a siË ogromna,
pusta, nic nie bola?o, mÕzg nie by? ju? ciË?ki i wypchany watNo. G?upcze,
pomy?la? u?miechajNoc siË. Co chcesz zaobserwowaÖ? To musi byÖ jak ?mierÖ -
chwilË temu by?e? cz?owiekiem, mignNo? kwant czasu - i jeste? ju? Bogiem,
ale nie wiesz o tym i nigdy siË nie dowiesz, tak jak g?upiec nie wie, ?e
jest g?upcem, jak mËdrzec - je?eli rzeczywi?cie jest mËdrcem - nie wie, ?e
jest mNodry... Prawdopodobnie sta?o siË to kiedy spa?em. W ka?dym razie do
momentu, w ktÕrym zasnNo?em, istota mokrzakÕw pozostawa?a dla mnie nader
mglista, ale teraz widzË jaz bezgranicznNo jasno?ciNo i doszed?em do tego
wy?Nocznie przy pomocy nagiej logiki, nawet nie zauwa?y?em kiedy...
Za?mia? siË ze szczË?cia, stanNo? na pod?odze, przeciNognNo? siË i
podszed? do okna. MÕj ?wiat, pomy?la?, patrzNoc przez szybË zalanNo wodNo, i
szyba znik?a, gdzie? daleko w dole utonË?o w deszczu zamar?e w przera?eniu
miasto i ogromny, przemokniËty kraj, potem za? wszystko przesunË?o siË,
odp?ynË?o, pozosta?a tylko maleÓka, b?Ëkitna kula z d?ugim, b?Ëkitnym ogonem
i zobaczy? gigantycznNo soczewicË galaktyki, martwNo i uko?nie wiszNocNo w
migotliwej otch?ani, strzËpy ?wietlistej materii, skrËcone si?owymi polami i
bezdennNo pustkË tam, gdzie nie by?o ?wiat?a, wiËc wyciNognNo? rËkË i
zanurzy? jNo w pulchnym bia?ym jNodrze, poczu? lekkie ciep?o, a kiedy
zacisnNo? d?oÓ, materia przesz?a przez palce jak mydlana piana. Znowu siË
roze?mia?, prztyknNo? w nos swoje odbicie w szybie i czule pog?aska?
gruze?ki na spuchniËtej skÕrze.
- Trzeba to koniecznie oblaÖ! - powiedzia? g?o?no.
W butelce zosta?o jeszcze trochË d?inu, biedny stary Golem nie zdo?a?
wypiÖ wszystkiego, biedny stary pseudoprorok... nie dlatego pseudoprorok, ?e
jego przepowiednie sNo nieprawdziwe, ale dlatego, ?e jest zaledwie
gadajNocNo marionetkNo. Zawsze bËdË ciË lubi?, Golem, pomy?la? Wiktor,
jeste? wspania?ym cz?owiekiem, jeste? mNodry - ale jeste? tylko cz?owiekiem.
Wla? resztkË do szklanki i wprawnym ruchem wla? alkohol do gard?a - nawet
jeszcze nie zdNo?y? go prze?knNoÖ, kiedy pobieg? do ?azienki. Zwymiotowa?.
Do diab?a, pomy?la?. Co za paskudztwo. W lustrze zobaczy? swojNo twarz -
wymiËtNo, jakby nalanNo, o nienaturalnie wielkich i nienaturalnie czarnych
oczach. No i koniec, pomy?la?, no i koniec. Wiktor Baniew, pijak i pysza?ek.
Nie bËdziesz ju? wiËcej pil, nie bËdziesz rycza? piosenek, nie bËdziesz siË
?mia? z g?upstw, nie bËdziesz opowiadaÖ weso?ych bredni sztywniejNocym
jËzykiem, nie bËdziesz siË biÖ, awanturowaÖ, szaleÖ, straszyÖ przechodniÕw,
zadzieraÖ z policjNo, k?ÕciÖ z panem prezydentem, wpadaÖ do nocnych barÕw z
ha?a?liwNo watahNo m?odych wielbicieli... WrÕci? do ?Õ?ka. Nie mia? ochoty
na papierosa. Na nic nie mia? ochoty, od wszystkiego mdli?o, posmutnia?.
Poczucie utraty, najpierw s?abe, ledwie dostrzegalne, jak dotkniËcie
pajËczyny, rozrasta?o siË, posËpne rzËdy drutu kolczastego rozciNoga?y siË
miËdzy nim a tym ?wiatem, ktÕry tak kocha?. Za wszystko trzeba p?aciÖ,
my?la?, nic nie dostaje siË za darmo, i im wiËcej otrzyma?e?, tym wiËcej
trzeba zap?aciÖ, za nowe ?ycie trzeba zap?aciÖ starym ?yciem... W?ciekle
drapa? rËce, a? do krwi i nawet nie czu? tego.
Diana wesz?a bez pukania, zrzuci?a p?aszcz, stanË?a przed Wiktorem,
u?miechniËta, uwodzicielska i unios?a rËce poprawiajNoc w?osy.
- Zmarz?am - powiedzia?a. - Mo?na siË tu ogrzaÖ?
- Tak - odpar?, prawie nie rozumiejNoc co mÕwi.
Diana zgasi?a ?wiat?o, teraz jej nie widzia?, tylko s?ysza? klucz
przekrËcany w zamku, trzask rozpinanych zatrzaskÕw, szelest ubrania i
pantofle spadajNoce na pod?ogË, a potem Diana znalaz?a siË blisko, ciep?a,
g?adka, pachnNoca, on za? wciNo? my?la?, ?e teraz wszystko siË skoÓczy?o - i
tylko wieczny deszcz, ponure domy z dachami jak sito, obcy, nieznajomi
ludzie w mokrych, czarnych ubraniach, z mokrymi przepaskami na twarzach... i
oto zdejmujNo opaski, zdejmujNo rËkawiczki, zdejmujNo twarze, odk?adajNo je
do specjalnych szafek, ich rËce sNo pokryte ropiejNocymi wrzodami - smutek,
przera?enie, samotno?Ö... Diana przytuli?a siË do niego i objNo? jNo
automatycznym gestem. Ona by?a dawna, ale on ju? nie by? dawny, niczego ju?
nie mÕg? dlatego, ?e nic ju? mu nie by?o potrzebne.
- Co z tobNo kochany? - serdecznie zapyta?a Diana. - Za du?o wypi?e??
Ostro?nie zdjNo? jej rËce ze swojej szyi. OgarnË?o go ostateczne
przera?enie.
- Poczekaj - rzek?. - Poczekaj.
Wsta?, wymaca? kontakt, zapali? ?wiat?o, kilka sekund sta? do niej
plecami, zanim zdecydowa? siË odwrÕciÖ, ale jednak siË odwrÕci?. Nie, Diana
by?a przepiËkna. By?a chyba piËkniejsza ni? zwykle, zawsze by?a piËkniejsza
ni? zwykle, ale to by?o jak obraz. Budzi?o dumË z cz?owieka, zachwyt nad
jego doskona?o?ciNo, ale niczego wiËcej nie budzi?o. Diana patrzy?a na niego
ze zdziwieniem unoszNoc brwi, ale potem widocznie przestraszy?a siË, bo
usiad?a nagle i zobaczy?, ?e jej wargi siË poruszajNo. Co? mÕwi?a, ale
Wiktor tego nie s?ysza?.
- Poczekaj - powtÕrzy?. - To niemo?liwe. Poczekaj.
Ubiera? siË z gorNoczkowym po?piechem i wciNo? powtarza? - poczekaj,
poczekaj, ale ju? my?la? nie o niej, chodzi?o nie tylko o niNo. Wybieg? na
korytarz, znalaz? siË przed numerem Golema; drzwi by?y zamkniËte, nie od
razu zorientowa? siË co teraz, nastËpnie pËdem pobieg? na dÕ? do
restauracji. Nie chcË, powtarza?, nie chcË, ja o to nie prosi?em.
DziËki Bogu Golem by? na swoim zwyk?ym miejscu. Siedzia?, odrzuciwszy
rËkË za oparcie fotela i oglNoda? pod ?wiat?o kieliszek z koniakiem. A
doktor R. Kwadryga by? czerwony, agresywny i widzNoc Wiktora oznajmi? na
ca?No salË.
- Te mokrzaki. ?cierwa. Precz.
Wiktor opad? na swÕj fotel i Golem bez s?owa nala? mu koniaku.
- Golem - rzek? Wiktor. - Ja siË zarazi?em.
- Przep?ukiwanie! - og?osi? R. Kwadryga. - Mnie rÕwnie?.
- Niech siË pan napije koniaku, Wiktorze - zaproponowa? Golem. - Nie
trzeba siË tak denerwowaÖ.
- Niech pan idzie do diab?a - odpar? Wiktor patrzNoc na niego ze
zgrozNo. - To choroba okularnicza. Co robiÖ?
- Dobrze, dobrze - odrzek? Golem. - Pomimo to niech siË pan napije. -
UniÕs? palec i krzyknNo? do kelnera - Wody sodowej. I jeszcze raz koniak.
- Golem - powiedzia? Wiktor z rozpaczNo. - Pan nic nie rozumie. Janie
mogË. Zachorowa?em, mÕwiË panu! Zarazi?em siË! To nieuczciwe... Nie
chcia?em... Pan przecie? mÕwi?, ?e to nie jest zarañliwe...
Przerazi? siË na my?l, ?e mÕwi zbyt niejasno, ?e Golem go nie rozumie,
sNodzi, ?e Wiktor jest pijany. I wtedy podsunNo? Golemowi pod nos swoje
rËce. Kieliszek przewrÕci? siË, potoczy? po obrusie i spad? na pod?ogË.
Golem najpierw cofnNo? siË, potem spojrza? uwa?niej, pochyli? siË,
ujNo? d?onie Wiktora za koniuszki palcÕw i zaczai oglNodaÖ rozdrapanNo,
gruze?owatNo skÕrË. Palce mia? zimne i twarde. No, to ju? koniec, my?la?
Wiktor, oto pierwsze badanie lekarskie, potem bËdNo nastËpne badania i
k?amliwe obietnice, ?e jest jeszcze nadzieja, uspokajajNoce mikstury, a
potem przywyknie, nie bËdzie ju? ?adnych badaÓ, zawiozNo go do leprozorium,
zamotajNo usta czarnNo szmatNo i wszystko bËdzie skoÓczone.
- Jad? pan poziomki? - zapyta? Golem.
- Tak - pokornie odpowiedzia? Wiktor. - Truskawki.
- Musia? pan ze?reÖ co najmniej dwa kilo - stwierdzi? Golem.
- Jakie znowu poziomki? - krzyknNo? Wiktor wyrywajNoc rËce. - Niech pan
co? z tym zrobi! To niemo?liwe, ?eby by?o za pÕñno. Dopiero siË zaczË?o...
- Niech pan przestanie wrzeszczeÖ. To jest pokrzywka. Alergia. Nie
wolno panu ?reÖ truskawek w takich ilo?ciach.
Wiktor jeszcze nie rozumia?. OglNodajNoc swÕj e rËce mamrota?: "Sam pan
mÕwi?... pËcherze... wysypka..."
- PËcherzy mo?na dostaÖ i od pluskiew - pouczy? go Golem. - Ma pan
idiosynkrazjË na pewne produkty. I wyobrañniË nieproporcjonalnNo do rozumu.
Jak wiËkszo?Ö pisarzy. Te? mi mokrzak...
Wiktor poczu?, ?e od?ywa. Uda?o siË, stuka?o mu w g?owie. Chyba siË
uda?o. Je?eli siË uda?o, to nie wiem co zrobiË. RzucË palenie...
- Nie k?amie pan? - zapyta? ?a?osnym g?osem. Golem u?miechnNo? siË.
- Niech pan wypije koniak - zaproponowa?. - Przy alergii nie wolno piÖ
koniaku, ale niech pan wypije. Bo wyglNoda pan nazbyt ?a?o?nie.
Wiktor wziNo? jego kieliszek, zmru?y? oczy i wypi?. Nic! TrochË mdli,
ale to, nale?y przypuszczaÖ, z powodu kaca. Zaraz przejdzie. I wszystko
przesz?o.
- Drogi pisarzu - oznajmi? Golem. - ZËby zostaÖ architektem, same
bNoble nie wystarczNo. Podszed? kelner i postawi? na stole koniak i sodowNo.
Wiktor g?Ëboko i swobodnie westchnNo?, wciNognNo? w p?uca znajome,
restauracyjne powietrze, poczu? cudowny zapach dyma z papierosÕw,
marynowanej cebuli, przypalonego t?uszczu i pieczonego miËsa. ?ycie wrÕci?o.
- Przyjacielu - zwrÕci? siË do kelnera. - ButelkË d?inu, sok z cytryn i
cztery porcje minogÕw do dwie?cie szesnastego. Tylko prËdko! Alkoholicy -
powiedzia? do Golema i R. Kwadrygi. - Sczeñnijcie tu z kretesem, a ja pÕjdË
do Diany! - by? gotÕw ich uca?owaÖ.
Golem odezwa? siË, nie zwracajNoc siË do nikogo: / - Biedne, piËkne
kaczNotko!
Przez chwilË Wiktor poczu? ?al. Wyp?ynË?o i znik?o wspomnienie jakich?
ogromnych, utraconych mo?liwo?ci. Ale tylko siË roze?mia?, odepchnNo? fotel
i ruszy? do wyj?cia.
*
Rok po wojnie porucznik B. zosta? zdemobilizowany z powodu dawnej rany.
