---------------------------------------------------------------
    © Copyright áÒËÁÄÉÊ É âÏÒÉÓ óÔÒÕÇÁÃËÉÅ
    © Copyright Prze?o?y?a: Irena Lewandowska
    WWW: http://rusf.ru/abs/
    Origin: http://www.scan-dal.prv.pl
---------------------------------------------------------------



     Pora DeszczÕw

     Prze?o?y?a: Irena Lewandowska

     Kiedy  Irma  wysz?a,  chuda, d?ugonoga,  u?miechajNoc siË po  doros?emu
szerokimi i jaskrawoczerwonymi jak u matki ustami, d?ugo zamykajNoc za sobNo
drzwi, Wiktor  zajNo? siË starannym  zapalaniem papierosa. To wcale nie jest
dziecko, my?la? oszo?omiony, dzieci nie rozmawiajNo w  ten sposÕb.  To nawet
nie brutalno?Ö, to okrucieÓstwo i nawet nie okrucieÓstwo  - po  prostu  jest
jej wszystko jedno. Jakby nam udowodni?a twierdzenie matematyczne - wszystko
obliczy?a,  przeanalizowa?a,  rzeczowo  zakomunikowa?a wynik  i oddali?a siË
potrzNosajNoc warkoczykami, absolutnie spokojna.
     PrzezwyciË?ajNoc  za?enowanie Wiktor spojrza? na  LolË. Na twarzy mia?a
czerwone  plamy,  wargi  jej  dr?a?y,   jakby  chcia?a  siË  rozp?akaÖ,  ale
oczywi?cie p?akaÖ nie zamierza?a, by?a rozw?cieczona do ostateczno?ci.
     - Widzisz? - zapyta?a Wysokim  g?osem. - Taka smarkata... GÕwniara! Nie
ma dla  niej  nic ?wiËtego, ka?de s?owo  - zniewaga,  jakbym  nie  by?a  jej
matkNo,  tylko szmatNo do  pod?ogi,  o ktÕrNo  mo?na wytrzeÖ buty. Wstyd  mi
przed sNosiadami! Paskudztwo, chamka...
     Tak, pomy?la? Wiktor, i  ja  z tNo kobietNo ?y?em. Chodzi?em z  niNo  w
gÕry, czyta?em jej  Baudelairea,  dr?a?em od  jej dotkniËcia,  pamiËtam  jej
zapach., jzdaje siË, ?e nawet  bi?em siË o niNo. Do dzisiaj nie rozumiem,  o
czym  ona  my?la?a,  kiedy  czyta?em   jej  Baudelairea?  Nie,  to  doprawdy
zdumiewajNoce, ?e uda?o mi siË od niej  uciec. Po prostu  niepojËte, jak  to
siË sta?o, ?e  mnie  wypu?ci?a?  Zapewne te?  nie by?em bukiecikiem fio?kÕw.
Pewnie  i teraz nie jestem, ale wtedy pi?em jeszcze wiËcej ni? obecnie, a do
tego uwa?a?em siË za wielkiego poetË.
     -  Ty, oczywi?cie,  nie masz do  tego g?owy, gdzie tam -  mÕwi?a Lola -
?ycie  w  stolicy, rÕ?ne  tam primabaleriny, artystki... Wiem  wszystko. Nie
wyobra?aj sobie,  ?e  my  o  niczym nie wiemy. I ta  twoja ogromna  forsa, i
kochanki, i nie  koÓczNoce  siË skandale... Je?li chcesz  wiedzieÖ,  mnie to
jest doskonale obojËtne, nie przeszkadza?am ci, robi?e? co chcia?e?...
     W ogÕle gubi  jNo  to,  ?e  bardzo du?o  mÕwi.  Jako panna  by?a cicha,
milczNoca i tajemnicza. SNo takie panienki, ktÕre  od urodzenia wiedzNo, jak
siË  zachowaÖ.  Ona wiedzia?a. ZresztNo  i teraz w?a?ciwie nieñle  wyglNoda,
kiedy  na  przyk?ad  siedzi  milczNoc na kanapie  z  papierosem  i  pokazuje
kolana...  albo  nagle  splecie  d?onie  na karku  i  siË przeciNognie... Na
prowincjonalnego  adwokata  to   powinno  nadzwyczajnie   dzia?aÖ...  Wiktor
wyobrazi? sobie sympatyczny  wieczÕr - ten stolik przysuniËty tak do kanapy,
butelka,   szampan   pieni  siË  w   kielichach,  przewiNozana  wstNo?eczkNo
bombonierka  czekolady  i sam adwokat  - wykrochmalony,  muszka  pod szyjNo.
Wszystko  jak u  ludzi i  nagle  wchodzi  Irma...  Koszmar, pomy?la? Wiktor,
nieszczËsna kobieta.
     - Sam powiniene? zrozumieÖ - mÕwi?a  Lola - ?e nie chodzi o pieniNodze,
nie  pieniNodze teraz o wszystkim  decydujNo. - Ju? siË uspokoi?a,  czerwone
plamy  znik?y. -  Wiem,  ?e na  swÕj  sposÕb  jeste?  uczciwym  cz?owiekiem,
kapry?nym, rozpuszczonym,  ale  przecie?  nie  z?ym. Zawsze nam pomaga?e?  i
je?eli o to  chodzi, nie mam do ciebie ?adnych pretensji. Ale nie taka pomoc
jest  mi teraz  potrzebna. Nie  mogË powiedzieÖ,  ?e jestem  szczË?liwa, ale
unieszczË?liwiÖ mnie  rÕwnie? ci siË nie  uda?o. Masz swoje  ?ycie, a ja mam
swoje. Nawiasem mÕwiNoc, jeszcze nie jestem stara  i niejedno jeszcze przede
mnNo...
     Dziecko  trzeba  bËdzie zabraÖ, pomy?la? Wiktor. Jak widaÖ, Lola  ju? o
wszystkim zadecydowa?a. Je?eli IrmË tu  zostawiÖ, w domu zacznie siË piek?o.
Dobrze, ale  gdzie  ja  jNo podziejË? SprÕbuj byÖ uczciwy, zaproponowa?  sam
sobie,  po  prostu uczciwy. Tu trzeba  uczciwie, to  nie  zabawka...  Bardzo
uczciwie przypomnia? sobie swoje ?ycie  w  stolicy. -  Niedobrze,  pomy?la?.
Mo?na  oczywi?cie najNoÖ gosposiË. To znaczy wynajNoÖ na stale mieszkanie...
ZresztNo nie o to chodzi  - Irma powinna byÖ ze mnNo, a nie z  gosposiNo. ..
Podobno dzieci wychowywane  przez ojcÕw - to najlepsze dzieci. Poza tym  ona
mi siË podoba,  chocia?  to  bardzo  - dziwne  dziecko.  A  w  ogÕle to  mÕj
obowiNozek. ObowiNozek  uczciwego  cz?owieka i ojca. I w tym wszystkim  jest
wiele mojej  winy.  Ale to  wszystko literatura. A gdyby tak uczciwie? Je?li
uczciwie  -  to  siË  bojË.  Dlatego,  ?e  ona  bËdzie  sta?a  przede   mnNo
u?miechajNoc siË szerokimi ustami, a co ja jej  potrafiË powiedzieÖ? Czytaj,
czytaj  codziennie, czytaj,  jak  mo?esz  najwiËcej,  nie  musisz robiÖ  nic
innego, tylko czytaj. Ona to  wie i  beze mnie, a nic wiËcej nie mam jej  do
powiedzenia. Dlatego w?a?nie siË bojË... Ale  to jeszcze nie wszystko, je?li
zupe?nie uczciwie. Ja nie chcË, i o to w?a?nie chodzi. Przyzwyczai?em siË do
samotno?ci. I  lubiË samotno?Ö.  Nie chcË,  ?eby  by?o inaczej...  I tak  to
w?a?nie  wyglNoda,   je?li  zupe?nie  uczciwie.  Obrzydliwie  wyglNoda,  jak
zresztNo   ka?da  prawda.  Cynicznie   wyglNoda,   egoistycznie,  wstrËtnie.
Uczciwie.
     -  Dlaczego milczysz? - zapyta?a  Lola. -  Masz zamiar tak milczeÖ  bez
koÓca?
     - Nie, nie, s?ucham ciË - po?piesznie powiedzia? Wiktor.
     -   NaprawdË  s?uchasz?  Od  pÕ?   godziny  czekam,  ?eby?  by?  ?askaw
zareagowaÖ. Ostatecznie to nie tylko mÕj e dziecko...
     A z niNo te? trzeba uczciwie? - pomy?la? Wiktor. Z niNo to ju? zupe?nie
nie mam ochoty - uczciwie. Ona zdaje siË, wyobrazi?a sobie, ?e taki  problem
mo?na rozwiNozaÖ w ciNogu  paru sekund, nie ruszajNoc  siË z miejsca, miËdzy
jednym papierosem a drugim.
     - Zrozum -  powiedzia?a Lola -  przecie? nie  proponujË, ?eby? siË  sam
niNo zajmowa?. Przecie? wiem, ?e jej  nie  weñmiesz  i dziËki Bogu,  ?e  nie
weñmiesz, zupe?nie siË do tego nie  nadajesz.  Ale przecie? masz znajomo?ci,
kontakty,  pomimo wszystko jeste?  do?Ö znanym  cz?owiekiem -  pomÕ? mi  jNo
jako? urzNodziÖ! SNo u nas  przecie? jakie?  szko?y  dla  uprzywilejowanych,
pensje, specjalne  gimnazja. Irma  jest  zdolnym,  muzykalnym  dzieckiem, ma
zdolno?ci matematyczne i do jËzykÕw.
     -   Pensja   -  powiedzia?  Wiktor.   -  Tak,  oczywi?cie...  pensja...
Sierociniec... Nie, nie, ?artujË. Warto nad tym pomy?leÖ.
     -  O  czym tu my?leÖ?  Ka?dy by siË cieszy?, gdyby mÕg? umie?ciÖ  swoje
dziecko  na   dobrej  pensji  albo  w  specjalnym  gimnazjum.  ?ona  naszego
dyrektora...
     - S?uchaj Lolu - powiedzia?  Wiktor. - To  jest dobry pomys? i postaram
siË co? za?atwiÖ. Ale  to nie takie  proste, i na  to  potrzebny jest  czas.
Oczywi?cie napiszË.
     -  NapiszË!  To  ca?y  ty. Nie trzeba  pisaÖ,  tylko jechaÖ,  osobi?cie
prosiÖ, k?aniaÖ siË! Tak  czy  inaczej nic  tu  nie  robisz! Tylko  pijesz i
w?Õczysz siË z dziwkami! Czy naprawdË tak trudno, dla rodzonej cÕrki...
     O do diab?a,  pomy?la? Wiktor,  jak tu jej  wszystko wyt?umaczyÖ? Znowu
zapali?   papierosa,   wsta?  i  przespacerowa?  siË  po  pokoju.  Za  oknem
zmierzcha?o  siË i po dawnemu  la?  deszcz,  obfity,  ciË?ki,  niespieszny -
deszcz, ktÕrego by?o bardzo du?o i ktÕry wyrañnie donikNod siË nie spieszy?.
     -  Ach, jak  ty  mi  obrzyd?e?!  -  powiedzia?a Lola  z  nieoczekiwanNo
z?o?ciNo - gdyby? wiedzia?, jak mi obrzyd?e?...
     Czas  i?Ö,  pomy?la?  Wiktor. Zaczyna  siË  ?wiËty macierzyÓski  gniew,
w?ciek?o?Ö  porzuconej kobiety i temu podobne.  Tak czy inaczej, dzisiaj nic
jej nie odpowiem. I niczego nie bËdË obiecywa?...
     W niczym nie mo?na na  ciebie liczyÖ -  mÕwi?a  dalej Lola. -  Nieudany
mNo?, ojciec do  niczego.... modny pisarz, widzicie go!  Rodzonej  cÕrki nie
potrafi? wychowaÖ... Pierwszy lepszy  kmiot zna siË na  ludziach lepiej  ni?
ty! No i co ja  mam teraz robiÖ?  Z  ciebie przecie? nie ma ?adnego po?ytku.
Sama goniË  resztkNo si? i  nic z tego nie  wynika. Nic dla niej nie znaczË,
pierwszy lepszy  mokrzak  jest dla niej sto razy wa?niejszy ni? ja. No, nic,
jeszcze  zobaczysz! Ty jej  niczego nie uczysz, doczekasz  siË, ?e tamci jNo
nauczNo! Doczekasz siË, ?e napluje ci w mordË tak jak mnie...
     - PrzestaÓ, Lolu  -  powiedzia? Wiktor krzywiNoc siË.  -  Chyba  jednak
trochË przesadzasz. Jestem jej ojcem, to prawda, ale ty jeste? jej matkNo...
Twoim zdaniem wszyscy sNo winni oprÕcz ciebie...
     - Wyno? siË! - powiedzia?a Lola.
     - Wiesz, co ci powiem?  - powiedzia? Wiktor.  - Nie  mam  zamiaru siË z
tobNo k?ÕciÖ. BËdË my?leÖ. A ty...
     Sta?a teraz wyprostowana i nieomalI dygota?a,  przewidujNoc oskar?enie,
gotowa z rozkoszNo rzuciÖ siË w k?ÕtniË.
     - A ty - spokojnie powiedzia? Wiktor - postaraj siË nie denerwowaÖ. Co?
wymy?limy. ZadzwoniË do ciebie.
     Wszed? do przedpokoju  i  w?o?y?  p?aszcz. P?aszcz  by? jeszcze  mokry.
Wiktor zajrza?  do pokoju  Irmy, ?eby siË po?egnaÖ, ale  Irmy nie by?o. Okno
by?o  otwarte   na  o?cie?,  deszcz  chlusta?  na   parapet.  ?cianË  zdobi?
transparent - wielkie, ?liczne litery ?Noda?y ProszË nigdy nie zamykaÖ okna.
Transparent by? pomiËty, z?achmaniony i  pokryty  ciemnymi plamami, jakby go
wielokrotnie zrywano i deptano nogami. Wiktor zamknNo? drzwi.
     - Do widzenia Lolu - powiedzia?. Lola nie odpowiedzia?a.
     Na ulicy  by?o ju?  zupe?nie  ciemno.  Deszcz zastuka? po ramionach, po
kapturze.  Wiktor przygarbi?  siË wepchnNo?  rËce g?Ëbiej do kieszeni. O, na
tym skwerze po raz  pierwszy poca?owali?my siË,  pomy?la?. A tego domu wtedy
jeszcze nie  by?o,  by?  pusty  plac, a  za  placem - wysypisko ?mieci,  tam
strzelali?my z procy do kotÕw. W mie?cie by?o  diabelnie du?o kotÕw, a teraz
nie widzia?em ani jednego... Nie czytali?my tedy w ogÕle, a Irma mia?a pe?en
pokÕj  ksiNo?ek.  Jakie by?y w  moich  czasach  dwunastoletnie  dziewczynki?
Piegowate, rozchichotane stworzenia, kokardy, lalki, obrazki z zajNoczkami i
krÕlewnNo  ?nie?kNo, zawsze  we  dwie, we  trzy,  szepczNoce  sobie na ucho,
torebki ciNogutek, zepsute zËby. Czy?cioszki, skar?ypyty, a najlepsze z nich
by?y  takie  same  jak  my -  podrapane  kolana,  oczy dzikie jak  u  rysia,
sk?onno?Ö do  odstawiania nogi... Wreszcie nastNopi?y  nowe  czasy, czy  co?
Nie, pomy?la?.  To  nie czasy. To znaczy czasy oczywi?cie rÕwnie?...  A mo?e
mam cÕrkË  wunderkinda? Przecie?  zdarzajNo  siË wunderkindy.  Jestem  ojcem
wunderkinda.  To  bardzo zaszczytne, ale k?opotliwe, i  nie tyle zaszczytne,
ile k?opotliwe, zresztNo koniec koÓcÕw wcale nie  zaszczytne... A tË uliczkË
zawsze  lubi?em, dlatego  ?e  jest najwË?sza ze  wszystkich.  Tak,  a oto  i
bijatyka. S?usznie, u nas po prostu inaczej  nie mo?na. Tak  by?o u  nas  od
zarania dziejÕw. A w dodatku dwÕch na jednego...
     Na  rogu  sta?a  latarnia.  Na  granicy  o?wietlonej  przestrzeni  mÕk?
samochÕd  z  brezentowNo  budNo,  a  obok samochodu  dwÕch  w  b?yszczNocych
p?aszczach  przygina?o  do jezdni  trzeciego  -  w  czym? czarnym i  mokrym.
Wszyscy  troje  z wysi?kiem  niezgrabnie dreptali  po  kocich ?bach.  Wiktor
zatrzyma?  siË, a nastËpnie podszed? bli?ej.  Trudno by?o pojNoÖ, co  tu siË
w?a?ciwie dzieje. Do bÕjki niepodobne - nikt nikogo  nie bije. Na zapasy dla
wy?adowania  m?odzieÓczych  si? tym  bardziej nie  wyglNoda?o  - nie s?ychaÖ
zawadiackich okrzykÕw, ani dziarskiego  rechotu...  Trzeci  - ten w czerni -
nagle  wyrwa?  siË,  upad?  na  plecy,  a  dwaj  w  p?aszczach  zwalili  siË
natychmiast na  niego.  I  wtedy Wiktor zauwa?y?,  ?e  drzwi samochodu  by?y
szeroko otwarte i pomy?la?,  ?e czarnego albo w?a?nie wyciNogniËto stamtNod,
albo prÕbujNo go tam wepchnNoÖ. Podszed? bardzo blisko i zarycza?:
     - WrÕÖ!
     Dwaj w p?aszczach odwrÕcili  siË  jednocze?nie  i  przez  kilka  sekund
patrzyli  na  Wiktora  spod  nasuniËtych na  oczy kapturÕw.  Wiktor zauwa?y?
tylko, ?e obaj sNo m?odzi, ?e usta majNo otwarte z wysi?ku, a nastËpnie obaj
z  niebywa?No szybko?ciNo  dali  nura  do  samochodu,  silnik  zawy?,  drzwi
trzasnË?y i samochÕd zniknNo? w ciemno?ciach. Cz?owiek w czerni powoli wsta?
i przyjrzawszy mu siË Wiktor odstNopi? do ty?u. By? to chory z leprozorium -
"mokrzak" albo "okularnik" jak  ich nazywano z  powodu  ?Õ?tych krËgÕw wokÕ?
oczu -  w opasce  z gËstego grubego  materia?u  zas?aniajNocej  dolnNo czË?Ö
twarzy.  Oddycha?  ciË?ko, z trudem  unoszNoc resztki brwi.  Po ?ysej g?owie
sp?ywa?a wÕda.
     - Co siË sta?o? - zapyta? Wiktor.
     Okularnik patrzy? nie na niego, tylko w bok, oczy wysz?y mu na wierzch.
Wiktor  chcia?  siË odwrÕciÖ, i wtedy co? go z chrzËstem rNobnË?o w kark,  a
kiedy  oprzytomnia?,  stwierdzi?, ?e le?y twarzNo do gÕry  pod chlustajNocNo
rynnNo.  Woda  wpada?a  mu do ust, by?a ciep?awa, o posmaku  rdzy. PlujNoc i
kaszlNoc odsunNo? siË  i usiad?, opierajNoc plecy o ceglany mur. Woda, ktÕra
nagromadzi?a siË w  kapturze  pop?ynË?a teraz za ko?nierz,  moczNoc plecy. W
g?owie hucza?y  dzwony,  trNobi?y trNoby  i bi?y  bËbny.  Przez tË orkiestrË
Wiktor wypatrzy? przed sobNo chudNo ciemnNo twarz.  ZnajomNo. Gdzie? ju?  go
widzia?.  Jeszcze  przed tym zanim us?ysza? szczËk w?asnych zËbÕw... Pomaca?
jËzykiem, ruszy? szczËkNo. ZËby by?y w porzNodku. Ch?opiec nabra? pod rynnNo
wody w d?onie i chlusnNo? mu w oczy.
     - Mi?y mÕj - powiedzia? Wiktor. - Wystarczy.
     -  Wydawa?o  mi  siË, ?e  pan jeszcze  nie  oprzytomnia?  -  powiedzia?
ch?opiec z powagNo.
     Wiktor ostro?nie wsunNo? d?oÓ pod kaptur i pomaca? kark. Tam  by? guz -
nic strasznego, ?adnych pogruchotanych ko?ci, nawet krwi nie by?o.
     - Kto to mnie tak? - zapyta? z zadumNo. - Nie ty, mam nadziejË?
     - BËdzie pan mÕg? i?Ö sam, panie Baniew?  - zapyta?  ch?opiec. - A mo?e
kogo? zawo?aÖ? Widzi pan, jest pan dla mnie za ciË?ki.
     Wiktor przypomnia? sobie, kto to jest.
     - Znam ciË - powiedzia?. - Ty jeste? Bol-Kunac, kolega mojej cÕrki.
     - Tak - powiedzia? ch?opiec.
     - No i bardzo dobrze.  Nie trzeba nikogo wo?aÖ i nikomu o niczym mÕwiÖ.
Mo?e tylko posiedñmy jeszcze chwilË i oprzytomnijmy.
     Teraz zauwa?y?, ?e z Bol-Kunacem te?  nie wszystko jest w porzNodku. Na
jego policzku  ciemnia?  ?wie?y siniak,  a gÕrna  warga  by?a  spuchniËta  i
krwawi?a.
     - Mo?e jednak kogo? zawo?am - powiedzia? Bol-Kunac.
     - A czy warto?
     - Widzi pan,  panie Baniew, nie podoba mi siË sposÕb w jaki drga paÓski
policzek.
     - NaprawdË? - Wiktor  obmaca? twarz. PoliczË  k nie drga?. - To ci  siË
tylko wy  daj e... Tak. Teraz sprÕbujemy wstaÖ. Co nale?y zrobiÖ w tym celu?
W  tym celu trzeba  podciNognNoÖ nogi pod siebie... - podciNognNo?  nogi pod
siebie  i  nogi  wyda?y  mu  siË   niezupe?nie  w?asne.  -  NastËpnie  lekko
odpychajNoc siË  od  ?ciany przenie?Ö ?rodek  ciË?ko?ci w  taki sposÕb...  -
nijak nie udawa?o mu siË przenie?Ö ?rodka ciË?ko?ci, co? przeszkadza?o. Czym
oni mnie tak urzNodzili, pomy?la?. I to jak sprytnie...
     - Pan sobie przydepta? p?aszcz - zawiadomi? go ch?opiec, ale Wiktor ju?
sam  uporzNodkowa?  Swoje rËce  i nogi, swÕj p?aszcz i swojNo  orkiestrË pod
czaszkNo.  Wsta?. PoczNotkowo  trzeba by?o  trzymaÖ  siË trochË  ?ciany, ale
potem posz?o lepiej.
     -  Aha - powiedzia?. - To  znaczy, ?e ciNognNo?e? mnie stamtNod  do tej
rynny. DziËkujË.
     Latarnia by?a na  miejscu, ale nie by?o  ani samochodu, ani okularnika.
Nikogo  nie  by?o. Tylko  maleÓki  Bol-Kunac  ostro?nie  g?adzi? swÕj siniak
mokrNo d?oniNo.
     -  Gdzie siË  oni  wszyscy  podzieli? - zapyta?  Wiktor.  Ch?opiec  nie
odpowiedzia?.
     - Sam tu le?a?em? - zapyta? Wiktor. - Nikogo wiËcej nie by?o?
     - Chodñmy, odprowadzË, pana -  powiedzia? Bol-Kunac.  - DokNod pan woli
i?Ö? Do domu?
     - Poczekaj - powiedzia?  Wiktor. - Widzia?e?,  jak  oni  chcieli z?apaÖ
okularnika?
     - Widzia?em jak on pana uderzy? - odpowiedzia? Bol-Kunac.
     - Kto?
     - Nie pozna?em. Sta? ty?em.
     - A ty gdzie by?e??
     - Widzi pan, ja le?a?em tu, za rogiem...
     -  Nic nie rozumiem - powiedzia? Wiktor. - Mo?e z mojNo g?owNo jest co?
nie w porzNodku... Dlaczego w?a?ciwie le?a?e? za rogiem? Mieszkasz tam?
     - Widzi pan, le?a?em poniewa? mnie og?uszono wcze?niej. Nie ten,  ktÕry
pana uderzy?, ten drugi.
     - Okularnik?
     Szli powoli, starajNoc trzymaÖ siË jezdni, ?eby nie kapa?o z dachÕw.
     -  N  - nie  - odpowiedzia? Bol-Kunac po chwili namys?u. - Moim zdaniem
?aden nie mia? okularÕw.
     - O Bo?e - powiedzia? Wiktor. WsunNo? rËkË pod kaptur i pomaca? guza. -
MÕwiË  o  tym  trËdowatym,  nazywajNo  ich  okularnikami.  No  wiesz,  ci  z
leprozorium... Mokrzaki...
     - Nie wiem - pow?ciNogliwie odezwa? siË Bol-Kunac.  - Moim  zdaniem oni
Wszyscy byli zupe?nie zdrowi.
     -  No  -  no  -  powiedzia?  Wiktor. Odczu?  pewien  niepokÕj  i  nawet
przystanNo?. -  Ty co,  chcesz mi  wmÕwiÖ, ?e  tam nie  by?o trËdowatego?  Z
czarnNo opaskNo, ca?y na czarno...
     - On wcale nie  jest trËdowaty! - nieoczekiwanie zapalczywie powiedzia?
Bol-Kunac. - Jest zdrowszy od pana...
     Po  raz  pierwszy   w  tym  ch?opcu  pojawi?o  siË  co?  ch?opiËcego  i
natychmiast znik?o.
     - Nie jest  dla  mnie zupe?nie  jasne,  dokNod  idziemy - powiedzia? po
chwili  milczenia  poprzednim  beznamiËtnym i  powa?nym g?osem.  -  Najpierw
wyda?o mi siË, ?e zmierza pan w kierunku domu, ale teraz widzË, ?e idziemy w
przeciwnNo stronË.
     Wiktor  wciNo? sta?  patrzNoc na  niego z  gÕry  na  dÕ?.  Jedno  warte
drugiego, pomy?la?. Wszystko obliczy?, przeanalizowa? i spokojnie postanowi?
nie informowaÖ mnie o rezultacie. I nie  zamierza mi opowiedzieÖ, co tu  siË
sta?o. Ciekawe dlaczego? Bandyci? Nie wyglNoda na to. A mo?e jednak bandyci?
Wiesz, czasy siË zmieniajNo... G?upie gadanie, znam dzisiejszych bandytÕw...
     - Wszystko siË zgadza - powiedzia? i ruszy? dalej. - Idziemy do hotelu,
ja tam mieszkam.
     Ch?opiec,  wyprostowany,   mokry  i  surowy  szed?  obok.  Prze?amujNoc
niejakNo niezrËczno?Ö Wiktor po?o?y? mu rËkË  na ramieniu.  Nic szczegÕlnego
nie zasz?o -  ch?opiec  jako? to ?cierpia?. ZresztNo  bardzo  mo?liwe, ?e po
prostu  uzna?,  i?  jego  ramiË  okaza?o  siË   przydatne  w  celach  ?ci?le
utylitarnych, jako oparcie dla poszkodowanego.
     - MuszË ci powiedzieÖ - niezwykle poufnym tonem oznajmi? Wiktor - ?e ty
i  Irma  macie  dziwny  sposÕb  prowadzenia  rozmowy.  My   w   dzieciÓstwie
rozmawiali?my inaczej.
     - Doprawdy? - uprzejmie zapyta? Bol-Kunac. - To znaczy jak?
     -  No,  na  przyk?ad  twoje pytanie brzmia?oby  tak  - chyba  zasuwasz?
Bol-Kunac wzruszy? ramionami.
     - Chce pan powiedzieÖ, ?e tak by?oby lepiej?
     - Na Boga, nie! ChcË tylko powiedzieÖ, ?e by?oby naturalniej.
     - W?a?nie  to  co  najnaturalniejsze  - zauwa?y?  Bol-Kunac  - najmniej
przystoi cz?owiekowi.
     Wiktor poczu? jaki? wewnËtrzny ch?Õd. I  niepokÕj. Mo?e  nawet  strach.
Jakby kot parsknNo? mu ?miechem prosto w twarz.
     - To co  naturalne,  zawsze jest prymitywne - ciNognNo? tymczasem dalej
Bol-Kunac. - A  cz?owiek jest  istotNo skomplikowanNo,  naturalno?Ö do niego
nie pasuje. Pan mnie rozumie, panie Baniew?
     - Tak - powiedzia? Wiktor. - Oczywi?cie.
     By?o co? zdumiewajNoco  fa?szywego w tym, jak po  ojcowsku trzyma? rËkË
na ramieniu tego dzieciaka, ktÕry nie by? dzieckiem. A? mu ?okieÖ zdrËtwia?.
Ostro?nie cofnNo? rËkË i wsadzi? jNo do kieszeni.
     - Ile masz lat? - zapyta?.
     - Czterna?cie - odpowiedzia? z roztargnieniem Bol-Kunac.
     - A - a...
     Ka?dy ch?opiec na miejscu Bol-Kunaca zainteresowa?by siË tym irytujNoco
niejasnym a - a, ale Bol-Kunac nie by? ka?dym ch?opcem, by?  nie ka?dym. Nie
interesowa?y go  intrygujNoce  monosylaby. Bol-Kunac rozmy?la? nad relacjami
miËdzy naturalnym i prymitywnym w naturze i  w spo?eczeÓstwie.  ?a?owa?,  ?e
trafi?  mu  siË  tak nieinteligentny rozmÕwca i do  tego jeszcze rNobniËty w
g?owË.
     Wyszli teraz na  AlejË Prezydenta. Tu  by?o  ju? bardzo du?o  latarni i
nawet   trafiali  siË  przechodnie,  po?pieszni,  przygarbieni  wielodniowym
deszczem  mË?czyñni  i  kobiety.  By?y  tu  o?wietlone  wystawy  sklepowe  i
rozjarzone neonowym  blaskiem wej?cie  do kina, gdzie pod daszkiem  t?oczyli
siË  bardzo  jednakowi  m?odzi ludzie  nieokre?lonej  p?ci  w  b?yszczNocych
p?aszczach do  kostek.  A nad tym  wszystkim poprzez deszcz b?yska?y z?ote i
niebieskie zaklËcia Prezydent  jest ojcem  narodu,  Legionista Wolno?ci,  to
wierny syn prezydenta, Armia - nasza nieustraszona s?awa...
     Si?No inercji wciNo?  jeszcze szli jezdniNo  i przeje?d?ajNocy samochÕd
zatrNobiwszy gniewnie przepËdzi? ich na chodnik i obryzga? brudnNo wodNo.
     - A  ja my?la?em, ?e masz co  najmniej  osiemdziesiNot lat - powiedzia?
Wiktor.
     - Chyba  pan  zasuwa -  wstrËtnym  g?osem zapyta?  Bol-Kunac  i  Wiktor
roze?mia? siË z  ulgNo. Jednak by? to zwyczajny ch?opiec, zwyczajny normalny
wunderkind,  co to  siË naczyta?  Heibora,  Zurzmansona, Fromfha i byÖ  mo?e
nawet przebrnNo? przez Spenglera.
     - Mia?em w  dzieciÓstwie kolegË - powiedzia? Wiktor  - ktÕry postanowi?
przeczytaÖ  Hegla w oryginale i nawet w koÓcu przeczyta?, tyle  ?e sta?  siË
schizofrenikiem.  Ty, w twoim  wieku,  niewNotpliwie wiesz,  co  to  takiego
schizofrenik.
     - Tak, wiem - powiedzia? Bol-Kunac.
     - I nie boisz siË?
     - Nie.
     Podeszli do hotelu i Wiktor zaproponowa?:
     - Mo?e zajdziesz do mnie, ?eby siË wysuszyÖ?
     - DziËkujË.  W?a?nie zamierza?em prosiÖ o pozwolenie odwiedzenia  pana.
Po pierwsze,  chcË  panu co?  jeszcze  powiedzieÖ,  a po  drugie,  chcia?bym
zadzwoniÖ. Pozwoli pan?
     Wiktor  pozwoli?. Weszli przez obrotowe drzwi, mijajNoc portiera, ktÕry
na  widok  Wiktora   zdjNo?  czapkË..  Wiktor  poczuj  dobrze  sobie   znane
wzburzenie, przedsmak nadchodzNocego wieczoru, kiedy mo?na bËdzie piÖ, gadaÖ
co ?lina  na  jËzyk  przyniesie  i  odsunNoÖ  ?okciem  na  jutro to, co  tak
irytujNoco atakowa?o dzisiaj;  przedsmak Jula Golema i  doktora R. Kwadrygi,
byÖ  mo?e  poznam  jeszcze kogo?,  niewykluczone  ?e co? siË wydarzy - jaka?
awantura,  albo narodzi siË fabu?a - i zamÕwiË  sobie dzisiaj  minogi, niech
bËdzie mi?o i przyjemnie, - a ostatnim autobusem pojadË do Diany.
     Kiedy Wiktor  odbiera? klucze  w recepcji, za jego plecami odbywa?a siË
rozmowa. Bol-Kunac rozmawia? ze  szwajcarem. "Po co siË tu pchasz?" - sycza?
portier. - "Przyszed?em porozmawiaÖ z panem Baniewem." "Ja ci poka?Ë rozmowy
z  panem Baniewem -  sycza? portier. -  W?Õczysz  siË  po restauracjach. .."
"Przyszed?em  porozmawiaÖ  z  panem  Baniewem  -  powtarza?   Bol-Kunac.   -
Restauracje mnie  nie interesujNo". "Tego brakowa?o  ?eby takiego szczeniaka
interesowa?y  restauracje...  A ja ciË zaraz stNod wyrzucË..." Wiktor wziNo?
klucz i odwrÕci? siË.
     - E... - powiedzia?. Znowu zapomnia? nazwiska portiera. - Ch?opak  jest
ze mnNo, wszystko w porzNodku.
     Portier nic nie odpowiedzia?, minË mia? niezadowolonNo.
     Wiktor i Bol-Kunac weszli  na gÕrË. W pokoju Wiktor z rozkoszNo zrzuci?
p?aszcz i pochyli? siË, ?eby rozsznurowaÖ buty. Krew uderzy?a mu do  g?owy i
poczu?  powolne bolesne pulsowanie w tym miejscu,  gdzie znajdowa? siË  guz,
ciË?ki i okrNog?y jak o?owiana kula. Natychmiast wyprostowa?  siË,  opar?  o
futrynË  i  zaczai zdejmowaÖ but  przytrzymujNoc  piËtË  czubkiem  drugiego.
Bol-Kunac sta? obok, kapa?a z niego woda.
     - Rozbieraj siË - powiedzia? Wiktor. - Powie? wszystko  na kaloryferze,
zaraz dam ci rËcznik.
     -  Chcia?bym  zadzwoniÖ,  je?eli  pan pozwoli -  odpar?  Bol-Kunac  nie
ruszajNoc siË z miejsca.
     - Bardzo proszË - Wiktor  ?ciNognNo? drugi but i w mokrych  skarpetkach
poszed? do ?azienki. RozbierajNoc siË, s?ysza?  jak ch?opiec cicho rozmawia,
spokojnie i niewyrañnie. Tylko raz jasno i  dobitnie  powiedzia? "Nie wiem".
Wiktor   wytar?   siË   rËcznikiem,   narzuci?  szlafrok,  wyj  No?   czyste
prze?cierad?o  kNopielowe i wszed? do pokoju.  -  Masz  -  rzek?  i od  razu
zorientowa?  siË, ?e wszystko na nic. Bol-Kunac  nadal  sta? pod drzwiami  i
nadal z niego kapa?o. .
     - DziËkujË - powiedzia?. - Widzi pan, muszË ju? i?Ö. Chcia?bym  jeszcze
tylko...
     - PrzeziËbisz siË - rzek? Wiktor.
     - Nie, proszË siË nie  niepokoiÖ, dziËkujË panu. Ja siË nie przeziËbiË.
Chcia?bym  tylko jeszcze omÕwiÖ  z panem pewien problem.  Czy  Irma nic  nie
mÕwi?a?
     Wiktor  rzuci?  prze?cierad?o  na  kanapË,  przykucnNo? przed  barkiem,
wyjNo? butelkË i szklankË.
     -  Irma  mÕwi?a  mi mnÕstwo rzeczy  -  odpar? dosyÖ  ponuro.  Nala?  do
szklanki d?inu na wysoko?Ö palca i dola? trochË wody.
     - Nie przekaza?a panu naszego zaproszenia?
     - Nie, ?adnych zaproszeÓ mi nie przekazywa?a. Masz, wypij.
     - DziËkujË panu, nie trzeba. Je?li Irma nie przekaza?a, to ja przeka?Ë.
Chcieliby?my siË z panem spotkaÖ, je?li mo?na.
     - Jacy - my?
     -  Gimnazjali?ci. Widzi pan, czytali?my paÓskie  ksiNo?ki  chcieliby?my
zadaÖ panu kilka pytaÓ.
     -  Hm -  powiedzia?  Wiktor z powNotpiewaniem. -  Jeste?  pewien, ?e to
bËdzie dla wszystkich interesujNoce?
     - My?lË, ?e tak.
     - Ale ja nie piszË dla gimnazjalistÕw - przypomnia? Wiktor.
     - To niewa?ne - powiedzia? Bol-Kunac z ?agodnym  uporem.  -  Czy pan by
siË zgodzi?? Wiktor z zadumNo pobe?ta? w szklance przejrzysty p?yn.
     -  A mo?e  jednak siË  napijesz? -  zapyta?.  - Najlepsze lekarstwo  na
przeziËbienie.  Nie? W  takim  razie sam to  wypijË. - Wychyli?  szklankË. -
Dobrze, zgadzam  siË. Tylko bez  ?adnych afiszÕw,  og?oszeÓ  i  tak dalej. W
najwË?szym krËgu. Wy i ja... Kiedy?
     - Kiedy panu bËdzie wygodnie. Nieñle by?oby w tym tygodniu. Rano.
     - Powiedzmy za  dwa  -  trzy  dni. Tylko niezbyt  wcze?nie. Powiedzmy w
piNotek o jedenastej. Dobrze bËdzie?
     - Tak. W piNotek o jedenastej. W gimnazjum. PrzypomnieÖ panu?
     -  ObowiNozkowo - powiedzia? Wiktor. - O rautach, soirees i bankietach,
jak rÕwnie? o wiecach, spotkaniach i naradach zawsze staram siË zapomnieÖ.
     -  Dobrze, przypomnË panu -  rzek?  Bol-Kunac.  -  A  teraz  je?eli pan
pozwoli, to ju? pÕjdË. Do widzenia, panie Baniew.
     - Poczekaj, odprowadzË ciË  - powiedzia?  Wiktor.  - Bo  jeszcze ten...
portier co?  ci zrobi. Dzisiaj jest w  wyjNotkowo  z?ym humorze, a sam wiesz
jacy sNo portierzy...
     - DziËkujË panu, ale proszË siË nie niepokoiÖ - powiedzia? Bol-Kunac. -
To mÕj ojciec.
     I wyszed?.  Wiktor nala? sobie jeszcze  raz na palec  d?inu i  pad?  na
fotel.  Tak,  pomy?la?.  Biedny  portier.  Jak  on siË  nazywa?  G?upio,  ?e
zapomnia?em, bNodñ co bNodñ jeste?my towarzyszami w  nieszczË?ciu, kolegami.
Trzeba bËdzie z nim porozmawiaÖ, wymieniÖ do?wiadczenia. Na pewno ma d?u?szy
sta?...  CÕ?  za zdumiewajNoca koncentracja  wunderkindÕw w  moim  zatËch?ym
ojczystym miasteczku. Mo?e  to skutek podwy?szonej  wilgotno?ci?... Odrzuci?
g?owË do ty?u i skrzywi?  siË z  bÕlu. A to draÓ, czym on mnie tak?  Pomaca?
guz. Najpewniej gumowNo  pa?kNo. ZresztNo  skNod mam w?a?ciwie wiedzieÖ, jak
skutkuje  gumowa pa?ka.  Jak  dzia?a  modernistyczne  krzes?o  w  "Pieczonym
Pegazie" - to wiem. Jak kolba automatu albo na przyk?ad rËkoje?Ö pistoletu -
te?  wiem. Butelka  po szampanie  i  butelka z  szampanem...  Trzeba  bËdzie
zapytaÖ Golema... W ogÕle, to jaka? dziwna  historia, dobrze  by?oby  siË  w
niej zorientowaÖ...  I  zaczNo? orientowaÖ  siË w tej historii, ?eby dogoniÖ
wyp?ywajNocNo na drugim  planie my?l o Irmie, o konieczno?ci zrezygnowania z
czego?,  ograniczenia  siË w czym? tam,  albo pisania do kogo?, proszenia  o
co?... "Daruj  stary,  ?e zawracam  ci  g?owË,  ale nagle  objawi?a siË moja
cÕrka,  mniej wiËcej dwunastoletnia, bardzo  sympatyczne  stworzenie, ale ma
matkË  idiotkË  i  g?upiego ojca a wiËc trzeba  jNo umie?ciÖ gdzie? mo?liwie
daleko od g?upich  ludzi..."  Nie chcË  dzisiaj o tym my?leÖ,  pomy?lË o tym
jutro. Spojrza? na zegarek. W ogÕle dosyÖ tego my?lenia. Starczy.
     Wsta?  i  zaczNo?  ubieraÖ siË przed  lustrem. Brzuch  mi  ro?nie, co u
diab?a,  skNod  u mnie nagle brzuch?  Taki  zawsze by?em  chudy i ?ylasty...
W?a?ciwie   nawet  nie  brzuch  -  szlachetny   wypracowany  ka?dun,  skutek
uregulowanego  trybu  ?ycia  i  dobrego  jedzenia  -  tylko  brzuszek  jaki?
parszywiutki,  opozycyjny brzuszek.  Pan  prezydent  na pewno nie  ma czego?
podobnego.  Pan  prezydent  niezawodnie  posiada  szlachetny,  opiËty  czym?
czarnym i b?yszczNocym sterowiec...
     ZawiNozujNoc  krawat przysunNo? twarz do lustra  i nagle pomy?la? - jak
te? wyglNoda?a  ta pewna siebie, mocna twarz, tak  uwielbiana przez  kobiety
okre?lonej  konduity,  nie?adna, lecz mË?na  twarz  wojownika o  kwadratowym
podbrÕdku,  jak  wyglNoda? a ta twarz  pod  koniec  historycznego spotkania.
Twarz pana prezydenta, rÕwnie? nie pozbawiona  mËsko?ci z  elementami kNotÕw
prostych pod  koniec  historycznego spotkania  przypomina?a mÕwiNoc otwarcie
tylko miËdzy nami, ?wiÓski ryj.  Pan prezydent  raczy? podekscytowaÖ  siË do
najwy?szego  stopnia,  z  zËbatej paszczy  lecia?y  bryzgi,  a  ja  wyjNo?em
chusteczkË  i  demonstracyjnie wytar?em  policzek  i  to  by?  z  pewno?ciNo
najodwa?niejszy  postËpek w moim  ?yciu,  je?li  nie liczyÖ tamtego wypadku,
kiedy  walczy?em z  trzema czo?gami  jednocze?nie.  - Ale  jak  walczy?em  z
czo?gami - nie pamiËtam, wiem  tylko z opowiadaÓ  ?wiadkÕw, chusteczkË za to
wyjNo?em ?wiadomie i dobrze wiedzia?em na co siË odwa?am... W gazetach o tym
nie pisano.  Gazety uczciwie  i po mËsku, z surowNo prostotNo poinformowa?y,
?e "beletrysta W. Baniew szczerze podziËkowa? panu prezydentowi za wszystkie
uwagi i wyja?nienia jakie pad?y w trakcie rozmowy".
     Dziwne, jak dok?adnie  to wszystko pamiËtam.  Stwierdzi?, ?e zbiela? mu
koniec nosa  i policzki. Tak w?a?nie wtedy wyglNoda?em, a nie  wrzeszczeÖ na
takiego to  po prostu grzech. Przecie?  nie wiedzia?  biedak,  ?e to nie  ze
strachu,  ?e blednË  ze z?o?ci, jak Ludwik XIV...  Tylko  raczej nie  jedzmy
musztardy  po  obiedzie. Co za  rÕ?nica, od czego tam, u niego, poblad?em...
Dobrze, dosyÖ tego. Ale po to, ?eby siË uspokoiÖ, po to ?eby siË doprowadziÖ
do  porzNodku,  zanim siË poka?Ë  ludziom,  ?eby  przywrÕciÖ normalny  kolor
nie?adnej ale mËskiej twarzy, muszË panu przypomnieÖ, panie Baniew, ?e gdyby
pan  nie  zademonstrowa?  panu prezydentowi swojej  chusteczki  do  nosa, to
siedzia?by pan  op?ywajNoc w dostatki w naszej dzielnej stolicy, a nie w tej
mokrej dziurze... Wiktor jednym haustem dopi? d?inu i zszed? do restauracji.

     *
     - Oczywi?cie,  byÖ  mo?e chuligani - powiedzia? Wiktor. - Tylko w moich
czasach ?aden  chuligan  nie  zadziera?by  z okularnikiem.  RzuciÖ  w  niego
kamieniem - proszË bardzo, ale ?apaÖ, gdzie?  ciNognNoÖ, w ogÕle  dotykaÖ...
Bali?my siË ich jak zarazy.
     - Przecie? powtarzam panu  -  to  jest choroba genetyczna -  powiedzia?
Golem. - Oni w ogÕle nie sNo zarañliwi.
     - Jak to, niezarañliwi - powiedzia? Wiktor - kiedy  dostaje siË od nich
brodawek jak od ropuch! Wszyscy o tym wiedzNo.
     - Od ropuchy nie dostaje siË brodawek -  dobrodusznie powiedzia? Golem.
-  I  od mokrzakÕw  te?  siË  nie  dostaje. Wstyd,  panie pisarzu.  ZresztNo
wiadomo, ?e pisarze to ignoranci.
     - Jak  i ca?y narÕd.  NarÕd jest  ciemny,  ale  mNodry.  I  je?li narÕd
twierdzi, ?e od ropuch i okularnikÕw dostaje siË brodawek.
     -  A oto nadchodzi mÕj inspektor -  powiedzia?  Golem. Prosto  z  ulicy
wszed? Pawor w mokrym p?aszczu.
     - Dobry wieczÕr - powiedzia?. - Ca?y przemok?em, chcË siË napiÖ.
     - Znowu  ?mierdzi  od niego  i?em  -  z  niezadowoleniem powiedzia?  R.
Kwadryga  zbudzony z alkoholowego  transu. - Wiecznie ?mierdzi i?em.  Jak  w
stawie. RzËsa.
     - Co panowie pijecie? - zapyta? Pawor.
     - KtÕrzy? - zainteresowa?  siË Golem. - Ja  na przyk?ad jak zawsze pijË
koniak. Wiktor pije d?in. A doktor - wszystko po kolei.
     - HaÓba! -  z  oburzeniem  powiedzia?  doktor  R. Kwadryga.  - ?uska! I
g?owy.
     - PodwÕjny koniak! - krzyknNo? Pawor do kelnera.
     Twarz mia? mokrNo od deszczu, jego gËste w?osy zlepia?y siË i ze skroni
po ogolonych policzkach sp?ywa?y b?yszczNoce smu?ki. Te? twarda twarz, wielu
na pewno  mu  zazdro?ci. SkNod taka twarz do inspektora sanitarnego?  Twarda
twarz  to  znaczy  - leje  deszcz,  reflektory,  latajNo  cienie po  mokrych
wagonach, za?amujNo siË...  wszystko  jest czarne,  b?yszczNoce,  wy?Nocznie
czarne  i wy?Nocznie  b?yszczNoce,  nie  ma ?adnych rozmÕw,  ?adnego gadania
tylko rozkazy i wszyscy siË  podporzNodkowujNo...  niekoniecznie wagony, byÖ
mo?e samoloty, lotnisko i potem nikt nie wie, gdzie by? i skNod przyszed?...
dziewczyny  padajNo  na  wznak,  a  mË?czyñni  majNo   ochotË  zachowaÖ  siË
prawdziwie po mËsku - powiedzmy wyprostowaÖ  ramiona i wciNognNoÖ brzuch. Na
przyk?ad  Goleniowi  przyda?oby  siË wciNognNoÖ  brzuch, tylko raczej nic  z
tego,  gdzie on  go wciNognie, wszystko tam  ma zajËte. Doktor R. Kwadryga -
tak,  ale  za to nie  rozprostuje  ju?  ramion,  od bardzo  wielu  dni  jest
zgarbiony  na wieki.  Wieczorami zgarbiony nad sto?em, rankiem nad miskNo, a
we  dnie przez chorNo wNotrobË.  A to  znaczy, ?e  tutaj  tylko ja  jestem w
stanie wciNognNoÖ brzuch i  rozprostowaÖ  ramiona,  ale  lepiej  golnË sobie
szklaneczkË d?inu.
     -  Nimfoman  -  smutnie powiedzia?  do  Pawora  doktor R.  Kwadryga.  -
Rusa?koman. I wodorosty.
     - Niech pan siË zamknie, doktorze  - powiedzia? Pawor.  Wyciera?  twarz
papierowymi serwetkami, gniÕt? je i rzuca? na pod?ogË. Potem zaczai wyciekaÖ
rËce.
     - Z kim siË pan pobi?? - zapyta? Wiktor.
     - Zgwa?cony  przez  okularnika  - oznajmi?  doktor R. Kwadryga z  mËkNo
starajNoc  siË rozprowadziÖ we w?a?ciwym kierunku oczy, ktÕre skupi?y mu siË
u nasady nosa.
     -  Na razie jeszcze z  nikim  -  odpar?  Pawor i uwa?nie  popatrzy?  na
doktora, ale R. Kwadryga tego nie zauwa?y?.
     Kelner przyniÕs? koniak: Pawor powoli wycedzi? kieliszek i wsta?.
     - PÕjdË siË umyÖ  - powiedzia? rÕwnym g?osem. - Za  miastem b?oto, ca?y
siË u?wini?em. - I odszed?, zaczepiajNoc po drodze o krzes?a.
     - Co? siË dzieje z moim  inspektorem -  powiedzia? Golem. PrztykniËciem
zrzuci? ze sto?u zmiËtNo  serwetkË. - Co? na wszech?wiatowNo skalË.  Nie wie
pan przypadkiem, co konkretnie?
     - Pan powinien lepiej  wiedzieÖ - odpowiedzia?  Wiktor.  -  Pawor  jest
paÓskim inspektorem  a nie moim.  A poza tym  pan przecie? wie  wszystko.  A
propos, Golem - , skNod pan to wszystko wie?
     - Nikt nic  nie wie  - zaprzeczy?  Golem.  -  NiektÕrzy siË domy?lajNo.
Bardzo niewielu  - tylko ci, ktÕrzy majNo ochotË. Ale tak nie mo?na postawiÖ
pytania - skNod oni siË domy?lajNo - bo to jest  gwa?t  nad jËzykiem. DokNod
spada deszcz? Czym wstaje  s?oÓce? Czy  wybaczy?by  pan  Szekspirowi,  gdyby
napisa?  co? podobnego? ZresztNo Szekspirowi  pan  by  wybaczy?. Szekspirowi
wiele wybaczamy, co innego  Baniew... Niech pan  pos?ucha, panie beletrysto,
mam pewien pomys?.  Ja siË  napijË koniaku, a  pan skoÓczy z tym d?inem. Czy
mo?e ma pan ju? do?Ö?
     -  Golem -  powiedzia?  Wiktor - przecie? pan chyba wie,  ?e  ja jestem
cz?owiekiem z ?elaza?
     - Domy?lam siË.
     - A co z tego wynika?
     - ?e boi siË pan zardzewieÖ.
     - Za?Õ?my - powiedzia? Wiktor. -  Ale nie o  to mi chodzi. Chodzi mi  o
to, ?e mogË piÖ du?o i d?ugo nie tracNoc rÕwnowagi moralnej.
     - Ach, wiËc w tym rzecz - powiedzia? Golem nalewajNoc  sobie z karafki.
- No dobrze, wrÕcimy jeszcze do tego tematu.
     - Nie pamiËtam - odezwa?  siË nagle jasnym g?osem doktor R. Kwadryga. -
Czy siË panom przedstawi?em ju? czy  jeszcze nie? Mam honor - Rem  Kwadryga,
malarz,  doktor  honoris  causa, cz?onek  honorowy.  ..  Ciebie  pamiËtam  -
powiedzia? do  Wiktora. - My?my z tobNo  razem studiowali i jeszcze co?... A
;a to pana, proszË mi wybaczyÖ...
     - Nazywam siË Jul Golem - niedbale powiedzia? Golem.
     - Bardzo mi przyjemnie. Hehbiarz?
     - Nie. Lekarz.
     - Chirhurg?
     - Jestem naczelnym lekarzem leprozorium - cierpliwie wyja?ni? Golem.
     -  Ach tak!  - powiedzia?  doktor R. Kwadryga  potrzNosajNoc g?owNo jak
koÓ. - Oczywi?cie. ProszË mi  wysNoczyÖ  Jul... Tylko dlaczego jest pan taki
tajemniczy? Jaki tam z pana lekarz? Pan przecie? hoduje mokrzaki... Za?atwiÖ
panu  odznaczenie...  Tacy   ludzie  sNo  nam  potrzebni...   Przepraszam  -
powiedzia? znienacka. - Zaraz wracam.
     Wygrzeba?  siË z  fotela  i ruszy? w  stronË wyj?cia  b?NodzNoc  miËdzy
pustymi stolikami. Podbieg? do niego kelner  i doktor R. Kwadryga  objNo? go
za szyjË.
     -  To wszystko przez te deszcze - powiedzia? Golem. - Oddychamy  wodNo.
Ale nie jeste?my rybami i albo umrzemy, albo odejdziemy stNod - z powagNo  i
smutkiem popatrzy?  na  Wiktora. -  A deszcz bËdzie padaÖ  na puste  miasto,
podmywaÖ jezdnie, kapaÖ przez dachy, przez gnijNoce stropy... potem wszystko
rozmyje, roztopi miasto w pierwotnej glebie, i nadal bez koÓca bËdzie wciNo?
padaÖ i padaÖ...
     - Apokalipsa - powiedzia? Wiktor, ?eby cokolwiek powiedzieÖ.
     - Tak;  Apokalipsa... BËdzie padaÖ i padaÖ, a potem ziemia przesyci siË
i wzejdzie  nowe ziarno,  jakiego  nigdy przedtem nie  by?o. Ale nas ju? nie
bËdzie, ?eby mÕc zachwycaÖ siË nowym wszech?wiatem...
     Gdyby  nie te  niebieskawe  worki  pod oczami,  gdyby  nie ten  obwis?y
galaretowaty brzuch, gdyby ten wspania?y semicki nos nie by? taki podobny do
mapy topograficznej... Chocia?, je?li siË dobrze zastanowiÖ, wszyscy prorocy
byli  alkoholikami, poniewa? to  okropnie smutne - wszystko wiesz, a nikt ci
nie chce uwierzyÖ. Gdyby w departamentach wprowadzono etaty dla prorokÕw, to
powinni mieÖ  tytu? co najmniej  tajnego radcy -  dla umocnienia autorytetu.
ZresztNo zapewne i tak by to nic nie pomog?o...
     - Za systematyczny  pesymizm - powiedzia?  Wiktor na g?os - prowadzNocy
do poderwania s?u?bowej dyscypliny i wiary w rozum, rozkazujË na przysz?o?Ö:
tajnego radcË Golema ukamienowaÖ w prosektorium.
     Golem co? mruknNo?.
     - Jestem  zaledwie radcNo kolegialnym - oznajmi?. -  A poza  tym, skNod
prorocy  w  naszych  czasach?  Ja osobi?cie nie  znam ani  jednego.  MnÕstwo
fa?szywych  prorokÕw  i ani  jednego proroka.  W  naszych czasach nie sposÕb
przewidzieÖ  przysz?o?ci  -  to  gwa?t  na  jËzyku.  Co  by  pan  powiedzia?
przeczytawszy   u   Szekspira  -  przewidzieÖ  terañniejszo?Ö?   Czy   mo?na
przewidzieÖ szafË  we w?asnym mieszkaniu?... A oto i mÕj  inspektor. Jak pan
siË czuje, inspektorze?
     - Wspaniale - odpowiedzia? Pawor siadajNoc. - Kelner, podwÕjny  koniak.
Tam w holu naszego malarza  trzyma czterech - zawiadomi?.  - Wyja?niajNo mu,
gdzie jest wej?cie  do restauracji. Postanowi?em siË  nie wtrNocaÖ, poniewa?
on nikomu nie wierzy i rwie siË do bicia... O jakich szafach mowa?
     By? suchy, elegancki, od?wie?ony, pachnia? wodNo koloÓskNo.
     - MÕwimy o przysz?o?ci - odpowiedzia? Golem,
     - Jaki sens ma mÕwienie o przysz?o?ci? - zapyta? Pawor. - O przysz?o?ci
siË nie  mÕwi,  przysz?o?Ö siË  tworzy. Oto  kieliszek  koniaku. Jest pe?ny.
SprawiË,  ?e bËdzie  pusty.  O  tak.  Pewien mNodry cz?owiek powiedzia?,  ?e
przysz?o?ci nie sposÕb przewidzieÖ, ale mo?na jNo wynaleñÖ.
     - Inny mNodry cz?owiek powiedzia? - zauwa?y? Wiktor - ?e przysz?o?ci  w
ogÕle nie ma, jest tylko terañniejszo?Ö.
     - Nie lubiË  klasycznej filozofii -  powiedzia? Pawor. - Ci  ludzie nic
nie umieli i niczego nie  chcieli. Po prostu lubili filozofowaÖ  jak Golem -
piÖ. Przysz?o?Ö - to dok?adnie unieszkodliwiona terañniejszo?Ö.
     -  Zawsze  mam  dziwne  uczucie  -  powiedzia?  Golem -  kiedy w  mojej
obecno?ci cywil rozumuje jak wojskowy.
     -  Wojskowi w ogÕle nie rozumujNo  - zaoponowa? Pawor. - Wojskowi majNo
wy?Nocznie odruchy i niewielkie emocje.
     - WiËkszo?Ö cywilÕw rÕwnie? - powiedzia? Wiktor macajNoc kark.
     - Teraz nikt nie ma czasu  na rozmy?lania -  powiedzia?  Pawor.  -  Ani
cywile, ani wojskowi.  Teraz  trzeba umieÖ  szybko  zakrËciÖ siË ko?o swoich
spraw.  Je?eli  interesuje  ciË  przysz?o?Ö,  musisz tworzyÖ  jNo szybko,  z
marszu, odpowiednio do odruchÕw i emocji.
     - Do diab?a  z  twÕrcami i wynalazcami - o?wiadczy?  Wiktor.  Czu?  siË
pijany  i weso?y. Wszystko by?o na swoim miejscu. Nie chcia?o mu siË nigdzie
i?Ö, chcia?  siedzieÖ  tu  w tej  pustej przyciemnionej  sali,  jeszcze  nie
ca?kiem zdewastowanej, ale ju? z zaciekami  na  ?cianach,  z rozchwierutanNo
pod?ogNo, z kuchennymi zapachami - szczegÕlnie, je?li pamiËtaÖ o tym, ?e  na
zewnNotrz  na ca?ym ?wiecie  pada deszcz, na kocie ?by  jezdni - deszcz,  na
strome  dachy - deszcz,  deszcz zalewa gÕry i rÕwniny,  kiedy? tam  wszystko
rozmyje, ale bËdzie to jeszcze nieprËdko. Tak mili moi, jak dawno przeminË?y
te czasy, kiedy przysz?o?Ö by?a replikNo terañniejszo?ci i  teraz nie sposÕb
siË zorientowaÖ, gdzie co jest.
     -  Zgwa?cony  przez   mokrzaka!   -  powiedzia?   Pawor  ze   z?o?liwNo
satysfakcjNo.
     W  drzwiach  restauracji pojawi?  siË  doktor R.  Kwadryga.  Sta? kilka
sekund,  uwa?nym  i ciË?kim  wzrokiem  przyglNodajNoc siË  szeregom  pustych
stolikÕw,  nastËpnie twarz mu siË  rozja?ni?a,  gwa?townie  zatoczy? siË  do
przodu i ruszy? na swoje miejsce.
     -  Dlaczego  nazywa  ich  pan mokrzakami? - zapyta? Wiktor. -  Co  to -
zrobili siË mokrzy od deszczu?
     -  A dlaczego nie? - powiedzia? Pawor. - Jak ich, paÓskim zdaniem, mamy
nazywaÖ?
     - Okularnikami -  powiedzia?  Wiktor. - Stara, dobra  nazwa. Od stuleci
nazywali?my ich okularnikami.
     Zbli?a?  siË  doktor R. Kwadryga.  PrzÕd  ubrania mia?  ca?kiem  mokry,
najwidoczniej   zmywano   go   nad   umywalkNo.   WyglNoda?   na   cz?owieka
rozczarowanego i zmËczonego.
     -  Diabli  wiedzNo,  co to takiego - powiedzia?  zrzËdliwie  jeszcze  z
daleka. - Nigdy dotNod  co? takiego mi siË nie wydarzy?o  -  nie ma wej?cia!
Gdzie  spojrzysz  -  wszËdzie same  okna... Obawiam siË, ?e kaza?em panom na
siebie czekaÖ. -  Pad? na swÕj fotel i ujrza? Pawora. - On  tu  znowu jest -
zawiadomi?  Golema  poufnym  szeptem: -  Mam  nadziejË, ?e  nie  przeszkadza
panu...  A  ze  mnNo, nie  uwierzycie panowie,  zdarzy?a  siË  zdumiewajNoca
historia. Oblano mnie ca?ego wodNo.
     Golem nala? mu koniaku.
     - DziËkujË  panu  -  powiedzia?  R. Kwadryga - ale chyba lepiej bËdzie,
je?eli przepuszczË kilka kolejek. Chcia?bym podeschnaÖ.
     -  W ogÕle jestem zwolennikiem wszystkiego co stare i dobre -  oznajmi?
Wiktor - Niech okularnicy pozostanNo okularnikami. I w  ogÕle niech wszystko
zostanie jak  by?o.  Jestem konserwatystNo... Uwaga! - powiedzia? g?o?no.  -
ProponujË  toast  za  konserwatyzm. Chwila,  moment... - nala? sobie  d?inu,
wsta? i opar? d?oÓ na porËczy fotela. - Jestem konserwatystNo - po wiedzia?.
- I z  ka?dym  rokiem  stajË siË  konserwatywniejszy,  nie  dlatego  ?e  siË
starzejË, tylko dlatego, ?e odczuwam takNo potrzebË...
     Trzeñwy Pawor z kieliszkiem w pogotowiu patrzy? na niego z do?u do gÕry
z ostentacyjnNo uwagNo. Golem powoli jad? minogi, a doktor R.  Kwadryga, jak
siË wydawa?o,  nadaremnie stara? siË zrozumieÖ, skNod dobiega g?os i czyj to
g?os. NaprawdË by?o bardzo przyjemnie.
     - Ludzie  uwielbiajNo krytykowaÖ  rzNody  za  konserwatyzm  - ciNognNo?
Wiktor.  -  Ludzie  uwielbiajNo  postËp,  przepadajNo  za  postËpem. To  sNo
nowomodne pomys?y, ale  bardzo g?upie jak wszystko, co nowe. Ludzie  powinni
b?agaÖ Boga,  aby  zes?a? im mo?liwie  najbardziej zacofanNo, obskuranckNo i
konformistycznNo w?adzË...
     Teraz rÕwnie? Golem podniÕs? wzrok i  patrzy? na Wiktora,  i  Teddy  za
swoim  kontuarem rÕwnie? przesta? wycieraÖ butelki i zaczNo?  s?uchaÖ, tylko
?e znowu zabola? kark i trzeba by?o odstawiÖ kieliszek i pog?adziÖ guz.
     - Aparat paÓstwowy,  panowie, we wszystkich czasach za swoje podstawowe
zadanie  uwa?a? zachowanie status  quo. Nie wiem, o ile by?o  to uzasadnione
poprzednio, ale teraz  funkcja paÓstwa jest  po prostu  niezbËdna. Ja bym tË
funkcjË okre?li? nastËpujNoco - na  wszelkie mo?liwe sposoby  przeciwdzia?aÖ
temu,  by przysz?o?Ö mog?a zapuszczaÖ  swoje  macki  w  nasze czasy.  Trzeba
odrNobywaÖ  te  macki,  przypalaÖ  je   rozpalonym  ?elazem...  PrzeszkadzaÖ
wynalazcom,  popieraÖ  scholastykÕw  i  tych  co  gadajNo  od  rzeczy...  Do
gimnazjÕw  wprowadziÖ obowiNozkowe  i wy?Nocznie  klasyczne  przedmioty.  Na
najwy?sze  stanowiska   w  paÓstwie  -  starcÕw   obciNo?onych  rodzinami  i
zad?u?onych, co najmniej sze?ÖdziesiËcioletnich, ?eby  brali ?apÕwki i spali
na posiedzeniach...
     - Wiktorze, co te? pan wygaduje - powiedzia? Pawor z wyrzutem.
     -  Nie, dlaczego - powiedzia?  Golem.  - Niezmiernie przyjemnie s?uchaÖ
takiego umiarkowanego, lojalnego przemÕwienia.
     -  Jeszcze  nie  skoÓczy?em,  panowie!  Utalentowanych uczonych  nale?y
mianowaÖ na stanowiska administracyjne i p?aciÖ im wysokie pensje. Wszystkie
wynalazki  bez wyjNotku nale?y przyjmowaÖ, p?aciÖ  za nie mo?liwie nËdznie i
k?a?Ö pod sukno. WprowadziÖ drakoÓskie podatki za ka?dNo nowo?Ö w gospodarce
i produkcji...  - A w?a?ciwie dlaczego ja stojË? - pomy?la? Wiktor i usiad?.
- No i co pan o tym my?li? - zapyta? Golema.
     - Ma  pan  ca?kowitNo racjË  -  odpowiedzia?  Golem. -  Jako?  ostatnio
wszyscy  u   nas   sNo  strasznie   radykalni.   Nawet  dyrektor  gimnazjum.
Konserwatyzm - oto w czym nasz ratunek.
     Wiktor ?yknNo? d?inu i powiedzia? frasobliwie:
     -  ?adnego  ratunku  nie  bËdzie.  Dlatego,  ?e  ci  wszyscy  kretyÓscy
radyka?owie i radykalni kretyni nie tylko  wierzNo  w postËp, ale na  domiar
z?ego ten postËp kochajNo,  wyobra?ajNo sobie, ?e nie mogNo ?yÖ bez postËpu.
Dlatego,  ?e postËp  - poza  wszystkim innym - to tanie samochody,  u?ytkowa
elektronika i  w ogÕle mo?no?Ö robiÖ mniej, za to zarabiaÖ wiËcej. I dlatego
rzNod jest zmuszony  jednNo rËkNo...  to znaczy  nie  rËkNo,  rzecz jasna...
jednNo nogNo przyciskaÖ na hamulec, a drugNo na  gaz. Jak wy?cigowy kierowca
na zakrËcie. Na hamulec - ?eby nie straciÖ w?adzy nad kierownicNo, a na gaz,
?eby nie straciÖ szybko?ci, bo inaczej jaki? tam demagog, entuzjasta postËpu
niezawodnie wypchnie z miejsca przy kierownicy.
     - Trudno z panem dyskutowaÖ - uprzejmie powiedzia? Pawor.
     -  To  niech  pan  nie dyskutuje  - powiedzia?  Wiktor.  -  Nie  trzeba
dyskutowaÖ  - prawda  rodzi siË w  dyskusji, niech jNo  szlag trafi. - Czule
pog?aska?  guz i  uzupe?ni?.  -  ZresztNo,  pewnie  moje poglNody  to skutek
ignorancji.  Wszyscy  uczeni  sNo zwolennikami  postËpu,  a  ja  nie  jestem
uczonym. Ja po prostu jestem do?Ö znanym kuplecistNo.
     - A dlaczego pan przez ca?y czas ?apie siË za kark? - zapyta? Pawor.
     - Jaki? draÓ mi przy?o?y?  - powiedzia? Wiktor.  - Kastetem. Czy dobrze
mÕwiË, Golem? Kastetem?
     - Moim zdaniem kastetem - powiedzia? Golem.  -  ZresztNo  mo?e to  by?a
ceg?a.
     - O czym  wy  opowiadacie? - zdziwi? siË Pawor. - Jakim kastetem? W tej
zatËch?ej dziurze?
     - No widzi pan - pouczajNoco powiedzia?  Wiktor.  -  PostËp!...  Lepiej
znowu wypijmy za konserwatyzm.
     Wezwano kelnera i jeszcze raz wypito za konserwatyzm. Wybi?a dziewiNota
i na  sali  pojawi?a  siË  znana para  - m?ody  mË?czyzna  w bardzo  silnych
okularach i jego d?ugi jak ?erdñ wspÕ?towarzysz. Usiedli przy swoim stoliku,
zapalili  stojNocNo  lampË,  pokornie   rozejrzeli  siË  dooko?a  i  zaczËli
studiowaÖ jad?ospis. M?ody mË?czyzna znowu przyniÕs? ze sobNo teczkË, teczkË
postawi? na  wolne krzes?o  obok siebie. Zawsze by?  bardzo dobry dla swojej
teczki.  Podyktowali kelnerowi zamÕwienie, wyprostowali  siË i  wpatrzyli  w
przestrzeÓ.
     Dziwna para, pomy?la?  Wiktor. ZdumiewajNoca  dysproporcja. WyglNodajNo
jak w zepsutej lornetce -  jeden w ogniskowej, wtedy drugi siË rozp?ywa i na
odwrÕt. Idealna niezgodno?Ö. Z m?odym mË?czyznNo  w okularach mo?na  by by?o
porozmawiaÖ o postËpie,  a  z wysokim  - nie... Ale  ja  was zaraz uzgodniË.
Jakby mi was  uzgodniÖ? No na przyk?ad powiedzmy... Jaki? tam narodowy bank,
podziemia... cement,  beton,  sygnalizacja... ten  wysoki  nabiera  numer na
sejfie, stalowa konstrukcja obraca  siË, wej?cie  do  skarbca  stoi otworem,
obaj  wchodzNo, wysoki nabiera numer na kolejnej tarczy, odsuwajNo siË drzwi
sejfu i m?ody po ?okieÖ zanurza siË w brylantach.
     Doktor R. Kwadryga nagle siË rozp?aka? i z?apa? Wiktora za rËkË.
     - NocowaÖ - powiedzia?. - Do mnie. Co?
     Wiktor  niezw?ocznie nala?  mu d?inu.  R.  Kwadryga  wypi?,  otar?  nos
d?oniNo i kontynuowa?.
     - Do mnie. Willa. Fontanna. Co?
     - Fontanna - to nieñle pomy?lane - zauwa?y? wymijajNoco  Wiktor. - A co
jeszcze?
     - Piwnica - smutnie powiedzia? R. Kwadryga. - ?lady. BojË siË. Straszy.
Sprzedam. Chcesz?
     - Lepiej podaruj - zaproponowa? Wiktor.
     R. Kwadryga zamruga? powiekami. f
     - Kiedy szkoda - powiedzia?.
     - Kutwa - powiedzia? Wiktor z wyrzutem. - Taki by?e? od  dziecka. Willi
mu szkoda! No to siË ud?aw swojNo willNo.
     - Ty mnie  nie kochasz  - gorzko skonstatowa? doktor R.  Kwadryga. -  I
nikt.
     - A pan prezydent? - agresywnie zapyta? Wiktor.
     -  "Prezydent - ojciec narodu" - o?ywiajNoc siË powiedzia? R..Kwadryga.
-  Szkic  w  z?otych  ramach... "Prezydent  na  pozycjach". Fragment  obrazu
"Prezydent na ostrzeliwanych pozycjach".
     - I co jeszcze? - zainteresowa? siË Wiktor.
     -  "Prezydent  z  p?aszczem" - powiedzia?  R. Kwadryga z gotowo?ciNo. -
Panneau.  Panorama.  Wiktor,  znudzony,  odkroi?  kawa?ek  minogi  i zaczNo?
s?uchaÖ Golema.
     - A wiËc Pawor - mÕwi? Golem. - Niech?e siË pan ode mnie odczepi. Co ja
jeszcze mogË  zrobiÖ? Sprawozdanie  panu przed?o?y?em.  PaÓski  raport gotÕw
jestem podpisaÖ. Chce siË paÓ skar?yÖ na wojskowych  - niech siË pan skar?y.
Chce siË pan skar?yÖ na mnie...
     - Wcale nie chcË siË na pana skar?yÖ - odpowiedzia? Pawor przyciskajNoc
d?oÓ do piersi.
     - To niech siË pan nie skar?y.
     -  Ale proszË mi  co? poradziÖ!  Czy  naprawdË  nic  mi  pan  nie  mo?e
poradziÖ?
     - Panowie - powiedzia? Wiktor. - Co za nudy. Ja ju? sobie idË.
     Nikt nie zwrÕci? na niego uwagi. OdsunNo? krzes?o, wsta?  i czujNoc, ?e
jest ju?  bardzo  pijany,  ruszy?  w  kierunku  baru. ?ysy Teddy  przeciera?
butelki i patrzy? na Wiktora bez zainteresowania.
     - Jak zawsze? - zapyta?.
     - Poczekaj - powiedzia? Wiktor.  -  O co to ja ciË chcia?em  zapytaÖ...
Aha! Jak leci, Teddy?
     - Deszcz - krÕtko powiedzia? Teddy i nala? mu czystej.
     - PrzeklËta pogoda zrobi?a siË w naszym mie?cie  -  powiedzia? Wiktor i
opar? siË o ladË. - Jak na twoim barometrze?
     Teddy wsunNo? rËkË pod ladË i wyjNo? "pogodnik". Wszystkie trzy ciernie
?ci?le przylega?y do b?yszczNocego, jakby polakierowanego trzpienia.
     - Beznadziejnie  -  powiedzia? Teddy uwa?nie  oglNodajNoc "pogodnik". -
Diabelski wymys?. - NastËpnie doda? po chwili namys?u. - A w ogÕle, to jeden
BÕg raczy wiedzieÖ, mo?e  on ju? dawno siË zaciNo? - ktÕry  to ju?  rok pada
deszcz, jak go sprawdziÖ?
     -  Mo?na pojechaÖ na  SaharË - zaproponowa?  Wiktor.  Teddy u?miechnNo?
siË.
     -  ?mieszne  -  powiedzia?.  - Ten  wasz  pan  Fawor, ?mieszna  sprawa,
proponuj e mi za tË sztuczkË dwie?cie koron.
     - Pewnie po pijaku - powiedzia? Wiktor - poco to jemu...
     - Tak mu w?a?nie powiedzia?em. - Teddy obrÕci? "pogodnik" i podniÕs? go
do prawego oka. - Nie  oddam -  oznajmi?  kategorycznie.  - Niech  sobie sam
poszuka.  -  WsunNo?  "pogodnik"  pod ladË,  popatrzy?  jak  Wiktor obraca w
palcach kieliszek i zawiadomi? go. - Twoja Diana przyje?d?a?a.
     - Dawno? - niedbale zapyta? Wiktor.
     - Jako? tak  oko?o piNotej.  WziË?a skrzynkË koniaku;  Roscheper wciNo?
bankietuje, nijak nie mo?e przestaÖ.  Goni personel po koniak, nalana morda.
Pose? do parlamentu... Ty siË o niNo nie boisz?
     Wiktor wzruszy? ramionami.  Nagle zobaczy? DianË  obok siebie. Pojawi?a
siË przy  barze  w mokrym  p?aszczu  deszczowym  z  odrzuconym kapturem, nie
patrzy?a  w  stronË  Wiktora,  widzia?  tylko  jej profil  i  my?la?,  ?e ze
wszystkich kobiet, ktÕre zna? do tej  pory, ta  jest najpiËkniejsza i ?e ju?
nigdy wiËcej nie bËdzie takiej mia?. Diana sta?a oparta o  ladË baru i twarz
mia?a bardzo bladNo  i bardzo obojËtnNo i  by?a  najpiËkniejsza - wszystko w
niej  by?o piËkne. Zawsze.  I  kiedy p?aka?a, i kiedy siË ?mia?a, kiedy  siË
z?o?ci?a, kiedy  by?o jej wszystko jedno,  i nawet wtedy, kiedy marz?a a ju?
szczegÕlnie - kiedy na niNo nachodzi?o.. . Ale siË zala?em,  pomy?la? Wiktor
i pewnie jedzie ode mnie co najmniej jak od R. Kwadrygi. WydNo? dolnNo wargË
i chuchnNo? sobie pod nos. Nic nie poczu?.
     - Drogi sNo mokre, ?liskie - mÕwi? Teddy. - Mg?a... A poza tym powiadam
ci, ten Roscheper - to na pewno dziwkarz, stary cap.
     -  Roscheper   jest   impotentem   -  powiedzia?   Wiktor  nTachinalnie
prze?ykajNoc wÕdkË.
     - Ona ci tak powiedzia?a?
     - PrzestaÓ Teddy - powiedzia? Wiktor. - Odczep siË.
     Teddy  popatrzy?  na niego uwa?nie,  potem  westchnNo?,  odchrzNoknNo?,
przysiad?  na piËtach, poszuka? czego?  pod ladNo  i postawi? przed Wiktorem
buteleczkË  z amoniakiem  i napoczËtNo  paczkË  herbaty. Wiktor spojrza?  na
zegarek  a potem  przyglNoda? siË,  jak  Teddy niespiesznie  bierze  czystNo
szklankË, nalewa do niej sodowej, wpuszcza kilka kropli z buteleczki, wciNo?
rÕwnie  niespiesznie  miesza  szklanNo  pa?eczkNo.  Potem podsunNo? szklankË
Wiktorowi. Wiktor wypi?, powstrzyma? oddech i skrzywi? siË. Ostro obrzydliwy
i obrzydliwie ostry powiew amoniaku uderzy? w  mÕzg i rozla?  siË gdzie?  za
ga?kami oczu. Wiktor wciNognNo? nosem powietrze, ktÕre nagle sta?o siË zimne
nie do zniesienia i zanurzy? palce w paczce z herbatNo...
     - Dobra, Teddy - powiedzia?. - DziËkujË. Zapisz na mÕj rachunek  co tam
trzeba. Tamci powiedzNo co trzeba. IdË.
     Starannie prze?uwajNoc listki herbaty wrÕci? do swojego  stolika. M?ody
mË?czyzna w okularach ze swoim d?ugim wspÕ?towarzyszem spiesznie poch?aniali
kolacjË.  Sta?a przed  nimi  jedna  jedyna  butelka  -  z  miejscowNo  wodNo
mineralnNo.  Pawor i Golem zrobili sobie wolne miejsce na obrusie  i grali w
ko?ci, a doktor R. Kwadryga objNo?  rozczochranNo g?owË rËkami i  monotonnie
mamrota?: "Legia Wolno?ci opokNo prezydenta". Mozaika... "W szczË?liwym dniu
imienin waszej ekscelencji"..., "Prezydent  - ojcem naszych dzieci". Portret
- alegoria...
     - IdË - powiedzia? Wiktor.
     - Szkoda - powiedzia? Golem. - Ale ?yczË szczË?cia.
     -  Pozdrowienia dla  Roschepera  - powiedzia? Pawor puszczajNoc perskie
oko.
     - "Pose?  do  parlamentu Roscheper  Nant" - o?ywi?  siË R.  Kwadryga. -
Portret.  Niedrogo.  Do  pasa.  Wiktor  wziNo?  swojNo  zapalniczkË,  paczkË
papierosÕw i poszed? do wyj?cia. Za jego plecami doktor R.
     Kwadryga jasnym g?osem, o?wiadczy?: "Uwa?am panowie ?e czas, aby?my siË
poznali. Jestem Rem Kwadryga doktor  honoris causa,  ale  na  przyk?ad  pana
sobie nie przypominam..."  W  drzwiach  Wiktor zderzy? siË z grubym trenerem
dru?yny pi?ki  no?nej "Bracia w  sapiencji". Trener  by?  bardzo zatroskany,
bardzo mokry i zszed? Wiktorowi z drogi.

     *

     Autobus zatrzyma? siË i kierowca powiedzia?:
     - Jeste?my na miejscu
     -  Sanatorium?  -  zapyta?  Wiktor. Na  zewnNotrz  by?a mg?a, gËsta jak
mleko. Poch?ania?a ?wiat?o reflektorÕw i nic nie by?o widaÖ.
     -  Sanatorium,  sanatorium - wymrucza? kierowca  zapalajNoc  papierosa.
Wiktor podszed? pod drzwi i schodzNoc ze stopnia powiedzia?.
     - Co za mg?a! NiÖ nie widzË.
     - Poradzi pan sobie - obojËtnie obieca? kierowca i splunNo? przez okno.
-  Te? sobie znaleñli miejsce  na  sanatorium.  W  dzieÓ - mg?a, wieczorem -
mg?a. . .
     - SzczË?liwej drogi - powiedzia? Wiktor.
     Kierowca nie odpowiedzia?. Silnik  zawy? i olbrzymi pusty autobus, ca?y
przeszklony,  o?wietlony  od  ?rodka   jak  zamkniËty  na  noc  supermarket,
zawrÕci?, od  razu  przemieni?  siË w plamË  mËtnego ?wiat?a  i  odjecha?  z
powrotem do miasta. Wiktor z trudem przesuwajNoc d?oÓmi po siatce ogrodzenia
znalaz? bramË  i na o?lep ruszy? alejNo. Teraz, kiedy jego oczy przywyk?y do
ciemno?ci,  niezbyt  wyrañnie  widzia?  przed sobNo o?wietlone  okna prawego
skrzyd?a  i  jakNo?  szczegÕlnie g?ËbokNo ciemno?Ö na miejscu  lewego, gdzie
spali teraz utrudzeni ca?ym dniem  na deszczu "Bracia w sapiencji". We mgle,
jakby  przez watË, przenika?y  normalne  dñwiËki  - gra? adapter,  brzËcza?y
naczynia, kto?  ochryple  wrzeszcza?. Wiktor  szed?,  starajNoc  siË trzymaÖ
?rodka piaszczystej alejki,  ?eby nie wpa?Ö na jakNo? gipsowNo wazË. ButelkË
z d?inem troskliwie tuli?  do piersi i  by? bardzo ostro?ny, niemniej jednak
potknNo? siË o co? miËkkiego i parË krokÕw przespacerowa? siË na czworakach.
Za  plecami  kto? ospale i  sennie zaklNo?,  ?e niby  nale?a?oby  po?wieciÖ.
Wiktor wymaca? w  mroku upuszczonNo butelkË, znowu przytuli? jNo do piersi i
poszed? dalej wystawiajNoc przed siebie wolnNo rËkË... Po chwili zderzy? siË
z  samochodem, po  omacku ominNo? go i wpad? na nastËpny. Do diab?a, tu jest
ca?e  stado samochodÕw. Wiktor  przeklinajNoc b?Noka?  siË w?rÕd nich  jak w
labiryncie i  d?ugo nie mÕg? dotrzeÖ  do niewyrañnych ?wiate? oznaczajNocych
wej?cie  do  budynku. G?adkie boki samochodÕw  by?y  wilgotne od  skroplonej
mg?y. Gdzie? obok kto? chichota? i prÕbowa? siË wyrwaÖ.
     Tym razem w westybulu by?o pusto, nikt trzËsNoc t?ustym zadem nie bawi?
siË w  chowanego, ani w  komÕrki  do wynajËcia,  nikt nie  spa?  w fotelach.
WszËdzie  poniewiera?y siË st?amszone  p?aszcze, a jaki? dowcipni?  powiesi?
kapelusz na fikusie. Wiktor czerwonym chodnikiem wszed? na pierwsze  piËtro.
Grzmia?a muzyka. Po prawej stronie korytarza wszystkie drzwi do apartamentÕw
pos?a  do  parlamentu  by?y  otwarte,  dolatywa?y  stamtNod  t?uste  zapachy
jedzenia, - papierosÕw  i zgrzanych cia?. Wiktor skrËci?  w lewo, zapuka? do
pokoju Diany.  Nikt siË nie odezwa?.  Drzwi  by?y  zamkniËte, klucz  tkwi? w
zamku. Wiktor  wszed?, zapali?  ?wiat?o i postawi? butelkË  na stoliku  obok
telefonu. Us?ysza? czyje?  kroki, wyjrza? wiËc  na korytarz. D?ugim i pewnym
krokiem  oddala? siË  ros?y mË?czyzna w czarnym, wieczorowym garniturze . Na
pode?cie  zatrzyma? siË  przed  lustrem ,  uniÕs? g?owË  i  poprawi?  krawat
(Wiktor  zdNo?y?  zauwa?yÖ smag?y, orli profil  i ostry podbrÕdek),  a potem
zasz?a w nim  jaka?  zmiana  - przygarbi? siË - jakby przekrzywi?  na bok  i
obrzydliwie krËcNoc biodrami znik? w  jakich? otwartych  drzwiach. Ch?ystek,
niepewnie pomy?la?  Wiktor.  Puszcza? gdzie? pawia...  Spojrza?  w lewo. Tam
by?o ciemno.
     ZdjNo?  p?aszcz,  zamknNo? pokÕj i poszed? szukaÖ  Diany. Trzeba bËdzie
zajrzeÖ do Roschepera, pomy?la?. Bo gdzie jeszcze ona mo?e byÖ?
     Roscheper  zajmowa?  trzy sale.  W  pierwsze j,  niedawno  odbywa?o siË
?arcie. Na sto?ach przykrytych  za  - ?winionymi  obrusami wala?y siË brudne
talerze, popielniczki, butelki, pomiËte serwetki i  nikogo nie  by?o,  je?li
nie liczyÖ samotnej, spoconej ?ysiny chrapiNocej w pÕ?misku z galaretNo.
     SNosiednia sala by?a tak zadymiona, ?e mo?na by?o powiesiÖ siekierË. Na
gigantycznym ?o?u  Roschepera skaka?y pÕ?nagie nietutejsze panienki. Gra?y w
jakNo? dziwnNo grË z apoplektycznie purpurowym  panem burmistrzem, ktÕry ry?
w nich  jak ?winia w  ?o?Ëdziach i rÕwnie? skaka? chrzNokajNoc ze szczË?cia.
Byli tak?e  obecni:  pan  policmajster  bez  p?aszcza,  pan sËdzia  grodzki,
ktÕremu  oczy  wy?azi?y  z  orbit  na  skutek   nerwowej  zadyszki  i  jaka?
nieznajoma, ruchliwa osobisto?Ö  w liliowych  barwach. Ta  trÕjka z  zapa?em
gra?a w dziecinny bilard stojNocy na toaletce,  a w kNocie, oparty o ?cianË,
siedzia? szeroko rozstawiwszy nogi, przeobleczony  w utyt?any galowy mundur,
dyrektor gimnazjum z  kretyÓskim u?miechem na wargach. Wiktor  zamierza? ju?
odej?Ö, kiedy kto? z?apa? go  za nogawkË spodni. Spojrza? w dÕ? i odskoczy?.
Pod nim  sta?  na czworakach pose? do  parlamentu,  kawaler  orderÕw,  autor
s?ynnego  projektu  zarybienia Kitchiganskich  zbiornikÕw wodnych  Roscheper
Nant.
     - ChcË siË bawiÖ w koniki - proszNoco  zabecza? Roscheper. - Baw siË ze
mnNo w koniki! I - ha! - najwyrañniej by? niepoczytalny.
     Wiktor  delikatnie  siË  uwolni?  i zajrza? do ostatniej  sali.  I  tam
zobaczy?  DianË. W  pierwszej  chwili nie  zrozumia?,  ?e to Diana,  a potem
kwa?no pomy?la?:  bardzo przyjemnie!  By?o tu  pe?no ludzi, jacy?  pobie?nie
znajomi mË?czyñni i kobiety, wszyscy  stali  ko?em i klaskali  w d?onie, a w
?rodku ko?a taÓczy?a  Diana z  tym  w?a?nie  ?Õ?tym ch?ystkiem, w?a?cicielem
orlego  profilu. Oczy jej  p?onË?y, p?onË?y policzki,  w?osy  powiewa?y  nad
ramionami i nawet diabe? nie by? jej straszny. Orli profil bardzo stara? siË
byÖ na poziomie, dorÕwnaÖ.
     Dziwne, pomy?la? Wiktor.  O co chodzi?...  Co? tu by?o  nie tak. TaÓczy
dobrze,  no, po  prostu wspaniale  taÓczy. Jak nauczyciel taÓca. Nie taÓczy,
ale pokazuje jak nale?y taÓczyÖ... Nawet nie jak nauczyciel, tylko jak uczeÓ
na  egzaminie.  Strasznie  zale?y  mu  na  piNotce... Nie, nie  to.  S?uchaj
kochany, przecie? ty taÓczysz  z DianNo! Czy tego nie  widzisz?  Wiktor  jak
zwykle  uruchomi?  wyobrañniË. Aktor  taÓczy  na  scenie,  wszystko  dobrze,
wszystko piËknie, wszystko idzie jak nale?y,  nikt siË  nie  sypie, a w domu
nieszczË?cie...  nie, wcale niekoniecznie nieszczË?cie,  zwyczajnie czekajNo
na  jego powrÕt,  a  on  rÕwnie?  czeka,  kiedy  spadnie kurtyna  i  zgasnNo
?wiat?a...  i  nawet  wcale  nie  aktor, tylko  postronny cz?owiek  udajNocy
aktora, ktÕry  sam gra ju? bardzo postronnego cz?owieka... Czy?by Diana tego
nie  czu?a? Przecie? to fa?sz. Manekin. Ani,  odrobiny blisko?ci,  ani krzty
pokusy, ani cienia po?Nodania... Co? do siebie mÕwiNo i nie sposÕb zrozumieÖ
- co. Nie  spoci?  siË pan? Tak,  czyta?em i to  nawet  dwa  razy... I wtedy
zobaczy?, ?e Diana biegnie  do niego roztrNocajNoc go?ci. - Chodñ taÓczyÖ! -
krzycza?a z daleka.
     Kto? zagrodzi? jej drogË, kto? z?apa? za rËkaw, wyrwa?a siË ?miejNoc, a
Wiktor  wciNo?   szuka?  oczami  ?Õ?toskÕrego,  nie  mÕg?  znaleñÖ   i  czul
nieprzyjemny niepokÕj.
     Diana podbieg?a do niego, schwyci?a za rËkaw i wciNognË?a w ko?o.
     - Chodñ, chodñ! Tu sNo sami  swoi - pijaczyny, ?ajdaczyny, sukinsyny...
Poka? im jak siË to robi! Ten smarkacz nic nie potrafi...
     WciNognË?a  go do  ?rodka,  kto? w t?umie wrzasnNo? "Niech ?yje  pisarz
Baniew!".  Adapter,  ktÕry zamilk? na chwilË,  znowu zagrzmia? i zaszczeka?,
Diana przywar?a do Wiktora, potem odskoczy?a, pachnia?o od niej perfumami  i
winem, by?a ca?a  rozpalona i Wiktor nic ju? teraz nie widzia?  - oprÕcz jej
o?ywionej prze?licznej twarzy i rozwianych w?osÕw.
     - TaÓcz! - krzyknË?a i zaczË?a taÓczyÖ. - Zuch jeste?, ?e przyjecha?e?.
     - Tak. Tak.
     - Po co jeste? trzeñwy? Zawsze jeste? trzeñwy, kiedy nie trzeba.
     - Jeszcze bËdË pijany.
     - Dzisiaj jeste? mi potrzebny pijany.
     - BËdË.
     - ?eby  robiÖ  z tobNo,  co  bËdË chcia?a. Nie ty ze mnNo,  tylko ja  z
tobNo.
     - Tak.
     ?mia?a siË zadowolona i oboje  taÓczyli w milczeniu nic nie widzNoc i o
niczym nie my?lNoc. Jak we ?nie,.  Jak w czasie bitwy. Taka ona teraz by?a -
jak sen, jak bitwa. Diana Na KtÕrNo Nasz?o... Dooko?a klaskali w d?onie, co?
pokrzykiwali, jeszcze kto? prÕbowa? taÓczyÖ, Wiktor odepchnNo? go,  ?eby nie
przeszkadza?, a Roscheper przeciNogle krzycza? "O mÕj biedny, pijany ludu!"
     - On jest impotentem?
     - Ja my?lË. Przecie? go kNopiË.
     - No i jak?
     - Absolutnie.
     - O  mÕj  biedny,  pijany ludu!  - jËcza? Roscheper. -  Chodñmy stNod -
powiedzia? Wiktor.
     WziNo?  jNo za rËkË  i poprowadzi?. Pijaczyny i  sukinsyny rozstËpowali
siË przed nimi ?mierdzNoc czosnkiem i  spirytusem, a w drzwiach zagrodzi? im
drogË wielkousty  m?okos o rumianych policzkach,  powiedzia? co? chamskiego,
?wierzbi?y go piË?ci, ale  Wiktor powiedzia? mu "PÕñniej, pÕñniej" i  m?okos
znik?. TrzymajNoc siË za rËce przebiegli pustym korytarzem, nastËpnie Wiktor
nie  wypuszczajNoc  jej  rËki  otworzy?  drzwi,  nie wypuszczajNoc  jej rËki
zamknNo?  drzwi  od ?rodka  i  by?o  gorNoco,  zrobi?o  siË  gorNoco nie  do
wytrzymania,  duszno i pokÕj na poczNotku by?  wielki i przestronny, a potem
sta?  siË  wNoski  i ciasny,  wtedy Wiktor wsta?  i  otworzy?  okno,  czarne
wilgotne powietrze  obmy?o jego  pier? i ramiona. WrÕci? do ?Õ?ka, namaca? w
ciemno?ciach  butelkË  z d?inem, napi? siË  i  odda? jNo Dianie.  Potem  siË
po?o?y? i znowu z lewej  p?ynË?o zimne powietrze, a  z prawej by?o  gorNoce,
jedwabiste i czu?e. Teraz s?ysza?, ?e pijaÓstwo trwa nadal - go?cie ?piewali
chÕrem.
     - To na d?ugo? - zapyta?.
     - Co? - zapyta?a sennie Diana.
     - D?ugo oni bËdNo wyÖ?
     - Nie wiem.  Co nas to obchodzi? - odwrÕci?a siË  na bok  i  przytuli?a
policzek do jego ramienia. - Zimno - poskar?y?a siË.
     PokrËcili siË w?a?Noc pod ko?drË.
     - Nie ?pij - powiedzia? Wiktor.
     - Aha - wymamrota?a Diana.
     - Dobrze ci?
     - Aha.
     - A je?li za ucho?
     - Aha... przestaÓ, boli.
     - S?uchaj, mo?e mÕg?bym pomieszkaÖ tu przez tydzieÓ?
     - MÕg?by?.
     - A gdzie?
     - Teraz chcË spaÖ. Daj pospaÖ biednej, pijanej kobiecie.
     Wiktor zamilk? i le?a? bez  ruchu. Diana ju? spa?a. W?a?nie tak zrobiÖ,
pomy?la?.  Tu  bËdzie  dobrze  i spokojnie.  Tylko nie wieczorem. A  mo?e  i
wieczorem. Nie bËdzie chyba  chla? przez wszystkie  wieczory, przecie?  musi
siË leczyÖ... PobËdË tu ze trzy, cztery dni... piËÖ, sze?Ö... i trzeba mniej
piÖ,  wcale nie  piÖ i popracowaÖ...  bardzo dawno  nie  pracowa?em...  ?eby
zaczNoÖ pracowaÖ, trzeba zdrowo siË wynudziÖ, ?eby ju? na nic poza tym nie -
mieÖ ochoty... DrgnNo?, zasypiajNoc.  A w  sprawie  Irmy... W  sprawie  Irmy
napiszË do Roc-Tusowa, oto co zrobiË. ?eby tylko Roc-Tusow nie stchÕrzy?, to
tchÕrz. Jest mi winien dziewiËÖset  koron... Kiedy mowa o  panu prezydencie,
wszystko to  nie ma znaczenia, wszyscy stajemy  siË tchÕrzami. Dlaczego  tak
siË boimy? Czego  w?a?ciwie siË boimy? Boimy siË zmian. Nie bËdzie mo?na i?Ö
do  knajpy  dla pisarzy,  ?eby  golnNoÖ  kielicha...  portier przestanie siË
k?aniaÖ...  w ogÕle nie  bËdzie  portiera, sam bËdziesz portierem.  Kiepsko,
je?li do kopalni... to  rzeczywi?cie kiepsko... Ale  tak bywa bardzo rzadko,
nie  te czasy... obyczaje z?agodnia?y... Sto razy o tym my?la?em i sto  razy
dochodzi?em do wniosku, ?e nie ma siË czego baÖ, a wszystko  jedno siË bojË.
Dlatego, ?e to chamska si?a, pomy?la?.  To  bardzo straszne, je?li przeciwko
tobie  jest  bezmy?lna,  ?wiÓska,  szczeciniasta  si?a  nie  poddajNoca  siË
niczemu, ani logice, ani emocjom... I Diany nie bËdzie...
     ZdrzemnNo? siË i znowu siË obudzi?, dlatego ?e pod otwartym oknem jacy?
g?o?no rozmawiali i r?eli niczym zwierzËta. Zatrzeszcza?y krzaki.
     - Nie  mogË ich sadzaÖ -  powiedzia? pijany g?os  policmajstra - nie ma
takiego prawa...
     - BËdzie - powiedzia? g?os Roschepera. - Jestem pos?em, czy nie?
     -  A czy jest takie prawo, ?eby  tu? za  miastem - rozsadnik  zarazy? -
zarycza? burmistrz.
     - BËdzie! - z uporem powiedzia? Roscheper.
     - Oni  nie sNo zarañliwi - zabecza? falsetem dyrektor gimnazjum.  - Mam
na my?li, ?e w sensie medycznym...
     - Ej, gimnazjum - powiedzia? Roscheper - nie zapomnij sobie rozpiNoÖ.
     -  A  czy jest  takie  prawo, ?eby rujnowaÖ uczciwych  ludzi? - ryknNo?
burmistrz. - ?eby rujnowaÖ, jest takie prawo?
     - A ja  ci mÕwiË,  ?e bËdzie! - powiedzia? Roscheper. -  Jestem pos?em,
czy nie? Czym by tu w nich rzuciÖ? - pomy?la? Wiktor.
     - Roscheper! -  powiedzia? policmajster. - Jeste? moim przyjacielem? Ja
ciË,  draniu,  na  rËkach nosi?em.  Ja ciË, draniu,  wybiera?em.  A teraz te
zarazy ?a?No po mie?cie, a ja nic nie mogË. Prawa takiego nie ma, rozumiesz?
     - BËdzie - powiedzia? Roscheper. - Ja ci mÕwiË, ?e bËdzie. W zwiNozku z
zatruciem atmosfery...
     - Moralnej! - wtrNoci? dyrektor gimnazjum - moralnej i etycznej.
     -  Co?...  W  zwiNozku  mÕwiË...  z  zatruciem  atmosfery  i  z  powodu
niedostatecznego  obrybienia  przylegajNocych  zbiornikÕw wodnych...  zarazË
zlikwidowaÖ i zorganizowaÖ w odleg?ym miejscu. Tak bËdzie dobrze?
     - Niech?e ciË uca?ujË - powiedzia? policmajster.
     - Zuch - powiedzia? burmistrz. - Masz ?eb. ToijaciË...
     -   Drobnostka  -  powiedzia?  Roscheper.   -  Dlamnie  to  g?upstwo...
Za?piewamy? Nie, nie mam ochoty. Chodñmy, wypijemy jeszcze po kielonku.
     - S?usznie. Po kielonku - i do domu.
     Znowu zaszele?ci?y krzaki, Roscheper powiedzia? ju? gdzie? daleko  "Ej,
gimnazjum  zapomnia?e?  sobie zapiNoÖ!" i  pod oknem  zapad?a cisza.  Wiktor
znowu zadrzema?, obejrza? jaki?  nieznaczNocy sen, a potem zadzwoni? dzwonek
telefonu.
     - Tak - powiedzia?a ochryp?e Diana. - Tak, to ja... - odkaszlnË?a. - To
nic, nic, s?ucham... Wszystko dobrze, moim zdaniem by? zadowolony... Co?
     Rozmawia?a  le?Noc w poprzek klatki piersiowej Wiktora i  nagle  poczu?
jak stË?a?o jej cia?o.
     -  Dziwne -  powiedzia?a.  - Dobrze, zaraz  zobaczË...  Tak...  Dobrze,
powiem  mu. Od?o?y?a s?uchawkË,  przelaz?a  przez Wiktora  i zapali?a nocnNo
lampkË.
     - Co siË sta?o? - sennie zapyta? Wiktor.
     - Nic. ?pij, ja zaraz wrÕcË.
     Przez  przymru?one powieki patrzy?,  jak  zbiera rozrzuconNo bieliznË i
jej twarz by?a taka powa?na, ?e siË zaniepokoi?. Szybko ubra?a siË i wysz?a,
po  drodze  ju?   obciNogajNoc   sukienkË.   Roscheper   zas?ab?,   pomy?la?
nas?uchujNoc.  Zachla? siË,  stary baran. W  ogromnym budynku  by?o cicho  i
Wiktor wyrañnie s?ysza?  kroki Diany  na korytarzu, ale posz?a nie  na prawo
jak  oczekiwa?,  tylko  na  lewo. Potem  skrzypnË?y drzwi  i  kroki ucich?y.
OdwrÕci? siË na bok i sprÕbowa? z powrotem zasnNoÖ, ale sen nie przychodzi?.
Zrozumia?,  ?e  czeka  na DianË  i nie  za?nie, pÕki ona nie wrÕci. Usiad? i
zapali?. Guz  na  karku znowu zaczNo? pulsowaÖ i Wiktor  siË skrzywi?. Diana
nie wraca?a.  Nie  wiadomo  dlaczego  przypomnia?  sobie  tancerza  z  orlim
profilem. A ten  co mañ tym wspÕlnego? - pomy?la? Wiktor. Artysta, ktÕry gra
innego  artystË,  ktÕry  gra trzeciego. Aha, wiËc to  o  to  chodzi,  tamten
wyszed? w?a?nie  z  lewej strony, stamtNod dokNod  posz?a  Diana. Doszed? do
podestu i przeistoczy? siË w ch?ystka. Najpierw gra? lwa salonowego, a potem
zaczNo? graÖ nonszalanckiego dandysa...  Wiktor znowu  zaczNo? nads?uchiwaÖ.
ZdumiewajNoco cicho, wszyscy ?piNo... kto? chrapie... Potem znowu skrzypnË?y
drzwi  i zaczË?y zbli?aÖ siË kroki. Wesz?a Diana i twarz  mia?a nadal bardzo
powa?nNo. Nic siË  nie skoÓczy?o,  przeciwnie. Diana podesz?a do  telefonu i
wykrËci?a numer.
     - Nie ma go - powiedzia?a. - Nie,  nie, wyszed?... Ja te?... - Nic  nie
szkodzi, co te? pan. Dobrej nocy.
     Od?o?y?a  s?uchawkË, chwilË sta?a patrzNoc  w ciemno?Ö za oknem a potem
usiad?a  na ?Õ?ku obok Wiktora. W rËku  trzyma?a  okrNog?No latarkË.  Wiktor
zapali?  papierosa  i  poda?  jej. Pali?a w  milczeniu  my?lNoc  o  czym? ze
skupieniem, a potem zapyta?a.
     - Kiedy zasnNo?e??
     - Nie wiem, trudno powiedzieÖ.
     - Ale ju? pomnie?
     - Tak.
     OdwrÕci?a siË do niego.
     - Nic nie s?ysza?e?? Jakiej? awantury, bÕjki?
     -  Nie  -  powiedzia?  Wiktor.  - Moim  zdaniem  wszystko  by?o  bardzo
spokojnie. Najpierw  ?piewali, potem Roscheper  z  kumplami odlewa? siË  pod
naszym oknem, a potem zasnNo?em. ZresztNo zamierzali ju? jechaÖ do domÕw.
     Diana wyrzuci?a papierosa za okno i wsta?a.
     - Ubieraj siË - powiedzia?a.
     Wiktor  u?miechnNo? siË i wyciNognNo?  rËkË  po slipy. S?ucham i jestem
pos?uszny, pomy?la?.  To  ?wietna rzecz - pos?uszeÓstwo. Tylko  nie trzeba o
nic pytaÖ. Zapyta?:
     - Pojedziemy, czy pÕjdziemy?
     - Co... Najpierw pÕjdziemy, a potem siË zobaczy.
     - Kto? zginNo??
     - Zdaje siË.
     - Roscheper?
     Nagle   poczu?   na   sobie  jej   spojrzenie.   Patrzy?a  na  niego  z
powNotpiewaniem. TrochË ju? ?a?owa?a, ?e zabiera go ze  sobNo. Pyta?a siebie
- a kto to w?a?ciwie taki, ?eby go ze sobNo zabieraÖ?
     - Jestem gotÕw - powiedzia? Wiktor.
     CiNogle jeszcze nie by?a pewna; w zadumie bawi?a siË latarkNo.
     - No dobra... w takim  razie chodñmy - powiedzia?a, nie ruszajNoc siË z
miejsca.
     - Mo?e oderwaÖ  nogË od krzes?a? - zaproponowa? Wiktor - albo powiedzmy
od ?Õ?ka... Diana ocknË?a siË.
     - .Nie.  Noga jest do  niczego.  - WysunË?a  szufladË  biurka i  wyjË?a
ogromny, czarny pistolet. - Masz - powiedzia?a. .
     Wiktor  w pierwszej  chwili  przerazi?  siË,  ale okaza?o  siË,  ?e  to
ma?okalibrowy sportowy pistolet i do tego bez magazynka.
     - Daj mi naboje - powiedzia?.
     Popatrzy?a na niego nic nie rozumiejNoc,  potem spojrza?a na pistolet i
powiedzia?a.
     - Nie. Naboje nie bËdNo ci potrzebne. Idziemy.
     Wiktor wzruszy?  ramionami i  wsunNo?  pistolet do kieszeni.  Zeszli do
westybulu  i  wyszli  przed  dom.  Mg?a  zrzed?a, siNopi?  wNot?y  deszczyk.
SamochodÕw  przed domem nie  by?o. Diana skrËci?a w alejkË miËdzy krzakami i
za?wieci?a  latarkNo.  Idiotyczna   sytuacja,  pomy?la?   Wiktor.   Okropnie
chcia?bym zapytaÖ, o co chodzi, a  zapytaÖ nie wolno. Dobrze by?oby wymy?leÖ
jak zapytaÖ. Jako?  tak  podchwytliwie.  Nie zapytaÖ - tylko  ot  tak  sobie
rzuciÖ  uwagË z  pytaniem w podtek?cie. Mo?e trzeba bËdzie siË biÖ? Nie chce
mi siË. Dzisiaj mi siË  nie chce. WalnË kolbNo. Od razu miËdzy oczy... a jak
tam mÕj guz? Guz by?  na miejscu i pobolewa?. Dziwne jednak?e sNo obowiNozki
siostry  mi?osierdzia w  tym sanatorium...  A przecie?  zawsze  uwa?a?em, ?e
Diana to kobieta tajemnicza. Od pierwszego spojrzenia i przez wszystkie piËÖ
dni... Co  za wilgoÖ, trzeba  by?o sobie golnNoÖ przed wyj?ciem.  Jak  tylko
wrÕcË, zaraz sobie golnË.."Dobry jestem, pomy?la?. ?adnych pytaÓ. S?ucham  i
jestem pos?uszny.
     Obeszli skrzyd?o budynku, przedarli siË przez krzaki bzu i znaleñli siË
przed ogrodzeniem. Diana  po?wieci?a. Jednego ?elaznego  prËta  w ogrodzeniu
brakowa?o.
     - Wiktor - powiedzia?a nieg?o?no Diana. - Teraz pÕjdziemy  ?cie?kNo. Ty
bËdziesz szed? z ty?u. Patrz pod nogi i ani kroku na bok. Zrozumia?e??
     - Zrozumia?em - pokornie powiedzia? Wiktor. - Krok w lewo, krok w prawo
- strzelam.
     Diana przelaz?a  pierwsza  i  po?wieci?a Wiktorowi. Potem  bardzo wolno
szli pod gÕrË. To by?o wschodnie zbocze wzgÕrza, na ktÕrym sta?o sanatorium.
WokÕ? szumia?y pod deszczem niewidzialne drzewa. Raz Diana siË po?lizgnË?a i
Wiktor ledwie zdNo?y?  z?apaÖ jNo  za  ramiona. Niecierpliwie  wyrwa?a siË i
sz?a  dalej. Co chwila powtarza?a: "Patrz pod nogi... Trzymaj  siË za mnNo".
Wiktor pos?usznie patrzy?  w dÕ? na nogi Diany migajNoce w niepewnym, jasnym
krËgu.  PoczNotkowo wciNo?  oczekiwa?  ciosu w potylicË, prosto w  guz, albo
czego? w tym rodzaju, ale potem zdecydowa? - raczej  nie. Nic do niczego nie
pasowa?o.  Po  prostu, najpewniej zwia? jaki?  ?wir - na przyk?ad  Roscheper
dosta?  delirium  tremens  i  trzeba  go  bËdzie  doprowadziÖ  z   powrotem,
terroryzujNoc nie nabitym pistoletem...
     Diana nagle przystanË?a i co? powiedzia?a, ale jej s?owa nie dotar?y do
?wiadomo?ci Wiktora, poniewa?  nieomal w tej  samej sekundzie  zobaczy? obok
?cie?ki czyje? b?yszczNoce oczy, nieruchome, ogromne, patrzNoce uwa?nie spod
mokrego, wypuk?ego czo?a - tylko  czo?o i oczy, i  nic wiËcej, ani warg, ani
nosa,  ani  cia?a  -  nic.  Wilgotna  mokra  ciemno?Ö  i  w  krËgu ?wiat?a -
b?yszczNoce oczy i nienaturalnie bia?e czo?o.
     -  ?cierwa  -   powiedzia?a  Diana  ?ci?niËtym  g?osem.  -  Wiedzia?am.
ZezwierzËcone ?cierwa.
     Pad?a na kolana, promieÓ  latarki ze?lizgnNo? siË wzd?u? czarnego cia?a
i Wiktor zobaczy? jakie? l?niNoce pÕ?koliste  ?elazo, ?aÓcuch  w  trawie,  a
Diana  rozkaza?a "Szybciej  Wiktor", a on  przysiad?  obok niej na  piËty  i
dopiero wtedy zrozumia?,  ?e  to potrzask, a w  potrzasku - noga  cz?owieka.
OburNocz wczepi? siË w ?elazne  szczËki, sprÕbowa? rozerwaÖ je, podda?y  siË
ledwie,   ledwie  i  znowu  zatrzasnË?y.  "Idiota!  -  krzyknË?a   Diana.  -
Pistoletem!"  ZacisnNo?  zËby,  z?apa?  wygodniej, napiNo?  musku?y tak,  ?e
zachrzË?ci?o i szczËki siË rozwar?y. "WyciNogaj" - powiedzia? ochryple. Noga
znik?a,  ?elazne pÕ?kola znowu siË  zwar?y i  zacisnË?y mu palce. "Potrzymaj
latarkË"  - powiedzia?a Diana.  "Nie  mogË  - odpowiedzia?. - Z?apa?em  siË.
Wyjmij z kieszeni pistolet..." Diana zaklË?a, wsadzi?a mu rËkË  do kieszeni.
Wiktor znowu  otworzy?  potrzask,  Diana  wstawi?a  kolbË  pistoletu  miËdzy
szczËki i wtedy siË uwolni?.
     - Potrzymaj latarkË - powtÕrzy?a Diana - a ja zobaczË co z nogNo.
     -  Ko?Ö  jest zgruchotana  -  powiedzia? z  ciemno?ci  napiËty g?os.  -
Zanie?cie mnie do sanatorium i wezwijcie samochÕd.
     - S?usznie - powiedzia?a Diana. - Wiktor, daj mi latarkË i podnie? go.
     Po?wieci?a.  Cz?owiek siedzia?  na  tym  samym miejscu  oparty  o  pieÓ
drzewa. DolnNo po?owË  jego twarzy  zas?ania?a czarna  przepaska. Okularnik,
pomy?la? Wiktor. Mokrzak. SkNod on siË tutaj wziNo??
     - Bierz go - niecierpliwie powiedzia?a Diana. - Na plecy.
     - Zaraz -  odpowiedzia?.  Przypomnia?  sobie  ?Õ?te  krËgi  wokÕ? oczu.
?o?Nodek  podszed? mu  do  gard?a. - Zaraz... -  przysiad?  obok  mokrzaka i
odwrÕci? siË do niego plecami - proszË mnie objNoÖ za szyjË - powiedzia?.
     Mokrzak okaza? siË  chudy i lekki. Nie rusza? siË  i  nawet mo?na  by?o
sNodziÖ, ?e nie oddycha. Nie  jËcza?, kiedy  Wiktor siË po?lizgnNo?, ale  za
ka?dym razem jego cia?em wstrzNosa? skurcz.  ?cie?ka  by?a znacznie bardziej
stroma  ni? Wiktor przypuszcza?  i  kiedy  dotarli do ogrodzenia by?  nieñle
zasapany. Trudno by?o  przecisnNoÖ mokrzaka przez dziurË  w  ogrodzeniu, ale
ostatecznie i z tym dali sobie radË.
     - DokNod go teraz? - zapyta? Wiktor, kiedy podeszli do wej?cia.
     - Na razie do holu - odpowiedzia?a Diana.
     - Nie  trzeba  - tym samym pe?nym wysi?ku  g?osem powiedzia? mokrzak. -
Zostawcie mnie tutaj.
     - Przecie? pada deszcz - zdziwi? siË Wiktor.
     - Niech pan tyle nie gada - powiedzia? mokrzak. - ZostajË tutaj.
     Wiktor zmilcza? i zaczai wchodziÖ po stopniach.
     - Zostaw go - po wiedzia? a Diana. Wiktor zatrzyma? siË.
     - Co do diab?a - powiedzia? - przecie? pada deszcz.
     - Niech  pan siË nie  wyg?upia - powiedzia? mokrzak.  -  ProszË mnie...
zostawiÖ tu... Wiktor bez s?owa, przeskakujNoc przez trzy stopnie,  podszed?
do drzwi i wszed? do holu.
     - Kretyn - cicho powiedzia? mokrzak i g?owa opad?a mu na ramiË Wiktora.
     - Ba?wan - powiedzia?a Diana doganiajNoc Wiktora i ?apiNoc go za rËkaw.
-  Zabijesz   go,  idioto!  Natychmiast  wynie?  go  i   po?Õ?  na  deszczu!
Natychmiast, s?yszysz? No, czego stoisz? .
     - Wszyscy?cie tu powariowali - z gniewnym zdumieniem powiedzia? Wiktor.
     ZawrÕci?, kopnNo? drzwi nogNo i wyszed?  przed dom.  Deszcz jakby tylko
na to czeka?. Dopiero co siNopi? leniwie, a teraz  nagle lunNo? jak z cebra.
Mokrzak jËknNo? cichutko, podniÕs? g?owË i nagle zaczNo? szybko,
     szybko   oddychaÖ  jak  po   biegu.   Wiktor  wciNo?  jeszcze  zwleka?,
instynktownie rozglNodajNoc siË w poszukiwaniu jakiej? os?ony.
     - Niech mnie pan po?o?y - powiedzia? mokrzak.
     - W ka?u?Ë? - gorzko i jadowicie zapyta? Wiktor.
     - To bez znaczenia... niech pan k?adzie.
     Wiktor ostro?nie  po?o?y?  go na ceramiczne kafelki  przed wej?ciem,  a
mokrzak od  razu wyciNognNo?  siË i rozkrzy?owa?  rËce. Jego prawa noga by?a
nienaturalnie wykrËcona, ogonfne  czo?o w ?wietle nocnej lampy  wydawa?o siË
sinawobia?e. Wiktor usiad? obok na  schodku.  Mia? ogromnNo ochotË wrÕciÖ do
holu, ale  to by?o niemo?liwe  -  zostawiÖ  rannego  na  deszczu,  a  Samemu
schroniÖ siË w cieple.  Ile razy nazwano mnie dzisiaj  g?upcem?  - pomy?la?,
ocierajNoc twarz  d?oniNo.  Oj. du?o razy.  I zdaje siË, jest w  tym  trochË
prawdy,  poniewa? g?upiec,  czyli  ba?wan,  a tak?e kretyn i  tak  dalej, to
ignorant  upierajNocy  siË  przy swojej  ignorancji.  A  przecie?,  jak Boga
kocham, jest mu lepiej na deszczu! Nawet oczy otworzy? i wcale nie sNo takie
straszne... Mokrzak, pomy?la?. Tak, w?a?ciwie raczej mokrzak ni?  okularnik.
Ale jak te? trafi? w ten potrzask? Spotykam dzisiaj drugiego mokrzaka i obaj
majNo k?opoty. Oni majNo k?opoty, i ja mam przez nich k?opoty...
     W holu Diana rozmawia?a przez telefon. Wiktor przys?ucha? siË:
     -  Noga!...  Tak,  zgruchotane  ko?ci... Dobrze...  W  porzNodku... Jak
najszybciej, czekamy.
     Przez szklane drzwi Wiktor  zobaczy?, ?e odwiesi?a s?uchawkË i pobieg?a
schodami na gÕrË. ZaczË?y siË jakie? nieprzyjemno?ci  z mokrzakami  w naszym
mie?cie.  Co?  siË  wokÕ?  nich  dzieje.  Jakby   nagle  zaczËli   wszystkim
przeszkadzaÖ, nawet  dyrektorowi gimnazjum.  Nawet  Loli, przypomnia?  sobie
nagle.  Zdaje  siË, ?e te? co?  o nich wspomnia?a...  Spojrza?  na mokrzaka.
Mokrzak patrzy? na niego.
     - Jak pan siË czuje? - zapyta? Wiktor. Mokrzak milcza?.
     -  Mo?e panu czego? trzeba?  - zapyta? Wiktor podnoszNoc g?os. - TrochË
d?inu?
     - Niech pan siË nie drze - powiedzia? mokrzak. - S?yszË.
     - Boli? - zapyta? Wiktor wspÕ?czujNoco.
     - A jak pan my?li?
     WyjNotkowo nieprzyjemny cz?owiek, pomy?la? Wiktor. ZresztNo BÕg z nim -
widzË go po raz pierwszy i ostatni. A teraz go boli...
     -  To  nic... -  rzek?. -  Jeszcze tylko  kilka minut.  Zaraz  po  pana
przyjadNo.
     Mokrzak nic nie odpowiedzia?,  jego czo?o  pokry?y  bruzdy,  przymknNo?
oczy.  Przypomina? teraz  trupa - p?aski, nieruchomy  pod ulewnym  deszczem.
Wybieg?a Diana z lekarskNo walizeczkNo, przysiad?a obok  i zaczË?a co? robiÖ
z   poharatanNo  nogNo.  Mokrzak  cicho  krzyknNo?,  ale  Diana  nie  mÕwi?a
uspokajajNocych s?Õw jak zwykle  w takich wypadkach  lekarze.  "PomÕc ci?" -
zapyta?  Wiktor. Diana  nie odpowiedzia?a. Wsta?, wtedy  Diana  nie unoszNoc
g?owy powiedzia?a: "Poczekaj, nie odchodñ".
     - Nigdzie nie idË - odpar? Wiktor. Patrzy? jak zrËcznie zak?ada szynË.
     - BËdziesz jeszcze potrzebny - powiedzia?a Diana.
     - Nigdzie nie idË, - powtÕrzy? Wiktor.
     Potem gdzie? za zas?onNo deszczu zawarcza? silnik, b?ysnË?y reflektory.
Wiktor zobaczy?  jeepa,  ktÕry ostro?nie skrËca? w bramË.  Jeep podjecha? do
wej?cia i  niezgrabnie  wy?adowa? siË z niego  Jul Golem w swoim niezgrabnym
p?aszczu.  Wszed? po  schodkach, pochyli? siË nad mokrzakiem i  wziNo? go za
rËkË. Mokrzak powiedzia? g?ucho:
     - ?adnych zastrzykÕw.
     -  Dobra  - powiedzia?  Golem  i spojrza?  na Wiktora.  - Niech go  pan
podniesie.
     Wiktor wziNo? mokrzaka na rËce i zaniÕs? go  do jeepa. Golem wyprzedzi?
go, otworzy? drzwi i wsiad? do ?rodka.
     - Niech pan go  daj e  tutaj - powiedzia? z ciemno?ci. - Nie, nogami do
przodu... ?mielej... PrzytrzymaÖ za ramiona...
     Sapa?  i krzNota? siË  w samochodzie.  Mokrzak znowu  krzyknNo? i Golem
powiedzia? co?  niezrozumia?ego,  co? w  rodzaju "Sze?Ö  kNotÕw  na szyi..."
Potem zatrzasnNo? drzwi i siadajNoc przy kierownicy, zapyta? DianË:
     - Dzwoni?a? do nich?
     - Nie - powiedzia?a Diana. - ZadzwoniÖ?
     - Teraz  ju?  nie  warto  -  powiedzia?  Golem -  bo  inaczej  wszystko
zatuszujNo. Do widzenia. Jeep ruszy?, objecha? klomb i odjecha? alejNo.
     - No, to idziemy - powiedzia?a Diana.
     - P?yniemy - poprawi? jNo  Wiktor. Teraz, kiedy wszystko siË skoÓczy?o,
nie czu? nic oprÕcz irytacji. W holu Diana wziË?a go pod rËkË.
     - To  nic  - powiedzia?a  - zaraz  przebierzesz  siË  w  suche ubranie,
strzelisz sobie kielicha i wszystko bËdzie dobrze.
     - Jestem przemoczony jak pies - gniewnie poskar?y? siË Wiktor. - A poza
tym, mo?e wreszcie wyt?umaczysz mi, co siË tu sta?o?
     Diana westchnË?a ze znu?eniem.
     - Nic szczegÕlnego siË nie sta?o. Nie trzeba by?o zapominaÖ latarki.
     - A te potrzaski na drodze - to u was na porzNodku dziennym?
     - Burmistrz je stawia, kanalia...
     Weszli na pierwsze piËtro i szli teraz korytarzem.
     -  Zwariowa??  - zapyta? Wiktor.  - To przecie? kryminalna sprawa.  Czy
mo?e naprawdË oszala??
     -  Nie.  To zwyk?a kanalia i  nienawidzi  mokrzakÕw. Jak  zresztNo ca?e
miasto.
     - To ju? zauwa?y?em. My  ich  te?  nie lubimy, ale potrzaski... A co im
mokrzaki zrobi?y?
     -  Przecie? trzeba kogo? nienawidziÖ  - powiedzia?a Diana. -  W jednych
miejscach nienawidzNo ?ydÕw, gdzie indziej - MurzynÕw, a u nas - mokrzakÕw.
     Zatrzymali  siË  przed  drzwiami,  Diana  przekrËci?a  klucz,  wesz?a i
zapali?a ?wiat?o.
     - Poczekaj -  powiedzia?  Wiktor  rozglNodajNoc siË. - Gdzie?  ty  mnie
przyprowadzi?a?
     - To laboratorium - odpowiedzia?a Diana. - Ja zaraz...
     Wiktor zosta? w drzwiach i patrzy? jak Diana chodzi po  ogromnym pokoju
i zamyka okna. Pod oknami ciemnia?y ka?u?e.
     - A co on tam robi? w nocy? - zapyta? Wiktor.
     - Gdzie? - zapyta?a Diana nie odwracajNoc siË.
     - Na ?cie?ce... Przecie? wiedzia?a?, ?e on tu jest?
     - No,  bo  wiesz  - powiedzia?a - w leprozorium  jest  nie  najlepiej z
lekarstwami. Czasami przychodzNo ,do nas i proszNo...
     ZamknË?a ostatnie okno, przespacerowa?a siË po laboratorium oglNodajNoc
sto?y zastawione aparaturNo, chemicznymi kolbami i retortami.
     - Wszystko to jest  obrzydliwe -  powiedzia? Wiktor. - Co  to za  kraj!
Gdzie siË cz?owiek ruszy - wszËdzie jakie? ?wiÓstwa... Chodñmy, bo zmarz?em.
     - Zaraz - powiedzia?a Diana.
     ZdjË?a ze sto?u jakie? ciemne mËskie ubranie i potrzNosnË?a nim. By? to
ciemny, wieczorowy  garnitur.  Starannie powiesi?a  go w  szafie na  ubrania
robocze.  SkNod  tu  garnitur? -  pomy?la? Wiktor.  I  do  tego taki znajomy
garnitur...
     - No tak  - powiedzia?a Diana - ty jak chcesz, ale  ja  zaraz w?a?Ë  do
gorNocej wanny.
     - Pos?uchaj Diano - powiedzia? ostro?nie Wiktor. - Kto to by?  ten... z
takim nosem... ?Õ?ty na twarzy? Z ktÕrym taÓczy?a?...
     Diana wziË?a go za rËkË.
     - Widzisz  - odpowiedzia?a  po  chwili milczenia - to mÕj mNo?,  ...MÕj
by?y mNo?.

     *

     Dawno  nie  widzia?em  pana w mie?cie -  powiedzia?  Pawor zakatarzonym
g?osem. Nie tak znowu dawno - powiedzia? Wiktor  - wszystkiego dwa dni temu.
Mo?na siË do was przysiNo?Ö, czy wolicie byÖ sami? - .zapyta? Pawor.
     - Niech pan siada - powiedzia?a uprzejmie Diana.
     Pawor usiad?  naprzeciw niej i krzyknNo?:  "Kelner,  podwÕjny  koniak!"
Zmierzcha?o siË, portier zaciNoga? story na oknach. Wiktor zapali? stojNocNo
lampË.
     - Jestem zachwycony pani wyglNodem - Pawor zwrÕci? siË do Diany - ?yÖ w
takim klimacie  i zachowaÖ tak wspania?No cerË... - kichnNo?. - Przepraszam.
Te deszcze mnie wykoÓcza... - Jak siË pracuje? - zapyta? Wiktora.
     - Kiepsko. Nie mogË pracowaÖ, kiedy jest pochmurno - wciNo? mam  ochotË
czego? siË napiÖ.
     - Co za skandal wywo?a? pan u policmajstra? - zapyta? Pawor.
     - A tam, g?upstwo - odpowiedzia? Wiktor. - Szuka?em sprawiedliwo?ci.
     - Ale co siË sta?o?
     -  Ten  bydlak  burmistrz  zastawia potrzaski na mokrzakÕw.  Jeden  siË
z?apa?, zmia?d?y?o mu nogË.  Zabra?em ten potrzask,  poszed?em na  policjË i
za?Noda?em dochodzenia.
     - Tak - powiedzia? Pawor. - I co dalej?
     -  W  tym  mie?cie  sNo  dziwne   prawa.   Poniewa?  nie  by?o  wniosku
poszkodowanego,  uwa?a   siË,   ?e   nie  by?o  tak?e   przestËpstwa,  tylko
nieszczË?liwy  wypadek,  ktÕremu   nikt   nie   jest   winien  z  wyjNotkiem
poszkodowanego. Powiedzia?em  policmajstrowi,  ?e przyjmË to do wiadomo?ci i
wtedy on oznajmi? mi, ?e jest to groñba i na tym siË rozstali?my. t
     - A gdzie to siË sta?o? - zapyta? Pawor.
     - Niedaleko sanatorium.
     - Niedaleko sanatorium? Czego szuka? mokrzak ko?o sanatorium?
     - To nikogo nie powinno obchodziÖ - ostro powiedzia?a Diana.
     - Oczywi?cie  - odpar? Pawor. - Ja siË tylko zdziwi?em -  skrzywi? siË,
zmru?y? oczy i dñwiËcznie kichnNo?. - O do diab?a - rzek?. - Przepraszam.
     Wsadzi? rËkË do kieszeni i wyciNognNo? ogromnNo  chustkË do nosa. Co? z
ha?asem  upadk)  na  pod?ogË.  Wiktor nachyli?  siË. To  by? kastet.  Wiktor
podniÕs? go i poda? Faworowi.
     - I po co pan to nosi przy sobie? - zapyta?.
     Pawor  z  twarzNo  ukrytNo  w  chustce   do   nosa  patrzy?  na  kastet
zaczerwienionymi oczami.
     - To wszystko przez pana - powiedzia? zduszonym g?osem i wydmucha? nos.
- To pan mnie przestraszy? swojNo  opowie?ciNo... A tak przy okazji,  ludzie
powiadajNo,  ?e  grasuje tu jaka?  miejscowa  banda. Ni to  bandyci,  ni  to
chuligani. A ja, wie pan, nie lubiË, kiedy mnie bijNo.
     - A czËsto pana bijNo? - zapyta?a Diana.
     Wiktor spojrza? na niNo.  Siedzia?a w  fotelu za?o?ywszy nogË na nogË i
pali?a  papierosa  nie  patrzNoc na  nikogo. Biedny  Pawor, pomy?la? Wiktor.
Zaraz  co?  us?yszy...  WyciNognNo?  rËkË  i  obciNognNo?  spÕdnicË  na  jej
kolanach.
     -  Mnie? -  zapyta? Pawor.  - Czy?bym wyglNoda? na  cz?owieka,  ktÕrego
czËsto bijNo? To trzeba poprawiÖ. Kelner, jeszcze  raz podwÕjny koniak! Tak,
a wiËc nastËpnego dnia poszed?em do warsztatu ?lusarskiego i raz dwa zrobili
mi  tË zabawkË... - z zadowoleniem obejrza?  kastet. - Niez?a  rzecz,  nawet
Golemowi siË spodoba?a...
     - Nadal nie wpuszczajNo pana do leprozorium? - zapyta? Wiktor.
     - Nie. Nie  wpuszczajNo i jak  nale?y sNodziÖ,  nie wpuszczNo. W ka?dym
razie ju? w to nie wierzË. Napisa?em skargi do trzech departamentÕw, a teraz
siedzË i piszË sprawozdanie. Na jakNo sumË leprozorium  otrzyma?o w minionym
roku  kalesony. Oddzielnie dla kobiet,  oddzielnie  dla mË?czyzn.  Diabelnie
pasjonujNoce.
     - Niech pan napisze, ?e im brakuje lekarstw - poradzi? Wiktor. Pawor ze
zdziwieniem uniÕs? brwi, a Diana powiedzia?a leniwie.
     - Lepiej niech pan zostawi tË swojNo pisaninË i zamiast tego napije siË
grzanego wina i po?o?y do ?Õ?ka.
     -  Zrozumia?em  aluzjË  -  powiedzia? Pawor z  westchnieniem.  - Trzeba
bËdzie  i?Ö... Czy pan wie,  w ktÕrym numerze mieszkam? - zapyta? Wiktora. -
Wpad?by pan kiedy?.
     -  W  dwie?cie  dwudziestym  trzecim  -  powiedzia?  Wiktor.  - Z ca?No
pewno?ciNo.
     -  Do  widzenia  -  powiedzia?  Pawor  wstajNoc.  -  ?yczË  przyjemnego
wieczoru.
     Oboje patrzyli jak podszed? do baru, wziNo?  butelkË czerwonego wina  i
skierowa? siË do wyj?cia.
     - Masz za d?ugi jËzyk - powiedzia?a Diana.
     -  Tak - zgodzi? siË  Wiktor. - Moja wina. Rozumiesz, on mi siË w jaki?
sposÕb podoba.
     - A mnie nie - powiedzia?a Diana.
     - I doktorowi R. Kwadrydze - te? nie. Ciekawe dlaczego?
     - Ma wstrËtny pysk -  odpowiedzia?a  Diana.  - Blond bestia.  Znam  ten
gatunek. Prawdziwi mË?czyñni. Bez czci i wiary. Atamani g?upcÕw.
     - Masz ci los - zdziwi? siË Wiktor. - A ja my?la?em, ?e  tacy mË?czyñni
powinni ci siË podobaÖ.
     -  Teraz ju?  nie ma  mË?czyzn -  zaprzeczy?a Diana.  - Teraz sNo  albo
faszy?ci, albo baby.
     - A ja? - zapyta? Wiktor z zaciekawieniem.
     -  Ty?  Ty  za  bardzo  lubisz  marynowane  minogi.  I  jednocze?nie  -
sprawiedliwo?Ö.
     - Racja. Ale moim zdaniem to ca?kiem nieñle.
     - Nie najgorzej. Ale gdyby? musia? wybieraÖ, wybra?by? minogi, a to ju?
niedobrze. PoszczË?ci?o ci siË, ?e masz talent.
     - Co? ty dzisiaj taka z?a? - zapyta? Wiktor.
     - A ja w ogÕle jestem z?a. Ty masz talent, a  ja -  z?o?Ö. Je?eli tobie
odebraÖ talent, a mnie z?o?Ö to pozostanNo dwa kopulujNoce ze sobNo zera.
     -  Zero  zeru  nierÕwne  -  zauwa?y?  Wiktor.  -  Ty  nawet  jako  zero
wyglNoda?aby? nieñle  -  przystojne, ?wietnie zbudowane  zero.  A poza  tym,
gdyby ci odebraÖ twojNo  z?o?Ö, staniesz  siË dobra, co w koÓcu te? nie jest
najgorsze...
     - Je?li odebraÖ mi  z?o?Ö, to stanË siË meduzNo. ?ebym sta?a siË dobra,
nale?a?oby zastNopiÖ z?o?Ö dobrociNo.
     -  Zabawne  -  powiedzia?   Wiktor  -  przewa?nie  kobiety  nie  lubiNo
dyskutowaÖ. Ale kiedy ju? zaczynajNo, stajNo siË zdumiewajNoco kategoryczne.
SkNod ci siË w?a?ciwie wziË?o, ?e jeste? wy?Nocznie  z?a i ani trochË dobra.
Tak  nigdy  nie  jest.  Masz  w  sobie dobroÖ,  tylko ?e jej nie widaÖ spoza
z?o?ci.  W  ka?dym  cz?owieku  jest wszystkiego po  trochu,  a  ?ycie z  tej
mieszaniny wyciska na wierzch to albo tamto...
     Na  salË  wtoczy?o siË  towarzystwo m?odych ludzi jod razu  zrobi?o siË
g?o?niej.  M?odzi  ludzie  zachowywali  siË  do?Ö  swobodnie  -  nawymy?lali
kelnerowi, pogonili go  po piwo,  sami  obsiedli  stolik  w odleg?ym kNocie,
zaczËli g?o?no rozmawiaÖ i ?miaÖ  siË na ca?e gard?o. Ogromny drab o grubych
wargach i rumianych  policzkach  pstrykajNoc palcami skierowa? siË tanecznym
krokiem do baru. Teddy co?  mu poda? i  drab odstawiajNoc ma?y  palec  ujNo?
dwoma  palcami  kieliszek, odwrÕci?  siË  plecami do  lady, opar? siË o niNo
?okciami, skrzy?owa? nogi i zwyciËsko rozejrza? siË  po  pustej sali. "Witam
DianË! - wrzasnNo?. - Co s?ychaÖ?" Diana u?miechnË?a siË do niego obojËtnie.
     - Co to za cudo? - zapyta? Wiktor.
     - Niejaki Flamen Juventa - odpowiedzia?a Dina. - Bratanek policmajstra.
     - Gdzie? go ju? widzia?em - powiedzia? Wiktor.
     - Do diab?a z  nim - niecierpliwie powiedzia?a Diana. -  Wszyscy ludzie
to meduzy i niczego w nich takiego nie ma. Z rzadka trafiajNo siË prawdziwi,
tacy ktÕrzy majNo co?  w?asnego - dobroÖ, talent, z?o?Ö... ale  je?li  im to
zabraÖ, nic  z nich nie pozostanie, zostanNo  meduzami  jak wszyscy. Ty, mam
wra?enie  wyobrazi?e?  sobie,  ?e  podoba  mi  siË twoje  umi?owanie minÕg i
sprawiedliwo?ci?  Zawracanie  g?owy! Masz talent,  masz swoje ksiNo?ki, masz
s?awË, ale  je?li chodzi  o resztË, to jeste? taki sam jaskiniowy niedorajda
jak wszyscy.
     - To, co teraz mÕwisz -  oznajmi? Wiktor - jest tak  bardzo nies?uszne,
?e nawet  nie czujË siË ura?ony. Ale mÕw dalej, bardzo interesujNoco zmienia
ci siË wyraz twarzy, kiedy mÕwisz -  zapali?  papierosa i  poda?  jej. - MÕw
dalej.
     -  Meduzy  -  powiedzia?a  Diana  gorzko.  - O?lizg?e,  g?upie  meduzy.
Kot?ujNo  siË,  pe?zajNo, strzelajNo,  same nie wiedzNo czego chcNo, nic nie
umiejNo, niczego naprawdË nie kochajNo... jak robaki w wychodku...
     - To  nieprzyzwoite  -  powiedzia?  Wiktor.  Obraz  niewNotpliwie  jest
wypuk?y, ale zdecydowanie nieprzyzwoity. I w  ogÕle  to sNo  bana?y,  Diano,
moja  najmilsza,  nie  jeste?  my?licielem.  W  ubieg?ym  wieku,  gdzie?  na
prowincji mo?e by to nieñle wyglNoda?o... w ka?dym  razie towarzystwo by?oby
rozkosznie zaszokowane, a bladzi m?odzieÓcy o gorejNocych oczach ?aziliby za
tobNo jak psy. Ale dzisiaj to sNo rzeczy oczywiste. Dzisiaj wszyscy wiedzNo,
czym jest cz?owiek. Co z tym cz?owiekiem robiÖ - oto na czym polega problem.
ZresztNo te? przewa?kowany do znudzenia.
     - A co robiNo z meduzami?
     - Kto? Meduzy?
     - My.
     - O ile wiem - nic. Zdaje siË, ?e robiNo z nich konserwy.
     - No i bardzo dobrze - powiedzia?a Diana. - Czy ty co? zdzia?a?e? przez
ten czas?
     -   No  a  jak!  Napisa?em  potwornie   wzruszajNocy  list  do  swojego
przyjaciela Roc-Tusowa. Je?li po tym li?cie  nie za?atwi pensji dla Irmy, to
znaczy, ?e jestem ju? do niczego!
     - I to wszystko?
     - Tak - powiedzia? Wiktor. - Ca?No resztË wyrzuci?em.
     - O Bo?e  - powiedzia?a Diana. - A ja  opiekowa?am siË tobNo,  stara?am
siË nie przeszkadzaÖ, odgania?am Roschepera...
     - KNopa?a? mnie w wannie - przypomnia? Wiktor.
     - KNopa?am w wannie, poi?am kawNo...
     - Poczekaj - powiedzia?  Wiktor  -  ale przecie? ja te?  kNopa?em ciË w
wannie...
     - Wszystko jedno.
     - Jak to wszystko  jedno? My?lisz, ?e ?atwo pracowaÖ, kiedy siË  ciebie
kNopie  w wannie? Opisa?em sze?Ö  wariantÕw tego procesu, wszystkie  sNo  do
niczego.
     - Daj przeczytaÖ.
     - Tylko dla mË?czyzn - powiedzia? Wiktor. - Poza tym wyrzuci?em je, czy
ci  nie  powiedzia?em?  I  w  ogÕle  by?o w  nich  tak  ma?o  patriotyzmu  i
?wiadomo?ci  narodowej,  ?e  tak  czy inaczej  nikomu  nie mo?na by?oby  ich
pokazaÖ.
     -  Powiedz,  jak  ty  to  robisz -  najpierw piszesz, a  dopiero  potem
wstawiasz ?wiadomo?Ö narodowNo?
     - Nie  - odpowiedzia?  Wiktor. - Na  poczNotek nasiNokam  ?wiadomo?ciNo
narodowNo  do g?Ëbi duszy: czytam  przemÕwienie pana prezydenta, wykuwam  na
pamiËÖ  eposy bohaterskie, uczËszczam na zebrania patriotyczne. Potem, kiedy
zaczynam rzygaÖ  -  kiedy ju?  mnie nie mdli,  tylko  rzygam - biorË  siË do
dzie?a... Wiesz, porozmawiajmy  lepiej o czym?  innym. Na przyk?ad o tym, co
bËdziemy robili jutro.
     - Jutro masz spotkanie z gimnazjalistami.
     - To pÕjdzie szybko. A potem?
     Diana  nie  odpowiedzia?a.  Patrzy?a na  niego.  Wiktor  odwrÕci?  siË.
Zbli?a? siË  do  nich mokrzak - w  ca?ej swojej  krasie  -  czarny, mokry, z
przepaskNo na twarzy.
     - DzieÓ dobry - przywita? siË z DianNo. - Golem jeszcze nie wrÕci??
     Twarz Diany  wstrzNosnË?a Wiktorem. Jak na starym obrazie. Nawet nie na
portrecie  - na ikonie. Dziwna nieruchomo?Ö rysÕw,  i ju? nie wiesz - czy to
zamys?   mistrza  czy  bezradno?Ö  rzezimieszka.  Diana  nie  odpowiedzia?a.
Milcza?a  i mokrzak rÕwnie? patrzy?  na niNo w milczeniu,  i  nie by?o w tym
milczeniu  ?adnej  niezrËczno?ci  -  oni  po  prostu byli razem, a  Wiktor i
wszyscy pozostali byli oddzielnie. Wiktorowi bardzo siË to nie podoba?o.
     - Golem zapewne zaraz przyjdzie - powiedzia? g?o?no.
     - Tak - powiedzia?a Diana. - ProszË, niech pan usiNodzie i zaczeka.
     Jej  g?os  by?  zwyczajny  i  u?miecha?a   siË  do  mokrzaka  obojËtnym
u?miechem.  Wszystko  by?o  jak zwykle  -  Wiktor  by? z  DianNo, a  wszyscy
pozostali byli osobno.
     -  ProszË  -  weso?o  powiedzia? Wiktor wskazujNoc na  fotel doktora R.
Kwadrygi.
     Mokrzak   usiad?,   po?o?y?  na   kolanach   obie  d?onie  w   czarnych
rËkawiczkach. Wiktor  nala? mu  koniaku. Mokrzak wprawnym i niedba?ym gestem
wziNo? kieliszek, zako?ysa? nim jakby sprawdzajNoc wagË i odstawi? na stÕ?.
     - Mam nadziejË, ?e pani nie zapomnia?a? - powiedzia? do Diany.
     -  Tak - powiedzia?a  Diana. - Tak. Zaraz przyniosË.  Wiktorze, daj  mi
klucz do pokoju, za chwilË wrÕcË.
     WziË?a klucz i szybko posz?a do wyj?cia. Wiktor zapali? papierosa. Co z
tobNo przyjacielu, powiedzia? do  siebie. Jako?  za  du?o ci  siË  zwiduje w
ostatnich  czasach.  Jaki?  taki przeczulony siË zrobi?e?  i  nadwra?liwy...
Zazdrosny. I niepotrzebnie. Ciebie to  w ogÕle nie dotyczy - ci wszyscy byli
mË?owie, te wszystkie dziwne  znajomo?ci... Diana - to Diana,  a ty - to ty.
Roscheper  jest  impotentem?  Impotentem.  I  to  ci  powinno  wystarczyÖ...
Wiedzia?,  ?e to wszystko nie jest takie  proste, ?e  ju? po?knNo? truciznË,
ale powiedzia? sobie - wystarczy. Na dzisiaj, na teraz, na chwilË -  i uda?o
mu siË przekonaÖ siebie, ?e naprawdË wystarczy.
     Naprzeciw siedzia? mokrzak nieruchomy i straszny jak manekin. CiNognË?o
od  niego  wilgociNo  i jeszcze  czym? jakby  medycznym.  Czy  mog?em  sobie
wyobraziÖ,  ?e  bËdË  kiedy?  siedzia? z  mokrzakiem  w knajpie przy  jednym
stoliku? Jednak postËp, ch?opcy, nastËpuje  powoli. Albo te? my stali?my siË
tacy  wszystko  - ?erni i wreszcie do nas dotar?o,  ?e  wszyscy  ludzie  sNo
braÖmi? Ludzko?ci,  moja przyjaciÕ?ko, jestem z ciebie  dumny... A czy  pan,
mÕj drogi, wyda?by swojNo cÕrkË za mokrzaka?...
     - Nazywam siË Baniew  - przedstawi? siË Wiktor i zapyta?. - Jak zdrowie
tego... rannego? Tego, ktÕry wpad? w potrzask?
     Mokrzak szybko odwrÕci? ku niemu twarz.  Patrzy jak  z okopu,  pomy?la?
Wiktor.
     - ZadowalajNoco - odpowiedzia? sucho mokrzak.
     - Na jego miejscu zawiadomi?bym policjË.
     - To nie ma sensu - powiedzia? mokrzak.
     - A  dlaczego?  -  zapyta?  Wiktor.  - Niekoniecznie  musi  zg?aszaÖ na
miejscowej policji, mo?na zwrÕciÖ siË do okrËgowej...
     - Nam to niepotrzebne. Wiktor wzruszy? ramionami.
     -   Ka?de  przestËpstwo,   ktÕre   pozostaje   bezkarne,   rodzi   nowe
przestËpstwo.
     - Tak. Ale nas to nie interesuje.
     Przez chwilË obaj milczeli. Potem mokrzak powiedzia?:
     - Moje nazwisko - Zurtzmansor.
     - S?ynne nazwisko  - uprzejmie  powiedzia?  Wiktor. - Czy nie  jest pan
krewnym Paw?a Zurtzmansora, tego socjologa?
     Mokrzak zmru?y? oczy.
     - Nie nosimy nawet tego samego nazwiska - powiedzia?. - Powiedziano mi,
Baniew, ?e jutro ma pan spotkanie w gimnazjum...
     Wiktor nie zdNo?y? odpowiedzieÖ. Za  jego plecami kto? przesunNo? fotel
i dziarski baryton powiedzia?:
     - Ano, zje?d?aj stNod zarazo!
     Wiktor odwrÕci? siË. Wznosi?  siË  nad nim grubowargi Flamenco Juventa,
czy  jak  mu  tam,  s?owem -  bratanek. Wiktor  patrzy? na niego d?u?ej  ni?
sekundË, ale to wystarczy?o, ?eby poczu? wyjNotkowNo irytacjË.
     - Do kogo pan mÕwi, m?ody cz?owieku? - zainteresowa? siË.
     - Do paÓskiego  przyjaciela -  grzecznie wyja?ni? mu Flamenco Juventa i
ponownie wrzasnNo?. - Do kogo mÕwiË, ty mokra szmato!
     -  ChwileczkË  -  powiedzia?   Wiktor   i  wsta?.  Flamenco  Juventa  z
u?mieszkiem  patrzy? na  niego z gÕry. Taki m?ody  Goliat w sportowej kurtce
b?yskajNocej niezliczonymi emblematami,  nasz prosty, ojczysty  sturmfuerer,
opoka   narodu   z   gumowNo  pa?kNo  w  tylnej  kieszeni  spodni,  postrach
prawicowcÕw,  lewicowcÕw i  umiarkowanych. Wiktor  siËgnNo?  rËkNo  do  jego
krawata  i zapyta? z  troskNo i zainteresowaniem "Co  pan tu  ma?".  I kiedy
m?ody  Goliat automatycznie pochyli? g?owË, ?eby zobaczyÖ  co tam ma, Wiktor
mocno  z?apa? go  za nos du?ym i wskazujNocym palcem. "E!" - krzyknNo? m?ody
Goliat  kompletnie oszo?omiony  i sprÕbowa?  siË wyrwaÖ,  ale Wiktor go  nie
wypu?ci? i  przez  jaki? czas bardzo  starannie,  z lodowatNo  zawziËto?ciNo
zakrËca? i  obraca? ten bezczelny, mocny nos  przygadujNoc  "NastËpnym razem
zachowuj siË przyzwoicie, szczeniaku, bratanku, parszywy bojÕwkarzu, chamski
sukinsynu..." Pozycja by?a wyjNotkowo korzystna - m?ody  Goliat rozpaczliwie
wierzga?,  ale  miËdzy  nimi  sta? fotel i  m?ody  Goliat  piË?ciami  ubija?
powietrze, za to Wiktor mia? d?u?sze rËce  i ciNogle  wykrËca?,  rozgniata?,
obraca? i wyciNoga? do
     chwili, kiedy nad  g?owNo przelecia?a mu  butelka. Wtedy obejrza? siË -
odsuwajNoc   stoliki   i   przewracajNoc  fotele   pËdzi?a  na   niego  ca?a
piËcioosobowa banda, dwÕch w niej  by?o wyjNotkowo ros?ych. Na  mgnienie oka
wszystko zastyg?o jak na fotografii - czarny Zurtzmansor spokojnie rozwalony
w fotelu, Teddy w powietrzu - przeskakujNocy przez ladË baru, Diana z bia?ym
pakunkiem na ?rodku sali - a na drugim planie w drzwiach straszliwa, wNosata
twarz  portiera,  i  tu?  obok  w?ciek?e  pyski  z  rozwartymi  paszczËkami.
NastËpnie skoÓczy?a siË fotografia i zaczË?o siË kino. . .
     Pierwszego  dryblasa  Wiktor  nadzwyczaj  fartownie  powali?  ciosem  w
policzek. Ten przepad? i przez jaki? czas siË nie pojawi?. Ale drugi dryblas
trafi? Wiktora  w  ucho. Kto?  inny  uderzy? go  kantem  d?oni  w policzek -
chybi?, widocznie  celowa? w gard?o. A  jeszcze kto? - wyzwolony  Goliat?  -
skoczy? mu na  plecy.  To by?y brutalne uliczne ?obuzy, opoka narodu - tylko
jeden  z  nich zna? boks,  a  pozostali  chcieli  nie  : tyle  walczyÖ,  ile
okaleczyÖ - wy?upiÖ oko, rozerwaÖ usta, kopnNoÖ w pachwinË. Gdyby Wiktor nie
by?  sam,  na pewno by  go zmasakrowali, ale  od ty?u zaatakowa?  ich Teddy,
ktÕry ?wiËcie  przestrzega?  z?otej  zasady  wszystkich wikidaj?Õw -  t?umiÖ
ka?dNo bÕjkË w zarodku, z flanki za? pojawi?a siË Diana, Diana W?cieklica, z
zËbami wyszczerzonymi z nienawi?ci,  niepodobna  do siebie,  ju? bez bia?ego
pakunku,  tylko  z  ciË?kim oplatanym  gNosiorem  w  rËku,  nadciNognNo? te?
portier - niem?ody  ju? mË?czyzna,  ale sNodzNoc  po  metodach  walki,  by?y
?o?nierz  - walczy? pËkiem kluczy, jakby  to by? pas  z  bagnetem w pochwie.
Kiedy wiËc z kuchni przybieg?o dwÕch kelnerÕw, nie mieli ju?  nic do roboty.
Bratanek  zwia?,  nawet  zapomnia?  na  stoliku  swÕj  tranzystor.  Jeden  z
ch?opaczkÕw le?a? pod sto?em - by? to ten, ktÕrego Diana powali?a oplecionym
gNosiorem,  pozosta?ych za? czterech  Wiktor  z Teddym dos?ownie wynie?li na
piË?ciach z sali, przepËdzili przez hol i kopniakami wbili w drzwi obrotowe.
Z rozpËdu sami te? wylecieli na  ulicË i dopiero tam, na deszczu u?wiadomili
sobie ca?kowite zwyciËstwo i trochË siË uspokoili.
     -  Parszywi smarkacze  -  powiedzia? Teddy, zapalajNoc jednocze?nie dwa
papierosy,  dla siebie  i  dla Wiktora.  - Przyzwyczaili  siË,  co  czwartek
rozrÕba.  Zesz?ym  razem zagapi?em  siË i  po?amali dwa fotele. A  kto potem
p?aci? Ja!
     Wiktor maca? puchnNoce ucho.
     -  Bratanek uciek? - powiedzia? z ?alem.  - Nie  dobra?em siË do niego,
niestety.
     - To dobrze - powiedzia? rzeczowo Teddy. - Od niego  lepiej siË trzymaÖ
z  daleka.  Jego stryjek jest  sam wiesz  kim, zresztNo  i  on  sam... Opoka
Ojczyzny i PorzNodku, czy  jak tam oni siË nazywajNo... A ty, panie pisarzu,
jak widzË nauczy?e? siË biÖ. PamiËtam kiedy? by?e? taki smarkacz, s?aby  jak
mucha - bywa?o przy?o?No ci - a ty pod stÕ?. Zuch.
     -  Taki mam zawÕd  - westchnNo?  Wiktor.  - Produkt  walki o byt. U nas
przecie? tak jest - wszyscy na jednego. A pan prezydent - za wszystkich.
     - I dochodzi do mordobicia? - prostodusznie zdziwi? siË Teddy.
     -  No a jak my?lisz!  NapiszNo  na ciebie pochwalny artyku?, ?e  jeste?
przepe?niony  ?wiadomo?ciNo narodowNo, idziesz szukaÖ  krytyka, a on  ju?  w
towarzystwie - wszyscy m?odzi, silni i dziarscy, dzieci prezydenta...
     - Co? podobnego - powiedzia? Teddy. - I co dalej?
     - RÕ?nie. Bywa i tak, i nie tak.
     Pod  wej?cie  podjecha?  jeep,  drzwi siË otworzy?y i na deszcz wysiad?
m?ody cz?owiek w okularach i z  teczkNo oraz jego wysoki wspÕ?towarzysz. Zza
kierownicy  wygrzeba? siË  Golem.  Wysoki  z  intensywnym, mo?na  powiedzieÖ
zawodowym  zainteresowaniem patrzy?,  jak  portier wykopuje  przez  obrotowe
drzwi ostatniego awanturnika, ktÕry jeszcze nie ca?kiem przyszed? do siebie.
"Szkoda,  ?e tego z nami  nie  by?o  -  szeptem  powiedzia? Teddy wskazujNoc
oczami  na wysokiego. -  To  jest  specjalista  z  klasNo! Nie  to,  co  ty.
Zawodowiec, rozumiesz?  "Rozumiem" - rÕwnie?  szeptem  odpowiedzia?  Wiktor.
M?ody  cz?owiek  z  teczkNo oraz wysoki k?usem przebiegli obok i dali nura w
drzwi. Golem  w pierwszej  chwili ruszy? za nimi  niespiesznie, ju? z daleka
u?miechajNoc siË do Wiktora, ale zastNopi? mu drogË pan Zurtzmansor z bia?No
paczkNo  pod  pachNo. Powiedzia? co? pÕ?g?osem, a wtedy  Golem  przesta? siË
u?miechaÖ  i  wrÕci?  do  samochodu.  Zurtzmansor  wgramoli?  siË  na  tylne
siedzenie i jeep odjecha?.
     - Ech -  powiedzia?  Teddy  - bili?my nie tych co trzeba, panie Baniew.
Ludzie  za niego  krew przelewajNo,  a  ten wsiada  do  cudzego samochodu  i
odje?d?a.
     - Chyba  nie  masz racji -  powiedzia? Wiktor. -  Chory,  nieszczË?liwy
cz?owiek, dzisiaj on, jutro ty. My z tobNo zaraz pÕjdziemy siË napiÖ, a jego
zawieñli do leprozorium.
     -  Dobrze wiem, gdzie go zawieziono! - nieub?aganie powiedzia? Teddy. -
Nic nie rozumiesz z naszego ?ycia, pisarzu.
     - Oderwa?em siË od narodu?
     - Od narodu, nie od narodu, ale ?ycia  nie znasz. Pomieszkaj no u nas -
ktÕry to ju? rok  tylko deszcze i deszcze,  na polach  wszystko  wygni?o,  z
dzieÖmi nie mo?na doj?Ö do  ?adu... ZresztNo,  co tu gadaÖ - w ca?ym mie?cie
nie  ma  ani jednego  kota,  myszy  nied?ugo nas  zagryzNo...  E  -  ech!  -
powiedzia? i machnNo? rËkNo. - No, to chodñmy.
     WrÕcili do  holu i Teddy  zapyta? portiera,  ktÕry  ju? wrÕci?  na swÕj
posterunek:
     - No i jak? Du?o po?amali?
     - E, nie - odpowiedzia?  portier. - Mo?na powiedzieÖ, ?e wyszli?my  bez
szwanku.  JednNo lampË pokaleczyli, ?cianË  u?winili, ale  pieniNodze  to ja
temu... ostatniemu odebra?em, masz, weñ.
     Teddy skierowa? siË do restauracji liczNoc po drodze pieniNodze. Wiktor
poszed? za nim. Na sali znowu zapanowa? spokÕj. M?ody mË?czyzna  w okularach
i  wysoki   ju?  nudzili   siË   nad   butelkNo   mineralnej,   prze?uwajNoc
melancholijnie   firmowNo  kolacjË.  Diana  siedzia?a   na  dawnym  miejscu,
prze?liczna, ogromnie o?ywiona i nawet u?miecha?a siË  do siedzNocego  ju? w
swoim  fotelu doktora R.  Kwadrygi,  ktÕrego zwykle nie tolerowa?a. Przed R.
KwadrygNo  sta?a  butelka rumu, ale  doktor by? jeszcze  trzeñwy  i  dlatego
wyglNoda?, dziwnie.
     - GratulujË! - ponuro przywita? Wiktora. - ?a?ujË, ?e nie by?em obecny,
choÖby jako szeregowiec. Wiktor opad? n& fotel.
     -  Jakie  piËkne  ucho  - powiedzia? R. KwadrygNo. -  Gdzie?  ty  takie
dosta?? Jak koguci grzebieÓ.
     - Koriiak! - za?Noda? Wiktor. Diana nala?a  mu koniaku.  - Jej i  tylko
jej  zawdziËczani  WiktoriË  swNo  -  powiedzia?  wskazujNoc   na  DianË.  -
Zap?aci?a? za gNosior?
     - GNosior wcale siË nie st?uk? - powiedzia?a  Diana. - Za kogo  ty mnie
bierzesz? Ach, jak on upad?! MÕj Bo?e, jak on cudownie siË  zwali?! ?eby oni
tak wszyscy....
     -  Zaczynamy  - ponuro powiedzia?  R.  KwadrygNo  i nala? sobie  pe?nNo
szklankË rumu.
     -  Potoczy? siË  jak manekin - powiedzia?a Diana. - Jak krËgle. Wiktor,
wszystko masz w porzNodku? Widzia?am jak ciË kopali.
     - To, co najwa?niejsze - w porzNodku  - powiedzia? Wiktor. - Specjalnie
broni?em.
     Doktor  R. KwadrygNo z  .bulgotem wyssa?  ze  szklanki  ostatnie krople
rumu, dok?adnie tak, jak zlew kuchenny wysysa resztki wody po  myciu naczyÓ.
Oczy mu z miejsca zmËtnia?y.
     - My siË  znamy - spiesznie powiedzia? Wiktor. - Ty  jeste? doktor  Rem
KwadrygNo, a ja - pisarz Banie w.
     - PrzestaÓ - powiedzia? R. KwadrygNo. -  Jestem absolutnie trzeñwy. Ale
siË  spijË. To jedyne,  czego  jestem  teraz pewny. Nie  uwierzycie  mi, ale
przyjecha?em tu pÕ? roku temu jako zupe?nie  niepijNocy cz?owiek. Mam chorNo
wNotrobË, katar kiszek i jeszcze co?  tam z ?o?Nodkiem. Absolutnie nie wolno
mi piÖ, a pijË przez dwadzie?cia cztery godziny na dobË... Jestem kompletnie
nikomu niepotrzebny. Nigdy w ?yciu co?  takiego  mi siË nie wydarzy?o. Nawet
listÕw  nie  dostajË,  dlatego  ?e  starzy  przyjaciele  siedzNo  bez  prawa
korespondencji, a nowi sNo niepi?mienni...
     - Nie chcË  s?yszeÖ ?adnych tajemnic paÓstwowych - powiedzia? Wiktor. -
Jestem  nieprawomy?lny.  R.  KwadrygNo  znowu nape?ni?  szklankË  i  zaczNo?
popijaÖ rum ma?ymi ?ykami jak wystyg?No herbatË.
     - Tak  prËdzej podzia?a - oznajmi?.  - PrÕbuj, Baniew. Przyda siË...  I
nie  ma  co  siË  na   mnie  gapiÖ!  -  znienacka  powiedzia?   do  Diany  z
w?ciek?o?ciNo.  - ProszË nie  ujawniaÖ  swoich uczuÖ! A je?eli  siË  wam nie
podoba...
     - Cicho, cicho - powiedzia? Wiktor i R. KwadrygNo skis?.
     - Oni  ni cholery mnie nie rozumiejNo  - powiedzia?  ?a?o?nie. -  Nikt.
Tylko ty mnie troszeczkË rozumiesz. Zawsze mnie rozumia?e?. Tyle, ?e  jeste?
bardzo ordynarny,  Baniew,  i  zawsze  rani?e?  moje  uczucia.  Ca?y  jestem
poraniony... Oni  teraz bojNo  siË urnie zje?d?aÖ, teraz tylko mnie chwalNo.
Jak mnie  jakie?  ?cierwo  pochwali  -  rana.  NastËpne  ?cierwo pochwali  -
nastËpna  rana.  Ale  teraz ju?  to wszystko jest  za  mnNo. Oni jeszcze nie
wiedzNo...  S?uchaj,  Baniew!  Masz takNo  wspania?No  dziewczynË...  ProszË
ciË...  Popro? jNo, ?eby przysz?a  do  mojego  studia...  Ale? nie,  idioto!
Modelka!  Ty nic nie rozumiesz,  a  ja  takiej  modelki szukam ju?  dziesiËÖ
lat...
     - Portret - alegoria -  wyja?ni? Dianie Wiktor. - "Prezydent i Wiecznie
M?ody NarÕd".
     - DureÓ - smutnie powiedzia? doktor R. Kwadryga. - Wszyscy my?licie, ?e
siË  sprzeda?em... No i  s?usznie, tak by?o!  Ale ja  ju?  wiËcej nie malujË
prezydentÕw... Autoportret! Rozumiesz?
     - Nie - przyzna? siË Wiktor -  nie rozumiem. Chcesz malowaÖ autoportret
z DianNo jako modelkNo?
     - DureÓ - powiedzia? R. Kwadryga. - To bËdzie twarz artysty.
     - MÕj ty?ek - wyja?ni?a Diana Wiktorowi.
     - Twarz artysty!  - powtÕrzy?  R.  Kwadryga. - Przecie? ty  te?  jeste?
artystNo... I wszyscy, ktÕrzy siedzNo bez prawa korespondencji... i wszyscy,
ktÕrzy  mieszkajNo w  moim  domu... to  znaczy  nie mieszkajNo... Ty  wiesz,
Baniew,  ja  siË  bojË. Przecie? ciË  prosi?em - przyjdñ, pomieszkaj  u mnie
chocia? trochË. Mam willË, fontannË... A ogrodnik uciek?. TchÕrz... Nie mogË
sam tam mieszkaÖ, lepiej  w  hotelu... My?lisz, ?e pijË, bo  siË sprzeda?em?
Zawracanie g?owy,  to nie nowomodna  powie?Ö...  Pomieszkasz u mnie trochË i
sam siË zorientujesz.. Mo?e nawet rozpoznasz ich. Mo?liwe, ?e to w ogÕle nie
sNo  moi  znajomi,  tylko  twoi. Wtedy zrozumia?bym,  dlaczego oni  mnie nie
poznajNo... ChodzNo na bosaka... ?miejNo siË... -  nagle jego oczy nape?ni?y
siË ?zami. - Panowie! - powiedzia?. - Co za szczË?cie, ?e nie ma z nami tego
Pawora! Wasze zdrowie.
     - I  twoje  - powiedzia? Wiktor i  wymieni? spojrzenia z DianNo.  Diana
patrzy?a  na  R.  KwadrygË z  odrazNo i lËkiem. - Nikt tu  nie lubi Pawora -
powiedzia?. - Tylko ja jeden, nieszczËsny odmieniec.
     - StojNoca woda - o?wiadczy? R.  Kwadryga. - I skaczNoca ?aba.  Gadu?a.
Zawsze milczy.
     -  Po  prostu on ju?  jest gotÕw  - powiedzia?  Wiktor  do Diany. - Nic
strasznego...
     - Panowie! - powiedzia? doktor R. Kwadryga. - Szanowna pani! Uwa?am  za
swÕj obowiNozek przedstawiÖ siË! Rem Kwadryga, doktor honoris causa...