PrzypiËto mu medal "Wiktoria", wrËczono miesiËczny ?o?d i tekturowe pude?ko
z upominkiem od pana prezydenta - butelka zdobycznego sznapsa, dwie puszki
strasburskiego pasztetu, dwa pËta wËdzonej kie?basy i rÕwnie? zdobyczne
jedwabne gacie w celu zorganizowania ?ycia rodzinnego. PowrÕciwszy do
stolicy porucznik nie zwiesza nosa na kwintË. Jest dobrym mechanikiem, w
ka?dej chwili przyjmNo go do pracy w warsztatach przy uniwersytecie, skNod
zaciNognNo? siË na ochotnika, ale porucznik siË nie ?pieszy - odnawia stare
znajomo?ci, nawiNozuje nowe. a w przerwach popija ?wiÓstwo odebrane
nieprzyjacielowi w ramach reparacji. Na jakiej? prywatce poznaje dziewczynË,
ktÕrej na imiË Nora, bardzo podobnNo do Diany. Opis prywatki: zrypane
przedwojenne p?yty, oczyszczany domowym sposobem denaturat, amerykaÓska
mielonka, jedwabne bluzki na go?e cia?o i marchew przyrzNodzona na wszelkie
mo?liwe sposoby. Porucznik dzwoniNoc medalami, b?yskawicznie rozpËdza
rozmaitych cywilÕw nieustannie czËstujNocych NorË gotowanNo marchewkNo i
rozpoczyna oblË?enie wed?ug wszelkich prawide? sztuki. Nora zachowuje siË
dziwnie. Z jednej strony najwyrañniej jest sk?onna, ale z drugiej strony
daje mu do zrozumienia, ?e kontakt z niNo grozi niebezpieczeÓstwem. Jednak?e
rozpalony denaturatem eks-porucznik nie chce o niczym wiedzieÖ. Oboje
wychodzNo z prywatki i idNo do Nory. Powojenna stolica nocNo: nieliczne
latarnie, jezdnia w wybojach, ogrodzone ruiny, niewykoÓczony cyrk, w ktÕrym
gnije sze?Ö tysiËcy - jeÓcÕw pod stra?No dwÕch inwalidÕw, w absolutnie
ciemnym zau?ku kogo? grabiNo. Nora mieszka w bardzo starym, dwupiËtrowym
domu, schody zapaskudzone, na jednych drzwiach napis kredNo "tu mieszka
niemiecka dziwka". W zawalonym rÕ?nymi gratami d?ugim korytarzu kryjNo siË
po kNotach smËtne postacie. Nora szczËkajNoc niezliczonymi kluczami otwiera
swoje drzwi obite cudem zachowanNo, l?niNocNo skÕrNo. W przedpokoju ostrzega
raz jeszcze, ale B. sNodzNoc, ?e chodzi o jakich? bandziorÕw odpowiada
tylko, ?e ju? bra? udzia? w konnej szar?y na czo?gi. Mieszkanie jak z innej
epoki - czyste i przytulne, ogromna kanapa. Nora patrzy na porucznika jakby
z ?alem, nie na d?ugo wychodzi i wraca ubrana w najwy?szym stopniu
zachËcajNoco. Okazuje siË, ?e majNo do dyspozycji zaledwie pÕ? godziny. Po
up?ywie pÕ? godziny zadowolony porucznik wychodzi z nadziejNo na nastËpne
spotkanie. Na koÓcu korytarza ju? na niego czekajNo - dwie smËtne postacie z
cienia. Nieprzyjemnie u?miechniËci zagradzajNo drogË i proponujNo, aby z
nimi pogada?. Porucznik bez zbËdnych s?Õw bierze siË do bicia i osiNoga
zdumiewajNoco ?atwe zwyciËstwo. Zbici z nÕg, smËtni ludzie p?aczNoc i
chichoczNoc wyja?niajNo porucznikowi B. jego sytuacjË. Eks - porucznik bi?
swoich. Oni wszyscy sNo teraz swoi. Nora nie jest zwyczajnNo ponËtnNo
kobietNo, Nora jest krÕlowNo sto?ecznych pluskiew. Koniec teraz z panem,
panie oficerze, spotkamy siË w "Atakanie", wszyscy siË tam spotykamy, ka?dej
nocy. Mo?e pan i?Ö do domu, ale kiedy ju? nie bËdzie pan mÕg? wytrzymaÖ,
proszË przyj?Ö, u nas otwarte do rana...
Na zachodnich peryferiach stolicy, w czynszowej kamienicy obok fabryki
chemicznej mieszka wielodzietny radca tytularny B. Celowo szczegÕ?owy i
celowo nudny opis sytuacji bohatera: trzy pokoiki, kuchnia, przedpokÕj,
mocno zu?yta ?ona, piËcioro zielonkawych dzieci, krzepka stara te?ciowa,
ktÕra przeprowadzi?a siË ze wsi. Chemiczna fabryka ?mierdzi, dniem i nocNo
stojNo nad niNo s?upy rÕ?nokolorowego dymu, od jadowitego smrodu umierajNo
drzewa, ?Õ?knie trawa, a w?rÕd much zachodzNo dzikie i niepojËte mutacje.
Przez kilka lat radca tytularny prowadzi walkË o poskromienie fabryki:
gniewne ?Nodania pod adresem administracji, ?zawe petycje do wszystkich
instancji, pogromowe felietony do wszystkich gazet, bezowocne prÕby
zorganizowania pikiet przed portierniNo. Jednak?e fabryka stoi jak bastion.
Na wybrze?u przed fabrykNo padajNo trupem zatruci posterunkowi, zdychajNo
domowe zwierzËta, ca?e rodziny porzucajNo mieszkania i zostajNo bezdomnymi
w?ÕczËgami, w gazetach ukazuje siË nekrolog przedwcze?nie zmar?ego dyrektora
fabryki. Umiera ?ona radcy tytularnego, dzieci po kolei zaczynajNo chorowaÖ
na astmË. Pewnego wieczora tytularny radca schodzi do piwnicy po drzewo i
znajduje tam zachowane jeszcze z czasÕw Ruchu Oporu ogromne zapasy pociskÕw.
Tej samej nocy przenosi to wszystko na strych, otwiera okienko w po?aci
dachu. Fabryka le?y przed nim jak na d?oni: w ostrym ?wietle reflektorÕw
biegajNo robotnicy, je?d?No wagoniki, p?ynNo ?Õ?te i zielone k?Ëby
jadowitego dymu. "ZabijË ciË", szepcze radca tytularny i otwiera ogieÓ. Tego
dnia nie idzie do pracy, nastËpnego rÕwnie?. Nie je, nie ?pi, siedzi w kucki
przed ?wietlikiem i strzela. Od czasu do czasu robi przerwË, ?eby mÕg?
ostygnNoÖ miotacz min. Og?uch? od wystrza?Õw, o?lep? od prochu i dymu.
Czasem wydaje mu siË, ?e chemiczny smrÕd s?abnie i wtedy u?miecha siË,
oblizuje wargi i szepcze: "zabijË ciË". Potem pada bez si? i zasypia, a
kiedy siË budzi, widzi, ?e amunicja siË skoÓczy?a, zosta?y jeszcze trzy
pociski. Wystrzeliwuje je i wyglNoda przez okno. Ogromny teren fabryki
pokryty jest lejami, okna ziejNo wybitymi szybami, na bokach gigantycznych
gazociNogÕw ciemniejNo wgniecenia, dziedziniec jest poprzecinany
skomplikowanym systemem okopÕw, okopami krÕtkimi zygzakami przebiegajNo
robotnicy, jeszcze szybciej jadNo wagoniki, kierowcy autokarÕw os?oniËci sNo
arkuszami blachy, a kiedy wiatr zwiewa k?Ëby jadowitego dymu, na ceglanym
murze budynku administracji fabryki widaÖ ?wie?y napis:
UWAGA! W CZASIE OSTRZA?U TA STRONA JEST NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNA!...
Wiktor odczyta? ostatniNo stronË, zapali? i spojrza? na kartkË
wkrËconNo w maszynË. By?o na niej tylko pÕ?torej linijki: WychodzNoc z
redakcji, dziennikarz B. w pierwszej chwili chcia? wziNoÖ taksÕwkË, ale
rozmy?li? siË i skrËci? do metra. Wiktor nadzwyczaj dok?adnie wiedzia?, co
siË potem sta?o z dziennikarzem B., ale nie mÕg? ju? d?u?ej pisaÖ. Na
zegarku by?a za kwadrans trzecia. Wiktor wsta? i otworzy? okno. Na ulicy
panowa?y ciemno?ci i w tej czerni po?yskiwa? deszcz. Wiktor dopali?
papierosa przy oknie, - wyrzuci? niedopa?ek w mokrNo noc i zadzwoni? do
recepcji. Odpowiedzia? nieznajomy g?os. Wiktor zapyta? jaki mamy dzi? dzieÓ
tygodnia. Nieznajomy g?os po krÕtkiej pauzie zawiadomi? go, ?e obecnie mamy
noc z piNotku na sobotË. Wiktor zamruga? oczami, od?o?y? s?uchawkË i
zdecydowanym ruchem wyrwa? kartkË z maszyny. Starczy. Dwie doby pod rzNod,
nie wstajNoc od maszyny, nikogo nie widzNoc, z nikim nie rozmawiajNoc, przy
wy?Noczonym telefonie, nie odzywajNoc siË na pukanie, bez Diany, bez
alkoholu, zdaje siË, ?e nawet bez jedzenia, tylko od czasu do czasu k?adNoc
siË na ?Õ?ko, ?eby zobaczyÖ we ?nie krÕlowNo pluskiew, ktÕra siedzi na
framudze i porusza ciemnymi czu?kami... Wystarczy. Dziennikarz B. poczeka na
peronie a? przyjedzie pociNog z napisem "Nie wsiadaÖ". Nic mu nie bËdzie. A
ja na razie co? przegryzË, zas?u?y?em sobie, jak Boga kocham... Wiktor
zdjNo? maszynË, schowa? do szuflady maszynopis, przeszuka? pusty barek.
Potem gryz? czerstwNo bu?kË z d?emem, robi? sobie gorzkie wyrzuty, ?e
wczoraj, by uniknNoÖ pokusy, wyla? do umywalki pÕ? butelki brandy i cieszy?
siË, ?e cykl "Za kulisami wielkiego miasta", pomimo wszystko uda?o siË
zaczNoÖ, i to zaczNoÖ ca?kiem nieñle, a szczerze mÕwiNoc ?wietnie. Chocia?
prawdopodobnie trzeba bËdzie wszystko przepisaÖ na nowo. To dziwne,
pomy?la?, dlaczego te opowiada - , niNo piszË w?a?nie teraz? Dlaczego nie
rok temu, nie dwa ?atNo temu, kiedy je wymy?li?em? Teraz powinienem pisaÖ o
przyg?upie, ktÕry wyobrazi? sobie, ?e jest supermenem, w?a?nie tak. Przecie?
od tego zaczyna?em. ZresztNo zdarza mi siË to nie pierwszy raz. Ale gdyby
tak siË zastanowiÖ i dobrze poszukaÖ w pamiËci, to tak bywa zawsze. I
w?a?nie dlatego nie sposÕb jest pisaÖ na zamÕwienie. Zaczynasz pisaÖ powie?Ö
o m?odzieÓczych latach pana prezydenta, a wychodzi o bezludnej wyspie, na
ktÕrej ?yjNo dziwaczne ma?py, ktÕre ?ywiNo siË nie bananami, tylko my?lami
rozbitkÕw... No, tu powiedzmy skojarzenie le?y na powierzchni. E tam, tak
jest zawsze. Trzeba tylko dobrze poszukaÖ, ale komu siË chce szukaÖ po
dwudniowym po?cie. ZejdË sobie teraz na dÕ?, recepcjonista zawsze ma jakNo?
flaszkË. Tylko zjem i zaraz zejdË...
Wiktor drgnNo? i przesta? je?Ö. Z czarnej pustki za oknem dolecia?
poprzez plusk deszczu dñwiËk jakby uderzenia m?otkiem po desce. StrzelajNo,
ze zdziwieniem pomy?la? Wiktor. Czas jaki? ws?uchiwa? siË z napiËciem.
... No dobrze, a co autor chcia? powiedzieÖ przez swoje utwory? W jakim
celu wskrzesi? ciË?kie, powojenne lata, kiedy jeszcze gdzieniegdzie trafia?y
siË pluskwy i lekkomy?lne kobiety? ByÖ mo?e autor chcia? ukazaÖ bohaterstwo
i wytrwa?o?Ö stolicy, ktÕra pod przewodem jego magnificencji... Ten numer
nie przejdzie, panie Baniew! Nie dopu?cimy! Ca?y ?wiat wie, ?e w rezultacie
osobistej decyzji pana prezydenta, na w?a?cicieli zak?adÕw chemicznych
zanieczyszczajNocych powietrze, w samej tylko stolicy na?o?ono kary
pieniË?ne w wysoko?ci... ?e dziËki osobistej i nieustannej trosce pana
prezydenta, ponad sto tysiËcy dzieci wyje?d?a corocznie ze stolicy na obozy
letnie... ?e zgodnie z dekretem o rangach, urzËdnicy poni?ej radcÕw dworu
nie maj No. prawa zbieraÖ podpisÕw pod petycjami...
W tym momencie zgas?o ?wiat?o. "Ehe!" - powiedzia? Wiktor na g?os i
lampa zapali?a siË znowu, ale na pÕ? mocy. "A to co znowu?" - powiedzia?
Wiktor, ale ja?niej siË od tego nie zrobi?o. Wiktor odczeka? chwilË,
nastËpnie zadzwoni? do recepcji. Nikt siË nie odezwa?. Mo?na zadzwoniÖ do
elektrowni, ale w tym celu trzeba znaleñÖ ksiNo?kË telefonicznNo, ale gdzie
jej szukaÖ, i tak najwy?szy czas i?Ö spaÖ. - Tylko najpierw trzeba siË
napiÖ. Wiktor wsta? i nagle us?ysza? jaki? szelest. Kto? przesuwa? po
drzwiach rËkami. Potem zaczNo? siË pchaÖ na drzwi. "Kto tam?" - zapyta?
Wiktor, nikt nie odpowiedzia?, by?o tylko s?ychaÖ jak co? siË pcha i sapie.
Wiktora ogarnË?a groza. O?wietlone czerwonawym ?wiat?em ?ciany wydawa?y siË
obce i niezwyk?e, w kNotach gËstnia?o zbyt wiele cienia, za drzwiami za?
krzNota? siË jaki? ogromny stwÕr, tËpy i bezmy?lny. Czym by go za?atwiÖ? -
pomy?la? rozglNodajNoc siË Wiktor, ale wtedy za drzwiami kto? odezwa? siË
ochryp?ym szeptem "Baniew, ej Baniew - jeste? tam?" Idiota - powiedzia?
Wiktor pÕ?g?osem, wyszed? do przedpokoju i przekrËci? klucz. Do numeru
wtoczy? siË R. Kwadryga. By? w szlafroku, w?osy mia? zmierzwione i
rozbiegane oczy.