     Wiktor  przyszed? do gimnazjum na pÕ? godziny przed wyznaczonym czasem,
ale Bol-Kunac ju?  na  niego czeka?.  ZresztNo by?  on  ch?opcem  taktownym,
poinformowa? wiËc Wiktora, ?e spotkanie odbËdzie siË  w auli i poszed? sobie
powo?ujNoc  siË na  jakie? nie cierpiNoce  zw?oki  sprawy... Zostawszy  sam,
Wiktor   powËdrowa?  korytarzami,  zaglNodajNoc  do  pustych  klas,  wdycha?
zapomniany zapach  atramentu, kredy, wiecznie  wiszNocego w powietrzu kurzu,
zapachy  bÕjek  "do  pierwszej   krwi",  wyniszczajNocych  przes?uchaÓ  przy
tablicy,  zapachy wiËzienia,  bezprawia,  k?amstwa  podniesionego  do  rangi
przykazania.  WciNo?   mia?  nadziejË   wywo?aÖ  w  pamiËci  jakie?  s?odkie
wspomnienia  dzieciÓstwa  i  m?odo?ci,  rycerstwa,  kole?eÓstwa,   pierwszej
czystej mi?o?ci, ale  nic z tego  nie wychodzi?o,  chocia?  tak  bardzo  siË
stara?,  gotÕw rozczuliÖ  siË przy pierwszej stosownej  okazji. Wszystko  tu
by?o jak dawniej - i jasne, zatËch?e klasy, podrapane tablice, ?awki pociËte
zamalowanymi monogramami a tak?e apokryficznymi  sentencjami o ?onie, prawej
rËce  i  ?ciany jak w kazamatach  pomalowane  do po?owy  wysoko?ci  weso?No,
zielonNo farbNo i tynk obt?uczony  na krawËdziach ?cian  - wszystko by?o jak
dawniej, znienawidzone, ohydne, budzi?o w?ciek?o?Ö i beznadziejno?Ö.
     Znalaz? swojNo  klasË, chocia?  nie od razu. Znalaz? swoje miejsce przy
oknie, ale ?awka by?a inna,  tylko na  parapecie ciNogle jeszcze  by?o widaÖ
g?Ëboko wyciËty emblemat Legii Wolno?ci i Wiktor bardzo wyrañnie przypomnia?
sobie  odurzajNocy  entuzjazm  tamtych  czasÕw,  czerwono  -  bia?e  opaski,
blaszane skarbonki na "fundusz  Legii", krwawe bÕjki z czerwonymi i portrety
we wszystkich gazetach,  we wszystkich podrËcznikach, na wszystkich murach -
twarz, ktÕra wtedy wydawa?a siË  piËkna i niezwyk?a, a teraz sta?a siË tËpa,
obwis?a, podobna do ?wiÓskiego ryja z ogromnNo, zËbatNo, bryzgajNocNo ?linNo
paszczNo.  Tacy m?odzi,  tacy  bezbarwni, tacy  jednakowi... I g?upi.  A  ta
g?upota  teraz ju? nie  cieszy, nie  cieszysz siË, ?e  zmNodrza?e?,  czujesz
tylko  palNocy   wstyd  za  siebie,  za  tamtego,  bezbarwnego,   rzeczowego
?Õ?todzioba,  ktÕry  wyobra?a? sobie, ?e jest niezastNopiony, nietuzinkowy i
niezwyk?y... I jeszcze wstydliwe dziecinne pragnienia, paniczny strach przed
dziewczynNo,  o  ktÕrej  ju? tyle  naopowiada?em,  ?e ju? w ?aden sposÕb nie
mog?em siË wycofaÖ, a nastËpnego dnia  - dziki gniew ojca, p?onNoce  uszy, i
to wszystko nazywa siË najszczË?liwszym czasem -  bezbarwno?Ö i  pragnienia,
entuzjazm. Kiepska sprawa, pomy?la?. ? je?eli nagle, za piËtna?cie lat oka?e
siË,  ?e  ja  dzisiejszy,  jestem  rÕwnie  przeciËtny  i  zniewolony  jak  w
dzieciÓstwie, mo?e nawet bardziej, poniewa?  teraz uwa?am siË  za doros?ego,
ktÕry wie dostatecznie du?o i wystarczajNoco  du?o prze?y?  wiËc ma prawo do
zadowolenia z siebie i osNodzania innych.
     Skromno?Ö  i  tylko  skromno?Ö do pokory w?Nocznie...  i  tylko prawda,
nigdy  nie  ok?amuj,  przynajmniej  samego  siebie,  ale  to okropne  -  byÖ
pokornym, kiedy dooko?a tylu  idiotÕw, rozpustnikÕw,  interesownych k?amcÕw,
kiedy nawet najlepsi te? sNo splamieni niczym trËdowaci... Czy chcesz  znowu
byÖ m?odym? Nie. A czy chcesz po?yÖ jeszcze z  piËtna?cie lat? Tak. Poniewa?
?ycie jest dobrem samym w sobie. Nawet  kiedy otrzymujesz  cios  za  ciosem.
?eby tylko  mo?na by?o oddaÖ uderzenie... No dobra, wystarczy. Trzymajmy siË
tego,  ?e  prawdziwe ?ycie jest  sposobem  istnienia  pozwalajNocym  oddawaÖ
ciosy, A teraz pÕjdziemy i zobaczymy, co z nich wyros?o...
     Na sali by?o dosyÖ du?o dzieci i panowa?  normalny ha?as, ktÕry ucich?,
kiedy  Bol-Kunac  wprowadzi?  Wiktora  na  scenË  i  usadowi?  pod  ogromnym
portretem prezydenta  -  darem doktora  R. Kwadrygi -  za sto?em  przykrytym
czerwono  -  bia?ym  obrusem.  Potem  Bol-Kunac wyszed?  na  brzeg  sceny  i
powiedzia?:
     - Dzi?  bËdzie  z  nami rozmawiaÖ  znany  pisarz  Wiktor Baniew,  ktÕry
urodzi? siË w naszym  mie?cie. - OdwrÕci? siË  do  Wiktora. -  Jak pan woli,
panie Baniew, ?eby pytania zadawano z miejsca, czy na kartkach?
     - Wszystko mi jedno - powiedzia? Wiktor lekkomy?lnie. - ?eby tylko by?o
ich du?o.
     - W takim razie, proszË.
     Bol-Kunac  zeskoczy? ze sceny  i  usiad? w  pierwszym  rzËdzie.  Wiktor
poskroba? brew oglNodajNoc salË. By?o ich oko?o  piËÖdziesiËciu - dziewczNot
i  ch?opcÕw  w wieku od  dziesiËciu do  czternastu  lat -  patrzyli na niego
spokojnie i wyczekujNoco. Zdaje  siË, ?e tu  sNo same  wunderkindy, pomy?la?
mimochodem. W drugim  rzËdzie z  prawej  zauwa?y? IrmË i u?miechnNo?  siË do
niej. Irma odpowiedzia?a u?miechem.
     - Uczy?em  siË w tym samym  gimnazjum - zaczai Wiktor - i na tej  samej
scenie wypad?o mi kiedy?  graÖ Ozryka.  Roli nie umia?em, wiËc  musia?em jNo
wymy?liÖ w trakcie przedstawienia.  To  by?  pierwszy wypadek  w moim ?yciu,
kiedy  musia?em wymy?liÖ co? nie pod groñbNo dwÕjki. Podobno  teraz trudniej
siË uczyÖ ni? w moich czasach. Podobno  macie teraz nowe przedmioty i to, co
my  przerabiali?my  w  trzy lata,  musicie przerabiaÖ w  ciNogu roku.  A  wy
zapewne nawet  nie zauwa?acie, ?e jest wam  trudniej. Uczeni przypuszczajNo,
?e  ludzki  mÕzg jest w stanie  pomie?ciÖ znacznie wiËcej informacji, ni? to
siË wydaje na pierwszy rzut oka przeciËtnemu cz?owiekowi. Trzeba tylko umieÖ
te informacje wt?oczyÖ... - Aha, pomy?la?,  zaraz im  opowiem  o hypnopedii.
Ale w tym  momencie  Bol-Kunac przekaza? mu karteczkË: Prosimy nie opowiadaÖ
nam o osiNogniËciach nauki. ProszË rozmawiaÖ z nami jak z rÕwnymi. Walerians
kl. 6
     -  Tak -  powiedzia? Wiktor.  -  Tu niejaki  Walerians z szÕstej  klasy
proponuje  mi, ?ebym rozmawia? z wami jak  z rÕwnymi, i  ostrzega mnie przed
referowaniem  wam  osiNogniËÖ  nauki...  MuszË  siË  przyznaÖ, Walerians, ?e
istotnie  zamierza?em  porozmawiaÖ  z   wami  o  osiNogniËciach  hypnopedii.
Jednak?e chËtnie zrezygnujË  ze swojego zamierzenia,  chocia? uwa?am za swÕj
obowiNozek poinformowaÖ ciË, ?e wiËkszo?Ö  rÕwnych mi,  doros?ych  ludzi  ma
nadzwyczaj  umiarkowane  wyobra?enie  o  hypnopedii.  -  Poczu?, ?e  jest mu
niewygodnie mÕwiÖ  na  siedzNoco,  wsta? i przespacerowa?  siË  po scenie. -
MuszË  siË wam  zwierzyÖ,  moi drodzy,  ?e  niespecjalnie  lubiË spotkania z
czytelnikami. Z regu?y nie  sposÕb zrozumieÖ, z jakim czytelnikiem ma siË do
czynienia,  czego  on chce  od ciebie i co  go w?a?ciwie interesuje. Dlatego
ka?de swoje wystNopienia staram siË  zmieniÖ w  wieczÕr pytaÓ i  odpowiedzi.
Czasami  wychodzi dosyÖ zabawnie. Wiecie  co,  mo?e na poczNotek  ja  zacznË
zadawaÖ pytania. A wiËc... Czy wszyscy obecni czytali moje ksiNo?ki?
     - Tak - rozleg?y siË dzieciËce g?osy. - Czytali?my... Wszyscy...
     -  ?wietnie - powiedzia? Wiktor zak?opotany. - Jestem mile zaskoczony i
nieco zdumiony. No dobrze, jedñmy dalej... Czy zebrani ?yczNo sobie us?yszeÖ
historiË napisania jakiej? mojej powie?ci?
     NastNopi?o  nied?ugie milczenie,  nastËpnie ze ?rodka sali wsta? chudy,
pryszczaty ch?opiec, rzek?: "Nie" i usiad?.
     - To  ?wietnie - stwierdzi? Wiktor.  -  Tym bardziej ?wietnie, ?e wbrew
szeroko rozpowszechnionym  poglNodom w takich historiach  nie ma na ogÕ? nic
ciekawego.  Idñmy  jeszcze  dalej...  Czy  szanowni  s?uchacze  ?yczNo sobie
us?yszeÖ o moich planach twÕrczych?
     Bol-Kunac wsta? i oznajmi? grzecznie:
     - Widzi pan, panie Baniew, problemy zwiNozane  bezpo?rednio z technikNo
paÓskiej twÕrczo?ci lepiej by?oby  przedyskutowaÖ pod koniec rozmowy,  kiedy
ogÕlny obraz bËdzie bardziej jasny.
     Usiad?. Wiktor wsadzi? rËce  w kieszenie i  znowu przespacerowa? siË po
estradzie. Robi?o siË interesujNoco, a w ka?dym razie niecodziennie.
     - A  mo?e interesujNo was  anegdoty literackie? - zapyta? podstËpnie. -
Jak  polowa?em z Hemingway - em. Jak Erenburg podarowa? mi rosyjski samowar.
Albo, co te? mi powiedzia? Zurtzmansor, kiedy razem jechali?my tramwajem...
     - NaprawdË zna? pan Zurtzmansora? - pad?o pytanie z sali.
     - Nie, to by? ?art - powiedzia? Wiktor. - Co wiËc  bËdzie z literackimi
anegdotami?
     - Czy mo?na zadaÖ  pytanie? - rzek?, unoszNoc  siË z miejsca pryszczaty
ch?opiec.
     - Tak, oczywi?cie.
     - Jakimi chcia?by pan nas widzieÖ w przysz?o?ci?
     Bez pryszczy, przelecia?o  przez g?owË  Wiktorowi, ale odgoni? tË my?l,
poniewa? zrozumia?  - robi  siË  gorNoco.  Pytanie by?o  dobre.  Bardzo  bym
chcia?,   ?eby  ktokolwiek  mi  powiedzia?,   jak  chcË  widzieÖ  siebie   w
terañniejszo?ci, pomy?la?. Jednak trzeba by?o odpowiadaÖ.
     -  ?eby?cie byli  mNodrzy  - powiedzia? na chybi?  trafi?.  -  Uczciwi.
Dobrzy.  Chcia?bym, ?eby?cie  lubili  swojNo pracË... i  pracowali tylko dla
szczË?cia innych  ludzi...  (TrujË, pomy?la?. Ale jak tu  nie  truÖ?)  Mniej
wiËcej tak...
     Sala cichutko zaszumia?a, potem kto? zapyta? nie wstajNoc z miejsca:
     - Czy rzeczywi?cie pan uwa?a, ?e ?o?nierz jest wa?niejszy od fizyka?
     - Ja?! - oburzy? siË Wiktor.
     - Tak zrozumia?em  paÓskNo ksiNo?kË "NieszczË?cie przychodzi nocNo".  -
By?   to   jasnow?osy   skrzat,   mniej   wiËcej   dziesiËcioletni.   Wiktor
odchrzNoknNo?.  "NieszczË?cie" mog?o byÖ  dobrNo ksiNo?kNo,  mog?o  byÖ z?No
ksiNo?kNo, ale w ?adnym przypadku nie  mog?o byÖ  ksiNo?kNo dla  dzieci.  Do
takiego stopnia nie by?a ksiNo?kNo dla dzieci,  ?e  nie zdo?a? jej zrozumieÖ
ani jeden  krytyk: wszyscy uznali, ?e jest to pornograficzne, deprawatorskie
czytad?o obra?ajNoce ?wiadomo?Ö narodowNo. A co najstraszniejsze, jasnow?osy
skrzat  mia?  pewne  podstawy przypuszczaÖ, ?e  autor  "NieszczË?cia"  uwa?a
?o?nierza za wa?niejszego od fizyka - w ka?dym razie w niektÕrych aspektach.
     -  Chodzi  o to - powiedzia? Wiktor  sugestywnie - ?e...  jak by ci  tu
powiedzieÖ... RÕ?nie bywa,
     - Wcale nie  mam na my?li fizjologii - zaprotestowa? jasnow?osy skrzat.
-  MÕwiË o  ogÕlnej  koncepcji  ksiNo?ki, byÖ  mo?e  "wa?niejszy"  nie  jest
odpowiednim s?owem...
     -  Ja  te?  nie  mam  na  my?li  fizjologii  -  odpar?  Wiktor. -  ChcË
powiedzieÖ, ?e bywajNo sytuacje, w ktÕrych poziom erudycji nie ma znaczenia.
     Bol-Kunac  przyjNo? z  sali i przekaza? dwie  karteczki.  Czy cz?owiek,
ktÕry pracuje  dla wojny  mo?e siË uwa?aÖ  za  uczciwego? i  Co  to  takiego
cz?owiek mNodry? Wiktor zaczNo? od drugiego pytania, by?o ?atwiejsze.
     - MNodry  cz?owiek  - rzek? - to taki  cz?owiek, ktÕry u?wiadamia sobie
w?asnNo niedoskona?o?Ö, ograniczono?Ö swojej wiedzy, stara siË je  uzupe?niÖ
i osiNoga w tej dziedzinie sukces... Zgadzacie siË ze mnNo?
     - Nie - powiedzia?a prze?liczna dziewczynka wstajNoc.
     - A o co chodzi?
     -  PaÓska definicja jest niefunkcjonalna.  Ka?dy g?upiec wykorzystujNoc
tË definicjË mo?e uwa?aÖ siË za mNodrego. SzczegÕlnie, je?eli utwierdza go w
tym otoczenie.
     Tak,  pomy?la?  Wiktor.  OgarnË?a  go  lekka  panika.  To  zupe?nie nie
pogawËdka z kolegami pisarzami.
     -  W  jakim? sensie masz racjË  - powiedzia?. - Ale chodzi  o  to, ?e w
ogÕle  "mNodry"  i   "g?upi"   -  to  pojËcia  historyczne  i  chyba  raczej
subiektywne.
     - To znaczy, ?e pan sam nie podejmuje siË odrÕ?niÖ  g?upca od cz?owieka
mNodrego? - zapyta?o z tylnych rzËdÕw prze?liczne stworzenie o przepiËknych,
biblijnych oczach, ogolone na zero.
     - Nie, dlaczego - odpowiedzia? Wiktor. - PodejmujË siË. Ale nie  jestem
pewien, czy zawsze siË ze mnNo zgodzicie. Jest taki stary aforyzm - g?upiec,
to  ten,  ktÕry  my?li inaczej... -  zwykle to  porzekad?o wywo?ywa?o ?miech
s?uchaczy,  ale  teraz  sala w milczeniu  oczekiwa?a dalszego ciNogu. - Albo
inaczej czuje - doda? Wiktor.
     Ostro odczuwa?  rozczarowanie sali, ale  nie wiedzia?, co by tu jeszcze
powiedzieÖ.  Kontaktu nie  by?o.  Audytorium z  regu?y  ?atwo  przechodzi na
stronË tego, kto wystËpuje, zgadza siË z jego sNodami i dla wszystkich staje
siË jasne,  kto to sNo ci g?upcy, przy czym rozumie siË  samo przez siË,  ?e
tu, na tej sali g?upcÕw nie ma. W najgorszym wypadku audytorium nie zgadza?o
siË,  ogarnia?  je wrogi  nastrÕj,  ale  i wtedy  by?o  ?atwo,  dlatego,  ?e
pozosta?a  mo?liwo?Ö  sarkastycznego  o?mieszania,  a  jednemu  nie  sprawia
trudno?ci dyskutowanie z wieloma, poniewa? przeciwnicy zawsze przeczNo sobie
nawzajem i zawsze znajdzie siË w?rÕd nich jeden najha?a?liwszy i najg?upszy,
po ktÕrym mo?na siË przejechaÖ ku ogÕlnemu zadowoleniu.
     - Ja niezupe?nie rozumiem - powiedzia?a prze?liczna dziewczynka. - Chce
pan, ?eby?my byli mNodrzy, to znaczy  zgodnie z paÓskim  aforyzmem my?leli i
czuli dok?adnie tak  jak  pan. Ale przeczyta?am wszystkie paÓskie ksiNo?ki i
znalaz?am w nich wy?Nocznie negacjË. ?adnego pozytywnego programu. Z drugiej
strony  chcia?by pan,  aby?my  pracowali dla dobra innych  ludzi. To  znaczy
faktycznie  dla  dobra  tych  brudnych  i  antypatycznych  facetÕw,  ktÕrymi
przepe?nione sNo paÓskie ksiNo?ki. A pan przecie? przedstawia rzeczywisto?Ö,
prawda?
     Wiktorowi wyda?o siË, ?e wreszcie odnalaz? dno pod stopami.
     - Widzicie - rzek? -  przez  pracË  dla dobra  ludzi  rozumiem  w?a?nie
przekszta?canie ich w czystych i sympatycznych. I to moje ?yczenie nijak siË
nie ma do  mojej  twÕrczo?ci. W ksiNo?kach prÕbujË pokazaÖ wszystko  tak jak
jest naprawdË  i  nie prÕbujË uczyÖ, czy te? pokazywaÖ,  co nale?y robiÖ.  W
najlepszym  razie  wskazujË punkt przy?o?enia si?y, zwracam  uwagË  na to, z
czym  trzeba walczyÖ.  Ja  nie wiem,  jak nale?y  zmieniaÖ ludzi,  a  gdybym
wiedzia?,  to nie by?bym  modnym  pisarzem,  tylko  wielkim pedagogiem  albo
s?awnym   psychosocjologiem.   Dla   literatury   piËknej   w   ogÕle   jest
przeciwwskazane  pouczaÖ,  przewodziÖ, proponowaÖ  konkretne  drogi wyj?cia,
albo  tworzyÖ  konkretnNo metodologiË.  Mo?na  to  zobaczyÖ  na  przyk?adzie
najwiËkszych  pisarzy. ChylË czo?o  przed Lwem To?stojem,  ale tylko dopÕty,
dopÕki jest jedynym w  swoim rodzaju, unikatowym je?li chodzi o si?Ë talentu
zwierciad?em rzeczywisto?ci. Ale gdy tylko zaczyna mnie uczyÖ chodzenia boso
czy  te?  podstawiania drugiego policzka,  ogarnia  mnie lito?Ö i  trwoga...
Pisarz  -  to instrument  ukazujNocy  stan spo?eczeÓstwa i tylko w  mizernym
stopniu  narzËdzie do  jego  zmieniania.  Historia poucza, ?e  spo?eczeÓstwa
zmienia  siË nie  za  po?rednictwem  literatury, tylko  za pomocNo karabinÕw
maszynowych  lub reform, a obecnie jeszcze i nauki.  Literatura w najlepszym
razie pokazuj e, do kogo nale?y strzelaÖ lub  te? co wymaga zreformowania...
zrobi? pauzË, przypomnia? sobie, ?e istnieje jeszcze Dostojewski i Faulkner.
Ale pÕki zastanawia? siË jakby tu co? wtrNociÖ na temat roli literatury przy
poznawaniu wnËtrza istoty ludzkiej, z sali zawiadomiono go:
     -  Daruje pan,  ale to  wszystko jest dosyÖ banalne. Przecie?  nie o to
chodzi.  Chodzi o to, ?e  przedstawiane  przez pana obiekty wcale nie chcNo,
?eby kto?  je zmienia?. A poza tym sNo tak antypatyczne,  do takiego stopnia
zapuszczone, tak beznadziejne, ?e nie ma  siË  ochoty ich zmieniaÖ.  Rozumie
pan, one nie sNo tego warte. Niechaj sobie gnijNo  - przecie? nie odgrywajNo
?adnej roli. WiËc dla czyjego dobra paÓskim zdaniem powinni?my pracowaÖ?
     - Ach, wiËc o to wam chodzi! - wolno powiedzia? Wiktor.
     Nagle dotar?o do  niego:  mÕj  Bo?e,  przecie?  ci  smarkacze  powa?nie
my?lNo, ?e piszË tylko o kanaliach,  ?e wszystkich  uwa?am za  ?ajdakÕw, nic
nie  rozumiejNo, zresztNo  skNod  majNo rozumieÖ, to sNo  dzieci,  dziwaczne
dzieci,   chorobliwie  mNodre  dzieci,  ale  tylko   dzieci,   z  dziecinnym
do?wiadczeniem  ?yciowym,  z  dziecinnNo  znajomo?ciNo  ludzi  plus  stosami
przeczytanych ksiNo?ek, z dziecinnym  idealizmem i z dziecinnym dNo?eniem do
tego, aby wszystko  pouk?adaÖ w  szufladkach  z napisami  "dobrze"  i "ñle".
Dok?adnie jak koledzy literaci...
     - Wprowadzi?o mnie w b?Nod to, ?e mÕwicie jak doro?li - rzek? Wiktor. -
I  nawet  zapomnia?em,  ?e   jednak  nie  jeste?cie  doro?li.  Rozumiem,  ?e
niepedagogicznie jest tak mÕwiÖ,  ale niestety trzeba to powiedzieÖ, inaczej
nigdy siË nie wyp?aczemy.  Ca?a  rzecz w tym,  ?e wy  najprawdopodobniej nie
rozumiecie, jak nieogolony, histeryczny, wiecznie  pijany mË?czyzna mo?e byÖ
wspania?ym cz?owiekiem,  ktÕrego  nie sposÕb  nie kochaÖ, dla ktÕrego  mo?na
mieÖ najwy?sze uznanie i uwa?aÖ za zaszczyt  u?ci?niËcie jego rËki. Poniewa?
przeszed? przez takie piek?o, ?e strach pomy?leÖ, ale mimo wszystko pozosta?
cz?owiekiem.  Wszystkich bohaterÕw moich ksiNo?ek uwa?acie  za ?ajdakÕw, ale
to  dopiero po?owa nieszczË?cia.  Uwa?acie jednak,  ?e i ja traktujË ich tak
samo jak i  wy. A to ju? jest ca?e nieszczË?cie.  NieszczË?cie, ktÕre polega
na tym, ?e w ten sposÕb nigdy nie zrozumiemy siË nawzajem.
     Diabli wiedzNo  jakiej reakcji oczekiwa? w odpowiedzi na to niezmiernie
poczciwe  wystNopienie.  Speszonych  spojrzeÓ,  twarzy  rozja?nionych nag?ym
zrozumieniem, westchnienia ulgi na sali na znak,  ?e nieporozumienie zosta?o
szczË?liwie  wyja?nione i  teraz wszystko  mo?na zaczynaÖ  od poczNotku,  na
nowej,  bardziej realistycznej podstawie... W  ka?dym razie  nic takiego nie
zasz?o. Z tylnych rzËdÕw znowu wsta? ch?opiec o biblijnych oczach i zapyta?:
     - Czy nie mÕg?by nam pan powiedzieÖ, czym jest postËp?
     Wiktor poczu? siË obra?ony. No oczywi?cie, pomy?la?. A potem zapytajNo,
czy maszyna mo?e my?leÖ  i czy istnieje ?ycie na Marsie. Wszystko powraca na
swoje miejsce.
     - PostËp - powiedzia? - jest  to rozwÕj spo?eczeÓstwa w takim kierunku,
ktÕrego cel stanowi doprowadzenie  go do stanu, kiedy  ludzie nie zabijajNo,
nie depczNo i nie mËczNo siË nawzajem.
     - A  czym  siË zajmujNo?  -  zapyta? tËgi ch?opiec  siedzNocy po prawej
stronie.
     - PopijajNo, zakNoszajNoc quantum satis - mruknNo? kto? z lewej.
     -  A dlaczego by nie?  -  spyta? Wiktor.  - Historia  ludzko?ci nie zna
znowu  tak wiele  epok, w  ktÕrych ludzie mogli  sobie  popijaÖ i  zakNoszaÖ
quantum satis.  Dla mnie postËp - to dNo?enie do stanu, w ktÕrym nie depczNo
i nie  zabijajNo. A  czym siË wtedy bËdNo  ludzie zajmowaÖ - to moim zdaniem
nie jest ju? tak bardzo istotne. Je?eli chcecie - dla mnie najwa?niejsze sNo
przede  wszystkim  konieczne warunki postËpu, a  wystarczajNoce  - to  rzecz
nabyta...
     -  Pan   pozwoli  -   powiedzia?  Bol-Kunac.  -  SprÕbujemy  rozpatrzeÖ
nastËpujNocy schemat. Za?Õ?my,  ?e automatyzacja  rozwija siË w takim tempie
jak obecnie. W takim razie  za kilkadziesiNot  lat  przewa?ajNoca  wiËkszo?Ö
aktywnej  ludzko?ci zostanie  wyrzucona poza nawias procesÕw produkcyjnych i
sfery  us?ug ze wzglËdu  na  nieprzydatno?Ö.  BËdzie po  prostu znakomicie -
wszyscy sNo syci i  nie ma powodu  zadeptywaÖ  siË nawzajem, nikt nikomu nie
przeszkadza...  i  nikt nikogo  nie  potrzebuje.  Jest  oczywi?cie  kilkaset
tysiËcy   ludzi  zabezpieczajNocych   ciNog?o?Ö   pracy  starych   maszyn  i
powstawanie  maszyn nowych,  ale  pozosta?e  miliardy  sNo  sobie po  prostu
niepotrzebne. To dobrze?
     - Nie wiem - stwierdzi? Wiktor. - W?a?ciwie, mo?e nie ca?kiem dobrze...
I w jaki? sposÕb  przykre... Ale  muszË wam  powiedzieÖ,  ?e pomimo wszystko
lepsze ni? to, co mamy teraz. WiËc pewien postËp jest chyba oczywisty.
     - A czy pan sam chcia?by ?yÖ w takim ?wiecie? Wiktor pomy?la?.
     - Wiecie  -  rzek? -ja  ten ?wiat  jako?  s?abo  sobie  wyobra?am,  ale
szczerze mÕwiNoc, mo?e warto by?oby sprÕbowaÖ.
     -  A  czy potrafi  pan wyobraziÖ sobie cz?owieka,  ktÕry  kategorycznie
odmawia ?ycia w takim ?wiecie?
     - Oczywi?cie,  ?e potrafiË. SNo ludzie,  sam znam takich, ktÕrym by?oby
tam okropnie nudno. W?adza jest tam  niepotrzebna,  nie ma  komu rozkazywaÖ,
rozpychaÖ  siË, i?Ö po  trupach  nie ma  po co. Co  prawda, tacy  raczej nie
odmÕwiNo-jednak  to  wyjNotkowa  okazja,  aby  sprÕbowaÖ  raj  przerobiÖ  na
chlew...  albo na  koszary.  Z najwiËkszNo  przyjemno?ciNo  zburzyliby  taki
?wiat... Tak, ?e chyba raczej nie potrafiË.
     -  A bohaterÕw paÓskich ksiNo?ek, ktÕrych  pan  tak kocha, urzNodzi?aby
taka przysz?o?Ö?
     - Tak, oczywi?cie. Znaleñliby wreszcie zas?u?ony spokÕj.
     Bol-Kunac usiad?,  za to wsta? pryszczaty nastolatek i  kiwajNoc g?owNo
powiedzia? z goryczNo:
     -  No i w?a?nie o to  chodzi. Nie o to, czy rozumiemy prawdziwe  ?ycie,
czy  nie, lecz o to, ?e dla pana i paÓskich  bohaterÕw taka  przysz?o?Ö jest
ca?kowicie do przyjËcia, a dla nas -  to trupiarnia. Koniec  nadziei. Koniec
ludzko?ci. W?a?ciwie dlatego nie mamy ochoty marnowaÖ si?, ?eby pracowaÖ dla
dobra paÓskich u?winionych od stÕp do g?Õw  i marzNocych o spokoju  facetÕw.
Na?adowaÖ ich energiNo,  ?eby mogli ?yÖ, naprawdË ju? nie  sposÕb. I jak tam
pan sobie chce, panie  Baniew, ale  pokaza?  pan nam w swoich ksiNo?kach - w
ciekawych  ksiNo?kach, jestem  ca?kowicie "za" -  pokaza? pan  nam nie punkt
przy?o?enia  si?y  ale  to,  ?e  punkty przy?o?enia  si?y,  je?eli chodzi  o
ludzko?Ö nie  istniejNo,  przynajmniej  je?eli  mowa  o paÓskim pokoleniu...
ProszË mi darowaÖ, ale zagryñli?cie siË, roztrwonili?cie  siË na  wewnËtrzne
wa?nie, na k?amstwa i  na walkË z k?amstwem,  ktÕrNo prowadzicie wymy?lajNoc
nowe k?amstwa... Jak w paÓskiej piosence:

     K?amstwo czy prawda to kwestia odcieni
     i prawda wczorajsza dzi? w k?amstwo siË zmieni.
     A k?amstwo wczorajsze przemienia siË ?ywo
     dzi? w prawdË powszedniNo i prawdË prawdziwNo

     W?a?nie tak  siË miotacie od k?amstwa do k?amstwa.  Po prostu, w  ?aden
sposÕb  nie  mo?ecie uwierzyÖ,  ?e jeste?cie ju?  martwi,  ?e  w?asnorËcznie
zbudowali?cie ?wiat, ktÕry sta? siË dla was kamieniem nagrobnym. Gnili?cie w
okopach,  rzucali?cie siË z granatami pod  czo?gi,  a komu od  tego  lepiej?
Narzekali?cie na rzNod, na panujNoce porzNodki, jakby?cie nie  wiedzieli, ?e
na  lepszy  rzNod,  na  inne  porzNodki  wasze  pokolenie... po  prostu  nie
zas?u?y?o. Pan daruje, ale bito was po twarzy, a wy powtarzali?cie z uporem,
?e cz?owiek  z natury  jest dobry...  albo  co gorsza, ?e cz?owiek  to brzmi
dumnie. I kogo tylko nie nazywali?cie cz?owiekiem!...
     Pryszczaty  mÕwca   machnNo?  rËkNo  i  usiad?.  Zapanowa?o  milczenie,
nastËpnie ch?opiec znowu wsta? i oznajmi?:
     -  Kiedy  mÕwi?em "wy",  nie mia?em  na my?li  personalnie  pana, panie
Baniew.
     - DziËkujË - powiedzia? gniewnie Wiktor.
     By?  zirytowany  -  pryszczaty  smarkacz  nie  mia?   prawa  mÕwiÖ  tak
bezapelacyjnie, to  bezczelno?Ö i brak wychowania... daÖ w ?eb i wyprowadziÖ
za ucho z sali.  Czu? siË g?upio - wiele z  tego, co powiedzia? ch?opak by?o
prawdNo,  sam  tak my?la?, a  teraz znalaz?  siË w sytuacji cz?owieka, ktÕry
musi broniÖ czego?,  czego nienawidzi, a poza tym - nie by?o  ca?kiem jasne,
jak  siË zachowaÖ  dalej, jak kontynuowaÖ rozmowË i czy  w  ogÕle  warto jNo
kontynuowaÖ...  Rozejrza?  siË  po sali  i  zobaczy?,  ?e czekajNo  na  jego
odpowiedñ,  ?e  Irma  czeka na  jego  odpowiedñ, ?e  wszystkie te rumiane  i
piegowate  potwory  my?lNo  jednakowo,  a pryszczaty arogant  tylko  wyrazi?
wspÕlnNo opiniË i wyrazi?  jNo  szczerze,  z  g?Ëbokim  przekonaniem, a  nie
dlatego, ?e wczoraj przeczyta? nielegalnNo broszurË. ?e oni rzeczywi?cie nie
czujNo nawet odrobiny wdziËczno?ci albo chocia?by elementarnego szacunku dla
niego, Baniewa,  za  to,  ?e  na  ochotnika  zaciNognNo?  siË  do  u?anÕw  i
uczestniczy?  w szar?ach kawalerii na  "rheinmetale", ?e omal nie  zdech? na
dezynteriË w okrNo?eniu i  zabi? wartownika  samodzielnie wykonanym no?em, a
potem,  ju?  w  cywilu,  da?  po  mordzie  oficerowi tajnej  policji,  ktÕry
zaproponowa? mu  podpisanie donosu, ?azi?  bez  pracy z  dziurNo  w p?ucach,
spekulowa?  owocami,  chocia? proponowano  mu  bardzo  wygodne  posady...  A
w?a?ciwie, dlaczego  oni powinni mnie  szanowaÖ za to wszystko? ?e szed?em z
szablNo na czo?gi? Przecie?  trzeba  byÖ  idiotNo,  ?eby  mieÖ  rzNod, ktÕry
doprowadzi?  armiË do  takiego stanu...  A? siË wzdrygnNo?, kiedy uzmys?owi?
sobie, jak  ogromnNo pracË my?li musia?y wykonaÖ te dzieciaki, ?eby doj?Ö do
wnioskÕw, do ktÕrych  doro?li dochodzNo,  kiedy duszË majNo ju? w strzËpach,
zrujnowane ?ycie, nie tylko  w?asne  oraz  przetrNocony grzbiet...  zresztNo
nawet  i  to dotyczy nie wszystkich, zaledwie  nielicznych, za? wiËkszo?Ö do
tej pory uwa?a, ?e wszystko jest jak  nale?y, bardzo  fajnie i je?li zajdzie
potrzeba, gotowi sNo zaczNoÖ wszystko od poczNotku... Czy?by pomimo wszystko
nasta?y nowe  czasy?  Patrzy?  na  salË  nieomal  ze strachem. Zdaje siË, ?e
pomimo  wszystko  przysz?o?ci uda?o  siË zapu?ciÖ macki w  samo serce  czasu
terañniejszego i ta przysz?o?Ö by?a zimna, pozbawiona lito?ci i mia?a gdzie?
wszystkie zas?ugi przesz?o?ci - prawdziwe i domniemane.
     - Dzieci  - powiedzia? Wiktor. -  Zapewne sami tego nie  widzicie,  ale
jeste?cie okrutne. Jeste?cie okrutne z najlepszych pobudek, ale okrucieÓstwo
- to zawsze okrucieÓstwo. I nie mo?e przynie?Ö nic oprÕcz nowego cierpienia,
nowych ?ez i nowych pod?o?ci. Miejcie to  na  wzglËdzie.  I nie wyobra?ajcie
sobie, ?e wymy?li?y?cie co? szczegÕlnie  nowego.  ZburzyÖ  stary ?wiat i  na
jego ko?ciach zbudowaÖ nowy - to bardzo stary  pomys?. I jak  dotychczas ani
razu nie uda?o siË osiNognNoÖ oczekiwanych rezultatÕw. To samo,  co w starym
?wiecie   wywo?uje   pragnienie,   aby  burzyÖ  bez   najmniejszej  lito?ci,
szczegÕlnie ?atwo przystosowuje siË do procesu burzenia, do okrucieÓstwa, do
bezwzglËdno?ci, okazuje siË dla tego procesu  niezbËdne,  trwa nienaruszone,
staje  siË  gospodarzem  nowego  ?wiata  i  w ostatecznym  rachunku  morduje
?mia?ych  burzycieli. Kruk krukowi  oka nie  wykolË, okrucieÓstwa nie  mo?na
zniszczyÖ okrucieÓstwem. Ironia i lito?Ö! Ironia i lito?Ö, dzieci!
     I  nagle  wszyscy  wstali.  By?o  to  tak nieoczekiwane,  ?e  Wiktorowi
przelecia?a przez g?owË  szalona my?l,  ?e uda?o  mu siË wreszcie powiedzieÖ
co? takiego,  co wstrzNosnË?o wyobrañniNo  s?uchaczy. Ale ju? widzia?, ?e od
drzwi idzie mokrzak, chudy, lekki, prawie niematerialny niczym cieÓ i dzieci
patrzNo na niego, i nie zwyczajnie patrzNo, tylko lgnNo do niego,  a mokrzak
pow?ciNogliwie  uk?oni?  siË Wiktorowi, wymamrota? s?owa przeprosin i usiad?
na brzegu, obok Irmy, wszystkie  dzieci rÕwnie? usiad?y, a Wiktor patrzy? na
IrmË  i widzia?, ?e  jest szczË?liwa, ?e stara siË tego nie  okazaÖ,  ale po
prostu promienieje rado?ciNo i zadowoleniem. Zanim  zdNo?y?  siË  opamiËtaÖ,
zabra? g?os Bol-Kunac.
     -  Obawiam siË,  ?e pan nas  ñle zrozumia?,  panie Baniew - oznajmi?. -
Wcale  nie jeste?my okrutni, a je?eli z  paÓskiego punktu widzenia  jeste?my
okrutni,  to wy?Nocznie  teoretycznie.  Przecie? my wcale  nie chcemy burzyÖ
waszego  starego ?wiata, tylko zamierzamy zbudowaÖ nowy. To pan jest okrutny
- nie wyobra?a pan sobie budowania nowego ?wiata bez zburzenia starego. A my
wyobra?amy to sobie bardzo dobrze. My nawet pomo?emy pana pokoleniu stworzyÖ
ten wasz raj, popijajcie i jedñcie na zdrowie. BudowaÖ, panie  Baniew, tylko
budowaÖ. Niczego nie burzyÖ, tylko budowaÖ.
     Wiktor oderwa? wreszcie oczy od Inny i zebra? my?li.
     - Tak  - powiedzia?. -  Jasne. No,  to budujcie.  Jestem ca?kowicie  po
waszej stronie.  Zaskoczyli?cie mnie  dzisiaj, ale i  tak  jestem  z wami...
Je?eli zajdzie potrzeba, nawet zrezygnujË z kielicha i zakNoski... Tylko nie
zapominajcie,  ?e  stare  ?wiaty  trzeba  by?o  burzyÖ w?a?nie  dlatego,  ?e
przeszkadza?y... przeszkadza?y  budowaÖ  nowe,  nie  lubi?y  tego  co  nowe,
hamowa?y...
     - Dzisiejszy stary ?wiat - zagadkowo powiedzia? Bol-Kunac  - nie bËdzie
nam przeszkadza?. BËdzie nam  nawet pomagaÖ. Poprzednia  historia zakoÓczy?a
swÕj bieg, nie trzeba siË na niNo powo?ywaÖ.
     - No cÕ?, tym lepiej  - rzek? Wiktor ze znu?eniem. - Jestem niezmiernie
rad, ?e wszystko siË wam tak szczË?liwie uk?ada.
     Fajni ch?opcy i dziewczËta,  pomy?la?. Dziwni, ale fajni. Szkoda ich...
wyrosnNo, bËdNo siË zagryzaÖ, rozmna?aÖ i rozpocznie siË praca na chleb nasz
powszedni...  Nie, pomy?la? z rozpaczNo. ByÖ mo?e jako? siË uda... ZagarnNo?
ze  sto?u  karteczki.  Zebra?o  siË ich nawet sporo. Co to takiego fakt? Czy
mo?na  uwa?aÖ  za  dobrego i  uczciwego cz?owieka, ktÕry pracuje dla  wojny?
Dlaczego pan tak du?o pije? Jaka jest pana opinia o Spenglerze?...
     - Przys?ano mi kilka pytaÓ - powiedzia?. - Tylko  nie  wiem,  czy teraz
warto...
     Wsta? pryszczaty nihilista i oznajmi?:
     -  Widzi  pan, panie  Baniew, nie  wiem,  jakie  tam  sNo pytania,  ale
w?a?ciwie  to   nie   jest  takie   wa?ne.  Po   prostu   chcieli?my  poznaÖ
wspÕ?czesnego,  znanego  pisarza.   Ka?dy  znany  pisarz  jest  wyrazicielem
ideologii spo?eczeÓstwa, czy te? czË?ci spo?eczeÓstwa, a  my powinni?my znaÖ
ideologÕw  wspÕ?czesnego spo?eczeÓstwa. Teraz wiemy wiËcej, ni? wiedzieli?my
przed spotkaniem z panem. DziËkujemy.
     Na sali zaczNo? siË ruch, s?ychaÖ by?o "DziËkujemy... DziËkujemy, panie
Baniew" dzieci  zaczË?y wstawaÖ,  opuszczaÖ  swoje  miejsca,  a Wiktor  sta?
zaciskajNoc  w piË?ci karteczki,  czu?  siË jak kretyn,  wiedzia?,  ?e  jest
purpurowy, ?e minË ma speszonNo  i ?a?osnNo, ale wziNo?  siË w gar?Ö, kartki
wsadzi? do kieszeni i zszed? ze sceny.
     Najgorsze by?o to, ?e nie zrozumia? w koÓcu jak ma traktowaÖ te dzieci.
One  by?y irrealne, by?y nieprawdopodobne,  ich wypowiedzi, ich  stosunek do
tego,  co  Wiktor pisa?  i do  tego,  co mÕwi?,  nie  mia?  ?adnych  punktÕw
stycznych   ze   sterczNocymi   warkoczykami,   rozczochranymi   czuprynami,
niedomytymi szyjami, z gËsiNo skÕrkNo na chudych rËkach, z piskliwym ha?asem
dooko?a. Jakby nieznana si?a dla zabawy  zespoli?a w przestrzeni przedszkole
i dyskusjË w instytucie  naukowym. Po?Noczy?a  niepo?Noczalne.  Zapewne  tak
czu? siË do?wiadczalny kot, ktÕremu dano kawa?ek ryby, podrapano za  uchem i
w  tej  samej  chwili eksplodowano pod  nosem  ?adunek,  pora?ono prNodem  i
o?lepiono reflektorem...  Tak,  ze wspÕ?czuciem  powiedzia? Wiktor  do kota,
ktÕrego  stan wyobra?a? sobie teraz znakomicie. Ani moja, ani twoja psychika
nie jest przygotowana na taki szok, od takiego szoku mo?emy nawet umrzeÖ...
     I w  tym momencie u?wiadomi?  sobie, ?e  ugrzNoz?. ObstNopiono go i nie
pozwalano przej?Ö.  Na sekundË ogarnË?a go straszliwa panika.  Nie zdziwi?by
siË,  gdyby  teraz spokojnie  i w  milczeniu powalono  go na pod?ogË w  celu
przeprowadzenia sekcji na okoliczno?Ö przeanalizowania ideologii. Ale dzieci
nie  zamierza?y  go preparowaÖ. WyciNoga?y  do niego otwarte ksiNo?ki, tanie
notesy, kartki papieru. Szepta?y: "ProszË o autograf!" Piszcza?y: "Tu, w tym
miejscu!" Chrypia?y ?amliwym basem: "Pan bËdzie ?askaw!".
     I  Wiktor  wyjNo? wieczne  piÕro,  zdjNo?  nakrËtkË,  z  zaciekawieniem
postronnego  cz?owieka  przys?ucha?  siË swoim  odczuciom  i  wcale  siË nie
zdziwi?,  czujNoc  wzbierajNocNo dumË. To by?y upiory  przysz?o?ci i cieszyÖ
siË ich uznaniem by?o jednak przyjemnie.

     *

     W numerze  hotelowym natychmiast otworzy?  barek, nala? sobie  d?inu  i
wypi?  jednym  haustem  jak  lekarstwo.  Z w?osÕw, po  twarzy i za  ko?nierz
sp?ywa?a woda -  okaza?o siË, ?e zapomnia? w?o?yÖ kaptur.  Spodnie przemok?y
do kolan  - prawdopodobnie  szed? wprost  po ka?u?ach na nic  nie zwa?ajNoc.
Straszliwie chcia?o mu siË paliÖ  - zdaje siË, ?e ani razu nie zapali? przez
te dwie godziny z hakiem...
     Akceleracja, powtarza? sam sobie, kiedy zrzuci? wprost na pod?ogË mokry
p?aszcz, przebiera? siË, wyciera?  g?owË rËcznikiem.  To  tylko akceleracja,
uspokaja?  siË, zapalajNoc  papierosa  i zaciNogajNoc  siË chciwie. To  jest
w?a?nie akceleracja  w  praktyce, my?la? z przera?eniem, wspominajNoc  pewne
siebie  dzieciËce  g?osy  wypowiadajNoce  niemo?liwe  teksty.   Bo?e,  ratuj
doros?ych, Bo?e  ratuj ich rodzicÕw, o?wieÖ  ich,  spraw, aby zmNodrzeli, to
ostatni moment...  Ze wzglËdu na Ciebie samego b?agam  ciË, Bo?e, bo inaczej
zbudujNo ci wie?Ë  Babel,  kamieÓ  nagrobny dla wszystkich g?upcÕw,  ktÕrych
wypu?ci?e? na tË ZiemiË, aby siË p?odzili i rozmna?ali nie przemy?lawszy jak
nale?y skutkÕw akceleracji... Okaza?e? siË prostaczkiem, bracie Bo?e...
     Wiktor  wyplu? niedopa?ek  na  dywan  i  zapali?  nowego  papierosa.  A
w?a?ciwie  dlaczego tak  siË  zdenerwowa?em?  -  pomy?la?. Rozhula?a mi  siË
wyobrañnia... No dobra, dzieci, no dobra - akceleracja, no dobra, rozwiniËte
ponad wiek. Co to, nie widzia?em  dzieci ponad wiek rozwiniËtych?  SkNod  mi
przysz?o  do g?owy,  ?e  one same to wszystko  wymy?li?y?  Napatrzy?y siË  w
mie?cie wszelakiego paskudztwa, naczyta?y siË ksiNo?ek, wszystko upro?ci?y i
naturalnie dosz?y do wniosku,  ?e nale?y zbudowaÖ  nowy ?wiat.  I wcale  nie
wszystkie  sNo  takie.  MajNo  przywÕdcÕw,  krzykaczy  -  Bol-Kunac...   ten
pryszczaty... i jeszcze ta ?liczna dziewczynka. Liderzy.  A reszta -  dzieci
jak  dzieci, siedzia?y, s?ucha?y, nudzi?y siË... Wiedzia?, ?e to  nieprawda.
No,  powiedzmy,  nie  nudzi?y  siË,  s?ucha?y  z  ciekawo?ciNo  - to  jednak
prowincja,  znany  pisarz...  Diab?a tam,  w ich wieku nie  czyta?bym  moich
ksiNo?ek. Diab?a tam,  w ich wieku poszed?bym  gdzie? - tylko nie na film ze
strzelaninNo  albo  do wËdrownego cyrku -  oglNodaÖ  go?e  nogi  tancerki na
linie. RÕwno  zwisa? mi stary ?wiat i nowy ?wiat, nie mia?em o tym zielonego
pojËcia  - pi?ka no?na do kompletnego wyczerpania, wykrËciÖ gdzie? ?arÕwkË i
trzasnNoÖ niNo o ?cianË, albo dorwaÖ gdzie?  jakiego? eleganta  i nak?a?Ö mu
po  ryju...  Wiktor  rozwali?  siË w  fotelu  i  wyciNognNo?  nogi.  Wszyscy
wspominamy  z  rozczuleniem szczË?liwe dzieciÓstwo i jeste?my przekonani, ?e
od czasÕw  Tomka Sawyera tak by?o, jest i bËdzie. Powinno  byÖ.  A je?li tak
nie jest, to znaczy, ?e dziecko nienormalne, budzi, je?li popatrzeÖ na nie z
boku, lekkNo lito?Ö a przy bezpo?rednim zderzeniu -  pedagogiczne oburzenie.
A  dziecko ?agodnie patrzy na ciebie i my?li: ty oczywi?cie jeste?  doros?y,
du?y, mo?esz  mi  przy?o?yÖ, jednak?e jak  od najwcze?niejszego  dzieciÓstwa
by?e?  g?uptakiem,  tak  g?uptakiem  pozostaniesz i  g?uptakiem umrzesz, ale
nawet tego ci ma?o, jeszcze i ze mnie chcesz zrobiÖ g?uptaka...
     Wiktor  nala? nowNo  porcjË d?inu i zaczNo?  wspominaÖ, jak to wszystko
wyglNoda?o i musia? po?piesznie sobie golnNoÖ, ?eby nie zawyÖ ze wstydu. Jak
przyszed?  do tych  dzieciakÕw zadowolony i pewny siebie, patrzNocy  z gÕry,
modny  bËcwa?,  jak  na  dzieÓ  dobry  uczËstowa?  je szlachetnNo  g?upotNo,
p?askimi dowcipami i pseudobohaterskim gaworzeniem, jak go usadzono, ale nie
uspokoi? siË i nadal demonstrowa? swojNo ostrNo niewydolno?Ö intelektualnNo,
jak uczciwie prÕbowano skierowaÖ go na w?a?ciwNo drogË i ostrzegano go, a on
nadal plÕt? trywialne bana?y, wciNo? liczNoc, ?e jako?  wyjdzie na swoje, ?e
co  tam, nie ma co  siË  przesadnie wysilaÖ  -  a kiedy wreszcie  straciwszy
cierpliwo?Ö dali  mu po mordzie,  ma?odusznie zaczai szlochaÖ i skar?yÖ siË,
?e  go ñle potraktowano... kiedy za? z  lito?ci poproszono  go  o autografy,
wpad? w takNo euforiË, ?e a?  wstyd pomy?leÖ... I Wiktor zarycza?, wiedzNoc,
?e o tym, co  siË dzi? wydarzy?o, bez  wzglËdu na swojNo wysilonNo uczciwo?Ö
nigdy nikomu nie o?mieli siË opowiedzieÖ, ?e za jakie?  pÕ? godziny przekona
sam siebie  o  konieczno?ci zachowania rÕwnowagi  duchowej  i  tak  wszystko
sprytnie poprzek?ada, aby wszystko nieprzyjemne, co z nim dzisiaj uczyniono,
obrÕci?o siË w najwiËkszy triumf jego  ?ycia albo ostatecznie w zwyczajne  i
niezbyt interesujNoce spotkanie z prowincjonalnymi wunderkindami,  ktÕre - a
niby  czego siË po nich spodziewaÖ? - sNo dzieÖmi  i  dlatego  nie najlepiej
orientujNo  siË  w  literaturze  i w  ?yciu...  Nale?a?oby  pos?aÖ  mnie  do
departamentu  o?wiaty,   pomy?la?  z   nienawi?ciNo.  Tacy  zawsze  sNo  tam
potrzebni... Mam tylko jednNo pociechË, pomy?la?. Takich dzieci jest jeszcze
bardzo ma?o i je?eli akceleracja bËdzie siË rozwijaÖ  w takim  samym tempie,
to do tego czasu kiedy bËdzie ich du?o, ja ju? dziËki Bogu szczË?liwie umrË.
Jak to dobrze - umrzeÖ we w?a?ciwym czasie!
     Kto?  zapuka? do drzwi.  Wiktor  krzyknNo?  "ProszË!".  Wszed? Pawor  w
podrabianym bucharskim szlafroku, rozstrojony, ze spuchniËtym nosem.
     -  Nareszcie  -  powiedzia?  zakatarzonym  g?osem,  usiad? naprzeciwko,
wydoby?  zza  pazuchy  wielkNo, mokrNo chustkË  do nosa i zaczNo? smarkaÖ  i
kichaÖ. By?o to ?a?osne widowisko - nic nie zosta?o z dawnego Pawora.
     - Co - nareszcie? - zapyta? Wiktor. - Chce pan d?inu?
     -  Och,  nie wiem... -  odpar?  Pawor siNokajNoc  i pochlipujNoc.  - To
miasto mnie wykoÓczy... R - r - rum - cz? - ? - ?ach! Och...
     - Na zdrowie - powiedzia? Wiktor.
     Pawor popatrzy? na niego za?zawionymi oczami.
     - Gdzie siË pan podziewa?? - zapyta? kapry?nie. - Trzy  razy puka?em do
pana, chcia?em wziNoÖ co? do czytania. Ja tu przepadnË, jedyne  moje zajËcie
-  to kichanie i wycieranie nosa... w hotelu nie ma ?ywego ducha,  poszed?em
do portiera, to ten  stary idiota zaproponowa? mi  ksiNo?kË telefonicznNo  i
jakie? prospekty sprzed lat... "Witamy w naszym s?onecznym mie?cie". Ma  pan
co? do czytania?
     - Raczej wNotpiË - rzek? Wiktor.
     -  Co u diab?a, przecie? jest pan pisarzem! No, rozumiem,  kolegÕw  pan
nie czyta,  ale siebie  chyba  pan  od czasu  do czasu przeglNoda... Wszyscy
dooko?a wciNo? powtarzajNo: Baniew,  Baniew... Jak to tam u pana siË nazywa?
"?mierÖ po po?udniu"? "PÕ?noc po ?mierci"? Nie pamiËtam...
     - "NieszczË?cie przychodzi o pÕ?nocy" - powiedzia? Wiktor.
     - O to to. Niech pan da poczytaÖ.
     - Nie dam. Nie mam - kategorycznie odpar? Wiktor. - A gdybym mia?, to i
tak bym nie da?. Zasmarka?by mi pan ksiNo?kË. I do tego nic nie zrozumia?.
     - A  to  dlaczego - nie  zrozumia?bym?  -  zainteresowa?  siË  Pawor  z
oburzeniem.  - podobno  to co?  z ?ycia  homoseksualistÕw, co  tu mo?na  nie
zrozumieÖ?
     - Sam pan... - powiedzia? Wiktor. - Lepiej napijmy siË d?inu. Z wodNo?
     Pawor  kichnNo?,  co?  mruknNo?,  rozpaczliwie  rozejrza? siË  dooko?a,
odrzuci? g?owË do ty?u i znowu kichnNo?.
     - G?owa mi pËka - poskar?y? siË. - O w  tym miejscu... A gdzie pan by??
Podobno na spotkaniu z czytelnikami? Z miejscowymi homoseksualistami?
     -  Gorzej  -  powiedzia?  Wiktor.  -  Mia?em  spotkanie  z  miejscowymi
wunderkindami. Wie pan, co to jest akceleracja?
     - Akceleracja? To co?, co jest zwiNozane z  przedwczesnym dojrzewaniem.
S?ysza?em, jaki?  czas  temu by?o o tym  bardzo g?o?no, ale potem  w  naszym
departamencie  powo?ano komisjË i  ta  komisja udowodni?a,  ?e  to  rezultat
osobistej troski pana prezydenta o dorastajNoce pokolenie lwÕw i marzycieli,
tak ?e wszystko znalaz?o siË na swoim  miejscu. Aleja wiem, o czym pan mÕwi,
bo  widzia?em  tych  miejscowych  wunderkindÕw. Zachowaj nas Bo?e  od takich
lwÕw, poniewa? ich w?a?ciwe miejsce jest w gabinecie osobliwo?ci.
     - A mo?e  to  moje i  pana  miejsce  jest  w  gabinecie  osobliwo?ci? -
zaprotestowa? Wiktor.
     -  Niewykluczone  - zgodzi?  siË Pawor. - Tylko ?e akceleracja nie ma z
tym nic wspÕlnego. Akceleracja - to  problem  biologiczny  i  fizjologiczny.
Wzrost wagi  noworodkÕw, a  one potem nieprzytomnie rosnNo,  gdzie? do dwÕch
metrÕw,  jak  ?yrafy,  a  kiedy  majNo  dwana?cie  lat,  ju?  potrafiNo  siË
rozmna?aÖ. A tutaj - dzieci sNo najzwyczajniejsze, za to ich nauczyciele...
     - Co - nauczyciele?
     Pawor kichnNo?.
     -  Za  to nauczyciele -  niezwyczajni - powiedzia?  przez  nos.  Wiktor
przypomnia? sobie dyrektora gimnazjum.
     -  Co te? niezwyk?ego jest  w tutejszych  nauczycielach? - zapyta? - ?e
zapominajNo rozpiNoÖ rozporka?
     - Jaki rozporek? - spyta? Pawor ze zdumieniem gapiNoc siË na Wiktora. -
Oni w ogÕle nie majNo rozporkÕw.
     - I co jeszcze? - zapyta? Wiktor.
     - W jakim sensie?
     - Co jeszcze jest w nich niezwykle?
     Pawor d?ugo wyciera? nos, a  Wiktor popija?  d?in i patrzy? na  niego z
lito?ciNo.
     - Jak widzË,  nie ma pan  o  niczym pojËcia  - rzek?  Pawor oglNodajNoc
zasmarkanNo  chustkË.  -  Jak  s?usznie   twierdzi  pan  prezydent,  g?ÕwnNo
w?a?ciwo?ciNo  naszych  pisarzy  jest  nieznajomo?Ö  ?ycia  i  oderwanie  od
interesÕw narodu...  Jest pan ju? tu ponad tydzieÓ. Czy by? pan gdziekolwiek
oprÕcz  knajpy  i  sanatorium? Rozmawia?  pan  z  kim?  oprÕcz tego pijanego
bydlaka, Kwadrygi? Diabli wiedzNo, za co bierze pieniNodze...
     -  Dobra,  dosyÖ tego - powiedzia?  Wiktor.  -  WystarczNo  mi  gazety.
Znalaz? siË usmarkany krytyk, nauczyciel bez rozporka...
     - A  - a -  a, nie podoba siË?  -  stwierdzi?  Pawor z  zadowoleniem. -
Je?eli tak, to ju? nie bËdË... Niech pan opowie o spotkaniu z wunderkindami.
     -  Nie  ma  o  czym  opowiadaÖ  -  odpar? Wiktor.  -  Wunderkindy,  jak
wunderkindy...
     - A jednak?
     - No wiËc przyszed?em. Zadali mi kilka pytaÓ. Ciekawe pytania, zupe?nie
doros?e. .. - Wiktor umilk?.
     - No wiËc, je?li mam byÖ ca?kiem szczery, nieñle mi dali popaliÖ.
     -  A  jakie  by?y  pytania?  -  zapyta?  Pawor.  Patrzy? na  Wiktora  z
prawdziwym zainteresowaniem i zdaje siË ze wspÕ?czuciem.
     -  Nie  chodzi  o  pytania  -  westchnNo?  Wiktor. -  Je?eli  mam mÕwiÖ
otwarcie, to najbardziej mnNo wstrzNosnË?o,  ?e te dzieci sNo jak doro?li, i
to nie zwyczajni doro?li, ale jak doro?li najwy?szej klasy... Jaka? choroba,
piekielna dysproporcja...  -  Pawor ze wspÕ?czuciem  kiwa? g?owNo. - S?owem,
ñle mi tam by?o - powiedzia? Wiktor. - Nie mam ochoty o tym mÕwiÖ.
     - Rozumiem - oznajmi? Pawor. - Nie pan pierwszy, nie pan ostatni. MuszË
panu powiedzieÖ,  ?e  rodzice dwunastoletniego  dziecka -  to zawsze  istoty
godne  lito?ci z  tysiNocem k?opotÕw na  g?owie. Ale  tutejsi rodzice to co?
szczegÕlnego. PrzypominajNo mi  ty?y  armii okupacyjnej  w rejonie aktywnych
dzia?aÓ partyzantÕw... No wiËc, o co pana pytano?
     - No, na przyk?ad, co to jest postËp.
     - Tak. WiËc, ich zdaniem, co to takiego postËp?
     -  Ich  zdaniem, postËp to nadzwyczaj proste. Pos?aÖ nas  wszystkich do
rezerwatÕw, ?eby?my siË nie plNotali  pod nogami, a  wÕwczas oni na wolno?ci
bËdNo mogli spokojnie studiowaÖ  Zurtzmansora i Spenglera. Ja w ka?dym razie
odnios?em takie wra?enie.
     - No cÕ?, to bardzo mo?liwe. - powiedzia? Pawor. - Jaki ksiNodz, taka i
parafia. Pan tu opowiada - akceleracja, Zurtzmansor... A czy wie pan,  co na
ten temat mÕwi narÕd?
     - Kto?!
     - NarÕd!...  NarÕd mÕwi, ?e wszystkie nieszczË?cia sNo przez mokrzakÕw.
Dzieci ze?wirowa?y - przez mokrzakÕw...
     -  To  dlatego,  ?e  w mie?cie  nie ma ?ydÕw  - zauwa?y? Wiktor.  Potem
przypomnia? sobie mokrzaka, ktÕry wszed?  na salË, jak dzieci wsta?y i jakNo
twarz mia?a Irma. - Pan powa?nie? - zapyta?.
     - To nie  ja  -  oznajmi?  Fawor. - To glos narodu.  Vox  populi.  Koty
uciek?y  z miasta,  a dzieciaki  uwielbiajNo  mokrzakÕw,  ?a?No za  nimi  do
leprozorium, siedzNo tam dniami i nocami, rodzicÕw  majNo za nic, nikogo nie
s?uchajNo.  KradnNo  w  domu  pieniNodze  i kupujNo  ksiNo?ki...  Podobno na
poczNotku  rodzice bardzo siË cieszyli, ?e  dzieci zamiast  drzeÖ spodnie na
p?otach,  cicho siedzNo w  domu  i czytajNo ksiNo?ki. Tym bardziej ?e pogoda
jakby nie najlepsza. Ale teraz ju?  wszyscy widzNo, do czego to doprowadzi?o
i kto to wszystko zaczNo?. Teraz ju? nikt siË nie cieszy. Jednak?e bojNo siË
mokrzakÕw jak dawniej i tylko warczNo im w ?lad...
     G?os narodu,  pomy?la? Wiktor. G?os Loli i pana burmistrza. S?yszeli?my
ten g?os... Koty, deszcze, telewizory. Krew chrze?cijaÓskich niemowlNot...
     - Nie rozumiem - powiedzia? - pan to serio czy z nudÕw?
     - To nie ja! - powtÕrzy? Pawor z uczuciem. - Tak mÕwiNo w mie?cie.
     - Co  mÕwiNo w mie?cie,  jest dla mnie jasne - rzek? Wiktor. - A co pan
sam o tym my?li? Pawor wzruszy? ramionami.
     - ?ycie p?ynie - powiedzia? mgli?cie. - Plotki pÕ? na  pÕ? z prawdNo. -
Popatrzy? na  Wiktora  znad chustki. - ProszË  mnie nie  uwa?aÖ  za idiotË -
powiedzia?. - Niech  pan lepiej przypornni sobie te  dzieci -  gdzie jeszcze
widzia? pan takie dzieci? Albo ostatecznie, tyle takich dzieci?
     Fakt, pomy?la? Wiktor, takie  dzieci... Koty kotami, ale ten mokrzak na
sali -  to ju? nie koty  pÕ? na  pÕ? z  deszczem... Jest  takie okre?lenie -
twarz  roz?wietlona  od  wewnNotrz. W?a?nie  takNo twarz mia?a Inna, a kiedy
rozmawia  ze mnNo, jej twarz o?wietlona jest tylko z zewnNotrz. Z matkNo za?
w ogÕle nie  rozmawia -  cedzi co? przez  zËby z pob?a?liwNo odrazNo...  Ale
je?eli to tak, je?eli to prawda, a nie  wstrËtne gadanie, to sprawa wyglNoda
wyjNotkowo paskudnie. Czego oni chcNo od dzieci?  To przecie? chorzy ludzie,
skazani... i w ogÕle to  ?wiÓstwo podjudzaÖ dzieci przeciwko rodzicom, nawet
przeciwko takim rodzicom jak ja i Lola. Wystarczy nam pan prezydent -  narÕd
jest wa?niejszy ni? macierzyÓstwo i ojcostwo, Legia Wolno?ci waszNo matkNo i
ojcem, wiËc dzieciak biegnie do  najbli?szego sztabu i zawiadamia, ?e ojciec
nazwa?  pana prezydenta dziwnym cz?owiekiem, a matka nazwa?a  wyprawy  Legii
rujnujNocym  przedsiËwziËciem.  A teraz jeszcze  na domiar z?ego pojawia siË
czarny, mokry facet i nie owijajNoc w  bawe?nË oznajmia, ?e twÕj ojciec - to
pijak  i bezmÕzgie bydlË, a matka - kretynka  i  dziwka. Powiedzmy nawet, ?e
tak jest naprawdË, ale to  wszystko jedno ?wiÓstwo, nale?y to robiÖ inaczej,
nie ich  pieski interes, nie  oni za  to  odpowiadajNo i nikt ich nie prosi,
?eby zajmowali siË tego rodzaju o?wiatNo... Patologia jaka? i tyle... Je?eli
to  tylko  o?wiata  i  nic poza tym.  A je?li co?  gorszego? DzieciË zaczyna
rÕ?anymi usteczkami szczebiotaÖ o postËpie, zaczyna  mÕwiÖ straszne, okrutne
rzeczy, nie wiedzNoc  co  szczebiocze, ale ju?  od  pieluch przyucza siË  do
intelektualnego  okrucieÓstwa,   najgorszego   okrucieÓstwa,   jakie   mo?na
wymy?liÖ,  a tamci,  zamotawszy czarnymi szmatami ?uszczNoce siË fizjonomie,
stojNo  za scenNo  i pociNogajNo  za  sznurki...  to  za? znaczy, ?e nie  ma
?adnego nowego pokolenia, za to  jest stara i brudna  zabawa w marionetki, a
ja by?em  podwÕjnym os?em,  kiedy zamiera?em  dzi? na tej scenie...  Ale? to
paskudna zabawa - ta nasza cywilizacja...
     - ...kto ma oczy niechaj  zobaczy - mÕwi? Pawor.  - Nie wpuszczajNo nas
do leprozorium. Drut kolczasty, ?o?nierze, w porzNodku. Ale co? nieco? mo?na
zobaczyÖ i tutaj wmie?cie. Widzia?em, jak mokrzaki rozmawiajNo z  dzieÖmi  i
jak siË przy tym zachowujNo te dzieci, jak zamieniajNo siË nieomal w anio?y,
a  zapytaj  takiego  jak siË  idzie  do  fabryki -  wyleje na  ciebie  kube?
pogardy...
     Nie wpuszczajNo nas do  leprozorium,  my?la? Wiktor.  Drut kolczasty, a
mokrzaki swobodnie spacerujNo sobie po mie?cie.  Ale przecie? nie  Golem  to
wymy?li?... Ojciec narodu. Co za ?cierwo, pomy?la?.  Co za kanalia.  WiËc to
jego robota. Najlepszy przyjaciel dzieci... Ca?kiem niewykluczone, to bardzo
do  niego  podobne.  A  wie  pan,  panie  prezydencie,  na  paÓskim  miejscu
urozmaici?bym,  a przynajmniej  prÕbowa?bym urozmaiciÖ  swoje sztuczki. Zbyt
?atwo odrÕ?niÖ  paÓski  ogon od  wszystkich  innych ogonÕw. Drut  kolczasty,
?o?nierze,  przepustki  -  czyli  pan  prezydent,  czyli  bez   najmniejszej
wNotpliwo?ci jakie? paskudztwo...
     - Na diab?a tam drut kolczasty? - zapyta? Wiktor.
     - A skNod  ja  mogË  wiedzieÖ? - odpar? Pawor.  - Nigdy  przedtem drutu
kolczastego w tym miejscu nie by?o.
     - To znaczy, ?e pan tam ju? kiedy? by??
     -  Dlaczego?  Nie  by?em.  Ale  nie  jestem  tu  pierwszym  inspektorem
sanitarnym...  zresztNo nie chodzi  o drut kolczasty, czy to ma?o na ?wiecie
kolczastego drutu?  Dzieci tam  wpuszczajNo bez ?adnych przeszkÕd, mokrzakÕw
wypuszczajNo  bez przeszkÕd, ale ani  pana, ani mnie nie wpuszczajNo  - i to
jest dziwne.
     Nie, to chyba jednak nie prezydent, my?la? Wiktor. Prezydent i czytanie
Zurtzmansora, a  mo?e jeszcze i Baniewa -  to nijak do siebie nie pasuje. Do
tego  ta destrukcyjna ideologia... Gdybym ja  co? takiego  napisa?, chyba by
mnie  ukrzy?owali - NiepojËte,  niezrozumia?e...  Nieczysta sprawa... Trzeba
bËdzie zapytaÖ Irmy, pomy?la?. Po prostu zapytam i zobaczË,  co ona zrobi...
ZresztNo chyba i Diana powinna co? nieco? wiedzieÖ.
     - Pan mnie nie s?ucha? - zapyta? Pawor.
     - Przepraszam, zamy?li?em siË.
     - MÕwiË, ?e wcale  bym siË nie zdziwi?, gdyby miasto zastosowa?o jakie?
?rodki. ZresztNo, jak przystoi miastu, ?rodki okrutne.
     -  Ja te? bym  siË nie zdziwi? - wymamrota?  Wiktor. - Nie zdziwiË siË,
nawet je?li ja sam zechcË zastosowaÖ jakie? ?rodki.
     Pawor wsta? i podszed? do okna.
     -  Ale  pogoda  -   powiedzia?  zgnËbiony.  -  WyjechaÖ  by  stNod  jak
najprËdzej... Da mi pan ksiNo?kË, czy nie?
     -  Nie  mam  ?adnych  ksiNo?ek  -  powiedzia?  Wiktor.  -  Wszystko  co
przywioz?em,  jest w sanatorium...  Niech  pan pos?ucha,  a po  co mokrzakom
nasze dzieci?
     Pawor wzruszy? ramionami.
     - To przecie? chorzy ludzie - odpowiedzia?. - SkNod mo?emy wiedzieÖ? My
przecie? jeste?my zdrowi. Zapukano do drzwi i wszed? Golem - ciË?ki i mokry.
     - Zapytamy  Golema - powiedzia?  Pawor. - Golem,  po co mokrzakom nasze
dzieci?
     - Wasze dzieci?  - zapyta?  Golem,  uwa?nie  oglNodajNoc  etykietkË  na
butelce z d?inem. - A pan ma dzieci, Pawor?
     - Pawor twierdzi -  odpar? Wiktor - jakoby mokrzaki buntowa?y miej skie
dzieci przeciwko rodzicom. Co pan wie na ten temat, Golem?
     - Hm... mruknNo? Golem. - Gdzie pan ma czyste szklanki? Aha... Mokrzaki
buntujNo  dzieci?  No  cÕ?... Nie  oni  pierwsi,  nie  oni  ostatni.  -  Nie
zdejmujNoc p?aszcza opad?  na kozetkË i powNocha? d?in w szklance. - A  niby
dlaczego w  naszych  czasach nie  buntowaÖ dzieci przeciwko rodzicom, je?eli
bia?ych szczuje siË na czarnych, ?Õ?tych na bia?ych, a  g?upich  szczujNo na
mNodrych... Co pana w?a?ciwie dziwi?
     - Pawor twierdzi - powtÕrzy? Wiktor - ?e paÓscy pacjenci w?ÕczNo siË po
mie?cie  i  uczNo  dzieci  rÕ?nych dziwnych  rzeczy. Ja te?  zauwa?y?em  co?
podobnego,  chocia? na razie jeszcze niczego nie twierdzË. Tak wiËc, niczemu
siË nie dziwiË, tylko pytam pana - czy to prawda, czy nie?
     -  O ile wiem - powiedzia? Golem  odpijajNoc ze szklanki -  mokrzaki od
wiekÕw mieli prawo  chodziÖ po mie?cie. Nie wiem, co pan ma na my?li mÕwiNoc
o  uczeniu  dziwnych rzeczy, ale  niech mi  bËdzie  wolno zapytaÖ  pana jako
tubylca - czy zna pan zabawkË, ktÕra nazywa siË "z?a fryga"?
     - No, oczywi?cie - odrzek? Wiktor.
     - Mia? pan takNo zabawkË?
     - r  Ja  oczywi?cie nie mia?em... ale  koledzy, o  ile  pamiËtam, chyba
tak... - Wiktor zamilk?. - Tak, rzeczywi?cie - powiedzia?. - Ch?opcy mÕwili,
?e tego bNoczka podarowa? im mokrzak. O to panu chodzi?
     - Tak, w?a?nie o to. I "pogodnik" - i "drewnianNo rËkË"...
     - Pardon - wtrNoci? Pawor. - Czy ja,  przybysz ze stolicy, mÕg?bym  siË
dowiedzieÖ, o czym rozmawiajNo tubylcy?
     - Nie mÕg?by pan - odpar? Golem. - To nie le?y w paÓskiej kompetencji.
     -  SkNod pan wie, co le?y,  a  cc)  nie le?y w  moich kompetencjach?  -
zapyta? Pawor ura?onym tonem.
     -  Wiem - powiedzia? Golem. - ZgadujË, bo tak mi siË podoba,... i niech
pan przestanie ?gaÖ, przecie? prÕbowa? pan kupiÖ u Teddyego "pogodnik", wiËc
?wietnie pan wie, co to takiego.
     - Niech pan idzie do diab?a - kapry?nie oznajmi? Pawor. - Nie chodzi mi
o "pogodnik"...
     - ChwileczkË,  Pawor  - niecierpliwie przerwa?  mu Wiktor. - Golem, nie
odpowiedzia? pan na moje pytanie.
     -  Czy?by?  A  mnie  siË  wydawa?o,  ?e  odpowiedzia?em...  Widzi  pan,
Wiktorze, mokrzaki to  ciË?ko  i  beznadziejnie chorzy  ludzie. To  straszna
rzecz  -  choroba  genetyczna.  Ale  pomimo  wszystko  zachowujNo  dobroÖ  i
mNodro?Ö, wiËc nie trzeba ich krzywdziÖ.
     - Kto ich krzywdzi?
     - Czy?by pan ich nie krzywdzi??
     - Na razie nie. Na razie nawet wrËcz przeciwnie.
     -  No to w takim razie wszystko w porzNodku - stwierdzi? Golem i wsta?.
- W takim razie jedziemy. Wiktor wytrzeszczy? oczy.
     - DokNod jedziemy?
     - Do sanatorium. JadË do sanatorium,  pan  jak widzË te? siË wybiera do
sanatorium, a Pawor niech siË k?adzie do ?Õ?ka. Do?Ö zara?ania grypNo. l
     Wiktor spojrza? na zegarek.
     - Czy nie jest za wcze?nie?
     -  Jak pan  chce.  Tylko  niech  pan pamiËta, ?e  od  dzisiejszego dnia
autobus nie chodzi. Jest nierentowny.
     - A mo?e najpierw zjemy obiad?
     - Jak pan chce - powtÕrzy? Golem. - Ja nigdy nie jadani obiadÕw. I panu
nie radzË. Wiktor pomaca? siË po brzuchu.
     - Tak - powiedzia?. Potem popatrzy? na Pawora. - Chyba pojadË.
     - Nic mi do tego - odpar? Pawor. By? obra?ony. - Niech pan przynajmniej
ksiNo?ki przywiezie.
     - Na pewno - obieca? Wiktor i zaczNo? siË ubieraÖ.
     Kiedy  wsiedli  do  samochodu,  pod  wilgotny  brezent,  do  wilgotnej,
?mierdzNocej tytoniem, benzynNo i lekarstwami kabiny, Golem zapyta?:
     - Czy rozumie pan aluzje?
     - Czasami - odpowiedzia? Wiktor. - Kiedy wiem, ?e to aluzja. A bo co?
     - A wiËc zwracam panu uwagË: aluzja. Niech pan mniej gada.
     - Hm - wymamrota? Wiktor. - I jak mam to rozumieÖ?
     - Jako aluzjË. Niech pan przestanie trzaskaÖ dziobem.
     - Z przyjemno?ciNo - powiedzia? Wiktor i popad? w zamy?lenie.
     Przejechali  miasto, minËli  fabrykË konserw,  przeciËli  pusty miejski
park, zapuszczony,  mizerny,  na  wpÕ? zgni?y  z  wilgoci,  przemknËli  obok
stadionu,  na ktÕrym  umorusani,  w b?otnych cËtkach  jak  ?yrafy, "Bracia w
sapiencji" uparcie kopali mokrymi, napËcznia?ymi butami napËcznia?No pi?kË i
wytoczyli siË  na  szosË  prowadzNocNo  do sanatorium. Dooko?a, za  kurtynNo
deszczu  le?a?  mokry,  p?aski  jak  stÕ?  step,  niegdy? suchy, wypalony  i
k?ujNocy a teraz z wolna przemieniajNocy siË w grzNoskie mokrad?a.
     - Pana  aluzja - rzek?  Wiktor - przypomnia?a  mi pewnNo rozmowË, mojNo
rozmowË z  jego  ekscelencjNo  panem  referentem  pana  prezydenta do  spraw
paÓstwowej  ideologii.  Jego  ekscelencja wezwa?  mnie  do swego skromnego -
trzydzie?ci metrÕw na dwadzie?cia - gabinetu i  zainteresowa? siË:  "Wiktor,
czy  chce pan nadal mieÖ  swÕj  kawa?ek  chleba  z mas?em?"  Ja,  naturalnie
odpowiedzia?em  twierdzNoco.  "No  to  niech  pan przestanie  brzdNokaÖ!"  -
ryknNo? jego ekscelencja i odprawi? mnie skinieniem d?oni.
     Golem u?miechnNo? siË. ,
     - A w?a?ciwie na czym pan brzdNoka??
     -   Jego  ekscelencja  mia?   na  my?li   moje  Öwiczenia  na  banjo  w
m?odzie?owych klubach. Golem spojrza? na niego zezem.
     - A w?a?ciwie skNod pan ma pewno?Ö, ?e nie jestem szpiclem?
     -  A ja wcale nie mam takiej  pewno?ci - zaprzeczy? Wiktor. - Po prostu
mi to zwisa. Poza tym teraz  nie mÕwi  siË "szpicel". "Szpicel" to archaizm.
Teraz wszyscy kulturalni ludzie mÕwiNo "kabel".
     - Nie wyczuwam rÕ?nicy - zauwa?y? Golem.
     -  Praktycznie,  ja rÕwnie? - powiedzia? Wiktor. -  A wiËc  przestajemy
trzaskaÖ dziobem. Czy pana pacjent wyzdrowia??
     - Moi pacjenci nigdy nie wracajNo do zdrowia.
     - Pan  ma  wspania?No opiniË! Ale ja pytam  o tego nieszczË?nika, ktÕry
wpad? w potrzask. Jak jego noga?
     Golem milcza? chwilË, a potem zapyta?:
     - KtÕrego z nich ma pan na my?li?
     - Nie rozumiem  - odpar? Wiktor. -  Naturalnie, ?e tego, ktÕry  wpad? w
potrzask.
     -  By?o ich  czterech  -  stwierdzi? Golem wpatrzony  w  drogË  zalanNo
deszczem. - Jeden wpad? w potrzask, drugiego niÕs? pan na plecach, trzeciego
zabra?em  samochodem,   a  z   powodu   czwartego   niedawno  rozpËta?   pan
skandalicznNo bÕjkË w restauracji.
     Wiktor  milcza?, oszo?omiony. Golem milcza? rÕwnie?. ?wietnie prowadzi?
samochÕd, obje?d?ajNoc niezliczone wyboje na starym asfalcie.
     -  No,  no, niech  siË pan tak  nie mËczy - oznajmi? wreszcie Golem.  -
?artowa?em. On by? jeden. I jego noga zagoi?a siË tej samej nocy.
     - To  tak?e ?art?  - zapyta?  Wiktor. - Ha - ha -  ha. Teraz  rozumiem,
dlaczego paÓscy chorzy nigdy nie wracajNo do zdrowia.
     - Moi chorzy - powiedzia? Golem - nigdy nie wracajNo do zdrowia z dwÕch
powodÕw. Po  pierwsze,  ja,  jak zresztNo ka?dy przyzwoity lekarz, nie umiem
leczyÖ genetycznych chorÕb. A po drugie, oni nie chcNo wyzdrowieÖ.
     -  Zabawne  - wymamrota?  Wiktor -  Tyle  ju?  siË  nas?ucha?em  o tych
paÓskich mokrzakach, ?e teraz, jak  Boga kocham, jestem w stanie uwierzyÖ we
wszystko -  i  w  deszcze, i w koty,  i w to, ?e  zgruchotana ko?Ö  mo?e siË
zrosnNoÖ w ciNogu jednej nocy.
     - No  tak  -  rzek?  Wiktor. -  Dlaczego w mie?cie nie  ma kotÕw? Przez
mokrzaki. A  Teddyego  nied?ugo  zjedzNo  myszy...  MÕg?by pan  zaproponowaÖ
mokrzakom, ?eby przy okazji wyprowadzili z miasta rÕwnie? i myszy.
     - A la szczuro?ap z Hamelin? - zapyta? Golem.
     -  Tak  - lekkomy?lnie  potwierdzi?  Wiktor. -  W?a?nie  a  la  - potem
przypomnia? sobie czym skoÓczy?a siË  historia  ze szczuro?apem z Hamelin. -
Nie  ma  w tym  nic  ?miesznego -  powiedzia?.  - By?em dzisiaj w gimnazjum.
Widzia?em dzieci.  -  I widzia?em, jak  siË  zachowywa?y, kiedy pojawi?  siË
jaki? tam mokrzak. Teraz wcale siË nie zdziwiË, je?li pewnego  piËknego dnia
wyjdzie  na miejski rynek mokrzak  z  akordeonem  i wyprowadzi dzieci diabli
wiedzNo dokNod.
     - Nie zdziwi siË pan - powiedzia? Golem. - A co jeszcze pan zrobi?
     - Nie wiem... mo?e zabiorË mu akordeon.
     - I sam pan zagra?
     - Tak - westchnNo? Wiktor. - To prawda. Nie mam czym przyciNognNoÖ tych
dzieci,  zrozumia?em  to  dzisiaj  . Ciekawe,  czym  oni  je  przyciNogajNo?
Przecie? pan to wie, Golem.
     - Wiktor, niech pan przestanie brzdNokaÖ - powiedzia? Golem.
     - Jak pan sobie ?yczy - odpar? Wiktor. - Bardzo  starannie, i mniej lub
bardziej  zrËcznie uchyla siË pan od odpowiedzi na moje pytania, ?wietnie to
zauwa?y?em. Bez sensu. Dowiem siË tak  czy inaczej, a pan straci sposobno?Ö,
aby nadaÖ informacji wygodne dla pana zabarwienie emocjonalne.
     - Tajemnica lekarska!  - wyrzek? Golem. - A poza  tym, ja nic nie wiem.
MogË siË tylko domy?laÖ.
     Przyhamowa?.  Przed nimi, za  welonem deszczu, pojawi?y  siË na  drodze
jakie? sylwetki. Trzy szare sylwetki i szary s?up przydro?ny z drogowskazami
"Leprozorium  -  6  km" i "Sanatorium  GorNoce  ñrÕd?a  - 2,5  km". Sylwetki
cofnË?y siË na pobocze - doros?y mË?czyzna i dwoje dzieci.
     - Niech siË pan zatrzyma - powiedzia? Wiktor ochryp?ym nagle g?osem.
     - Co siË sta?o? - Golem zahamowa?.
     Wiktor  nie odpowiedzia?.  Patrzy?  na  ludzi  obok  s?upa, na  ros?ego
czarnego mokrzaka w dresie przesiNokniËtym  wodNo, na ch?opca, ktÕry rÕwnie?
by?  bez  p?aszcza i na dziewczynkË, bosNo, w  sukience oblepiajNocej cia?o.
NastËpnie gwa?townie  otworzy?  drzwi  i wyskoczy? na szosË. Deszcz  i wiatr
uderzy?y  go po  twarzy,  a? siË zach?ysnNo?, ale  nie  zauwa?y?  tego. Czu?
niepohamowanNo w?ciek?o?Ö, kiedy "na siË ochotË t?uc i ?amaÖ, ale jeszcze ma
siË  ?wiadomo?Ö  w?asnego   szaleÓstwa.  Na  sztywnych  nogach  podszed?  do
mokrzaka. "
     - Co tu siË dzieje? - wycedzi? przez zËby. A  potem do cÕrki patrzNocej
na  niego ze zdziwieniem: - Irma, natychmiast do samochodu! - A  potem znowu
do mokrzaka: - Niech pana diabli wezmNo, co pan wyprawia? - i znowu do Irmy:
Marsz do samochodu, do kogo mÕwiË!
     Irma  nie  ruszy?a  siË  z  miejsca. Wszyscy  troje  stali  nadal, oczy
mokrzaka nad czarnNo  opaskNo spokojnie mruga?y.  A potem Irma powiedzia?a z
niepojËtNo  intonacjNo "To  mÕj  ojciec" i  Wiktor nagle zrozumia?, rdzeniem
pacierzowym zrozumia?, ?e tu nie mo?na wrzeszczeÖ, wymachiwaÖ piË?ciami, nie
mo?na groziÖ, chwytaÖ za  ko?nierz, ciNognNoÖ...  i  w ogÕle nie  mo?na  siË
w?ciekaÖ. Powiedzia? bardzo spokojnie:
     -  Irma,  idñ  do  samochodu, jeste?  ca?a mokra.  Bol-Kunac, na  twoim
miejscu te? poszed?bym do samochodu.
     By? pewny, ?e Irma pos?ucha i rzeczywi?cie pos?ucha?a.  Ale niezupe?nie
tak, jakby sobie tego ?yczy?. Nie, nie to, ?eby choÖby spojrzeniem poprosi?a
mokrzaka  o zgodË,  ale powsta? cieÓ wra?enia,  ?e jednak co?  zasz?o, jaka?
wymiana poglNodÕw, jaka? krÕtka narada, w  wyniku ktÕrej podjËto decyzjË  na
jego korzy?Ö.  Irma zadar?a  nos i  posz?a w kierunku samochodu, a Bol-Kunac
odpar? grzecznie:
     - Jestem  panu niezmiernie wdziËczny, panie Baniew, ale doprawdy lepiej
bËdzie je?eli zostanË.
     - Jak chcesz - stwierdzi? Wiktor. -  Bol-Kunac ma?o go  wzrusza?. Teraz
trzeba jeszcze by?o  powiedzieÖ co? na po?egnanie  temu mokrzakowi. Wiktor z
gÕry wiedzia?, ?e  to  bËdzie  co? bardzo g?upiego,  ale  cÕ? poczNoÖ? - tak
zwyczajnie odej?Ö po prostu nie  mÕg?. Ze  wzglËdÕw  czysto presti?owych.  I
powiedzia?.
     - Pana za?, ?askawco - oznajmi? wynio?le - nie zapraszam. Najwidoczniej
czuje siË pan tu jak ryba w wodzie.
     NastËpnie odwrÕci? siË i  rzuciwszy wyobra?onNo rËkawicË, odmaszerowa?.
Wypowiedziawszy  te  s?owa,  my?la? z  obrzydzeniem, hrabia  oddali?  siË  z
godno?ciNo...
     Inna  wlaz?a  z  nogami  na  przednie  siedzenie  i  wy?yma?a  wodË   z
warkoczykÕw. Wiktor wcisnNo? siË do  ty?u, pochrzNokujNoc ze wstydu, a kiedy
Golem ruszy?, powiedzia?:
     -  Wypowiedziawszy  te s?owa, hrabia oddali? siË...  WsuÓ  tutaj  nogi,
Irma, to ci je rozetrË.
     - Po co? - z ciekawo?ciNo zapyta?a Irma.
     - Chcesz z?apaÖ zapalenie p?uc? Daj tu nogi!
     - Bardzo  proszË - odrzek?a Irma, zwinË?a siË na siedzeniu i przesunË?a
do ty?u jednNo nogË.
     Ju? z gÕry zadowolony z siebie, ?e oto nareszcie zrobi co? po?ytecznego
i w?a?ciwego, Wiktor  ujNo? obiema rËkami  tË chudNo,  dziewczyÓskNo nogË  -
mokrNo  i wzruszajNocNo, ju?  przymierzy?  siË,  ?eby  jNo  rozcieraÖ  -  do
czerwono?ci,   do   purpury,  dobrymi   ojcowskimi   d?oÓmi,   tË   brudnNo,
zlodowacia?No  nogË, odwieczne  ñrÕd?o katarÕw, gryp, stanÕw zapalnych  drÕg
oddechowych  i obustronnych  zapaleÓ p?uc - kiedy stwierdzi?, ?e jego d?onie
sNo ch?odniejsze ni? jej stopy.  Si?No  inercji wykona? jeszcze kilka ruchÕw
masujNocych,  a nastËpnie ostro?nie tË stopË wypu?ci?. Przecie?  wiedzia?em,
pomy?la?  nagle, przecie? wiedzia?em o tym jeszcze wtedy, kiedy sta?em przed
nimi, wiedzia?em, ?e tu siË kryje jaki? podstËp, ?e dzieciom  nic nie grozi,
?adne katary i zapalenia, tylko nie chcia?em  w  to  uwierzyÖ,  ale chcia?em
ratowaÖ,  wyrywaÖ   ze  szponÕw,  p?onNoÖ  sprawiedliwym  gniewem,  spe?niaÖ
obowiNozek  i  znowu  napu?cili mnie na wodË, i  znowu wyszed?em  na idiotË,
drugi raz tego samego dnia...
     - Zabieraj swojNo nogË - rzek? do Irmy. Irma zabra?a nogË i zapyta?a:
     - DokNod jedziemy - do sanatorium?
     - Tak - powiedzia? Wiktor i spojrza? na Golema czy ten aby nie zauwa?y?
jego  haÓby.  Ale  Golem z  niewzruszonym spokojem patrzy? na drogË, ciË?ki,
rozlany, siedzia? spokojnie przy kierownicy siwy, niechlujny, przygarbiony i
wszystkowiedzNocy.
     - A po co? - zapyta?a Irma.
     - Przebierzesz siË w suche ubranie i po?o?ysz do ?Õ?ka.
     - Jeszcze czego! - powiedzia?a Irma. - Co? ty wymy?li??
     -  Dobra, dobra... - wymamrota? Wiktor.  - Dam ci ksiNo?ki  i  bËdziesz
sobie czytaÖ.
     Rzeczywi?cie, po jakiego diabla wiozË jNo tam? - pomy?la?. Diana... No,
to siË jeszcze zobaczy. ?adnego picia i  w ogÕle  nic z tych rzeczy, ale jak
ja  jNo  odwiozË z powrotem?  E tam, wezmË jakikolwiek samochÕd i odwiozË...
Dobrze by by?o co? sobie ?yknNoÖ
     - Golem... - zaczNo?, ale siË opamiËta?. Nie wypada, do diabla.
     - Tak? - zapyta? Golem nie odwracajNoc siË.
     - Nie, nic - westchnNo? Wiktor,  wpatrzony w szyjkË butelki sterczNocej
z kieszeni Golema. - Irma - powiedzia?  znu?onym g?osem. -  Co robili?cie na
tych rozstajach?
     - My?leli?my mg?Ë - odpowiedzia?a Irma.
     - Co?
     - My?leli?my mg?Ë - powtÕrzy?a Irma.
     - O mgle - poprawi? Wiktor - albo na temat mg?y.
     - A to po co - o mgle? - zapyta?a Irma.
     - My?leÖ - to czasownik nieprzechodni - obja?ni? Wiktor - a wiËc wymaga
przyimka. Czy przerabiali?cie czasowniki przechodnie?
     - Zale?y, jak na to popatrzeÖ - odpar?a Irma. - My?leÖ mg?Ë - to jedno,
a my?leÖ o mgle  - to zupe?nie co? innego... i nie wiadomo komu to potrzebne
- my?leÖ o mgle.
     Wiktor wyjNo? papierosa i zapali?.
     - Poczekaj  - powiedzia?.  -  My?leÖ  mg?Ë  -  tak  siË  nie  mÕwi,  to
niegramatycznie. SNo  takie  czasowniki  -  nieprzechodnie,  my?leÖ, biegaÖ,
chodziÖ... Zawsze wymagajNo przyimka. ChodziÖ  po ulicy.  My?leÖ o...  no  o
czym? tam...
     - My?leÖ g?upstwa - podpowiedzia? Golem.
     - No, to jest wyjNotek - stwierdzi? Wiktor nieco stropiony.
     - Szybko chodziÖ - powiedzia? Golem.
     - Szybko  -  to nie jest  rzeczownik - zapalczywie  oznajmi? Wiktor.  -
Niech pan nie mNoci dziecku w g?owie, Golem.
     - Tato, czy mo?esz nie paliÖ? - zainteresowa?a siË Irma.
     Zdaje siË, ?e Golem wyda? z siebie  jaki?  dñwiËk, a byÖ mo?e to silnik
kichnNo? wspinajNoc siË pod gÕrË. Wiktor  zgniÕt?  papierosa  i rozdepta? go
obcasem. Podje?d?ali do sanatorium,  a z boku  od stepu na spotkanie deszczu
sunË?a nieprzejrzysta bia?a ?ciana.
     - No i masz mg?Ë - rzek?  Wiktor. - Mo?esz jNo my?leÖ. A tak?e wNochaÖ,
biegaÖ i chodziÖ. Irma chcia?a co? powiedzieÖ, ale wtrNoci? siË Golem.
     -  Nawiasem mÕwiNoc  - stwierdzi?  - czasownik "my?leÖ"  wystËpuje jako
przechodni tak?e w zdaniach podrzËdnie z?o?onych. Na przyk?ad - my?lË, ?e...
i tak dalej.
     - To zupe?nie inna  sprawa  - nie zgodzi? siË Wiktor. Obrzyd?o mu. Mia?
okropnNo ochotË wypiÖ i zapaliÖ. Zach?annie popatrzy? na szyjkË butelki.
     - Nie jest ci zimno, Irma? - zapyta? z niejasnNo nadziejNo.
     - Nie. A tobie?
     - TrochË mnie trzËsie - przyzna? siË Wiktor.
     - Trzeba wypiÖ d?inu - zauwa?y? Golem.
     - Tak, by?oby nieñle... A mo?e pan ma?
     - Mam - powiedzia? Golem. - Ale ju? prawie jeste?my na miejscu.
     Jeep  wjecha?  w bramË  i  zaczË?o  siË  to, o  czym  Wiktor jako?  nie
pomy?la?.  Pierwsze smugi mg?y  dopiero zaczË?y przesNoczaÖ  siË przez kratË
ogrodzenia i widoczno?Ö  by?a znakomita.  Na drodze przed  samochodem le?a?a
postaÖ w przemokniËtej pi?amie, le?a?a z takNo minNo jakby spoczywa?a tu ju?
od wielu dni i nocy. Goleni ostro?nie objecha? cia?o,  minNo? gipsowNo  wazË
ozdobionNo   nieskomplikowanymi   rysunkami   i   odpowiednimi   napisami  i
przy?Noczy? siË  do stada  samochodÕw  st?oczonych przed wej?ciem do prawego
skrzyd?a. Irma otworzy?a drzwi i  natychmiast  jaka?  zapita morda wychyli?a
siË  z okna najbli?szego samochodu i wybecza?a: "Dziecino, chcesz, to ci siË
oddam?"  Wiktor  wysiad?  zamierajNoc.  Irma z ciekawo?ciNo  rozglNoda?a siË
dooko?a. Wiktor  mocno ujNo?  jNo  za  rËkË  i  poprowadzi?  do wej?cia.  Na
schodkach,  pod deszczem  siedzia?y  dwie  dziwki w  bieliñnie  i  ulicznymi
g?osami  ?piewa?y o okrutnym aptekarzu, co to nie chce  im sprzedaÖ heroiny.
Na  widok  Wiktora  umilk?y,  ale  kiedy  przechodzi?  obok,  jedna  z  nich
sprÕbowa?a z?apaÖ  go za  spodnie.  Wiktor wepchnNo?  IrmË do holu. By?o  tu
ciemno,  okna  zas?oniËte, ?mierdzia?o  dymem  tytoniowym i jakim? kwaskiem,
trzeszcza? projektor i na bia?ej ?cianie podskakiwa?y pornograficze obrazki.
Wiktor  z  zaci?niËtymi zËbami depta?  po cudzych nogach  ciNognNoc za sobNo
potykajNocNo siË  IrmË,  a za  nimi  bieg?y gniewne, niecenzuralne  okrzyki.
Pokonali wreszcie hol i  Wiktor, przeskakujNoc po  trzy stopnie,  pobieg? po
pokrytych dywanem schodach. Irma milcza?a i Wiktor ba? siË na niNo spojrzeÖ.
"
     Na  pode?cie czeka? ju? na  niego z otwartymi objËciami Roscheper Nant.
"Wiktor! - zachrypia? - Przy  - yyjacielu! - w tym momencie zauwa?y?  IrmË i
wpad? w  entuzjazm. - Wiktor! I ty  te?!  Na  ma?oletnie ma?olatki!"  Wiktor
przymknNo? oczy, mocno nadepnNo?  mu na nogË  i  pchnNo? w pier? - Roscheper
upad? na plecy przewracajNoc kosz na ?mieci. Zlany potem Wiktor pomaszerowa?
korytarzem.  Irma bezszelestnymi susami sadzi?a obok.  PchnNo? drzwi Diany -
by?y zamkniËte, klucza nie by?o. Za?omota? w?ciekle, i Diana natychmiast siË
odezwa?a: "Wyno?  siË  do  wszystkich  diab?Õw!  -  wrzasnË?a  z  furiNo.  -
?mierdzNocy  impotent! GÕwniarz, ?ajno zasrane!" "Diana - zarycza? Wiktor. -
Otwieraj!" Diana zamilk?a i drzwi siË otwar?y. Sta?a na progu z importowanym
parasolem  w  pogotowiu. Wiktor odsunNo? jNo, wepchnNo?  IrmË  do  pokoju  i
zatrzasnNo? za sobNo drzwi.
     - A, to ty -  powiedzia?a Diana. - A ja my?la?am, ?e znowu Roscheper. -
CzuÖ by?o od niej alkoholem. - Bo?e - powiedzia?a. - Kogo? ty przyprowadzi??
     - To jest  moja cÕrka - z trudem  odpar? Wiktor. -  Irma. Irmo, to jest
Diana.
     Patrzy? Dianie  w oczy z rozpaczNo i nadziejNo. DziËki Bogu, zdaje siË,
?e nie by?a pijana. Albo z miejsca wytrzeñwia?a.
     - Ty chyba oszala?e? - rzek?a cicho.
     - Irma przemok?a  -  wydusi? z siebie. - Przebierz jNo w  suche rzeczy,
po?Õ? do ?Õ?ka i w ogÕle...
     - Nie po?o?Ë siË - oznajmi?a Irma.
     - Irma - powiedzia? Wiktor.  - BNodñ ?askawa s?uchaÖ,  bo inaczej zaraz
kogo? spiorË...
     - NiektÕrych  z tu obecnych rzeczywi?cie nale?a?oby spraÖ - stwierdzi?a
Diana beznadziejnym g?osem.
     - Diano - rzek? Wiktor. - ProszË ciË.
     - Dobra - powiedzia?a Diana. - Idñ do siebie. Damy sobie radË.
     Wiktor wyszed? z ogromnNo  ulgNo. Poszed? prosto do swojego pokoju, ale
i tam  nie by?o spokoju. Na poczNotek musia? wyrzuciÖ na korytarz absolutnie
nieznanNo  parË,  ktÕra  siË   tam  zagnieñdzi?a  oraz  u?winionNo  bieliznË
po?cielowNo.  Potem  zamknNo?  drzwi, zwali? siË  na go?y  materac,  zapali?
wilgotnego   papierosa  i  zaczNo?   siË   zastanawiaÖ,  co   te?  w?a?ciwie
narozrabia?.

     *

     Wiktor obudzi? siË pÕñno,  by?a  pora obiadu. TrochË bola?a  g?owa, ale
nastrÕj okaza? siË nieoczekiwanie dobry.
     Wieczorem,  wypaliwszy  paczkË  papierosÕw,  zszed?   na  dÕ?,  damskNo
szpilkNo  do w?osÕw  otworzy?  czyj? samochÕd,  wyprowadzi?  IrmË  s?u?bowym
wyj?ciem i odwiÕz? jNo do matki. PoczNotkowo jechali w milczeniu. Wiktora a?
skrËca?o,  tak paskudnie siË  czu?,  Irma za?  siedzia?a  obok,  czy?ciutka,
schludna, uczesana  wed?ug najnowszej mody  -  ?adnych tam  warkoczykÕw -  i
zdaje siË mia?a nawet podmalowane wargi. Mia? ogromnNo ochotË na nawiNozanie
rozmowy, ale musia?by  zaczynaÖ od przyznania siË do niebotycznej g?upoty, a
to wyda?o mu siË niepedagogiczne. SkoÓczy?o siË na tym,  ?e Irma nagle, ni z
tego  ni z  owego,  pozwoli?a mu zapaliÖ (pod  warunkiem, ?e wszystkie  okna
bËdNo otwarte) i zaczË?a opowiadaÖ, jakie to wszystko by?o dla niej ciekawe,
jakie to  podobne do tego, o  czym poprzednio czyta?a,  ale  w co nie bardzo
wierzy?a,  jak to  znakomicie  z  jego  strony,  ?e  zorganizowa? jej  takNo
nieoczekiwanNo i w najwy?szym stopniu pouczajNocNo przygodË, ?e w ogÕle jako
ojciec jest ca?kiem do przyjËcia, nie zanudza i nie  gada g?upstw, ?e  Diana
jest  "prawie nasza",  wszystkich nienawidzi, szkoda tylko, ?e  tak niewiele
wie i za bardzo  lubi wypiÖ, ale to  akurat w koÓcu nie jest takie straszne,
ty  te?  lubisz wypiÖ,  a wszystkim  siË  spodoba?e?,  dlatego,  ?e  mÕwi?e?
uczciwie, nie udawa?e? jakiego?  tam stra?nika  elitarnej  wiedzy i  ca?kiem
s?usznie,  poniewa?  nie   jeste?  ?adnym  stra?nikiem,  i  nawet  Bol-Kunac
powiedzia?, ?e  w ca?ym  mie?cie  jeste? jedynym  cz?owiekiem  warto?ciowym,
je?li oczywi?cie  nie liczyÖ  doktora  Golema,  ale Golem w?a?ciwie nie ma z
miastem nic wspÕlnego, a poza tym nie jest pisarzem, nie wyra?a ideologii, a
jak ty uwa?asz, czy  ideologia jest w ogÕle  potrzebna, czy lepiej bez niej,
wielu teraz uwa?a, ?e nadchodzi koniec wieku ideologii...
     W  rezultacie odby?a  siË  znakomita rozmowa,  obie  strony by?y  pe?ne
szacunku  jedna  dla  drugiej i po powrocie do hotelu  (samochÕd postawi? na
jakim?  zagraconym  podwÕrzu), Wiktor uwa?a? ju?, ?e  ojcostwo  nie jest tak
bardzo  niewdziËcznym zajËciem, szczegÕlnie je?li  zna  siË ?ycie i umie siË
wykorzystaÖ  w celach wychowawczych nawet jego  ciemne  strony. W zwiNozku z
tym wypi? z Teddym, ktÕry tak?e by? ojcem i tak?e interesowa? siË problemami
wychowania, poniewa? jego pierworodny mia? I4 lat - trudny wiek przej?ciowy,
twoja jeszcze  da ci do wiwatu... to znaczy wnuk  Teddyego  mia?  I4 lat,  a
wychowaniem syna nie mÕg? siË zajmowaÖ dlatego, ?e syn spËdzi? dzieciÓstwo w
obozie koncentracyjnym. Nie wolno biÖ dzieci, twierdzi? Teddy. I  bez ciebie
przez ca?e ?ycie bËdzie je biÖ ka?dy, kto ma rËce i  nogi, a je?li masz chËÖ
uderzyÖ dzieciaka,  lepiej daj po mordzie samemu sobie, ze znacznie wiËkszym
po?ytkiem dla sprawy.
     Po  ktÕrym? z  rzËdu  kieliszku Wiktor  przypomnia? sobie, ?e Irma  ani
s?owem nie  wspomnia?a o jego okropnym zachowaniu  na rozstajnych drogach  i
doszed?  do  wniosku, ?e jego  cÕrka jest przebieg?ym  stworzeniem i w ogÕle
uciekaÖ  siË  za  ka?dym razem  do  pomocy kochanki, kiedy  nie  wiadomo jak
wykaraskaÖ  siË  z  trudnej sytuacji, w  ktÕrNo sam  siË  uwik?a?e? - to  co
najmniej nieuczciwe.  Te wnioski zmartwi?y go,  ale w?a?nie przyszed? doktor
R.  Kwadryga i zamÕwi?  swojNo  codziennNo  butelkË  rumu,  wiËc  wypili  tË
butelkË, na skutek czego  Wiktor znowu zobaczy? wszystko w rÕ?owych barwach,
poniewa?  sta?o siË  jasne, ?e  Irma po prostu nie  chcia?a  go  martwiÖ, co
oznacza, ?e szanuje  ojca, a byÖ  mo?e nawet  go  kocha. ..  Potem przyszed?
jeszcze  kto?, i co?  zamÕwi?. Potem  prawdopodobnie Wiktor poszed?  spaÖ...
Prawdopodobnie...  Nale?y przypuszczaÖ, ?e spaÖ... Co prawda  zachowa?o  siË
jeszcze jedno wspomnienie - kafelki na pod?odze zalane wodNo, ale co to by?a
za pod?oga i  co to by?a za woda, nie sposÕb by?o odtworzyÖ... I  lepiej nie
odtwarzaÖ...
     Doprowadziwszy siË do porzNodku Wiktor zszed? na dÕ?, zabra? z recepcji
?wie?e gazety i porozmawia? o przeklËtej pogodzie.
     - Jak ja wczoraj? - zapyta? niedbale. - Nie za bardzo?
     - W?a?ciwie  nie za  bardzo  -  powiedzia? uprzejmie  recepcjonista.  -
Rachunek da panu Teddy.
     -  Aha  -  powiedzia?  Wiktor  i  postanowiwszy  chwilowo  niczego  nie
precyzowaÖ,  poszed? do  restauracji. Wyda?o  mu  siË, ?e lamp na sali  jest
jakby  mniej. -  O, do diab?a - pomy?la?  ze  strachem. Teddyego jeszcze nie
by?o.   Wiktor  sk?oni?   siË   m?odemu  cz?owiekowi  w  okularach  i   jego
towarzyszowi, usiad? przy swoim stoliku  i roz?o?y? gazetË. Na  ?wiecie  nic
siË nie  zmieni?o.  Jedno paÓstwo zatrzymywa?o handlowe statki drugiego i to
drugie paÓstwo wysy?a?o kategoryczne  protesty. PaÓstwa, ktÕre  podoba?y siË
panu prezydentowi, prowadzi?y sprawiedliwe wojny w obronie swoich  narodÕw i
demokracji.   PaÓstwa,  ktÕre  z  jakiego?  powodu  nie  podoba?y  siË  panu
prezydentowi,  prowadzi?y wojny zaborcze, a w?a?ciwie  nie prowadzi?y wojen,
tylko po prostu po bandycku napada?y. Sam pan prezydent wyg?osi? dwugodzinne
przemÕwienie   o  konieczno?ci  skoÓczenia  z  korupcjNo  raz  na  zawsze  i
szczË?liwie  przeszed?  operacjË  usuniËcia   migda?Õw.  Znajomy  krytyk   -
wyjNotkowe ?cierwo  - wychwala? nowNo  powie?Ö Roc-Tusowa  i by?o  to  nader
tajemnicze, poniewa? ksiNo?ka by?a naprawdË dobra.
     Podszed?  kelner,  jaki?  nowy,  nieznajomy, po przyjacielsku  doradzi?
ostrygi, przyjNo? zamÕwienie,  pomacha? serwetkNo nad obrusem i oddali? siË.
Wiktor od?o?y? gazety, zapali?, usiad?  wygodniej i zaczNo?  my?leÖ o pracy.
Po  dobrym  pijaÓstwie  zawsze z ochotNo  rozmy?la? o pracy.  Dobrze  by?oby
napisaÖ optymistycznNo, weso?No ksiNo?kË... O tym, jak ?yje sobie na ?wiecie
cz?owiek,  kocha  swojNo pracË, nieg?upi, lubi  przyjaciÕ?, a przyjaciele go
ceniNo, o tym jak  mu z tym  dobrze  - sympatyczny ch?opak, dowcipny, trochË
dziwak. Nie ma  fabu?y.  A je?li  nie ma  fabu?y,  to  znaczy, ?e nudne. A w
ogÕle,  je?li  ju?  usiNo?Ö  do  takiej powie?ci,  to trzeba siË zastanowiÖ,
dlaczego temu mi?emu  cz?owiekowi  jest tak  dobrze, a  wtedy  niewNotpliwie
dojdzie siË  do  wniosku,  ?e  dobrze  jest  mu wy?Nocznie  dlatego,  ?e  ma
ukochanNo pracË, a wszystko inne mu po prostu zwisa.  A w takim razie  co to
za cz?owiek, je?li wszystko ma gdzie? oprÕcz swojej pracy.  Mo?na oczywi?cie
napisaÖ o cz?owieku, ktÕrego sensem  ?ycia jest mi?o?Ö  bliñniego  i jest mu
dobrze na ?wiecie, poniewa? kocha swoich bliñnich i kocha  swojNo pracË, ale
o  takim  cz?owieku  parË  tysiËcy  lat temu napisali  ju?  panowie  ?ukasz,
Mateusz, Jan i jeszcze  jaki? - w  sumie by?o  ich czterech. Tak w ogÕle, to
by?o  ich  znacznie wiËcej,  ale  tylko  ci  czterej  pisali odpowiednio,  a
pozostali byli pozbawieni rÕ?nych rzeczy, jeden ?wiadomo?ci narodowej, drugi
prawa korespondencji... a cz?owiek, o ktÕrym pisali, niestety by? szalony...
W?a?ciwie  by?oby  zajmujNoce  opisaÖ,  jak Chrystus  przychodzi  na  ZiemiË
dzisiaj, nie tak, jak o tym pisa? Dostojewski, ale tak jak pisa? ten  ?ukasz
z  kumplami...  Chrystus  przychodzi  do  sztabu  generalnego  i  proponuje:
kochajcie  swoich  bliñnich.  A  w  sztabie,  rzecz   jasna,  siedzi   jaki?
antysemita...
     -  Pan  pozwoli, panie Baniew?  - zahucza? nad  nim  sympatyczny, mËski
g?os.
     By?  to pan  burmistrz  we  w?asnej osobie. Nie  tamten  apoplektycznie
purpurowy, kwiczNocy  z  niezdrowego  podniecenia  wieprz  na  ogromnym ?o?u
Roschepera,  lecz  elegancko  zaokrNoglony, idealnie  wygolony,  ubrany  bez
zarzutu  imponujNocy  mË?czyzna  ze  skromnNo  wstNo?eczkNo  w  klapie  i  z
emblematem Legiii na lewym ramieniu.
     - ProszË - powiedzia? Wiktor bez cienia rado?ci.
     Pan burmistrz usiad?, rozejrza? siË i po?o?y? d?onie na stole.
     -  Postaram siË  nie  dokuczaÖ  panu zbyt  d?ugo  swojNo  obecno?ciNo -
oznajmi?  - i  sprÕbujË  nie  przeszkodziÖ  w paÓskiej  biesiadzie, jednak?e
problem, z  ktÕrym  zamierzam siË do pana zwrÕciÖ, dojrza? ju?  ostatecznie,
aby?my wszyscy, wielcy i mali, ci ktÕrym drogi jest honor i dobrobyt naszego
miasta  byli  gotowi  od?o?yÖ  w?asne  sprawy,  aby  go  jak  najszybciej  i
najefektywniej rozwiNozaÖ.
     - S?ucham pana - rzek? Wiktor.
     - Spotykamy siË tu panie Baniew, raczej nieoficjalnie, poniewa? zdajNoc
sobie sprawË z tego, ?e  jest pan nadzwyczaj zajËty, nie chcia?em  niepokoiÖ
pana w  czasie pracy, szczegÕlnie  biorNoc pod uwagË jej specyfikË. Jednak?e
zwracajNoc siË obecnie do pana jako osobisto?Ö oficjalna - i w swoim w?asnym
imieniu i w imieniu ca?ego magistratu...
     Kelner przyniÕs? butelkË bia?ego wina i ostrygi. Burmistrz zatrzyma? go
wzniesionym palcem.
     - Przyjacielu  - powiedzia?. -  PÕl porcji  kitchigaÓskiej i  kieliszek
miËtÕwki. Jesiotr bez  sosu... A wiËc  pozwolË sobie kontynuowaÖ - oznajmi?,
ponownie zwracajNoc  siË  do  Wiktora. -  Obawiam siË  co  prawda, ?e naszNo
rozmowË  trudno bËdzie uznaÖ za pogawËdkË przy stole, poniewa? mowa bËdzie o
sprawach   i  okoliczno?ciach  nie   tylko  smutnych,  ale,   powiedzia?bym,
nieapetycznych. Zamierza?em porozmawiaÖ z panem o  tak zwanych mokrzakach, o
tym z?o?liwym nowotworze,  ktÕry ju? nie pierwszy rok z?era nasz nieszczËsny
region.
     - Tak, tak - przytaknNo? Wiktor. Zaczyna?o go to interesowaÖ.
     Burmistrz  niezbyt g?o?no  wyg?osi? dobrze przemy?lane  i nieskazitelne
stylistycznie  przemÕwienie. Opowiedzia?, jak dwadzie?cia  lat temu, od razu
po okupacji, w KoÓskim WNowozie  zbudowano leprozorium,  obÕz -  kwarantannË
dla osÕb cierpiNocych  na tak zwany  ?Õ?ty trNod czyli chorobË okularniczNo.
ZresztNo prawdË  mÕwiNoc  choroba  ta,  jak  dobrze wiadomo  panu Baniewowi,
pojawi?a siË w naszym kraju  jeszcze w niepamiËtnych czasach, przy czym, jak
dowodzNo specjalnie przeprowadzone badania, szczegÕlnie czËsto atakowa?a ona
nie wiedzieÖ czemu mieszkaÓcÕw w?a?nie naszego regionu. Jednak?e  wy?Nocznie
dziËki wysi?kom  pana prezydenta, chorobie tej  po?wiËcono niezmiernie wiele
uwagi  i  tylko  na  skutek  jego  osobistego  zalecenia  pozbawieni  opieki
lekarskiej,  rozproszeni  po   ca?ym  kraju  i  czËstokroÖ  niesprawiedliwie
prze?ladowani przez  zacofane grupy ludno?ci, za? przez okupantÕw  fizycznie
likwidowani, nieszczË?nicy ci zostali wreszcie przewiezieni w jedno miejsce,
gdzie  stworzono  im   warunki  zno?nej  egzystencji,  odpowiedniej  do  ich
sytuacji.  Wszystko to nie  budzi ?adnego sprzeciwu,  przedsiËwziËte  ?rodki
mo?na jedynie  pochwalaÖ,  jednak?e,  jak  to  u  nas  czasami  siË  zdarza,
najlepsze i najszlachetniejsze inicjatywy zwracajNo siË przeciwko  nam.  Nie
bËdziemy  w  tej  chwili szukaÖ winnych.  Nie  bËdziemy prowadziÖ ?ledztwa w
sprawie  dzia?alno?ci  niejakiego  doktora  Golema,  dzia?alno?ci  byÖ  mo?e
ofiarnej,  ale  jednak  brzemiennej,  jak  siË  teraz okaza?o, w  nadzwyczaj
nieprzyjemne   skutki.   Nie  bËdziemy  tak?e  zajmowaÖ  siË   przedwczesnym
krytykanctwem,   chocia?   stanowisko  niektÕrych   wystarczajNoco  wysokich
instancji uporczywie  ignorujNocych nasze  protesty nam osobi?cie wydaje siË
do?Ö  zagadkowe.  Przejdñmy  do  faktÕw... -  Burmistrz  wypi?  miËtÕwkË, ze
smakiem zakNosi? jesiotrem i jego g?os sta? siË jeszcze  bardziej aksamitny,
nie sposÕb  by?o wyobraziÖ  sobie,  ?e ten  cz?owiek zastawia  potrzaski  na
ludzi. Wielos?ownie  wyrazi? pragnienie nieprzeciNo?ania uwagi  pana Baniewa
krNo?Nocymi po  mie?cie plotkami, ktÕre  to plotki, jak musi  wyznaÖ wprost,
sNo rezultatem  niedostatecznie  precyzyjnego i  jednoznacznego  wykonywania
zaleceÓ  pana prezydenta przez wszystkie szczeble  administracyjne,  mamy na
my?li  nadzwyczaj rozpowszechniony  poglNod  o  fatalnej  roli  tak  zwanych
mokrzakÕw, obciNo?anie ich odpowiedzialno?ciNo za gwa?townNo zmianË klimatu,
zwiËkszenie liczby poronieÓ i procentu bezp?odnych  ma??eÓstw,  za gwa?towny
exodus  niektÕrych  zwierzNot  domowych,  za  inwazjË  szczegÕlnego  rodzaju
pluskwy domowej a konkretnie - pluskwy skrzydlatej...
     - Panie burmistrzu - powiedzia?  z westchnieniem  Wiktor. -  MuszË panu
wyznaÖ,  ?e jest mi niezmiernie trudno  ?ledziÖ paÓskie  d?ugie okresy. Mo?e
porozmawiajmy wprost, jak dobrzy  synowie jednego  narodu. Mo?e nie bËdziemy
mÕwiÖ, o czym nie bËdziemy mÕwiÖ, a bËdziemy - o czym bËdziemy.
     Burmistrz  obrzuci? go szybkim  spojrzeniem,  co?  sobie  obliczy?, co?
pokojarzy?, diabli go tam wiedzNo, co tam skojarzy?, ale zapewne wszystko co
trzeba - i to, ?e Wiktor  pi? z Roscheperem i to, ?e w ogÕle pi?, ha?a?liwie
z cyrkiem i fajerwerkiem, na ca?y  kraj, i to, ?e Irma jest  wunderkindem, i
to, ?e jest na ?wiecie niejaka Diana i jeszcze zapewne niema?o innych rzeczy
- tak, ?e blichtr pana burmistrza  po prostu w oczach mocno przyblak?  i pan
burmistrz  krzyknNo?, ?eby  mu  przynie?li  kieliszek  koniaku.  Wiktor  te?
poprosi? o  koniak. Burmistrz zarechota?, obejrza? pustNo ju? salË, leciutko
uderzy? piË?ciNo w stÕ? i oznajmi?.
     -  Rzeczywi?cie,  co  ja  tu bËdË  krËci?.  ?ycie w  mie?cie sta?o  siË
niemo?liwe  -  mo?e pan za  to  podziËkowaÖ paÓskiemu  Golemowi  -  nawiasem
mÕwiNoc, czy pan wie, ?e Golem to tajny komunista? Tak, tak, zapewniam pana,
sNo  na niego  materia?y... ten  paÓski  Golem wisi  na  w?osku...  A  wiËc,
powiadam  -  na  naszych  oczach  demoralizujNo  nasze  dzieci.  Te  ?cierwa
przenik?y do  szkÕ? i doszczËtnie  zdemoralizowa?y nam dzieci... wyborcy sNo
niezadowoleni, niektÕrzy wyje?d?ajNo z miasta, zaczyna  siË  ferment,  tylko
patrzeÖ, jak rozpocznNo siË samosNody, oto jak wyglNoda sytuacja. -  Osuszy?
kieliszek.  - MuszË siË panu przyznaÖ, ?e ja ich nienawidzË, zabija?bym  jak
szczury, tylko  nie chcË  sobie brudziÖ rNok. Nie uwierzy pan, panie Baniew,
doszed?em   do   tego,  ?e   zastawiam  na  nich   potrzaski...  No  dobrze,
zdemoralizowali  dzieci,  mÕwi  siË  trudno.  Dzieci  to  dzieci,  mo?na  je
demoralizowaÖ dzieÓ  i noc, a im wszystkiego ma?o. Ale niech pan siË postawi
w  mojej sytuacji. Te deszcze,  to jednak ich  robota, chocia? nie wiem, jak
oni  to robiNo.  Zbudowali?my  sanatorium,  lecznicze wody,  cudowny klimat,
spali?my  na pieniNodzach.  Przyje?d?ali  do  nas ze stolicy, a  jak  siË to
wszystko skoÓczy?o?  Deszcze,  mg?y,  kuracjusze  zakatarzeni, im dalej, tym
gorzej,  przyjecha?  tu znany fizyka.. zapomnia?em nazwiska, zresztNo pan na
pewno  go zna...  pomieszka?  dwa tygodnie i gotowe  - choroba  okularnicza,
marsz do  leprozorium.  ?wietna reklama dla sanatorium!  Potem jeszcze jeden
przypadek i  jeszcze, no i koniec - kuracjuszy ani na lekarstwo. Restauracja
za chwilË zbankrutuje, sanatorium  ledwie dyszy -  Bogu dziËki  znalaz?  siË
trener kretyn,  trenuje specjalnNo dru?ynË do gry  w kraj ach  o  deszczowym
klimacie... No i pan Roscheper oczywi?cie pomaga nam w jakim? stopniu... Pan
mnie rozumie? PrÕbowa?em dogadaÖ siË z tym Golemem -  jak  groch o ?cianË  -
czerwony, to zawsze czerwony. Pisa?em na  gÕrË - ?adnych rezultatÕw. Pisa?em
wy?ej - to samo. Jeszcze wy?ej - odpowiadajNo, ?e przyjËli do  wiadomo?ci  i
skierowali  sprawË do  rozpatrzenia  we  w?a?ciwych  instancjach na  dole...
NienawidzË  ich,  ale  siË  przemog?em  i  sam  pojecha?em  do  leprozorium.
Wpu?cili. Prosi?em, udowadnia?em...  Co za  wstrËtne  typy! MrugajNo  swoimi
wylinia?ymi  ?lepiami  jak na  jakiego? wrÕbla, jakbym  by? powietrzem...  -
pochyli? siË do Wiktora i  wyszepta?. - BojË siË buntu, krew siË poleje. Pan
mnie rozumie?
     - Owszem - powiedzia? Wiktor. - Ale co ja mam z tym wspÕlnego?
     Burmistrz rozpar? siË  w fotelu, wyjNo? cygaro z aluminiowego futera?u,
zapali?.
     -  W  mojej  sytuacji  -  oznajmi? - zostaje tylko  jedno  -  uruchomiÖ
wszystkie  dñwignie. Potrzebna jest jawno?Ö. Magistrat uchwali?  petycjË  do
departamentu ochrony zdrowia, podpisze  jNo pan Roscheper, mam  nadziejË pan
rÕwnie?,  ale to jeszcze  niewiele  daje.  Potrzebna jest jawno?Ö! Potrzebny
jest  dobry  artyku?  w  sto?ecznej gazecie  podpisany  g?o?nym  nazwiskiem.
PaÓskim  nazwiskiem,  panie  Baniew. A problem jest  palNocy,  wymarzony dla
takiego trybuna jak  pan.  Bardzo pana proszË. I w swoim w?asnym imieniu i w
imieniu magistratu,  i w imieniu  nieszczË?liwych  rodzicÕw... Trzeba zrobiÖ
wszystko  co  w  naszej mocy, ?eby  leprozorium zabrali stNod do  wszystkich
diab?Õw!  DokNodkolwiek,  ale  ?eby  z mokrzakÕw  nie zosta?o  tu ani ?ladu,
?eby?my mogli zapomnieÖ o tej zarazie. Oto, co chcia?em panu powiedzieÖ.
     - Tak... rozumiem - wolno odpar? Wiktor. - Bardzo dobrze pana rozumiem.
     Ty bydlaku, my?la?,  ty  gruba ?winio, naprawdË mogË ciË zrozumieÖ. Ale
co siË sta?o  z  mokrzakami?  Byli  cisi,  przygarbieni,  chodzili boczkiem,
niczego takiego siË o nich nie s?ysza?o, tylko niektÕrzy mÕwili, ?e  podobno
mokrzaki  ?mierdzNo,  ?e podobno  sNo  zarañliwi, podobno  robiNo  niezwyk?e
zabawki  i  w  ogÕle  rÕ?ne  rzeczy z drzewa...  matka Fryda  mÕwi?a, o  ile
pamiËtam, ?e umiejNo rzucaÖ uroki,  i przez nich mleko kwa?nieje,  ?e  mogNo
?ciNognNoÖ na nas wojnË, mÕr i g?Õd... A teraz siedzNo za drutem kolczastym,
i  co te? oni  robiNo  tam  u siebie? Oj, robiNo, robiNo  i to du?o.  PogodË
robiNo,  i  dzieci  zwabiajNo  do  siebie  (po  co?), koty  przepËdzili (te?
dlaczego?), pluskwy zmusili do latania...
     -  Pewnie  pan  sNodzi,  ?e  my tutaj siedzimy z  za?o?onymi  rËkami  -
powiedzia? burmistrz.  -  W  ?adnym wypadku. Ale  co my mo?emy? PrzygotowujË
proces przeciwko Golemowi. Pan inspektor sanitarny Pawor Summan  zgodzi? siË
zostaÖ konsultantem. Po?o?ymy nacisk na infekcyjno?Ö choroby - w tej sprawie
nie zosta?o jeszcze powiedziane ostatnie s?owo, a Golem jako tajny komunista
oczywi?cie ten fakt wykorzystuje. To jedno. NastËpnie prÕbujemy odpowiedzieÖ
terrorem na terror. Miejscowa Legia, nasza  duma,  ch?opcy jak z?oto jeden w
drugiego,  no,  po  prostu  or?y...  ale  to  jako?  nie  to.  Przecie?  nie
otrzymujemy ?adnych  instrukcji  z gÕry... Policja znajduje siË w  fa?szywej
sytuacji...   i  w  ogÕle...  A  wiËc  przeciwdzia?amy  jak  tylko   mo?emy.
Zatrzymujemy  ?adunki,  ktÕre  do  nich idNo...  prywatne,  oczywi?cie,  nie
?ywno?Ö  i nie  po?ciel rzecz  jasna,  ale rozmaite ksiNo?ki, oni zamawiajNo
bardzo du?o  ksiNo?ek... Dzisiaj na  przyk?ad zatrzymali?my ciË?arÕwkË, i od
razu jako? l?ej na duszy. Ale to wszystko drobiazgi,  ?eby  siË pocieszyÖ, a
nale?a?oby radykalnie...
     - Tak - powiedzia? Wiktor.  - WiËc or?y jeden w drugiego. Jak mu tam...
Flamenda? Ten, no bratanek...
     - Famenco Juventa - oznajmi?  burmistrz. - MÕj zastËpca do spraw Legii,
orze?! Pan go ju? pozna??
     - TrochË pozna?em - rzek? Wiktor. - Ale po co zatrzymujecie ksiNo?ki?
     -  Jak  to po  co?  To  oczywi?cie  g?upota,  ale cz?owiek  jest  tylko
cz?owiekiem i  w ktÕrym? momencie  nie wytrzymuje. A poza tym... - burmistrz
u?miechnNo? siË wstydliwie.  -  ?mieszne, naturalnie, ale chodzNo plotki, ?e
oni  bez  ksiNo?ek  nie  mogNo...  jak  normalni ludzie bez  jedzenia i  tak
dalej...
     Zapad?a  cisza.  Wiktor  bez  apetytu  d?uba?  widelcem  w befsztyku  i
rozmy?la?. Ma?o wiem o mokrzakach, a to co wiem, nie budzi we mnie sympatii.
ByÖ  mo?e  chodzi o to, ?e  niezbyt lubi?em  ich  w dzieciÓstwie.  Ale za to
burmistrza  i jego  bandË  znam dobrze -  sad?o  i ?mietanka  narodu,  sfora
prezydenta, czarna sotnia... Nie, je?li wy jeste?cie przeciwko mokrzakom, to
znaczy, ?e  w mokrzakach co? jednak jest...  Z drugiej  strony mogË  napisaÖ
artyku?,  choÖby nie  wiem jak rozpasany, to i  tak nikt nie zaryzykuje jego
druku, a burmistrz  bËdzie zadowolony,  mia?bym przynajmniej  z tego  jakNo?
korzy?Ö,  ?y?bym sobie tutaj  ?piewajNoco... Jaki prawdziwy  pisarz mo?e siË
pochwaliÖ,  ?e  ?yje  jak pNoczek w ma?le? MÕg?bym siË  tu urzNodziÖ, dostaÖ
synekurË, zostaÖ  na  przyk?ad  jakim?  inspektorem  magistrackim  do  spraw
miejskich pla? i pisaÖ sobie na  zdrowie...  o tym jak  wspaniale  ?yje  siË
cz?owiekowi  poch?oniËtemu  ukochanNo  pracNo...  i wyg?aszaÖ na  ten  temat
odczyty  dla wunderkindÕw... E tam, wszystka  polega na  tym,  ?eby kiedy ci
plujNo w pysk, udawaÖ, ?e to deszcz i spokojnie siË wytrzeÖ. Na poczNotku ze
wstydem,  potem ze  zdziwieniem, a  wreszcie, zanim  siË  cz?owiek  obejrzy,
zacznie siË wycieraÖ z godno?ciNo i nawet bËdzie mia? z tego satysfakcjË.
     - My, rzecz  jasna, w ?adnym  razie nie  nak?aniamy pana do po?piechu -
powiedzia? burmistrz.  -  Jest pan  cz?owiekiem  zapracowanym  i  tak dalej.
Powiedzmy w granicach tygodnia, co? Wszystkie  materia?y otrzyma pan od nas,
mo?emy  nawet  dostarczyÖ  co?  w rodzaju  schematu,  planu, wed?ug  ktÕrego
?yczyliby?my sobie...  a pan tylko  wyg?adzi wprawnNo rËkNo i rzecz nabierze
w?a?ciwego blasku. A podpisaliby siË pod tym artyku?em trzej wybitni synowie
naszego miasta - pose? do parlamentu Roscheper Nant, s?awny pisarz Baniew  i
paÓstwowy laureat doktor Rem Kwadryga...
     Nieñle  mu  to idzie, pomy?la?  Wiktor. A my, ci z drugiej  strony, nie
mamy nawet cienia takiej wytrwa?o?ci. By?oby  bicie piany, chodzenie dooko?a
Wojtek - ?eby tylko nie uraziÖ cz?owieka, nie poddawaÖ go przesadnej presji,
?eby  tylko, nie daj Bo?e, nie  posNodzi? nas  o  prywatË... Wybitni synowie
miasta! A przecie? ten ?ajdak jest absolutnie pewny, ?e ja artyku? napiszË i
podpiszË, ?e nie mam wyj?cia, ?e zes?any Baniew bËdzie  musia? podnie?Ö rËce
do  gÕry  i  w  pocie duszy  odpracowaÖ  swÕj  beztroski pobyt  w  rodzinnym
mie?cie...  I  o  schemacie  wspomnia?...  dobrze wiemy,  jaki to  musi  byÖ
schemat, ?eby obryzganego prezydenckNo ?linNo Baniewa nawet teraz mo?na by?o
wydrukowaÖ. Ta - ak, panie  Baniew, lubi pan koniak, lubi pan dziewczynki, i
marynowane  minogi  z cebulkNo te?  pan lubi,  wiËc  musisz pan polubiÖ pana
burmistrza...
     - ZastanowiË  siË  nad paÓskNo  propozycjNo - powiedzia?,  u?miechajNoc
siË. - Pomys? wydaje mi  siË wystarczajNoco interesujNocy, ale zrealizowanie
go wymaga pewnej ugody z sumieniem - oble?nie mrugnNo? do burmistrza.
     Burmistrz zarechota?.
     -  No a jak!  "Sumienie narodu,  precyzyjne zwierciad?o" i tak dalej...
PamiËtam,  jak?e  inaczej... -  ponownie  nachyli? siË  do  Wiktora z  minNo
spiskowca.  -  Zapraszam  pana  na  jutro  do  siebie  -  zahucza?.  - BËdNo
wy?Nocznie sami swoi. Tylko, uprzedzam, bez ?on. No?
     -  Tu - oznajmi?  Wiktor wstajNoc  - jestem zmuszony stanowczo odrzuciÖ
paÓskNo  propozycjË.  Mam  wa?ne  sprawy  -  znowu  oble?nie  mrugnNo?. -  W
sanatorium.
     Rozstali siË nieomal jak przyjaciele. Pisarz Baniew zosta? zaliczony do
miejscowej  elity  i  ?eby  doprowadziÖ  do  porzNodku  roztrzËsione   takim
zaszczytem nerwy, zmuszony  by?  wych?eptaÖ szklaneczkË koniaku natychmiast,
jak  tylko  plecy  pana  burmistrza  znik?y  za  drzwiami.  Mo?na oczywi?cie
wyjechaÖ stNod  do wszystkich diab?Õw, my?la? Wiktor.  Za granicË  mnie  nie
wypuszczNo, zresztNo nie chcË  wyje?d?aÖ  za granicË, co ja tam  bËdË robi?,
wszËdzie  jest  tak  samo. Ale  i w  tym kraju znajdzie siË sporo  miejsc, w
ktÕrych  mo?na  siË  schowaÖ  i  przesiedzieÖ.  Wyobrazi?  sobie   s?oneczne
przestrzenie, bukowe zagajniki, upajajNoce powietrze,  milczNocych farmerÕw,
zapachy mleka i miodu... i nawozu, i komary, i smrÕd wychodka, i straszliwNo
nudË... staro?wieckie  telewizory oraz miejscowNo inteligencjË: cwany  pop -
dziwkarz, wiecznie pijany nauczyciel, samogon... ZresztNo, co tu gadaÖ, jest
gdzie  pojechaÖ. Ale przecie?  tylko tego  im trzeba, ?ebym gdzie? wyjecha?,
?ebym zszed?  z oczu, skry?  siË w mysiej  dziurze, i to z w?asnej woli, bez
przymusu, poniewa? gdyby mnie zes?ali, podniÕs?by  siË krzyk, ha?as, mieliby
k?opoty... na tym polega ca?y k?opot, ?e bËdNo bardzo zadowoleni - wyjecha?,
zamknNo? siË, nikt o nim nie pamiËta, przesta? brzdNokaÖ...
     Wiktor zap?aci?, poszed? do swojego numeru, w?o?y? p?aszcz i wyszed? na
deszcz.  Ni  stNod  ni zowNod nagle  bardzo zapragnNo? znowu zobaczyÖ  IrmË,
porozmawiaÖ  z  niNo  o   postËpie,  wyja?niÖ  dlaczego  tak  du?o  pije  (a
rzeczywi?cie, dlaczego  ja  tak  du?o pijË?) i byÖ  mo?e  siedzi tam  u niej
Bol-Kunac,  ale  Loli z pewno?ciNo  nie  bËdzie...  Ulice by?y mokre, szare,
puste,  w  ogrÕdkach  spokojnie  kona?y  jab?onie.  Wiktor po  raz  pierwszy
zauwa?y?, ?e niektÕre domy majNo drzwi i okna zabite deskami. Jednak  miasto
bardzo siË  zmieni?o - pochylone  p?oty,  pod gzymsy  zape?z?a  bia?a ple?Ó,
wyp?owia?y kolory, a na ulicach  niepodzielnie krÕlowa? deszcz. Deszcz pada?
po  prostu jak deszcz, deszcz  kropi?  z  dachÕw drobniutkim  wodnym  py?em,
deszcz zbiera? siË na wietrze w mgliste wirujNoce s?upy wËdrujNoce od ?ciany
do ?ciany, deszcz rozlewa?  siË po  jezdni i  pomyka? po wy??obionych miËdzy
kamieniami rowkach. Czarno - szare chmury  powoli  pe?z?y  tu?  nad dachami.
Cz?owiek  by?  nieproszonym go?ciem na  ulicach i  deszcz  nie  okazywa?  mu
?adnych wzglËdÕw.
     Wiktor  wyszed?  na plac  i zobaczy? ludzi,  ktÕrzy stali pod  daszkiem
przed  wej?ciem  na  komendË  policji  -  dwÕch  policjantÕw  w  mundurowych
p?aszczach  i  niziutki,  umorusany ch?opak w roboczym  kombinezonie.  Przed
wej?ciem, lewymi ko?ami  na  trotuarze sta? niezgrabny furgon z  brezentowNo
budNo. Jednym  z  policjantÕw  by? policmajster,  patrzy?  w  bok wysuwajNoc
naprzÕd potË?nNo szczËkË, a ch?opiec, rozpaczliwie gestykulujNoc, o czym? go
przekonywa?  p?aczliwym  g?osem.   Drugi   policjant   rÕwnie?   milcza?   z
niezadowolonym wyrazem twarzy i pali? papierosa. Wiktor zbli?y? siË  do nich
i  kiedy  pozosta?o mu  jeszcze  mniej  wiËcej  piËtna?cie  krokÕw,  zaczNo?
s?yszeÖ, co mÕwi ch?opiec. Ch?opiec krzycza?:
     - A co ja mam z tym wspÕlnego? Jecha?em prawid?owo? Prawid?owo. Papiery
mam w porzNodku? W  porzNodku. ?adunek legalny, tu sNo faktury. Co, pierwszy
raz tu przyje?d?am, czy co?
     Policmajster zauwa?y? Wiktora  i na jego twarzy pojawi? siË  wyjNotkowo
nieprzyjemny grymas. OdwrÕci? siË, i jakby w ogÕle nie zauwa?ajNoc kierowcy,
powiedzia? do policjanta.
     - A wiËc zostajesz tutaj. Pilnuj,  ?eby wszystko  by?o w porzNodku. Nie
w?añ do kabiny, bo wszystko po - kradnNo. I nikomu nie wolno  zbli?aÖ siË do
samochodu. Jasne?
     - Jasne - odpowiedzia? policjant. By? wyjNotkowo niezadowolony.
     Szef  policji  zszed?  ze  schodkÕw,  wsiad?  do  swojego  samochodu  i
odjecha?. Umorusany ch?opak splunNo? ze z?o?ciNo i odwo?a? siË do Wiktora.
     -  Niech  chocia?  pan powie, czy  ja jestem winny,  czy  nie? - Wiktor
przystanNo?  i  ch?opca  to  zdopingowa?o.  -  Normalnie sobie  jadË.  WiozË
ksiNo?ki do obozu specjalnego. Wozi?em ju?  tysiNoce  razy. A teraz, znaczy,
zatrzymujNo  mnie i  ka?No jechaÖ  na  policjË. Za co? Jecha?em  prawid?owo?
Prawid?owo. Papiery mam w  porzNodku? W porzNodku, tu jest faktura. LicencjË
mi zabrali, ?ebym nie uciek?. A dokNod mam uciekaÖ?
     -  PrzestaÓ ju?  siË  wydzieraÖ  - powiedzia?  policjant. Ch?opiec ?ywo
odwrÕci? siË do niego.
     -  WiËc  co ja  takiego  zrobi?em? Niech pan  powie,  czy przekroczy?em
szybko?Ö? Nie przekroczy?em. Przecie? mi potrNocNo za przestÕj. I papiery mi
zabrali?cie...
     - Wszystko siË wyja?ni - oznajmi? policjant. - S?owo dajË, czego ty siË
denerwujesz? Idñ, posiedñ sobie w knajpie i radzË ci, pilnuj swego nosa.
     -  Ech, w?adzuchna kochana! -  zawo?a?  ch?opak i z  rozmachem wcisnNo?
kaszkiet na g?owË. - Nie ma sprawiedliwo?ci na ?wiecie! Jeñdzisz  na lewo  -
zatrzymujNo,  na prawo  jeñdzisz  -  te?  zatrzymujNo  - zaczNo? schodziÖ ze
stopni,  ale  przystanNo?  i  zwrÕci?  siË do policjanta. - Mo?e  mandat pan
weñmie, albo jako? inaczej?
     - Idñ, ju? idñ - powiedzia? policjant.
     - Bo mnie obiecali premiË za po?piech! Ca?No noc jecha?em.
     - Idñ stNod, powiedzia?em! - powtÕrzy? milicjant.
     Ch?opak  ponownie splunNo?, podszed? do  swojej  furgonetki,  dwa  razy
kopnNo? przednie ko?o, potem nagle przygarbi? siË, wsunNo? rËce do  kieszeni
i pobieg? przez plac.
     Policjant spojrza?  na  Wiktora, spojrza?  na  ciË?arÕwkË,  spojrza? na
niebo, papieros  mu zgas?, wyplu? niedopa?ek i odrzucajNoc po drodze kaptur,
wszed? do budynku komendy.
     Wiktor  sta?  przez  czas  jaki?,  nastËpnie powoli  obszed? ciË?arÕwkË
dooko?a. CiË?arÕwka by?a ogromna, potË?na, kiedy? na takich  wo?ono piechotË
zmotoryzowanNo. Wiktor  rozejrza?  siË. Kilka  metrÕw przed  samochodem sta?
skrËciwszy na bok przednie ko?o i moknNo? pod deszczem policyjny "Harley", i
nic wiËcej w pobli?u nie by?o. DogoniÖ,  to  mnie dogoniNo, pomy?la? Wiktor,
ale diab?a zjedzNo, je?li mnie  zatrzymajNo. Nagle zrobi?o mu  siË weso?o. A
co,  pomy?la?  znany pisarz  Baniew  znowu  siË  schla? i  porwa?  w  celach
rozrywkowych cudzy samochÕd, na szczË?cie obesz?o siË bez ofiar... Wiedzia?,
?e sprawa wcale nie  wyglNoda tak prosto, ?e  nie  bËdzie  pierwszym,  ktÕry
dostarczy  w?adzom  eleganckiego  pretekstu,  aby   przymknNoÖ  niewygodnego
cz?owieka, ale nie  mia?  ochoty  siË zastanawiaÖ, mia?  ochotË  poddaÖ  siË
impulsowi.  W  ostatecznym  razie  napiszË  tej  kanalii  artyku?,  pomy?la?
mimochodem.
     Szybko otworzy? drzwi do szoferki  i usiad? przy  kierownicy. Klucza  w
stacyjce nie by?o,  musia? zerwaÖ kable zap?onu  i  po?NoczyÖ  druty.  Kiedy
silnik  zapali?,  Wiktor zanim  zatrzasnNo?  drzwi,  spojrza? za  siebie  na
wej?cie  do  komendy.  Sta? tam  ten  sam  policjant  z  tym  samym  wyrazem
niezadowolenia  na twarzy  i z  papierosem w kNociku  warg. By?o  jasne,  ?e
jeszcze nic do niego nie dotar?o. Wiktor zamknNo? drzwi, precyzyjnie zjecha?
na jezdniË, zmieni? bieg i da? gazu w najbli?szNo ulicË.
     To by?o bardzo  przyjemne - pËdziÖ po  pustych ulicach wznoszNoc ko?ami
wielkie wodospady z g?Ëbokich ka?u?,  obracaÖ ciË?kNo kierownicË napierajNoc
na niNo  ca?ym  cia?em -  obok fabryki konserw,  obok  stadionu,  na  ktÕrym
"Bracia w sapiencji"  jak mokre mechanizmy wciNo? kopali swoje pi?ki i dalej
szosNo,  po  wyrwach,  podskakujNoc  na siedzeniu i s?yszNoc jak  z ty?u,  w
skrzyni  ciË?arÕwki,  za ka?dym razem ciË?ko opada ñle  umocowany ?adunek. W
lusterku nie widaÖ by?o pogoni, zresztNo trudno  by?oby jNo zauwa?yÖ w takim
deszczu. Wiktor czul siË bardzo m?ody, bardzo komu? potrzebny i nawet trochË
pijany. Z  dachu  szoferki mruga?y  do  niego  ?liczne dziewczyny wyciËte  z
ilustrowanych  pism, w  schowku znalaz?  paczkË  papierosÕw  i  by?o  mu tak
dobrze, ?e omal nie przegapi? skrzy?owania, ale w porË przyhamowa? i skrËci?
zgodnie z drogowskazem "Leprozorium - 6 km". I wtedy poczu? siË jak odkrywca
nieznanych  drÕg, poniewa?  nigdy  tËdy nie  jeñdzi? i  nie chodzi?. A droga
okaza?a siË dobra,  zupe?nie  inaczej  ni? magistracka szosa  -  poczNotkowo
bardzo rÕwny  i zadbany asfalt,  potem nawet beton i kiedy zobaczy? betonowe
p?yty, od razu  przypomnia?  sobie  o  ?o?nierzach i drucie kolczastym  a po
piËciu minutach to zobaczy?.
     Ogrodzenie  -  jeden  rzNod  drutÕw - ciNognË?o  siË  po  obu  stronach
betonowej drogi i  znika?o gdzie? w deszczu. Zamyka?a  drogË wysoka brania z
budkNo  stra?niczNo,  drzwi  budki  by?y  otwarte i na  jej  progu sta?  ju?
?o?nierz w  he?mie,  w d?ugich butach i  w wojskowej pelerynie,  spod ktÕrej
wysuwa?a siË  lufa automatu.  Jeszcze  jeden ?o?nierz, bez  he?mu, wyglNoda?
przez okienko. "Nigdy jeszcze nie siedzia?em w ?agrze - zanuci? Wiktor - ale
lepiej nie mÕwcie - podziËkuj za to Bogu..." Zwolni? i zahamowa? przed samNo
bramNo. ?o?nierz  wyszed? z  budki i podszed? do  ciË?arÕwki - bardzo m?ody,
piegowaty ?o?nierzyk, mÕg? mieÖ najwy?ej osiemna?cie lat.
     - DzieÓ dobry - powiedzia?. - Czemu tak pÕñno?
     -  Wynik?y  pewne  okoliczno?ci  - odpowiedzia?  Wiktor  zdumiony takim
liberalizmem. ?o?nierz przyjrza? siË Wiktorowi i nagle zesztywnia?.
     - PaÓskie dokumenty - rzek? sucho.
     - Jakie tam dokumenty  -  odpar?  weso?o Wiktor.  -  MÕwiË  przecie?  -
zaistnia?y okoliczno?ci. ?o?nierz zacisnNo? wargi.
     - Co pan przywiÕz?? - zapyta?.
     - KsiNo?ki - oznajmi? Wiktor.
     - A przepustkË pan ma?
     - Jasne, ?e nie mam.
     -  Aha -  powiedzia? ?o?nierz i jego  twarz siË  rozja?ni?a.  -  Ja te?
patrzË...  W  takim  razie  proszË  poczekaÖ.  W  takim razie  trzeba bËdzie
poczekaÖ.
     - Niech pan weñmie pod uwagË - rzek?  Wiktor unoszNoc wskazujNocy palec
- ?e mogNo mnie ?cigaÖ.
     -  Nie szkodzi,  ja szybko  -  odpowiedzia?  ?o?nierz i  przytrzymujNoc
automat na piersi za?omota? buciorami do wartowni.
     Wiktor  wysiad?  z kabiny i stojNoc na  stopniu obejrza? siË za siebie.
Przez deszcz  nie by?o  nic widaÖ. Wobec tego wrÕci? za kierownicË i zapali?
papierosa. Wszystko wyglNoda?o bardzo zabawnie.  Przed nim, za drutami  i za
bramNo  tak?e wirowa? deszcz, mo?na by?o domy?leÖ siË, ?e stojNo tam  jakie?
ciemne  budowle  -  ni  to  domy,  ni  to  wie?e,  ale  wypatrzyÖ  cokolwiek
konkretnego by?o nie sposÕb.  Czy?by mieli mnie nie zaprosiÖ  do  ?rodka?  -
pomy?la?  Wiktor.  To bËdzie  ?wiÓstwo,  je?li  mnie  nie  zaproszNo.  Mo?na
wprawdzie sprÕbowaÖ odwo?aÖ siË do Golema, on na pewno gdzie? tu jest... Tak
w?a?nie zrobiË, pomy?la?. Czy?bym nadaremnie okaza? siË bohaterem?...
     ?o?nierz  znowu wyszed?  z  wartowni, a  za nim wybieg?  stary znajomy,
pryszczaty ch?opiec  nihilista w samych kNopielÕwkach, bardzo teraz weso?y i
bez ?adnych ?ladÕw wszech?wiatowego smutku. Wyprzedziwszy ?o?nierza wskoczy?
na stopieÓ ciË?arÕwki, zajrza? do szoferki, pozna?, zdumia? siË i roze?mia?.
     -  DzieÓ  dobry,  panie  Baniew! To  pan? Jak  fajnie... PrzywiÕz?  pan
ksiNo?ki, prawda? A my czekamy, czekamy...
     - No jak, wszystko w porzNodku? - zapyta? zbli?ywszy siË ?o?nierz.
     - Tak, to nasz samochÕd.
     -  Wobec tego wje?d?aj - powiedzia? ?o?nierz.  -  A pan niestety bËdzie
musia? wyj?Ö i zaczekaÖ.
     - Chcia?bym zobaczyÖ siË z doktorem Golemem - oznajmi? Wiktor.
     - Mo?na go wywo?aÖ tutaj - zaproponowa? ?o?nierz.
     -  Hm  - mruknNo?  Wiktor  i  znaczNoco popatrzy?  na ch?opca. Ch?opiec
roz?o?y? rËce ze skruchNo.
     - Nie ma pan  przepustki - wyja?ni?. - A oni bez przepustki  nikogo nie
wpuszczajNo. My by?my z rado?ciNo....
     Nie  pozosta?o nic innego, jak  wyleñÖ  na deszcz.  Wiktor zeskoczy? na
drogË, w?o?y? kaptur i patrzy?, jak rozwar?a siË brama, ciË?arÕwka szarpnË?a
i podrygujNoc  wpe?z?a za  ogrodzenie. I  brama  zamknË?a  siË.  Czas  jaki?
jeszcze Wiktor s?ysza? wycie  silnika i  skowyt  hamulcÕw, a  potem nie by?o
s?ychaÖ ju?  nic oprÕcz plusku i szmeru. A wiËc tak, pomy?la? Wiktor.  A ja?
Poczu?  rozczarowanie.  Dopiero  teraz  zrozumia?,  ?e   zdecydowa?  siË  na
bohaterstwo  nie ca?kiem bezinteresownie, ?e  mia? nadziejË du?o  zobaczyÖ i
du?o zrozumieÖ... przeniknNoÖ, je?li mo?na tak powiedzieÖ, do epicentrum. No
i  diabli z  wami,  pomy?la?.  Popatrzy? na  drogË.  Do  skrzy?owania  sze?Ö
kilometrÕw,   od  skrzy?owania  do  miasta   kilometrÕw  dwadzie?cia.  Mo?na
oczywi?cie  od skrzy?owania  do  sanatorium -  dwa  kilometry.  NiewdziËczne
?winie...  Na deszczu... W tym  momencie  zauwa?y?, ?e deszcz os?ab?. DziËki
Bogu choÖ za to, pomy?la?.
     - WiËc mam wywo?aÖ pana Golema? - zapyta? ?o?nierz.
     - Golema? - Wiktor siË o?ywi?. W?a?ciwie dobrze by by?o  przegoniÖ tego
starego grzyba pod deszczem tam i z  powrotem, a poza tym Golem ma samochÕd.
I flaszkË. - A tak, poproszË.
     - To jest do zrobienia -  powiedzia? ?o?nierzyk. - Wywo?amy go.  Tylko,
?e on raczej nie przyjdzie, na pewno powie, ?e jest zajËty.
     - To nic - odrzek? Wiktor. - Niech pan mu powie, ?e Baniew go prosi.
     - Baniew? Dobrze, powiem. Ale on i tak nie  przyjdzie. Ale dla mnie  to
?aden  k?opot. Znaczy, Banie w...  - i  ?o?nierzyk odszed?, taki sympatyczny
?o?nierzyk, nic tylko same piegi pod he?mem.
     Wiktor  zapali? papierosa  i wtedy rozleg?  siË  trzask  motocykla. Zza
mgielnej   zas?ony  z  ob?NokanNo   szybko?ciNo  wynurzy?  siË  "Harley"   z
przyczepNo, podjecha? pod samNo bramË i zahamowa?. Na  siode?ku siedzia? ten
sam policjant  z niezadowolonNo twarzNo, drugi,  zakutany  w brezent po same
oczy siedzia? w przyczepie. Zaraz siË zacznie, pomy?la?  Wiktor naciNogajNoc
g?Ëbiej  kaptur. Ale  nic  mu to  nie  pomog?o.  Policjant  z niezadowolonNo
twarzNo zsiad? z motocykla podszed? do Wiktora i ryknNo?:
     - Gdzie ciË?arÕwka?
     -  Jaka  ciË?arÕwka? -  ze zdumieniem zapyta?  Wiktor,  ?eby  zyskaÖ na
czasie.
     - Niech  pan  nie udaje! -  wrzasnNo? policjant. - Widzia?em pana! SNod
siË panem zajmie! Porwanie aresztowanego samochodu!
     - ProszË na mnie nie wrzeszczeÖ! - zaprotestowa? Wiktor z godno?ciNo. -
Co to za chamstwo? Z?o?Ë na pana skargË.
     Drugi  policjant  wyplNotujNoc siË po drodze z  brezentowych  pokrowcÕw
podszed? i zapyta?:
     - Ten?
     -  Jasne, ?e  ten!  -  stwierdzi? policjant  z  niezadowolonNo  twarzNo
wyciNogajNoc z kieszeni kajdanki.
     -  No  - no!  - powiedzia? Wiktor  cofajNoc  siË o krok.  -  Co  to  za
samowola? Jak pan ?mie?!
     -  Niech pan nie pogarsza  swojej sytuacji stawianiem oporu  - poradzi?
drugi policjant.
     - A ja nie poczuwam siË do ?adnej winy - bezczelnie o?wiadczy? Wiktor i
wsadzi? rËce do kieszeni. - Chyba mnie z kim? pomylili?cie panowie.
     - Uprowadzi? pan ciË?arÕwkË - powiedzia? drugi policjant.
     -  JakNo  ciË?arÕwkË? - krzyknNo?  Wiktor.  - JakNo  znowu  ciË?arÕwkË?
Przyszed?em  tu  w  go?ci do  pana  Golema, naczelnego  lekarza.  Zapytajcie
wartownikÕw. Co ma z tym wspÕlnego jaka? ciË?arÕwka?
     - A mo?e to nie ten? - zwNotpi? drugi policjant.
     - Jak to  nie ten? - zaprotestowa?  policjant z  niezadowolonNo  minNo.
TrzymajNoc w pogotowiu  kajdanki ruszy?  na  Wiktora.  -  No, dawaÖ  rËce! -
poleci? rzeczowym tonem.
     W tym  momencie  trzasnË?y  drzwi wartowni i wysoki,  przerañliwy  g?os
zawo?a?:
     - Rozej?Ö siË!
     Wiktor  i policjant wzdrygnËli siË.  Na progu wartowni  sta?  piegowaty
?o?nierzyk wystawiajNoc spod peleryny automat.
     - Odej?Ö od bramy! - krzyknNo?.
     - Ej, ty, spokojniej! -  powiedzia? policjant z niezadowolonNo twarzNo.
- Policja!
     - Gromadzenie  siË przed bramNo strefy specjalnej  w ilo?ci wiËkszej od
jednego  postronnego  jest   zabronione!  Po  trzykrotnym  ostrze?eniu  bËdË
strzelaÖ! CofnNoÖ siË od bramy!
     - Lepiej odejdñcie  panowie  - z zatroskaniem  poradzi?  Wiktor,  lekko
popychajNoc obu policjantÕw. Policjant z niezadowolonNo twarzNo popatrzy? na
niego strapiony, odsunNo? jego rËkË i zrobi? krok w kierunku ?o?nierza.
     - Czy? ty ch?opcze oszala?? - zapyta?. - Ten typ uprowadzi? ciË?arÕwkË.
     -   ?adnych   ciË?arÕwek!   -  przeciNogle  i  przerañliwie   wrzasnNo?
sympatyczny i  serdeczny  ?o?nierzyk.  -  Ostatnie ostrze?enie!  Dwaj  majNo
odej?Ö na sto metrÕw od bramy!
     -  S?uchaj,  Roch - powiedzia?  drugi policjant.  - Chodñ,  odejdziemy,
niech ich trafi szlag. Facet nam nigdzie nie ucieknie.
     Policjant  z  niezadowolonNo  twarzNo,  purpurowy  z  w?ciek?o?ci nawet
ponownie otworzy? usta, ale wtedy w  drzwiach pojawi? siË gruby  sier?ant  z
ogryzionNo kanapkNo w jednym rËku i ze szklankNo w drugiej.
     -  Szeregowy D?ura  - zapyta?  prze?uwajNoc.  - Dlaczego nie otwieracie
ognia?
     Na piegowatej twarzy pod he?mem pojawi?o siË zezwierzËcenie. Policjanci
rzucili  siË  do  motocykla,  osiod?ali go,  zawrÕcili obok  Wiktora,  ktÕry
stanNo?  w pozie regulujNocego ruch i  odjechali. Purpurowy policjant co? do
niego krzyknNo?,  czego nie sposÕb  by?o  us?yszeÖ w  trzeszczeniu  silnika.
Odjechali o piËÖdziesiNot krokÕw i zatrzymali siË.
     - Blisko -  powiedzia? sier?ant  z - dezaprobatNo.  - Na co ty czekasz?
Przecie? za blisko.
     -  Dalej!  -  przerañliwym  g?osem   krzyknNo?  ?o?nierzyk  wymachujNoc
automatem. Policjanci odjechali dalej i znikli z oczu.
     -  Nauczyli siË  postronni gromadziÖ pod bramNo  - zawiadomi?  sier?ant
?o?nierza patrzNoc na Wiktora. - No dobra - pe?nij dalej s?u?bË. - WrÕci? na
wartowniË, a  piegowaty ?o?nierzyk, uspokajajNoc  siË z  wolna, kilkakrotnie
przespacerowa? siË tam i z powrotem przed bramNo.
     Odczekawszy kilka minut Wiktor zapyta? ostro?nie.
     - Przepraszam bardzo, ale co s?ychaÖ z doktorem Golemem.
     - Nie ma go - odburknNo? ?o?nierz.
     - Jaka szkoda - powiedzia? Wiktor. - W takim razie chyba sobie pÕjdË...
- popatrzy? na mg?Ë i deszcz, w ktÕrej skryli siË policjanci.
     - Jak to - pÕjdzie sobie pan? - zaniepokoi? siË ?o?nierz.
     - A co - nie mo?na? - rÕwnie? niespokojnie zapyta? Wiktor.
     -  Dlaczego nie mo?na? - odpowiedzia? ?o?nierz. -  A co z  ciË?arÕwkNo?
Pan odejdzie, a ciË?arÕwka? CiË?arÕwki nale?y odprowadzaÖ od bramy.
     - A co ja mam do tego? - zapyta? Wiktor coraz bardziej zaniepokojony.
     - Jak to - co? Pan jNo przyprowadzi?, pan jNo... tego... Zawsze siË tak
robi, jak?e inaczej?
     Do diab?a, pomy?la? Wiktor, co ja z nim zrobiË. Z odleg?o?ci stu metrÕw
dobiega? trzask silnika motocykla pracujNocego na ja?owym biegu.
     - Pan jNo naprawdË porwa?? - zapyta? ?o?nierzyk z ciekawo?ciNo.
     -  A tak! Policja zatrzyma?a kierowcË,  a ja jak g?upi postanowi?em wam
pomÕc...
     - Ta - aak... - wspÕ?czujNoco powiedzia? ?o?nierz. - NaprawdË nie wiem,
co panu poradziÖ.
     - A je?li, powiedzmy, teraz sobie pÕjdË?  - chytrze  zapyta?  Wiktor. -
Nie bËdzie pan strzelaÖ?
     - Nie wiem  - uczciwie przyzna? ?o?nierz. - Tak jakby nie by?o rozkazu.
ZapytaÖ? ,
     - ZapytaÖ -  przytaknNo? Wiktor  zastanawiajNoc siË,  czy  zdNo?y uciec
poza granicË  widoczno?ci czy nie. W tej  samej chwili za bramNo odezwa? siË
klakson.  Brama  otwar?a  siË  i  ze  strefy  powoli  wytoczy?a siË  pechowa
ciË?arÕwka.  Zatrzyma?a  siË  obok  Wiktora,  drzwi  siË  uchyli?y  i Wiktor
zobaczy?,  ?e za kierownicNo siedzi ju? nie  ch?opiec, jak  oczekiwa?,  lecz
?ysy,  przygarbiony mokrzak  i  patrzy  na niego.  Wiktor  nie ruszy?  siË z
miejsca,  wtedy  mokrzak zdjNo? z  kierownicy rËkË  w czarnej  rËkawiczce  i
zapraszajNoco  poklepa?  siedzenie obok siebie.  Raczyli siË  zni?yÖ, gorzko
pomy?la? Wiktor. ?o?nierzyk rado?nie oznajmi?:
     - No wiËc wszystko dobrze siË skoÓczy?o, niech pan jedzie z Bogiem.
     Wiktorowi  przelecia?a przez  g?owË  my?l, ?e  je?li  ju?  mokrzak  sam
zamierza odstawiÖ samochÕd  do miasta, czy gdzie? tam jeszcze, s?owem, je?li
zamierza  wdaÖ siË w konflikt z policjNo,  to dobrze by?oby siË  natychmiast
po?egnaÖ i prosto przez pole daÖ nogË do sanatorium, omijajNoc zaczajonego w
zasadzce "Harleya".
     - Tam na drodze czeka policja - powiedzia? do mokrzaka.
     - Nie szkodzi, niech pan siada - odpar? mokrzak.
     -  Rzecz  polega  na tym, ?e ja  ukrad?em  tË  ciË?arÕwkË, chocia? by?a
zatrzymana.
     - Wiem - cierpliwie wyja?ni? mokrzak. - Niech pan siada.
     Okazja by?a stracona.  Wiktor  uprzejmie  i  serdecznie po?egna?  siË z
?o?nierzem, wdrapa? siË na siedzenie i zatrzasnNo? drzwi. CiË?arÕwka ruszy?a
i  po  minucie  zobaczyli "Harleya". "Harley"  sta?  w  poprzek szosy,  obaj
policjanci stali obok  i  gestami nakazywali  zjechaÖ  na  pobocze.  Mokrzak
zahamowa?, zgasi? silnik, i wysuwajNoc siË z szoferki powiedzia?:
     - ProszË zabraÖ motocykl, panowie zagrodzili?cie drogË.
     - ZjechaÖ na pobocze! - rozkaza? policjant o niezadowolonej twarzy. - I
okazaÖ dokumenty.
     - JadË na komendË  policji -  powiedzia? mokrzak. -  ByÖ mo?e tam sobie
porozmawiamy?  Policjant nieco siË stropi? i wymrucza? co? w  rodzaju "znamy
was". Mokrzak spokojnie czeka?.
     -  Dobrze  - powiedzia?  wreszcie  policjant.  -  Tylko  ja  poprowadzË
samochÕd, a tamten niech siË przesiNodzie do motocykla.
     - ProszË bardzo - zgodzi? siË  mokrzak. - Ale  je?li  mo?na, motocyklem
pojadË ja.
     - Jeszcze lepiej - mruknNo? policjant o niezadowolonej twarzy i nieomal
siË rozja?ni?. - Niech pan wysiada.
     Zamienili  siË miejscami.  Policjant  z?owieszczo zezujNoc  na  Wiktora
zaczai  siË  krËciÖ i wierciÖ na  siedzeniu  poprawiajNoc p?aszcz,  a Wiktor
zezujNoc na  policjanta patrzy?  jak mokrzak,  podobny z ty?u do wielkiej  ,
chudej ma?py, garbiNoc  siË  jeszcze  bardziej  i cz?apiNoc  idzie  w stronË
motocykla  i usadawia  siË w przyczepie. Deszcz  znowu lunNo? jak z  cebra i
policjant w?Noczy? wycieraczki. Kawalkada ruszy?a.
     Chcia?bym wiedzieÖ, czym to wszystko siË skoÓczy, z niejakNo niewygodNo
psychicznNo  pomy?la? Wiktor. NiewyrañnNo  nadziejË  budzi?  zamiar mokrzaka
pojawienia siË na policji. Jakie? rozwydrzone sNo te  dzisiejsze mokrzaki...
Ale grzywnË  w ka?dym wypadku ze mnie zedrNo, tego nie uniknË. Nie ma takiej
policji, ktÕra  nie zedrze z cz?owieka grzywny, je?eli  tylko ma okazjË... A
tam, olewam ich, tak czy inaczej  bËdË  musia? zwijaÖ ?agle. Wszystko bËdzie
dobrze.  W ostateczno?ci chocia?by  jest  mi l?ej  na  duszy...  WyciNognNo?
paczkË  papierosÕw  i  poczËstowa?  policjanta.   Policjant  chrzNoknNo?   z
oburzeniem,  ale  papierosa  wziNo?. Zapalniczka mu siË popsu?a, wiËc musia?
chrzNoknNoÖ po  raz wtÕry, kiedy Wiktor  poda? mu ogieÓ.  W?a?ciwie mo?na go
by?o  zrozumieÖ,  tego  niem?odego,  gdzie?  tak  czterdziestopiËcioletniego
cz?owieka,  ktÕry ciNogle jeszcze by?  m?odszym  policjantem, prawdopodobnie
by?ego kolaboranta, sadza?  nie tych co trzeba, i nie tym co trzeba w?azi? w
dupË, zresztNo, skNod taki mo?e siË znaÖ na cudzych dupach - ktÕra w?a?ciwa,
a   ktÕjra  nie...   Policjant  pali?   papierosa  i  minË  mia?  ju?  mniej
niezadowolonNo. Ech, gdybym mia? przy sobie flaszkË, pomy?la? Wiktor. Da?bym
mu golnNoÖ, opowiedzia?bym kilka  irlandzkich kawa?Õw, naurNoga?bym  w?adzy,
co to wy?Nocznie  swoich protegowanych awansuje,  studentom bym naubli?a?  i
kto wie, mo?e facet by siË rozchmurzy?.
     - Ale? leje, co? niebywa?ego - powiedzia? Wiktor. Policjant chrzNoknNo?
w miarË neutralnie, bez z?o?ci.
     - Przecie?  jaki tu  kiedy? by? klimat  -  ciNognNo?  Wiktor  - i w tym
momencie go ol?ni?o. - A zauwa?y?  pan?  U nich tam w leprozorium deszcz nie
pada, a kiedy tylko podje?d?a siË do miasta, od razu ulewa.
     -  Szkoda s?Õw -  powiedzia? policjant.  - Oni  siË  tam  w leprozorium
nieñle urzNodzili.
     Kontakt by? coraz lepszy. Porozmawiali o  pogodzie - jaka kiedy? by?a i
jaka  siË,  do wszystkich  diab?Õw, zrobi?a. Odkopali  wspÕlnych znajomych w
mie?cie.  Pogadali o  ?yciu  w stolicy, o mini -  spÕdniczkach,  o  trNodzie
homoseksualizmu,  o   importowanej   brandy  i  o  narkotykach  z  przemytu.
Naturalnie zgodzili siË,  ?e nie ma  teraz prawdziwego porzNodku - nie to co
przed wojnNo  i zaraz po wojnie.  ?e  policjant  ma pieskie  ?ycie,  chocia?
piszNo w gazetach: szlachetni i surowi strÕ?e porzNodku, niezastNopione ko?o
napËdowe  paÓstwowego  mechanizmu.  A  tymczasem  znowu   podwy?szyli   wiek
emerytalny,  za  to  obni?yli   emerytury,   za  zranienie  przy   pe?nieniu
obowiNozkÕw s?u?bowych dajNo grosze, i do tego odebrali teraz broÓ - komu  w
takich warunkach chce siË wy?aziÖ ze skÕry... S?owem powsta?a taka sytuacja,
?e  gdyby  jeszcze  parË dobrych  ?ykÕw  to  policjant  powiedzia?by  "Dobra
ch?opie,  BÕg z  tobNo, ja ciebie nie  widzia?em  i  ty mnie nie widzia?e?".
Jednak?e paru ?ykÕw nie by?o, a chwila dla wrËczenia stosownego banknotu nie
dojrza?a, tak  ?e kiedy ciË?arÕwka podjecha?a pod  komendË,  policjant znowu
sponurza? i sucho przykaza? Wiktorowi i?Ö za sobNo i to szybko.
     Mokrzak odmÕwi? udzielenia wyja?nieÓ  dy?urnemu  oficerowi  i za?Noda?,
aby niezw?ocznie  zaprowadzono ich  do  komendanta. Dy?urny odpowiedzia?, ?e
proszË  bardzo, naczelnik  z  pewno?ciNo  osobi?cie  pana przyjmie,  co  za?
dotyczy tego tu pana, to jest on oskar?ony o uprowadzenie samochodu, wiËc do
naczelnika  i?Ö nie ma po co, natomiast nale?y go przes?uchaÖ i  sporzNodziÖ
odpowiedni protokÕ?.  Nie, twardo i spokojnie powiedzia? mokrzak, nic z tych
rzeczy, pan  Baniew nie bËdzie musia? odpowiadaÖ na ?adne pytania, i ?adnych
protokÕ?Õw  pan  Baniew nie bËdzie  podpisywa?,  poniewa?  istniejNo  w  tej
sprawie  okoliczno?ci  dotyczNoce  wy?Nocznie  pana  policmajstra.  Dy?urny,
ktÕremu  by?o  dok?adnie  wszystko  jedno,  wzruszy?   ramionami  i  poszed?
zameldowaÖ.  W  czasie,  kiedy  meldowa?,  zjawi? siË  kierowca  w  roboczym
kombinezonie, ktÕry  o niczym  nie wiedzia?  i by?  na niez?ej bani,  wiËc z
miejsca zaczNo? krzyczeÖ o sprawiedliwo?ci,  niewinno?ci i innych  okropnych
rzeczach.  Mokrzak ostro?nie  zabra? mu  fakturË, ktÕrNo szofer  wymachiwa?,
przysiad? na barierce i podpisa? papier wed?ug wszelkich formalno?ci. Szofer
tak siË zdumia?,  ?e a?  zamilk?, i wtedy Wiktora z mokrzakiem zaproszono do
policmajstra.
     Policmajster   przyjNo?   ich   surowo.   Na   mokrzaka    patrzy?    z
niezadowoleniem, a na Wiktora stara? siË nie patrzeÖ w ogÕle.
     - Czego panowie sobie ?yczNo? - zapyta?.
     - Pozwoli pan, ?e usiNodziemy? - poinformowa? siË mokrzak.
     -  ProszË -  z  przymusem powiedzia?  policmajster po  krÕtkiej pauzie.
Wszyscy usiedli.
     -  Panie policmajstrze  -  oznajmi?  mokrzak. -  Jestem upowa?niony  do
z?o?enia  na  paÓskie   rËce  stanowczego  protestu  z   powodu  powtÕrnego,