- Bogu dziËki, chocia? ty jeste? na miejscu - rzek? na wstËpie. - O
ma?o nie zwariowa?em ze strachu... S?uchaj, Baniew, trzeba stNod wiaÖ...
Chodñmy, co? Chodñmy stNod, Baniew... - z?apa? Wiktora za koszulË i
pociNognNo? do korytarza. - Chodñmy, d?u?ej ju? nie mo?na...
- Oszala? - stwierdzi? Wiktor wyrywajNoc siË. - Idñ spaÖ ramolu. Jest
trzecia w nocy.
Ale R. Kwadryga znowu zrËcznie z?apa? go za koszulË i Wiktor stwierdzi?
ze zdumieniem, ?e doktor honoris causa jest absolutnie trzeñwy, nawet nie
czuÖ go alkoholem.
- Nie wolno spaÖ - oznajmi? Kwadryga. - Trzeba uciekaÖ z tego
przeklËtego domu. Widzisz, co ze ?wiat?em? My tu zginiemy.... W ogÕle trzeba
uciekaÖ z miasta. Mam wwilli samochÕd. Chodñmy. Ja bym wyjecha? sam, tylko
bojË siË wyj?Ö.
- Poczekaj, nie szarp mnie - odpar? Wiktor - przede wszystkim uspokÕj
siË.
WciNognNo? KwadrygË do pokoju, posadzi? w fotelu, a sam poszed? do
?azienki po szklankË wody. Kwadryga natychmiast poderwa? siË i pobieg? za
nim.
- Jeste?my tu sami, nikt nie zosta? - powiedzia?. - Golema nie ma,
portiera nie ma, dyrektora te?... Wiktor odkrËci? kran. W rurach zawy?o,
wylecia?o kilka kropli.
- Ty czego? - zapyta? Kwadryga. - Potrzebna ci woda? Chodñmy, mam ca?No
butelkË, Tylko szybko. I razem.
Wiktor potrzNosnNo? kranem. Wylecia?o jeszcze kilka kropli i wycie
usta?o.
- O co chodzi? - spyta? Wiktor martwiejNoc. - Wojna? Kwadryga machnNo?
rËkNo.
- Jaka tam wojna... Trzeba wiaÖ, pÕki nie jest za pÕñno, aon - wojna...
- Po co wiaÖ?
- Po drodze - odrzek? Kwadryga i kretyÓsko zachichota?.
Wiktor odsunNo? go ?okciem, wyszed? z numeru i zbieg? na dÕ? do
recepcji. Kwadryga drepta? za nim.
- Pos?uchaj - mamrota?. - Lepiej tylnym wyj?ciem... ?eby tylko siË
wydostaÖ... mam samochÕd. Zatankowany, za?adowany... Jak bym przeczu?...
Wypijemy sobie i pojedziemy, tu nie ma ju? ani kropli wÕdki...
W korytarzu s?abo jak czerwone kar?y ?wieci?y ample, na schodach w
ogÕle nie by?o ?wiat?a, w hallu rÕwnie?, tylko nad kontuarem tli?a siË
?arÕwka. Tam siedzia? kto?, ale nie by? to recepcjonista.
- Chodñmy, chodñmy - powiedzia? szeptem Kwadryga i pociNognNo? Wiktora
do wyj?cia. - Nie trzeba tam i?Ö, tam niedobrze...
Wiktor wyrwa? siË i podszed? do kontuaru.
- Co to za skandal... - zaczai i umilk?. Za kontuarem siedzia?
Zurtzmansor.
Zurtzmansor siedzia? na miejscu recepcjonisty i szybko pisa? co? w
brulionie.
- Baniew - oznajmi? nie podnoszNoc g?owy. - No i wszystko siË
skoÓczy?o, Baniew. Po?egnajmy siË. I niech pan pamiËta Q naszej rozmowie.
- Nie mam zamiaru wyje?d?aÖ - zaprotestowa? Wiktor. G?os mu siË
za?ama?. - Zamierzam dowiedzieÖ siË, co jest ze ?wiat?em i wodNo. To wasza
robota?
Zurtzmansor uniÕs? ?Õ?tNo twarz.
- Nie - powiedzia?. - My ju? nic nie robimy. Musimy siË po?egnaÖ,
Baniew - wyciNognNo? nad kontuarem d?oÓ w czarnej rËkawiczce. Wiktor
machinalnie ujNo? tË d?oÓ, poczu? u?cisk i odpowiedzia? u?ciskiem. - Takie
jest ?ycie - powiedzia? Zurtzmansor. - Tworzysz przysz?o?Ö, ale nie dla
siebie. Pan z pewno?ciNo ju? to zrozumia?. Albo niebawem zrozumie. Pana
dotyczy to w wiËkszym stopniu ni? nas. ?egnam.
KiwnNo? g?owNo i znowu zabra? siË do pisania.
- Chodñmy! - zasycza? nad uchem Kwadryga.
- Nic nie rozumiem - g?o?no na ca?y hall powiedzia? Wiktor. - Co tu siË
dzieje?
Nie ?yczy? sobie, ?eby w hallu panowa?a cisza. Nie ?yczy? sobie byÖ
cz?owiekiem postronnym. Nie on tu jest postronny i w?a?ciwie z jakiej racji
Zurtzmansor siedzi o trzeciej w nocy za kontuarem recepcjonisty. Mnie nie
uda siË .wam zastraszyÖ, ja nie jestem Kwadryga... Ale Zurtzmansor rjie
us?ysza?, albo nie chcia? us?yszeÖ. WÕwczas Wiktor demonstracyjnie wzruszy?
ramionami, odwrÕci? siË i ruszy? do restauracji. W drzwiach przystanNo?.
W sali s?abo ?wieci?y stojNoce lampy, s?abo ?wieci? ?yrandol, s?abo
?wieci?y kinkiety na ?cianach i sala by?a przepe?niona. Przy stolikach
siedzia?y mokrzaki. Wszyscy byli identyczni, tylko siedzieli w rÕ?nych
pozach. Jedni czytali, inni spali, a jeszcze inni, i by?o ich bardzo wielu,
nieruchomo patrzyli przed siebie niczym skamieliny. Ja?nia?y ?yse czaszki,
pachnia?o wilgociNo i lekarstwami. Okna by?y otwarte, na pod?odze ciemnia?y
ka?u?e. Nie by?o s?ychaÖ ?adnego dñwiËku, tylko za oknem pluska?a woda.
Potem przed Wiktorem pojawi? siË Golem - zatroskany, spiËty i bardzo
stary.
- Dlaczego pan tu jeszcze jest? - zapyta? pÕ?g?osem. - ProszË stNod
wyj?Ö, tu panu nie wolno byÖ.
- Co to znaczy - nie wolno? - odpowiedzia? pytaniem Wiktor, ponownie
rozdra?niony. - Ja chcË siË napiÖ.
- Ciszej - powiedzia? - Golem. - My?la?em, ?e pan ju? wyjecha?. Puka?em
do pana. Gdzie pan chce teraz i?Ö?
- Do swojego pokoju. WezmË butelkË i pÕjdË do siebie.
- Tu nie ma ?adnego alkoholu - odpar? Golem.
Wiktor w milczeniu wskaza? palcem na bar, gdzie matowo l?ni?y rzËdy
butelek. Golem obejrza? siË.
- Nie - powiedzia?. - Niestety.
- ChcË co? wypiÖ! - uparcie powtÕrzy? Wiktor.
Tak naprawdË nie mia? ochoty siË upieraÖ. Udawa? chojraka. Mokrzaki
patrzy?y na niego. CzytajNocy opu?cili ksiNo?ki, zastygli w bezruchu,
odwrÕcili g?owy i tylko ?piNocy spali nadal. DziesiNotki b?yszczNocych oczu,
jakby zawieszonych w czerwonawym pÕ?mroku, patrzy?y na Wiktora.
- Niech pan nie wraca do numeru - oznajmi? Golem. - ProszË wyj?Ö z
hotelu. Niech pan idzie do LoIi.. Albo do willi doktora... Tylko chcË
wiedzieÖ, gdzie pan bËdzie. PrzyjadË po pana. ProszË pos?uchaÖ, Wiktorze,
niech pan siË nie stawia, tylko s?ucha. Teraz nie mam czasu wyja?niaÖ,
zresztNo by?oby to nie na miejscu. Szkoda, ?e nie ma Diany, ona by
potwierdzi?a...
- A gdzie jest Diana?
Golem znowu siË rozejrza? i spojrza? na zegarek.
- O czwartej... Albo o piNotej... bËdzie na stacji benzynowej przy
S?onecznej Bramie.
- A gdzie jest teraz?
- Teraz jest zajËta.
- Tak - powiedzia? Wiktor i rÕwnie? spojrza? na zegarek. - O czwartej,
albo o piNotej przy S?onecznej Bramie - mia? okropnNo ochotË i?Ö sobie
stNod. To by?o nie do zniesienia - staÖ tak skupiajNoc na sobie uwagË tego
milczNocego zgromadzenia.
- ByÖ mo?e o szÕstej - rzek? Golem.
- Przy S?onecznej Bramie... - powtÕrzy? Wiktor. - To tam gdzie jest
willa naszego doktora.
- W?a?nie - przytaknNo? Golem. - Niech pan idzie do willi i czeka.
- Moim zdaniem, pan po prostu chce mnie stNod wyprosiÖ - oznajmi?
Wiktor.
- Tak - potwierdzi? Golem i nagle z zainteresowaniem spojrza? Wiktorowi
w twarz. - Wiktorze, czy pan zupe?nie nie ma ochoty siË stNod wynie?Ö?
- Mam ochotË siË przespaÖ - niedbale odpar? Wiktor. - Dwie noce nie
spa?em - z?apa? Golema za guzik, wyprowadzi? go do hallu. - Dobra, zaraz
sobie pÕjdË - rzek?. - Ale co to za pandemonium? Macie tu zjazd?
- Tak - odpowiedzia? Golem.
- Czy mo?e zaczËli?cie powstanie?
- Tak - powiedzia? Golem.
- A mo?e zaczË?a siË wojna?
- Tak - przytaknNo? Golem. - Tak, tak, tak. Niech siË pan stNod wynosi.
- Dobrze - oznajmi? Wiktor. OdwrÕci? siË, ?eby odej?Ö, ale nagle
przystanNo?. - A Diana? - zapyta?.
- Jej nic nie grozi - odrzek? Golem. - I mnie rÕwnie?. Nikomu z nas nic
nie grozi. W ka?dym razie do godziny szÕstej. ByÖ mo?e do siÕdmej.
- Odpowiada pan za DianË - stwierdzi? Wiktor cicho. Golem wyciNognNo?
chustkË do nosa i wytar? szyjË.
- Ja odpowiadam za wszystko - powiedzia?.
- Tak? Wola?bym, ?eby pan odpowiada? tylko za DianË.
- Znudzi? misie pan - odpar? Golem. - Och. jak rai pan obrzyd?, piËkne
kaczNotko. Diana jest z dzieÖmi. Dianie absolutnie nic nie grozi. I niech
pan ju? sobie idzie. Mam du?o pracy.
Wiktor odwrÕci? siË i poszed? w kierunku schodÕw. Zurtzmansora za
kontuarem nie by?o, tylko ?arÕwka tli?a siË nad brulionem oprawnym w ceratË.
- Baniew - odezwa? siË z jakiego? ciemnego kNota R. Kwadryga. - Ty
dokNod? Idziemy!
- Przecie? nie mogË ?aziÖ po deszczu w kapciach! - odrzek? gniewnie
Wiktor nie odwracajNoc g?owy. PrzepËdzili, my?la?. WypËdzili nas z hotelu.
ByÖ mo?e z ratusza te? nas przepËdzili. A mo?e i z miasta... I co dalej? W
swoim pokoju przebra? siË szybko i narzuci? p?aszcz. Kwadryga nie odstËpowa?
go i plNota? siË pod nogami.
- Masz zamiar i?Ö w, szlafroku? - zapyta? Wiktor.
- On jest ciep?y - powiedzia? Kwadryga. - A w domu mam jeszcze jeden.
- Idñ siË ubierz, ba?wanie.
- Nie pÕjdË - kategorycznie odmÕwi? Kwadryga.
- Chodñmy razem - zaproponowa? Wiktor.
- Nie. Razem te? nie trzeba. Ty siË nie bÕj, ja tak... Jestem
przyzwyczajony...
Kwadryga zachowywa? siË jak pudel domagajNocy siË spaceru. Podskakiwa?,
zaglNoda? w oczy, g?o?no dysza?, ciNognNo? za ubranie, podbiega? do drzwi i
zawraca?. Przekonywanie go nie mia?o sensu. Wiktor da? mu swÕj stary p?aszcz
i zamy?li? siË. WyjNo? z biurka dokumenty i pieniNodze, roz?o?y? wszystko po
kieszeniach, zamknNo? okno i zgasi? ?wiat?o. NastËpnie zda? siË na ?askË
Kwadrygi.
Doktor honoris causa pochyli? g?owË, pËdem powlÕk? go korytarzem;
kuchennymi schodami, obok ciemnej, zimnej kuchni, wypchnNo? przez drzwi na
ulewny deszcz, w egipskie ciemno?ci i wybieg? w ?lad za Wiktorem.
- Wydostali?my siË dziËki Bogu! - oznajmi?. - Biegniemy!
Ale biegaÖ nie umia?. MËczy?a go zadyszka, zresztNo by?o tak ciemno, ?e
trzeba by?o w?a?ciwie i?Ö po omacku, trzymajNoc siË ?cian. Na podstawie
?wiecNocych na pÕ? mocy ulicznych latarni i sNoczNocego siË gdzieniegdzie
przez zas?ony czerwonawego ?wiat?a mo?na by?o odgadnNoÖ zaledwie ogÕlny
kierunek. Deszcz la? Bez najmniejszej przerwy, ale ulice nie by?y ca?kiem
bezludne. Gdzie? rozmawiano pÕ?g?osem, p?aka?o niemowlË, parokrotnie
przeje?d?a?y ciË?arÕwki, jaka? furmanka minË?a ich z hukiem ?elaznych
obrËczy na ko?ach. "Wszyscy uciekajNo - mamrota? Kwadryga. - Wszyscy
uciekajNo. Tylko my siË wleczemy..." Wiktor milcza?. Pod nogami chlupa?o,
pantofle przemok?y, po twarzy sp?ywa?a ciep?awa woda, Kwadryga czepia? siË
jak kleszcz, wszystko to by?o g?upie, w z?ym gu?cie, trzeba by?o siË wlec
przez ca?e miasto i nie by?o temu koÓca. Wiktor wpad? na rynnË,
zachrzË?ci?o, Kwadryga pu?ci? go i natychmiast wrzasnNo? p?aczliwie na ca?e
miasto: "Baniew! Gdzie jeste??". Kiedy tak b?Nokali siË w mokrych
ciemno?ciach szukajNoc jeden drugiego, nad g?owami stuknË?o okienko i
zduszony g?os zainteresowa? siË: "No i co s?ychaÖ?" "Ciemno jak u
murzyna..." - odpowiedzia? Wiktor. "Zgadza siË! - z entuzjazmem podchwyci?
g?os. - I wody nie ma... Dobrze, ?e zdNo?yli?my na?apaÖ do balii" "A co
bËdzie?" - zapyta? Wiktor przytrzymujNoc KwadrygË wyrywajNocego siË naprzÕd.
Po chwili milczenia g?os odpar?: "ZarzNodzNo ewakuacjË, nie inaczej... Ech,
?ycie!!" i okienko zatrzasnË?o siË. PowËdrowali dalej. Kwadrygu wczepiony
oburNocz w Wiktora zaczai niejasno opowiadaÖ, jak siË przera?ony obudzi?,
zszed? na dÕ? i trafi? na ten - sabat... Po ciemku wpadli na ciË?arÕwkË, po
omacku wyminËli jNo i wpadli na cz?owieka z jakim? ?adunkiem. Kwadryga znowu
wrzasnNo?. "O co chodzi?" - z w?ciek?o?ciNo zapyta? Wiktor. "Bije - ura?onym
tonem zawiadomi? go Kwadryga. - Prosto w wNotrobË. Pud?em". Chodniki by?y
zastawione samochodami, lodÕwkami, kredensami, ca?ymi d?unglami ro?lin w
doniczkach. KwadrygË zarzuci?o i trafi? do otwartej szafy z lustrem,
nastËpnie wplNota? siË w rower. Wiktor powoli wpada? w furiË. W jakim?
miejscu zatrzymano ich i za?wiecono w oczy latarkNo. B?ysnË?y mokre,
wojskowe he?my i ordynarny g?os z po?udniowym akcentem oznajmi?: "Patrol
wojskowy. ProszË q dokumenty". Kwadryga rzecz jasna ?adnych dokumentÕw nie
mia?, wiËc natychmiast zaczNo? wrzeszczeÖ, ?e jest doktorem, ?e jest
laureatem, ?e zna osobi?cie... Ordynarny g?os powiedzia? pogardliwie:
"Frajerzy. Przepu?ciÖ". MinËli plac miejski. Przed komend policji sta?y
st?oczone samochody z zapalonymi reflektorami. Bezmy?lnie miotali siË.
mË?czyñni w z?otych koszulach b?yskajNoc miedziNo swoich stra?ackich he?mÕw,
rozlega?y siË dñwiËczne, niewyrañne komendy. WidaÖ by?o, ?e tu w?a?nie
znajduje siË centrum paniki. Odb?yski reflektorÕw jeszcze przez czas jaki?
o?wietla?y drogË, nastËpnie znowu zrobi?o siË ciemno.
Kwadryga ju? nie mamrota?, tylko spa? i pojËkiwa?. Kilkakrotnie
przewraca? siË pociNogajNoc za sobNo Wiktora. Utyt?ali siË jak ?winie.
Wiktor otËpia? doszczËtnie, ju? wiËcej nie przeklina?, zas?ona apatii
spËta?a mu mÕzg, trzeba by?o i?Ö, i?Ö, dzisiaj i?Ö, jutro i?Ö, odpychaÖ
napotykanych w drodze niewidzialnych ludzi, znowu i znowu podnosiÖ KwadrygË
za ko?nierz namok?ego szlafroka, tylko nie wolno by?o siË zatrzymaÖ, i w
?adnym wypadku nie wolno by?o zawrÕciÖ. Co? mu siË przypomnia?o, co? co
zdarzy?o siË dawno - haniebne, gorzkie, nieprawdopodobne, ale wtedy by?a
?una i ludzka kasza na ulicach, w oddali za? trzaska?o i ?omota?o, za nim
by?o przera?enie, a dooko?a opustosza?e domy z oknami oklejonymi na krzy?, w
twarz lecia? popiÕ? i woÓ spalonego papieru, na ganek eleganckiej willi z
ogromnNo flagNo narodowNo wyszed? wysoki pu?kownik we wspania?ym
lejb-huzarskim mundurze, zdjNo? czapkË i strzeli? sobie w ?eb, a my
oberwani, zakrwawieni, wierni i zdradzeni, rÕwnie? w huzarskich mundurach,
ale ju? nie huzarzy, tylko nieomal dezerterzy, zaczËli?my gwizdaÖ, rechotaÖ,
niektÕrzy rzucali w trupa resztkami po?amanych szabli...
- Ano, stÕj - szeptem powiedzia? kto? w ciemno?ci i o pier? opar?o siË
co? bardzo znajomego. Wiktor automatycznie podniÕs? rËce.
- Jak pan ?mie! - wrzasnNo? Kwadryga za plecami Wiktora.
- Cicho! - rozkaza? g?os.
- Ratunku! - wrzasnNo? znowu Kwadryga.
- Cicho, idioto - powiedzia? do niego Wiktor. - PoddajË siË, poddajË -
rzek? w ciemno?Ö, tam skNod pochodzi?a lufa automatu, i skNod dobiega?
ciË?ki oddech.
- BËdË strzelaÖ! - uprzedzi? przestraszony g?os.
- Nie trzeba - odpar? Wiktor. - Przecie? siË poddajemy. - W gardle, mu
zasch?o.
- No, rozbieraÖ siË! - poleci? g?os.
- To znaczy, ?e co?
- Zdejmuj buty, p?aszcz zdejmuj, spodnie...
- Po co?
- Szybko, szybko! - wysycza? g?os.
Wiktor dobrze siË przypatrzy?, opu?ci? rËce, odstNopi? na bok, z?apa?
za automat i zadar? lufË do gÕry. Bandyta zapiszcza?, szarpnNo? siË, ale nie
wiadomo dlaczego nie wystrzeli?. Obaj sapali z wysi?kiem wyrywajNoc sobie
automat. "Baniew! Gdzie jeste??" - wrzeszcza? zrozpaczony Kwadryga. SNodzNoc
z zapachu i po dotyku cz?owiek z automatem by? ?o?nierzem. Czas jaki?
jeszcze walczy?, ale Wiktor by? znacznie silniejszy.
- Koniec - oznajmi? Wiktor przez zËby. - Koniec. Nie wyrywaj siË, bo
jeszcze dostaniesz po mordzie.
- Niech mnie pan pu?ci! - sycza? ?o?nierz broniNoc siË s?abo.
- Po co ci moje spodnie? Gadaj, co? ty za jeden?
?o?nierz tylko sapa?. "Wiktor!" - wrzeszcza? Kwadryga ju? gdzie? z
oddali. "Aaa!". Zza rogu wyjecha? samochÕd, na moment o?wietli? reflektorami
znajomNo, piegowatNo twarz, okrNog?e ze strachu oczy znik?y.
- Ee, ja przecie? ciebie znam - powiedzia? Wiktor. - Czego napadasz na
ludzi? Oddaj automat. ?o?nierz zaczepiajNoc rzemieniem o he?m pokornie odda?
broÓ.
- WiËc po co ci moje spodnie? - zapyta? Wiktor. - Dezerterujesz?
?o?nierz sapa?. Taki sympatyczny, piegowaty ?o?nierzyk...
- No, dlaczego nic nie mÕwisz? ?o?nierzyk zap?aka?. Cienko, zawodzNoc.
- Mnie teraz tak czy inaczej... - wymamrota?. - Tak czy inaczej mnie
rozstrzelajNo. Uciek?em z posterunku. Odszed?em, porzuci?em posterunek,
gdzie siË teraz podziejË.... Niech mnie pan pu?ci, co? Ja przecie? nie
chcia?em niez?ego, nie jestem ?adnym bandytNo, niech mnie pan nie wydaje...
Chlipa?, pociNoga? nosem i w ciemno?ci zapewne wyciera? nos rËkawem
munduru - ?a?osny jak ka?dy dezerter, przera?ony jak wszyscy dezerterzy,
gotowy na wszystko.
- Dobra - stwierdzi! Wiktor. - PÕjdziesz z nami. Nie wydamy ciË.
Ubranie te? siË znajdzie. Idziemy, tylko siË nie zgub.
KierujNoc siË na psie wycie znaleñli KwadrygË. Teraz na szyi Wiktora
wisia? automat, za lewNo rËkË konwulsyjnie trzyma? go pochlipujNocy
?o?nierz, za prawNo wyjNocy cicho Kwadryga. Zupe?ny ob?Ëd. Mo?na oczywi?cie
oddaÖ roz?adowany automat temu ch?opcu i daÖ smarkaczowi kopniaka. Nie,
jako? szkoda. I smarkacza szkoda, i automatu, jeszcze siË mo?e przydaÖ...
My?my tu siË naradzili ze spo?eczeÓstwem i przewa?y? poglNod, ?e na
rozbrojenie jest jeszcze za wcze?nie. Automat mo?e siË jeszcze przydaÖ w
przysz?o?ci...
- PrzestaÓcie obaj wyÖ - powiedzia? Wiktor. - Bo patrol us?yszy.
Ucichli, a po piËciu minutach, kiedy za?wieci?y przed nimi matowe
?wiat?a stacji benzynowej. Kwadryga pociNognNo? Wiktora na prawo mamroczNoc
rado?nie: "Przyszli?my, dziËki Bogu przyszli?my..."
Klucz do furtki Kwadryga oczywi?cie zapomnia? w hotelu razem ze
spodniami. PieklNoc siË przeleñli przez p?ot, klnNoc b?Nokali siË przez czas
jaki? w krzakach bzu, omal nie wpadli do fontanny, wreszcie trafili do
wej?cia, wywa?yli drzwi i znaleñli siË w hallu. PstryknNo? kontakt i hali
rozja?ni?o s?abe, czerwone ?wiat?o. W czasie kiedy Kwadryga biega? po domu w
poszukiwaniu rËcznikÕw i suchego ubrania, ?o?nierz rozebra? siË do bielizny,
zwinNo? mundur w tobo?ek i wepchnNo? pod kanapË. Wtedy uspokoi? siË nieco i
przesta? pochlipywaÖ. Potem wrÕci? Kwadryga i wszyscy d?ugo, zaciekle
wycierali siË rËcznikami i przebierali.
W hallu panowa? chaos. Wszystko by?o poprzewracane, rozrzucone,
zab?ocone. KsiNo?ki poniewiera?y siË przemieszane z brudnymi ?achami i
zrolowanymi obrazami. Pod nogami chrzË?ci?o szk?o i tubki z zaschniËtNo
farbNo, telewizor patrzy? pustym prostokNotem ekranu, a stÕ? zastawiony by?
brudnymi naczyniami z cuchnNocymi resztkami jedzenia. ZresztNo, czego tam
nie by?o po kNotach, a raczej co tam by?o, nie mÕg? siË zorientowaÖ w
ciemno?ciach. Zaduch w domu by? taki, ?e Wiktor nie wytrzyma? i otworzy?
okno.
Kwadryga zabra? siË do robienia porzNodku. Najpierw ujNo? brzeg sto?u,
przechyli? go i z ?oskotem zsypa? wszystko na pod?ogË. NastËpnie wytar? blat
mokrym szlafrokiem, pobieg? gdzie?, przyniÕs? trzy kryszta?owe kieliszki,
zabytkowe i piËkne oraz dwie kwadratowe butelki. PopiskujNoc z
niecierpliwo?ci wyciNognNo? korki i nape?ni? pucharki.
- Na zdrowie... - wymamrota? niewyrañnie, z?apa? swÕj kieliszek,
przywar? do niego chciwie, ju? zawczasu przewracajNoc oczami z rozkoszy.
Wiktor ugniatajNoc wilgotnego papierosa patrzy? na niego z pob?a?liwym
u?miechem. Na twarzy Kwadrygi pojawi?o siË nagle nieopisane zdumienie
przemieszane z zawodem.
- I tu te?... - powiedzia? z obrzydzeniem.
- Co takiego? - zapyta? Wiktor.
- Woda - nie?mia?o odezwa? siË ?o?nierzyk. - Zwyczajna woda. Zimna.
Wiktor odpi? ze swojego kieliszka. Tak, to by?a woda, czysta, zimna,
byÖ mo?e nawet destylowana.
- Czym ty nas poisz, Kwadryga? - zapyta?.
Kwadryga bez s?owa z?apa? drugNo butelkË i wypi? ?yk. Twarz wykrzywi?
mu grymas. SplunNo? i powiedzia?: "O mÕj Bo?e!", pochyli? siË i na palcach
wyszed? z pokoju, ?o?nierz znowu chlipnNo?. Wiktor obejrza? etykietki na
butelkach - rum, whisky. Znowu sprÕbowa? - woda. Zapachnia?o normalnym
diabelstwem, same z siebie zaskrzypia?y gdzie? deski pod?ogi, skÕra na
plecach ?cierp?a pod uwa?nym spojrzeniem czyich? oczu. ?o?nierzyk wciNognNo?
g?owË w ko?nierz ogromnego swetra R. Kwadrygi i g?Ëboko wsunNo? rËce w
rËkawy. Oczy mia? okrNog?e i nie spuszcza? wzroku z Wiktora. Wiktor zapyta?
ochryple:
- No, czego siË gapisz?
- A pan czego? - szeptem spyta? ?o?nierz.
- Ja dla niczego, a ty po co wyba?uszasz ga?y?
- Ja tak, a pan... Jako? straszno.... Lepiej nie...
SpokÕj, powiedzia? do siebie Wiktor. To nic strasznego. To przecie?
homo super. Oni nie takie rzeczy potrafiNo. Oni, bracie, wszystko umiejNo.
WodË w wino i wino w wodË. SiedzNo sobie w restauracji i przemieniajNo.