sprzecznego z prawem zatrzymania ?adunkÕw adresowanych do leprozorium.
     -  Tak, s?ysza?em  o tym  -  stwierdzi?  policmajster.  -  Kierowca by?
pijany, i byli?my  zmuszeni  zatrzymaÖ go.  Przypuszczam, ?e w  najbli?szych
dniach Wszystko siË wyja?ni.
     - Policja zatrzyma?a nie kierowcË,  tylko ?adunek - o?wiadczy? mokrzak.
-  Jednak?e nie  jest  to takie  istotne. DziËki  uprzejmo?ci  pana  Baniewa
?adunek zosta? dostarczony z  niewielkim zaledwie  opÕñnienie i powinien pan
byÖ zobowiNozany obecnemu tu panu Baniewowi,  poniewa?  istotnie  opÕñnienie
?adunku  z  paÓskiej, panie policmajstrze, winy, mog?oby staÖ siË przyczynNo
powa?nych nieprzyjemno?ci dla pana osobi?cie.
     - To  zabawne -  powiedzia?  policmajster.  -  Nie rozumiem i nie ?yczË
sobie rozumieÖ, o czym pan mÕwi, poniewa? jako osoba oficjalna nie zamierzam
s?uchaÖ pogrÕ?ek.  Co  za?  dotyczy  pana  Baniewa,  to  na  tË  okoliczno?Ö
istniejNo okre?lone artyku?y kodeksu karnego, w ktÕrych  takie przypadki sNo
przewidziane. - Wyrañnie unika? patrzenia na Wiktora.
     -  WidzË,  ?e  pan  naprawdË  nie  rozumie swojej  sytuacji -  oznajmi?
mokrzak.  -  Ale jestem  upowa?niony do zawiadomienia  pana, ?e w  przypadku
kolejnego zatrzymania  naszych  ?adunkÕw  bËdzie  pan  mia?  do czynienia  z
genera?em Pferdem.
     Zapad?o  milczenie.  Wiktor nie wiedzia?,  kto to taki  genera?  Pferd,
natomiat policmajstrowi to nazwisko najwidoczniej by?o dobrze znane.
     - Wydaje mi siË, ?e to jest groñba - stwierdzi? niepewnie.
     - Owszem - zgodzi? siË mokrzak - i do tego  groñba  wiËcej  ni? realna.
Policmajster gwa?townie wsta?. Wiktor i mokrzak rÕwnie?.
     - PrzyjmujË  do wiadomo?ci  wszystko,  co dzisiaj us?ysza?em - oznajmi?
policmajster. - PaÓski ton  pozostawia wprawdzie sporo do ?yczenia, jednak?e
obiecujË  osobom,  ktÕre  pana  upowa?ni?y, ?e  zajmË siË sprawNo  i  je?eli
znajdNo siË winni, zostanNo ukarani. W jednakowym stopniu dotyczy to rÕwnie?
pana Baniewa.
     -  Panie  Baniew - rzek? mokrzak.  - Je?li policja bËdzie  panu  robi?a
wstrËty  z  powodu tego  incydentu,  proszË niezw?ocznie zawiadomiÖ  doktora
Golema. Do widzenia - powiedzia? do policmajstra.
     - Wszystkiego dobrego - odpowiedzia? tamten.
     O Õsmej wieczorem Wiktor zszed? do restauracji i ju? zamierza? udaÖ siË
do swojego stolika, przy ktÕrym rezydowa?o zwyk?e towarzystwo, kiedy odwo?a?
go Teddy.
     - Czo?em  Teddy - powiedzia? Wiktor opierajNoc siË o ladË. - Co s?ychaÖ
-  i  w tym  momencie przypomnia?  sobie. -  A!  Rachunek... Czy  ja wczoraj
bardzo?
     - Rachunek to  g?upstwo -  wymrucza?  Teddy. - Nic  powa?nego, rozbi?e?
lustro i wyrwa?e? umywalkË. Ale czy pamiËtasz policmajstra?
     - A co takiego? - zdziwi? siË Wiktor.
     - No  tak, wiedzia?em, ?e nie zapamiËtasz.  Oczy mia?e?, bracie, niczym
gotowany  prosiak,  nic nie  kombinowa?e?.  A wiËc  ty  - wycelowa?  w pier?
Wiktora palec wskazujNocy -  zamknNo?e? biedaka  w  kiblu,  podpar?e?  drzwi
miot?No i  nie wypuszcza?e?.  A  my?my  nie  wiedzieli,  kto  tam siedzi, on
dopiero co przyszed?, sNodzili?my, ?e to Kwadryga. No to i dobrze, my ?limy,
niech  sobie  posiedzi....  A  potem  go  stamtNod  wyciNognNo?e?, zaczNo?e?
krzyczeÖ, ach, biedak, jak on siË u?wini?! - i wsadzi?e? mu ?eb do umywalki.
Umywalka urwa?a siË, a my ledwie ciË odciNognËli?my.
     - Serio? - zapyta?  Wiktor. - No, no.  To ju? wiem, dlaczego on dzisiaj
patrzy na mnie wilkiem. Teddy wspÕ?czujNoco pokiwa? g?owNo.
     - O, do diab?a - powiedzia? Wiktor. -  G?upia historia.  Chyba muszË go
przeprosiÖ... Ale jak mi siË uda?o? Taki silny ch?op...
     - BojË siË, ?eby ciË nie  wrobili - rzek? Teddy.  - Dzi?  rano ?azi? tu
jeden tajniak,  spisywa? zeznania... sze?ÖdziesiNoty trzeci artyku? masz jak
w banku - naruszenie godno?ci osobistej w obciNo?ajNocych okoliczno?ciach. A
mo?e byÖ jeszcze gorzej. Akt  terrorystyczny. Rozumiesz, czym to pachnie? Ja
bym na twoim miejscu... - Teddy pokrËci? g?owNo.
     - Co? - zapyta? Wiktor.
     - Podobno przychodzi? do ciebie burmistrz - oznajmi? Teddy.
     - Tak.
     - No i co?
     - G?upstwo. Chce, ?ebym napisa? artyku?. Przeciwko mokrzakom.
     - Aha! - powiedzia?  Teddy i  o?ywi?  siË.  -  No,  to  w  takim  razie
rzeczywi?cie g?upstwo. Napisz mu  ten artyku? i wszystko bËdzie w porzNodku.
Je?li  burmistrz  bËdzie  zadowolony,  policmajster  nie  odwa?y  siË  s?owa
pisnNoÖ, choÖby? go codziennie wpycha? do sedesu. Burmistrz ma go o tutaj...
- Teddy pokaza? ogromnNo ko?cistNo piË?Ö. - WiËc wszystko w porzNodku. Z tej
okazji nalejË ci na rachunek zak?adu. Czystej?
     - Mo?e byÖ czysta - odpar? Wiktor z zadumNo.
     Wizyta burmistrza  objawi?a mu siË teraz w nowym  ?wietle.  WiËc oni ze
mnNo w ten sposÕb, pomy?la? Wiktor.  Ta - ak... Albo siË wyno?, albo  rÕb co
ci  ka?No, albo ciË wykoÓczymy. Nawiasem mÕwiNoc, wynie?Ö siË te? nie bËdzie
?atwo.  Akt  terrorystyczny  -  bËdNo  szukaÖ  i  znajdNo.  Jeste?,  bracie,
alkoholikiem,  a?  przykro   patrzeÖ.  I  ?eby   chocia?  byle   kogo,   ale
policmajstra. MÕwiNoc szczerze, wymy?lone i zrealizowane ca?kiem nieñle. Nie
pamiËta? nic  oprÕcz zalanych wodNo  kafelkÕw na pod?odze, ale bardzo dobrze
wyobra?a? sobie tË scenË. Tak, kochany mÕj  Wiktorze Baniew, mÕj ty gotowany
prosiaku, kuchenny opozycjonisto, mo?e nawet nie kuchenny tylko ?azienkowy -
pupilku pana prezydenta... tak, widocznie przyszed? twÕj czas i pora, ?e tak
powiem, siË sprzedaÖ... Roc-Tusow, cz?owiek do?wiadczony, ma swoje zdanie na
ten temat: sprzedawaÖ  nale?y siË ?atwo i drogo - im  uczciwsze  jest  twoje
piÕro, tym dro?ej za  nie zap?acNo dzier?Nocy w?adzË, wiËc nawet sprzedajNoc
siË przynosisz straty przeciwnikowi i nale?y  staraÖ siË, aby straty te by?y
maksymalne...   Wychyli?   kieliszek  czystej,   nie   czujNoc  najmniejszej
satysfakcji.
     - Dobra, Teddy - powiedzia?. - DziËkujË. Daj rachunek. Du?o tam tego?
     - Twoja kieszeÓ wytrzyma - u?miechnNo? siË Teddy. WyjNo? z kasy kartkË.
- Nale?y siË od  ciebie: za  lustro w toalecie -  siedemdziesiNot siedem, za
umywalkË,  porcelanowNo, du?No  -  sze?ÖdziesiNot  cztery,  razem,  jak  sam
rozumiesz, sto  czterdzie?ci jeden. A lampË zapisali?my na  tamtNo awanturË.
Jednego  tylko nie  rozumiem  -  ciNognNo?,  patrzNoc,  jak  Wiktor  odlicza
pieniNodze  - czym to  lustro  rozbi?e??  Wielka tafla gruba  na  dwa palce.
G?owNo w nie t?uk?e?, czy co?
     - CzyjNo? - ponuro zapyta? Wiktor.
     - Dobra, nie przejmuj siË - rzek? Teddy biorNoc pieniNodze. - Napiszesz
artyku?,  zrehabilitujesz siË, jeszcze honorarium  pod?apiesz i wyjdziesz na
swoje. Jeszcze jednNo?
     - Nie  trzeba, pÕñniej... PrzyjdË, jak zjem  kolacjË -  odpar? Wiktor i
poszed? na swoje miejsce.
     W restauracji wszystko  by?o  jak  zwykle -  pÕ?mrok,  zapachy,  dñwiËk
naczyÓ w kuchni; m?ody mË?czyzna z teczkNo i swoim nieod?Nocznym towarzyszem
nad butelkNo wody mineralnej;  zgarbiony doktor  R.  Kwadryga; wyprostowany,
elegancki pomimo kataru Pawor; rozlewajNocy siË w fotelu Golem z gNobczastym
nosem rozpitego proroka. Kelner.
     - Minogi - rzuci? Wiktor. - ButelkË piwa. I jakie? miËso.
     - No  i  doigra? siË pan - powiedzia? Pawor z wyrzutem. - MÕwi?em, ?eby
pan przesta? piÖ. .
     - Kiedy mi pan to mÕwi?? Bo jako? nie pamiËtam.
     - A  czego siË  doigra?e?? -  zainteresowa? siË doktor R.  Kwadryga.  -
Nareszcie zamordowa?e? kogo??
     - A ty nic nie pamiËtasz? - zapyta? Wiktor.
     - Pytasz o wczoraj?
     - Tak, o wczoraj... Spi?em  siË jak pszczo?a - wyja?ni? Wiktor Golemowi
- zapËdzi?em pana policmajstra do klozetu...
     -  A -  a - a! - stwierdzi? R.  Kwadryga.  - To wszystko k?amstwo.  Tak
w?a?nie  powiedzia?em  ?ledczemu.  Dzi?  rano  przyszed?  do  mnie  ?ledczy.
Rozumiecie panowie,  straszliwa zgaga,  g?owa  pËka, siedzË, wyglNodam przez
okno i wtedy pojawia siË ten  wa? i  zaczyna wrabiaÖ cz?owieka,  fastrygowaÖ
przestËpstwo...
     - Jak pan powiedzia?? - zapyta? Golem. - FastrygowaÖ?
     -  No tak, fastrygowaÖ - oznajmi? R. Kwadryga przek?uwajNoc wyobra?onNo
ig?No  wyobra?ony   materia?.  -  Tylko  nie   spodnie,   a  przestËpstwo...
Powiedzia?em mu wprost: wszystko lipa, wczoraj ca?y wieczÕr przesiedzia?em w
restauracji, by?o  cicho, przyzwoicie jak  zawsze,  ?adnych skandali, jednym
s?owem  okropna nuda... BËdzie  dobrze - pociesza?  Wiktora.  - Nie przejmuj
siË... A dlaczego to zrobi?e?? Nie lubisz go?
     - Mo?e nie mÕwmy ju? o tym - zaproponowa? Wiktor.
     - To o czym mamy mÕwiÖ?  - zapyta?  ura?ony R. Kwadryga. - Ci  dwaj bez
przerwy siË spierajNo, kto kogo nie wpuszcza do leprozorium. Jak ju? raz  na
sto lat wydarzy?o siË co? ciekawego - to od razu - nie mÕwmy.
     Wiktor odgryz? po?owË minogi, zjad? jNo, odpi? ?yk piwa i zapyta?:
     - Kto to jest genera? Pferd?
     - KoÓ - odpowiedzia? R. Kwadryga. - KoÓ. Der Pferd. Albo das.
     - A jednak - rzek? Wiktor - czy ktÕry? z panÕw zna takiego genera?a?
     - Kiedy s?u?y?em  w  wojsku - powiedzia?  doktor  R.  Kwadryga - naszNo
dywizjNo dowodzi? jego ekscelencja genera? od infanterii Arschmann.
     - No i co z tego? - zapyta? Wiktor.
     - Arsch po niemiecku dupa - oznajmi?  milczNocy do  tej chwili Golem. -
Doktor ?artuje.
     - A gdzie pan us?ysza? o generale Pferdzie? - zapyta? Pawor.
     - W gabinecie policmajstra - odpar? Wiktor.
     - No i co dalej?
     -  Nic. WiËc  nikt  nie  wie?  I  bardzo  dobrze. Ja  tylko  tak  sobie
zapyta?em.
     - A feldfebel nazywa? siË Buttock - oznajmi? R. Kwadryga.  -  Feldfebel
Buttock.
     - Angielski te? pan zna? - zapyta? Golem.
     - Lepiej napijmy siË - zaproponowa? Wiktor. - Kelner, butelkË koniaku!
     - Po co butelkË? - zapyta? Pawor.
     - ?eby starczy?o dla wszystkich.
     - Znowu wywo?a pan jaki? skandal.
     - Niech pan przestanie,  Pawor -  powiedzia? Wiktor.  -  Abstynent  siË
znalaz?.
     -  Nie jestem abstynentem - zaprotestowa? Pawor.  - LubiË wypiÖ i nigdy
nie przepuszczam okazji, ?eby  wypiÖ, jak zresztNo przysta?o  na prawdziwego
mË?czyznË. Ale nie rozumiem, po co  siË upijaÖ. A ju? zupe?nie nie rozumiem,
po co upijaÖ siË co wieczÕr.
     - On tu znowu jest  - oznajmi? z rozpaczNo R. Kwadryga. - I kiedy tylko
zdNo?y??
     - Nie bËdziemy siË upijaÖ - odpar? Wiktor rozlewajNoc wszystkim koniak.
- Po prostu wypijemy. Jak to robi  w  tej chwili po?owa narodu. Druga po?owa
upija siË, no i BÕg z niNo, a my po prostu sobie wypijemy.
     - I  na tym w?a?nie wszystko  polega  -  stwierdzi? Pawor. - Kiedy kraj
tonie  w wÕdzie, i  to  nie tylko  kraj, ale  ca?y  ?wiat,  ka?dy przyzwoity
cz?owiek powinien zachowaÖ zdrowy rozsNodek.
     - Pan uwa?a nas za przyzwoitych ludzi? - zapyta? Golem.
     - W ka?dym razie za kulturalnych.
     - Moim zdaniem - rzek? Wiktor - kulturalni ludzie majNo znacznie wiËcej
powodÕw, ?eby siË upijaÖ ni? niekulturalni.
     -  Mo?liwe  - zgodzi? siË  Pawor.  - Jednak?e cz?owiek kulturalny  jest
obowiNozany trzymaÖ siË w ryzach. Kultura zobowiNozuje...  My tu na przyk?ad
siedzimy ka?dego  wieczora, rozmawiamy,  pijemy, gramy w ko?ci. A czy kto? z
nas  przez  ca?y  ten czas  powiedzia?  co?  je?eli nawet nie  mNodrego,  to
chocia?by na serio? ?miechy, ?arciki - ... wy?Nocznie ?arty i ?miechy.
     - A po co - serio? - zapyta? Golem.
     - A po to, ?e wszystko  leci w przepa?Ö, a my siË ?miejemy i ?artujemy.
Ucztujemy w czasie zarazy. Moim zdaniem, panowie, to wstyd.
     - No  dobrze, Pawor  - stwierdzi? ugodowo Wiktor. - Niech pan powie co?
serio. Mo?e nie byÖ mNodre, ale chocia?by na serio.
     - Nie  ?yczË  sobie  niczego na  serio -  zakomunikowa?  R. Kwadryga. -
Pijawki. SËpy. Tfu!
     - Cicho  -  powiedzia? mu  Wiktor. - ?pij jak  ci  dobrze...  S?usznie,
Golem, porozmawiajmy chocia? raz o czym? powa?nym.  Pawor, niech pan zaczyna
i opowie nam o przepa?ci.
     - Znowu pan ?artuje? - zapyta? Pawor z goryczNo.
     -  Nie  - odpar? Wiktor. - S?owo honoru, nie ?artujË.  ByÖ mo?e  jestem
ironiczny.  Ale  to dlatego, ?e przez ca?e  swoje  ?ycie  s?ucham  gadania o
przepa?ciach.  Wszyscy powtarzajNo,  ?e ludzko?Ö stoi  nad  przepa?ciNo, ale
udowodniÖ tego  nikt  nie potrafi.  A kiedy przychodzi do konkretÕw, okazuje
siË, ?e ten ca?y filozoficzny  pesymizm  jest wynikiem  k?opotÕw rodzinnych,
lub braku ?rodkÕw finansowych...
     -  Nie - powiedzia?  Pawor.  - Nie...  Ludzko?Ö stoi  nad  przepa?ciNo,
poniewa? ludzko?Ö zbankrutowa?a.
     - Brak ?rodkÕw finansowych - wymamrota? Golem.
     Pawor  zignorowa?  go.  Pochyli?  g?owË  i  mÕwi?  patrzNoc  spode  ?ba
zwracajNoc siË wy?Nocznie do Wiktora.
     -  Ludzko?Ö  zbankrutowa?a biologicznie  - wskañnik urodzeÓ jest  coraz
ni?szy, wzrasta czËstotliwo?Ö raka, niedorozwÕj, nerwice, ludzie  stajNo siË
narkomanami.  Po?ykajNo setki  hektolitrÕw  alkoholu,  nikotyny,  po  prostu
narkotykÕw,  poczNowszy  od haszyszu i kokainy, a  skoÓczywszy  na  LSD.  Po
prostu  degenerujemy  siË.  NaturalnNo  przyrodË zniszczyli?my,  a  sztuczna
zniszczy  nas.  Dalej.   Zbankrutowali?my  ideologicznie  -  roztrzNosali?my
wszystkie    systemy    filozoficzne,   i   wszystkie    zdyskredytowali?my,
wyprÕbowali?my   wszystkie   mo?liwe  rodzaje   moralno?ci  i   etyki,   ale
pozostali?my   tak   samo   amoralnymi   bydlakami   jak   troglodyci.   Ale
najstraszniejsze jest to, ?e ca?a  ta  szara ludzka  masa w naszych  czasach
jest  rÕwnie ?ajdacka, jak zawsze by?a.  Nieustannie  pragnie i  domaga  siË
bogÕw, wodzÕw i porzNodku,  i za ka?dym razem, kiedy otrzymuje bogÕw, wodzÕw
i porzNodek, jest  niezadowolona,  poniewa?  tak  naprawdË  niczego  jej nie
trzeba ani bogÕw, ani  porzNodku, tylko  chaosu, anarchii, chleba i igrzysk.
Teraz spËtana jest ?elaznNo konieczno?ciNo otrzymywania co tydzieÓ koperty z
wyp?atNo, ale ta konieczno?Ö jest jej wstrËtna, wiËc ucieka od niej  ka?dego
wieczora  w alkohol i  narkotyki.  ZresztNo  diabli  z  niNo,  z  tNo  kupNo
gnijNocego gÕwna, ktÕre cuchnie ju? dziewiËÖ tysiËcy lat i do niczego innego
siË nie nadaje - mo?e tylko ?mierdzieÖ i cuchnNoÖ. Straszne jest co innego -
rozk?ad ogarnia i nas, ludzi z  du?ej  litery, prawdziwe osobowo?ci. Widzimy
ten  rozk?ad i wydaje siË nam,  ?e nas on nie dotyczy,  ale  przecie?  i nas
zatruwa beznadziejno?ciNo, os?abia naszNo wolË, powoli wch?ania... A do tego
nowe przekleÓstwo -  demokratyczne wychowanie: egalite, fraternite,  wszyscy
ludzie  sNo  braÖmi,  wszyscy  ulepieni  z  tej  samej gliny...  Nieustannie
uto?samiamy siË z  mot?ochem, i mamy do  siebie pretensjË, je?li przypadkiem
odkrywamy, ?e jeste?my od niego mNodrzejsi, ?e mamy inne potrzeby, inne cele
w ?yciu. Pora to zrozumieÖ i wyciNognNoÖ wnioski - pora siË ratowaÖ.
     - Pora  siË napiÖ - oznajmi? Wiktor.  Ju? ?a?owa?,  ?e zgodzi?  siË  na
powa?nNo  rozmowË z inspektorem  sanitarnym. Na  Pawora  nieprzyjemnie  by?o
patrzeÖ. Za bardzo siË gorNoczkowa?, zaczNo? nawet zezowaÖ. Wypad? z roli, a
jak wszyscy apologeci przepa?ci mÕwi? straszliwe  bana?y.  A?  prosi?o  siË,
?eby mu powiedzieÖ - niech siË  pan przestanie  kompromitowaÖ, Pawor, lepiej
niech pan siË ustawi profilem i ironicznie u?miechnie.
     - To wszystko, co mi pan ma do powiedzenia? - zapyta? Pawor.
     - MogË jeszcze daÖ  panu radË. WiËcej ironii, Pawor. Niech siË  pan tak
nie gorNoczkuje. I tak nic  pan nie mo?e zrobiÖ. A nawet gdyby pan  mÕg?, to
nie wiedzia?by pan co mianowicie.
     Power u?miechnNo? siË ironicznie.
     - A w?a?nie, ?e akurat wiem - powiedzia?.
     - No?
     - Jest tylko jeden sposÕb, ?eby powstrzymaÖ rozk?ad.
     -  Wiemy, wiemy  -  lekkomy?lnie powiedzia? Wiktor  - w?o?yÖ  wszystkim
idiotom z?ote koszule i kazaÖ im maszerowaÖ. Ca?a Europa pod stopami. To ju?
by?o.
     - Nie - powiedzia? Pawor. - To tylko odroczenie. A wyj?cie jest jedno -
zlikwidowaÖ masË.
     - Jest pan dzisiaj w wy?mienitym nastroju - powiedzia? Wiktor.
     - ZlikwidowaÖ dziewiËÖdziesiNot procent ludno?ci  - ciNognNo?  Pawor. -
ByÖ mo?e nawet dziewiËÖdziesiNot piËÖ. Masy wype?ni?y swoje  przeznaczenie -
zrodzi?y kwiat ludzko?ci,  twÕrcÕw  cywilizacji. Teraz sNo martwe jak zgni?a
bulwa kartofla, ktÕra  da?a ?ycie ro?linie. A  kiedy  trup zaczyna gniÖ,  to
znaczy, ?e pora go pogrzebaÖ.
     - O Bo?e - powiedzia? Wiktor - i to wszystko z powodu kataru i dlatego,
?e nie dajNo panu przepustki do leprozorium? Albo mo?e k?opoty rodzinne?
     - Niech pan nie udaje  g?upiego - powiedzia? Pawor. - Dlaczego nie chce
pan zastanowiÖ siË nad sprawami, o ktÕrych panu ?wietnie wiadomo? Z  jakiego
powodu  ulegajNo  degeneracji  najwspanialsze idee? Z powodu tËpoty  mas.  Z
jakiego powodu mamy wojny, chaos i inne  obrzydliwo?ci? Z powodu tËpoty mas,
ktÕre  wybierajNo  rzNody godne siebie. Z  jakiego  powodu Z?oty  Wiek  jest
rÕwnie odleg?y jak w czasie stworzenia Ziemi? Z powodu obskurantyzmu  mas. W
zasadzie Hitler mia? s?uszno?Ö, pod?wiadomNo s?uszno?Ö, czu?,  ?e na ?wiecie
jest wielu  zbytecznych.  Ale  by? z krwi  i ko?ci mot?ochu,  wiËc  wszystko
zepsu?.  G?upie by?o likwidowanie wed?ug  przynale?no?ci rasowej. A poza tym
nie mia? w dyspozycji odpowiednich ?rodkÕw masowej zag?ady.
     - A wed?ug jakich  cech pan zamierza  przeprowadziÖ selekcjË? - zapyta?
Wiktor.
     - Wed?ug nijako?ci -  odpar? Pawor.  - Je?li cz?owiek jest  przeciËtny,
nijaki, to znaczy ?e go nale?y zlikwidowaÖ.
     - A kto bËdzie decydowaÖ, czy cz?owiek jest przeciËtny, czy nie?
     - Niech pan siË nie martwi, to sNo szczegÕ?y. Ja panu formu?ujË zasadË,
a kto, co i jak - to sNo szczegÕ?y.
     - A  po co kombinuje pan z burmistrzem? - zapyta? Wiktor, ktÕrego Pawor
znudzi?.
     - To znaczy?
     - Na diab?a panu ten proces? Rozmienia siË pan na drobne, Pawor! Zawsze
tak  koÓczycie, wy, nadludzie. Zamierzacie  przebudowaÖ ?wiat, nie zgadzacie
siË na  mniej  ni? trzy miliardy  trupÕw, a  tymczasem albo  martwicie siË o
stanowisko, albo leczycie trypra, albo za niewielkie wynagrodzenie pomagacie
marnym kanciarzom za?atwiaÖ ich ciemne sprawy.
     -  Mo?e jednak trochË ostro?niej na zakrËtach - powiedzia? Pawor. WidaÖ
by?o, ?e jest straszliwie w?ciek?y. - Przecie? pan sam jest tylko pijakiem i
nierobem...
     - Ale przynajmniej nie organizujË dËtych  procesÕw politycznych  i  nie
zamierzam przebudowaÖ ?wiata.
     -  Tak  - oznajmi? Pawor.  - Pan nawet do tego nie jest zdolny, Baniew.
Pan  to  przecie?  zaledwie  bohema,  czyli  krÕtko  mÕwiNoc,  ?ajdak,  tani
opozycjonista, wichrzyciel i  gÕwno. Sam pan nie wie czego  chce, i robi pan
tylko to, czego chcNo od  pana. DogadzajNoc gustom ?ajdakÕw podobnych sobie,
wyobra?a pan sobie, ?e jest wolnym artystNo,  co to rusza  z posad  ?wiat, a
nie  po prostu obrzydliwym  wierszokletNo  z tych,  co to piszNo na ?cianach
publicznych szaletÕw.
     - To prawda - zgodzi? siË Wiktor. - Szkoda tylko, ?e nie powiedzia? pan
tego wcze?niej. Musia?em pana obraziÖ, ?eby to us?yszeÖ. No i wynika z tego,
?e  jest  pan nikczemnym typkiem,  Pawor.  Jednym  z wielu.  I  je?li  bËdNo
likwidowaÖ,   to  pana   te?   zlikwidujNo.  Na   podstawie   przeciËtno?ci.
FilozofujNocy inspektor sanitarny? Do pieca z nim!
     Ciekawe, jak my wyglNodamy z boku, pomy?la?. Pawor jest odra?ajNocy. Co
za u?mieszek! Co mu siË dzisiaj sta?o? Kwadryga?pi, co mu tam k?Õtnie,  masy
i  ca?a ta filozofia... A  Golem rozwali?  siË w fotelu  niczym  w  teatrze,
kieliszek  w palcach, rËka  za oparciem, czeka, kto mu przy?o?y. Jako? Pawor
trochË za d?ugo milczy. ArgumentÕw szuka, czy co?
     - No dobrze - rzek? w koÓcu Pawor. - Porozmawiali?my i wystarczy.
     U?mieszek znik? mu z  twarzy,  i  oczy mia? znowu  jak sturmbahnfuhrer.
Rzuci? banknot na stÕ?, dopi? koniak i odszed? bez po?egnania. Wiktor poczu?
przyjemne rozczarowanie.
     -  Jednak  jak na pisarza fatalnie zna siË pan na ludziach  -  oznajmi?
Golem.
     - To nie moja  rzecz  -  lekko  powiedzia?  Wiktor. - Niech na ludziach
znajNo  siË  psychologowie  i departament  bezpieczeÓstwa.  Moja  rzecz,  to
wychwytywanie tendencji zaostrzonNo wra?liwo?ciNo artysty...  A w zwiNozku z
czym pan to powiedzia?? Znowu: "Wiktor, niech pan przestanie brzdNokaÖ"?
     - Uprzedza?em - niech pan nie zaczepia Pawora.
     - Co  u diab?a?  -  zaprotestowa?  Wiktor - po pierwsze,  wcale  go nie
zaczepia?em, tylko on mnie zaczepi?. A po drugie to ?winia.  Czy pan wie, ?e
Pawor pomaga burmistrzowi, ktÕry chce pana przymknNoÖ?
     - Domy?lam siË.
     - I nie jest pan zaniepokojony?
     - Nie. MajNo za krÕtkie rËce. To znaczy burmistrz ma za krÕtkie rËce. I
sNod.
     - A Pawor?
     - A Pawor  ma  rËce d?ugie -  powiedzia? Golem.  -  I dlatego niech pan
przestanie  przy  nim  brzdNokaÖ.  Widzi  pan przecie?, ?e ja przy  nim  nie
brzdNokam.
     - Ciekawe, przy kim pan brzdNoka? - mruknNo? Wiktor.
     -  Czasami brzdNokam przy panu. Mam do  pana  s?abo?Ö. ProszË mi  nalaÖ
koniaku.
     -  Z  przyjemno?ciNo -  Wiktor nala?.  -  Mo?e obudzimy KwadrygË? Co on
sobie my?li, nawet nie broni? mnie przed Faworem.
     - Nie,  nie trzeba go budziÖ. Lepiej porozmawiajmy. Po co  pan siË w to
miesza? Kto pana prosi? o porywanie ciË?arÕwki?
     - Tak mi siË spodoba?o - oznajmi? Wiktor - To ?wiÓstwo, ?eby aresztowaÖ
ksiNo?ki. A  oprÕcz tego zdenerwowa? mnie  burmistrz. To by? zamach na mojNo
wolno?Ö.  Zawsze,  kiedy  kto?  prÕbuje  dokonaÖ  zamachu  na mojNo wolno?Ö,
zmieniam  siË  w chuligana...  A nawiasem mÕwiNoc, Golem, czy genera?  Pferd
wstawi siË za mnNo u burmistrza?
     - Genera? Pferd kicha na pana razem  z burmistrzem - odpar? Golem. - Ma
wiËksze zmartwienia.
     -  No  to proszË  mu powiedzieÖ, ?eby siË za  mnNo wstawi?. Bo  inaczej
napiszË  pogromowy   artyku?  przeciwko  waszemu  leprozorium:   o  tym  jak
wykorzystujecie   krew   chrze?cijaÓskich   niemowlNot   w   celu   leczenia
okularniczej choroby.  My?li  pan, ?e  nie  wiem, po  co  mokrzaki zwabiajNo
dzieci? Oni, po pierwsze, wysysajNo z nich krew, a po drugie, deprawujNo je.
OkryjË was  haÓbNo  przed ca?ym ?wiatem. Krwiopijca i zboczeniec pod  maskNo
lekarza.  - Wiktor  stuknNo?  siË z  Goleniem  i wypi?. - Bez  ?artÕw, mÕwiË
powa?nie.  Burmistrz  zmusza   mnie  do  napisania  takiego  artyku?u.  Pan,
oczywi?cie, rÕwnie? o tym wie.
     - Nie - stwierdzi? Golem. - Ale to niewa?ne.
     - Jak widzË, dla pana  wszystko  jest  niewa?ne  - powiedzia? Wiktor. -
Ca?e miasto  jest przeciwko  panu - niewa?ne.  ChcNo  pana oddaÖ pod sNod  -
niewa?ne.  Inspektora  sanitarnego  Pawora   irytuje  paÓskie  zachowanie  -
niewa?ne. A mo?e genera? Pferd to pseudonim  pana  Prezydenta? A propos, czy
ten wszechpotË?ny genera? wie, ?e pan jest komunistNo?
     - A  dlaczego irytuje siË pisarz Baniew? -  spokojnie zapyta? Golem.  -
Tylko niech pan tak nie wrzeszczy, Teddy siË oglNoda.
     -  Teddy to nasz cz?owiek  -  wyja?ni? Wiktor.  - On zresztNo  te? jest
zirytowany - myszy mu  ?yÖ nie dajNo.  -  Wiktor zmarszczy? brwi  i  zapali?
papierosa. - ChwileczkË, o co mnie  pan pyta??... A,  tak. Jestem zirytowany
dlatego, ?e nie wpu?ci? mnie pan  do leprozorium.  A  ja przecie? zachowa?em
siË bardzo  szlachetnie. Powiedzmy  nawet,  ?e g?upio, ale ka?dy  szlachetny
uczynek jest g?upi. A jeszcze przed tym nios?em mokrzaka na plecach.
     - I bi? siË pan w jego obronie - doda? Golem.
     - O w?a?nie. Bi?em siË.
     - Z faszystami - powiedzia? Golem.
     - W?a?nie z faszystami.
     - A przepustkË pan ma? - zapyta? Golem.
     -  PrzepustkË...  Pawora  te?  nie  wpuszczacie i  on  na moich  oczach
przemieni? siË w demofoba.
     - Tak,  Faworowi tu siË  nie wiedzie -  przytaknNo? Golem.  - W?a?ciwie
jest zdolnym funkcjonariuszem, ale tutaj nic mu nie wychodzi. WciNo? czekam,
kiedy wreszcie zacznie pope?niaÖ g?upstwa. Zdaje siË, ?e ju? zaczyna.
     Doktor R. Kwadryga podniÕs? rozkud?anNo g?owË i rzek?:
     - Mocno. WejdË tam, a potem siË zobaczy. Dach wybijË - Jego g?owa znowu
ze stukiem upad?a na stÕ?.
     -  MiËdzy nami, Golem - zapyta? Wiktor zni?ajNoc g?os.  - To prawda, ?e
jest pan komunistNo?
     - O ile pamiËtam, partia  komunistyczna jest u nas zakazana -  zauwa?y?
Golem.
     - O Bo?e - powiedzia? Wiktor.  - A jaka partia u nas nie jest zakazana?
Przecie? nie o partiË pytam, tylko o pana...
     - Ja, jak pan widzi jestem dozwolony - oznajmi? Golem.
     - ZresztNo, jak pan sobie chce - stwierdzi? Wiktor. - Mnie tam wszystko
jedno. Ale  burmistrz... ZresztNo, burmistrza ma  pan gdzie?. Ale je?eli  to
dojdzie do genera?a Pferda...
     - Ale my mu  przecie? nie powiemy - konfidencjonalnie szepnNo? Golem. -
Po  co  genera?owi  zawracaÖ   g?owË  drobiazgami?  Genera?  wie,  ?e   jest
leprozorium, a w leprozorium jaki? Golem, jakie? mokrzaki - no i wystarczy.
     - Dziwny genera? - rzek? z  zadumNo Wiktor. - Genera? od leprozorium. A
nawiasem  mÕwiNoc,  z  powodu  mokrzakÕw  ju?  nied?ugo  czekajNo  go  spore
nieprzyjemno?ci, CzujË to nadwra?liwym instynktem artysty. W naszym  mie?cie
mokrzaki sta?y siË po prostu pËpkiem ?wiata.
     - Gdyby tylko w mie?cie - powiedzia? Golem.
     - A co chodzi? Przecie? to tylko chorzy ludzie. I nawet, zdaje siË, nie
sNo zarañliwi.
     - Niech pan nie bËdzie taki chytry. Wiktor. ?wietnie pan wie, ?e to nie
sNo zwyczajnie chorzy ludzie. Nawet zarañliwi nie sNo tak zwyczajnie.
     - To znaczy?
     - To  znaczy,  ?e na przyk?ad  Teddy nie  mo?e  siË  od nich zaraziÖ. I
burmistrz nie mo?e, nie mÕwiNoc ju? o policmajstrze. A kto? inny - mo?e.
     - Na przyk?ad pan.
     - Ja te? nie mogË. Ju?.
     - A ja?
     - Nie  wiem. ZresztNo, to tylko  moja hipoteza.  Niech  pan  nie zwraca
uwagi.
     - Nie zwracam  - smutnie powiedzia?  Wiktor. - A co jeszcze jest w nich
niezwyk?ego?
     -  Co  jest  w  nich niezwyk?ego  -  powtÕrzy? Golem. -  Sam  pan  mÕg?
zauwa?yÖ, ?e wszyscy ludzie dzielNo siË  na trzy wielkie grupy.  Dok?adniej,
na  dwie du?e i jednNo  ma?No....  SNo  ludzie,  ktÕrzy nie  mogNo  ?yÖ  bez
przesz?o?ci,  cali  sNo  w  przesz?o?ci mniej  lub bardziej odleg?ej.  ?yjNo
tradycjNo,  obyczajem,  przykazaniami,  czerpiNo  z  przesz?o?ci   rado?Ö  i
przyk?ad. Powiedzmy jak pan prezydent.  Co by on poczNo?, gdyby?my nie mieli
naszej wielkiej przesz?o?ci? Do czego by siË odwo?ywa?  i w  ogÕle  skNod by
siË  wziNo??  NastËpnie sNo ludzie,  ktÕrzy ?yjNo terañniejszo?ciNo, i nawet
s?yszeÖ nie  chcNo ani  o  przesz?o?ci ani  o  przysz?o?ci,  i  nic  ich nie
obchodzi  ani przesz?o?Ö, ani  przysz?o?Ö.  Jak na  przyk?ad  pan. Wszystkie
wyobra?enia o przesz?o?ci zepsu? panu  prezydent, w jakNokolwiek  przesz?o?Ö
by  pan zajrza?, zawsze zobaczy pan wy?Nocznie prezydenta. Je?eli za? chodzi
o przysz?o?Ö, to nie ma pan o niej  zielonego wyobra?enia, i na moje oko boi
siË  pan  mieÖ... No i wreszcie  sNo ludzie, ktÕrzy ?yjNo przysz?o?ciNo.  Po
przesz?o?ci  nie  oczekujNo,  i   zupe?nie  s?usznie,  niczego  dobrego,   a
terañniejszo?Ö   to   dla  nich   wy?Nocznie  materia?,  z  ktÕrego  budujNo
przysz?o?Ö,   surowiec.  ..   ZresztNo   tak  naprawdË,  oni  ju?  ?yjNo   w
przysz?o?ci...  na  wysepkach  przysz?o?ci, ktÕre  powstajNo doko?a  nich  w
czasie terañniejszym... - Golem u?miechajNoc siË jako? dziwnie, wzniÕs? oczy
do sufitu. - Oni  sNo  mNodrzy -  powiedzia? z czu?o?ciNo.  -  SNo diabelnie
mNodrzy  w  odrÕ?nieniu  od   wiËkszo?ci  ludzi.  Wszyscy   co  do   jednego
utalentowani, Wiktorze. Ich  pragnienia sNo dziwne, a zwyczajnych pragnieÓ w
ogÕle nie majNo.
     - Zwyczajne pragnienia - to na przyk?ad kobiety...
     - W pewnym sensie - tak...
     - WÕdka, igrzyska?
     - Bez wNotpienia.
     - Straszna choroba -  stwierdzi? Wiktor - ja nie chcË... ZresztNo dalej
nie rozumiem... Nic  nie  rozumiem.  No, to ?e mNodrych ludzi  wsadza siË za
druty kolczaste -  to oczywi?cie rozumiem. Ale dlaczego ich siË wypuszcza, a
do nich nie wpuszcza...
     -  A mo?e to  nie oni siedzNo  za  drutem kolczastym, tylko pan? Wiktor
u?miechnNo? siË.
     - ChwileczkË  -  powiedzia?.  -  To  jeszcze  nie  wszystko, czego  nie
rozumiem.  Co  tu  na  przyk?ad  robi Pawor? Mnie siË nie wpuszcza  - zgoda,
jestem  cz?owiekiem  postronnym.  Ale  przecie?  kto?  musi  sprawdziÖ  stan
bielizny po?cielowej i wychodkÕw? Mo?e macie tam antysanitarne warunki?
     - A je?eli  interesujNo go wcale nie warunki sanitarne? Speszony Wiktor
popatrzy? na Golema.
     - Znowu pan ?artuje? - zapyta?.
     - Znowu nie - odpowiedzia? Golem.
     - WiËc kto to jest wed?ug pana - szpieg?
     - Szpieg to zbyt ogÕlnikowe pojËcie - zaprotestowa? Golem.
     -  ChwileczkË  -  rzek?  Wiktor. -  ProszË  mÕwiÖ  wprost.  Kto otoczy?
leprozorium drutem i postawi? ?o?nierzy.
     -  Och, ten  drut  kolczasty -  westchnNo? Golem.  - Ile  ubraÓ na  nim
porwano,  a ?o?nierze bez przerwy chorujNo na biegunkË. Wie pan,  jakie jest
najlepsze lekarstwo  na biegunkË? TytoÓ z  portweinem, a  raczej  portwein z
tytoniem.
     -  Dobra -  powiedzia?  Wiktor. -  To znaczy  genera?  Pferd. Aha...  -
powiedzia? - i ten m?ody  cz?owiek z teczkNo... A wiËc to tak! To znaczy, ?e
to jest normalny  wojskowy instytut naukowy.  Jasne... A  Pawor, znaczy siË,
nie  jest wojskowym. Z  innego, znaczy siË, resortu. Albo  byÖ  mo?e, to nie
nasz szpieg, tylko zagraniczny?
     - Niech BÕg broni! - zaprotestowa? Golem ze zgrozNo. - Tego nam jeszcze
brakowa?o!
     - Tak... A czy on wie, kim jest ten facet z teczkNo?
     - My?lË, ?e tak - stwierdzi? Golem.
     - A ten facet wie, kim jest Pawor?
     - My?lË, ?e nie - stwierdzi? Golem.
     - Pan mu nic nie powiedzia??
     - A co mnie to obchodzi?
     - I genera?owi te? pan nie powiedzia??
     - Nawet mi do g?owy nie przysz?o.
     - To niesprawiedliwe - oznajmi? Wiktor. - Trzeba powiedzieÖ.
     - Niech  pan  pos?ucha,  Wiktor -  powiedzia?  Golem.  - Tylko  dlatego
pozwoli?em panu gadaÖ na  ten temat, ?eby pan  siË  przestraszy? i  przesta?
pchaÖ palce w cudze drzwi. Nie jest to do  niczego potrzebne. I tak jest pan
ju? namierzony,  mogNo pana  uciszyÖ  i to tak, ?e nawet  nie zdNo?y siË pan
zdziwiÖ.
     - Mnie  akurat jest ?atwo wystraszyÖ - rzek?  Wiktor z westchnieniem. -
Jestem  wystraszony  od dziecka.  Ale pomimo  wszystko nie  mogË zrozumieÖ -
czego oni wszyscy chcNo od mokrzakÕw?
     - Jacy - oni? - zmËczonym g?osem zapyta? z wyrzutem Golem.
     - Pawor. Pferd. Facet z teczkNo. Te wszystkie krokodyle.
     -  Bo?e  - odpar?  Golem.  -  No, czego w naszych  czasach mogNo chcieÖ
krokodyle od mNodrych i utalentowanych ludzi? Za  to  ja nie rozumiem, czego
pan od nich  chce.  Po co pan siË wtrNoca w  to wszystko? Ma?o panu w?asnych
k?opotÕw? Ma?o panu prezydenta?
     - Du?o - odpowiedzia? Wiktor. - PotNod.
     - No i ?wietnie. Niech pan jedzie do sanatorium, weñmie ze  sobNo  ryzË
papieru... MogË panu podarowaÖ maszynË do pisania, chce pan?
     - Ja piszË starym systemem - odrzek? Wiktor. - Jak Hemingway.
     - No  i ?wietnie. PodarujË panu ogryzek o?Õwka. ProszË pracowaÖ, kochaÖ
DianË. Mo?e jeszcze daÖ panu fabu?Ë? Mo?e pan siË ju? wypisa??
     -  Fabu?y  rodzNo siË  z tematu -  dostojnie  oznajmi? Wiktor.  -  A ja
studiujË ?ycie.
     -  ProszË bardzo  - powiedzia? Golem. -  Niech  pan studiuje ?ycie, ile
dusza zamarzy. Tylko niech siË pan nie wtrNoca do procesÕw.
     - To niemo?liwe - o?wiadczy? Wiktor. - PrzyrzNod w nieunikniony  sposÕb
wp?ywa  na  obraz  eksperymentu.  Czy?by pan  zapomnia?  o  prawach  fizyki?
Przecie?  my  obserwujemy  nie  ?wiat  jako  taki,  tylko ?wiat  plus  wp?yw
obserwatora.
     - Ju? raz  dosta?  pan kastetem po g?owie, a nastËpnym razem mogNo pana
zwyczajnie zastrzeliÖ.
     - No - powiedzia? Wiktor. - Po pierwsze, byÖ  mo?e  wcale nie kastetem,
tylko ceg?No. A  po drugie - czy ma?o jest miejsc, w ktÕrych mo?na dostaÖ po
g?owie? W  ka?dej chwili mogNo  mnie  wrobiÖ,  wiËc co - mam nie wychodziÖ z
pokoju?
     Goleni przygryz? dolnNo wargË. Mia? ?Õ?te, koÓskie zËby.
     - Niech pan pos?ucha, przyrzNodzie - oznajmi?. - WtrNoci? siË pan wtedy
w  eksperyment najzupe?niej  przypadkowo - i z miejsca dosta? pan po g?owie.
Je?li teraz wtrNoci siË pan ?wiadomie...
     - Nie wtrNoca?em siË w ?aden eksperyment - zaprzeczy? Wiktor. - Szed?em
sobie spokojnie do Loli i nagle widzË...
     - Idiota - stwierdzi? Golem. - Idzie sobie i widzi. Trzeba by?o przej?Ö
na drugNo stronË, wymÕ?d?ona gapo!
     - Dlaczego ni stNod ni zowNod mia?bym przechodziÖ na drugNo stronË?
     -  A  dlatego,  ?e  jeden  paÓski  dobry znajomy  zajmowa?  siË  akurat
wype?nianiem swoich bezpo?rednich obowiNozkÕw, a pan tam wlaz? jak baran.
     Wiktor wyprostowa? siË.
     - Jaki znowu mÕj dobry znajomy? Tam nie by?o ani jednego znajomego.
     - Znajomy znalaz? siË z ty?u, z kastetem. Ma pan znajomych z kastetami?
     Wiktor   jednym   haustem   dopi?   swÕj   koniak.  Ze   zdumiewajNocNo
wyrazisto?ciNo  przypomnia?  sobie - Pawor,  z  czerwonym zagrypionym nosem,
wyjmuje z kieszeni chusteczkË i kastet ze stukiem spada na pod?ogË - ciË?ki,
matowy, porËczny.
     - Wykluczone - zaprotestowa? Wiktor  i odkaszlnNol. - Zawracanie g?owy.
Pawor nie mÕg?...
     - Nie wymienia?em ?adnych nazwisk - zastrzeg? siË Golem. Wiktor po?o?y?
rËce na stole i popatrzy? na swoje zaci?niËte piË?ci.
     - Co majNo z tym wspÕlnego jego bezpo?rednie obowiNozki? - zapyta?.
     - Najwidoczniej komu? potrzebny by? ?ywy mokrzak. Kidnaping.
     - A ja w tym przeszkodzi?em?
     - PrÕbowa? pan przeszkodziÖ.
     - To znaczy, ?e oni go jednak porwali?
     - I wywieñli.  Mo?e pan dziËkowaÖ Bogu,  ?e nie zabrali i pana - w celu
unikniËcia   przeciekÕw  informacji.  Ich  przecie?  nie  interesujNo   losy
literatury.
     - To znaczy, ?e Pawor... - wolno powiedzia? Wiktor.
     - ?adnych nazwisk - surowo przypomnia? Golem.
     -  Sukinsyn - stwierdzi? Wiktor. - Dobra, jeszcze  zobaczymy... A po co
by? im potrzebny mokrzak?
     - Jak to  - po co? Informacja... SkNod wziNoÖ informacjË? Sam pan wie -
druty kolczaste, ?o?nierze, genera? Pferd...
     - To znaczy, ?e  teraz go  przes?uchujNo? - zapyta? Wiktor. Golem d?ugo
milcza?. Potem rzek?:
     - On nie ?yje.
     - Zat?ukli go?
     - Nic. przeciwnie - Golem znowu zamilk?. - To ba?wany. Nie pozwalali mu
czytaÖ, wiËc umar? z g?odu.
     Wiktor szybko  popatrzy?  na niego. Golem  u?miecha?  siË smutnie. Albo
p?aka?.  Wiktor  poczu?  nag?e  przera?enie   i  ?a?o?Ö,  duszNocNo  ?a?o?Ö.
Przygas?o ?wiat?o stojNocej lampy. By?o to podobne do ataku serca. Wiktorowi
zabrak?o powietrza i z  trudem rozluñni?  wËze? krawata. Bo?e mÕj, pomy?la?,
jaka?  to kanalia,  co  za szubrawiec, bandyta,  zimny morderca..  a  po tym
wszystkim, po godzinie, umy? rËce, uperfumowa?  siË, wstËpnie obliczy?,  ile
bËdzie warta  wdziËczno?Ö zwierzchnikÕw, siedzia? obok, pi?  ze mnNo  jak  z
kolegNo,  ?ajdak,  ?ga?,  ?mia?  siË ze mnie w  ku?ak,  szydzi?, a kiedy siË
odwraca?em,  sam do siebie  puszcza? oko, potem za? wspÕ?czujNoco pyta?  jak
tam  moja  g?owa... Niby  przez czarnNo mg?Ë Wiktor  widzia?, jak doktor  R.
Kwadryga  powoli podniÕs? g?owË, rozciNoga? w bezg?o?nym  krzyku  spierzch?e
wargi i zaczNo? konwulsyjnie macaÖ  dr?Nocymi rËkami  po  obrusie jak ?lepy.
Oczy  mia?  jak  ?lepiec,  kiedy  potrzNosa?  g?owNo  i wciNo?  krzycza?,  i
krzycza?,  a  Wiktor nic  nie s?ysza?...  Dobrze  mi tak, sam jestem  gÕwno,
nikomu niepotrzebny, ma?y cz?owiek, po mordzie mnie, butem, trzymajNoc  przy
tym  za rËce, nie pozwalaÖ  mi siË obetrzeÖ, na jakiego diab?a  jestem komu?
potrzebny, trzeba  by?o biÖ jeszcze mocniej,  ?ebym ju? nie  wsta?. a ja jak
przez sen,  piË?ci z waty, i Bo?e mÕj, po jakiego diab?a ja w ogÕle ?yjË, po
jakiego diab?a ?yjNo  wszyscy,  przecie? to takie  proste,  podej?Ö z ty?u i
rNobnNoÖ  w g?owË ?elazem,  i nic siË  nie  zmieni,  nic  na ?wiecie siË nie
zmieni,  tysiNoc  kilometrÕw  stNod, w tej samej sekundzie, urodzi? siË taki
sam  szubrawiec...  T?usta  twarz  Golema  obrzmia?a   jeszcze  bardziej   i
poczerwienia?a do ciemnej szczeciny,  oczy mu zap?onË?y. Le?a? nieruchomo  w
fotelu  jak buk?ak  ze zje?cza?No  oliwNo, porusza?y siË  tylko palce, kiedy
powoli  bra?  kieliszek  za  kieliszkiem,  bezdñwiËcznie  od?amywa?   nÕ?kË,
wypuszcza? i znowu bra?, znowu  ?ama? i wypuszcza?... Nikogo nie kocham, nie
mogË pokochaÖ Diany, ma?o z kim sypiam, spaÖ  wszyscy umiejNo, ale czy mo?na
kochaÖ kobietË, ktÕra ciebie nie kocha, a kobieta nie mo?e  kochaÖ, kiedy ty
jej nie kochasz, i tak wszystko siË krËci w przeklËtym, nieludzkim kole, tak
jak  krËci  siË  ?mija,  jak  goni za  swoim  w?asnym  ogonem, jak zwierzËta
kopulujNo  i uciekajNo od siebie, tylko ?e zwierzËta  nie wymy?lajNo  s?Õw i
nie uk?adajNo wierszy, tylko po prostu kopulujNo i  uciekajNo od siebie... A
Teddy  p?aka?  oparty ?okciami  o  ladË  baru,  opar? ko?cisty podbrÕdek  na
ko?cistych  piË?ciach,  jego ?ysa g?owa  szafranowe l?ni?a pod lampNo, a  po
zapadniËtych policzkach nieustannie p?ynË?y ?zy i te? l?ni?y pod lampNo... A
wszystko dlatego, ?e jestem gÕwnem, a nie pisarzem,  jaki  ze  mnie u diab?a
pisarz, je?li nienawidzË pisania, je?li pisanie to dla mnie mËka, wstydliwe,
nieprzyjemne zajËcie, co? w rodzaju  bolesnego fizjologicznego wyprÕ?nienia,
co? w rodzaju biegunki, w rodzaju wyciskania ropy z wrzodzianki, nienawidzË,
strach  pomy?leÖ,  ?e  bËdË musia?  to robiÖ przez ca?e ?ycie, ?e ju? jestem
skazany, ?e  teraz ju?  mnie  nie zwolniNo, tylko wciNo? bËdNo siË domagaÖ -
daj, daj  i  ja bËdË dawaÖ, ale teraz nie mogË, nawet my?leÖ o tym nie mogË,
bo  zwymiotujË.  ..  Bol-Kunac sta?  za  plecami R. Kwadrygi  i  patrzy?  na
zegarek, smuk?y, mokry,  z mokrNo, ?wie?No twarzNo o  przepiËknych  ciemnych
oczach  i wia?o  od  niego,  rozrywajNoc  gËstNo gorNocNo  duchotË,  rze?kim
zapachem - zapachem trawy i ñrÕdlanej wody, zapachem lilii, s?oÓca i konikÕw
polnych nad jeziorem... I ?wiat powrÕci?. Tylko jakie? niejasne wspomnienie,
albo  odczucie, czy mo?e wspomnienie odczucia  znika?o za  zakrËtem  - czyj?
rozpaczliwy, zamilk?y nagle krzyk, niepojËty zgrzyt, brzËk, chrzËst szk?a...
     Wiktor obliza? wargi  i siËgnNo? po butelkË. Doktor R.  Kwadryga le?Noc
g?owNo na obrusie chrypia? i mamrota?: "Nic nie trzeba. Ukryjcie mnie. Niech
ich..."  Zatroskany  Golem  zmiata?   ze   sto?u  kawa?ki  szk?a.  Bol-Kunac
powiedzia?:
     - Przepraszam bardzo, ale przynios?em panu list - po?o?y? przed Golemem
kopertË  i  znowu spojrza?  na zegarek. - DzieÓ  dobry panu, panie Baniew  -
rzek?.
     - Dobry wieczÕr - odpowiedzia? Wiktor nalewajNoc sobie koniaku.
     Golem uwa?nie czyta?  list.  Teddy  za ladNo  ha?a?liwie  wyciera?  nos
wielkNo, kraciastNo chustkNo.
     - Pos?uchaj, Bol-Kunac - powiedzia? Wiktor. - Czy  widzia?e?,  kto mnie
wtedy uderzy??
     - Nie - odpar? Bol-Kunac, patrzNoc mu w oczy.
     - Jak to - nie? - zapyta? Wiktor i zachmurzy? siË.
     - Sta? do mnie plecami - wyja?ni? Bol-Kunac.
     - Ty go znasz - stwierdzi? Wiktor. - Kto to by??
     Golem wyda? z  siebie nieokre?lony dñwiËk. Wiktor  obejrza? siË szybko.
Golem, nie  zwracajNoc  na  nikogo  uwagi,  z  zadumNo  rwa?  list na drobne
kawa?ki. StrzËpy schowa? do kieszeni.
     - Jest pan w b?Ëdzie - powiedzia? Bol-Kunac. - Nie znam go.
     -  Baniew - mamrota? R. Kwadryga. - ProszË ciË...  Ja tam nie mogË  sam
jeden. Jedñ ze mnNo... Bardzo okropnie...
     Golem wsta?, pogrzeba? palcem w kieszonce marynarki, a potem krzyknNo?:
     -  Teddy! ProszË zapisaÖ na mÕj  rachunek...  i  pamiËtaj,  ?e st?uk?em
cztery kieliszki...  No,  to ja  idË -  rzek? do Wiktora.  - Niech  pan  siË
zastanowi i  radzË podjNoÖ rozsNodnNo decyzjË. ByÖ mo?e lepiej bËdzie, je?li
pan stNod wyjedzie.
     - Do widzenia, panie Baniew - grzecznie powiedzia? Bol-Kunac. Wiktorowi
wyda?o siË, ?e ch?opiec ledwie dostrzegalnie pokrËci? przeczNoco g?owNo.
     - Do widzenia, Bol-Kunac - odpar?. - Do widzenia.
     Tamci  wyszli.  Wiktor w  zadumie dopi?  koniak. Podszed? kelner, twarz
mia? opuchniËtNo, w  czerwonych plamach.  ZaczNo? sprzNotaÖ ze sto?u i  jego
ruchy by?y zaskakujNoco niezrËczne i niepewne.
     - Pan tu jest niedawno? - zapyta? Wiktor.
     - Tak, panie Baniew. Od dzisiejszego rana.
     - A co z Peterem? Zachorowa??
     - Nie, proszË  pana. Peter  wyjecha?.  Nie  wytrzyma?.  Ja  pewnie  te?
wyjadË... Wiktor spojrza? na R. KwadrygË.
     - ProszË go pÕñniej odprowadziÖ do pokoju.
     - Tak, oczywi?cie, panie Baniew - niezdecydowanie odpowiedzia? kelner.
     Wiktor zap?aci?, pomacha?  Teddyemu na po?egnanie  i wyszed?  do hallu.
Wszed?  na  pierwsze  piËtro, znalaz?  drzwi  Pawora,  podniÕs?  rËkË,  ?eby
zapukaÖ, sta?  tak przez  chwilË i nie zapukawszy,  ponownie zszed? na  dÕ?.
Recepcjonista za swoim kantorem oglNoda? ze zdumieniem w?asne d?onie. D?onie
mia?  mokre,  oblepione kosmykami  w?osÕw, a  na twarzy,  na obu  policzkach
nabrzmiewa?y  ?wie?e  zadrapania.  Spojrza?  na  Wiktora  -  w  oczach  mia?
szaleÓstwo. Ale teraz nie wolno by?o  dostrzegaÖ tych niepojËtych rzeczy, to
by?oby nietaktowne  i  okrutne, i tym  bardziej nie wolno by?o o tym  mÕwiÖ,
koniecznie nale?a?o udawaÖ, ?e nic siË nie sta?o, wszystko trzeba od?o?yÖ na
pÕñniej, na jutro, albo byÖ mo?e nawet na pojutrze. Wiktor zapyta?:
     - Gdzie zatrzyma? siË ten... - wie pan, m?ody facet w okularach, ten co
zawsze  chodzi  z  teczkNo.  Recepcjonista  nieco  siË  sp?oszy?.  Jakby   w
poszukiwaniu  wyj?cia   popatrzy?   na  tablicË  z  kluczami,  potem  jednak
powiedzia?:
     - W trzysta szesnastym, panie Baniew.
     - DziËkujË - rzek? Wiktor k?adNoc na kantorze monetË.
     - Tylko oni nie lubiNo, ?eby im przeszkadzaÖ.
     - Wiem - odpar?  Wiktor. -  Nie mam zamiaru im przeszkadzaÖ. Po prostu,
tak  sobie  zapyta?em...  chcia?em,  wie  pan,  powrÕ?yÖ  sobie  -  je?li  w
parzystym, to wszystko bËdzie dobrze.
     Recepcjonista u?miechnNo? siË blado.
     -  Ale?  jakie  mo?e  pan  mieÖ  k?opoty,  panie  Baniew  -  powiedzia?
uprzejmie.
     - Rozmaite - westchnNo? Wiktor. - I wiËksze, i mniejsze. Dobrej nocy.
     Wszed? na trzecie piËtro i kroczy? niespiesznie,  celowo  niespiesznie,
jakby  po  to  aby  wszystko   przemy?leÖ,  rozwa?yÖ,  zastanowiÖ   siË  nad
ewentualnymi konsekwencjami i obliczyÖ trzy ruchy naprzÕd, w  rzeczywisto?ci
jednak my?la? tylko o tym,  ?e dawno  ju?  pora  zmieniÖ bardzo wylinia?y  i
wytarty chodnik  na  schodach. I  dopiero wtedy,  kiedy mia? ju?  zapukaÖ do
drzwi apartamentu trzysta dwunastego (lux, dwie sypialnie i salon, telewizor
pierwszej klasy, radioodbiornik, lodÕwka i  barek), omal nie  powiedzia?  na
g?os: "Czy  mam przyjemno?Ö z krokodylami? Bardzo mi przyjemnie. DziËki mnie
zaraz zaczniecie siË wzajemnie zjadaÖ".
     PukaÖ  musia?  dosyÖ  d?ugo -  najpierw delikatnie, kostkami palcÕw,  a
kiedy nikt nie  reagowa? - bardziej zdecydowanie, piË?ciNo, a kiedy i to nie
poskutkowa?o -  tylko deska pod?ogi zaskrzypia?a i kto? zasapa? w dziurkË do
klucza - wtedy odwrÕciwszy siË ty?em, obcasem, ju? zupe?nie na chama.
     - Kto tam? - zapyta? wreszcie g?os za drzwiami.
     - SNosiad - odpowiedzia? Wiktor. - Ja na chwilË.
     - Czego pan chce?
     - Mam panu do powiedzenia parË s?Õw.
     - ProszË przyj?Ö rano - odezwa? siË g?os za drzwiami. - My ju? ?pimy.
     - Niech  to diabli wezmNo - powiedzia? Wiktor  rozgniewany. - Chce pan,
?eby mnie kto? tu zobaczy?? ProszË otworzyÖ, czego siË pan boi?
     SzczËknNo? klucz, drzwi siË uchyli?y i  w szczelinie ukaza?o siË  mËtne
oko wysokiego profesjonalisty. Wiktor pokaza? mu otwarte d?onie.
     - ParË s?Õw - powiedzia?.
     - Niech pan wejdzie - odpar? wysoki. - Tylko bez wyg?upÕw.
     Wiktor wszed? do przedpokoju, wysoki zamknNo? za nim  drzwi  i  zapali?
?wiat?o. PrzedpokÕj by? ciasny i we dwÕch z trudem siË w nim mie?cili.
     -  No, to niech pan  mÕwi - powiedzia? wysoki. By? w pi?amie  wymazanej
czym? na samym przodzie. Wiktor zdumia? siË - poczu? zapach alkoholu. PrawNo
rËkË wysoki trzyma? jak nale?y, w kieszeni.
     - BËdziemy tu tak staÖ i rozmawiaÖ? - rzek? Wiktor.
     - Tak.
     - Nie - stwierdzi? Wiktor. - Tu rozmawiaÖ nie bËdË.
     - Jak pan chce - powiedzia? wysoki.
     - Jak pan chce - oznajmi? Wiktor. - Mnie nie zale?y.
     Przez  chwilË  milczeli.  Wysoki  ju? ca?kiem jawnie  obmacywa? Wiktora
oczami.
     - Zdaje siË, ?e nazywa siË pan Baniew? - zapyta?.
     - Zdaje siË.
     - Aha - powiedzia? ponuro  wysoki  - To jaki  z pana  sNosiad? Przecie?
mieszka pan na drugim piËtrze.
     - SNosiad z hotelu - wyja?ni? Wiktor.
     - Aha... no wiËc, czego pan sobie ?yczy, bo nie rozumiem.
     - ?yczË sobie pana o czym? zawiadomiÖ - powiedzia? Wiktor. - Jest pewna
informacja. Ale ju? zaczynam siË zastanawiaÖ, czy warto.
     - No dobra - rzek? wysoki. - Chodñmy do ?azienki.
     - Wie pan co? - stwierdzi? Wiktor. - Ja chyba sobie pÕjdË.
     - A dlaczego nie chce pan i?Ö do ?azienki? Co to za kaprysy?
     -  Wie  pan - oznajmi? Wiktor  - rozmy?li?em siË.  Chyba jednak  pÕjdË.
Koniec koÓcÕw to nie moja sprawa - ruszy? do drzwi.
     Wysoki a? zastËka?, rozdzierany sprzecznymi uczuciami.
     - Pan jest, jaki mi siË zdaje, pisarzem - powiedzia?. - Czy mo?e z kim?
pana mylË?
     - Pisarzem, pisarzem - przytaknNo? Wiktor. - Do widzenia.
     - Ale? niech pan  poczeka. Trzeba by?o od razu  tak mÕwiÖ.  ProszË.  O,
tutaj.
     Weszli do  salonu dok?adnie obwieszonego portierami  - z prawej  strony
portiery,  z lewej portiery, portiery na ogromnym oknie. Ogromny telewizor w
kNocie  b?yska?  kolorowym ekranem, dñwiËk by? wy?Noczony.  W  przeciwleg?ym
kNocie  patrzy? na Wiktora  z miËkkiego  fotela pod lampNo  m?ody cz?owiek w
okularach  - rÕwnie?  ubrany  w pi?amË  i kapcie.  Obok niego, na stoliku do
gazet sta?a prostokNotna butelka i syfon. Teczki nigdzie nie by?o widaÖ.
     -  Dobry wieczÕr  -  powiedzia?  Wiktor."  M?ody  cz?owiek  w milczeniu
sk?oni? g?owË.
     - To do mnie - oznajmi? wysoki. - Nie zwracaj uwagi.
     - ProszË tutaj - rzek? wysoki.  Weszli do  sypialni po prawej stronie i
wysoki usiad? na ?Õ?ku.  -  Tam jest fotel - powiedzia?. - Niech pan siada i
mÕwi.
     Wiktor usiad?. W sypialni ciË?ko ?mierdzia?o zasta?ym tytoniowym  dymem
i oficerskNo wodNo  koloÓskNo. Wysoki siedzia? na ?Õ?ku i patrzy? na Wiktora
nie wyjmujNoc rËki z kieszeni. W salonie szele?ci?a gazeta.
     -  Dobra  -  oznajmi?  Wiktor.  Czu?,  ?e nie  uda?o mu siË  ca?kowicie
przezwyciË?yÖ obrzydzenia ale je?li ju?  tu przyszed?,  trzeba by?o mÕwiÖ. -
Mniej wiËcej domy?lam siË, kim panowie jeste?cie.  ByÖ mo?e  siË  mylË,  i w
takim razie wszystko  w porzNodku. Ale je?eli siË  nie mylË, mo?e przyda siË
wam wiadomo?Ö, ?e was ?ledzNo i starajNo siË wam przeszkodziÖ.
     - Za?Õ?my - stwierdzi? wysoki. - A wiËc kto nas ?ledzi?
     - Bardzo siË wami interesuje niejaki Pawor Summan.
     - Kto? - zapyta? wysoki. - Ten inspektor sanitarny?
     - On nie jest inspektorem sanitarnym. I to  jest w?a?ciwie wszystko, co
chcia?em panu powiedzieÖ. - Wiktor wsta?, ale wysoki siË nie ruszy?.
     - Za?Õ?my - powtÕrzy?. - A skNod w?a?ciwie pan to wie?
     - To wa?ne? - spyta? Wiktor. Wysoki czas jaki? rozmy?la?.
     - Za?Õ?my, ?e niewa?ne - odpar? w koÓcu.
     - Sprawdzanie to  wasza  rzecz -  rzek?  Wiktor. - A ja  nic wiËcej nie
wiem. Do widzenia.
     -  Ale? dokNod siË pan ?pieszy - powiedzia?  wysoki. Pochyli?  siË  nad
nocnym  stolikiem,  wyjNo?  butelkË i  szklankË -  Najpierw  chcia?  pan  za
wszelkNo  cenË wej?Ö, a teraz ju?  pan chce i?Ö... Nie szkodzi, ?e z  jednej
szklanki?
     - Zale?y co - odrzek? Wiktor i znowu usiad?.
     - Szkocka - oznajmi? d?ugi. - Pasuje?
     - Prawdziwa szkocka?
     - Prawdziwy scotch. Niech pan trzyma - wrËczy? Wiktorowi szklankË.
     - Nieñle siË wam ?yje - stwierdzi? Wiktor i wypi?.
     - Gdzie nam do pisarzy - odpar? wysoki i te? wypi?. -  Opowiedzia?by mi
pan wszystko dok?adnie...
     - Mowy nie  ma - zaoponowa?  Wiktor  - za to p?acNo wam pensje. Poda?em
wam nazwisko, adres  znacie sami,  wiËc  siË nim  zajmijcie. Tym bardziej ?e
naprawdË nic  ju? wiËcej nie  wiem. Mo?e tylko...  - przerwa? i uda?,  ?e go
nagle ol?ni?o. Wysoki natychmiast po?knNo? haczyk.
     - No? - zapyta?. - No?
     -  Wiem, ?e  porwa?  jednego  mokrzaka  i  ?e organizowa?  to  razem  z
miejscowNo LegiNo. Jak mu tam... Flamenta... Juventa...
     - Flamento Juventa - podsunNo? wysoki.
     - O to, to.
     - O tym mokrzaku - to pewna wiadomo?Ö?
     - Tak. PrÕbowa?em im przeszkodziÖ i  pan inspektor  sanitarny trzasnNo?
mnie  po  g?owie kastetem.  A  potem, kiedy  le?a?em nieprzytomny,  wywieñli
mokrzaka samochodem.
     -  Tak,  tak  -  powiedzia? wysoki.  - WiËc to  by? Summan... Niech pan
pos?ucha, Baniew, wspania?y z pana cz?owiek! Chce pan jeszcze whisky?
     - ChcË - przytaknNo? Wiktor. Cokolwiek by sobie nie wmawia?, jak by siË
nie podkrËca?, jak by siË  nie podbechtywa?, czu? siË wstrËtnie. No i bardzo
dobrze  -  pomy?la?.  DziËki  chocia?  za  to,  ?e  przyna  jmniej  nie  mam
kwalifikacji  na  kapusia.  ?adnej przyjemno?ci, chocia? teraz  rzeczywi?cie
zacznNo  siË wzajemnie zagryzaÖ.  Golem mia? racjË - niepotrzebnie siË  w to
wda?em. Czy te? mo?e Golem jest chytrzejszy ni? przypuszcza?em?
     - ProszË - rzek? wysoki podajNoc mu pe?nNo szklankË.