NiszczNo epokË. KamieÓ wËgielny. Abstynenci, ich maÖ...
- StchÕrzy?e?? - zapyta? ?o?nierza. - GÕwniarz.
- Bo to straszne! - powiedzia? ?o?nierz o?ywiajNoc siË. - Panu to nic,
ale ile ja siË wycierpia?em... Stoisz w nocy na posterunku, a on wylatuje
zza drutÕw, spojrzy na ciebie z gÕry i dalej... Jeden nasz kapral to nawet
zrobi? w portki... Kapitan ciNogle mÕwi?, przyzwyczaicie siË, ?e s?u?ba, ?e
przysiËga. Ni cholery nie mo?na siË przyzwyczaiÖ. Niedawno jeden przylecia?,
usiad? na dachu wartowni i patrzy, i patrzy... a oczy ma nie jak cz?owiek,
czerwone, ?wieca, siarkNo od niego zalatuje... - ?o?nierz wyjNo? rËce z
rËkawÕw i prze?egna? siË.
Z g?Ëbin willi wychynNo? Kwadryga wciNo? tak samo pochylony i na
palcach.
- Sama woda - oznajmi?. - Wiktor, wiejmy stNod. W gara?u stoi
zatankowany samochÕd, siadamy i cze?Ö! No?
- Bez paniki - odpar? Wiktor. - ZwiaÖ zawsze zdNo?ymy. A zresztNo, jak
chcesz. Ja teraz nie pojadË, ale ty spadaj. I nie zapomnij zabraÖ ch?opaka.
- Nie - stwierdzi? Kwadryga. - Bez ciebie nie pojadË.
- W takim razie przestaÓ dygotaÖ i przynie? co? do ?arcia - poleci?
Wiktor. - Chleb jeszcze nie przemieni? siË w kamieÓ?
Chleb w kamieÓ siË nie przemieni?. Konserwy rÕwnie? pozosta?y
konserwami i to dobrymi konserwami. Jedli, a ?o?nierz opowiada?, ile siË
najad? strachu przez ostatnie dwa dni, o latajNocych mokrzakach, o inwazji
d?d?ownic, o dzieciach, ktÕre w ciNogu dwÕch dni sta?y siË doros?ymi ludñmi,
o swoim przyjacielu szeregowcu Krupmanie, dziewiËtnastoletnim ch?opcu, ktÕry
ze strachu sam siË postrzeli?... i jeszcze o tym jak na wartowniË
przyniesiono obiad, postawiono na kuchni, ?eby siË ogrza?, jak obiad sta?
dwie godziny na ogniu, w ogÕle siË nie zagrza? i jedli zimny... A dzisiaj
objNo?em wartË o Õsmej wieczorem, deszcz jak z cebra, razem z gradem, nad
obozem pozaregulaminowe ?wiat?a, muzyka jaka? nieludzka i jaki? g?os wciNo?
mÕwi i mÕwi, mÕwi, mÕwi, a co mÕwi nie wiadomo, s?owa nie mo?na zrozumieÖ. A
potem ze stepu wysz?y wirujNoce s?upy i prosto do obozu. Ledwie wesz?y, jak
otwar?a siË brama i wylatuje za bramË pan kapitan na swoim samochodzie. Nie
zdNo?y?em nawet stanNoÖ na baczno?Ö, widzË tylko, ?e pan kapitan na tylnym
siedzeniu bez czapki, bez p?aszcza - bije kierowcË po karku i wrzeszczy:
"PrËdzej sukinsynu. PrËdzej!" Co? mnie ?cisnË?o w ?rodku, jakby mi kto?
powiedzia? - uciekaj, pryskaj stNod, bo inaczej zostanie z ciebie mokra
plama. No, to zwia?em. I nie drogNo, tylko prosto, przez step, przez
wNowozy, mato w moczarach nie ugrzNoz?em, pelerynË gdzie? tam zgubi?em,
wczoraj nowNo pobra?em, ale trafi?em do miasta, a w mie?cie patrole.. Raz
ledwie im uciek?em, drugi raz ledwie im uciek?em, dotar?em tu do stacji
benzynowej, patrzË - ludzie uciekajNo, cywilÕw puszczajNo bez gadania, ale
naszych - figË, ?NodajNo przepustek. No to siË zdecydowa?em.
Opowiedziawszy swojNo historiË, ?o?nierz zwinNo? siË w fotelu i
natychmiast zasnNo?. MËczeÓsko trzeñwy Kwadryga znowu zaczai powtarzaÖ, ?e
trzeba uciekaÖ i to natychmiast. "Ten tu na przyk?ad - mÕwi w kÕ?ko,
wskazujNoc widelcem na ?piNocego ?o?nierza. - Nawet ten rozumie... Ale ty
jeste? okropnie tËpy, Baniew, tËpy jak g?Nob. ?e te? nie czujesz, ja mam po
prostu fizyczne uczucie, jak z pÕ?nocy co? mnie naciska. .. Uwierz mi....
wiem, ?e mi nie wierzysz, ale teraz uwierz, przecie? dawno wam wszystkim
mÕwi?em - nie wolno tu siedzieÖ... Golem ci w g?owie zawrÕci?, pijaczyna
nosaty... Zrozum, teraz jeszcze jest wolna droga, wszyscy czekajNo a? siË
rozwidni, potem wszystkie mosty bËdNo zat?oczone tak jak w czterdziestym...
Jeste? uparty jak kozio?, Baniew, zawsze taki by?e?, jeszcze w gimnazjum..."
Wiktor kaza? mu i?Ö spaÖ albo wynosiÖ siË do diab?a. Kwadryga nabzdyczy?
siË, dojad? konserwy i wlaz? na kanapË owinNowszy siË w moherowy pled. Czas
jaki? krËci? siË, chrzNoka?, mamrota? apokaliptyczne przepowiednie, a potem
ucich?. By?a godzina czwarta.
O czwartej dziesiËÖ ?wiat?o mignË?o i zgas?o zupe?nie. Wiktor
wyciNognNo? siË w fotelu, przykry? jakimi? suchymi szmatami i spokojnie
le?a? patrzNoc w ciemne okno i nads?uchujNoc. PojËkiwa? przez sen
?o?nierzyk, pochrapywa? umËczony doktor honoris causa. Gdzie? - zapewne na
stacji benzynowej - rycza?y silniki, niewyrañnie wykrzykiwa?y co? jakie?
g?osy. Wiktor sprÕbowa? zorientowaÖ siË w tym co siË dzieje i doszed? do
wniosku, ?e mokrzaki jednak pok?Õci?y siË z genera?em Pferdem, pogoni?y go z
leprozorium, przenios?y swojNo rezydencjË do miasta i wyobra?ajNo sobie, ?e
je?eli umiejNo przemieniÖ wino w wodË i sprowadzaÖ na ludzi upiorny strach,
to bËdNo umieli przeciwstawiÖ siË wspÕ?czesnemu wojsku... - co tam, nawet
wspÕ?czesnej policji. Idioci. ZburzNo miasto i sami zginNo, zostawiNo ludzi
bez dachu nad g?owNo. I dzieci... Dzieci zmarnujNo, dranie! I po co? Czego
oni chcNo? Czy?by znowu walka o w?adzË? Ech wy, homo super! MNodrzy,
utalentowani... tacy sami dranie jak i my. Jeszcze jeden nowy ?ad, a czym
?ad nowszy tym gorszy - to dobrze wiadomo. Irma... Diana... Poderwa? siË,
namaca? telefon, zdjNo? s?uchawkË. Telefon milcza?. Znowu czego? miËdzy
sobNo nie podzielili, a my, ktÕrzy nie chcemy byÖ ani z tymi ani z tamtymi,
chcemy tylko, ?eby nas zostawiono w spokoju, znowu musimy ruszaÖ w drogË,
depczNoc siË wzajemnie ratowaÖ siË, uciekaÖ, albo co gorsza - wybieraÖ
czyjNo? stronË niczego nie rozumiejNoc, nic nie wiedzNoc, wierzyÖ na s?owo,
nawet nie na s?owo, ale diabli wiedzNo na co... StrzelaÖ do siebie, szarpaÖ
zËbami....
Znane my?li p?ynNo znanym korytem. Ju? tysiNoce razy tak my?la?em.
Przyuczeni jeste?my. Przyuczeni od dziecka. Albo hurra, hurra, albo idñcie
wszyscy do diab?a, nikomu nie wierzË. My?leÖ pan nie urnie, panie Baniew, ot
co. I dlatego pan upraszcza. Je?eli napotka pan na swojej drodze jakikolwiek
z?o?ony ruch spo?eczny, na poczNotek prÕbuje pan go upro?ciÖ. WiarNo, albo
niewiarNo. A je?eli pan ju? wierzy, to do utraty zmys?Õw, do
najwierniejszego szczeniËcego skowytu. A je?li pan nie wierzy to z lubo?ciNo
rzyga pan zatrutNo ?Õ?ciNo na wszystkie idea?y - i na fa?szywe, i na te
najprawdziwsze. Perry Mason mawia? - nie nale?y siË baÖ dowodÕw rzeczowych -
trzeba siË baÖ interpretacji. To samo z politykNo. Bandyci interpretujNo tak
jak im jest wygodnie, a my prostaczkowie ?ykamy gotowNo interpretacjË.
Dlatego, ?e nie umiemy, nie mo?emy i nie chcemy sami pomy?leÖ. A kiedy
prostaczek Baniew, ktÕry nigdy niczego oprÕcz politycznych bandziorÕw w
?yciu nie widzia?, prÕbuje samodzielnej interpretacji, to natychmiast daje
plamË, poniewa? jest ciemny jak tabaka w rogu, my?lenia nikt go nie nauczy?,
wiËc naturalnie w ?adnych innych kategoriach oprÕcz bandyckich interpretowaÖ
nie jest zdolny. Nowy ?wiat, stary ?wiat... i od razu skojarzenia - nowy
?ad, stary ?ad... No dobrze, ale przecie? prostaczek Baniew istnieje nie
pierwszy dzieÓ, co? nieco? ju? widzia?, tego i owego siË nauczy?. Przecie?
nie jest zupe?nym debilem. Przecie? jest Diana, Zurtzmansor, Golem. Dlaczego
muszË wierzyÖ faszy?cie Faworowi, albo temu smarkatemu kmiotkowi, albo
trzeñwemu Kwadrydze? Dlaczego koniecznie zaraz krew, gnÕj i b?oto? Mokrzaki
wystNopi?y przeciwko Pferdowi? Znakomicie! PogoniÖ go w cholerË. Dawno
pora... A dzieci nie pozwolNo skrzywdziÖ, to do nich niepodobne... nie
rozdzierajNo na sobie koszul, nie nawo?ujNo, ?eby siË narodowo samookre?liÖ,
nie grajNo na jaskiniowych instynktach... To, co najbardziej naturalne, to
najmniej przystoi cz?owiekowi - s?usznie, brawo Bol-Kunac, zuch jeste?... I
ca?kiem mo?liwe, ?e to nowy ?wiat bez nowego ?adu. Strach? Obco?Ö? Ale tak
w?a?nie powinno byÖ. Tworzysz przysz?o?Ö, ale nie dla siebie. Ale? ja siË
miota?em jak go?y w pokrzywach, kiedy sparzy?a mnie przysz?o?Ö! Jak bardzo
chcia?em zawrÕciÖ, znaleñÖ siË tam gdzie moje minogi i wÕdka... Nawet
wspomnieÖ przykro, ale przecie? tak w?a?nie byÖ powinno. Tak, nienawidzË
starego ?wiata. NienawidzË jego g?upoty, jego obskurantyzmu, jego faszystÕw.
Ale czym jestem bez tego wszystkiego? To mÕj chleb i moja woda. Oczy?Öcie
?wiat wokÕ? mnie, sprawcie, ?eby sta? siË takim jakim chcË go widzieÖ,
wÕwczas nastNopi mÕj koniec. WychwalaÖ nie umiem, nienawidzË wychwalania, a
wymy?laÖ nie bËdË mia? komu, nie bËdË mia? kogo nienawidzieÖ - smutek,
?mierÖ... Nowy ? wiat - suro wy, sprawiedliwy, mNodry, sterylnie czysty -
nie jestem mu potrzebny, jestem dla niego zerem. By?em mu potrzebny, kiedy
walczy?em o niego... ale je?li ja mu nie jestem potrzebny to i on mi
niepotrzebny, ale je?eli jest mi niepotrzebny, to dlaczego walczË o niego?
Ech, gdzie te dobre, stare czasy, kiedy mo?na by?o oddaÖ ?ycie za zbudowanie
nowego ?wiata, ale umrzeÖ w starym. Akceleracja, wszËdzie akceleracja... Ale
nie sposÕb walczyÖ przeciw, nie walczNoc za! No cÕ? to znaczy, ?e kiedy
rNobiesz las, najmocniej podcinasz w?a?nie tË ga?Noñ, na ktÕrej siedzisz.
... Gdzie? w ogromnym, pustym ?wiecie p?aka?a dziewczynka powtarzajNoc
?a?o?nie: nie chcË, nie chcË, to niesprawiedliwe, co z tego, ?e bËdzie
lepiej, je?eli tak ma byÖ, to niech nie bËdzie lepiej, niech oni zostanNo,
niech oni bËdNo, czy naprawdË nie mo?na nic zrobiÖ, ?eby zostali z nami,
jakie to g?upie, jakie bezsensowne... Przecie? to Irma, pomy?la? Wiktor.
"Irma!" - krzyknNo? i obudzi? siË.
Chrapa? Kwadryga. Deszcz za oknem usta? i jakby przeja?nia?o. Wiktor
podniÕs? do oczu zegarek. ?wiecNoce wskazÕwki pokazywa?y za kwadrans
piNotNo. CiNognË?o przenikliwym ch?odem, nale?a?oby wstaÖ i zamknNoÖ okno,
ale ju? siË zagrza? i nie chcia?o mu siË ruszaÖ, powieki mimo woli opad?y mu
na oczy. Ni to we ?nie, ni to na jawie, gdzie? w pobli?u przeje?d?a?y
samochody, jeden za drugim jecha?y samochody, samochody wlok?y siË
b?otnistNo drogNo po wybojach, przez bezkresne, bagniste pole pod szarym
brudnym niebem, wzd?u? pochylonych s?upÕw telegraficznych, z ktÕrych zwisa?y
zerwane druty, obok rozbitego dzia?a z lufNo zadartNo do gÕry, obok resztek
osmalonego komina, na ktÕrym siedzia?y najedzone wrony i przejmujNoca wilgoÖ
przenika?a pod brezent, pod p?aszcz, strasznie chcia?o siË spaÖ, ale spaÖ
nie by?o mo?na, dlatego, ?e powinna przeje?d?aÖ Diana, a furtka zamkniËta, w
oknach ciemno, pomy?la?a, ?e mnie tu nie ma i pojecha?a dalej, a on
wyskoczy? przez okno i ze wszystkich si? rzuci? siË w pogoÓ za samochodem i
krzycza? tak, ?e omal ?y?y nie popËka?y mu w skroniach, okaza?o siË jednak,
?e obok z ?oskotem i szczËkiem jadNo czo?gi, wiËc nie s?ysza? nawet samego
siebie, a Diana pojecha?a tam, w stronË przeprawy, gdzie wszystko p?onË?o,
gdzie jNo zabijNo i on zostanie sam, w tym momencie rozleg? siË przenikliwy
?wist bomby, prosto w g?owË, w mÕzg... Wiktor wskoczy? do rowu i spad? z
fotela.
Kwicza? R. Kwadryga. Rozkraczony przed otwartym oknem patrzy? w niebo i
kwicza? jak baba, by?o widno, ale nie by?o to dzienne ?wiat?o - na
u?winionej pod?odze le?a?y rÕwne jasne prostokNoty. Wiktor podbieg? do okna
i wyjrza?. To by? ksiË?yc - lodowaty, maleÓki, o?lepiajNoco jasny. By?o w
nim co? niewypowiedzianie przera?ajNocego, do Wiktora nie od razu dotar?o co
mianowicie takiego. Niebo nadal zasnuwa?y chmury, ale w tych chmurach kto?
starannie wykroi? rÕwniutki kwadrat i w centrum tego kwadratu by? ksiË?yc.
Kwadryga ju? nie kwicza?. ZatchnNo? siË krzykiem i wydawa? z siebie
tylko s?abe, skrzypliwe dñwiËki. Wiktor z trudem nabra? powietrza w p?uca i
nagle poczu? z?o?Ö. Co oni tu urzNodzajNo - cyrk, czy co? Za kogo oni mnie
biorNo? Kwadryga wciNo? skrzypia?.
- PrzestaÓ! - ryknNo? Wiktor z nienawi?ciNo. - Co ty, kwadratÕw nie
widzia?e?? Artysta gÕwniany! Fagas!
Z?apa? KwadrygË za moherowy pled i potrzNosnNo? z ca?ej si?y. Kwadryga
upad? na pod?ogË i zamar?.
- No wiËc - powiedzia? nagle nieoczekiwanie jasno i wyrañnie. - Ja mam
dosyÖ.
Wsta? na czworaki i wprost z tej pozycji wystartowa? niczym sprinter.
Wiktor znowu wyjrza? przez okno. W g?Ëbi duszy mia? nadziejË, ?e mu siË
przewidzia?o, ale nic siË nie zmieni?o i nawet wypatrzy? w prawym dolnym
kNocie kwadratu gwiazdkË, nieomal zatopionNo w ksiË?ycowym blasku. By?o
?wietnie widaÖ mokre krzaki bzu, nieczynnNo fontannË i alegorycznNo rybË z
marmuru, bogato zdobionNo bramË, a za bramNo - czarnNo wstËgË szosy. Wiktor
usiad? na parapecie i pilnujNoc, ?eby nie dr?a?y mu palce, zapali?
papierosa. KNotem oka zauwa?y?, ?e ?o?nierza nie ma w hallu - mo?e uciek?,
mo?e schowa? siË pod kanapË i umar? ze strachu. W ka?dym razie automat le?a?
na dawnym miejscu, i Wiktor histerycznie zachichota? porÕwnujNoc ten
nieszczËsny kawa?ek ?elaza z si?ami, ktÕre wykona?y kwadratowNo studniË w
chmurach. Sztukmistrze, ?eby ich. Nie - e, je?eli nawet ten nowy ?wiat
polegnie, to i stary nieñle dostanie po uszach... Ale to dobrze, ?e jest pod
rËkNo automat. G?upio, ale jako? z nim spokojniej. ZresztNo, je?li po -
my?leÖ, wcale nie g?upio. Jasne jak s?oÓce, ?e szykuje siË przes?awne
wianie, to wisi w powietrzu, a kiedy trwa wielkie wianie, zawsze lepiej
trzymaÖ siË na uboczu i mieÖ przy sobie automat.
Na dziedziÓcu zarycza? silnik, zza rogu wylecia?a ogromna,
nieskoÓczenie d?uga limuzyna Kwadrygi (osobisty upominek pana prezydenta za
bezinteresownNo s?u?bË wiernym pËdzlem) i nie wybierajNoc drogi pomknË?a do
bramy, wywali?a jNo, wyjecha?a na szosË, skrËci?a i znik?a.
- A jednak zwia?, bydlak - wymamrota? Wiktor nie bez zawi?ci. Zlaz? z
parapetu, zawiesi? na ramieniu automat, narzuci? p?aszcz i zawo?a?
?o?nierza. ?o?nierz nie odezwa? siË. Wiktor zajrza? pod kanapË, ale le?a?
tam tylko szary t?umok z umundurowaniem. Wiktor zapali? jeszcze jednego
papierosa i wyszed? na dwÕr. W krzakach bzu, obok rozbitej bramy znalaz?
?awkË dziwacznego kszta?tu, ale bardzo wygodnNo, a co najwa?niejsze z dobrym
widokiem na szosË, usiad?, za?o?y? nogË na nogË i szczelniej zakuta? siË w
p?aszcz. PoczNotkowo na szosie by?o pusto, ale potem przejecha? samochÕd,
drugi, trzeci i Wiktor zrozumia?, ?e wianie siË rozpoczË?o.
Miasto pËk?o jak wezbrany wrzÕd. Na czele uciekali wybrani, magistrat i
policja, ucieka? przemys? i handel, ucieka? sNod i akcyza, finanse i o?wiata
ludowa, poczta i telegraf, ucieka?y z?ote koszule - wszyscy, wszyscy, w
k?Ëbach benzynowego smrodu, w trzasku rur wydechowych, rozczochrani,
agresywni, rozw?cieczeni i tËpi. Kombinatorzy, dorobkiewicze, s?udzy ludu,
ojcowie miasta, z wyciem syren samochodowych, w histerycznym jËku klaksonÕw
- szosa rycza?a, gigantyczny furunku? wciNo? wycieka? i wycieka?, a kiedy
sp?ynË?a ropa, pop?ynË?a krew - ludzie na zat?oczonych ciË?arÕwkach, w
przeciNo?onych autobusach, w za?adowanych ma?olitra?Õwkach, na motocyklach,
na rowerach, na wÕzkach, na piechotË przygiËci ciË?arem tobo?Õw,
popychajNocy rËczne wÕzki, pieszo, z pustymi rËkami, posËpni, milczNocy,
zagubieni, zostawiajNoc swoje domy, swoje pluskwy, swoje niewielkie
szczË?cie, u?o?one ?ycie, swojNo przesz?o?Ö i swojNo przysz?o?Ö. Za ludñmi
postËpowa?o wojsko. Powoli przejecha? ?azik z oficerami, transporter
opancerzony, dwie ciË?arÕwki z ?o?nierzami i nasze najlepsze na ?wiecie
polowe kuchnie, a ostatnia jecha?a pancerka na gNosienicach z karabinami
maszynowymi skierowanymi do ty?u.
?wita?o, ksiË?yc poblad?, straszny kwadrat rozp?ynNo? siË, chmury
topnia?y, nadciNoga? ?wit. Wiktor poczeka? oko?o kwadransa, nikogo siË
wiËcej nie doczeka? i wyszed? za bramË. Na asfalcie poniewiera?y siË brudne
szmaty, czyja? rozwalona walizka - w bardzo dobrym gatunku, od razu widaÖ,
?e jaka? w?adza jNo zgubi?a, ko?o od furmanki, a nie opodal, na poboczu -
sama furmanka ze starNo dziurawNo kanapNo i fikusem. Po?rodku szosy,
dok?adnie naprzeciwko bramy - samotny kalosz. Dooko?a by?o pusto. Wiktor
spojrza? w stronË stacji benzynowej. Nie by?o tam ju? ani jednego samochodu,
ani jednego cz?owieka. W ogrodach zaczË?y ?piewaÖ ptaki, wstawa?o s?oÓce,
ktÕrego Wiktor nie widzia? ju? ze dwa tygodnie, a miasto - kilka lat. Ale
teraz nie by?o komu patrzeÖ na s?oÓce. Znowu rozleg? siË warkot motoru i zza
zakrËtu wynurzy? siË autobus. Wiktor zszed? na pobocze. To byli "Bracia w
sapiencji" - przep?ynËli obok jednakowo odwracajNoc obojËtne, bezmy?lne
twarze. OtÕ? i koniec, pomy?la? Wiktor. Dobrze by?oby siË napiÖ. Gdzie? jest
Diana?
Wolno ruszy? na powrÕt do miasta.
*
S?oÓce by?o po prawej stronie, to skrywa?o siË za dachami domkÕw, to
bryzga?o ciep?ym ?wiat?em poprzez ga?Ëzie na wpÕ? zgni?ych drzew. Chmury
znik?y i niebo by?o zdumiewajNoco czyste. Ziemia parowa?a lekkNo mgie?kNo.
By?o idealnie cicho i Wiktor zwrÕci? uwagË na dziwne, ledwie dos?yszalne
dñwiËki, dobiegajNoce jakby spod ziemi - s?abe potrzaskiwanie, szuranie,
szelest. Ale potem przywyk? i zapomnia? o tym. OgarnË?o go zdumiewajNoce
poczucie spokoju i bezpieczeÓstwa. Szed? jak pijany i prawie przez ca?y czas
patrzy? w niebo. W Alejach Prezydenta zatrzyma? siË obok niego jeep.
- Niech pan wsiada - powiedzia? Golem.
Golem by? szary ze zmËczenia i jaki? przygnËbiony, a obok niego
siedzia?a Diana, rÕwnie? zmËczona, ale i tak prze?liczna, najpiËkniejsza z
wszystkich zmËczonych kobiet.
- S?oÓce - rzek? Wiktor u?miechajNoc siË do niej. - SpÕjrzcie jakie
s?oÓce.
- On nie pojedzie - stwierdzi?a Diana. - Uprzedza?am pana, Golem.
- Dlaczego nie pojadË? - zdziwi? siË Wiktor. - PojadË. Tylko po co mam
siË ?pieszyÖ?
Nie wytrzyma? i znowu popatrzy? na niebo. Potem za siebie, na pustNo
ulicË. Wszystko by?o zalane s?oÓcem. Gdzie? tam polem wlekli siË
uciekinierzy, z ?oskotem cofa?a siË armia, wia?a w?adza, tam by?y korki,
lata?y przekleÓstwa, bezmy?lne komendy i groñby, z pÕ?nocy na miasto
ciNognËli zwyciËzcy, a tu by? pusty pas spokoju i bezpieczeÓstwa, kilka
kilometrÕw pustki, w tej pustce za? samochÕd i troje ludzi.
- Golem, czy to idzie nowy ?wiat?
- Tak - oznajmi? Golem. Wpatrywa? siË w Wiktora spod opuchniËtych
powiek.
- A gdzie sNo paÓskie mokrzaki? IdNo na piechotË?
- MokrzakÕw nie ma - odpowiedzia? Golem.
- Jak to - nie ma? - zapyta? Wiktor. Spojrza? na DianË. Diana odwrÕci?a
siË w milczeniu.
- MokrzakÕw nie ma - powtÕrzy? Golem. Glos mia? zduszony i Wiktorowi
nagle siË wyda?o, ?e za chwilË zap?acze. - Mo?e pan uwa?aÖ, ?e ich nie by?o.
I nie bËdzie.
- Znakomicie - powiedzia? Wiktor. - No to chodñmy na spacer.
- Jedzie pan, czy nie? - ospale zapyta? Golem.
- Ja bym pojecha? - odpar? z u?miechem Wiktor - ale muszË jeszcze wpa?Ö
do hotelu, zabraÖ maszynopisy i w ogÕle rozejrzeÖ siË... Wie pan, Golem,
mnie siË tu podoba.
- Ja te? zostajË - oznajmi?a nagle Diana i wysiad?a z samochodu. - Co
ja tam bËdË robiÖ?
- A co pani bËdzie tu robiÖ? - zapyta? Golem.
- Nie wiem - odpowiedzia?a Diana. - Ale nie mam teraz na ?wiecie nikogo
oprÕcz tego cz?owieka.
- No dobrze - rzek? Golem. - On nie rozumie. Ale pani...
- Przecie? on musi zobaczyÖ - zaprotestowa?a Diana. - On nie mo?e
wyjechaÖ zanim nie zobaczy...
- O w?a?nie - podchwyci? Wiktor. - Po jakiego diab?a jestem potrzebny,
je?eli nie zobaczË? Przecie? to moja specjalno?Ö - patrzeÖ.
- Pos?uchajcie, dzieci - powiedzia? Golem. - Czy wy zdajecie sobie
sprawË, na co siË decydujecie? Wiktor, przecie? mÕwi?em - niech pan zostanie
po swojej stronie, je?li ma byÖ z pana jaki? po?ytek. Po swojej!
- Ja ca?e ?ycie jestem po swojej stronie - odrzek? Wiktor.
- Tutaj bËdzie to niemo?liwe.
- Zobaczymy - stwierdzi? Wiktor.
- O Bo?e - westchnNo? Golem - jakbym ja nie mia? ochoty zostaÖ! Ale
trzeba przecie? choÖ trochË ruszyÖ g?owNo! Trzeba rozumieÖ, do diabla, na co
ma siË ochotË i co siË musi... - jakby przekonywa? siebie samego. - Ech,
wy... No cÕ?, zostawajcie. ?yczË przyjemnego spËdzenia czasu. - Wrzuci?
bieg. - Diano, gdzie jest zeszyt? A, tutaj. Zabieram go ze sobNo. Pani nie
bËdzie potrzebny.