     *

     - KtÕra godzina? - zapyta?a sennie Diana.
     Wiktor  starannie  zdjNo?  brzytwNo pasemko  myd?a z  lewego  policzka,
spojrza? w lustro, a potem powiedzia?.
     - ?pij, ma?a, ?pij. Jest jeszcze wcze?nie.
     - Rzeczywi?cie - przytaknË?a Diana. Kanapa zaskrzypia?a.  - DziewiNota.
A co ty robisz?
     - GolË siË -  oznajmi? Wiktor,  zdejmujNoc  nastËpne  pasemko myd?a.  -
Nagle zachcia?o mi siË ogoliÖ. Co tam, my?lË. WezmË i siË ogolË.
     -  Wariat  -  stwierdzi?a Diana  ziewajNoc.  - Trzeba  siË  by?o ogoliÖ
wieczorem. Ca?No mnie podrapa?e? swÕj No szczecinNo. Kaktus.
     Widzia?  w  lustrze  jak Diana  niepewnym  krokiem  podesz?a do fotela,
wlaz?a na niego z nogami i zaczË?a  patrzeÖ  na Wiktora. Wiktor mrugnNo?  do
niej.  Znowu  by?a inna  -  czu?a,  miËkka, serdeczna,  zwinË?a siË jak syta
kotka, zadbana, ug?askana, wypieszczona - zupe?nie inna ni? ta, ktÕra wpad?a
wczoraj wieczorem do pokoju.
     - Dzisiaj jeste? podobna do kotki - oznajmi?. Nawet nie do kotki, tylko
do koteczki, koszatki... Dlaczego siË u?miechasz?
     - Nie z twojego powodu. Po prostu co? sobie przypomnia?am.
     S?odko  ziewnË?a  i  przeciNognË?a  siË.  TonË?a w pi?amie  Wiktora,  z
bezkszta?tnych zwojÕw jedwabiu w  fotelu  wyglNoda?a  tylko  jej prze?liczna
twarz i smuk?e rËce. Jak z morskich fal. Wiktor zaczai goliÖ siË szybciej.
     - Nie ?piesz siË  - powiedzia?a. - Pokaleczysz siË.  I tak ju? na  mnie
czas, muszË jechaÖ.
     - Dlatego siË ?pieszË - rzek? Wiktor.
     - Nie, ja tak nie .lubiË. Tak tylko kotki... Jak tam moje szmatki?
     Wiktor  wyciNognNo? rËkË, pomaca? jej sukienkË i poÓczochy, rozwieszone
na grzejniku. Wszystko wysch?o.
     - Gdzie siË ?pieszysz?
     - Przecie? ci mÕwi?am. Do Roschepera.
     - Jako? nic nie pamiËtam. Co tam z Roscheperem?
     - No, bo przecie? siË uszkodzi? - oznajmi?a Diana.
     -  Ach tak!  -  stwierdzi? Wiktor. - Tak, tak, co? mÕwi?a?.  SkNod? tam
wypad?. Bardzo siË pot?uk??
     -  Ten g?upek -  rzek?a Diana  - nagle  postanowi? skoÓczyÖ ze  sobNo i
wyskoczy?  przez okno. Rzuci? siË jak byk, g?owNo naprzÕd, wy?ama?  futrynË,
ale przy tym  zapomnia?, ?e to parter. Uszkodzi? kolano, zaczNo? wrzeszczeÖ,
a teraz le?y.
     - Co mu siË sta?o? - zapyta? Wiktor. - Bia?a gorNoczka?
     - Co? w tym rodzaju.
     - Poczekaj - powiedzia? Wiktor. - To znaczy, ?e przez niego dwa dni nie
przyje?d?a?a? do mnie? Przez tego wo?u?
     - No tak! Lekarz naczelny kaza? mi przy nim siedzieÖ, dlatego ?e on, to
znaczy Roscheper,  nie mÕg? beze  mnie. Nie  mÕg? i ju?. Nic nie mÕg?, nawet
siË odlaÖ. Musia?am udawaÖ szmer wody i opowiadaÖ mu o pisuarach.
     - Co ty tam wiesz - wymamrota? Wiktor. - Ty mu opowiada?a? o pisuarach,
a  ja siË  tu mËczy?em sam jeden, te? nic nie mog?em, ani jednej linijki nie
napisa?em.  Wiesz, ja w  ogÕle nie lubiË  pisaÖ, a ju?  ostatnio.... W ogÕle
moje ?ycie ostatnio... -  zamilk?. Co to jNo obchodzi,  pomy?la?.  Przespali
siË  i  pobiegli  ka?de  w  swojNo stronË.  - Ale,  ale,  s?uchaj.... Kiedy,
powiedzia?a?, Roscheper wypad??
     - Trzy dni temu - odpar?a Diana.
     - Wieczorem?
     - Uhm - przytaknË?a Diana gryzNoc herbatnik.
     - O dziesiNotej wieczorem - stwierdzi? Wiktor. -  MiËdzy dziesiNotNo  a
jedenastNo. Diana przesta?a gryñÖ.
     -  Zgadza   siË  -  oznajmi?a.   -  A  skNod  wiesz?  PrzyjNo?e?   jego
nekrobiotycznNo depeszË?
     -  Poczekaj  -  powiedzia?  Wiktor.  -  Zaraz  opowiem  ci  co?  bardzo
interesujNocego. Ale najpierw - co wtedy robi?a??
     -  Co robi?am?  Ach,  tak. Tego  wieczoru, o  ile  pamiËtam, wpad?am  w
okropny do?ek. Zwija?am banda?e i nagle ogarnNo? mnie taki  smutek, ?e  nic,
tylko siË powiesiÖ. Wsadzi?am twarz w te banda?e i ryczË,
     I to  jak  ryczË  -  jakby  mnie  kto  zarzyna?,  od  dziecka  tak  nie
rycza?am...
     - I nagle wszystko minË?o - powiedzia? Wiktor. Diana zamy?li?a siË.
     - Tak...  Nie...  Wtedy  nagle  Roscheper  jak  nie  zawyje  na  ulicy,
przestraszy?am siË i wybieg?am...
     Chcia?a  jeszcze  co?  dodaÖ,  ale znienacka  kto?  zapuka?  do  drzwi,
szarpnNo? klamkË i  g?os Teddyego  zachrypia?  z korytarza: "Wiktor! Wiktor!
Obudñ  siË! Otwieraj,  Wiktor!" Wiktor zamar?  z brzytwNo w rËku.  "Wiktor -
chrypia? Teddy  - Otwieraj!" i w?ciekle szarpa? klamkË. Diana  zeskoczy?a  z
fotela i przekrËci?a  klucz. Drzwi  siË  rozwar?y, wpad?  do ?rodka Teddy  -
mokry, z?achmaniony i z obrzynem w rËku.
     - Gdzie jest Wiktor? - zarycza? ochryple. Wiktor wyszed? z ?azienki.
     - Co siË sta?o!? - zapyta?. Serce mu zamar?o. Aresztowanie... Wojna...
     - Dzieci odesz?y - dyszNoc ciË?ko, odpar? Teddy. - Zbieraj siË,  dzieci
odesz?y!
     - Poczekaj - rzuci? Wiktor. - Jakie dzieci?
     Teddy  rzuci?  obrzyn  na  stÕ?,  na  stosy zapisanych  i  pokre?lonych
papierÕw.
     -  Zwabili dzieci  dranie! -  wrzasnNo?. - Zwabili,  szubrawcy! No, ale
teraz ju? koniec! DosyÖ siË nacierpieli?my... Koniec!
     Wiktor  nic jeszcze nie rozumia?, widzia? tylko, ?e Teddy jest w furii.
Takiego  Teddyego widzia? tylko raz,  kiedy w  czasie straszliwej awantury w
restauracji, kto? wykorzysta? okazjË i w?ama? siË do kasy.
     Wiktor,  kompletnie zagubiony, gapi?  siË  jak sroka  w gnat, Diana za?
schwyci?a  bieliznË  wiszNocNo na  oparciu krzes?a, przemknË?a do ?azienki i
zatrzasnË?a  za  sobNo  drzwi.  W tym samym  momencie  nerwowo  i gwa?townie
zadzwoni? telefon. Wiktor z?apa? s?uchawkË. To by?a Lola.
     - Wiktor - zaskomli?a. - Ja nic nie  rozumiem,  Irma gdzie?  przepad?a,
zostawi?a list, ?e ju? nigdy  nie wrÕci, a wszyscy mÕwiNo, ?e dzieci odesz?y
z miasta... BojË siË! ZrÕb co?... - prawie p?aka?a.
     -  Dobrze,  dobrze,  zaraz - odpar? Wiktor. -  Dajcie  mi  przynajmniej
w?o?yÖ spodnie.  -  Rzuci?  s?uchawkË i obejrza?  siË  na  Teddyego.  Barman
siedzia? na rozgrzebanym ?Õ?ku i mamroczNoc dziwne s?owa, wlewa? do szklanki
resztki  z butelek. - Poczekaj  - powiedzia? Wiktor. - Tylko bez paniki.  Ja
zaraz...
     WrÕci?  do  ?azienki  i  zaczNo?  spiesznie  goliÖ namydlony podbrÕdek,
kilkakrotnie  zaciNo?  siË,  nie  mia?  czasu  naostrzyÖ  brzytwy,  a  Diana
tymczasem  wyskoczy?a spod prysznica i szele?ci?a ubraniem za jego  plecami,
twarz  mia?a twardNo i zdecydowanNo, jakby szykowa?a siË do  walki, ale by?a
absolutnie spokojna.
     ... A  dzieci sz?y  nie koÓczNocNo  siË,  szarNo  kolumnNo  po  szarych
rozmytych drogach,  sz?y potykajNoc siË  i ?lizgajNoc, padajNoc pod  ulewnym
deszczem,  sz?y zgarbione, przemoczone na  wskro?, ?ciskajNoc  w posinia?ych
?apkach   ?a?osne,   mokre  tobo?ki,  sz?y   maleÓkie,   bezradne,  nic  nie
rozumiejNoce,  sz?y  p?aczNoc, sz?y  milczNoc,  sz?y  oglNodajNoc siË,  sz?y
trzymajNoc  siË  za rËce i za szelki, a po bokach drogi  maszerowa?y mroczne
czarne postacie  bez  twarzy,  zamiast  twarzy  mia?y czarne  przepaski, nad
przepaskami  zimno i bezlito?nie patrzy?y nieludzkie oczy,  rËce w  czarnych
rËkawiczkach  ?ciska?y automaty,  deszcz pada? na  oksydowanNo stal,  krople
wody dr?a?y  i  sp?ywa?y  po stali...  Co  za  g?upstwa,  my?la?  Wiktor, to
zupe?nie co? innego, to  nie teraz, widzia?em tamto,  ale tamto  by?o bardzo
dawno, teraz jest zupe?nie inaczej...
     ...Odchodzi?y rado?nie, deszcz by? ich przyjacielem, weso?o cz?apa?y po
ka?u?ach ciep?ymi,  bosymi  stopami,  weso?o  rozmawia?y i  ?piewa?y, i  nie
oglNoda?y siË, poniewa?  o wszystkim ju? zapomnia?y, mia?y przed sobNo tylko
przysz?o?Ö dlatego zapomnia?y na zawsze  o swoim  stËkajNocym, chrapiNocym w
przedrannej  godzinie   mie?cie,   o  tym   skupisku   pluskiew,   gnieñdzie
ma?ostkowych intryg i nikczemnych pragnieÓ, brzemiennym w potworne zbrodnie,
bezustannie wyrzucajNocym  z siebie zbrodnie i  zbrodnicze zamierzenia,  tak
jak  krÕlowa   mrÕwek   nieprzerwanie  wyrzuca  z   siebie  jajka,   odesz?y
szczebioczNoc  i  rozmawiajNoc,  i  znik?y  we mgle,  a  my,  pijani,  nadal
zach?ystujemy siË  stËch?ym powietrzem w?rÕd obrzydliwych koszmarÕw, ktÕrych
one nigdy nie widzia?y i nigdy nie zobaczNo...
     WciNognNo?  spodnie, skaczNoc na jednej  nodze, kiedy  zadr?a?y szyby i
niskie, mechaniczne  wycie  dotar?o do pokoju. Teddy rzuci? siË do okna, ale
za  oknem by? ciNogle ten sam deszcz, pusta mokra ulica i samotny cyklista -
mokry brezentowy worek z wysi?kiem  poruszajNocy  peda?ami. A szyby dr?a?y i
podzwania?y  nadal,  a  niski,  ?a?o?liwy  ryk  nie  ustawa?  i  po  minucie
do?Noczy?o do niego urywane, smËtne buczenie.
     - Idziemy - powiedzia?a Diana. By?a ju? w p?aszczu.
     - Nie,  poczekaj - powiedzia? Teddy. -  Wiktor, masz  broÓ? Jakikolwiek
pistolet, automat?... Masz?
     Wiktor nie odpowiedzia?,  z?apa? swÕj  p?aszcz  i we  trÕjkË zbiegli po
schodach do hallu, zupe?nie pustego, bez portiera oraz recepcjonisty. Wyda?o
siË, ?e w hotelu  nie ma ju? ?ywej  duszy, tylko w restauracji, przy stoliku
siedzia? R.  Kwadryga, ktÕry ze zdumieniem krËci? g?owNo i najwidoczniej  od
dawna oczekiwa? ?niadania. Wybiegli na ulicË, gdzie sta?a ciË?arÕwka Diany i
wszyscy troje wsiedli do  kabiny. Diana usiad?a przy kierownicy i  popËdzili
przez  miasto. Diana milcza?a, Wiktor  pali?,  starajNoc  siË  zebraÖ my?li,
Teddy  za?  pÕ?g?osem wciNo?  wyrzuca?  z  siebie  potok  nieprawdopodobnych
przekleÓstw. Nawet Wiktor nie rozumia? znaczenia wielu s?Õw, poniewa?  takie
s?owa  mÕg? znaÖ  tylko  Teddy - szczur z  przytu?ku,  wychowanek  portowych
slumsÕw,  potem  handlarz  narkotykami,  potem wykidaj?o w  domu publicznym,
potem ?o?nierz plutonu grzebiNocego zw?oki, potem bandyta i maruder, a potem
barman, barman, barman, i znowu barman.
     Ludzi w mie?cie prawie nie  by?o widaÖ, tylko na  rogu S?onecznej Diana
przyhamowa?a,  ?eby zabraÖ sp?oszonNo parË  ma??eÓskNo.  Niskie wycie  syren
przeciwlotniczych  i piskliwe zawodzenie fabrycznych nie ustawa?o i by?o co?
apokaliptycznego w tym jËku mechanicznych  g?osÕw nad bezludnym  miastem. A?
?ciska?o  w ?rodku i  cz?owiek  chcia?  gdzie? biec, ni to ukryÖ  siË, ni to
strzelaÖ i nawet "Bracia w sapiencji" na stadionie kopali pi?kË bez zwyk?ego
entuzjazmu, niektÕrzy za? rozglNodali siË  na boki z otwartymi ustami  jakby
prÕbujNoc cokolwiek zrozumieÖ.
     Na szosie, za miastem ludzi  by?o coraz  wiËcej. NiektÕrzy szli pieszo,
zach?ystujNoc siË deszczem, ?a?osni, przera?eni, nie zdajNoc sobie sprawy co
robiNo i po co. Inni jechali na  rowerach  i te?  ju? tracili si?y, poniewa?
trzeba by?o  jechaÖ  pod  wiatr. Kilkakrotnie  ciË?arÕwka  mija?a  porzucone
samochody, zepsute, lub takie, ktÕrym zabrak?o benzyny; jeden wpad? nawet do
rowu. Diana zatrzymywa?a siË, zabiera?a wszystkich i  bardzo prËdko skrzynia
okaza?a siË  zapchana  do ostatniego miejsca. Wiktor z Teddym te? przenie?li
siË na gÕrË ustËpujNoc miejsca kobiecie z dzieckiem przy piersi i jakiej? na
wpÕ?  oszala?ej  staruszce. PÕñniej nawet w  skrzyni  nie  by?o ju? miejsca,
Diana przesta?a  siË  zatrzymywaÖ,  ciË?arÕwka pËdzi?a  naprzÕd  mijajNoc  i
oblewajNoc  potokami  wody  dziesiNotki   i   setki  ludzi  wËdrujNocych  do
leprozorium.  Kilkakrotnie  ciË?arÕwkË  wyprzedza?y  furgonetki   wype?nione
ludñmi,  motocykli?ci,  a  jaka? ciË?arÕwka dogoni?a  ich i jecha?a teraz  z
ty?u.
     Diana  przywyk?a  woziÖ  koniak  dla  Roschepera,  albo  pËdziÖ  pustym
samochodem po okolicy dla w?asnej  przyjemno?ci  i  w ciË?arÕwce  dzia?y siË
rzeczy  straszne. Wszyscy nie mogli usiNo?Ö, nie by?o miejsca, i  ci, ktÕrzy
stali, wczepiali siË jeden w drugiego, w g?owy siedzNocych, ka?dy stara? siË
trzymaÖ jak najdalej  od bokÕw skrzyni, nikt siË nie odzywa?,  wszyscy tylko
sapali i  klËli pod  nosem, a  jedna kobieta  bez  przerwy p?aka?a. I  pada?
deszcz - taki deszcz jakiego Wiktor nie widzia? jeszcze nigdy w ?yciu, nawet
nie  wyobra?a?  sobie,  ?e  na ?wiecie  mo?e  padaÖ  taki  deszcz  -  gËsta,
tropikalna ulewa, ale  nie  ciep?a,  tylko lodowata na  wpÕ? z gradem, ktÕry
porywisty  wiatr  niÕs?  na  spotkanie  idNocych.  Widoczno?Ö  by?a ?adna  -
piËtna?cie metrÕw z przodu i piËtna?cie  z ty?u, i Wiktor  okropnie siË ba?,
?e Diana kogo? potrNoci na szosie,  albo wpadnie na  hamujNocy samochÕd. Ale
wszystko jako? siË  uda?o, tylko  Wiktorowi  kto? mocno nadepnNo?  na  nogË,
kiedy wszyscy  polecieli  na  siebie  po raz ostatni i  ciË?arÕwkË zarzuci?o
przed skupiskiem samochodÕw stojNocych pod bramNo leprozorium.
     Zapewne zgromadzi?o siË tu  ca?e miasto. Deszcz w tym miejscu nie pada?
i mo?na by?o pomy?leÖ, ?e miasto  przybieg?o tu  ratujNoc siË przed potopem.
Na  prawo i na lewo  od szosy, jak daleko  siËga? wzrok, wzd?u? ogrodzenia z
drutu kolczastego sta? wielotysiËczny t?um, w  ktÕrym tonË?y rozrzucone tu i
Õwdzie puste samochody - luksusowe krNo?owniki szos, mocno zu?yte kabriolety
z brezentowymi dachami, ciË?arÕwki, autobusy i nawet jeden samobie?ny dñwig,
na ramieniu  ktÕrego siedzia?o  kilku ludzi. Nad t?umem  wisia? g?uchy szum,
czasami rozlega?y siË przerañliwe krzyki.
     Wszyscy wyskoczyli z ciË?arÕwki i Wiktor od razu straci? z oczu DianË i
Teddyego.  WokÕ?  by?y  same   nieznajome  twarze,  ponure,   rozw?cieczone,
zdumione, p?aczNoce, krzyczNoce, z oczami  w s?up, nieprzytomne, szczerzNoce
zËby...  Wiktor sprÕbowa?  przedostaÖ  siË do  bramy,  ale  po kilku krokach
beznadziejnie uwiNoz?. Ludzie stali  nieruchomNo ?cianNo, nikt nie zamierza?
ustËpowaÖ  miejsca,  mo?na  ich  by?o  pchaÖ,  kopaÖ,  biÖ,  nawet  siË  nie
odwracali,  tylko wciskali g?owy  w  ramiona i za wszelkNo cenË starali  siË
przesunNoÖ naprzÕd, naprzÕd, bli?ej bramy, bli?ej swoich dzieci,  stawali na
palcach, wyciNogali szyje  i  nic nie by?o widaÖ poza ko?yszNocym siË morzem
kapturÕw i kapeluszy.
     - Bo?e, za co? Czym tak strasznie zgrzeszyli?my, o Bo?e?
     -  ?cierwa!  Dawno  trzeba  by?o ich  wyr?nNoÖ. MNodrzy  ludzie  zawsze
mÕwili...
     - A  gdzie burmistrz? Co on u diab?a robi? Gdzie jest policja? Gdzie te
wszystkie grube ?winie?
     - Sym, zaraz mnie zadepczNo... Sym, duszË siË! Och, Sym...
     - Czego im brakowa?o? Niczego dla nich nie ?a?owali?my... Odejmowali?my
sobie od ust ostatni kËs, chodzili?my  jak ?achmaniarze, ?eby tylko je ubraÖ
i obuÖ...
     - ZebraÖ siË do kupy i rraz! Brama wyleci...
     - Ja go w ?yciu palcem nie tknË?am. Widzia?am, jak pan za swoim lata? z
pasem, ale u nas w domu nigdy nic takiego...
     -  Widzia?e?  karabiny maszynowe?  A  to  niby  po  co,  ?eby do  ludzi
strzelaÖ? Za to, ?e my po swÕj e dzieci?
     - MÕj Municzka! Municzka! Municzka! Municzka!
     - CÕ?  to  siË  wyrabia, panowie? Przecie?  to  jaki? ob?Ëd.  Gdzie  to
widziane?
     - To  nic,  Legia  im  jeszcze poka?e...  SNo  tam  z ty?u,  rozumiesz?
OtworzNo nam bramË, a my wszyscy razem...
     - A karabiny maszynowe widzia?e?? O to w?a?nie chodzi...
     - Pu?Öcie mnie! Przepu?Öcie mnie, s?yszycie! Tam jest moja cÕrka!
     - Dawno siË ju? zbiera?y, sama zauwa?y?am, tylko ba?am siË zapytaÖ.
     - A mo?e  nic im  nie bËdzie?  Przecie?  to nie jakie?  bestie i pomimo
wszystko nie okupanci, nie na rozwa?kË posz?y, nie do piecÕw...
     - ZabijË, gard?o przegryzË!
     -  Ta - ak, widocznie  jedno wielkie gÕwno z nas zosta?o, je?li rodzone
dzieci od nas odesz?y do tych zara?onych... Nie gadaj g?upstw, same odesz?y,
nikt ich silNo nie zmusza?...
     - Ej, kto ma broÓ?  WychodziÖ! Kto ma broÓ,  niech wychodzi, powtarzam!
ZbieraÖ siË tu przy mnie! Wszyscy do mnie, tu jestem!
     - To  sNo moje dzieci, mÕj panie, moje w?asne i bËdË  nimi rzNodzi? tak
jak mi siË podoba!
     - Gdzie jest policja, o Bo?e!
     - Trzeba wys?aÖ telegram do pana prezydenta! PiËÖ tysiËcy podpisÕw - to
nie w kij dmucha?!
     - KobietË zadusili! OdsuÓ siË, mÕwiË draniu! Nie widzisz?
     - Municzka! MÕj Municzka! Municzka!
     - GÕwno  warte sNo te wszystkie  petycje.  Nie  lubiNo u  nas  petycji.
Jeszcze dostaniemy tNo petycjNo po uszach...
     - OtwieraÖ bramË, twoja maÖ! Mokrzaki parszywe! ?cierwa!
     - BramË!
     Wiktor zawrÕci?.  By?o  to trudne, kilkakrotnie uderzono  go.  ale mimo
wszystko wydosta?  siË, odnalaz? ciË?arÕwkË i znowu wdrapa? siË na gÕrË. Nad
leprozorium wisia?a mg?a i dziesiËÖ metrÕw  za  ogrodzeniem nie by?o ju? nic
widaÖ.  Brama  by?a zamkniËta,  przed  niNo,  na pustej  przestrzeni,  stali
rozkraczeni  ?o?nierze  s?u?by  wewnËtrznej w he?mach nasuniËtych na  oczy -
by?o ich mniej wiËcej dziesiËciu. Przed wej?ciem do wartowni unoszNoc siË na
palcach  ze zdenerwowania, natË?ajNoc  g?os wykrzykiwa? co? do t?umu oficer,
ale  nie  sposÕb  go  by?o us?yszeÖ. Nad dachem wartowni,  niczym  olbrzymia
eta?erka, wznosi?a  siË we  mgle drewniana wie?a  i na jej gÕrnej platformie
sta?  karabin  maszynowy  i krËcili  siË  mË?czyñni w  " szarych  mundurach.
NastËpnie  tam, za  ogrodzeniem,  ledwie dos?yszalnie  pobrzËkujNoc  ?elazem
przejecha? wzd?u? drutÕw transporter opancerzony,  podskoczy?  kilka razy na
wybojach i zniknNo? we mgle. Na widok  transportera t?um przycich?,  tak  ?e
nawet  mo?na  by?o  us?yszeÖ  wysilone  okrzyki oficera  ("... SpokÕj... mam
rozkaz...  do  domÕw...")  a  potem  t?um znowu  zahucza?,  wyda?  pomruk  i
zarycza?.
     Przed  bramNo zaczNo? siË  jaki? ruch.  W?rÕd  ciemnych, granatowych  i
szarych  p?aszczy zal?ni?y dobrze znane miedziane  he?my  i  z?ote  koszule.
Pojawi?y  siË  w  t?umie  jak plamy  ?wiat?a,  przedziera?y  siË  na  wolnNo
przestrzeÓ  i tam ?Noczy?y w ?Õ?toz?otNo masË. Ch?opcy jak  dËby - w z?otych
koszulach do kolan,  przepasani  szerokimi, oficerskimi  pasami o  szerokich
sprzNoczkach, w  b?yszczNocych miedzianych  he?mach, dziËki ktÕrym ?o?nierzy
Legii nazywano po  prostu stra?akami -  mieli te? krÕtkie,  masywne  pa?ki i
niezliczonNo ilo?Ö emblematÕw Legii - na  sprzNoczce, na lewym  rËkawie,  na
piersi, na pa?ce,  na he?mie, emblemat na mordzie, za samNo mordË  piËÖ  lat
bez sNodu, na sportowej, muskularnej mordzie o wilczych oczach... i znaczki,
gwiazdozbiory   znaczkÕw.   Znaczek   strzelca   wyborowego   i   Wyborowego
spadochroniarza, i  Wyborowego  nurka i jeszcze  znaczki  z  portretem  pana
prezydenta, i jego ziËcia, za?o?yciela Legii, i jego syna oberszefa Legii...
i u  ka?dego w kieszeni granat z gazem ?zawiNocym, a je?eli chocia?  jeden z
tych  ba?wanÕw  w  porywie  chuligaÓskiego  entuzjazmu rzuci  taki granat  -
odezwie siË karabin maszynowy na wie?yczce, karabiny maszynowe transportera,
automaty  ?o?nierzy i bËdNo strzelaÖ do t?umu,  do  t?umu, a nie do  z?otych
koszul. Legia formowa?a ju? szereg przed ?o?nierzami, wzd?u? szeregu  biega?
machajNoc pa?kNo Flamenco Juventa, bratanek, i Wiktor ju? z rozpaczNo zaczai
siË oglNodaÖ dooko?a nie wiedzNoc co robiÖ, ale wtedy oficerowi przyniesiono
z wartowni megafon. Oficer  strasznie siË ucieszy?, nawet siË u?miechnNo?  i
zarycza?  piorunowym  g?osem,  ale  zdNo?y?  tylko  ryknNoÖ  "Uwaga!  ProszË
wszystkich zgromadzonych  ...", kiedy megafon  widocznie  znowu siË  zepsu?,
oficer   poblad?,  dmuchnNo?  w  tubË,  a   Flamenco  Juventa,  ktÕry  nawet
przygotowa?  siË  do  wys?uchania, ze  zdwojonNo energiNo  zaczNo? biegaÖ  i
wymachiwaÖ pa?kNo. T?um nagle groñnie zahucza? - wydawa?o siË, ?e  krzyknËli
wszyscy razem  i ci ktÕrzy krzyczeli ju? przedtem, i ci  ktÕrzy  do tej pory
milczeli  albo po prostu rozmawiali, albo p?akali, albo modlili siË i Wiktor
te? zaczai krzyczeÖ  nieprzytomny z  przera?enia na my?l o tym co siË  zaraz
wydarzy.  "ZabraÖ tych ba?wanÕw!  -  krzycza? - ZabraÖ stra?akÕw! To ?mierÖ!
Nie wolno!  Diana!" Nie wiadomo kto i co krzycza? W  t?umie, ale t?um do tej
chwili nieruchomy, zaczai rÕwnomiernie ko?ysaÖ siË jak pÕ?misek gigantycznej
galarety. Oficer  upu?ci? megafon  i zaczai  cofaÖ siË  do  drzwi  wartowni,
twarze  ?o?nierzy pod  he?mami sta?y siË twarzami rozjuszonych zwierzNot, na
gÕrze, na  wie?yczce, nikt  siË ju?  nie rusza?, wszyscy znieruchomieli przy
karabinie. I wtedy rozleg? siË G?os.
     By? jak  grzmot, dobiega? ze wszystkich  stron  jednocze?nie i  od razu
zag?uszy?  wszystkie pozosta?e dñwiËki. By?  spokojny,  nawet melancholijny,
pobrzmiewa?o w nim bezgraniczne znudzenie,  bezgraniczna pob?a?liwo?Ö, jakby
przemawia? kto? ogromny,  wynios?y, stojNocy ty?em do natrËtnego t?umu, kto?
kto  mÕwi  przez  ramiË  oderwany  na  chwilË  od  wa?nych  spraw  z  powodu
irytujNocych g?upstw.
     -  PrzestaÓcie  wreszcie krzyczeÖ  -  powiedzia?  G?os.  -  PrzestaÓcie
wymachiwaÖ rËkami i odgra?aÖ siË.
     Czy to doprawdy takie trudne - przestaÖ gadaÖ  i przez chwilË spokojnie
pomy?leÖ? Przecie? ?wietnie wiecie, ?e wasze dzieci odesz?y od was  dlatego,
?e same  tego chcia?y, nikt ich nie zmusza?, nikt nie ciNognNo? za ko?nierz.
Odesz?y dlatego, ?e obrzydli?cie im doszczËtnie i ostatecznie. One nie chcNo
ju? d?u?ej  ?yÖ  tak  jak  ?yjecie wy  i wasi przodkowie. Nadzwyczaj lubicie
na?ladowaÖ swoich przodkÕw i uwa?acie, ?e to jedna z waszych zalet - ale one
uwa?ajNo  inaczej.  Nie  chcNo wyrosnNoÖ  na pijakÕw i  rozpustnikÕw,  ludzi
ma?odusznych, konformistÕw  i niewolnikÕw, nie chcNo, ?eby zdobiono  z  nich
przestËpcÕw, nie chcNo waszych rodzin i waszego paÓstwa.
     G?os umilk? na chwilË. Przez ca?No minutË nie  by?o s?ychaÖ ani jednego
dñwiËku - tylko  jaki? szelest, jakby szele?ci?a mg?a  pe?znNoc nad ziemiNo.
Potem G?os przemÕwi? znowu:
     -  Mo?ecie byÖ  zupe?nie spokojni o swoje dzieci.  BËdzie im  dobrze  -
lepiej ni? z wami i znacznie  lepiej, ni?  wam samym.  Dzisiaj nie mogNo was
przyjNoÖ,  ale  od   jutra  -  przychodñcie.  W  KoÓskiej  Dolinie  zostanie
przygotowany  Dom  SpotkaÓ  i od  trzeciej  po  po?udniu mo?ecie przychodziÖ
choÖby  codziennie.  Codziennie o pÕ?  do trzeciej z placu miejskiego  bËdNo
odchodziÖ trzy autobusy. To za  ma?o, w ka?dym razie na jutro  -  niech wasz
burmistrz zatroszczy siË o dodatkowy transport.
     G?os zamilk? znowu. T?um sta? nieruchomym  murem. Ludzie jakby bali siË
poruszyÖ.
     - Tylko weñcie pod uwagË -  ciNognNo?  G?os.  - To od was samych zale?y
czy dzieci zechcNo siË  z  wami spotykaÖ. W pierwszych dniach mo?emy jeszcze
je nak?oniÖ,  aby przychodzi?y na widzenia, nawet je?eli nic bËdNo  mia?y na
to ochoty... ale potem... to ju? jak tam siË sami z nimi  dogadacie. A teraz
rozejdñcie  siË Przeszkadzacie i nam, i dzieciom, i sobie. Bardzo wam radzË,
pomy?lcie, sprÕbujcie pomy?leÖ, co mo?ecie daÖ swoim dzieciom.  Przyjrzyjcie
siË  sobie.  Wydali?cie  je  na  ?wiat  i okaleczacie  je  na  swÕj obraz  i
podobieÓstwo. Pomy?lcie i o tym, ale teraz wracajcie do domÕw.
     T?um  pozosta? nieruchomy. ByÖ mo?e  prÕbowa?  my?leÖ. W  ka?dym  razie
Wiktor prÕbowa?.  By?y  to oderwane my?li. Nawet nie my?li,  lecz po  prostu
strzËpy wspomnieÓ,  fragmenty rozmÕw, g?upia, umalowana twarz  Loli.  A mo?e
jednak lepiej skrobankË? Po co  nam to teraz... Ojciec z wargami dr?Nocymi z
w?ciek?o?ci... Ja  z ciebie  zrobiË cz?owieka, parszywy szczeniaku,  skÕrË z
ciebie zedrË... Okaza?o siË, ?e  mam dwunastoletniNo cÕrkË, czy mo?esz pomÕc
mi  jako?  jNo  urzNodziÖ   w  mie?cie  w  przyzwoitym  miejscu?...  Irma  z
ciekawo?ciNo patrzy na rozmam?anego Roschepera... nie na Roschepera tylko na
mnie...  w?a?ciwie  jest mi  nawet wstyd,  ale co ona tam rozumie, smarkata?
Marsz na miejsce! Masz tu lalkË, ?adna lalka? Jeste?  jeszcze ma?a,  dowiesz
siË jak doro?niesz...
     -  No i  dlaczego  stoicie?  -  zapyta?  piorunowy  G?os. - Odejdñcie!.
Nadlecia? ciË?ki, zimny wiatr, uderzy? w twarz i ucich?.
     - No, idñcie ju? - powiedzia? G?os.
     I  ponownie  nadlecia? wiatr ju? prawie zupe?nie materialny, jak ciË?ka
wilgotna  d?oÓ,  ktÕra leg?a na twarzy, popchnË?a  - i  znik?a. Wiktor otar?
policzki i zobaczy?,  ?e t?um siË cofa. Kto?  g?o?no krzyknNo?, rozleg?y siË
dñwiËczNoce  do?Ö  niepewnie  nawo?ywania,  wokÕ?   samochodÕw  i  autobusÕw
powsta?y  niewielkie wiry.  Ludzie zaczËli ze wszystkich stron wdrapywaÖ siË
do skrzyni ciË?arÕwki,  wszyscy  poczËli siË ?pieszyÖ, rozpychaÖ, t?oczyÖ  w
drzwiach samochodÕw, niecierpliwie rozdzielaÖ sczepione kierownicami rowery,
zawarcza?y silniki, wielu ludzi  odchodzi?o  pieszo, czËsto oglNodajNoc siË,
ale nie patrzyli ani na ?o?nierzy, ani na karabin maszynowy na wie?y, nie na
transporter,  ktÕry  w?a?nie  podjecha?  z  ?oskotem  ?elaza  i  stanNo?  na
widocznym  miejscu.  Wiktor  wiedzia?,  dlaczego  ludzie  siË  odwracajNo  i
dlaczego siË ?pieszNo, pali?y go policzki i  je?eli czegokolwiek siË ba?, to
tego, ?e G?os znowu powie: "Idñcie"! i znowu ciË?ka wilgotna d?oÓ  z odrazNo
legnie na jego twarzy.
     Grupka  kretynÕw  w z?otych koszulach wciNo? jeszcze niepewnie drepta?a
przed bramNo, ale by?o ich ju? mniej, do  pozosta?ych za?  podszed? oficer i
wrzasnNo?  na  nich -  imponujNocy,  pewny  siebie,  spe?niajNocy  przyjemny
obowiNozek i oni rÕwnie? cofnËli siË, nastËpnie zawrÕcili i powlekli  precz,
zbierajNoc po drodze rzucone na ziemiË szare,  granatowe; ciemne p?aszcze, i
oto  ju? nie pozosta?a  ani jedna  z?ota  plama, obok przeje?d?a?y autobusy,
samochody  osobowe,   a  ludzie   w  skrzyni   ciË?arÕwki  rozglNodali   siË
niespokojnie i pytali jeden drugiego: "Gdzie jest kierowca?"
     Potem  nie wiadomo skNod wynurzy?a siË Diana, Diana Gniewna  stanË?a na
stopniu, spojrza?a w gÕrË, po czym krzyknË?a surowo: "Tylko do skrzy?owania!
SamochÕd  jedzie do  sanatorium!"  i  nikt  nie  o?mieli? siË zaprotestowaÖ,
wszyscy  byli wyjNotkowo cisi  i zgadzali siË na wszystko. Teddy nie pojawi?
siË do kopca, prawdopodobnie zabra? siË innym  samochodem. Diana zakrËci?a i
pojechali   znajomNo  betonowNo   szosNo  mijajNoc   grupy   pieszych   oraz
rowerzystÕw, a ich  z kolei wyprzedza?y przeciNo?one  samochody  osobowe,  z
jËkiem przysiadajNoce na amortyzatorach. Deszcz nie pada?, by?a tylko mg?a i
m?y? drobny kapu?niaczek. Deszcz  zaczNo?  siË  dopiero wtedy,  kiedy  Diana
podjecha?a  do skrzy?owania, ludzie  wysiedli,  a  Wiktor  przesiad? siË  do
szoferki.
     Oboje milczeli do samego sanatorium.
     Diana  od razu posz?a  do Roschepera -  tak  przynajmniej powiedzia?a -
Wiktor za? zrzuciwszy  p?aszcz uwali? siË na  ?Õ?ko  w swoim pokoju, zapali?
papierosa i zaczNo? gapiÖ siË w sufit. ByÖ  mo?e godzinË, byÖ mo?e dwie, bez
przerwy  pali?,  wierci?  siË  na  ?Õ?ku,  wstawa?,  spacerowa?  po  pokoju,
bezmy?lnie  wyglNoda?  przez okno, zasuwa?  i odsuwa? portiery,  pil  wodË z
kranu, poniewa? mËczy?o go pragnienie i znowu pada? na ?Õ?ko.
     ...Upokorzenie,  my?la?. Tak, oczywi?cie. Bili  po twarzy, wymy?lali od
?obuzÕw, jak ostatniemu  ?ebrakowi, ale pomimo wszystko  to byli  ojcowie  i
matki,  pomimo wszystko  kochali swoje dzieci, mogli je biÖ, ale gotowi byli
oddaÖ   za   nie  ?ycie,  demoralizowali  swoim   przyk?adem,  ale  przecie?
nieumy?lnie, lecz przez  swojNo  ciemnotË,...  matki  rodzi?y  je  w bÕlach,
ojcowie karmili  i ubierali, przecie? byli dumni  ze swoich dzieci, chwalili
siË nimi, czËsto  je wyklinali, ale nie wyobra?ali sobie bez nich ?ycia... i
rzeczywi?cie,  teraz  ich  ?ycie  zrobi?o  siË  puste,  nic im przecie?  nie
zosta?o.  Czy  wolno  wiËc traktowaÖ ich a?  tak  okrutnie,  tak zimno,  tak
pogardliwie, tak rozumnie i jeszcze na po?egnanie nak?a?Ö po pysku...
     ...Czy?by naprawdË,  u diabla, obrzydliwe jest wszystko, co pozosta?o w
cz?owieku  od zwierzËcia? Nawet macierzyÓstwo, nawet u?miech Madonny, czu?e,
serdeczne  rËce  podajNoce  pier? niemowlËciu... Tak, oczywi?cie, instynkt i
cala religia  zbudowana na instynkcie... pewnie ca?e nieszczË?cie  polega na
tym, ?e  tË  religiË prÕbuje siË przenie?Ö na wychowanie, to znaczy na takie
dziedziny,  z ktÕrymi instynkty nie majNo ju? nic wspÕlnego, a je?eli majNo,
to  przynoszNo wy?Nocznie  szkodË...  dlatego  ?e  wilczyca mÕwi  wilczËtom:
"KNosajcie  jak  ja"  i  to  wystarczy,  zajËczyca  uczy   swoje  zajNoczki:
"Uciekajcie tak jak ja" i to tak?e wystarczy, ale cz?owiek  uczy swoje ma?e:
"My?l tak jak ja" i  to ju? jest zbrodnia... No a ci, jak im tam - mokrzaki,
gady, zarazy, wszystko co kto chce,  ale  na pewno nie ludzie,  co  najmniej
nadludzie  - jak oni to robiNo? Najpierw: "Przyjrzyj siË,  jak my?leli przed
tobNo,  zobacz co z tego wysz?o,  wysz?o niedobrze, dlatego, ?e  to  i to, a
powinno byÖ  tak  i tak. Zobaczy?e?? A teraz  zacznij  my?leÖ sam,  my?l  co
zrobiÖ, ?eby nie wysz?o to i to, tylko tak i tak".  Tylko, ?e  ja nie  wiem,
czym jest  to i to, i co to  jest tak i tak, a w ogÕle wszystko to ju? by?o,
wszystko  to  ju?  wyprÕbowali?my,  zrealizowali  siË  poszczegÕlni  ?wietni
ludzie,  ale przewa?ajNoce  masy  pcha?y  siË  starNo  drogNo,  nigdzie  nie
skrËcajNoc,  zwyczajnie,  po naszemu... ZresztNo jak  cz?owiek ma wychowywaÖ
swoje ma?e, kiedy jego ojciec nie wychowywa? go, tylko tresowa?: "KNosaj jak
ja, chowaj siË tak jak ja", i tak samo tresowa? ojca dziad, dziada pradziad,
i  dalej  do  tej  pierwszej  jaskini,  do  kosmatych  nosicieli  oszczepÕw,
po?eraczy mamutÕw. ?al mi  tych bezw?osych potomkÕw,  ?al  mi ich, bo ?al mi
samego siebie, ale tamci majNo to gdzie?, nie jeste?my im w ogÕle potrzebni,
nie zamierzajNo nas reedukowaÖ, nie zamierzajNo nawet burzyÖ starego ?wiata,
stary  ?wiat ich nie interesuje, majNo  swoje  sprawy,  a  od starego ?wiata
?NodajNo  tylko  jednego - ?eby  siË od nich odczepi?.  Teraz sta?o  siË  to
mo?liwe, teraz mo?na handlowaÖ ideami, mamy teraz potË?nych kupcÕw idei, oni
bËdNo ciË chroniÖ, zapËdzNo  ca?y ?wiat za druty kolczaste, ?eby stary ?wiat
ci nie  przeszkadza?, bËdNo ciË  karmiÖ, bËdNo  ciË  pielËgnowaÖ... bËdNo  w
sposÕb najbardziej ugrzeczniony ostrzyÖ topÕr, ktÕrym odrNobujesz ga?Noñ, na
ktÕrej oni zasiadajNo b?yskajNoc orderami i szamerunkami.
     ...I  do  diab?a, to  jest  na  swÕj  sposÕb  wspania?e -  wszystko ju?
wyprÕbowano, tylko tego jeszcze nie wyprÕbowano - zimny wychÕw bez s?odkiego
szczebiotu, bez ?ez...  chocia? co ja  tu wymy?lam, skNod mogË wiedzieÖ  jak
wyglNoda to  ich wychowanie... ale wszystko  jedno - okrucieÓstwo  i pogardË
widaÖ  go?ym okiem... Nic im  z  tego  nie wyjdzie, dlatego ?e -  no dobrze,
intelekt, my?lcie, uczcie siË, analizujcie - ale co z rËkami matki,  czu?ymi
d?oÓmi,  ktÕre kojNo bÕl i ogrzewajNo ?wiat. I  k?ujNocy zarost  ojca, ktÕry
bawi  siË w  wojnË i w  tygrysa, uczy siË  boksowaÖ,  jest  najsilniejszy  i
wszystko  wie? A  przecie?  to te? by?o! Nie tylko  wrzaskliwe (albo  ciche)
k?Õtnie  rodzicÕw, nie  tylko pasek i pijany be?kot,  nie  tylko bezsensowne
targanie  za uszy na  zmianË  z nag?ym  i  niepojËtym  deszczem  cukierkÕw i
miedziakÕw  na kino... ZresztNo, skNod ja  mogË wiedzieÖ  - mo?e  oni  majNo
jaki?  ekwiwalent  tego  dobrego,  co  zawiera   w   sobie  macierzyÓstwo  i
ojcostwo... jak  Irma patrzy?a na tego mokrzaka! jakim trzeba  byÖ, ?eby  na
ciebie  tak  patrzono... i  w  ka?dym razie  ani  Bol-Kunac, ani  Irma,  ani
pryszczaty nihilista - demaskator nigdy  nie w?o?No z?otych koszul, a czy to
ma?o? Do diabla - niczego wiËcej od ludzi nie wymagam!
     .. .Nie tak prËdko, powiedzia? do siebie. Znajdñ najwa?niejsze.  Jeste?
z nimi, czy przeciwko  nim? Jest jeszcze trzecie wyj?cie  -  mieÖ wszystko w
nosie. Ale  mnie  nie jest  wszystko  jedno.  Ach,  jak  ja bym  chcia?  byÖ
cynikiem, jak  ?atwo, prosto  i przyjemnie  jest byÖ  cynikiem!...  no,  co?
takiego - przez ca?e ?ycie robiNo ze mnie cynika, starajNo siË, nie ?a?ujNoc
si? i ?rodkÕw, ku?, najpiËkniejszych frazesÕw, papieru, nie ?a?ujNo  piË?ci,
nie  ?a?ujNo ludzi, niczego im nie  ?al, ?ebym tylko zosta?  cynikiem - a ja
nic... No dobrze, ju? dobrze. Ale jednak - jestem za czy przeciw? Oczywi?cie
przeciw -  nie  znoszË  lekcewa?enia, nienawidzË elit, nienawidzË  wszelkiej
nietolerancji,  i  nie lubiË,  och, jak ja  nie lubiË,  kiedy  mnie bijNo po
mordzie  i wyganiajNo precz... I jestem  za, poniewa?  lubiË ludzi mNodrych,
utalentowanych,  nienawidzË g?upcÕw, nienawidzË  tËpakÕw, nienawidzË z?otych
koszul, faszystÕw  i jest jasne, ?e do niczego  nie  dojdË, zbyt ma?o o nich
wiem, a z tego co wiem, co widzia?em sam, rzuca siË w oczy raczej to, co z?e
- okrucieÓstwo, pogarda, odcz?owieczenie,  wreszcie fizyczna szpetota... A w
rezultacie - z nimi jest Diana, ktÕrNo  kochani, i  Irma,  ktÕrNo  kocham, i
Golem,  ktÕrego szanujË, i Bol-Kunac, i pryszczaty  nihilista... a  kto jest
przeciw? Burmistrz jest przeciw, to stare ?cierwo, faszysta i demagog, i  ta
sprzedajna gnida policmajster, i Roscheper Nant, i ta idiotka Lola, ta banda
w z?otych koszulach, i Fawor... Co  prawda, z drugiej  strony - jest z  nimi
ten wysoki zawodowiec, a tak?e niejaki genera? Pferd - nie znoszË genera?Õw,
przeciwko za? Teddy  i z pewno?ciNo jeszcze wielu  takich jak Teddy...  Tak,
wiËkszo?ciNo  g?osÕw  niczego  siË  tu  nie  rozwiNo?e.  To  co?  w  rodzaju
demokratycznych wyborÕw - wiËkszo?Ö zawsze popiera ?obuzÕw...
     Oko?o  drugiej  przysz?a  Diana,  Diana  Zwyczajna  i  Weso?a  w ciasno
przepasanym bia?ym fartuchu, uczesana i podmalowana.
     - Jak idzie praca? - zapyta?a.
     - P?onË - odpowiedzia?. - Spalam siË, ?wiecNoc innym.
     - Fakt, du?o dymu. ChoÖby? okno otworzy?... Chcesz je?Ö?
     -  Tak,  do diab?a! - odpar?  Wiktor.  Przypomnia?  sobie, ?e  nie jad?
?niadania.
     - Do diab?a, w takim razie idziemy!
     Zeszli do jadalni. Przy d?ugich sto?ach, w solennym milczeniu ch?eptali
dietetycznNo zupË "Bracia w sapiencji",  poczerniali z fizycznego zmËczenia.
Gruby trener  w opiËtym granatowym swetrze chodzi? za ich plecami, klepa? po
ramionach, targa? im czupryny i uwa?nie zaglNoda? do talerzy.
     - Poznam ciË teraz z  pewnym  cz?owiekiem -  oznajmi?a  Diana. -  Zjemy
razem obiad.
     - Co to  za  jeden?  - z  niezadowoleniem zapyta? Wiktor.  Mia?  ochotË
milczeÖ przy jedzeniu.
     - MÕj mNo? - odrzek?a Diana. - MÕj by?y mNo?.
     - Aha - powiedzia? Wiktor. - Aha. No cÕ?... Bardzo mi milo.
     Co te? przysz?o jej  do g?owy, pomy?la? smËtnie.  I komu  to potrzebne.
Popatrzy?  ?a?o?nie na DianË, ale ju? zmierzali szybko do s?u?bowego stolika
w  kNocie  sali.  MNo? wsta? na ich  powitanie,  ?Õ?toskÕry, garbatonosy,  w
ciemnym garniturze  i w  czarnych  rËkawiczkach.  Nie  poda? Wiktorowi rËki,
tylko sk?oni? siË i powiedzia? nieg?o?no:
     - DzieÓ dobry, cieszË siË, ?e pana widzË.
     - Baniew - przedstawi? siË  Wiktor z fa?szywNo serdeczno?ciNo, ktÕra go
zawsze ogarnia?a na widok mË?Õw.
     - My siË w?a?ciwie ju? znamy - stwierdzi? mNo?. - Jestem Zurtzmansor.
     -  Ach  tak! -  zawo?a?  Wiktor.  -  Ale? oczywi?cie!  MuszË  siË  panu
przyznaÖ, ?e moja  pamiËÖ... -  zamilk?.  -  ChwileczkË  - zapyta?.  -  Jaki
Zurtzmansor?
     -  Pawe?  Zurtzmansor.  Pan zapewne mnie czyta?,  a niedawno nadzwyczaj
energicznie walczy?  pan w mojej obronie w restauracji. Poza tym spotkali?my
siË  w jeszcze  jednym  miejscu w nader  niemi?ych  okoliczno?ciach...  Mo?e
usiNodziemy?
     Wiktor usiad?. No dobrze, pomy?la?. Niech tak bËdzie. To znaczy oni tak
wyglNodali bez przepasek. Kto by pomy?la?? Pardon, ale gdzie jego "okulary"?
Zurtzmansor -  nie wiedzieÖ  czemu  mNo?  Diany,  czyli  garbonosy  tancerz,
grajNocy tancerza, ktÕry gra  tancerza,  ktÕry tak naprawdË jest mokrzakiem,
albo nawet  czterema mokrzakami  naraz, albo nawet piËcioma, liczNoc razem z
restauracyjnym - Zurtzmansor  nie  mia?  "okularÕw", jakby rozp?ynË?y siË po
ca?ej  twarzy  barwiNoc  jNo na  latynoamerykaÓski  kolor. Diana z  dziwnym,
nieomal  macierzyÓskim u?miechem patrzy?a to na niego, to na swojego mË?a. I
to by?o  nieprzyjemne.  Wiktor poczu? co? w rodzaju zazdro?ci, ktÕrej do tej
pory  nigdy  nie  doznawa?,  kiedy  mia?  do  czynienia z  mË?ami.  Kelnerka
przynios?a zupË.
     - DziËkujË -  automatycznie powiedzia? Wiktor. WziNo? ?y?kË  i  zaczNo?
je?Ö nie czujNoc smaku. Zurtzmansor rÕwnie? jad?, spoglNodajNoc spode ?ba na
Wiktora -  bez u?miechu, ale z jakim? rozbawionym wyrazem twarzy. RËkawiczek
nie zdjNo?,  ale sposÕb w  jaki  pos?ugiwa? siË ?y?kNo,  w jaki ?ama? chleb,
u?ywa? serwetki, ?wiadczy? o starannym wychowaniu.
     - To znaczy, ?e jednak jest pan tym s?awnym Zurtzmansorem -  stwierdzi?
Wiktor - filozofem...
     - Obawiam siË, ?e nie - odpar? Zurtzmansor wycierajNoc wargi serwetkNo.
- Obawiam siË,  ?e  z tym s?ynnym filozofem mam  teraz  zwiNozek  nadzwyczaj
odleg?y.
     Wiktor   nie  znalaz?  odpowiedzi   i   postanowi?   od?o?yÖ   rozmowË.
Ostatecznie,  to nie  ja jestem  inicjatorem spotkania, nie ma co siË pchaÖ,
skoro on chcia? siË ze mnNo zobaczyÖ, to niech sam  zaczyna...  Przyniesiono
drugie  danie.  Nadzwyczaj  uwa?nie Wiktor zaczai kroiÖ miËso.  Przy d?ugich
sto?ach zgodnie i prostodusznie mlaskano, szczËkajNoc  no?ami i widelcami. A
przecie?  siedzË  tu  jak  g?upi, pomy?la?  Wiktor. Brat  w  sapiencji.  Ona
prawdopodobnie  kocha  go do  tej pory. Zachorowa?, musieli siË rozstaÖ, ale
ona nie chcia?a siË rozstaÖ, bo  inaczej  po co  by jecha?a do tej  dziury -
?eby wynosiÖ  nocniki Roschepera?  I czËsto  siË widujNo, on zakrada  siË do
sanatorium,  zdejmuje  opaskË  i  taÓczy z niNo. Przypomnia? sobie,  jak oni
oboje taÓczyli - dwa go?Nobeczki. Wszystko jedno. Ona go kocha. A co mnie to
obchodzi? Ale przecie? jednak obchodzi. Co tu ukrywaÖ - obchodzi. Tylko - co
mianowicie?  Oni  zabrali  mi cÕrkË,  ale jestem o niNo  zazdrosny  nie  jak
ojciec. Odebrali mi kobietË, ale jestem zazdrosny o DianË nie jak mË?czyzna.
.. O do diab?a, skNod  takie s?owa! Zabrali kobietË, zabrali cÕrkË... CÕrkË,
ktÕra zobaczy?a mnie po  raz pierwszy w dwunastym roku ?ycia... czy  mo?e  w
trzynastym.  KobietË, ktÕrNo znam kilka dni... Ale proszË - jestem zazdrosny
i to  nie jak ojciec i nie  jak mË?czyzna.  Tak,  by?oby  znacznie pro?ciej,
gdyby on teraz powiedzia?:  "Szanowny  panie, wiem wszystko, splami? pan mÕj
honor, co z udzieleniem mi satysfakcji?"
     - Jak idzie praca nad artyku?em? - zapyta? Zurtzmansor.
     - Nijak - odpowiedzia? Wiktor.
     - Ciekawe by?oby go przeczytaÖ - oznajmi? Zurtzmansor.
     - A czy pan wie co to ma byÖ za artyku??
     - Tak, wyobra?am sobie. Ale pan przecie? takiego artyku?u nie napisze.
     - A je?eli bËdË musia?? Mnie genera? Pferd nie obroni.
     - Widzi pan -  powiedzia? Zurtzmansor  - taki  artyku? na jakim  zale?y
burmistrzowi wszystko jedno panu nie wyjdzie. Nawet  je?eli  bËdzie  siË pan
bardzo  staraÖ.  IstniejNo  ludzie,  ktÕrzy  automatycznie,  niezale?nie  od
w?asnych chËci, transformujNo na swÕj sposÕb ka?de zadanie jakie, przed nimi
staje. Pan nale?y do takich ludzi.
     - To ñle, czy dobrze? - spyta? Wiktor.
     - Z  naszego  punktu widzenia - dobrze. O  osobowo?ci cz?owieka wiadomo
bardzo ma?o, je?eli nie liczyÖ tej czË?ci,  na ktÕrNo sk?adajNo siË odruchy.
Co prawda, osobowo?Ö masy nie zawiera prawie nic poza odruchami. Dlatego tak
bardzo cenne sNo tak zwane osobowo?ci twÕrcze, indywidualnie przetwarzajNoce
informacjË o rzeczywisto?ci. PorÕwnujNoc  znane i dok?adnie zbadane zjawisko
z  odbiciem  tego zjawiska w twÕrczo?ci  takiej jednostki,  mo?emy wiele siË
dowiedzieÖ o strukturze psychicznej przetwarzajNocej informacjË.
     - A czy nie wydaje siË  panu, ?e brzmi to nieco  obrañliwie?  - zapyta?
Wiktor. Zurtzmansor skrzywi? siË dziwacznie i spojrza? na Wiktora.
     - Aha,  rozumiem  - odpar?. - TwÕrca, a nie krÕlik do?wiadczalny... Ale
widzi pan, wymieni?em  tylko jednNo okoliczno?Ö, dziËki ktÕrej jest  pan dla
nas cenny. Inne okoliczno?ci sNo powszechnie znane - to prawdziwa informacja
o obiektywnej rzeczywisto?ci, mechanizm emocji, sposÕb pobudzania wyobrañni,
zaspokajanie potrzeby wspÕ?prze?ywania... W?a?ciwie chcia?em panu pochlebiÖ.
     - Wobec tego czujË siË pochlebiony - rzek? Wiktor. - Jednak?e wszystkie
te rozwa?ania  nie  majNo ?adnego zwiNozku  z  pisaniem  paszkwili. Bierzemy
ostatnie przemÕwienie pana prezydenta i przepisujemy je w ca?o?ci, przy czym
s?owa "wrogowie  wolno?ci" zamieniamy  s?owami  "tak  zwane  mokrzaki", albo
"pacjenci  krwawego  lekarza",  albo   "wilko?akiz  leprozorium"...  i  moja
psychika nie bËdzie w tej zabawie w ogÕle uczestniczyÖ.
     - To  siË panu  tylko tak wydaje -  zaprzeczy? Zurtzmansor. - Przeczyta
pan  przemÕwienie  i na poczNotek oka?e siË, ?e jest skandalicznie napisane.
Mam na my?li jego stylistykË. Zacznie pan poprawiaÖ styl, szukajNoc bardziej
precyzyjnych  sformu?owaÓ,  zacznie  pracowaÖ  wyobrañnia,  zemdli  pana  od
zatËch?ych s?Õw, zechce pan je  o?ywiÖ, zastNopiÖ  urzËdowe  ?garstwa ?ywymi
faktami i sam pan nawet nie zauwa?y, kiedy zacznie pan pisaÖ prawdË.
     - ByÖ mo?e - powiedzia? Wiktor.  - W ka?dym razie  nie mam teraz ochoty
na pisanie tego artyku?u.
     - A ma pan ochotË pisaÖ co? innego?
     - Tak - odpar? Wiktor patrzNoc mu w oczy - z przyjemno?ciNo napisa?bym,
jak dzieci odesz?y z miasta. Nowego szczuro?apa z Hamelin.
     Zurtzmansor z zadowoleniem skinNo? g?owNo.
     - ?wietny pomys?. Niech pan napisze.
     Napisze, z goryczNo pomy?la? Wiktor. Twoja maÖ. ale kto wydrukuje? Mo?e
ty wydrukujesz?
     - Diana - zapyta?. - A czy nie mo?na by siË czego? napiÖ?
     Diana wsta?a bez s?owa i wysz?a.
     -  A  poza  tym  napisa?bym  z  przyjemno?ciNo  o  skazanym  mie?cie  -
powiedzia? Wiktor. - I o niezrozumia?ej aferze wokÕ?  leprozorium. I o z?ych
czarownikach.
     - Ma pan pieniNodze?
     - Na razie jeszcze mam.
     - Chcia?em  pana  zawiadomiÖ, ?e  prawdopodobnie zostanie pan laureatem
nagrody  literackiej leprozorium  za  ubieg?y  rok.  Na  ostatnie okrNo?enie
wyszed? pan razem z Tusowem, ale Tusow ma  niniejsze  szansË, to  oczywiste.
WiËc pieniNodze bËdzie pan mia?.
     - Ta  - ak  -  powiedzia?  Wiktor.  - Co?  takiego  jeszcze  mi siË nie
zdarzy?o. A du?o bËdzie tych pieniËdzy?
     - Ze trzy tysiNoce... Nie pamiËtam dok?adnie.
     WrÕci?a Diana i nadal  bez s?owa postawi?a na  stole  butelkË i  jednNo
szklankË.
     - Daj jeszcze jednNo szklankË - poprosi? Wiktor.
     - Ja nie bËdË piÖ - oznajmi? Zurtzmansor.
     - W?a?ciwie ja... Hm..
     - Ja te? nie bËdË - powiedzia?a Diana.
     - To za "NieszczË?cie"? - zapyta? Wiktor nalewajNoc.
     - Tak. I za "KotkË". Tak, ?e na trzy miesiNoce bËdzie pan mia?  spokÕj.
A mo?e na mniej?
     - Na jakie? dwa miesiNoce - odpar?  Wiktor. - Ale nie  o to chodzi... A
wiËc - chcia?bym zwiedziÖ wasze leprozorium.
     -  Oczywi?cie -  rzek? Zurtzmansor.  - WrËczenie  nagrody  odbËdzie siË
w?a?nie tam. Tylko, ?e siË pan rozczaruje.  ?adnych cudÕw nie bËdzie. BËdzie
dzieÓ wolny od pracy. Oko?o dziesiËciu domkÕw i pawilon szpitalny.
     - Pawilon szpitalny - powtÕrzy? Wiktor. - I kogÕ? tam u was leczNo?
     - Ludzi  - odpowiedzia?  Zurtzmansor z  dziwnNo intonacjNo. U?miechnNo?
siË i nagle  co? dziwnego sta?o siË  z jego  twarzNo. Prawe oko by?o puste i
zjecha?o  do podbrÕdka, usta zrobi?y  siË trÕjkNotne, lewy policzek  razem ?
uchem  odpad? od czaszki i zawis?. Trwa?o  to  zaledwie mgnienie oka. Dianie
wypad?  z  rËki talerz, Wiktor  machinalnie  popatrzy?  za  siebie, a  kiedy
ponownie  spojrza? na Zurtzmansora, ten by?  ju?  jak poprzednio  - ?Õ?ty  i
uprzejmy. Tfu, tfu, tfu,  powiedzia? w my?li Wiktor. Precz, duchu nieczysty.
A mo?e mi siË tylko wyda?o? Spiesznie wyciNognNo? paczkË papierosÕw, zapali?
i wbi? wzrok w szklankË. "Bracia w sapiencji" z  wielkim ha?asem wstawali od
sto?Õw  i  ruszyli  do  wyj?cia  przekrzykujNoc  siË  dono?nie.  Zurtzmansor
powiedzia?:
     - A w ogÕle chcieliby?my, ?eby czu? siË  pan  bezpiecznie. Nie powinien
siË pan niczego  obawiaÖ.  Zapewne  domy?la siË pan,  ?e  nasza  organizacja
zajmuje  okre?lone  po?o?enie  i cieszy  siË okre?lonymi przywilejami. Wiele
robimy,  wiËc na wiele siË nam  pozwala. Pozwala siË  nam na do?wiadczenia z
klimatem,  pozwala siË  przygotowywaÖ tych, ktÕrzy  nas zastNopiNo...  i tak
dalej.  Nie  warto specjalnie  siË  rozwodziÖ. NiektÕrzy panowie sNodzNo, ?e
pracujemy dla nich, a my nie wyprowadzamy ich z  b?Ëdu. - Zamilk? na chwilË.
-  ProszË  pisaÖ o  czym  pan chce  i jak pan  chce, nie zwracajNoc uwagi na
szczekajNoce psy. Je?li bËdzie  pan  mia? k?opoty z wydawcami,  albo k?opoty
finansowe,  pomo?emy  panu. W  ostateczno?ci,  bËdziemy  pana sami  wydawaÖ.
Oczywi?cie dla siebie. Tak, ?e ulubione minogi ma pan zapewnione.
     Wiktor wypi? i pokrËci? g?owNo.
     - Jasne - stwierdzi?. - Znowu siË mnie kupuje.
     - Mo?na to i tak nazwaÖ - odpar? Zurtzmansor. - Najwa?niejsze, ?eby pan
wiedzia?  - istnieje  pewien  kontyngent  czytelnikÕw,  powiedzmy,  chwilowo
niezbyt liczny,  ktÕry jest niezmiernie zainteresowany paÓskNo pracNo.  Jest
pan nam potrzebny, Baniew, I do tego potrzebny w?a?nie taki, jaki  pan jest.
Niepotrzebny  jest nam Baniew - nasz  zwolennik  i nasz  piewca, dlatego te?
niech  pan  nie  ?amie  sobie g?owy  zastanawiajNoc siË, po  czyjej jest pan
stronie.  Niech pan bËdzie po swojej stronie, jak zresztNo przystoi twÕrczej
jednostce. To wszystko czego nam od pana trzeba.
     - WyjNotkowo  ulgowe  warunki - oznajmi?  Wiktor. - Carte  blanche  i w
perspektywie   ha?dy  marynowanych  minog.  W  perspektywie  oraz   w  sosie
musztardowym. Jaka?  wiËc wdowa  powiedzia?aby  mi "nie"?  Zurtzmansor,  czy
zdarzy?o siË panu kiedykolwiek zaprzedawaÖ duszË i piÕro?
     - Tak, naturalnie - odpowiedzia? Zurtzmansor.  - I  wie pan, p?acono mi
skandalicznie ma?o. Ale to by?o tysiNoc lat temu i na innej planecie - znowu
umilk? na  chwilË.  - Nie  ma  pan  racji,  Baniew  - rzek?.  - My pana  nie
kupujemy. Po prostu chcemy, ?eby pan pozosta?  samym sobNo, obawiamy siË, ?e
pana  z?amiNo.  Wielu przecie?  ju?  z?amali... Warto?ci moralne nie sNo  na
sprzeda?. Mo?na je zniszczyÖ, ale nie kupiÖ. Ka?da okre?lona warto?Ö moralna
potrzebna jest tylko jednej stronie, jej  kradzie?  lub kupowanie pozbawione
jest  sensu. Pan prezydent  uwa?a, ?e kupi? malarza R. KwadrygË. To pomy?ka.
Pan  prezydent  kupi? cha?turszczyka  R.  KwadrygË, ale  malarz przeciek? mu
miËdzy  palcami  i umar?.  A  my  nie  chcemy, ?eby Baniew przeciek?  miËdzy
palcami  komukolwiek,  nawet  nam, i umar?  jako  pisarz. Nam  sNo potrzebni
arty?ci, a nie propagandy?ci.
     Wsta?.  Wiktor  rÕwnie? wsta? czujNoc niezrËczno?Ö  i dumË, nieufno?Ö i
poni?enie,  rozczarowanie  i odpowiedzialno?Ö, i co? jeszcze w czym chwilowo
nie umia? siË zorientowaÖ.
     - By?o mi mi?o  porozmawiaÖ  z panem - powiedzia? Zurtzmansor.  - ?yczË
powodzenia w pracy.
     - Do widzenia - odpar? Wiktor.
     Zurtzmansor lekko siË  sk?oni? i  odszed?  z uniesionNo  g?owNo d?ugim,
pewnym krokiem. Wiktor patrzy? w ?lad za nim.
     - W?a?nie za to  ciË kocham - stwierdzi?a Diana. Wiktor pad? na krzes?o
i siËgnNo? po butelkË.
     - Za co? - zapyta? z roztargnieniem.
     -  Za to, ?e  im jeste? potrzebny.  Za to, ?e ty, dziwkarz,  pijaczyna,
awanturnik,  niechluj  i  ?ajdak  pomimo  wszystko  jeste?  potrzebny  takim
ludziom.
     Przechyli?a  siË  przez  stÕ? i poca?owa?a  Wiktora w policzek. To by?a
jeszcze jedna Diana - Diana  KochajNoca - o olbrzymich suchych oczach, Maria
z Magdali, Diana PatrzNoca z Do?u do GÕry.
     - Te? mi  co?  -  wymamrota?  Wiktor.  -  Intelektuali?ci...  Kacyki na
godzinË. Ale to by?y tylko s?owa. Bo tak naprawdË nie by?o to takie proste.
     Wiktor  wrÕci? do hotelu  nastËpnego dnia  po ?niadaniu.  Na po?egnanie
Diana da?a mu  kobia?kË - ze sto?ecznych szklarni  przys?ano dla  Roschepera
pÕ? puda truskawek i  Diana rozsNodnie zdecydowa?a,  ?e Roscheper nawet przy
swojej anormalnej ?ar?oczno?ci nie da rady sam wszystkiego poch?onNoÖ.
     PosËpny  portier  otworzy?  drzwi  Wiktorowi.  Wiktor   poczËstowa?  go
truskawkami, portier wziNo? kilka jagÕd, w?o?y? do ust, po?u? niczym chleb i
powiedzia?:
     - Okazuje siË, ?e mÕj szczeniak wszystkim tam u nich krËci?.
     - Dlaczego pan tak o nim  mÕwi -  zaprotestowa? Wiktor. - To  znakomity
ch?opak. MNodry i bardzo dobrze wychowany.
     -  No  bo  la?em go ile wlezie!  -  rzek? portier odzyskujNoc  rezon. -
Stara?em siË... - znowu sposËpnia?. - SNosiedzi ?yÖ nie dajNo. - oznajmi?. -
A co ja mog?em? O niczym nie wiedzia?em.
     - Niech pan ich po?le do diab?a - poradzi? Wiktor. - Oni tak z zawi?ci,
a  paÓski ch?opak jest  rewelacyjny. Ja na  przyk?ad bardzo  jestem  rad, ?e
przyjañni siË z mojNo cÕrkNo.
     - Ha!  - powiedzia? portier, znowu  odzyskujNoc ducha. - To mo?e kiedy?
siË spokrewnimy?
     - A co - odpar? Wiktor. -  To nawet bardzo mo?liwe... - wyobrazi? sobie
Bol-Kunaca. - Czemu nie... Z tego powodu chwilË ?mieli siË i ?artowali.
     - Nie s?ysza? pan wczoraj strzelaniny? - zapyta? portier.
     - Nie - odpar? Wiktor i sta? siË czujny. - Bo co?
     -  Tak  wysz?o  -  powiedzia?  portier   -  znaczy,  kiedy  my  wszyscy
rozeszli?my siË,  niektÕrzy, znaczy,  zostali.  Dobra?o siË paru  chojrakÕw,
przeciËli druty i - do ?rodka. Na karabiny maszynowe.
     - O do diab?a - rzek? Wiktor.
     - Sam nie widzia?em - stwierdzi? portier. -  Tak ludzie  opowiadajNo. -
Rozejrza? siË na boki, kiwnNo? na Wiktora i powiedzia? mu szeptem na ucho: -
Nasz Teddy te? tam by?, dosta? kulkË. Ale to nic powa?nego. Teraz kuruje siË
w domu.
     - Paskudna historia - wymamrota? Wiktor zmartwiony.
     PoczËstowa?  truskawkami  recepcjonistË,  wziNo?  klucz  i  poszed?  do
siebie.  Nie  rozbierajNoc  siË wykrËci?  numer  Teddyego.  Synowa  Teddyego
zakomunikowa?a, ?e na ogÕ? nie jest ñle,  przestrzelili mu miËsieÓ, le?y  na
brzuchu, przeklina  i chla wÕdË. Ona za? wybiera siË dzisiaj do Domu SpotkaÓ
zobaczyÖ  syna.  Wiktor  poprosi?,  ?eby przekaza?a  Teddyemu  pozdrowienia,
obieca?, ?e wpadnie i od?o?y? s?uchawkË. Powinien jeszcze zadzwoniÖ do Loli,
ale  kiedy  wyobrazi? sobie tË rozmowË,  krzyki,  wyrzuty  - nie  zadzwoni?.
ZdjNo? p?aszcz,  popatrzy? na truskawki, zszed? do kuchni i wyprosi? butelkË
?mietanki. Kiedy wrÕci?, w pokoju siedzia? Pawor.
     - DzieÓ dobry - powiedzia? Pawor z o?lepiajNocym u?miechem.
     Wiktor podszed? do sto?u, wysypa? truskawki do miski, zala? ?mietankNo,
posypa? cukrem i usiad?.
     - No, dzieÓ  dobry, dzieÓ  dobry - odpar?  ponuro.  - Ma pan mi  co? do
powiedzenia?
     Nie mia? ochoty patrzeÖ na Pawora. Po pierwsze Pawor by? kanaliNo, a po
drugie okazuje siË, ?e nie jest przyjemnie patrzeÖ na cz?owieka, ktÕrego siË
zakapowa?o.  Nawet  je?eli  to  kanalia  i nawet  je?eli  zakapowa?e?  go  z
najszlachetniejszych pobudek.
     - Wiktorze, proszË mnie wys?uchaÖ - odezwa? siË  Pawor.  - Jestem gotÕw
przeprosiÖ  pana.  Obaj  zachowywali?my  siË  idiotycznie  -  ale  ja  chyba
bardziej. To  wszystko  z  powodu  s?u?bowych k?opotÕw.  Szczerze  proszË  o
wybaczenie. By?oby mi diabelnie przykro, gdyby?my pogniewali siË na siebie z
powodu takiego g?upstwa.
     Wiktor zamiesza? truskawki ?y?eczkNo i zaczNo? je?Ö.
     - Jak Boga kocham, ostatnio mi siË  nie wiedzie - ciNognNo? Pawor dalej
-  jestem  z?y na ca?y ?wiat. Nikt mi  nie  wspÕ?czuje,  nikt nie pomaga, ta
?winia burmistrz wciNognNo? mnie w brudnNo aferË...
     - Panie Summan  -  powiedzia?  Wiktor. -  Niech  pan  nie udaje idioty.
Nieñle pan  potrafi  udawaÖ,  ale ja  na  szczË?cie  rozszyfrowa?em  pana  i
studiowanie pana aktorskich talentÕw nie sprawia mi ?adnej przyjemno?ci. Nie
chcia?bym sobie psuÖ apetytu, wiËc mo?e pan sobie pÕjdzie.
     - Wiktorze -  rzek?  Pawor z wyrzutem. - Przecie? jeste?my doro?li. Nie
mo?na przecie? przywiNozywaÖ takiej  wagi do gadania przy stole. Czy?by  pan
uwierzy?,  ?e te  g?upstwa,  ktÕre  wygadywa?em, to moje  poglNody? Migrena,
przykro?ci, katar... Czego mo?na wymagaÖ od cz?owieka w takiej sytuacji?
     - Mo?na wymagaÖ, ?eby cz?owiek nie bi? mnie z ty?u kastetem po g?owie -
wyja?ni? Wiktor.  - A je?eli ju? bije  - rÕ?nie bywa na ?wiecie - ?eby potem
nie udawa? przyjaciela.
     -  Ach  wiËc  o  to  chodzi  -  odpar?  Pawor  z  zadumNo.  Jego  twarz
niespodziewanie jakby  zmizernia?a.  -  Niech  pan pos?ucha,  wszystko  panu
wyt?umaczË. To by? czysty  przypadek. Nie mia?em pojËcia, ?e  to pan. A poza
tym... Sam pan przecie? powiedzia?, ?e rÕ?nie bywa.
     -  Panie Summan  -  oznajmi?  Wiktor  oblizuj  Noc ?y?kË.  - Nigdy  nie
przepada?em za ludñmi paÓskiej  profesji. Jednego nawet zastrzeli?em  -  by?
bardzo odwa?ny w sztabie, kiedy  oskar?a? oficerÕw o nielojalno?Ö, ale kiedy
go pos?ano na pierwszNo liniË... WiËc niech siË pan wynosi.
     Jednak?e Pawor nie wyniÕs? siË. Zapali? papierosa, za?o?y? nogË na nogË
i  rozwali? siË  w  fotelu. Jasne  - ch?op jak dNob, na  pewno zna karate, w
kieszeni  ma  kastet... Dobrze by?oby  siË rozz?o?ciÖ...  Czego on, jak Boga
kocham, psuje mi apetyt...
     - WidzË, ?e  pan  du?o wie -  stwierdzi? Pawor. - To niedobrze.  Mam na
my?li - dla  pana. No, dobra. Jednego tylko  pan nie  wie, ?e  ja  osobi?cie
szczerze pana lubiË i szanujË. Niech  siË pan  nie wzdryga  i nie  udaje, ?e
zbiera  siË  panu na  wymioty. MÕwiË serio.  Z  przyjemno?ciNo gotÕw  jestem
wyraziÖ ubolewanie z  powodu  incydentu  z  kastetem.  PrzyznajË  nawet,  ?e
wiedzia?em kogo bijË, ale nie mia?em innego wyj?cia.  Za  rogiem le?y jedyny
?wiadek, atu  jeszcze  pan  nadszed?... No wiËc  jedyne co mog?em zrobiÖ, to
uderzyÖ  pana  mo?liwie  delikatnie  i  tak  zresztNo  zrobi?em.  Za co  jak
najszczerzej przepraszam.
     Pawor  wykona? arystokratyczny gest.  Wiktor  patrzy? na  niego nawet z
niejakiego  rodzaju ciekawo?ciNo. W sytuacji tej by?o co? nowego, co?  czego
jeszcze nigdy nie do?wiadczy? i co nawet trudno by?o sobie wyobraziÖ.
     -  Jednak?e  przepraszaÖ  za to,  ?e jestem funkcjonariuszem  wiadomego
departamentu -  mÕwi?  dalej Pawor  - nie mogË i zresztNo  nie chcË, mÕwiNoc
szczerze.  ProszË  sobie  nie  wyobra?aÖ,  ?e  tam  u  nas zebrali  siË sami
dusiciele  wolnej   my?li  i   ?ajdaki  karierowicze.   Tak   -  pracujË   w
kontrwywiadzie. Tak -  wykonujË  brudnNo  robotË. Tylko ?e ka?da robota jest
brudna, czysta  robota nie  istnieje.  Pan w swoich  powie?ciach przedstawia
pod?wiadomo?Ö,  swoje  s?awetne  libido,  no  a  ja  to  robiË inaczej...  O
szczegÕ?ach panu nie  opowiem, bo  nie mogË, zresztNo,  sam  pan siË  pewnie
wszystkiego  domy?la.  Tak,  ?ledzË  leprozorium,  nienawidzË  tych  mokrych
stworÕw, bojË siË ich - i nie tylko o siebie siË bojË, bojË siË o wszystkich
ludzi, ktÕrzy sNo co? warci. O pana na przyk?ad. Przecie? pan ni cholery nie
rozumie. Wolny artysta, cz?owiek  emocji, ach, och - i koniec  rozmowy. A tu
chodzi o losy systemu. Albo, je?eli pan woli -  o losy ludzko?ci. Nie podoba
siË  panu  prezydent  -   dyktator,  tyran,  idiota...  Ale  nadciNoga  taka
dyktatura,  jaka  siË  wam,  wolnym artystom,  nawet  nie ?ni?a.  Wczoraj  w
restauracji  nagada?em g?upstw, ale by?o w tym racjonalne  ziarno - cz?owiek
jest zwierzËciem  anarchistycznym, i anarchia go zniszczy, je?eli system nie
bËdzie wystarczajNoco mocny.  A wiËc  paÓskie  ulubione  mokrzaki proponujNo
takNo dyktaturË, ?e dla zwyk?ego cz?owieka po prostu nie bËdzie ju? miejsca.
Pan  my?li, ?e je?li  kto? cytuje  Zurtzmansora albo Hegla to hoho! Ale taki
cz?owiek  patrzy  na pana  i widzi jedno wielkie gÕwno,  i wcale mu pana nie
?al,  dlatego ?e i wed?ug Hegla jest pan gÕwnem i wed?ug Zurtzmansora  tak?e
gÕwnem.  GÕwnem zdefiniowanym.  A  to  co  siË znajduje  poza  granicami tej
definicji - ju? go nie  interesuje. Pan prezydent na skutek swego wrodzonego
ograniczenia - no, nawymy?la panu, no, w ostatecznym  wypadku ka?e posadziÖ,
ale  potem wypu?ci z  okazji  ?wiËta  narodowego i  pe?en najlepszych  uczuÖ
jeszcze zaprosi pana na obiad. Lecz Zurtzmansor  popatrzy na pana przez lupË
i  zakwalifikuje  - psie gÕwno nie nadajNoce siË  do  niczego -  i wnikliwie
kierowany wielkim  intelektem, przemy?leniami ?wiatowej filozofii, strzepnie
brudnNo ?cierkNo do wiadra na ?miecie i zapomni, ?e pan kiedy? istnia?...
     Wiktor a? przesta? je?Ö. To by?o dziwne widowisko, nieoczekiwane. Pawor
denerwowa? siË, wargi mu dr?a?y, z  twarzy odp?ynË?a krew, nawet  oddycha? z
trudem. Wyrañnie wierzy? w to co mÕwi?, w jego oczach zastyg?o przera?ajNoce
widmo straszliwego ?wiata. No, no powiedzia? do siebie Wiktor  ostrzegawczo.
To przecie? wrÕg,  oprawca. To przecie? aktor, prÕbuje ciË kupiÖ za  z?amany
szelNog... Nagle zrozumia?,  ?e ze wszystkich  si? stara  odepchnNoÖ  siË od
Pawora. To  przecie?  urzËdnik, nie zapominaj  o  tym. Z definicji  nie mo?e
kierowaÖ siË ideowymi pobudkami - kazano mu - no to pracuje jak umie.  Ka?No
mu  broniÖ mokrzakÕw  - bËdzie ich broniÖ. Znam te ?cierwa,  niejednego  ju?
widzia?em...
     Pawor wziNo? siË w gar?Ö i u?miechnNo?.
     - Wiem co pan my?li - powiedzia?. - Na paÓskiej twarzy widaÖ jak prÕbuj
e pan odgadnNoÖ - czego ten typ siË przyczepi?, czego ode  mnie chce. ProszË
wiËc sobie wyobraziÖ, ?e niczego od pana nie chcË. Po prostu szczerze pragnË
pana ostrzec, ?eby  pan siË zorientowa?  w  sytuacji i stanNo? po  w?a?ciwej
stronie... -  bole?ciwie wyszczerzy?  zËby.  - Nie chcË,  ?eby pan sta?  siË
zdrajcNo ludzko?ci. Potem ocknie siË  pan  - i bËdzie za pÕñno... Nie  mÕwiË
ju?  o tym, ?e w  ogÕle  powinien siË pan stNod wynie?Ö i przyszed?em tu, by
pana do tego namÕwiÖ.  NadchodzNo ciË?kie czasy, zwierzchno?Ö jest w stadium
s?u?bowej  gorliwo?ci,  niektÕrym  dano  do  zrozumienia,  ?e  niby  kiepsko
pracujecie, panowie, jakie?  nieporzNodki... Ale  to jeszcze drobiazg, o tym
jeszcze porozmawiamy. Ja  chcË,  ?eby pan zrozumia?  to, co najwa?niejsze. A
najwa?niejsze to nie to, co bËdzie jutro. Jutro oni jeszcze bËdNo siedzieÖ u
siebie za drutem kolczastym pod stra?No tych kretynÕw... - znowu wyszczerzy?
zËby. - Ale za jakie? dziesiËÖ lat...
     Wiktor ju? nie dowiedzia? siË, co bËdzie za dziesiËÖ lat. Drzwi otwar?y
siË  bez pukania i weszli dwaj w jednakowych szarych p?aszczach i Wiktor  od
razu wiedzia? co to za  jedni. Automatycznie ?cisnË?o go w  do?ku i pokornie
wsta?,  czujNoc  md?o?ci  i  bezsilno?Ö.  Ale  powiedziano  mu:  "SiadaÖ,  a
Faworowi": "WstaÖ".
     - Pawor Summan, jest pan aresztowany.
     Pawor, bia?y, nawet jako? niebieskawo bia?y jak odciNogane mleko, wsta?
i powiedzia? ochryple.
     - Nakaz.
     Pokazali mu jaki? papierek i kiedy patrzy? na ten ?wistek niewidzNocymi
oczami, ujËli go pod ?okcie, wyprowadzili i  zamknËli za sobNo drzwi. Wiktor
nadal  siedzia?  jakby wypuszczono  z  niego  powietrze, patrzy? na  miskË z
truskawkami  i powtarza?  sobie: "niech siË zagryzajNo wzajemnie,  niech siË
zagryzajNo..." WciNo? czeka? na odg?os zapuszczanego silnika na ulicy i stuk
drzwi, ale siË nie doczeka?. Wtedy zapali? i czujNoc, ?e ju? d?u?ej nie mo?e
tak  siedzieÖ,  czujNoc,  ?e  musi   z  kim?  porozmawiaÖ,  zapomnieÖ,  albo
ostatecznie napiÖ  siË  z  kim? wÕdki, wyszed?  na  korytarz. InteresujNoce,
skNod wiedzieli,  ?e on jest u mnie. Nie, to wcale  nie  jest interesujNoce.
Nic  interesujNocego w  tym nie  ma... Na klatce  schodowej majaczy?  wysoki
profesjonalista.  By?o  tak  niezwyczajnie  widzieÖ  go  samego,  ?e  Wiktor
obejrza? siË i rzeczywi?cie - w kNocie na kanapie siedzia? m?ody mË?czyzna z
teczkNo i rozk?ada? gazetË.
     -  A,  otÕ?  i on  - powiedzia?  wysoki.  M?ody mË?czyzna  spojrza?  na
Wiktora, wsta? i zaczai sk?adaÖ gazetË.  - W?a?nie wybiera?em  siË do pana -
powiedzia? wysoki. - Ale je?eli ju? tak  wysz?o, chodñmy  do nas, tam bËdzie
spokojniej.
     Wiktorowi by?o wszystko jedno dokNod pÕjdzie, wiËc pokornie powlÕk? siË
na drugie piËtro. Wysoki
     d?u?szNo chwilË otwiera? drzwi numer trzysta  dwana?cie. Mia?  ca?y pËk
kluczy  i  zdaje  siË,  wyprÕbowa? je  wszystkie. Tymczasem  Wiktor  i m?ody
cz?owiek  w  okularach stali  obok  siebie,  i  m?ody  cz?owiek  mia? bardzo
znudzony wyraz twarzy, Wiktor  za? zastanawia?  siË,  co by siË sta?o, gdyby
daÖ  mu  teraz w  ?eb. wyrwaÖ teczkË  i pobiec korytarzem.  Potem  weszli do
?rodka i m?ody  cz?owiek natychmiast wyszed? do sypialni po lewej stronie, a
wysoki  powiedzia? do  Wiktora: "ChwileczkË" i oddali? siË  do  sypialni  po
prawej stronie.  Wiktor usiad? przy  stole ze szlachetnego  drewna i zaczNo?
wodziÖ  palcem  po szorstkich  kÕ?kach  pozostawionych  na  politurze  przez
szklanki i kieliszki. KrNo?kÕw  by?o mnÕstwo, ze sto?em nikt siË nie cacka?,
nie zwracano uwagi na szlachetne drewno, k?adziono na nim zapalone papierosy
i  co najmniej raz strzNo?niËto atrament z  piÕra. Potem ze swojej  sypialni
wyszed?  m?ody  cz?owiek  -  tym  razem bez  teczki i  marynarki, w domowych
kapciach,  z gazetNo  w  jednej rËce i pe?nNo szklankNo w drugiej. Usiad?  w
swoim fotelu pod lampNo i natychmiast ze swojej  sypialni pojawi? siË wysoki
z tacNo, ktÕrNo postawi?  na stole. Na tacy sta?a zaczËta butelka szkockiej,
szklanka i le?a?o spore, kwadratowe pude?ko.
     -  Najpierw  formalno?ci - powiedzia? wysoki.  -  Chocia? nie, najpierw
druga szklanka - rozejrza? siË, wziNo?  z biurka szklany kubeczek na o?Õwki,
zajrza?  do niego, wytrzNosnNo?,  dmuchnNo? i postawi?  na  tacy.  - A  wiËc
formalno?ci - powtÕrzy?.
     Wyprostowa?  siË, stanNo? w  postawie  zasadniczej i  surowo wyba?uszy?
oczy. M?ody cz?owiek od?o?y? gazetË, wsta? rÕwnie?, ze znudzeniem patrzNoc w
?cianË. Wtedy Wiktor podniÕs? siË rÕwnie?.
     -  Wiktorze Baniew!  -  przemÕwi? wysoki urzËdowo  wznios?ym  tonem.  -
Szanowny  panie! W imieniu i na specjalne  polecenie  pana  prezydenta,  mam
zaszczyt wrËczyÖ panu medal "Srebrnej Koniczyny drugiej  klasy" w nagrodË za
szczegÕlne us?ugi okazane departamentowi, ktÕry mam honor tu reprezentowaÖ!
     Otworzy? granatowe pude?ko,  uroczy?cie wyjNo? z  niego medal na bia?ej
wstNo?eczce z mory  i zaczNo? przypinaÖ go do piersi Wiktora. M?ody cz?owiek
zareagowa?   grzecznymi   oklaskami.   NastËpnie  wysoki  wrËczy?  Wiktorowi
legitymacjË i pude?ko, u?cisnNo? mu d?oÓ, cofnNo? siË o krok, przez chwilË z
zachwytem  kontemplowa?  i  te?  zaklaska?. Wiktor,  czujNoc siË jak idiota,
rÕwnie? zaczNo? klaskaÖ.
     - A teraz trzeba to oblaÖ - oznajmi? wysoki
     Wszyscy usiedli. Wysoki rozla? whisky, sobie wziNo? kubeczek na o?Õwki.
     - Zdrowie kawalera "Koniczyny"! - powiedzia?.
     Wszyscy ponownie wstali, wymienili u?miechy,  wypili  i  znowu usiedli.
M?ody cz?owiek w okularach natychmiast wziNo? gazetË i zas?oni? siË niNo.
     - Trzeciej  klasy, zdaje  siË, ju? pan ma  - rzek? wysoki.  Teraz tylko
jeszcze pierwsza i bËdzie  pan pe?nym  kawalerem. Bezp?atne  przejazdy i tak
dalej. Za co panu dali ten pierwszy?
     - Nie pamiËtam - odpar? Wiktor. - Co? tam by?o, pewnie zabi?em kogo?...
A, przypomnia?em sobie. To za kitchegaÓski przyczÕ?ek.
     - O! - rzuci? wysoki i znowu rozla? whisky. - A ja na wojnie nie by?em.
Nie zdNo?y?em.
     -  Mia? pan  szczË?cie -  stwierdzi? Wiktor.  Wypili. - MÕwiNoc  miËdzy
nami, nie mam pojËcia za co dosta?em ten medal.
     - Przecie? powiedzia?em - za szczegÕlne zas?ugi.
     - Za Summana, czy jak? - zapyta? Wiktor, u?miechajNoc siË gorzko.
     -  Niech pan  przestanie! - rzek? wysoki.  -  Jest  pan przecie? wa?nNo
osobisto?ciNo, przecie? tam, w ko?ach. .. - niejasno pomacha?  rËkNo dooko?a
ucha.
     - W jakich znowu ko?ach... - powiedzia? Wiktor.
     - Wiemy, wiemy!  - figlarnie zawo?a? wysoki.  - Wszyscy  wiemy. Genera?
Pferd, genera? Pukki, pu?kownik Bambarcha... Brawo.
     - Pierwszy raz s?yszË - odpar? Wiktor nerwowo.
     -  RozpoczNo?  sprawË  pu?kownik.  Nikt,  jak  pan  sam  rozumie,   nie
protestowa?  -  ja  my?lË!  No,  a  potem  genera? Pferd  by? z  raportem  u
prezydenta i podsunNo?  mu  wniosek  na pana...  -  Wysoki roze?mia? siË.  -
Podobno  by?o niez?e  kino.  Stary wrzeszcza?: "Jaki Baniew?  Kuplecista? Za
nic!" Ale genera? do niego,  tak surowo:  "Trzeba tak, wasza magnificencjo!"
S?owem uda?o siË. Staruszek  nawet siË wzruszy?, dobra, powiada, przebaczam.
Co tam miËdzy wami zasz?o?
     - Nic takiego  - niechËtnie  odpowiedzia? Wiktor. - Posprzeczali?my siË
na temat literatury.
     - Rzeczywi?cie pisze pan ksiNo?ki? - zapyta? wysoki.
     - Tak. Jak pu?kownik Lawrence.
     - I jak, przyzwoicie p?acNo?
     - Te?  bËdË  chyba  musia? sprÕbowaÖ -  oznajmi?  wysoki. -  Tylko,  ?e
ciNogle nie mam czasu. To jedno, to drugie...
     -  Tak, czasu brakuje  - zgodzi?  siË Wiktor.  Przy ka?dym ruchu  medal
kiwa? siË i stuka? po  ?ebrach. Wra?enie by?o takie, jak przy  kataplazmach.
?e jak siË zdejmie, od razu bËdzie l?ej. - Wie pan - rzek? wstajNoc - ja ju?
sobie pÕjdË. Najwy?szy czas. Najwy?szy czas.
     Wysoki natychmiast siË poderwa?.
     - Do widzenia - powiedzia?.
     - Do widzenia.
     -  Mam honor po?egnaÖ - sk?oni? siË wysoki. M?ody  cz?owiek w okularach
opu?ci? gazetË i sk?oni? siË.
     Wiktor  wyszed? na korytarz i natychmiast  zdar?  z  siebie medal. Mia?
okropnNo ochotË  wrzuciÖ  go do  kosza na  ?miecie, ale  siË  powstrzyma?  i
wsadzi? go do kieszeni. Zszed?  na  dÕ?  do kuchni, wziNo?  butelkË d?inu, a
kiedy wraca?, recepcjonista oznajmi?:
     - Panie Baniew, dzwoni? do pana pan burmistrz. Nie by?o pana w pokoju i
ja...
     - Czego chcia?? - ponuro zapyta? Wiktor.
     -  Prosi?, ?eby  pan  do niego  niezw?ocznie  zadzwoni?.  Idzie pan  do
siebie? Je?eli pan burmistrz zadzwoni jeszcze raz...
     - ProszË mu powiedzieÖ, ?eby  mnie poca?owa? w dupË -  odpar? Wiktor. -
Teraz wy?NoczË u siebie telefon,  a je?eli on zadzwoni proszË mu w?a?nie tak
powtÕrzyÖ: pan  Baniew, kawaler Koniczyny drugiej klasy proponuje, ?eby pan,
panie burmistrzu, poca?owa? go w dupË.
     ZamknNo? siË w  swoim  pokoju,  wy?Noczy? telefon i z  jakiego?  powodu
przykry?  go poduszkNo. Potem usiad?  przy swoim  stole, nala?  d?inu  i nie
rozwadniajNoc go, wypi?  duszkiem  ca?No szklankË.  D?in  sparzy?  gard?o  i
prze?yk.  Wtedy  z?apa? ?y?kË  i zaczNo? zjadaÖ truskawki  ze ?mietankNo nie
wiedzNoc co robi. Mam dosyÖ,  mam dosyÖ, my?la?. Nic nie  chcË, ani orderÕw,
ani  honorariÕw, ani waszej  ja?mu?ny, nie  potrzeba  mi  waszej opieki, ani
waszej  nienawi?ci, ani waszej  mi?o?ci, zostawcie  mnie samego, mam po uszy
siebie samego, nie wplNotujcie mnie w wasze afery.... ?cisnNo? rËkami g?owË,
?eby nie widzieÖ przed sobNo sinawobia?ej twarzy Pawora i tych bezbarwnych i
bezlitosnych pyskÕw  w jednakowych p?aszczach. Genera? Pferd z wami, genera?
Buttock,  genera?  Arschmann  razem  z  waszymi  u?ciskami   i  orderami,  i
Zurtzmansor z  odklejonNo  twarzNo...  WciNo?  prÕbowa?  zrozumieÖ, co mu to
przypomina. Wypi? jeszcze pÕ? szklanki  i zrozumia?, ?e w  konwulsjach zwija
siË na dnie okopu, a ziemia  wywraca  siË pod nim, ca?e warstwy geologiczne,
gigantyczne masy granitu,  bazaltu, lawy wypierajNo siË wzajemnie, jËczNoc z
wysi?ku  wypuczajNo siË, wybrzuszajNo i przy okazji,  nie zwracajNoc  uwagi,
wyciskajNo  go  na  gÕrË,  coraz  wy?ej, wyduszajNo z  okopu,  wznoszNo  nad
ziemiNo, a czasy sNo ciË?kie,  w?adza ma atak s?u?bowej gorliwo?ci, zwrÕcono
uwagË,  ?e kiepsko pracujecie, a on tu na  widoku,  goluteÓki zas?ania  oczy
rËkami, wypchniËty  z  okopu. Opa?Ö by na dno, my?la?. Opa?Ö by na samo dno,
?eby  nikt  nie s?ysza?  i nie widzia?. Opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna  i
kto? mu podpowiedzia?: uciec  radarom. Tak,  tak. Opa?Ö by na  dno jak  ?Õdñ
podwodna, uciec radarom. I nikomu nie daÖ znaÖ o sobie. Nie ma mnie, nie ma.
MilczË. Sami siË wygrzebujcie. Bo?e, dlaczego w ?aden sposÕb nie mogË zostaÖ
cynikiem? Opa?Ö  by na dno  jak  ?Õdñ podwodna, uciec radarom, le?eÖ i spaÖ.
Opa?Ö by  na dno jak ?Õdñ podwodna, powtarza?, swoich  sygna?Õw  nigdzie nie
s?aÖ. Poczu? ju?  rytm, i  od razu  przysz?o:  do?Ö  mam po uszy, po  czubek
g?owy.  Wszystko  mi  zbrzyd?o.  Zbrzyd?o  mi  do dna... Nadal sobie d?inu i
wypi?. WÕdka, gitara,  muzyka,  pie?Ó,  opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna...
Gdzie  jest banjo,  pomy?la?.  Gdzie ja  podzia?em banjo? Wlaz? pod ?Õ?ko  i
wyciNognNo? banjo.  Mam  was wszystkich  gdzie?,  pomy?la?. Och, do  jakiego
stopnia mam was  gdzie?! Opa?Ö by  na dno jak ?Õdñ podwodna, uciec  radarom.
Rytmicznie uderza? po strunach i w tym rytmie poczNotkowo  stÕ?, a nastËpnie
ca?y ?wiat  zaczai przytupywaÖ i poruszaÖ ramionami.  Wszyscy  genera?owie i
pu?kownicy,  wszyscy  mokrzy  ludzie  z  odpadajNocymi  twarzami,  wszystkie
departamenty  bezpieczeÓstwa,  wszyscy  prezydenci  i Pawor Summan,  ktÕremu
wykrËcano rËce i bito  po mordzie... Do?Ö mam po uszy, po czubek g?owy, Bo?e
jak ja mam serdecznie do?Ö, wÕdka, gitara, muzyka, pie?Ó. Opa?Ö by  na  dno,
opa?Ö by na  dno... Uciec radarom, le?eÖ  i spaÖ... ?Õdñ podwodna... i wypiÖ
do dna i do ostatka... ?agier nie matka.