- Tak - potwierdzi?a Diana. - On tego w?a?nie chcia?.
- Golem - zapyta? Wiktor. - A pan dlaczego ucieka? Przecie? ten ?wiat
jest tym, czego pan chcia?.
- Ja nie uciekam - surowo oznajmi? Golem. - Ja jadË. StNod, gdzie ju?
wiËcej nie jestem potrzebny, tam gdzie jeszcze jestem potrzebny. Nie tak jak
wy. ?egnajcie.
I odjecha?. Diana i Wiktor wziËli siË za rËce i poszli w gÕrË Alei
Prezydenta do pustego miasta na spotkanie zwyciËzcÕw. Nie rozmawiali, pe?nNo
piersiNo wdychali nieznane, czyste powietrze, mru?yli oczy od s?oÓca i nie
bali siË niczego. Miasto patrzy?o na nich pustymi oknami i by?o to miasto
zadziwiajNoce - pokryte ple?niNo, o?lizg?e, prÕchniejNoce, ca?e w jakich?
z?owieszczych plamach, jakby prze?arte egzemNo, jakby od wielu lat gni?o na
dnie morza i oto wreszcie wyciNogniËto je na powierzchniË na po?miewisko
s?oÓcu i s?oÓce u?miawszy siË do woli zaczË?o to miasto niszczyÖ.
Topnia?y, parowa?y dachy, blacha i dachÕwki rdzawo dymi?y i znika?y w
oczach. W murach otwiera?y siË szczeliny, ros?y, obna?ajNoc obszarpane
tapety, obdrapane ?Õ?ka, kulawe meble i wyp?owia?e fotografie. MiËkko
pod?amujNoc siË taja?y uliczne latarnie, rozpuszcza?y siË w powietrzu kioski
i s?upy og?oszeniowe - wszystko wokÕ? potrzaskiwa?o, sycza?o cichutko,
szele?ci?o, stawa?o siË gNobczaste, przezroczyste, przeistacza?o siË w grudy
b?ota i znika?o. Daleka wie?a ratusza zmieni?a sylwetkË, sta?a siË lekka,
niewyrañna i znik?a w niebiesko?ci nieba. Przez chwilË, zupe?nie oddzielnie
wisia? na niebie staro?wiecki zegar, ale potem rÕwnie? zniknNo?...
Przepad? mÕj maszynopis, weso?o pomy?la? Wiktor. Dooko?a nie by?o
miasta - gdzieniegdzie stercza?y suchotnicze krzaczki, zosta?y schorowane
drzewa i plamy zielonej trawy i tylko daleko, za mg?No mo?na by?o domy?leÖ
siË jakich? budynkÕw, resztek budynkÕw, upiorÕw domÕw, a nie opodal by?ej
jezdni, na ceglanym ganku, ktÕry prowadzi? donikNod siedzia? Teddy,
wyciNognNowszy przed siebie chorNo nogË. Obok le?a?y drewniane kule.
- Czo?em Teddy - powiedzia? Wiktor. - Zosta?e??
- Aha - odpar? Teddy.
- Czemu?
- A tam - rzek? Teddy. - Napchali siË jak ?ledzie do beczki, nawet nogi
nie mia?em gdzie wyciNognNoÖ, mÕwiË do synowej - no, po co ci idiotko
serwantka? A ona na mnie z pyskiem. PlunNo?em na nich i zosta?em.
- Chcesz i?Ö z nami?
- Co to, to nie - odpowiedzia? Teddy. - Ja lepiej sobie tu posiedzË.
Teraz ze mnie ?aden piechur, a co moje to i tak mnie nie minie...
I poszli dalej. Robi?o siË gorNoco i Wiktor zrzuci? na ziemiË
niepotrzebny p?aszcz, strzNosnNo? z siebie zardzewia?e resztki automatu i
roze?mia? siË z ulgNo. Diana poca?owa?a go i powiedzia?a "Dobrze!". Nie
zaprzecza? . Szli i szli pod b?Ëkitnym niebem, pod gorNocym s?oÓcem, po
ziemi, ktÕra ju? zazieleni?a siË m?odNo trawNo i przyszli na miejsce gdzie
by? hotel. Hotel wcale nie znik?. Sta? nadal - ogromny, szary sze?cian z
szorstkiego betonu i Wiktor pomy?la?, ?e to jest pomnik, a byÖ mo?e s?up
graniczny miËdzy starym i nowym ?wiatem. Ledwie to pomy?la?, zza bry?y
betonu bezdñwiËcznie wystrzeli? odrzutowy my?liwiec z emblematem Legii na
kad?ubie, bezdñwiËcznie ?mignNo? nad g?owami, skrËci? w pobli?u s?oÓca,
znik? i dopiero wtedy nadlecia? piekielny, ?wiszczNocy ryk, uderzy? w uszy,
w twarz, w duszË, ale naprzeciw ju? szed? Bol-Kunac z wyp?owia?ym wNosikiem
na opalonej twarzy, a opodal sz?a Irma te? prawie doros?a, bosa, w lekkiej,
prostej sukience z witkNo w rËku. Popatrzy?a w ?lad za my?liwcem, unios?a
witkË jakby bra?a go na cel i powiedzia?a "Kch - ch!"
Diana roze?mia?a siË. Wiktor spojrza? na niNo i zobaczy?, ?e jest to
jeszcze jedna Diana, zupe?nie nowa, taka jakiej do tej pory jeszcze nie
zna?, nie przypuszcza? nawet, ?e taka Diana jest w ogÕle mo?liwa - Diana
SzczË?liwa. Wtedy pogrozi? sobie palcem i pomy?la?: wszystko to bardzo
piËknie, ale ?ebym tylko nie zapomnia? wrÕciÖ, ?ebym tylko nie zapomnia?
wrÕciÖ...
KONIEC
[ P R E Z E N T U J E ]
A. i B. Strugaccy - Pora deszczow
ÉÍÍËÍÍËÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍËÍÍËÍÍ'
?++???? ? ????++?
?++???? Zeskanowal : S&C ? Format : RTF ????++?
?++???? ? ????++?
?++???? Data : 16.4.2002 ? Numer : 381 ????++?
?++???? ? ????++?
ÈÍÍÊÍÍÊÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÊÍÍÊÍÍ?
[ D O D A T K O W E I N F O R M A C J E ]
Panstwo schylkowej dyktatury. Wiktor Baniew, slawny i tolerowany przez
wladze pisarz, powraca do miasta swych urodzin. Miasto opanowane jest
przez mokrzaki - ludzi u ktorych specyficzna choroba genetyczna spowodowala
calkowita odmiennosc, zarowno w sensie fizycznym, jak i psychicznym.
Baniew dostaje sie w sam srodek walki politycznej. Niektorzy staraja sie
wykorzystac - do swoich celow - fenomenalne talenty mokrzakow; niektorzy
zas - zniszczyc ich calkowicie majac jako bron nienawisc tlumu.
Tymczasem mokrzaki przygotowuja rozumiana na swoj sposob rewolucje.
Pewnego dnia z miasta znikaja wszystkie dzieci...
úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú
[ D O L A C Z D O N A S ]
Wciaz szukamy nowych czlonkow ! Jesli chcialbys dolaczyc do Scan-dal
i miec dostep do wszystkich ksiazek zeskanowanych przez grupe,odwiedz
nasza strone - www.scan-dal.prv.pl lub forum - www.bwforum.prv.pl aby
dowiedziec sie jak to zrobic.
úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú
[ T O C O W Y P U S C I L I S M Y ]
1. Zecharia Sitchin - Dwunasta Planeta
2. James Tiptree jr. - Houdson, Houdson, Do You Read ?
3. Philip K. Dick - Pani od ciasteczek
4. Tadeusz Boy - Zelenski - Slowka
5. Tomasz Kolodziejczak - Wstan i idz
6. Alistair MacLean - Athabaska
7. Robert Silverberg - W dol, do ziemi
8. Philip K. Dick - Za drzwiami
9. Patrick Suskind - Pachnidlo
10. Norbert Kilen - Programowanie Kart Dzwiekowych w TP
11. Adam Blaszczyk - Wirusy
12. Barbara Rosiek - Bylam Schizofreniczka
13. Michal Blazejewski - J.R.R. Tolkien, Powiernik Piesni
14. Andrzej J. Sarwa - Historie dziwne, straszliwe i przerazajace
15. Gajus Swetoniusz Trankvillus - Zywoty Cezarow
16. Krzysztof Borun - Male, zielone ludziki
17. Andre Norton - Rok jednorozca
18. Arkadiusz Jakubowski - Podstawy SQL
19. Glen Cook - Cien w ukryciu
20. Terry Pratchett - Eryk
21. Fredric Brown - Maz opatrznosciowy
22. William Tenn- Ludzki punkt widzenia
23. Janusz A. Zajdel - Paradyzja
24. Andre Norton - Swit 2250
25. Mikolaj Marchocki - Historia Wojny Moskiewskiej
26. Terry Pratchett - Blask Fantastyczny
27. Andrzej Sapkowski - Czas Pogardy
28. Feliks W. Kres - Polnocna Granica
29. Stephen W. Hawking - Krotka Historia Czasu
30. George Orwell - Folwark Zwierzecy
31. Alistair Maclean - Szatanski Wirus
32. Janusz A. Zajdel - Cala Prawda O Planecie Ksi
33. Gene Wolfe - Piesn Lowcow
34. Edgar Rice Burroughs - Ksiezniczka Marsa
35. Joe Haldeman - Wieczna Wojna
36. Andrzej Sapkowski - Krew Elfow
37. Graham Masterton - Kostnica
38. Walter Schellenberg - Wspomnienia
39. Glen Cook - Ponure Lata
40. Harry Harrison - Planeta Smierci 2
41. Terry Pratchett - Czarodzicielstwo
42. Andrzej Sapkowski - Chrzest Ognia
43. Dawid Weber - Placowka Basilisk
44. Philip K. Dick - Pelzacze
45. Philip K. Dick - Ubik
46. Robert Sheckley - Planeta Zla
47. Janusz A. Zajdel - Limes Inferior
48. Nina Drej - Za drzwiami mlodosci
49. Terry Pratchett - Straz! Straz!
50. Andrzej Sapkowski - Wieza Jaskolki
51. Joanna Chmielewska - Lesio
52. Prokopiusz z Cezarei - Historia Sekretna
53. Gajusz Juliusz Cezar - O Wojnie Domowej
54. Alistair Maclean - Wyscig ku smierci
55. Alistair Maclean - Lalka na lancuchu
56. Jeffrey Archer - Co do grosza
57. Andrzej Pilipiuk - 15 opowiadan
58. Roger Zelazny - Pan Swiatla
59. Agata Christie - Spotkanie w Bagdadzie
60. Alistair Maclean - Tabor
61. Janet Evanovich - Wytropic Milion
62. Janet Evanovich - Przybic Piatke
63. Terry Pratchett - Pomniejsze Bostwa
64. Terry Pratchett - Trolowy Most
65. Harry Harrison - Oblicza Ziemii
66. Harry Harrison - Wygnanie
67. Harry Harrison - Gwiezdny Dom
68. James Morrow - Miasto Prawdy
69. Vonda McIntyre - Opiekun Snu
70. Issac Asimov - Fundacja
71. Issac Asimov - Nastanie nocy
72. Issac Asimov - Nemesis
73. Ursula K. Le Guin - Grobowce Atuanu
74. Leszek Adamczewski - Zlowieszcze Gory
75. David Morrell - Piata Profesja
76. Janusz A. Zajdel - Cylinder van Troffa
77. Andrzej Ziemianski - Bomba Heisenberga
78. Stephen King - Siostrzyczki z Elurii
79. Stanislaw Esden-Tempski - Kundel
80. Karl Treumund - Saga o Nibelungach
81. Krzysztof Borun - Toccata
82. Krzysztof Borun - Czlowiek z mgly
83. Roger Zelazny - Dziewieciu Ksiazat Amberu
84. Roger Zelazny - Karabiny Avalonu
85. Roger Zelazny - Znak Jednorozca
86. Roger Zelazny - Reka Oberona
87. Roger Zelazny - Dworce Chaosu
88. Roger Zelazny - Atuty Zguby
89. Roger Zelazny - Krew Amberu
90. Roger Zelazny - Znak Chaosu
91. Roger Zelazny - Rycerz Cieni
92. Roger Zelazny - Ksiaze Chaosu
93. Antoni Pawlak - Ksiazeczka Wojskowa
94. Jacek Pankiewicz - F. Schubert idzie do czubkow
95. Jacek Wilczur - Ksiestwo SS
96. Dave Wolverton - Lowy Na Weze Morskie
97. Artur Szrejter - Mitologia Germanska
98. Michael Moorcock - Klejnot w czasce
99. Ciza Zyke - Goraczka
100. Clive Barker - 5 opowiadan
101. Walerian Lukasinski - Pamietnik
102. Philip K. Dick - Labirynt Smierci
103. Clive Barker - Ksiega Krwi II
104. Cizia Zyke - Sahara
105. A. i B. Strugaccy - Piknik na skraju drogi
106. Janko z Czarnkowa - Kroniki
107. Thomas Harris - Milczenie owiec
108. Stephen King - Skazani na Shawshank
109. Waldemar Lysiak - Dobry
110. Andrzej Zbych - Stawka Wieksza Niz Zycie t.1
111. Andrzej Zbych - Stawka Wieksza Niz Zycie t.2
112. William Tenn - Wyzwolenie Ziemi
113. Kurt Vonnegut - Tabakiera z Bagombo
114. Brian Aldiss - Non Stop
115. Jean M. Auel - Dolina Koni
116. Anne McCaffrey - Jezdzcy smokow
117. Adam Wisniewski-Snerg - Robot
118. Jeff Noon - Wurt
119. Terry Pratchett - Kolor Magii
120. Ursula K. Le Guin - Najdalszy brzeg
121. Ursula K. Le Guin - Swiat Rocannona
122. Harry Harrison - Planeta Smierci
123. Magazyn Science Fiction nr 1
124. J.S. Russell - Miasto Aniolow
125. Orson Scott Card - Doradca inwestycyjny
126. Anne McCaffrey - W pogoni za smokiem
127. Anne McCaffrey - Bialy Smok
128. Dan Simmons - Zaglada Hyperiona
129. Anna Brzezinska - Zbojecki Gosciniec
130. Brian W. Aldiss - Cieplarnia
131. Ursula K. Le Guin - Lewa Reka Ciemnosci
132. Poul Anderson - Trzy serca i trzy lwy
133. Jonathan Carroll - Kraina chichow
134. C. J. Cherryh - Przybysz
135. A. Cole i C. Bunch - Sten
136. Harry Harrison - Planeta Smierci 4
137. Harry Harrison - Planeta Przekletych
138. Harry Harrison - Planeta bez powrotu
139. Harry Harrison - Przestrzeni! Przestrzeni!
140. Harry Harrison - Bill, Bohater Galaktyki
141. Harry Harrison - Bill, Bohater Galaktyki 3
142. Harry Harrison - Filmowy wehikul czasu
143. Harry Harrison - 24 opowiadania
144. Henry Kuttner - 30 opowiadan
145. Jean M. Auel - Lowcy Mamutow
146. Terry Pratchett - Piramidy
147. Zbior opowiadan - Stalo sie jutro
148. Frederic Pohl - Gateway Brama Do Gwiazd
149. Frederic Pohl - Za blekitnym horyzontem zdarzen - Wan
150. Frederic Pohl - Spotkanie Z Heechami
151. Frederick Pohl - Dajmy szanse mrowkom
152. Poul Anderson - Nie bedzie rozejmu z wladcami
153. William Gibson - Mona Liza Turbo
154. Ira Levin - Zony ze Stepford
155. Jan Chryzostom Pasek - Pamietniki
156. Larry Niven - Pierscien
157. Arthur C. Clarke - 17 opowiadan
158. Glen Cook - Woda Spi
159. Orson Scot Card - Cien Endera
160. Alan Dean Foster - Sojusznicy
161. Alan Dean Foster - Krzywe Zwierciadlo
162. Alan Dean Foster - Wojenne Lupy
163. Siergiej Sniegow - Ludzie jak bogowie
164. Konrad Fialkowski - 19 opowiadan
165. Janusz A. Zajdel - 49 opowiadan
166. Gene Wolfe - Cien Kata
167. Larry Niven - 6 opowiadan
168. Gene Wolfe - 10 opowiadan
169. Roland Topor - Najpiekniejsza para piersi na swiecie
170. Jonathan Carroll - Czarny koktail i inne opowiadania
171. Janusz L. Wisniewski - Samotnosc w sieci
172. Terry Pratchett - Trzy wiedzmy
173. Clive Barker - Ksiega Krwi III
174. Stephen King - Carrie
175. Thomas Harris - Hannibal
176. Zbigniew Nienacki - Raz w roku w Skirolawkach
177. Philip Jose Farmer - Gdzie wasze ciala porzucone
178. Robert Sheckley - 50 opowiadan
179. Kate Wilhelm - Gdzie dawniej spiewal ptak
180. Desmond Bagley - Zloty kil
181. Stephen King - Strefa smierci
182. Ursula K. Le Guin - Planeta Wygnania
183. Michael Moorcock - Amulet Szalonego Boga
184. Terry Brooks - Kamienie Elfow
185. Joanna Chmielewska - Hazard
186. Alistair MacLean - Pociag Smierci
187. Clive Barker - Ksiega Krwi I
188. Wes Craven - Stowarzyszenie Fontanna
189. Clifford Simak - Czas jest najprostsza rzecza
190. Richard Bachman (Stephen King) - Wielki Marsz
191. Karl Michael Armer - 10 opowiadan
192. Ewa Bialolecka - 7 opowiadan
193. L. Spraque de Camp - Jankes w Rzymie
194. Jeremiej Parnow - Zbudz sie w Famaguscie
195. J.C. Pollock - Lista Goringa
196. Philip K. Dick - Galaktyczny Druciarz
197. Robert Sheckley - Niesmiertelnosc na zamowienie
198. J.R.R. Tolkien - Przygody Toma Bombadila
199. Ross Thomas - Voodoo
200. Glen Cook - Srebrny Grot
201. Robert Silverberg - Umierajac Zyjemy
202. Jacek Inglot - 10 opowiadan
203. Dymitr Bilenkin - 9 opowiadan
204. Frederik Pohl - 10 opowiadan
205. Krzysztof Borun - Prog Niesmiertelnosci
206. Kiryl J. Yeskov - Ostatni Wladca Pierscienia
207. Isaac Asimov - Fundacja i Ziemia
208. Emma Popik - Bramy Strachu
209. Desmond Bagley - Odwet
210. Winston Groom - Forrest Gump
211. L. Ron Hubbard - Pole bitewne, Ziemia
212. Terry Pratchett - Dysk
213. Clive Barker - Cabal nocne plemie
214. Terry Pratchett - Rownoumagicznienie
215. Anna Brzezinska - Zmijowa Harfa
216. Ursula K. Le Guin - Tehanu
217. Michael Moorcock - Rune Stuff Tom III
218. C.J. Cherryh - Ludzie z Gwiazdy Pella
219. Kazimierz Slawinski - Przygody kanoniera Dolasa
220. Greg Bear - Koncert Nieskonczonosci
221. Siddhattha Gotama - Dhammapada
222. Tybetanska Ksiega Umarlych
223. Roland Topor - Chmieryczny lokator
224. Colin Capp - Formy Chaosu
225. Dean R. Koontz - Odwieczny Wrog
226. John Fisher - Okiem Psa
227. J. K. Rowling - Harry Potter i wiezien Azkabanu
228. J. K. Rowling - Harry Potter i Kamien Filozoficzny
229. Janusz A. Zajdel - Prawo do powrotu
230. Alistair MacLean - Przelecz zlamanego serca
231. Alistair MacLean - Stacja arktyczna "Zebra"
232. J.R.R. Tolkien - Silmarillion
233. Roland Topor - Portret Suzanne
234. William Gibson - Swiatlo Wirtualne
235. Octavia E. Butler - Przypowiesc o siewcy
236. J. K. Rowling - Harry Potter i komnata tajemnic
237. Michal Psellos - Kronika...
238. Zbigniew Nienacki - Dagome Iudex t.3
239. John Grisham - Testament
240. Terry Pratchett - Wyprawa Czarownic
241. Barbara Rosiek - Kokaina
242. Clifford D. Simak - Pierscien wokol slonca
243. H.P. Lovecraft - Dagon
244. Jean M. Auel - Klan Niedzwiedzia Jaskiniowego
245. Don Wollheim proponuje - 1987 - Antologia
246. Don Wollheim proponuje - 1988 - Antologia
247. Don Wollheim proponuje - 1989 - Antologia
248. Robin Hobb - Uczen Skrytobojcy
249. Ursula K. Le Guin - Miasto zludzen
250. Antologia "Kroki w nieznane t.1"
251. Ray Bradbury - Kroniki Marsjanskie
252. Roland Topor - Dziennik paniczny
253. Robert Ludlum - Klatwa Prometeusza
254. Antologia "Dawka Milosci"
255. Marion Zimmer Bradley - Dom swiatow
256. David Weber - Krotka Zwycieska Wojenka
257. Anne McCaffrey - Spiew Smokow
258. J.T. McIntosh - Dziesiate podejscie
259. Terry Pratchett - Dywan
260. Alistair MacLean - Mroczny Krzyzowiec
261. Terry Pratchett - Mort
262. Terry Pratchett - Panowie i damy
263. Richard A. Knaak - WarCraft - Dzien Smoka
264. Terry Pratchett, Neil Gaiman - Dobry Omen
265. William S. Burroughs - Nagi Lunch
266. Mark Twain - Pamietniki Adama i Ewy
267. Fryderyk Nietzsche - Poza Dobrem i Zlem
268. Mark Twain - Listy z Ziemi
269. H.P. Lovecraft - Szepczacy w ciemnosci
270. Robert A. Haasler - Tajne sprawy papiezy
271. Robert A. Haasler - Zbrodnie w imieniu Chrystusa
272. Grzegorz Babula - A To Mistyka
273. Wiktor Suworow - Akwarium
274. Wojciech Eichelberger - Kobieta bez winy i wstydu
275. Terry Pratchett - Ruchome obrazki
276. James P. Hogan - Najazd z przeszlosci
277. Neil Gaiman - Gwiezdny Pyl
278. Anne McCaffrey - Piesn krysztalu
279. Rudyard Kipling - Ksiega Dzungli
280. Rudyard Kipling - Druga Ksiega Dzungli
281. Thor Heyerdahl - Wyprawa Kon-Tiki
282. J.J.Sempe, R. Goscinny - Wakacje Mikolajka
283. Gottfried A Burger - Przygody Munchausena
284. Jozef Flawiusz - Wojna Zydowska
285. Terry Pratchett - Ciemna Strona Slonca
286. Joseph Heller - Paragraf 22
287. Piers Anthony - Zrodla Magii
288. Michail Bulhakow - Mistrz i Malgorzata
289. Terry Pratchett - Kosiarz
290. J.M. Bochenski - Wspolczesne metody myslenia
291. Andrzej Krzepkowski - Obojetne planety
292. Arthur C. Clarke - Spotkanie z Rama
293. Abe Kobo - Kobieta z Wydm
294. John Grisham - Firma
295. G.G. Marquez - Kronika Zapowiedzianej Smierci
296. Jose Saramago - Miasto Slepcow
297. Terry Pratchett - Johnny i Bomba
298. A.A. Milne - Kubus Puchatek
299. Anne McCaffrey - Sassinak
300. Nicholas Negroponte - Cyfrowe Zycie
301. Roger Zelazny - Aleja Potepienia
302. Elaine Cunningham - Obrzed Krwi
303. William Saroyan - Tracy i jego tygrys
304. Arthur Bloch - Prawa Murphy'ego
305. Harry Harrison - Stalowy Szczur Spiewa Blesa
306. M. Heindel - Astrologia
307. Harry Harrison - Na zachod od Edenu
308. Krystyna Siesicka - Zapalka na zakrecie
309. Stephen King - Zielona Mila
310. Glen Cook - Biala Roza
311. Harry Harrison - Zima w edenie
312. Neil Gaiman - Dym i lustra
313. Kazimierz Sejda - CK Dezerterzy
314. David Brin - Listonosz
315. Harry Harrison - Powrot do Edenu
316. Clive Cussler - Podniesc Tytanica
317. Krystyna Siesicka - Pejzaz Sentymentalny
318. Arnold Mindell - Praca nad samym soba
319. Albert Speer - Wspomnienia
320. M.Dyakowski - Dyaryusz wiedenskiej okazyji
321. Maciej Zerdzinski - Opuscic Los Raques
322. Fenix 0'90
323. Robert A. Heinlein - Daleki Patrol
324. J.J.Sempe, R. Goscinny - Joachim ma klopoty
325. J.J.Sempe, R. Goscinny - Rekreacje Mikolajka
326. Marcin Wolski - Tragedia Nimfy 8
327. John Gray - Mezczyzni sa z Marsa a kobiety z Wenus
328. Ignacy Radziejowski - Pamietnik powstancca 1831 roku
329. Stanislaw Lem - Fiasko
330. Tomasz Olszakowski - Pan Samochodzik i Arka Noego
331. Sharon Shinn - Zona Zminennoksztaltnego
332. Feliks W Kres - Krol Bezmiarow
333. Maria Niklewiczowa - Bajarka opowiada
334. Stanislaw Lem - Pokoj na Ziemi
335. Stanislaw Lem - Eden
336. Stanislaw Lem - Katar
337. Robert Harris - Vaterland
338. Raymond E. Feist - Ksiaze Krwi
339. Arthur C. Clarke - Rama II
340. Anne McCaffrey - Krysztalowa Wiez
341. Anne McCaffrey - Sen jak smierc
342. Krystyna Siesicka - Zapach Rumianku
343. Neil Gaiman - Nigdziebadz
344. Alvin i Heidi Toffler - Budowa Nowej Cywilizacji
345. J.R.R. Tolkien - Drzewo i Lisc oraz Mythopoeia
346. Martin Gray - Wszystkim, ktorych kochalem
347. A.A. Milne - Chatka Puchatka
348. Tom Clancy - Oblezenie
349. Herodian - Historia Cesarstwa Rzymskiego
350. Connie Willis - Przewodnik Stada
351. Robert A. Heinlein - Drzwi do lata
352. Stanislaw Lem - Doskonala Proznia
353. Jack L. Chalker - Charon
354. Demond Bagley - List Vivero
355. Alistair MacLean - HMS Ulisses
356. Feliks W. Kres - Pieklo i szpada
357. Ken Kesey - Lot nad kukulczym gniazdem
358. H.P. Lovecraft - Cos na progu
359. Marek Holynski - E-mailem z Doliny Krzemowej
360. Witold Jablonski - Dzieci Nocy
361. Graham Masterton - Czternascie obliczy strachu
362. Herodot - Dzieje
363. Jozef Pilsudski - Moje pierwsze boje
364. Robert Spector - Amazon.com
365. Robert Ludlum - Krucjata Bourne'a
366. Tadeusz Markowski - Umrzec, aby nie zginac
367. Joanna Chmielewska - Wszystko czerwone
368. Tony Buzan - Podrecznik szybkiego czytania
369. Stanislaw Lem - Glos Pana
370. William Gibson - Neuromancer
371. Pawel Jasienica - Rozwazania o wojnie domowej
372. Alfred Szklarski - Tomek u zrodel Amazonki
373. Alfred Szklarski - Tomek wsrod lowcow glow
374. Philip K. Dick - Paszcza Wieloryba
375. Lloyd Biggle, Jr - Pomnik
376. G. G. Marquez - Sto lat samotnosci
377. Herrmann Hors - Jan Pawel II zlapany za slowo
378. Anne McCaffrey - Pokolenie wojownikow
379. John Grisham - Raport Pelikana
380. Robert E. Howard - Conan Najemnik
381. A. i B. Strugaccy - Pora deszczow
[ Zawsze aktualna liste zeskanowanych przez nas ksiazek znajdziesz pod ]
[ adresem http://www.s-d.releases.prv.pl ]
úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú
[ K O N T A K T ]
WWW : www.scan-dal.prv.pl
FORUM : www.bwforum.prv.pl
e-mail : ScanHQ@wp.pl
ðÏÐÕÌÑÒÎÏÓÔØ: 32, Last-modified: Thu, 13 Mar 2003 10:50:12 GMT