     *

     Do drzwi  ju?  od  dawna kto? puka?  coraz g?o?niej i g?o?niej i Wiktor
wreszcie us?ysza?,  ale siË  nie przestraszy?,  dlatego ?e  to nie  by?o  TO
pukanie. Zwyczajne,  cieszNoce uszy pukanie normalnego cz?owieka,  ktÕry siË
z?o?ci, ?e mu nie otwierajNo. Wiktor otworzy? drzwi. To by? Golem.
     - Weso?o panu? - zapyta?. - Pawora aresztowano.
     -  Wiem,  wiem  -  odpowiedzia?  weso?o Wiktor.  -  Niech  pan siada  i
s?ucha... Golem nie usiad?, ale Wiktor i tak uderzy? w struny i za?piewa?:
     Do?Ö mam po  uszy,  po czubek g?owy, Bo?e, jak ja mam serdecznie  do?Ö,
Opa?Ö by na dno, jak ?Õdñ podwodna, Wszystkim radarom uciec na z?o?Ö.
     - Dalej  jeszcze nie  mam. - krzyknNo?. - Dalej  bËdzie kac, spaÖ, piÖ,
nic, do ostatka, lagier - nie matka... A potem - niech pan s?ucha:
     Kurwa, czy wÕdka, nic nie pomog?o. Kurwa paskuda, po  wÕdce kac.  Opa?Ö
by na dno jak ?Õdñ podwodna, Uciec radarom, le?eÖ i spaÖ.
     Wszystko mi zbrzyd?o, zbrzyd?o mi do dna. WÕdka, gitara, muzyka, pie?Ó.
Opa?Ö by na dno jak ?Õdñ podwodna, Opa?Ö by na dno i mieÖ to gdzie?.
     - Koniec! - krzyknNo? i  rzuci?  banjo na  ?Õ?ko. Poczu? ogromnNo ulgË,
jak gdyby co? siË zmieni?o, jakby  nagle sta? siË bardzo potrzebny, tam  nad
okopem na oczach wszystkich - oderwa? d?onie od zmru?onych oczu, spojrza? na
szare,  brudne  pole, na  zardzewia?y  drut kolczasty, szare  tobo?y,  ktÕre
niedawno  by?y  ludñmi,  niemrawNo,  monotonnNo  krzNotaninË, ktÕrNo  kiedy?
nazywano ?yciem  i ze wszystkich stron  ludzie zaczËli wstawaÖ z okopu, kto?
cofnNo? palec ze spustu...
     - ZazdroszczË panu - powiedzia?  Golem. - Ale czy  nie czas usiNo?Ö  do
artyku?u?
     - Mowy nie ma - odrzek? Wiktor. - Pan mnie jeszcze nie zna, Golem - mam
ich  wszystkich gdzie?.  I  niech pan wreszcie  usiNodzie do diab?a!  Jestem
pijany, i, i  niech siË pan te? napije. ProszË siË rozebraÖ... Niech siË pan
rozbiera, do kogo mÕwiË! - wrzasnNo?. - I siada! Tu jest szklanka, niech pan
pije!  Nic pan  nie rozumie, chocia?  jest  pan prorokiem.  A ja  na to  nie
pozwolË. Nie rozumieÖ  -  to moja  prerogatywa. Na tym ?wiecie wszyscy  zbyt
dobrze wszystko rozumiejNo - co byÖ powinno, co jest i co bËdzie, i ogromnie
brakuje ludzi, ktÕrzy  nie rozumiejNo. Zastanawia?  siË pan kiedy?,  na czym
polega moja warto?Ö? Tylko na tym, ?e nie rozumiem. Ods?aniajNoc przede mnNo
ol?niewajNoce perspektywy  - ale  ja mÕwiË, nie,  nic z  tego nie  rozumiem.
Og?upiajNo mnie teoriami uproszczonymi do  granic mo?liwo?ci - ale ja mÕwiË,
nie, nadal nic nie rozumiem... W?a?nie dlatego jestem  potrzebny... Chce pan
truskawek?  Chocia?  zdaje siË,  ?e  ju?  wszystkie zjad?em. W  takim  razie
zapalimy sobie...
     Wsta?  i  przespacerowa?  siË  po pokoju. Golem  ze  szklankNo  w  rËku
obserwowa? go nie odwracajNoc g?owy.
     -   To  zdumiewajNocy  paradoks,  Golem.  By?y  czasy,  kiedy  wszystko
rozumia?em. Mia?em szesna?cie lat, by?em starszym rycerzem Legii, rozumia?em
absolutnie wszystko i na nic  nikomu nie by?em potrzebny! W jakiej? bijatyce
rozwalono mi g?owË, miesiNoc przele?a?em w szpitalu, a wszystko sz?o  swojNo
kolejNo  - Legia  zwyciËsko  maszerowa?a  naprzÕd  beze  mnie, pan prezydent
nieub?aganie  stawa?  siË  panem  prezydentem  -  tak?e beze  mnie.  Wszyscy
?wietnie obchodzili siË beze mnie. Potem to samo powtÕrzy?o siË  na  wojnie.
By?em  oficerem,   dostawa?em  ordery  i   naturalnie  wszystko  rozumia?em.
Przestrzelono  mi   pier?,  trafi?em  do  szpitala  -  no  i  co,  czy  kto?
zainteresowa?  siË,  gdzie jest Baniew, co siË  sta?o z  Baniewem, gdzie siË
podzia? nasz  odwa?ny, wszystko rozumiejNocy Baniew? Takiego wa?a! Ale za to
kiedy przesta?em rozumieÖ  cokolwiek  -  o,  wtedy  wszystko  siË  zmieni?o.
Wszystkie  gazety mnie  zauwa?y?y.  Wszystkie  departamenty.  Pan  prezydent
osobi?cie zaszczyci?... No? Wyobra?a pan sobie, jaka to rzadko?Ö - cz?owiek,
ktÕry nie rozumie! Wszyscy go  znajNo, troszczNo  siË o niego genera?owie  i
pokÕj... e - e... pu?kownicy, jest okropnie potrzebny  mokrzakom, uwa?a siË,
?e to jest kto?, koszmar! Dlaczego?  A dlatego, panowie, ?e nic nie rozumie.
- Wiktor usiad?. - Bardzo jestem pijany? - zapyta?.
     - Owszem - powiedzia? Golem. - Ale to niewa?ne, niech pan mÕwi dalej.
     Wiktor roz?o?y? rËce.
     - To ju? wszystko - oznajmi? przepraszajNoco. - Wyczerpa?em siË... Mo?e
za?piewaÖ panu?
     - Niech pan ?piewa - zgodzi? siË Golem.
     Wiktor wziNo?  banjo i  zaczai  ?piewaÖ.  Za?piewa? "PiosenkË dzielnych
?o?nierzy", potem "Uratowanych ludzi", potem "O pastuchu, ktÕremu  byk wybi?
jedno oko i ktÕry dlatego  poszed?  na zielonNo  paÓstwowNo  granicË", potem
"Do?Ö mam po uszy", potem "Miasto obojËtnych", potem o prawdzie i k?amstwie,
potem znowu "Do?Ö mam po  uszy", potem hymn paÓstwowy na melodiË "Ach, co za
nÕ?ki", ale zapomnia? s?Õw, pomyli? zwrotki i od?o?y? banjo.
     - Znowu wyczerpa?em siË -  oznajmi? ze smutkiem. - WiËc powiada pan, ?e
aresztowano Pawora?  A ja o tym  wiem. Siedzia? akurat u mnie, tam gdzie pan
siedzi...  Czy pan wie, co on chcia? powiedzieÖ,  tylko  nie  zdNo?y?? ?e za
dziesiËÖ lat mokrzaki opanujNo kulË ziemskNo i wszystkich nas zlikwidujNo. A
co pan sadzi?
     - Raczej wNotpiË - powiedzia? Golem. - ZresztNo, po  co nas likwidowaÖ?
Sami siË wzajemnie zlikwidujemy.
     - A mokrzaki?
     - ByÖ mo?e nie pozwolNo nam siË zlikwidowaÖ... Trudno powiedzieÖ.
     - A  byÖ mo?e jeszcze pomogNo? - rzek? Wiktor z pijackim  u?miechem.  -
Przecie?  my  nawet zabijaÖ nie  umiemy. DziesiËÖ tysiËcy lat wybijamy siË i
rezultaty wciNo?  sNo  nie najlepsze... ProszË  pos?uchaÖ,  Golem, po co pan
mnie ok?amywa? opowiadajNoc o ich leczeniu? Oni wcale  nie  sNo chorzy,  sNo
zdrowsi od nas, tylko nie wiadomo dlaczego ?Õ?ci...
     - Hm - mruknNo? Golem. - SkNod ma  pan takie  informacje? Nic o tym nie
wiem.
     - Dobra,  dobra,  wiËcej mnie  pan nie oszuka. Rozmawia?em  z ?ur,.,  z
Zu...  Zurtzmansorem.  Wszystko mi opowiedzia? - tajny  instytut... za?o?yli
opaski w celu zachowania... Wie pan, Golem, oni tam u was wyobra?ajNo sobie,
?e mogNo manipulowaÖ genera?em Pferdem bezgranicznie d?ugo. Ale tak naprawdË
- to sNo kacyki na  piËtna?cie  minut. Genera? ze?re ich razem z  opaskami i
rËkawiczkami, kiedy siË przeg?odzi... Fu, do diab?a, ale? ja jestem pijany -
wszystko p?ynie...
     TrochË jednak  udawa?. Wyrañnie  widzia?  przed  sobNo grubo  ciosanNo,
szarawNo twarz i maleÓkie, niezwykle czujne oczka.
     - I Zurtzmansor powiedzia? panu, ?e jest zdrowy?
     - Tak - oznajmi? Wiktor. - ZresztNo nie pamiËtam... Raczej chyba nie...
Ale i tak przecie? widaÖ. Golem poskroba? podbrÕdek krawËdziNo szklanki.
     - Szkoda, ?e pan jest pijany - rzeki. - ZresztNo, mo?e to i lepiej. Mam
dzisiaj nastrÕj. Chce pan, ?ebym  opowiedzia? wszystko czego siË domy?lam  i
co wiem o mokrzakach?
     -  Niech  pan mÕwi  -  zgodzi?  siË  Wiktor.  - Tylko proszË wiËcej nie
k?amaÖ.
     - Choroba okularnicza  - powiedzia?  Golem  -  to  bardzo interesujNoca
rzecz. Czy wie pan kogo atakuje ta choroba? - zamilk?.  - Nie, nic panu  nie
opowiem.
     - E tam - odpar? Wiktor. - Przecie? pan ju? zaczNo?.
     -  Jestem g?upi,  dlatego  zaczNo?em -  stwierdzi? Golem.  Spojrza?  na
Wiktora i u?miechnNo? siË. - ProszË o pytania - powiedzia?. - Je?eli pytania
bËdNo g?upie,  z przyjemno?ciNo na nie odpowiem... Niech pan zaczyna, bo siË
znowu rozmy?lË.
     Kto? zapuka? do drzwi.
     - WynosiÖ siË do diab?a! - wrzasnNo? Wiktor. - Jestem zajËty!
     - Przepraszam panie Baniew - odezwa? siË nie?mia?y  g?os recepcjonisty.
- Ale dzwoni paÓska ma??onka.
     - K?amstwo!  Nie  mam ?adnej  ma??onki.. ZresztNo, pardon. Zapomnia?em.
Dobra, zaraz do niej zadzwoniË, dziËkujË - z?apa? szklankË, nala? po brzegi,
wrËczy? Goleniowi i rzek? - ProszË piÖ i nie my?leÖ o niczym. Ja zaraz.
     W?Noczy? telefon i nakrËci? numer Loli. Lola rozmawia?a bardzo sucho  -
daruj, ?e ci  przeszkadzam,  ale mam zamiar  jechaÖ  do Irmy,  mo?e bËdziesz
?askaw siË przy?NoczyÖ.
     - Nie - odpowiedzia? Wiktor. - Nie bËdË ?askaw. Jestem zajËty.
     -  Pomimo wszystko ona jest  rÕwnie? twojNo  cÕrkNo!  Czy?by? upad? tak
nisko..
     - Jestem zajËty! - ryknNo? Wiktor.
     - Nie wzruszajNo ciË losy twojej, cÕrki?
     - PrzestaÓ udawaÖ idiotkË - powiedzia? Wiktor. - Zdaje siË, ?e chcia?a?
pozbyÖ siË Irmy. Pozby?a? siË. Czego ci jeszcze trzeba?
     Lola zaczË?a p?akaÖ.
     - PrzestaÓ  -  rzek?  Wiktor krzywiNoc siË.  -  Irmie  jest tam dobrze.
Lepiej ni? na najlepszej pensji. Jedñ i sama siË przekonaj.
     -  Ordynarna,  bezduszna,  egoistyczna  ?winia  -  o?wiadczy?a  Lola  i
od?o?y?a s?uchawkË. Wiktor zaklNo? szeptem, znowu wy?Noczy? telefon i wrÕci?
do sto?u.
     -  Niech pan pos?ucha, Golem  - powiedzia?. - Co  wy tam wyprawiacie  z
moimi dzieÖmi? Je?li przygotowujecie sobie zmianË, to ja siË nie zgadzam.
     - JakNo zmianË?
     - No, jakNo... W?a?nie pytam pana - jakNo?
     - O ile mi wiadomo - odpar? Golem. - Dzieci sNo bardzo zadowolone.
     -  To  nic nie znaczy... I bez pana wiem, ?e sNo zadowolone. Ale co one
tam robiNo?
     - Kto?
     - Dzieci.
     - A czy one panu nie powiedzia?y?
     - Jak mi mog?y cokolwiek powiedzieÖ, je?eli ja jestem tu, a one tam?
     - One budujNo nowy ?wiat - rzek? Golem.
     - A... Tak, to mi powiedzia?y. Ale  to przecie? tylko tak, filozofia...
Znowu mnie  pan  ok?amuje,  Golem  !  Jaki  mo?e  byÖ nowy  ?wiat za  drutem
kolczastym? Nowy  ?wiat  pod  komendNo genera?a  Pferda!  A je?eli  one  siË
zara?No?
     - Czym? - zapyta? Golem.
     - ChorobNo okularniczNo, oczywi?cie!
     -  Po  raz  szÕsty  powtarzam  panu,  ?e  choroby  genetyczne  nie  sNo
zarañliwe!
     - SzÕsty, szÕsty... - wymamrota? Wiktor utraciwszy wNotek. - A co to  w
ogÕle takiego  ta  choroba okularnicza?  Co  przy  niej  boli?  Mo?e  to te?
tajemnica?
     - Nie, to by?o wszËdzie publikowane.
     -  No  to  niech  pan  opowie  -  zaproponowa?  Wiktor.  -  Tylko   bez
terminologii.
     -  W  pierwszym  okresie  -  zmiany  na   skÕrze.  Pryszcze,  pËcherze,
szczegÕlnie na rËkach i nogach... czasami - ropiejNoce wrzody...
     - Niech pan pos?ucha, Golem, czy to w ogÕle jest wa?ne?
     - W jakim sensie?
     - Dla istoty rzeczy.
     - Dla istoty - nie - odpar? Golem. - My?la?em, ?e to interesujNoce.
     - Ja chcË zrozumieÖ istotË! - o?wiadczy? Wiktor dociekliwie.
     - Ale istoty pan nie zrozumie - powiedzia? Golem nieco podnoszNoc g?os.
     - Dlaczego?
     - Po pierwsze dlatego, ?e jest pan pijany...
     - To jeszcze nie powÕd - rzek? Wiktor.
     - A po drugie dlatego, ?e tego w ogÕle nie da siË wyt?umaczyÖ.
     - Tak nigdy nie jest  - o?wiadczy? Wiktor. - Pan mi  po prostu nie chce
powiedzieÖ.  Ale   nie  mam  ?alu.  Tajemnica  s?u?bowa,  rozpowszechnianie,
trybuna? wojskowy... Pawora na przyk?ad zabrali...  BÕg  z  panem. Tylko nie
rozumiem, dlaczego dziecko ma budowaÖ nowy ?wiat w leprozorium. Czy nie by?o
innego miejsca?
     -  Nie by?o -  odpar?  Golem.  - W leprozorium mieszkajNo architekci. I
kierownicy robÕt.
     - Z  automatami -  stwierdzi?  Wiktor.  - Widzia?em.  Nic nie rozumiem.
KtÕry? z was k?amie. Albo pan, albo Zurtzmansor.
     - Oczywi?cie, ?e Zurtzmansor - odpowiedzia? Golem z zimnNo krwiNo.
     - A byÖ mo?e k?amiecie  obydwaj. Ale ja wierzË wam obu, dlatego, ?e co?
w  was  jest...  Niech  pan  mi  tylko powie, Golem,  czego  oni  chcNo? Ale
uczciwie.
     - SzczË?cia - powiedzia? Golem.
     - Dla kogo? Dla siebie?
     - Nie tylko.
     - A czyim kosztem?
     - Dla nich takie pytanie nie ma sensu - powoli odrzek? Golem. - Kosztem
trawy, kosztem ob?okÕw, kosztem p?ynNocej wody... kosztem gwiazd.
     - Dok?adnie tak jak my - stwierdzi? Wiktor.
     - No nie - zaprotestowa? Golem. - Zupe?nie inaczej.
     - Dlaczego? My te?...
     - Nie, dlatego, ?e my wydeptujemy trawË, rozpraszamy ob?oki, spiËtrzamy
wodË... Zrozumia? mnie pan zbyt dos?ownie, a to by?a analogia.
     - Nie rozumiem - odrzek? Wiktor.
     - Uprzedza?em pana. Sam rozumiem bardzo niewiele, ale siË domy?lam.
     - A czy jest kto?, kto rozumie?
     -  Nie  wiem. Raczej  wNotpiË. ByÖ mo?e dzieci... Ale  nawet one je?eli
rozumiejNo, to po swojemu. Bardzo po swojemu.
     Wiktor wziNo? banjo i trNoci? struny.  Palce siË  nie s?ucha?y. Po?o?y?
banjo na stole.
     -  Golem  - rzek?.  -  Jest pan  komunistNo. Co  u  diab?a  robi pan  w
leprozorium?  Dlaczego pan nie jest  na barykadzie? Dlaczego nie  na  wiecu?
Moskwa nie bËdzie z pana zadowolona.
     - Ja jestem architektem - spokojnie odpar? Golem.
     - Jaki tam z pana architekt, je?li  pan  ni cholery nie  rozumie?  I  w
ogÕle  niech  mi  pan przestanie robiÖ wodË z mÕzgu.  Przez  godzinË  bijemy
pianË, a co mi pan powiedzia?? Pije pan mÕj d?in i mNoci mi w g?owie. Wstyd,
Golem. I do tego k?amie pan jak najËty.
     - ?e jak  najËty,  to  przesada -  odpowiedzia?  Golem.  - Chocia?  nie
powiem, ?e nie. Oni nie miewajNo ropiejNocych wrzodÕw.
     - Niech pan mi odda szklankË - za?Noda? Wiktor. -  Ju? pan siË napi?  -
nala? sobie  z butelki  i wypi?.  -  Diabli pana  wiedzNo, Golem.  Po co  to
wszystko? Dlaczego pan  krËci?  Je?li mo?e  pan  opowiedzieÖ,  to  niech pan
opowie, a je?eli to tajemnica - to po co by?o zaczynaÖ?
     -  Wyja?nienie  jest bardzo  proste  -  oznajmi?  niefrasobliwie  Golem
wyciNogajNoc nogi. - Przecie? jestem prorokiem, sam pan mnie tak przezwa?. A
wszyscy prorocy  sNo w takiej samej sytuacji  - i du?o  wiedzNo, i chcieliby
opowiedzieÖ,  podzieliÖ siË informacjNo w mi?ym towarzystwie, pochwaliÖ siË,
?eby  przydaÖ  sobie  powagi.  Ale kiedy  zaczynajNo opowiadaÖ, pojawia  siË
dziwne uczucie niewygody,  niezrËczno?ci... WiËc zaczynajNo wibrowaÖ tak jak
Pan BÕg, kiedy zadano mu pytanie w sprawie kamienia.
     -  Jak  pan sobie ?yczy - powiedzia? Wiktor.  - PojadË do leprozorium i
wszystkiego dowiem siË bez pana. No, proszË mi co? podpowiedzieÖ...
     Obserwowa? z ciekawo?ciNo  jak traci w?adzË w rËkach i nogach i my?la?,
?e dobrze by?oby wypiÖ jeszcze jednNo szklankË do kompletu, uwaliÖ siË spaÖ,
a potem  obudziÖ siË i  pojechaÖ do Diany. Wszystko  w?a?ciwie zapowiada siË
nie najgorzej. W ogÕle  nie  jest najgorzej. Wyobrazi?  sobie,  jak za?piewa
Dianie  o  ?odzi  podwodnej i zrobi?o  mu  siË zupe?nie dobrze. WziNo? mokre
wios?o, ktÕre le?a?o  na  rufie, odepchnNo? siË  od brzegu i  ?ÕdkNo od razu
zako?ysa?o.  Nie by?o  ?adnego  deszczu, czerwono  zachodzi?o  s?oÓce,  wiËc
pop?ynNo?  prosto ku s?oÓcu, a wios?a odskakiwa?y od grzbietÕw fal. Opa?Ö by
na dno... Zapewne by opad?, ale by?o mu jako? g?upio, dlatego, ?e  nad uchem
leniwie bucza? g?os Golenia:
     - .. .Oni  sNo bardzo m?odzi,  wszystko przed nimi,  a przed nami tylko
oni. Rzecz jasna, ?e cz?owiek opanuje Wszech?wiat, ale nie bËdzie to rumiany
- , umiË?niony atleta, i oczywi?cie cz?owiek poradzi sobie sam ze sobNo, ale
najpierw przemieni  siebie.  Natura nie oszukuje,  dotrzyma swoich obietnic,
ale nie tak jak my?leli?my, i czËsto nie tak jak by?my chcieli.
     Zurtzmansor, ktÕry  siedzia? na dziobie ?odzi, odwrÕci? g?owË, a  wtedy
okaza?o siË, ?e w ogÕle nie ma twarzy, twarz trzyma? w rËku i twarz patrzy?a
na  Wiktora - sympatyczna  twarz,  uczciwa, ale  robi?o siË niedobrze na jej
widok, a Golem siË nie odczepia?, wciNo? bucza?...
     - Niech  pan siË k?adzie spaÖ - wymamrota? Wiktor, wyciNogajNoc siË  na
dnie ?odzi. WrËgi  wciska?y mu siË w boki, by?o bardzo niewygodnie, ale  tak
okropnie chcia?o mu siË spaÖ. - Niech pan siË k?adzie spaÖ, Golem...
     Kiedy siË obudzi?, stwierdzi?,  ?e le?y w ?Õ?ku. By?o ciemno, a w szyby
bËbni?  drobny  deszcz.  Wiktor z trudem  wyciNognNo? rËkË  w  stronË nocnej
lampki, ale palce trafi?y  na zimnNo,  g?adkNo ?cianË.  Dziwne,  pomy?la?. A
gdzie  Diana?  Czy?by  nie by?  w sanatorium? SprÕbowa?  oblizaÖ wargi,  ale
gruby, chropawy jËzyk nie us?ucha? go.  Strasznie chcia?o mu siË  paliÖ, ale
paliÖ nie wolno by?o w  ?adnym wypadku... Aha, w?a?ciwie to chce mi siË piÖ.
"Diana!" -  zawo?a?. Prawda, to  nie sanatorium. W sanatorium lampka jest po
prawej, a  tu  po prawej ?ciana... Ale? to mÕj pokÕj w hotelu! - pomy?la?  z
entuzjazmem. Jak ja tu trafi?em? Le?a? pod ko?drNo w  samej bieliñnie. Jako?
nie pamiËtam,  ?ebym siË rozbiera?,  pomy?la?. Kto?  mnie rozebra?. Chocia?,
mo?e  jednak rozebra?em siË sam. Je?li  mam  buty, to rozbiera?em siË sam...
potar? nogNo o  nogË.  Aha, jestem  bosy. O do diab?a, rËce  swËdzNo, jakie?
bNoble, zapluskwiony hotel. WyprowadzË siË. A dokNod p?ynNo?em ?ÕdkNo?... A,
to ten Pawor napu?ci?  pluskiew... Nagle przypomnia? sobie  Pawora i usiad?,
zemdli?o  go  i  znowu  po?o?y? siË  na  wznak.  Jednak  dawno siË  tak  nie
uchla?em... Pawor... "Srebrna Koniczyna"... Kiedy to by?o? Wczoraj? Skrzywi?
siË i  zaczNo? drapaÖ siË w  lewNo rËkË. Co teraz jest - rano, czy  wieczÕr?
Zapewne rano... A mo?e wieczÕr? Golem! - przypomnia? sobie. ObciNognËli?my z
Golemem ca?No butelkË. D?inu bez wody. A przedtem pÕ? butelki z tym wysokim.
A przedtem  jeszcze gdzie? pi?em. A mo?e to by?o wczoraj ? Poczekaj - no,  a
co  teraz jest - dzisiaj, czy wczoraj? Warto by wstaÖ, napiÖ  siË i te de...
Nie, pomy?la? uparcie. Najpierw muszË siË w tym wszystkim zorientowaÖ.
     Co?  mi Golem ciekawego opowiada?, my?la?,  ?e jestem pijany i nic  nie
rozumiem,  wiËc mo?na mÕwiÖ ze mnNo otwarcie.  ZresztNo, rzeczywi?cie  by?em
pijany, ale  o ile pamiËtam,  wszystko rozumia?em. A co rozumia?em? W?ciekle
potar? tylnNo stronË d?oni o we?niany koc. NadchodzNo  ciË?kie czasy... Nie,
to Pawor. .. Aha, oto i Golem  - oni majNo wszystko przed sobNo, a  my  mamy
przed  sobNo tylko  ich. I  choroba genetyczna... A  co, zupe?nie mo?liwe. W
koÓcu  kiedy?  to  siË  musia?o wydarzyÖ. ByÖ  mo?e  trwa  to  ju? od dawna.
WewnNotrz  gatunku  rodzi  siË  nowy  gatunek,  a my  nazywamy  to  chorobNo
genetycznNo.  Stary  gatunek dla jednych warunkÕw, nowy gatunek dla  innych.
Dawniej  by?y  potrzebne  silne miË?nie,  p?odno?Ö, wytrzyma?o?Ö  na  mrozy,
agresywno?Ö  i  je?eli mo?na tak  powiedzieÖ, zaradno?Ö. Powiedzmy, ?e teraz
te? jest to potrzebne, ale ju? raczej si?No inercji.  Przy pewnej zaradno?ci
mo?na zat?uc milion ludzi i nic szczegÕlnie wa?nego siË nie stanie. To  jest
zupe?nie  pewne  i  wielokrotnie wyprÕbowane. Kto?  powiedzia?, ?e  gdyby  z
historii usunNoÖ  kilkudziesiËciu, no dobrze, niech  bËdzie, kilkuset ludzi,
to momentalnie  okazaliby?my  siË w wieku  kamienia ?upanego.  A nawet kilka
tysiËcy... Co to za ludzie? To, mÕj drogi zupe?nie inni ludzie.
     Ca?kiem mo?liwe,  ?e Newton, Einstein, Arystoteles -  to mutanci. Rzecz
jasna ?rodowisko by?o niezbyt sprzyjajNoce  i  niewykluczone, ?e masa takich
mutantÕw zginË?a, nie zdNo?ywszy siË ujawniÖ, jak ten ch?opiec z opowiadania
öapka.  Oczywi?cie,  byli niezwyk?ymi ludñmi - nie byli zaradni,  nie  mieli
normalnych ludzkich potrzeb...  Albo  mo?e tylko  tak  siË wydaje? Po prostu
duchowo  byli tak  nadnaturalnie  rozwiniËci,  ?e  ca?a  reszta zostawa?a  w
cieniu. No, tu przesadzi?e?, powiedzia?. Einstein  mÕwi?,  ?e najlepiej jest
byÖ latarnikiem - to samo w sobie dobrze  brzmi... A  w ogÕle ciekawe by?oby
wyobraziÖ sobie jak w naszych czasach rodzi siË homo super. Fabu?a ekstra...
Do diab?a, jak strasznie swËdzNo rËce... Gdyby tak  napisaÖ  utopiË w  duchu
Orwella albo Bernarda Wolfa. Co prawda, trudno sobie  wyobraziÖ takiego homo
super - ogromna, ?ysa czaszka, wNotlutkie rNoczki  i nÕ?ki, impotent  - same
bana?y.  Ale w?a?ciwie to  powinno  byÖ co? w  tym  rodzaju. W  ka?dym razie
przesuniËcie potrzeb.  WÕdka  niepotrzebna, jakie?  szczegÕlnie wyrafinowane
?arcie  rÕwnie?, ?adnych  luksusÕw, zresztNo i  kobiety - o tyle o ile,  dla
wiËkszego spokoju i lepszej koncentracji. Idealny obiekt eksploatacji  - daÖ
mu  oddzielny   gabinet,  biurko,  papier,  kupË   ksiNo?ek...  alejkË   dla
perypatetycznych rozmy?laÓ, a on za to rodzi koncepcje... Nie wyjdzie z tego
?adna  utopia  - zabiorNo  go  sobie  wojskowi,  oto  ca?a utopia.  StworzNo
utajniony  instytut,  zwiozNo  tam  tych  wszystkich  homo super,  postawiNo
wartownika i koniec...
     Wiktor wsta? postËkujNoc,  cz?apiNoc bosymi stopami po zimnej  pod?odze
wszed?  do  ?azienki,  odkrËci?  kran i  z  rozkoszNo  napi?  siË  wody  nie
zapalajNoc ?wiat?a. Sama  my?l - ?eby zapaliÖ  ?wiat?o - by?a przera?ajNoca.
Potem wrÕci? do ?Õ?ka i przez czas jaki?  drapa? siË, przeklinajNoc pluskwy.
W  ogÕle, dla  potrzeb  fabu?y  wyglNoda  to nawet dobrze -  tajny instytut,
wartownicy, szpiedzy... patriotyzm patriotycznej sprzNotaczki Klary... co za
taniocha. Trudno?Ö polega na tym, ?eby  wyobraziÖ sobie  ich pracË, pomys?y,
mo?liwo?ci  -  gdzie mi tam... To w  ogÕle niemo?liwe.  Szympans nie potrafi
napisaÖ  powie?ci o ludziach. Jak ja mogË napisaÖ powie?Ö o cz?owieku, ktÕry
nie ma ?adnych potrzeb  poza  duchowymi? Oczywi?cie, co? nieco?  mo?na sobie
wyobraziÖ.  AtmosferË.  Stan nieustannej twÕrczej ekstazy.  Poczucie w?asnej
wszechmocy, niezale?no?ci... brak kompleksÕw, absolutny brak strachu... Tak,
?eby  napisaÖ  takNo  ksiNo?kË, trzeba  siË na?reÖ LSD. W  ogÕle emocjonalna
sfera homo super, z  punktu  widzenia zwyczajnego cz?owieka wyglNoda?aby jak
patologia. Choroba... ?ycie - to choroba  materii, my?lenie - choroba ?ycia.
Choroba okularnicza, pomy?la?.
     I nagle wszystko znalaz?o siË na swoim miejscu. A wiËc to o to mu sz?o!
- pomy?la? Wiktor o Golemie. MNodrzy i jeden w drugiego utalentowani... WiËc
co z  tego wynika? Z tego  wynika, ?e oni ju? nie sNo ludñmi. Zurtzmansor po
prostu  mydli? mi oczy.  To znaczy, ?e siË  zaczË?o... Nic siË nie da ukryÖ,
pomy?la? z  satysfakcjNo. A  czego? takiego  tym  bardziej. PÕjdË do Golema,
niech  nie udaje proroka. Zapewne  oni du?o  mu powiedzieli.. Do  diab?a, to
przecie? przysz?o?Ö, ta sama przysz?o?Ö, ktÕra zapuszcza swoje macki w serce
dnia  dzisiejszego!  Przed  nami sNo  tylko  oni... OgarnË?o go  gorNoczkowe
wzburzenie. Ka?da sekunda  by?a historyczna, i  szkoda ?e nie wiedzia? o tym
wczoraj, dlatego ?e wczoraj, i przedwczoraj, i  tydzieÓ temu  ka?da  sekunda
te? by?a historyczna...
     Zerwa?  siË z  ?Õ?ka, zapali?  ?wiat?o  i mru?Noc  oczy  przed blaskiem
bijNocym  w oczy,  zaczai  po omacku  szukaÖ ubrania. Ubrania  nie by?o, ale
potem oczy przywyk?y do ?wiat?a, z?apa?  spodnie wiszNoce na porËczy ?Õ?ka i
nagle zobaczy?  swojNo rËkË. RËka pokryta  by?a  czerwonNo wysypkNo i trupio
bia?ymi  gruze?kami. NiektÕre rozdrapane  gruze?ki krwawi?y. Na drugiej rËce
by?o to samo. Co  u  diab?a, pomy?la? truchlejNoc, poniewa? ju? wiedzia?, co
to jest. Przypomnia?  sobie -  zmiany  na skÕrze, wysypka, pËcherze, czasami
ropiejNoce  wrzody... RopiejNocych  wrzodÕw na razie nie by?o, ale obla?  go
zimny pot.  Upu?ci? spodnie i  siad? na  ?Õ?ku. To  niemo?liwe, pomy?la?. Ja
te?.  Czy?by  ja  te??  Ostro?nie  pog?adzi?  d?oniNo  gruze?kowatNo  skÕrË,
zamknNo? oczy, wstrzyma? oddech i ws?ucha? siË w siebie. DñwiËcznie i powoli
uderza?o  serce, w uszach cienko dzwoni?a krew,  g?owa wydawa?a siË ogromna,
pusta, nic nie bola?o,  mÕzg nie by?  ju? ciË?ki i wypchany  watNo. G?upcze,
pomy?la? u?miechajNoc siË. Co  chcesz zaobserwowaÖ? To musi byÖ jak ?mierÖ -
chwilË  temu by?e? cz?owiekiem,  mignNo?  kwant czasu - i jeste? ju? Bogiem,
ale  nie wiesz o  tym  i nigdy siË nie dowiesz, tak jak g?upiec nie wie,  ?e
jest  g?upcem, jak mËdrzec - je?eli rzeczywi?cie jest mËdrcem - nie  wie, ?e
jest mNodry... Prawdopodobnie sta?o siË to kiedy spa?em. W ka?dym  razie  do
momentu,  w ktÕrym zasnNo?em,  istota  mokrzakÕw pozostawa?a dla mnie  nader
mglista, ale teraz  widzË jaz  bezgranicznNo  jasno?ciNo i doszed?em do tego
wy?Nocznie przy pomocy nagiej logiki, nawet nie zauwa?y?em kiedy...
     Za?mia?  siË ze  szczË?cia,  stanNo? na pod?odze,  przeciNognNo? siË  i
podszed? do okna. MÕj ?wiat, pomy?la?, patrzNoc przez szybË zalanNo wodNo, i
szyba znik?a, gdzie? daleko w dole utonË?o w deszczu  zamar?e  w przera?eniu
miasto  i ogromny, przemokniËty  kraj,  potem za?  wszystko przesunË?o  siË,
odp?ynË?o, pozosta?a tylko maleÓka, b?Ëkitna kula z d?ugim, b?Ëkitnym ogonem
i zobaczy?  gigantycznNo soczewicË  galaktyki, martwNo i uko?nie wiszNocNo w
migotliwej otch?ani, strzËpy ?wietlistej materii, skrËcone si?owymi polami i
bezdennNo  pustkË tam, gdzie nie  by?o  ?wiat?a,  wiËc  wyciNognNo?  rËkË  i
zanurzy?  jNo  w  pulchnym  bia?ym  jNodrze, poczu? lekkie ciep?o,  a  kiedy
zacisnNo?  d?oÓ, materia  przesz?a przez palce  jak mydlana piana. Znowu siË
roze?mia?, prztyknNo?  w  nos  swoje  odbicie  w  szybie  i czule  pog?aska?
gruze?ki na spuchniËtej skÕrze.
     - Trzeba to koniecznie oblaÖ! - powiedzia? g?o?no.
     W  butelce zosta?o jeszcze trochË  d?inu, biedny stary Golem nie zdo?a?
wypiÖ wszystkiego, biedny stary pseudoprorok... nie dlatego pseudoprorok, ?e
jego  przepowiednie  sNo   nieprawdziwe,  ale  dlatego,  ?e  jest   zaledwie
gadajNocNo  marionetkNo. Zawsze  bËdË  ciË  lubi?,  Golem, pomy?la?  Wiktor,
jeste? wspania?ym cz?owiekiem, jeste? mNodry - ale jeste? tylko cz?owiekiem.
Wla? resztkË do szklanki  i wprawnym  ruchem wla? alkohol do  gard?a - nawet
jeszcze nie zdNo?y? go prze?knNoÖ, kiedy  pobieg? do  ?azienki. Zwymiotowa?.
Do  diab?a, pomy?la?. Co za paskudztwo.  W lustrze zobaczy?  swojNo twarz  -
wymiËtNo,  jakby  nalanNo, o nienaturalnie wielkich i nienaturalnie czarnych
oczach. No i koniec, pomy?la?, no i koniec. Wiktor Baniew, pijak i pysza?ek.
Nie bËdziesz ju? wiËcej pil, nie bËdziesz  rycza? piosenek, nie bËdziesz siË
?mia?  z  g?upstw, nie  bËdziesz  opowiadaÖ  weso?ych bredni  sztywniejNocym
jËzykiem, nie bËdziesz  siË biÖ, awanturowaÖ, szaleÖ, straszyÖ przechodniÕw,
zadzieraÖ z policjNo, k?ÕciÖ z  panem prezydentem, wpadaÖ do nocnych barÕw z
ha?a?liwNo watahNo m?odych wielbicieli... WrÕci? do ?Õ?ka.  Nie  mia? ochoty
na papierosa.  Na  nic nie mia? ochoty,  od  wszystkiego mdli?o, posmutnia?.
Poczucie  utraty,  najpierw   s?abe,  ledwie  dostrzegalne,  jak  dotkniËcie
pajËczyny, rozrasta?o siË, posËpne rzËdy  drutu kolczastego rozciNoga?y  siË
miËdzy  nim a  tym ?wiatem, ktÕry  tak kocha?.  Za wszystko  trzeba  p?aciÖ,
my?la?, nic nie dostaje  siË  za  darmo, i im wiËcej otrzyma?e?, tym  wiËcej
trzeba zap?aciÖ,  za nowe ?ycie  trzeba zap?aciÖ  starym ?yciem...  W?ciekle
drapa? rËce, a? do krwi i nawet nie czu? tego.
     Diana  wesz?a bez pukania, zrzuci?a  p?aszcz,  stanË?a przed  Wiktorem,
u?miechniËta, uwodzicielska i unios?a rËce poprawiajNoc w?osy.
     - Zmarz?am - powiedzia?a. - Mo?na siË tu ogrzaÖ?
     - Tak - odpar?, prawie nie rozumiejNoc co mÕwi.
     Diana zgasi?a  ?wiat?o,  teraz  jej nie  widzia?, tylko  s?ysza?  klucz
przekrËcany  w  zamku,  trzask  rozpinanych  zatrzaskÕw, szelest  ubrania  i
pantofle  spadajNoce na pod?ogË, a potem Diana znalaz?a  siË blisko, ciep?a,
g?adka, pachnNoca, on za? wciNo? my?la?, ?e teraz wszystko siË skoÓczy?o - i
tylko  wieczny  deszcz,  ponure  domy z  dachami jak sito,  obcy, nieznajomi
ludzie w mokrych, czarnych ubraniach, z mokrymi przepaskami na twarzach... i
oto zdejmujNo opaski, zdejmujNo rËkawiczki, zdejmujNo  twarze, odk?adajNo je
do specjalnych szafek, ich rËce sNo  pokryte ropiejNocymi wrzodami - smutek,
przera?enie,  samotno?Ö...  Diana  przytuli?a  siË  do  niego  i  objNo? jNo
automatycznym gestem.  Ona by?a dawna, ale on ju? nie by? dawny, niczego ju?
nie mÕg? dlatego, ?e nic ju? mu nie by?o potrzebne.
     - Co  z tobNo kochany? - serdecznie zapyta?a Diana. - Za du?o  wypi?e??
Ostro?nie  zdjNo?  jej   rËce   ze  swojej  szyi.   OgarnË?o  go  ostateczne
przera?enie.
     - Poczekaj - rzek?. - Poczekaj.
     Wsta?,  wymaca?  kontakt,  zapali? ?wiat?o, kilka  sekund sta? do  niej
plecami, zanim zdecydowa?  siË odwrÕciÖ, ale jednak siË odwrÕci?. Nie, Diana
by?a przepiËkna. By?a  chyba piËkniejsza ni? zwykle, zawsze by?a piËkniejsza
ni?  zwykle, ale to by?o  jak  obraz. Budzi?o dumË z cz?owieka, zachwyt  nad
jego doskona?o?ciNo, ale niczego wiËcej nie budzi?o. Diana patrzy?a na niego
ze  zdziwieniem  unoszNoc brwi, ale  potem  widocznie przestraszy?a  siË, bo
usiad?a nagle  i zobaczy?,  ?e jej wargi  siË  poruszajNo. Co?  mÕwi?a,  ale
Wiktor tego nie s?ysza?.
     - Poczekaj - powtÕrzy?. - To niemo?liwe. Poczekaj.
     Ubiera? siË z  gorNoczkowym po?piechem  i wciNo?  powtarza? - poczekaj,
poczekaj, ale ju? my?la? nie o niej,  chodzi?o nie tylko o niNo.  Wybieg? na
korytarz, znalaz?  siË  przed  numerem Golema;  drzwi by?y zamkniËte, nie od
razu  zorientowa?   siË  co  teraz,  nastËpnie  pËdem  pobieg?   na  dÕ?  do
restauracji. Nie chcË, powtarza?, nie chcË, ja o to nie prosi?em.
     DziËki Bogu Golem by? na swoim  zwyk?ym miejscu.  Siedzia?, odrzuciwszy
rËkË za oparcie  fotela  i  oglNoda? pod  ?wiat?o kieliszek z  koniakiem.  A
doktor R. Kwadryga  by? czerwony, agresywny  i widzNoc  Wiktora  oznajmi? na
ca?No salË.
     - Te mokrzaki. ?cierwa. Precz.
     Wiktor opad? na swÕj fotel i Golem bez s?owa nala? mu koniaku.
     - Golem - rzek? Wiktor. - Ja siË zarazi?em.
     - Przep?ukiwanie! - og?osi? R. Kwadryga. - Mnie rÕwnie?.
     - Niech  siË  pan napije koniaku, Wiktorze -  zaproponowa? Golem. - Nie
trzeba siË tak denerwowaÖ.
     -  Niech pan idzie  do diab?a  -  odpar?  Wiktor patrzNoc  na  niego ze
zgrozNo. - To choroba okularnicza. Co robiÖ?
     - Dobrze, dobrze  - odrzek? Golem. - Pomimo to niech siË  pan napije. -
UniÕs? palec i krzyknNo? do kelnera - Wody sodowej. I jeszcze raz koniak.
     - Golem -  powiedzia? Wiktor z rozpaczNo. - Pan nic nie  rozumie. Janie
mogË.   Zachorowa?em,  mÕwiË  panu!  Zarazi?em  siË!  To  nieuczciwe...  Nie
chcia?em... Pan przecie? mÕwi?, ?e to nie jest zarañliwe...
     Przerazi? siË  na my?l, ?e mÕwi zbyt niejasno, ?e Golem go nie rozumie,
sNodzi,  ?e  Wiktor jest  pijany.  I wtedy podsunNo? Golemowi pod  nos swoje
rËce. Kieliszek przewrÕci? siË, potoczy? po obrusie i spad? na pod?ogË.
     Golem najpierw  cofnNo? siË,  potem  spojrza?  uwa?niej, pochyli?  siË,
ujNo?  d?onie  Wiktora za  koniuszki palcÕw i  zaczai  oglNodaÖ rozdrapanNo,
gruze?owatNo skÕrË. Palce mia? zimne i  twarde.  No,  to ju?  koniec, my?la?
Wiktor,  oto  pierwsze  badanie  lekarskie, potem bËdNo nastËpne  badania  i
k?amliwe  obietnice,  ?e  jest jeszcze  nadzieja, uspokajajNoce mikstury,  a
potem przywyknie,  nie bËdzie ju? ?adnych badaÓ, zawiozNo go do leprozorium,
zamotajNo usta czarnNo szmatNo i wszystko bËdzie skoÓczone.
     - Jad? pan poziomki? - zapyta? Golem.
     - Tak - pokornie odpowiedzia? Wiktor. - Truskawki.
     - Musia? pan ze?reÖ co najmniej dwa kilo - stwierdzi? Golem.
     - Jakie znowu poziomki? - krzyknNo? Wiktor wyrywajNoc rËce. - Niech pan
co? z tym zrobi! To niemo?liwe, ?eby by?o za pÕñno. Dopiero siË zaczË?o...
     -  Niech pan  przestanie  wrzeszczeÖ.  To jest pokrzywka.  Alergia. Nie
wolno panu ?reÖ truskawek w takich ilo?ciach.
     Wiktor jeszcze nie rozumia?. OglNodajNoc swÕj e rËce mamrota?: "Sam pan
mÕwi?... pËcherze... wysypka..."
     -  PËcherzy  mo?na dostaÖ  i  od pluskiew - pouczy? go  Golem. - Ma pan
idiosynkrazjË na pewne produkty. I wyobrañniË  nieproporcjonalnNo do rozumu.
Jak wiËkszo?Ö pisarzy. Te? mi mokrzak...
     Wiktor  poczu?, ?e  od?ywa. Uda?o  siË, stuka?o mu w g?owie. Chyba  siË
uda?o. Je?eli siË uda?o, to nie wiem co zrobiË. RzucË palenie...
     - Nie k?amie pan? - zapyta? ?a?osnym g?osem. Golem u?miechnNo? siË.
     - Niech pan wypije  koniak - zaproponowa?. - Przy alergii nie wolno piÖ
koniaku, ale niech pan wypije. Bo wyglNoda pan nazbyt ?a?o?nie.
     Wiktor wziNo? jego kieliszek, zmru?y? oczy i wypi?. Nic!  TrochË  mdli,
ale to, nale?y  przypuszczaÖ,  z  powodu  kaca. Zaraz przejdzie.  I wszystko
przesz?o.
     -  Drogi  pisarzu  -  oznajmi? Golem. -  ZËby zostaÖ architektem,  same
bNoble nie wystarczNo. Podszed? kelner i postawi? na stole koniak i sodowNo.
Wiktor  g?Ëboko  i  swobodnie   westchnNo?,  wciNognNo?  w  p?uca   znajome,
restauracyjne   powietrze,  poczu?   cudowny   zapach  dyma   z  papierosÕw,
marynowanej cebuli, przypalonego t?uszczu i pieczonego miËsa. ?ycie wrÕci?o.
     - Przyjacielu - zwrÕci? siË do kelnera. - ButelkË d?inu, sok z cytryn i
cztery  porcje minogÕw do dwie?cie szesnastego. Tylko  prËdko!  Alkoholicy -
powiedzia? do  Golema i R. Kwadrygi. - Sczeñnijcie tu z kretesem, a ja pÕjdË
do Diany! - by? gotÕw ich uca?owaÖ.
     Golem  odezwa?  siË, nie zwracajNoc siË  do nikogo:  / - Biedne, piËkne
kaczNotko!
     Przez chwilË Wiktor poczu? ?al. Wyp?ynË?o i znik?o  wspomnienie jakich?
ogromnych, utraconych mo?liwo?ci. Ale  tylko siË roze?mia?, odepchnNo? fotel
i ruszy? do wyj?cia.

     *

     Rok po wojnie porucznik B. zosta? zdemobilizowany z powodu dawnej rany.
PrzypiËto mu medal "Wiktoria", wrËczono miesiËczny ?o?d  i tekturowe pude?ko
z  upominkiem od pana prezydenta - butelka zdobycznego  sznapsa, dwie puszki
strasburskiego pasztetu, dwa  pËta  wËdzonej  kie?basy i  rÕwnie?  zdobyczne
jedwabne  gacie  w  celu  zorganizowania  ?ycia rodzinnego.  PowrÕciwszy  do
stolicy  porucznik nie zwiesza nosa na kwintË.  Jest  dobrym  mechanikiem, w
ka?dej chwili przyjmNo go do  pracy  w warsztatach przy uniwersytecie, skNod
zaciNognNo? siË na  ochotnika, ale porucznik siË nie ?pieszy - odnawia stare
znajomo?ci,  nawiNozuje  nowe.   a  w  przerwach  popija  ?wiÓstwo  odebrane
nieprzyjacielowi w ramach reparacji. Na jakiej? prywatce poznaje dziewczynË,
ktÕrej  na  imiË  Nora,  bardzo podobnNo  do  Diany.  Opis prywatki: zrypane
przedwojenne  p?yty,  oczyszczany  domowym  sposobem denaturat,  amerykaÓska
mielonka, jedwabne bluzki  na go?e cia?o i marchew przyrzNodzona na wszelkie
mo?liwe  sposoby.  Porucznik  dzwoniNoc   medalami,  b?yskawicznie  rozpËdza
rozmaitych cywilÕw  nieustannie  czËstujNocych  NorË  gotowanNo marchewkNo i
rozpoczyna  oblË?enie wed?ug  wszelkich prawide? sztuki. Nora  zachowuje siË
dziwnie.  Z jednej strony najwyrañniej jest  sk?onna, ale  z drugiej  strony
daje mu do zrozumienia, ?e kontakt z niNo grozi niebezpieczeÓstwem. Jednak?e
rozpalony  denaturatem  eks-porucznik  nie  chce  o  niczym wiedzieÖ.  Oboje
wychodzNo z  prywatki i  idNo  do  Nory.  Powojenna stolica nocNo: nieliczne
latarnie, jezdnia w wybojach, ogrodzone ruiny,  niewykoÓczony cyrk, w ktÕrym
gnije sze?Ö  tysiËcy  -  jeÓcÕw pod stra?No  dwÕch  inwalidÕw, w  absolutnie
ciemnym zau?ku  kogo?  grabiNo. Nora  mieszka  w bardzo starym, dwupiËtrowym
domu,  schody  zapaskudzone,  na  jednych drzwiach napis kredNo  "tu mieszka
niemiecka  dziwka". W zawalonym rÕ?nymi  gratami d?ugim korytarzu kryjNo siË
po  kNotach smËtne postacie. Nora szczËkajNoc niezliczonymi kluczami otwiera
swoje drzwi obite cudem zachowanNo, l?niNocNo skÕrNo. W przedpokoju ostrzega
raz jeszcze, ale B.  sNodzNoc,  ?e  chodzi  o  jakich? bandziorÕw  odpowiada
tylko,  ?e ju? bra? udzia? w konnej szar?y na czo?gi. Mieszkanie jak z innej
epoki - czyste i przytulne, ogromna kanapa.  Nora patrzy na porucznika jakby
z  ?alem,  nie  na  d?ugo  wychodzi  i  wraca  ubrana  w  najwy?szym stopniu
zachËcajNoco. Okazuje siË, ?e  majNo  do dyspozycji zaledwie pÕ? godziny. Po
up?ywie pÕ? godziny zadowolony  porucznik  wychodzi z nadziejNo na  nastËpne
spotkanie. Na koÓcu korytarza ju? na niego czekajNo - dwie smËtne postacie z
cienia. Nieprzyjemnie  u?miechniËci  zagradzajNo drogË  i proponujNo, aby  z
nimi pogada?. Porucznik  bez zbËdnych  s?Õw  bierze siË do  bicia i  osiNoga
zdumiewajNoco  ?atwe  zwyciËstwo. Zbici  z  nÕg,  smËtni ludzie  p?aczNoc  i
chichoczNoc wyja?niajNo porucznikowi  B. jego sytuacjË. Eks -  porucznik bi?
swoich. Oni wszyscy  sNo teraz  swoi.  Nora  nie  jest  zwyczajnNo  ponËtnNo
kobietNo, Nora  jest krÕlowNo  sto?ecznych  pluskiew. Koniec teraz z  panem,
panie oficerze, spotkamy siË w "Atakanie", wszyscy siË tam spotykamy, ka?dej
nocy. Mo?e pan i?Ö  do domu,  ale  kiedy ju? nie bËdzie pan  mÕg? wytrzymaÖ,
proszË przyj?Ö, u nas otwarte do rana...
     Na zachodnich peryferiach stolicy, w czynszowej kamienicy obok  fabryki
chemicznej  mieszka  wielodzietny  radca  tytularny  B. Celowo szczegÕ?owy i
celowo  nudny opis sytuacji  bohatera:  trzy  pokoiki, kuchnia,  przedpokÕj,
mocno zu?yta  ?ona,  piËcioro zielonkawych dzieci,  krzepka stara  te?ciowa,
ktÕra przeprowadzi?a  siË ze  wsi. Chemiczna fabryka ?mierdzi, dniem i nocNo
stojNo  nad niNo s?upy rÕ?nokolorowego dymu, od  jadowitego smrodu umierajNo
drzewa, ?Õ?knie trawa, a w?rÕd much  zachodzNo  dzikie i niepojËte  mutacje.
Przez  kilka  lat radca tytularny prowadzi  walkË  o  poskromienie  fabryki:
gniewne  ?Nodania  pod  adresem  administracji, ?zawe petycje do  wszystkich
instancji,  pogromowe  felietony  do  wszystkich   gazet,  bezowocne   prÕby
zorganizowania pikiet przed portierniNo. Jednak?e fabryka stoi jak  bastion.
Na wybrze?u  przed fabrykNo  padajNo trupem  zatruci posterunkowi, zdychajNo
domowe zwierzËta, ca?e rodziny  porzucajNo mieszkania i  zostajNo bezdomnymi
w?ÕczËgami, w gazetach ukazuje siË nekrolog przedwcze?nie zmar?ego dyrektora
fabryki. Umiera ?ona radcy tytularnego, dzieci po  kolei zaczynajNo chorowaÖ
na  astmË. Pewnego wieczora tytularny  radca  schodzi do piwnicy po drzewo i
znajduje tam zachowane jeszcze z czasÕw Ruchu Oporu ogromne zapasy pociskÕw.
Tej  samej nocy przenosi  to wszystko na  strych, otwiera  okienko w  po?aci
dachu. Fabryka  le?y  przed nim jak  na d?oni: w ostrym ?wietle  reflektorÕw
biegajNo  robotnicy,   je?d?No  wagoniki,  p?ynNo  ?Õ?te   i  zielone  k?Ëby
jadowitego dymu. "ZabijË ciË", szepcze radca tytularny i otwiera ogieÓ. Tego
dnia nie idzie do pracy, nastËpnego rÕwnie?. Nie je, nie ?pi, siedzi w kucki
przed  ?wietlikiem  i  strzela.  Od czasu  do czasu robi przerwË,  ?eby mÕg?
ostygnNoÖ  miotacz  min.  Og?uch?  od wystrza?Õw,  o?lep? od prochu i  dymu.
Czasem wydaje  mu siË, ?e  chemiczny  smrÕd s?abnie i  wtedy  u?miecha  siË,
oblizuje wargi  i  szepcze: "zabijË  ciË".  Potem pada bez  si? i zasypia, a
kiedy  siË  budzi, widzi, ?e amunicja  siË  skoÓczy?a,  zosta?y jeszcze trzy
pociski.  Wystrzeliwuje  je  i wyglNoda  przez okno.  Ogromny teren  fabryki
pokryty jest lejami, okna ziejNo  wybitymi szybami, na bokach  gigantycznych
gazociNogÕw    ciemniejNo   wgniecenia,    dziedziniec   jest   poprzecinany
skomplikowanym  systemem  okopÕw,  okopami krÕtkimi  zygzakami  przebiegajNo
robotnicy, jeszcze szybciej jadNo wagoniki, kierowcy autokarÕw os?oniËci sNo
arkuszami blachy, a  kiedy wiatr zwiewa  k?Ëby jadowitego dymu,  na ceglanym
murze budynku administracji fabryki widaÖ ?wie?y napis:
     UWAGA! W CZASIE OSTRZA?U TA STRONA JEST NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNA!...
     Wiktor  odczyta?  ostatniNo  stronË,   zapali?  i  spojrza?  na  kartkË
wkrËconNo  w  maszynË.  By?o na niej tylko  pÕ?torej  linijki: WychodzNoc  z
redakcji, dziennikarz B. w  pierwszej  chwili  chcia? wziNoÖ  taksÕwkË,  ale
rozmy?li?  siË i skrËci? do metra. Wiktor nadzwyczaj dok?adnie  wiedzia?, co
siË potem sta?o z  dziennikarzem B.,  ale  nie  mÕg? ju?  d?u?ej  pisaÖ.  Na
zegarku  by?a za kwadrans trzecia. Wiktor wsta? i  otworzy? okno.  Na  ulicy
panowa?y  ciemno?ci  i  w  tej  czerni  po?yskiwa?  deszcz.  Wiktor  dopali?
papierosa przy oknie, -  wyrzuci? niedopa?ek  w  mokrNo  noc i zadzwoni?  do
recepcji. Odpowiedzia? nieznajomy g?os. Wiktor zapyta? jaki mamy dzi?  dzieÓ
tygodnia. Nieznajomy g?os  po krÕtkiej pauzie zawiadomi? go, ?e obecnie mamy
noc  z piNotku na  sobotË.  Wiktor  zamruga?  oczami,  od?o?y?  s?uchawkË  i
zdecydowanym ruchem wyrwa? kartkË z maszyny.  Starczy. Dwie doby  pod rzNod,
nie wstajNoc od maszyny, nikogo nie widzNoc,  z nikim nie rozmawiajNoc, przy
wy?Noczonym telefonie,  nie  odzywajNoc  siË  na  pukanie,  bez  Diany,  bez
alkoholu, zdaje siË, ?e nawet  bez jedzenia, tylko od czasu do czasu k?adNoc
siË na  ?Õ?ko,  ?eby  zobaczyÖ we  ?nie krÕlowNo pluskiew,  ktÕra  siedzi na
framudze i porusza ciemnymi czu?kami... Wystarczy. Dziennikarz B. poczeka na
peronie a? przyjedzie pociNog z napisem "Nie wsiadaÖ". Nic mu nie bËdzie.  A
ja  na  razie co?  przegryzË,  zas?u?y?em sobie, jak  Boga kocham...  Wiktor
zdjNo?  maszynË,  schowa? do  szuflady maszynopis, przeszuka?  pusty  barek.
Potem gryz?  czerstwNo  bu?kË  z  d?emem,  robi?  sobie gorzkie  wyrzuty, ?e
wczoraj, by uniknNoÖ pokusy,  wyla? do umywalki pÕ? butelki brandy i cieszy?
siË, ?e  cykl "Za  kulisami  wielkiego  miasta",  pomimo wszystko  uda?o siË
zaczNoÖ, i to zaczNoÖ ca?kiem  nieñle, a szczerze  mÕwiNoc ?wietnie. Chocia?
prawdopodobnie  trzeba   bËdzie  wszystko  przepisaÖ  na  nowo.  To  dziwne,
pomy?la?, dlaczego  te opowiada - , niNo  piszË w?a?nie teraz?  Dlaczego nie
rok temu, nie dwa ?atNo temu, kiedy je wymy?li?em?  Teraz powinienem pisaÖ o
przyg?upie, ktÕry wyobrazi? sobie, ?e jest supermenem, w?a?nie tak. Przecie?
od tego zaczyna?em.  ZresztNo  zdarza mi siË to nie pierwszy  raz. Ale gdyby
tak  siË  zastanowiÖ  i  dobrze poszukaÖ w  pamiËci,  to tak  bywa zawsze. I
w?a?nie dlatego nie sposÕb jest pisaÖ na zamÕwienie. Zaczynasz pisaÖ powie?Ö
o m?odzieÓczych latach  pana prezydenta, a wychodzi o  bezludnej  wyspie, na
ktÕrej ?yjNo  dziwaczne ma?py, ktÕre ?ywiNo siË  nie bananami, tylko my?lami
rozbitkÕw... No,  tu powiedzmy skojarzenie le?y na  powierzchni. E  tam, tak
jest zawsze. Trzeba  tylko  dobrze poszukaÖ,  ale  komu siË chce  szukaÖ  po
dwudniowym po?cie. ZejdË sobie teraz na dÕ?,  recepcjonista zawsze ma jakNo?
flaszkË. Tylko zjem i zaraz zejdË...
     Wiktor drgnNo?  i przesta? je?Ö. Z  czarnej pustki  za  oknem  dolecia?
poprzez plusk deszczu dñwiËk jakby uderzenia  m?otkiem po desce. StrzelajNo,
ze zdziwieniem pomy?la? Wiktor. Czas jaki? ws?uchiwa? siË z napiËciem.
     ... No dobrze, a co autor chcia? powiedzieÖ przez swoje utwory? W jakim
celu wskrzesi? ciË?kie, powojenne lata, kiedy jeszcze gdzieniegdzie trafia?y
siË pluskwy i  lekkomy?lne kobiety? ByÖ mo?e autor chcia? ukazaÖ bohaterstwo
i wytrwa?o?Ö  stolicy, ktÕra  pod przewodem jego magnificencji... Ten  numer
nie przejdzie, panie Baniew! Nie dopu?cimy! Ca?y ?wiat  wie, ?e w rezultacie
osobistej  decyzji  pana prezydenta,  na  w?a?cicieli  zak?adÕw  chemicznych
zanieczyszczajNocych  powietrze,  w  samej  tylko   stolicy   na?o?ono  kary
pieniË?ne w  wysoko?ci...  ?e dziËki  osobistej i  nieustannej  trosce  pana
prezydenta, ponad sto tysiËcy dzieci wyje?d?a corocznie ze stolicy na  obozy
letnie... ?e zgodnie z dekretem  o rangach,  urzËdnicy  poni?ej radcÕw dworu
nie maj No. prawa zbieraÖ podpisÕw pod petycjami...
     W tym  momencie zgas?o  ?wiat?o.  "Ehe!" - powiedzia? Wiktor na  g?os i
lampa zapali?a  siË  znowu, ale  na pÕ? mocy.  "A to co znowu?" - powiedzia?
Wiktor,  ale  ja?niej  siË  od  tego  nie zrobi?o.  Wiktor  odczeka? chwilË,
nastËpnie zadzwoni?  do recepcji. Nikt siË nie odezwa?.  Mo?na  zadzwoniÖ do
elektrowni, ale w tym celu trzeba znaleñÖ ksiNo?kË  telefonicznNo, ale gdzie
jej  szukaÖ,  i  tak najwy?szy  czas  i?Ö spaÖ. - Tylko  najpierw trzeba siË
napiÖ. Wiktor  wsta?  i nagle  us?ysza? jaki?  szelest.  Kto?  przesuwa?  po
drzwiach rËkami.  Potem  zaczNo? siË pchaÖ  na  drzwi. "Kto  tam?" - zapyta?
Wiktor, nikt nie odpowiedzia?, by?o tylko s?ychaÖ jak co? siË pcha  i sapie.
Wiktora ogarnË?a groza. O?wietlone  czerwonawym ?wiat?em ?ciany wydawa?y siË
obce  i niezwyk?e, w kNotach gËstnia?o zbyt wiele cienia,  za  drzwiami  za?
krzNota? siË jaki? ogromny stwÕr, tËpy i  bezmy?lny.  Czym by go za?atwiÖ? -
pomy?la?  rozglNodajNoc  siË  Wiktor, ale wtedy za drzwiami kto? odezwa? siË
ochryp?ym szeptem "Baniew,  ej  Baniew - jeste?  tam?"  Idiota  - powiedzia?
Wiktor  pÕ?g?osem, wyszed?  do przedpokoju  i  przekrËci? klucz.  Do  numeru
wtoczy?  siË  R.  Kwadryga.  By?  w  szlafroku,  w?osy  mia?  zmierzwione  i
rozbiegane oczy.
     - Bogu dziËki, chocia? ty jeste? na  miejscu - rzek? na  wstËpie.  -  O
ma?o nie  zwariowa?em  ze strachu... S?uchaj, Baniew, trzeba  stNod  wiaÖ...
Chodñmy,  co?  Chodñmy  stNod,  Baniew...  -  z?apa? Wiktora  za  koszulË  i
pociNognNo? do korytarza. - Chodñmy, d?u?ej ju? nie mo?na...
     - Oszala? - stwierdzi? Wiktor wyrywajNoc siË. -  Idñ spaÖ ramolu.  Jest
trzecia w nocy.
     Ale R. Kwadryga znowu zrËcznie z?apa? go za koszulË i Wiktor stwierdzi?
ze zdumieniem, ?e doktor honoris causa jest  absolutnie  trzeñwy, nawet  nie
czuÖ go alkoholem.
     -  Nie wolno  spaÖ  -  oznajmi?  Kwadryga.  -  Trzeba  uciekaÖ  z  tego
przeklËtego domu. Widzisz, co ze ?wiat?em? My tu zginiemy.... W ogÕle trzeba
uciekaÖ z miasta. Mam  wwilli samochÕd.  Chodñmy. Ja bym wyjecha? sam, tylko
bojË siË wyj?Ö.
     - Poczekaj,  nie szarp mnie  - odpar? Wiktor - przede wszystkim uspokÕj
siË.
     WciNognNo?  KwadrygË  do pokoju, posadzi? w  fotelu,  a sam  poszed? do
?azienki po szklankË  wody. Kwadryga natychmiast  poderwa? siË i pobieg?  za
nim.
     - Jeste?my  tu  sami,  nikt nie  zosta? - powiedzia?. - Golema  nie ma,
portiera  nie  ma, dyrektora te?... Wiktor  odkrËci? kran. W  rurach zawy?o,
wylecia?o kilka kropli.
     - Ty czego? - zapyta? Kwadryga. - Potrzebna ci woda? Chodñmy, mam ca?No
butelkË, Tylko szybko. I razem.
     Wiktor  potrzNosnNo?  kranem. Wylecia?o  jeszcze kilka kropli  i  wycie
usta?o.
     - O co chodzi? - spyta? Wiktor martwiejNoc. -  Wojna? Kwadryga machnNo?
rËkNo.
     - Jaka tam wojna... Trzeba wiaÖ, pÕki nie jest za pÕñno, aon - wojna...
     - Po co wiaÖ?
     - Po drodze - odrzek? Kwadryga i kretyÓsko zachichota?.
     Wiktor  odsunNo? go  ?okciem,  wyszed?  z  numeru  i zbieg? na  dÕ?  do
recepcji. Kwadryga drepta? za nim.
     -  Pos?uchaj -  mamrota?.  -  Lepiej tylnym wyj?ciem... ?eby tylko  siË
wydostaÖ...  mam  samochÕd.  Zatankowany, za?adowany... Jak  bym przeczu?...
Wypijemy sobie i pojedziemy, tu nie ma ju? ani kropli wÕdki...
     W korytarzu s?abo jak  czerwone  kar?y  ?wieci?y  ample, na  schodach w
ogÕle nie  by?o ?wiat?a, w hallu  rÕwnie?,  tylko  nad  kontuarem tli?a  siË
?arÕwka. Tam siedzia? kto?, ale nie by? to recepcjonista.
     - Chodñmy,  chodñmy - powiedzia? szeptem Kwadryga i pociNognNo? Wiktora
do wyj?cia. - Nie trzeba tam i?Ö, tam niedobrze...
     Wiktor wyrwa? siË i podszed? do kontuaru.
     -  Co to  za  skandal...  -  zaczai i  umilk?.  Za  kontuarem  siedzia?
Zurtzmansor.
     Zurtzmansor siedzia?  na  miejscu  recepcjonisty i szybko  pisa?  co? w
brulionie.
     -  Baniew  -  oznajmi?  nie  podnoszNoc  g?owy.  -  No  i  wszystko siË
skoÓczy?o, Baniew. Po?egnajmy siË. I niech pan pamiËta Q naszej rozmowie.
     -  Nie mam  zamiaru  wyje?d?aÖ  -  zaprotestowa?  Wiktor.  G?os mu  siË
za?ama?. - Zamierzam dowiedzieÖ  siË, co jest ze  ?wiat?em i wodNo. To wasza
robota?
     Zurtzmansor uniÕs? ?Õ?tNo twarz.
     - Nie  - powiedzia?.  -  My ju? nic nie  robimy.  Musimy siË  po?egnaÖ,
Baniew  -  wyciNognNo?  nad  kontuarem  d?oÓ  w  czarnej  rËkawiczce. Wiktor
machinalnie  ujNo? tË d?oÓ, poczu? u?cisk i odpowiedzia? u?ciskiem. -  Takie
jest  ?ycie  - powiedzia?  Zurtzmansor.  - Tworzysz przysz?o?Ö,  ale nie dla
siebie. Pan  z pewno?ciNo  ju? to zrozumia?.  Albo niebawem  zrozumie.  Pana
dotyczy to w wiËkszym stopniu ni? nas. ?egnam.
     KiwnNo? g?owNo i znowu zabra? siË do pisania.
     - Chodñmy! - zasycza? nad uchem Kwadryga.
     - Nic nie rozumiem - g?o?no na ca?y hall powiedzia? Wiktor. - Co tu siË
dzieje?
     Nie  ?yczy? sobie, ?eby w hallu  panowa?a cisza.  Nie ?yczy? sobie  byÖ
cz?owiekiem postronnym. Nie on tu jest  postronny i w?a?ciwie z jakiej racji
Zurtzmansor siedzi o trzeciej w  nocy  za kontuarem recepcjonisty.  Mnie nie
uda siË  .wam zastraszyÖ,  ja nie jestem  Kwadryga... Ale  Zurtzmansor  rjie
us?ysza?, albo nie chcia? us?yszeÖ. WÕwczas  Wiktor demonstracyjnie wzruszy?
ramionami, odwrÕci? siË i ruszy? do restauracji. W drzwiach przystanNo?.
     W  sali s?abo ?wieci?y  stojNoce  lampy, s?abo ?wieci? ?yrandol,  s?abo
?wieci?y kinkiety  na  ?cianach i  sala  by?a  przepe?niona.  Przy stolikach
siedzia?y  mokrzaki.  Wszyscy byli  identyczni,  tylko  siedzieli w  rÕ?nych
pozach. Jedni czytali, inni spali, a jeszcze  inni, i by?o ich bardzo wielu,
nieruchomo patrzyli  przed siebie niczym skamieliny. Ja?nia?y  ?yse czaszki,
pachnia?o wilgociNo i lekarstwami.  Okna by?y otwarte, na pod?odze ciemnia?y
ka?u?e. Nie by?o s?ychaÖ ?adnego dñwiËku, tylko za oknem pluska?a woda.
     Potem  przed Wiktorem pojawi? siË  Golem  - zatroskany, spiËty i bardzo
stary.
     - Dlaczego pan  tu  jeszcze jest? -  zapyta? pÕ?g?osem. - ProszË  stNod
wyj?Ö, tu panu nie wolno byÖ.
     - Co to znaczy  -  nie wolno? - odpowiedzia?  pytaniem Wiktor, ponownie
rozdra?niony. - Ja chcË siË napiÖ.
     - Ciszej - powiedzia? - Golem. - My?la?em, ?e pan ju? wyjecha?. Puka?em
do pana. Gdzie pan chce teraz i?Ö?
     - Do swojego pokoju. WezmË butelkË i pÕjdË do siebie.
     - Tu nie ma ?adnego alkoholu - odpar? Golem.
     Wiktor w milczeniu wskaza?  palcem  na  bar,  gdzie matowo l?ni?y rzËdy
butelek. Golem obejrza? siË.
     - Nie - powiedzia?. - Niestety.
     - ChcË co? wypiÖ! - uparcie powtÕrzy? Wiktor.
     Tak naprawdË nie mia? ochoty  siË  upieraÖ.  Udawa?  chojraka. Mokrzaki
patrzy?y na  niego.  CzytajNocy  opu?cili  ksiNo?ki,  zastygli  w  bezruchu,
odwrÕcili g?owy i tylko ?piNocy spali nadal. DziesiNotki b?yszczNocych oczu,
jakby zawieszonych w czerwonawym pÕ?mroku, patrzy?y na Wiktora.
     - Niech  pan nie  wraca do numeru -  oznajmi? Golem. - ProszË  wyj?Ö  z
hotelu.  Niech  pan idzie do  LoIi..  Albo  do  willi  doktora... Tylko chcË
wiedzieÖ, gdzie pan  bËdzie. PrzyjadË  po pana.  ProszË pos?uchaÖ, Wiktorze,
niech  pan  siË  nie stawia,  tylko s?ucha.  Teraz nie mam czasu  wyja?niaÖ,
zresztNo  by?oby  to  nie  na  miejscu. Szkoda,  ?e  nie  ma Diany,  ona  by
potwierdzi?a...
     - A gdzie jest Diana?
     Golem znowu siË rozejrza? i spojrza? na zegarek.
     - O  czwartej...  Albo  o piNotej... bËdzie na stacji  benzynowej  przy
S?onecznej Bramie.
     - A gdzie jest teraz?
     - Teraz jest zajËta.
     - Tak - powiedzia? Wiktor  i rÕwnie? spojrza? na zegarek. - O czwartej,
albo  o piNotej przy  S?onecznej Bramie  -  mia?  okropnNo ochotË  i?Ö sobie
stNod. To  by?o nie do zniesienia - staÖ tak skupiajNoc na sobie uwagË  tego
milczNocego zgromadzenia.
     - ByÖ mo?e o szÕstej - rzek? Golem.
     - Przy S?onecznej Bramie... -  powtÕrzy? Wiktor.  -  To tam gdzie  jest
willa naszego doktora.
     - W?a?nie - przytaknNo? Golem. - Niech pan idzie do willi i czeka.
     -  Moim zdaniem, pan  po  prostu chce  mnie stNod  wyprosiÖ -  oznajmi?
Wiktor.
     - Tak - potwierdzi? Golem i nagle z zainteresowaniem spojrza? Wiktorowi
w twarz. - Wiktorze, czy pan zupe?nie nie ma ochoty siË stNod wynie?Ö?
     - Mam ochotË siË przespaÖ -  niedbale odpar?  Wiktor. - Dwie  noce  nie
spa?em  - z?apa?  Golema za  guzik, wyprowadzi?  go do hallu. - Dobra, zaraz
sobie pÕjdË - rzek?. - Ale co to za pandemonium? Macie tu zjazd?
     - Tak - odpowiedzia? Golem.
     - Czy mo?e zaczËli?cie powstanie?
     - Tak - powiedzia? Golem.
     - A mo?e zaczË?a siË wojna?
     - Tak - przytaknNo? Golem. - Tak, tak, tak. Niech siË pan stNod wynosi.
     - Dobrze  -  oznajmi?  Wiktor. OdwrÕci?  siË,  ?eby  odej?Ö, ale  nagle
przystanNo?. - A Diana? - zapyta?.
     - Jej nic nie grozi - odrzek? Golem. - I mnie rÕwnie?. Nikomu z nas nic
nie grozi. W ka?dym razie do godziny szÕstej. ByÖ mo?e do siÕdmej.
     - Odpowiada pan  za DianË - stwierdzi? Wiktor cicho.  Golem wyciNognNo?
chustkË do nosa i wytar? szyjË.
     - Ja odpowiadam za wszystko - powiedzia?.
     - Tak? Wola?bym, ?eby pan odpowiada? tylko za DianË.
     - Znudzi? misie pan - odpar? Golem. - Och. jak  rai pan obrzyd?, piËkne
kaczNotko.  Diana jest z  dzieÖmi. Dianie  absolutnie nic nie grozi. I niech
pan ju? sobie idzie. Mam du?o pracy.
     Wiktor  odwrÕci?  siË i  poszed?  w kierunku schodÕw.  Zurtzmansora  za
kontuarem nie by?o, tylko ?arÕwka tli?a siË nad brulionem oprawnym w ceratË.
     -  Baniew -  odezwa?  siË z  jakiego? ciemnego kNota R. Kwadryga. -  Ty
dokNod? Idziemy!
     - Przecie? nie mogË ?aziÖ  po  deszczu w  kapciach! - odrzek?  gniewnie
Wiktor nie odwracajNoc g?owy. PrzepËdzili,  my?la?. WypËdzili nas z  hotelu.
ByÖ  mo?e z ratusza te? nas przepËdzili. A mo?e i z miasta... I co dalej?  W
swoim pokoju przebra? siË szybko i narzuci? p?aszcz. Kwadryga nie odstËpowa?
go i plNota? siË pod nogami.
     - Masz zamiar i?Ö w, szlafroku? - zapyta? Wiktor.
     - On jest ciep?y - powiedzia? Kwadryga. - A w domu mam jeszcze jeden.
     - Idñ siË ubierz, ba?wanie.
     - Nie pÕjdË - kategorycznie odmÕwi? Kwadryga.
     - Chodñmy razem - zaproponowa? Wiktor.
     -  Nie.  Razem  te?  nie  trzeba.  Ty siË  nie bÕj,  ja  tak...  Jestem
przyzwyczajony...
     Kwadryga zachowywa? siË jak pudel domagajNocy siË spaceru. Podskakiwa?,
zaglNoda? w oczy, g?o?no dysza?, ciNognNo? za  ubranie, podbiega? do drzwi i
zawraca?. Przekonywanie go nie mia?o sensu. Wiktor da? mu swÕj stary p?aszcz
i zamy?li? siË. WyjNo? z biurka dokumenty i pieniNodze, roz?o?y? wszystko po
kieszeniach,  zamknNo? okno i  zgasi? ?wiat?o. NastËpnie  zda? siË  na ?askË
Kwadrygi.
     Doktor  honoris  causa  pochyli?  g?owË, pËdem  powlÕk? go  korytarzem;
kuchennymi  schodami, obok ciemnej,  zimnej kuchni, wypchnNo? przez drzwi na
ulewny deszcz, w egipskie ciemno?ci i wybieg? w ?lad za Wiktorem.
     - Wydostali?my siË dziËki Bogu! - oznajmi?. - Biegniemy!
     Ale biegaÖ nie umia?. MËczy?a go zadyszka, zresztNo by?o tak ciemno, ?e
trzeba  by?o w?a?ciwie i?Ö po  omacku, trzymajNoc  siË ?cian.  Na  podstawie
?wiecNocych  na pÕ? mocy ulicznych latarni i  sNoczNocego siË  gdzieniegdzie
przez  zas?ony  czerwonawego ?wiat?a  mo?na  by?o odgadnNoÖ  zaledwie ogÕlny
kierunek.  Deszcz la? Bez najmniejszej przerwy, ale ulice nie  by?y  ca?kiem
bezludne.  Gdzie?   rozmawiano  pÕ?g?osem,  p?aka?o  niemowlË,   parokrotnie
przeje?d?a?y ciË?arÕwki,  jaka?  furmanka  minË?a  ich  z  hukiem  ?elaznych
obrËczy  na  ko?ach.  "Wszyscy  uciekajNo  -  mamrota?  Kwadryga. -  Wszyscy
uciekajNo. Tylko my siË  wleczemy..."  Wiktor milcza?. Pod  nogami chlupa?o,
pantofle przemok?y, po  twarzy  sp?ywa?a ciep?awa woda, Kwadryga czepia? siË
jak  kleszcz,  wszystko to  by?o g?upie, w z?ym gu?cie, trzeba by?o siË wlec
przez  ca?e  miasto  i  nie  by?o   temu  koÓca.  Wiktor   wpad?  na  rynnË,
zachrzË?ci?o, Kwadryga pu?ci? go i natychmiast wrzasnNo? p?aczliwie na  ca?e
miasto:  "Baniew!  Gdzie  jeste??".  Kiedy  tak   b?Nokali  siË   w  mokrych
ciemno?ciach  szukajNoc jeden  drugiego,  nad  g?owami  stuknË?o  okienko  i
zduszony  g?os   zainteresowa?  siË:  "No  i  co  s?ychaÖ?"  "Ciemno  jak  u
murzyna..." - odpowiedzia? Wiktor.  "Zgadza siË! - z  entuzjazmem podchwyci?
g?os. - I wody  nie ma...  Dobrze,  ?e zdNo?yli?my  na?apaÖ do balii" "A  co
bËdzie?" - zapyta? Wiktor przytrzymujNoc KwadrygË wyrywajNocego siË naprzÕd.
Po chwili milczenia g?os odpar?:  "ZarzNodzNo ewakuacjË, nie inaczej... Ech,
?ycie!!"  i okienko  zatrzasnË?o siË. PowËdrowali dalej.  Kwadrygu wczepiony
oburNocz w Wiktora  zaczai  niejasno opowiadaÖ,  jak siË przera?ony obudzi?,
zszed? na dÕ? i trafi? na ten - sabat... Po ciemku wpadli na ciË?arÕwkË,  po
omacku wyminËli jNo i wpadli na cz?owieka z jakim? ?adunkiem. Kwadryga znowu
wrzasnNo?. "O co chodzi?" - z w?ciek?o?ciNo zapyta? Wiktor. "Bije - ura?onym
tonem  zawiadomi? go Kwadryga. - Prosto  w wNotrobË.  Pud?em". Chodniki by?y
zastawione  samochodami, lodÕwkami, kredensami,  ca?ymi  d?unglami  ro?lin w
doniczkach.  KwadrygË  zarzuci?o  i  trafi?  do  otwartej  szafy  z lustrem,
nastËpnie  wplNota?  siË  w  rower. Wiktor powoli  wpada? w furiË.  W jakim?
miejscu  zatrzymano  ich i  za?wiecono  w  oczy  latarkNo.  B?ysnË?y  mokre,
wojskowe he?my i ordynarny g?os  z  po?udniowym akcentem  oznajmi?:  "Patrol
wojskowy. ProszË q dokumenty". Kwadryga  rzecz jasna ?adnych  dokumentÕw nie
mia?,  wiËc  natychmiast  zaczNo?  wrzeszczeÖ,  ?e  jest  doktorem, ?e  jest
laureatem,  ?e  zna  osobi?cie...  Ordynarny  g?os  powiedzia?  pogardliwie:
"Frajerzy.  Przepu?ciÖ". MinËli plac  miejski.  Przed  komend policji  sta?y
st?oczone  samochody  z  zapalonymi  reflektorami. Bezmy?lnie  miotali  siË.
mË?czyñni w z?otych koszulach b?yskajNoc miedziNo swoich stra?ackich he?mÕw,
rozlega?y  siË  dñwiËczne,  niewyrañne komendy.  WidaÖ  by?o, ?e  tu w?a?nie
znajduje siË centrum paniki. Odb?yski reflektorÕw  jeszcze  przez czas jaki?
o?wietla?y drogË, nastËpnie znowu zrobi?o siË ciemno.
     Kwadryga  ju?  nie  mamrota?,  tylko  spa?  i  pojËkiwa?.  Kilkakrotnie
przewraca?  siË pociNogajNoc  za sobNo  Wiktora.  Utyt?ali siË  jak  ?winie.
Wiktor  otËpia?  doszczËtnie,  ju?  wiËcej nie  przeklina?,  zas?ona  apatii
spËta?a  mu mÕzg, trzeba by?o  i?Ö, i?Ö, dzisiaj i?Ö,  jutro  i?Ö,  odpychaÖ
napotykanych w drodze niewidzialnych ludzi, znowu i znowu podnosiÖ  KwadrygË
za ko?nierz namok?ego szlafroka,  tylko nie  wolno by?o  siË zatrzymaÖ, i  w
?adnym  wypadku  nie  wolno by?o zawrÕciÖ.  Co? mu siË przypomnia?o,  co? co
zdarzy?o siË  dawno -  haniebne, gorzkie, nieprawdopodobne,  ale  wtedy by?a
?una i  ludzka  kasza na  ulicach, w oddali za? trzaska?o i ?omota?o, za nim
by?o przera?enie, a dooko?a opustosza?e domy z oknami oklejonymi na krzy?, w
twarz  lecia?  popiÕ? i woÓ spalonego papieru, na ganek eleganckiej willi  z
ogromnNo   flagNo   narodowNo  wyszed?   wysoki   pu?kownik  we   wspania?ym
lejb-huzarskim  mundurze,  zdjNo?  czapkË  i  strzeli?  sobie  w  ?eb,  a my
oberwani, zakrwawieni,  wierni i  zdradzeni, rÕwnie? w huzarskich mundurach,
ale ju? nie huzarzy, tylko nieomal dezerterzy, zaczËli?my gwizdaÖ, rechotaÖ,
niektÕrzy rzucali w trupa resztkami po?amanych szabli...
     - Ano, stÕj - szeptem powiedzia? kto?  w ciemno?ci i o pier? opar?o siË
co? bardzo znajomego. Wiktor automatycznie podniÕs? rËce.
     - Jak pan ?mie! - wrzasnNo? Kwadryga za plecami Wiktora.
     - Cicho! - rozkaza? g?os.
     - Ratunku! - wrzasnNo? znowu Kwadryga.
     -  Cicho, idioto - powiedzia? do niego Wiktor. - PoddajË siË, poddajË -
rzek? w ciemno?Ö, tam  skNod  pochodzi?a  lufa  automatu, i  skNod  dobiega?
ciË?ki oddech.
     - BËdË strzelaÖ! - uprzedzi? przestraszony g?os.
     - Nie trzeba - odpar? Wiktor. - Przecie? siË poddajemy.  - W gardle, mu
zasch?o.
     - No, rozbieraÖ siË! - poleci? g?os.
     - To znaczy, ?e co?
     - Zdejmuj buty, p?aszcz zdejmuj, spodnie...
     - Po co?
     - Szybko, szybko! - wysycza? g?os.
     Wiktor dobrze siË przypatrzy?, opu?ci?  rËce, odstNopi? na  bok, z?apa?
za automat i zadar? lufË do gÕry. Bandyta zapiszcza?, szarpnNo? siË, ale nie
wiadomo  dlaczego  nie wystrzeli?. Obaj sapali z  wysi?kiem wyrywajNoc sobie
automat. "Baniew! Gdzie jeste??" - wrzeszcza? zrozpaczony Kwadryga. SNodzNoc
z zapachu i  po  dotyku  cz?owiek z  automatem by?  ?o?nierzem.  Czas  jaki?
jeszcze walczy?, ale Wiktor by? znacznie silniejszy.
     - Koniec -  oznajmi? Wiktor przez  zËby. - Koniec.  Nie wyrywaj siË, bo
jeszcze dostaniesz po mordzie.
     - Niech mnie pan pu?ci! - sycza? ?o?nierz broniNoc siË s?abo.
     - Po co ci moje spodnie? Gadaj, co? ty za jeden?
     ?o?nierz tylko sapa?.  "Wiktor!"  -  wrzeszcza?  Kwadryga  ju? gdzie? z
oddali. "Aaa!". Zza rogu wyjecha? samochÕd, na moment o?wietli? reflektorami
znajomNo, piegowatNo twarz, okrNog?e ze strachu oczy znik?y.
     - Ee, ja przecie?  ciebie znam - powiedzia? Wiktor. - Czego napadasz na
ludzi? Oddaj automat. ?o?nierz zaczepiajNoc rzemieniem o he?m pokornie odda?
broÓ.
     -  WiËc po  co ci  moje  spodnie? -  zapyta?  Wiktor. -  Dezerterujesz?
?o?nierz sapa?. Taki sympatyczny, piegowaty ?o?nierzyk...
     - No, dlaczego nic nie mÕwisz? ?o?nierzyk zap?aka?. Cienko, zawodzNoc.
     - Mnie teraz tak czy inaczej... -  wymamrota?. -  Tak  czy inaczej mnie
rozstrzelajNo.  Uciek?em z  posterunku.  Odszed?em,  porzuci?em  posterunek,
gdzie  siË  teraz  podziejË.... Niech  mnie pan  pu?ci, co? Ja  przecie? nie
chcia?em niez?ego, nie jestem ?adnym bandytNo, niech mnie pan nie wydaje...
     Chlipa?,  pociNoga?  nosem i w ciemno?ci zapewne  wyciera? nos  rËkawem
munduru  -  ?a?osny jak  ka?dy dezerter,  przera?ony jak wszyscy dezerterzy,
gotowy na wszystko.
     -  Dobra  - stwierdzi!  Wiktor.  - PÕjdziesz z  nami.  Nie  wydamy ciË.
Ubranie te? siË znajdzie. Idziemy, tylko siË nie zgub.
     KierujNoc siË na psie  wycie  znaleñli KwadrygË. Teraz na  szyi Wiktora
wisia?  automat,  za  lewNo  rËkË  konwulsyjnie  trzyma?  go   pochlipujNocy
?o?nierz, za prawNo wyjNocy cicho Kwadryga.  Zupe?ny ob?Ëd. Mo?na oczywi?cie
oddaÖ  roz?adowany  automat  temu  ch?opcu i daÖ  smarkaczowi kopniaka. Nie,
jako? szkoda. I smarkacza szkoda,  i automatu, jeszcze siË  mo?e  przydaÖ...
My?my  tu  siË  naradzili  ze  spo?eczeÓstwem  i  przewa?y?  poglNod,  ?e na
rozbrojenie  jest jeszcze za wcze?nie.  Automat  mo?e siË  jeszcze przydaÖ w
przysz?o?ci...
     - PrzestaÓcie obaj wyÖ - powiedzia? Wiktor. - Bo patrol us?yszy.
     Ucichli,  a  po  piËciu minutach,  kiedy  za?wieci?y  przed nimi matowe
?wiat?a stacji benzynowej. Kwadryga  pociNognNo? Wiktora na prawo mamroczNoc
rado?nie: "Przyszli?my, dziËki Bogu przyszli?my..."
     Klucz  do furtki  Kwadryga  oczywi?cie  zapomnia?  w  hotelu  razem  ze
spodniami. PieklNoc siË przeleñli przez p?ot, klnNoc b?Nokali siË przez czas
jaki? w  krzakach bzu,  omal  nie wpadli do fontanny,  wreszcie  trafili  do
wej?cia,  wywa?yli drzwi i znaleñli  siË w hallu. PstryknNo?  kontakt i hali
rozja?ni?o s?abe, czerwone ?wiat?o. W czasie kiedy Kwadryga biega? po domu w
poszukiwaniu rËcznikÕw i suchego ubrania, ?o?nierz rozebra? siË do bielizny,
zwinNo?  mundur w tobo?ek i wepchnNo? pod kanapË. Wtedy uspokoi? siË nieco i
przesta?  pochlipywaÖ.  Potem  wrÕci?  Kwadryga  i  wszyscy d?ugo,  zaciekle
wycierali siË rËcznikami i przebierali.
     W  hallu  panowa?  chaos.   Wszystko  by?o  poprzewracane,  rozrzucone,
zab?ocone.  KsiNo?ki poniewiera?y  siË  przemieszane  z  brudnymi  ?achami i
zrolowanymi  obrazami.  Pod  nogami chrzË?ci?o szk?o  i tubki z  zaschniËtNo
farbNo,  telewizor patrzy? pustym prostokNotem ekranu, a stÕ? zastawiony by?
brudnymi naczyniami z cuchnNocymi  resztkami jedzenia. ZresztNo,  czego  tam
nie  by?o po  kNotach,  a  raczej  co tam by?o,  nie mÕg?  siË zorientowaÖ w
ciemno?ciach. Zaduch w  domu by?  taki, ?e Wiktor  nie wytrzyma?  i otworzy?
okno.
     Kwadryga zabra? siË do robienia  porzNodku. Najpierw ujNo? brzeg sto?u,
przechyli? go i z ?oskotem zsypa? wszystko na pod?ogË. NastËpnie wytar? blat
mokrym szlafrokiem,  pobieg? gdzie?, przyniÕs? trzy  kryszta?owe  kieliszki,
zabytkowe   i  piËkne   oraz   dwie  kwadratowe   butelki.   PopiskujNoc   z
niecierpliwo?ci wyciNognNo? korki i nape?ni? pucharki.
     -  Na  zdrowie...  - wymamrota?  niewyrañnie,  z?apa?  swÕj  kieliszek,
przywar? do niego chciwie, ju? zawczasu przewracajNoc oczami z rozkoszy.
     Wiktor ugniatajNoc  wilgotnego papierosa patrzy? na niego z pob?a?liwym
u?miechem. Na  twarzy  Kwadrygi  pojawi?o  siË  nagle  nieopisane  zdumienie
przemieszane z zawodem.
     - I tu te?... - powiedzia? z obrzydzeniem.
     - Co takiego? - zapyta? Wiktor.
     - Woda - nie?mia?o odezwa? siË ?o?nierzyk. - Zwyczajna woda. Zimna.
     Wiktor  odpi? ze swojego kieliszka.  Tak, to  by?a woda, czysta, zimna,
byÖ mo?e nawet destylowana.
     - Czym ty nas poisz, Kwadryga? - zapyta?.
     Kwadryga  bez s?owa z?apa? drugNo butelkË i wypi?  ?yk. Twarz wykrzywi?
mu  grymas.  SplunNo? i powiedzia?: "O mÕj Bo?e!", pochyli? siË i na palcach
wyszed?  z  pokoju,  ?o?nierz znowu chlipnNo?. Wiktor  obejrza? etykietki na
butelkach  - rum, whisky.  Znowu  sprÕbowa?  -  woda.  Zapachnia?o normalnym
diabelstwem,  same z  siebie  zaskrzypia?y gdzie?  deski pod?ogi,  skÕra  na
plecach ?cierp?a pod uwa?nym spojrzeniem czyich? oczu. ?o?nierzyk wciNognNo?
g?owË w ko?nierz  ogromnego swetra  R.  Kwadrygi  i g?Ëboko wsunNo?  rËce  w
rËkawy. Oczy mia? okrNog?e i nie spuszcza?  wzroku z Wiktora. Wiktor zapyta?
ochryple:
     - No, czego siË gapisz?
     - A pan czego? - szeptem spyta? ?o?nierz.
     - Ja dla niczego, a ty po co wyba?uszasz ga?y?
     - Ja tak, a pan... Jako? straszno.... Lepiej nie...
     SpokÕj, powiedzia?  do siebie Wiktor.  To  nic strasznego. To  przecie?
homo super. Oni nie takie rzeczy potrafiNo.  Oni, bracie,  wszystko umiejNo.
WodË  w  wino i  wino w  wodË. SiedzNo  sobie w restauracji i przemieniajNo.
NiszczNo epokË. KamieÓ wËgielny. Abstynenci, ich maÖ...
     - StchÕrzy?e?? - zapyta? ?o?nierza. - GÕwniarz.
     - Bo to straszne! - powiedzia?  ?o?nierz o?ywiajNoc siË. - Panu to nic,
ale  ile ja siË wycierpia?em... Stoisz w nocy na posterunku,  a on  wylatuje
zza drutÕw, spojrzy na ciebie z gÕry i dalej... Jeden  nasz kapral to  nawet
zrobi? w portki... Kapitan  ciNogle mÕwi?, przyzwyczaicie siË, ?e s?u?ba, ?e
przysiËga. Ni cholery nie mo?na siË przyzwyczaiÖ. Niedawno jeden przylecia?,
usiad? na dachu wartowni i patrzy, i patrzy... a oczy  ma  nie jak cz?owiek,
czerwone,  ?wieca, siarkNo  od niego zalatuje... -  ?o?nierz  wyjNo? rËce  z
rËkawÕw i prze?egna? siË.
     Z  g?Ëbin willi wychynNo?  Kwadryga  wciNo?  tak  samo  pochylony  i na
palcach.
     -  Sama  woda  -  oznajmi?.  -  Wiktor, wiejmy  stNod.  W  gara?u  stoi
zatankowany samochÕd, siadamy i cze?Ö! No?
     - Bez paniki - odpar? Wiktor.  - ZwiaÖ zawsze zdNo?ymy. A zresztNo, jak
chcesz. Ja teraz nie pojadË, ale ty spadaj. I nie zapomnij zabraÖ ch?opaka.
     - Nie - stwierdzi? Kwadryga. - Bez ciebie nie pojadË.
     - W takim razie  przestaÓ dygotaÖ  i przynie? co? do  ?arcia  - poleci?
Wiktor. - Chleb jeszcze nie przemieni? siË w kamieÓ?
     Chleb  w   kamieÓ  siË  nie   przemieni?.  Konserwy  rÕwnie?  pozosta?y
konserwami i to dobrymi konserwami. Jedli,  a ?o?nierz  opowiada?,  ile  siË
najad? strachu przez ostatnie  dwa dni, o latajNocych mokrzakach, o  inwazji
d?d?ownic, o dzieciach, ktÕre w ciNogu dwÕch dni sta?y siË doros?ymi ludñmi,
o swoim przyjacielu szeregowcu Krupmanie, dziewiËtnastoletnim ch?opcu, ktÕry
ze  strachu  sam  siË  postrzeli?...  i  jeszcze  o  tym  jak  na  wartowniË
przyniesiono obiad,  postawiono  na kuchni, ?eby siË  ogrza?, jak obiad sta?
dwie  godziny na ogniu, w ogÕle siË nie zagrza?  i jedli zimny... A  dzisiaj
objNo?em  wartË o Õsmej wieczorem,  deszcz jak  z cebra, razem z gradem, nad
obozem pozaregulaminowe ?wiat?a, muzyka jaka?  nieludzka i jaki? g?os wciNo?
mÕwi i mÕwi, mÕwi, mÕwi, a co mÕwi nie wiadomo, s?owa nie mo?na zrozumieÖ. A
potem ze stepu wysz?y wirujNoce s?upy i prosto  do obozu. Ledwie wesz?y, jak
otwar?a siË brama i wylatuje za bramË  pan kapitan na swoim samochodzie. Nie
zdNo?y?em nawet stanNoÖ na  baczno?Ö,  widzË tylko, ?e pan kapitan na tylnym
siedzeniu bez  czapki,  bez p?aszcza -  bije  kierowcË po karku i wrzeszczy:
"PrËdzej  sukinsynu. PrËdzej!"  Co?  mnie  ?cisnË?o w ?rodku,  jakby mi kto?
powiedzia?  - uciekaj,  pryskaj stNod, bo  inaczej  zostanie z ciebie  mokra
plama.  No,  to zwia?em.  I  nie  drogNo,  tylko prosto, przez  step,  przez
wNowozy,  mato w moczarach  nie  ugrzNoz?em, pelerynË  gdzie? tam  zgubi?em,
wczoraj nowNo  pobra?em, ale trafi?em do  miasta, a w mie?cie patrole..  Raz
ledwie im  uciek?em, drugi raz  ledwie im uciek?em,  dotar?em tu  do  stacji
benzynowej, patrzË  - ludzie uciekajNo, cywilÕw puszczajNo  bez gadania, ale
naszych - figË, ?NodajNo przepustek. No to siË zdecydowa?em.
     Opowiedziawszy  swojNo  historiË,  ?o?nierz  zwinNo?  siË  w  fotelu  i
natychmiast  zasnNo?. MËczeÓsko  trzeñwy Kwadryga znowu zaczai powtarzaÖ, ?e
trzeba  uciekaÖ  i  to natychmiast.  "Ten  tu na przyk?ad -  mÕwi  w  kÕ?ko,
wskazujNoc  widelcem na ?piNocego ?o?nierza. -  Nawet ten  rozumie... Ale ty
jeste? okropnie tËpy, Baniew, tËpy jak g?Nob. ?e te?  nie czujesz, ja mam po
prostu fizyczne uczucie, jak z  pÕ?nocy co? mnie naciska.  ..  Uwierz mi....
wiem,  ?e mi nie wierzysz,  ale teraz  uwierz, przecie? dawno  wam wszystkim
mÕwi?em - nie  wolno tu  siedzieÖ... Golem ci w g?owie  zawrÕci?,  pijaczyna
nosaty... Zrozum, teraz  jeszcze  jest  wolna droga, wszyscy czekajNo a? siË
rozwidni, potem wszystkie mosty bËdNo  zat?oczone tak jak w czterdziestym...
Jeste? uparty jak kozio?, Baniew, zawsze taki by?e?, jeszcze w gimnazjum..."
Wiktor kaza?  mu i?Ö spaÖ albo  wynosiÖ  siË do  diab?a. Kwadryga nabzdyczy?
siË, dojad? konserwy i wlaz? na kanapË owinNowszy siË  w moherowy pled. Czas
jaki? krËci? siË, chrzNoka?, mamrota? apokaliptyczne  przepowiednie, a potem
ucich?. By?a godzina czwarta.
     O  czwartej  dziesiËÖ   ?wiat?o  mignË?o  i  zgas?o  zupe?nie.   Wiktor
wyciNognNo?  siË  w  fotelu, przykry?  jakimi?  suchymi szmatami i spokojnie
le?a?  patrzNoc  w   ciemne   okno  i  nads?uchujNoc.  PojËkiwa?  przez  sen
?o?nierzyk, pochrapywa? umËczony doktor  honoris causa. Gdzie? - zapewne  na
stacji benzynowej - rycza?y  silniki,  niewyrañnie  wykrzykiwa?y co?  jakie?
g?osy. Wiktor  sprÕbowa?  zorientowaÖ siË  w tym co siË dzieje i  doszed? do
wniosku, ?e mokrzaki jednak pok?Õci?y siË z genera?em Pferdem, pogoni?y go z
leprozorium, przenios?y swojNo rezydencjË do  miasta i wyobra?ajNo sobie, ?e
je?eli umiejNo przemieniÖ wino w wodË i  sprowadzaÖ na ludzi upiorny strach,
to bËdNo umieli  przeciwstawiÖ siË  wspÕ?czesnemu  wojsku... - co tam, nawet
wspÕ?czesnej policji. Idioci. ZburzNo miasto i sami  zginNo, zostawiNo ludzi
bez dachu nad  g?owNo. I dzieci... Dzieci zmarnujNo, dranie! I po co?  Czego
oni  chcNo?  Czy?by  znowu  walka o  w?adzË?  Ech  wy, homo  super! MNodrzy,
utalentowani... tacy sami dranie  jak  i my.  Jeszcze jeden nowy ?ad, a czym
?ad nowszy tym gorszy  - to  dobrze wiadomo.  Irma... Diana... Poderwa? siË,
namaca?  telefon, zdjNo?  s?uchawkË.  Telefon milcza?.  Znowu  czego? miËdzy
sobNo nie podzielili, a my, ktÕrzy nie  chcemy byÖ ani z tymi ani z tamtymi,
chcemy tylko, ?eby nas  zostawiono w spokoju, znowu  musimy  ruszaÖ w drogË,
depczNoc  siË  wzajemnie ratowaÖ siË,  uciekaÖ,  albo  co gorsza  - wybieraÖ
czyjNo? stronË niczego nie rozumiejNoc, nic  nie wiedzNoc, wierzyÖ na s?owo,
nawet nie na s?owo, ale diabli wiedzNo  na co... StrzelaÖ do siebie, szarpaÖ
zËbami....
     Znane my?li p?ynNo  znanym  korytem.  Ju?  tysiNoce  razy tak my?la?em.
Przyuczeni jeste?my. Przyuczeni od dziecka.  Albo hurra,  hurra, albo idñcie
wszyscy do diab?a, nikomu nie wierzË. My?leÖ pan nie urnie, panie Baniew, ot
co. I dlatego pan upraszcza. Je?eli napotka pan na swojej drodze jakikolwiek
z?o?ony ruch spo?eczny, na  poczNotek prÕbuje pan go upro?ciÖ. WiarNo,  albo
niewiarNo.   A  je?eli   pan   ju?   wierzy,  to  do   utraty   zmys?Õw,  do
najwierniejszego szczeniËcego skowytu. A je?li pan nie wierzy to z lubo?ciNo
rzyga pan  zatrutNo  ?Õ?ciNo  na wszystkie  idea?y - i na fa?szywe, i na  te
najprawdziwsze. Perry Mason mawia? - nie nale?y siË baÖ dowodÕw rzeczowych -
trzeba siË baÖ interpretacji. To samo z politykNo. Bandyci interpretujNo tak
jak  im  jest wygodnie,  a  my prostaczkowie  ?ykamy gotowNo  interpretacjË.
Dlatego,  ?e  nie umiemy,  nie mo?emy  i nie chcemy  sami  pomy?leÖ. A kiedy
prostaczek Baniew,  ktÕry nigdy  niczego  oprÕcz  politycznych bandziorÕw  w
?yciu nie widzia?, prÕbuje  samodzielnej interpretacji, to  natychmiast daje
plamË, poniewa? jest ciemny jak tabaka w rogu, my?lenia nikt go nie nauczy?,
wiËc naturalnie w ?adnych innych kategoriach oprÕcz bandyckich interpretowaÖ
nie  jest  zdolny. Nowy ?wiat, stary ?wiat... i od razu  skojarzenia -  nowy
?ad,  stary ?ad... No dobrze,  ale przecie? prostaczek  Baniew istnieje  nie
pierwszy dzieÓ, co? nieco? ju? widzia?,  tego i owego  siË nauczy?. Przecie?
nie jest zupe?nym debilem. Przecie? jest Diana, Zurtzmansor, Golem. Dlaczego
muszË  wierzyÖ faszy?cie Faworowi,  albo  temu  smarkatemu  kmiotkowi,  albo
trzeñwemu Kwadrydze?  Dlaczego koniecznie zaraz krew, gnÕj i b?oto? Mokrzaki
wystNopi?y  przeciwko  Pferdowi? Znakomicie!  PogoniÖ  go  w  cholerË. Dawno
pora... A dzieci  nie  pozwolNo skrzywdziÖ, to  do  nich  niepodobne...  nie
rozdzierajNo na sobie koszul, nie nawo?ujNo, ?eby siË narodowo samookre?liÖ,
nie grajNo na jaskiniowych instynktach...  To, co  najbardziej naturalne, to
najmniej przystoi cz?owiekowi - s?usznie, brawo Bol-Kunac, zuch jeste?...  I
ca?kiem  mo?liwe,  ?e to nowy ?wiat bez nowego ?adu. Strach? Obco?Ö? Ale tak
w?a?nie powinno byÖ. Tworzysz przysz?o?Ö, ale  nie dla siebie. Ale?  ja  siË
miota?em jak go?y w  pokrzywach, kiedy sparzy?a mnie  przysz?o?Ö! Jak bardzo
chcia?em  zawrÕciÖ,  znaleñÖ  siË  tam  gdzie moje minogi i  wÕdka...  Nawet
wspomnieÖ  przykro,  ale przecie? tak  w?a?nie  byÖ powinno. Tak, nienawidzË
starego ?wiata. NienawidzË jego g?upoty, jego obskurantyzmu, jego faszystÕw.
Ale czym jestem bez tego wszystkiego? To  mÕj chleb  i  moja woda. Oczy?Öcie
?wiat  wokÕ?  mnie,  sprawcie, ?eby  sta? siË takim jakim  chcË  go widzieÖ,
wÕwczas nastNopi mÕj koniec. WychwalaÖ nie umiem, nienawidzË  wychwalania, a
wymy?laÖ  nie  bËdË  mia?  komu, nie bËdË mia? kogo  nienawidzieÖ  - smutek,
?mierÖ...  Nowy ? wiat  - suro wy, sprawiedliwy, mNodry, sterylnie  czysty -
nie jestem mu  potrzebny, jestem dla niego  zerem. By?em mu potrzebny, kiedy
walczy?em o niego...  ale  je?li  ja  mu  nie  jestem potrzebny to  i  on mi
niepotrzebny,  ale je?eli jest mi niepotrzebny, to  dlaczego walczË o niego?
Ech, gdzie te dobre, stare czasy, kiedy mo?na by?o oddaÖ ?ycie za zbudowanie
nowego ?wiata, ale umrzeÖ w starym. Akceleracja, wszËdzie akceleracja... Ale
nie sposÕb  walczyÖ przeciw, nie  walczNoc za!  No  cÕ? to znaczy, ?e  kiedy
rNobiesz las, najmocniej podcinasz w?a?nie tË ga?Noñ, na ktÕrej siedzisz.
     ...  Gdzie? w ogromnym, pustym ?wiecie p?aka?a dziewczynka powtarzajNoc
?a?o?nie:  nie chcË, nie  chcË,  to niesprawiedliwe, co z  tego,  ?e  bËdzie
lepiej,  je?eli tak ma  byÖ, to niech nie bËdzie lepiej, niech oni zostanNo,
niech  oni bËdNo, czy  naprawdË nie mo?na nic zrobiÖ,  ?eby zostali  z nami,
jakie to  g?upie,  jakie bezsensowne...  Przecie? to  Irma, pomy?la? Wiktor.
"Irma!" - krzyknNo? i obudzi? siË.
     Chrapa?  Kwadryga. Deszcz  za oknem  usta? i jakby przeja?nia?o. Wiktor
podniÕs?  do  oczu  zegarek.  ?wiecNoce  wskazÕwki  pokazywa?y  za  kwadrans
piNotNo.  CiNognË?o przenikliwym ch?odem, nale?a?oby wstaÖ i  zamknNoÖ okno,
ale ju? siË zagrza? i nie chcia?o mu siË ruszaÖ, powieki mimo woli opad?y mu
na oczy. Ni  to we  ?nie,  ni  to na jawie,  gdzie?  w pobli?u  przeje?d?a?y
samochody,   jeden  za  drugim  jecha?y  samochody,   samochody  wlok?y  siË
b?otnistNo drogNo po  wybojach,  przez bezkresne,  bagniste pole pod  szarym
brudnym niebem, wzd?u? pochylonych s?upÕw telegraficznych, z ktÕrych zwisa?y
zerwane druty,  obok rozbitego dzia?a z lufNo zadartNo do gÕry, obok resztek
osmalonego komina, na ktÕrym siedzia?y najedzone wrony i przejmujNoca wilgoÖ
przenika?a  pod brezent, pod p?aszcz, strasznie chcia?o  siË  spaÖ, ale spaÖ
nie by?o mo?na, dlatego, ?e powinna przeje?d?aÖ Diana, a furtka zamkniËta, w
oknach  ciemno, pomy?la?a,  ?e  mnie  tu  nie  ma  i pojecha?a  dalej, a  on
wyskoczy? przez okno i ze wszystkich si? rzuci? siË w pogoÓ  za samochodem i
krzycza? tak, ?e omal ?y?y nie popËka?y  mu w skroniach, okaza?o siË jednak,
?e obok z ?oskotem i szczËkiem jadNo  czo?gi, wiËc nie  s?ysza? nawet samego
siebie, a Diana pojecha?a tam, w  stronË przeprawy, gdzie  wszystko p?onË?o,
gdzie jNo zabijNo i on  zostanie sam, w tym momencie rozleg? siË przenikliwy
?wist bomby,  prosto  w g?owË, w mÕzg... Wiktor wskoczy?  do rowu  i spad? z
fotela.
     Kwicza? R. Kwadryga. Rozkraczony przed otwartym oknem patrzy? w niebo i
kwicza? jak  baba,  by?o  widno,  ale  nie by?o  to  dzienne  ?wiat?o  -  na
u?winionej pod?odze le?a?y rÕwne jasne prostokNoty. Wiktor podbieg?  do okna
i  wyjrza?. To by? ksiË?yc  - lodowaty, maleÓki, o?lepiajNoco  jasny. By?o w
nim co? niewypowiedzianie przera?ajNocego, do Wiktora nie od razu dotar?o co
mianowicie takiego.  Niebo nadal zasnuwa?y chmury, ale  w tych chmurach kto?
starannie wykroi? rÕwniutki kwadrat i w centrum tego kwadratu by? ksiË?yc.
     Kwadryga ju? nie kwicza?.  ZatchnNo? siË krzykiem i  wydawa?  z  siebie
tylko s?abe, skrzypliwe dñwiËki.  Wiktor z trudem nabra? powietrza w p?uca i
nagle poczu?  z?o?Ö. Co oni tu urzNodzajNo - cyrk, czy co? Za kogo  oni mnie
biorNo? Kwadryga wciNo? skrzypia?.
     - PrzestaÓ! - ryknNo? Wiktor z  nienawi?ciNo. -  Co ty,  kwadratÕw  nie
widzia?e?? Artysta gÕwniany! Fagas!
     Z?apa? KwadrygË  za moherowy pled i potrzNosnNo? z ca?ej si?y. Kwadryga
upad? na pod?ogË i zamar?.
     - No wiËc - powiedzia?  nagle nieoczekiwanie jasno i wyrañnie. - Ja mam
dosyÖ.
     Wsta? na czworaki  i wprost z tej pozycji wystartowa?  niczym sprinter.
Wiktor znowu wyjrza?  przez  okno. W g?Ëbi  duszy  mia? nadziejË,  ?e mu siË
przewidzia?o, ale nic  siË nie zmieni?o  i nawet wypatrzy?  w prawym  dolnym
kNocie kwadratu  gwiazdkË,  nieomal  zatopionNo w  ksiË?ycowym  blasku. By?o
?wietnie widaÖ mokre krzaki bzu,  nieczynnNo fontannË i  alegorycznNo rybË z
marmuru,  bogato zdobionNo bramË, a za bramNo - czarnNo wstËgË szosy. Wiktor
usiad?  na  parapecie  i  pilnujNoc,  ?eby  nie  dr?a?y  mu  palce,  zapali?
papierosa.  KNotem oka zauwa?y?, ?e ?o?nierza nie ma w  hallu - mo?e uciek?,
mo?e schowa? siË pod kanapË i umar? ze strachu. W ka?dym razie automat le?a?
na  dawnym  miejscu,  i  Wiktor  histerycznie  zachichota?  porÕwnujNoc  ten
nieszczËsny kawa?ek ?elaza z  si?ami, ktÕre  wykona?y  kwadratowNo studniË w
chmurach. Sztukmistrze,  ?eby ich. Nie  -  e,  je?eli  nawet  ten nowy ?wiat
polegnie, to i stary nieñle dostanie po uszach... Ale to dobrze, ?e jest pod
rËkNo  automat. G?upio,  ale jako?  z nim spokojniej.  ZresztNo,  je?li po -
my?leÖ,  wcale  nie  g?upio.  Jasne  jak s?oÓce,  ?e  szykuje siË przes?awne
wianie,  to  wisi w powietrzu, a kiedy trwa wielkie  wianie,  zawsze  lepiej
trzymaÖ siË na uboczu i mieÖ przy sobie automat.
     Na   dziedziÓcu   zarycza?   silnik,   zza   rogu  wylecia?a   ogromna,
nieskoÓczenie d?uga  limuzyna Kwadrygi (osobisty upominek pana prezydenta za
bezinteresownNo s?u?bË wiernym pËdzlem) i nie wybierajNoc drogi pomknË?a  do
bramy, wywali?a jNo, wyjecha?a na szosË, skrËci?a i znik?a.
     - A jednak zwia?, bydlak  -  wymamrota? Wiktor nie bez zawi?ci. Zlaz? z
parapetu,  zawiesi?   na  ramieniu  automat,  narzuci?   p?aszcz  i  zawo?a?
?o?nierza.  ?o?nierz nie  odezwa? siË. Wiktor zajrza? pod kanapË, ale  le?a?
tam  tylko  szary t?umok  z  umundurowaniem. Wiktor zapali?  jeszcze jednego
papierosa  i wyszed? na  dwÕr. W  krzakach bzu, obok rozbitej bramy  znalaz?
?awkË dziwacznego kszta?tu, ale bardzo wygodnNo, a co najwa?niejsze z dobrym
widokiem na szosË, usiad?, za?o?y?  nogË na  nogË i szczelniej zakuta? siË w
p?aszcz. PoczNotkowo na szosie by?o pusto, ale  potem  przejecha?  samochÕd,
drugi, trzeci i Wiktor zrozumia?, ?e wianie siË rozpoczË?o.
     Miasto pËk?o jak wezbrany wrzÕd. Na czele uciekali wybrani, magistrat i
policja, ucieka? przemys? i handel, ucieka? sNod i akcyza, finanse i o?wiata
ludowa,  poczta  i telegraf, ucieka?y z?ote  koszule -  wszyscy, wszyscy,  w
k?Ëbach   benzynowego  smrodu,  w  trzasku  rur  wydechowych,  rozczochrani,
agresywni, rozw?cieczeni  i tËpi. Kombinatorzy,  dorobkiewicze, s?udzy ludu,
ojcowie miasta, z wyciem syren samochodowych, w histerycznym  jËku klaksonÕw
- szosa rycza?a,  gigantyczny furunku?  wciNo?  wycieka? i wycieka?, a kiedy
sp?ynË?a  ropa,  pop?ynË?a krew  -  ludzie na zat?oczonych  ciË?arÕwkach,  w
przeciNo?onych autobusach, w za?adowanych ma?olitra?Õwkach, na  motocyklach,
na   rowerach,  na  wÕzkach,   na   piechotË  przygiËci   ciË?arem  tobo?Õw,
popychajNocy  rËczne wÕzki,  pieszo,  z  pustymi rËkami, posËpni, milczNocy,
zagubieni,  zostawiajNoc  swoje  domy,  swoje   pluskwy,   swoje  niewielkie
szczË?cie, u?o?one  ?ycie,  swojNo przesz?o?Ö i swojNo przysz?o?Ö. Za ludñmi
postËpowa?o  wojsko.  Powoli  przejecha?  ?azik   z  oficerami,  transporter
opancerzony, dwie  ciË?arÕwki  z ?o?nierzami  i nasze najlepsze  na  ?wiecie
polowe  kuchnie,  a ostatnia  jecha?a pancerka  na gNosienicach z karabinami
maszynowymi skierowanymi do ty?u.
     ?wita?o,  ksiË?yc  poblad?, straszny  kwadrat  rozp?ynNo?  siË,  chmury
topnia?y,  nadciNoga?  ?wit. Wiktor  poczeka?  oko?o kwadransa,  nikogo  siË
wiËcej nie doczeka? i wyszed? za bramË.  Na asfalcie poniewiera?y siË brudne
szmaty, czyja? rozwalona walizka - w bardzo  dobrym  gatunku, od razu widaÖ,
?e jaka? w?adza  jNo zgubi?a,  ko?o od furmanki, a nie opodal,  na poboczu -
sama furmanka  ze  starNo  dziurawNo  kanapNo  i  fikusem.  Po?rodku  szosy,
dok?adnie  naprzeciwko bramy - samotny kalosz. Dooko?a  by?o  pusto.  Wiktor
spojrza? w stronË stacji benzynowej. Nie by?o tam ju? ani jednego samochodu,
ani jednego cz?owieka.  W ogrodach zaczË?y  ?piewaÖ ptaki, wstawa?o  s?oÓce,
ktÕrego Wiktor nie widzia? ju? ze dwa  tygodnie,  a miasto  - kilka lat. Ale
teraz nie by?o komu patrzeÖ na s?oÓce. Znowu rozleg? siË warkot motoru i zza
zakrËtu wynurzy? siË autobus. Wiktor  zszed? na pobocze.  To  byli "Bracia w
sapiencji"  -  przep?ynËli  obok  jednakowo odwracajNoc obojËtne,  bezmy?lne
twarze. OtÕ? i koniec, pomy?la? Wiktor. Dobrze by?oby siË napiÖ. Gdzie? jest
Diana?
     Wolno ruszy? na powrÕt do miasta.

     *

     S?oÓce by?o po prawej  stronie,  to skrywa?o siË  za dachami domkÕw, to
bryzga?o ciep?ym ?wiat?em  poprzez ga?Ëzie na  wpÕ?  zgni?ych  drzew. Chmury
znik?y i niebo by?o zdumiewajNoco czyste. Ziemia parowa?a  lekkNo  mgie?kNo.
By?o  idealnie cicho  i  Wiktor  zwrÕci? uwagË na dziwne, ledwie dos?yszalne
dñwiËki, dobiegajNoce jakby  spod  ziemi -  s?abe  potrzaskiwanie, szuranie,
szelest.  Ale  potem przywyk?  i zapomnia? o tym.  OgarnË?o go zdumiewajNoce
poczucie spokoju i bezpieczeÓstwa. Szed? jak pijany i prawie przez ca?y czas
patrzy? w niebo. W Alejach Prezydenta zatrzyma? siË obok niego jeep.
     - Niech pan wsiada - powiedzia? Golem.
     Golem  by?  szary  ze  zmËczenia  i  jaki? przygnËbiony,  a obok  niego
siedzia?a Diana,  rÕwnie? zmËczona, ale  i tak prze?liczna, najpiËkniejsza z
wszystkich zmËczonych kobiet.
     -  S?oÓce - rzek?  Wiktor u?miechajNoc siË do niej. -  SpÕjrzcie  jakie
s?oÓce.
     - On nie pojedzie - stwierdzi?a Diana. - Uprzedza?am pana, Golem.
     - Dlaczego nie pojadË? - zdziwi? siË Wiktor.  - PojadË. Tylko po co mam
siË ?pieszyÖ?
     Nie wytrzyma?  i znowu  popatrzy? na niebo.  Potem za siebie, na pustNo
ulicË.   Wszystko  by?o  zalane  s?oÓcem.  Gdzie?   tam  polem   wlekli  siË
uciekinierzy, z  ?oskotem cofa?a siË armia,  wia?a  w?adza, tam by?y  korki,
lata?y  przekleÓstwa,  bezmy?lne  komendy  i  groñby,  z  pÕ?nocy  na miasto
ciNognËli  zwyciËzcy, a  tu by?  pusty  pas spokoju i bezpieczeÓstwa,  kilka
kilometrÕw pustki, w tej pustce za? samochÕd i troje ludzi.
     - Golem, czy to idzie nowy ?wiat?
     - Tak -  oznajmi?  Golem. Wpatrywa? siË  w  Wiktora  spod  opuchniËtych
powiek.
     - A gdzie sNo paÓskie mokrzaki? IdNo na piechotË?
     - MokrzakÕw nie ma - odpowiedzia? Golem.
     - Jak to - nie ma? - zapyta? Wiktor. Spojrza? na DianË. Diana odwrÕci?a
siË w milczeniu.
     - MokrzakÕw nie ma  - powtÕrzy? Golem.  Glos mia?  zduszony i Wiktorowi
nagle siË wyda?o, ?e za chwilË zap?acze. - Mo?e pan uwa?aÖ, ?e ich nie by?o.
I nie bËdzie.
     - Znakomicie - powiedzia? Wiktor. - No to chodñmy na spacer.
     - Jedzie pan, czy nie? - ospale zapyta? Golem.
     - Ja bym pojecha? - odpar? z u?miechem Wiktor - ale muszË jeszcze wpa?Ö
do  hotelu, zabraÖ  maszynopisy i w ogÕle  rozejrzeÖ siË...  Wie pan, Golem,
mnie siË tu podoba.
     - Ja te? zostajË -  oznajmi?a nagle Diana i wysiad?a z  samochodu. - Co
ja tam bËdË robiÖ?
     - A co pani bËdzie tu robiÖ? - zapyta? Golem.
     - Nie wiem - odpowiedzia?a Diana. - Ale nie mam teraz na ?wiecie nikogo
oprÕcz tego cz?owieka.
     - No dobrze - rzek? Golem. - On nie rozumie. Ale pani...
     -  Przecie? on musi  zobaczyÖ -  zaprotestowa?a  Diana.  - On  nie mo?e
wyjechaÖ zanim nie zobaczy...
     -  O w?a?nie - podchwyci? Wiktor. - Po jakiego diab?a jestem potrzebny,
je?eli nie zobaczË? Przecie? to moja specjalno?Ö - patrzeÖ.
     -  Pos?uchajcie,  dzieci - powiedzia? Golem.  - Czy wy  zdajecie  sobie
sprawË, na co siË decydujecie? Wiktor, przecie? mÕwi?em - niech pan zostanie
po swojej stronie, je?li ma byÖ z pana jaki? po?ytek. Po swojej!
     - Ja ca?e ?ycie jestem po swojej stronie - odrzek? Wiktor.
     - Tutaj bËdzie to niemo?liwe.
     - Zobaczymy - stwierdzi? Wiktor.
     -  O  Bo?e - westchnNo? Golem - jakbym  ja nie  mia? ochoty zostaÖ! Ale
trzeba przecie? choÖ trochË ruszyÖ g?owNo! Trzeba rozumieÖ, do diabla, na co
ma siË  ochotË i co siË musi... - jakby przekonywa?  siebie  samego.  - Ech,
wy... No  cÕ?,  zostawajcie.  ?yczË przyjemnego  spËdzenia  czasu. - Wrzuci?
bieg. - Diano, gdzie jest zeszyt? A, tutaj.  Zabieram go  ze sobNo. Pani nie
bËdzie potrzebny.
     - Tak - potwierdzi?a Diana. - On tego w?a?nie chcia?.
     - Golem - zapyta? Wiktor. - A pan dlaczego ucieka? Przecie?  ten  ?wiat
jest tym, czego pan chcia?.
     - Ja nie uciekam - surowo oznajmi? Golem. - Ja  jadË.  StNod, gdzie ju?
wiËcej nie jestem potrzebny, tam gdzie jeszcze jestem potrzebny. Nie tak jak
wy. ?egnajcie.
     I odjecha?. Diana  i Wiktor  wziËli siË  za  rËce i  poszli w gÕrË Alei
Prezydenta do pustego miasta na spotkanie zwyciËzcÕw. Nie rozmawiali, pe?nNo
piersiNo wdychali nieznane, czyste powietrze,  mru?yli oczy od  s?oÓca i nie
bali siË niczego. Miasto  patrzy?o  na  nich pustymi oknami i by?o to miasto
zadziwiajNoce  - pokryte  ple?niNo, o?lizg?e, prÕchniejNoce, ca?e  w jakich?
z?owieszczych plamach,  jakby prze?arte egzemNo, jakby od wielu lat gni?o na
dnie  morza i oto wreszcie  wyciNogniËto  je na  powierzchniË na po?miewisko
s?oÓcu i s?oÓce u?miawszy siË do woli zaczË?o to miasto niszczyÖ.
     Topnia?y, parowa?y  dachy, blacha i  dachÕwki rdzawo dymi?y i znika?y w
oczach. W  murach  otwiera?y siË  szczeliny,  ros?y,  obna?ajNoc  obszarpane
tapety,  obdrapane  ?Õ?ka,  kulawe meble  i  wyp?owia?e  fotografie.  MiËkko
pod?amujNoc siË taja?y uliczne latarnie, rozpuszcza?y siË w powietrzu kioski
i  s?upy og?oszeniowe  - wszystko  wokÕ?  potrzaskiwa?o,  sycza?o  cichutko,
szele?ci?o, stawa?o siË gNobczaste, przezroczyste, przeistacza?o siË w grudy
b?ota  i znika?o. Daleka wie?a ratusza zmieni?a  sylwetkË, sta?a siË  lekka,
niewyrañna i znik?a w niebiesko?ci  nieba. Przez chwilË, zupe?nie oddzielnie
wisia? na niebie staro?wiecki zegar, ale potem rÕwnie? zniknNo?...
     Przepad?  mÕj maszynopis,  weso?o  pomy?la?  Wiktor.  Dooko?a nie  by?o
miasta - gdzieniegdzie  stercza?y suchotnicze krzaczki,  zosta?y  schorowane
drzewa  i plamy zielonej trawy i tylko daleko, za  mg?No mo?na by?o domy?leÖ
siË jakich? budynkÕw, resztek  budynkÕw,  upiorÕw domÕw, a  nie opodal by?ej
jezdni,  na  ceglanym  ganku,  ktÕry  prowadzi?   donikNod  siedzia?  Teddy,
wyciNognNowszy przed siebie chorNo nogË. Obok le?a?y drewniane kule.
     - Czo?em Teddy - powiedzia? Wiktor. - Zosta?e??
     - Aha - odpar? Teddy.
     - Czemu?
     - A tam - rzek? Teddy. - Napchali siË jak ?ledzie do beczki, nawet nogi
nie  mia?em  gdzie  wyciNognNoÖ,  mÕwiË do synowej  -  no, po co  ci idiotko
serwantka? A ona na mnie z pyskiem. PlunNo?em na nich i zosta?em.
     - Chcesz i?Ö z nami?
     - Co to,  to  nie - odpowiedzia? Teddy. - Ja lepiej  sobie tu posiedzË.
Teraz ze mnie ?aden piechur, a co moje to i tak mnie nie minie...
     I  poszli  dalej.  Robi?o  siË  gorNoco  i  Wiktor  zrzuci?  na  ziemiË
niepotrzebny  p?aszcz, strzNosnNo?  z  siebie zardzewia?e resztki automatu i
roze?mia?  siË z  ulgNo. Diana poca?owa?a go i  powiedzia?a  "Dobrze!".  Nie
zaprzecza?  . Szli i szli  pod  b?Ëkitnym niebem,  pod gorNocym s?oÓcem,  po
ziemi, ktÕra ju? zazieleni?a siË m?odNo trawNo  i przyszli na  miejsce gdzie
by? hotel. Hotel wcale nie znik?. Sta? nadal  -  ogromny,  szary  sze?cian z
szorstkiego betonu i Wiktor  pomy?la?, ?e to  jest  pomnik,  a byÖ mo?e s?up
graniczny  miËdzy starym i nowym ?wiatem.  Ledwie  to  pomy?la?,  zza  bry?y
betonu bezdñwiËcznie  wystrzeli?  odrzutowy my?liwiec  z emblematem Legii na
kad?ubie,  bezdñwiËcznie  ?mignNo? nad  g?owami,  skrËci? w pobli?u  s?oÓca,
znik? i dopiero wtedy nadlecia? piekielny, ?wiszczNocy ryk,  uderzy? w uszy,
w twarz, w duszË, ale naprzeciw ju?  szed? Bol-Kunac z wyp?owia?ym wNosikiem
na  opalonej twarzy, a opodal sz?a Irma te? prawie doros?a, bosa, w lekkiej,
prostej sukience z  witkNo w rËku.  Popatrzy?a w ?lad za  my?liwcem, unios?a
witkË jakby bra?a go na cel i powiedzia?a "Kch - ch!"
     Diana roze?mia?a  siË. Wiktor spojrza? na niNo  i zobaczy?, ?e  jest to
jeszcze  jedna  Diana,  zupe?nie nowa, taka  jakiej do tej pory jeszcze  nie
zna?, nie przypuszcza?  nawet, ?e taka Diana jest w  ogÕle mo?liwa  -  Diana
SzczË?liwa.  Wtedy  pogrozi? sobie  palcem i  pomy?la?:  wszystko to  bardzo
piËknie, ale  ?ebym tylko nie zapomnia?  wrÕciÖ,  ?ebym tylko  nie zapomnia?
wrÕciÖ...

     KONIEC






                             [ P R E Z E N T U J E ]

                        A. i B. Strugaccy - Pora deszczow

  ÉÍÍËÍÍËÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍËÍÍËÍÍ'
  ?++????                                 ?                            ????++?
  ?++????     Zeskanowal   : S&C          ?   Format   : RTF           ????++?
  ?++????                                 ?                            ????++?
  ?++????     Data         : 16.4.2002    ?   Numer    : 381           ????++?
  ?++????                                 ?                            ????++?
  ÈÍÍÊÍÍÊÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÊÍÍÊÍÍ?

                  [ D O D A T K O W E    I N F O R M A C J E ]

   Panstwo schylkowej dyktatury. Wiktor Baniew, slawny i tolerowany przez
   wladze pisarz, powraca do miasta swych urodzin. Miasto opanowane jest
   przez mokrzaki - ludzi u ktorych specyficzna choroba genetyczna spowodowala
   calkowita odmiennosc, zarowno w sensie fizycznym, jak i psychicznym.
   Baniew dostaje sie w sam srodek walki politycznej. Niektorzy staraja sie
   wykorzystac - do swoich celow - fenomenalne talenty mokrzakow; niektorzy
   zas - zniszczyc ich calkowicie majac jako bron nienawisc tlumu.
   Tymczasem mokrzaki przygotowuja rozumiana na swoj sposob rewolucje.
   Pewnego dnia z miasta znikaja wszystkie dzieci...

                       úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú

                          [ D O L A C Z   D O   N A S  ]

   Wciaz szukamy nowych czlonkow ! Jesli chcialbys dolaczyc do Scan-dal
   i miec dostep do wszystkich ksiazek zeskanowanych przez grupe,odwiedz
   nasza strone - www.scan-dal.prv.pl lub forum - www.bwforum.prv.pl aby
                          dowiedziec sie jak to zrobic.

                       úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú

                     [ T O   C O   W Y P U S C I L I S M Y ]

   1. Zecharia Sitchin - Dwunasta Planeta
   2. James Tiptree jr. - Houdson, Houdson, Do You Read ?
   3. Philip K. Dick - Pani od ciasteczek
   4. Tadeusz Boy - Zelenski - Slowka
   5. Tomasz Kolodziejczak - Wstan i idz
   6. Alistair MacLean - Athabaska
   7. Robert Silverberg - W dol, do ziemi
   8. Philip K. Dick - Za drzwiami
   9. Patrick Suskind - Pachnidlo
   10. Norbert Kilen - Programowanie Kart Dzwiekowych w TP
   11. Adam Blaszczyk - Wirusy
   12. Barbara Rosiek - Bylam Schizofreniczka
   13. Michal Blazejewski - J.R.R. Tolkien, Powiernik Piesni
   14. Andrzej J. Sarwa - Historie dziwne, straszliwe i przerazajace
   15. Gajus Swetoniusz Trankvillus - Zywoty Cezarow
   16. Krzysztof Borun - Male, zielone ludziki
   17. Andre Norton - Rok jednorozca
   18. Arkadiusz Jakubowski - Podstawy SQL
   19. Glen Cook - Cien w ukryciu
   20. Terry Pratchett - Eryk
   21. Fredric Brown - Maz opatrznosciowy
   22. William Tenn- Ludzki punkt widzenia
   23. Janusz A. Zajdel - Paradyzja
   24. Andre Norton - Swit 2250
   25. Mikolaj Marchocki - Historia Wojny Moskiewskiej
   26. Terry Pratchett - Blask Fantastyczny
   27. Andrzej Sapkowski - Czas Pogardy
   28. Feliks W. Kres - Polnocna Granica
   29. Stephen W. Hawking - Krotka Historia Czasu
   30. George Orwell - Folwark Zwierzecy
   31. Alistair Maclean - Szatanski Wirus
   32. Janusz A. Zajdel - Cala Prawda O Planecie Ksi
   33. Gene Wolfe - Piesn Lowcow
   34. Edgar Rice Burroughs - Ksiezniczka Marsa
   35. Joe Haldeman - Wieczna Wojna
   36. Andrzej Sapkowski - Krew Elfow
   37. Graham Masterton - Kostnica
   38. Walter Schellenberg - Wspomnienia
   39. Glen Cook - Ponure Lata
   40. Harry Harrison - Planeta Smierci 2
   41. Terry Pratchett - Czarodzicielstwo
   42. Andrzej Sapkowski - Chrzest Ognia
   43. Dawid Weber - Placowka Basilisk
   44. Philip K. Dick - Pelzacze
   45. Philip K. Dick - Ubik
   46. Robert Sheckley - Planeta Zla
   47. Janusz A. Zajdel - Limes Inferior
   48. Nina Drej - Za drzwiami mlodosci
   49. Terry Pratchett - Straz! Straz!
   50. Andrzej Sapkowski - Wieza Jaskolki
   51. Joanna Chmielewska - Lesio
   52. Prokopiusz z Cezarei - Historia Sekretna
   53. Gajusz Juliusz Cezar - O Wojnie Domowej
   54. Alistair Maclean - Wyscig ku smierci
   55. Alistair Maclean - Lalka na lancuchu
   56. Jeffrey Archer - Co do grosza
   57. Andrzej Pilipiuk - 15 opowiadan
   58. Roger Zelazny - Pan Swiatla
   59. Agata Christie - Spotkanie w Bagdadzie
   60. Alistair Maclean - Tabor
   61. Janet Evanovich - Wytropic Milion
   62. Janet Evanovich - Przybic Piatke
   63. Terry Pratchett - Pomniejsze Bostwa
   64. Terry Pratchett - Trolowy Most
   65. Harry Harrison - Oblicza Ziemii
   66. Harry Harrison - Wygnanie
   67. Harry Harrison - Gwiezdny Dom
   68. James Morrow - Miasto Prawdy
   69. Vonda McIntyre - Opiekun Snu
   70. Issac Asimov - Fundacja
   71. Issac Asimov - Nastanie nocy
   72. Issac Asimov - Nemesis
   73. Ursula K. Le Guin - Grobowce Atuanu
   74. Leszek Adamczewski - Zlowieszcze Gory
   75. David Morrell - Piata Profesja
   76. Janusz A. Zajdel - Cylinder van Troffa
   77. Andrzej Ziemianski - Bomba Heisenberga
   78. Stephen King - Siostrzyczki z Elurii
   79. Stanislaw Esden-Tempski - Kundel
   80. Karl Treumund - Saga o Nibelungach
   81. Krzysztof Borun - Toccata
   82. Krzysztof Borun - Czlowiek z mgly
   83. Roger Zelazny - Dziewieciu Ksiazat Amberu
   84. Roger Zelazny - Karabiny Avalonu
   85. Roger Zelazny - Znak Jednorozca
   86. Roger Zelazny - Reka Oberona
   87. Roger Zelazny - Dworce Chaosu
   88. Roger Zelazny - Atuty Zguby
   89. Roger Zelazny - Krew Amberu
   90. Roger Zelazny - Znak Chaosu
   91. Roger Zelazny - Rycerz Cieni
   92. Roger Zelazny - Ksiaze Chaosu
   93. Antoni Pawlak - Ksiazeczka Wojskowa
   94. Jacek Pankiewicz - F. Schubert idzie do czubkow
   95. Jacek Wilczur - Ksiestwo SS
   96. Dave Wolverton - Lowy Na Weze Morskie
   97. Artur Szrejter - Mitologia Germanska
   98. Michael Moorcock - Klejnot w czasce
   99. Ciza Zyke - Goraczka
   100. Clive Barker - 5 opowiadan
   101. Walerian Lukasinski - Pamietnik
   102. Philip K. Dick - Labirynt Smierci
   103. Clive Barker - Ksiega Krwi II
   104. Cizia Zyke - Sahara
   105. A. i B. Strugaccy - Piknik na skraju drogi
   106. Janko z Czarnkowa - Kroniki
   107. Thomas Harris - Milczenie owiec
   108. Stephen King - Skazani na Shawshank
   109. Waldemar Lysiak - Dobry
   110. Andrzej Zbych - Stawka Wieksza Niz Zycie t.1
   111. Andrzej Zbych - Stawka Wieksza Niz Zycie t.2
   112. William Tenn - Wyzwolenie Ziemi
   113. Kurt Vonnegut - Tabakiera z Bagombo
   114. Brian Aldiss - Non Stop
   115. Jean M. Auel - Dolina Koni
   116. Anne McCaffrey - Jezdzcy smokow
   117. Adam Wisniewski-Snerg - Robot
   118. Jeff Noon - Wurt
   119. Terry Pratchett - Kolor Magii
   120. Ursula K. Le Guin - Najdalszy brzeg
   121. Ursula K. Le Guin - Swiat Rocannona
   122. Harry Harrison - Planeta Smierci
   123. Magazyn Science Fiction nr 1
   124. J.S. Russell - Miasto Aniolow
   125. Orson Scott Card - Doradca inwestycyjny
   126. Anne McCaffrey - W pogoni za smokiem
   127. Anne McCaffrey - Bialy Smok
   128. Dan Simmons - Zaglada Hyperiona
   129. Anna Brzezinska - Zbojecki Gosciniec
   130. Brian W. Aldiss - Cieplarnia
   131. Ursula K. Le Guin - Lewa Reka Ciemnosci
   132. Poul Anderson - Trzy serca i trzy lwy
   133. Jonathan Carroll - Kraina chichow
   134. C. J. Cherryh - Przybysz
   135. A. Cole i C. Bunch - Sten
   136. Harry Harrison - Planeta Smierci 4
   137. Harry Harrison - Planeta Przekletych
   138. Harry Harrison - Planeta bez powrotu
   139. Harry Harrison - Przestrzeni! Przestrzeni!
   140. Harry Harrison - Bill, Bohater Galaktyki
   141. Harry Harrison - Bill, Bohater Galaktyki 3
   142. Harry Harrison - Filmowy wehikul czasu
   143. Harry Harrison - 24 opowiadania
   144. Henry Kuttner - 30 opowiadan
   145. Jean M. Auel - Lowcy Mamutow
   146. Terry Pratchett - Piramidy
   147. Zbior opowiadan - Stalo sie jutro
   148. Frederic Pohl - Gateway Brama Do Gwiazd
   149. Frederic Pohl - Za blekitnym horyzontem zdarzen - Wan
   150. Frederic Pohl - Spotkanie Z Heechami
   151. Frederick Pohl - Dajmy szanse mrowkom
   152. Poul Anderson - Nie bedzie rozejmu z wladcami
   153. William Gibson - Mona Liza Turbo
   154. Ira Levin - Zony ze Stepford
   155. Jan Chryzostom Pasek - Pamietniki
   156. Larry Niven - Pierscien
   157. Arthur C. Clarke - 17 opowiadan
   158. Glen Cook - Woda Spi
   159. Orson Scot Card - Cien Endera
   160. Alan Dean Foster - Sojusznicy
   161. Alan Dean Foster - Krzywe Zwierciadlo
   162. Alan Dean Foster - Wojenne Lupy
   163. Siergiej Sniegow - Ludzie jak bogowie
   164. Konrad Fialkowski - 19 opowiadan
   165. Janusz A. Zajdel - 49 opowiadan
   166. Gene Wolfe - Cien Kata
   167. Larry Niven - 6 opowiadan
   168. Gene Wolfe - 10 opowiadan
   169. Roland Topor - Najpiekniejsza para piersi na swiecie
   170. Jonathan Carroll - Czarny koktail i inne opowiadania
   171. Janusz L. Wisniewski - Samotnosc w sieci
   172. Terry Pratchett - Trzy wiedzmy
   173. Clive Barker - Ksiega Krwi III
   174. Stephen King - Carrie
   175. Thomas Harris - Hannibal
   176. Zbigniew Nienacki - Raz w roku w Skirolawkach
   177. Philip Jose Farmer - Gdzie wasze ciala porzucone
   178. Robert Sheckley - 50 opowiadan
   179. Kate Wilhelm - Gdzie dawniej spiewal ptak
   180. Desmond Bagley - Zloty kil
   181. Stephen King - Strefa smierci
   182. Ursula K. Le Guin - Planeta Wygnania
   183. Michael Moorcock - Amulet Szalonego Boga
   184. Terry Brooks - Kamienie Elfow
   185. Joanna Chmielewska - Hazard
   186. Alistair MacLean - Pociag Smierci
   187. Clive Barker - Ksiega Krwi I
   188. Wes Craven - Stowarzyszenie Fontanna
   189. Clifford Simak - Czas jest najprostsza rzecza
   190. Richard Bachman (Stephen King) - Wielki Marsz
   191. Karl Michael Armer - 10 opowiadan
   192. Ewa Bialolecka - 7 opowiadan
   193. L. Spraque de Camp - Jankes w Rzymie
   194. Jeremiej Parnow - Zbudz sie w Famaguscie
   195. J.C. Pollock - Lista Goringa
   196. Philip K. Dick - Galaktyczny Druciarz
   197. Robert Sheckley - Niesmiertelnosc na zamowienie
   198. J.R.R. Tolkien - Przygody Toma Bombadila
   199. Ross Thomas - Voodoo
   200. Glen Cook - Srebrny Grot
   201. Robert Silverberg - Umierajac Zyjemy
   202. Jacek Inglot - 10 opowiadan
   203. Dymitr Bilenkin - 9 opowiadan
   204. Frederik Pohl - 10 opowiadan
   205. Krzysztof Borun - Prog Niesmiertelnosci
   206. Kiryl J. Yeskov - Ostatni Wladca Pierscienia
   207. Isaac Asimov - Fundacja i Ziemia
   208. Emma Popik - Bramy Strachu
   209. Desmond Bagley - Odwet
   210. Winston Groom - Forrest Gump
   211. L. Ron Hubbard - Pole bitewne, Ziemia
   212. Terry Pratchett - Dysk
   213. Clive Barker - Cabal nocne plemie
   214. Terry Pratchett - Rownoumagicznienie
   215. Anna Brzezinska - Zmijowa Harfa
   216. Ursula K. Le Guin - Tehanu
   217. Michael Moorcock - Rune Stuff Tom III
   218. C.J. Cherryh - Ludzie z Gwiazdy Pella
   219. Kazimierz Slawinski - Przygody kanoniera Dolasa
   220. Greg Bear - Koncert Nieskonczonosci
   221. Siddhattha Gotama - Dhammapada
   222. Tybetanska Ksiega Umarlych
   223. Roland Topor - Chmieryczny lokator
   224. Colin Capp - Formy Chaosu
   225. Dean R. Koontz - Odwieczny Wrog
   226. John Fisher - Okiem Psa
   227. J. K. Rowling - Harry Potter i wiezien Azkabanu
   228. J. K. Rowling - Harry Potter i Kamien Filozoficzny
   229. Janusz A. Zajdel - Prawo do powrotu
   230. Alistair MacLean - Przelecz zlamanego serca
   231. Alistair MacLean - Stacja arktyczna "Zebra"
   232. J.R.R. Tolkien - Silmarillion
   233. Roland Topor - Portret Suzanne
   234. William Gibson - Swiatlo Wirtualne
   235. Octavia E. Butler - Przypowiesc o siewcy
   236. J. K. Rowling - Harry Potter i komnata tajemnic
   237. Michal Psellos - Kronika...
   238. Zbigniew Nienacki - Dagome Iudex t.3
   239. John Grisham - Testament
   240. Terry Pratchett - Wyprawa Czarownic
   241. Barbara Rosiek - Kokaina
   242. Clifford D. Simak  - Pierscien wokol slonca
   243. H.P. Lovecraft - Dagon
   244. Jean M. Auel - Klan Niedzwiedzia Jaskiniowego
   245. Don Wollheim proponuje - 1987 - Antologia
   246. Don Wollheim proponuje - 1988 - Antologia
   247. Don Wollheim proponuje - 1989 - Antologia
   248. Robin Hobb - Uczen Skrytobojcy
   249. Ursula K. Le Guin - Miasto zludzen
   250. Antologia "Kroki w nieznane t.1"
   251. Ray Bradbury - Kroniki Marsjanskie
   252. Roland Topor - Dziennik paniczny
   253. Robert Ludlum - Klatwa Prometeusza
   254. Antologia "Dawka Milosci"
   255. Marion Zimmer Bradley - Dom swiatow
   256. David Weber - Krotka Zwycieska Wojenka
   257. Anne McCaffrey - Spiew Smokow
   258. J.T. McIntosh - Dziesiate podejscie
   259. Terry Pratchett - Dywan
   260. Alistair MacLean - Mroczny Krzyzowiec
   261. Terry Pratchett - Mort
   262. Terry Pratchett - Panowie i damy
   263. Richard A. Knaak - WarCraft - Dzien Smoka
   264. Terry Pratchett, Neil Gaiman - Dobry Omen
   265. William S. Burroughs - Nagi Lunch
   266. Mark Twain - Pamietniki Adama i Ewy
   267. Fryderyk Nietzsche - Poza Dobrem i Zlem
   268. Mark Twain - Listy z Ziemi
   269. H.P. Lovecraft - Szepczacy w ciemnosci
   270. Robert A. Haasler - Tajne sprawy papiezy
   271. Robert A. Haasler - Zbrodnie w imieniu Chrystusa
   272. Grzegorz Babula - A To Mistyka
   273. Wiktor Suworow - Akwarium
   274. Wojciech Eichelberger - Kobieta bez winy i wstydu
   275. Terry Pratchett - Ruchome obrazki
   276. James P. Hogan - Najazd z przeszlosci
   277. Neil Gaiman - Gwiezdny Pyl
   278. Anne McCaffrey - Piesn krysztalu
   279. Rudyard Kipling - Ksiega Dzungli
   280. Rudyard Kipling - Druga Ksiega Dzungli
   281. Thor Heyerdahl - Wyprawa Kon-Tiki
   282. J.J.Sempe, R. Goscinny - Wakacje Mikolajka
   283. Gottfried A Burger - Przygody Munchausena
   284. Jozef Flawiusz - Wojna Zydowska
   285. Terry Pratchett - Ciemna Strona Slonca
   286. Joseph Heller - Paragraf 22
   287. Piers Anthony - Zrodla Magii
   288. Michail Bulhakow - Mistrz i Malgorzata
   289. Terry Pratchett - Kosiarz
   290. J.M. Bochenski - Wspolczesne metody myslenia
   291. Andrzej Krzepkowski - Obojetne planety
   292. Arthur C. Clarke - Spotkanie z Rama
   293. Abe Kobo - Kobieta z Wydm
   294. John Grisham - Firma
   295. G.G. Marquez - Kronika Zapowiedzianej Smierci
   296. Jose Saramago - Miasto Slepcow
   297. Terry Pratchett - Johnny i Bomba
   298. A.A. Milne - Kubus Puchatek
   299. Anne McCaffrey - Sassinak
   300. Nicholas Negroponte - Cyfrowe Zycie
   301. Roger Zelazny - Aleja Potepienia
   302. Elaine Cunningham - Obrzed Krwi
   303. William Saroyan - Tracy i jego tygrys
   304. Arthur Bloch - Prawa Murphy'ego
   305. Harry Harrison - Stalowy Szczur Spiewa Blesa
   306. M. Heindel - Astrologia
   307. Harry Harrison - Na zachod od Edenu
   308. Krystyna Siesicka - Zapalka na zakrecie
   309. Stephen King - Zielona Mila
   310. Glen Cook - Biala Roza
   311. Harry Harrison - Zima w edenie
   312. Neil Gaiman - Dym i lustra
   313. Kazimierz Sejda - CK Dezerterzy
   314. David Brin - Listonosz
   315. Harry Harrison - Powrot do Edenu
   316. Clive Cussler - Podniesc Tytanica
   317. Krystyna Siesicka - Pejzaz Sentymentalny
   318. Arnold Mindell - Praca nad samym soba
   319. Albert Speer - Wspomnienia
   320. M.Dyakowski - Dyaryusz wiedenskiej okazyji
   321. Maciej Zerdzinski - Opuscic Los Raques
   322. Fenix 0'90
   323. Robert A. Heinlein - Daleki Patrol
   324. J.J.Sempe, R. Goscinny - Joachim ma klopoty
   325. J.J.Sempe, R. Goscinny - Rekreacje Mikolajka
   326. Marcin Wolski - Tragedia Nimfy 8
   327. John Gray - Mezczyzni sa z Marsa a kobiety z Wenus
   328. Ignacy Radziejowski - Pamietnik powstancca 1831 roku
   329. Stanislaw Lem - Fiasko
   330. Tomasz Olszakowski - Pan Samochodzik i Arka Noego
   331. Sharon Shinn - Zona Zminennoksztaltnego
   332. Feliks W Kres - Krol Bezmiarow
   333. Maria Niklewiczowa - Bajarka opowiada
   334. Stanislaw Lem - Pokoj na Ziemi
   335. Stanislaw Lem - Eden
   336. Stanislaw Lem - Katar
   337. Robert Harris - Vaterland
   338. Raymond E. Feist - Ksiaze Krwi
   339. Arthur C. Clarke - Rama II
   340. Anne McCaffrey - Krysztalowa Wiez
   341. Anne McCaffrey - Sen jak smierc
   342. Krystyna Siesicka - Zapach Rumianku
   343. Neil Gaiman - Nigdziebadz
   344. Alvin i Heidi Toffler - Budowa Nowej Cywilizacji
   345. J.R.R. Tolkien - Drzewo i Lisc oraz Mythopoeia
   346. Martin Gray - Wszystkim, ktorych kochalem
   347. A.A. Milne - Chatka Puchatka
   348. Tom Clancy - Oblezenie
   349. Herodian - Historia Cesarstwa Rzymskiego
   350. Connie Willis - Przewodnik Stada
   351. Robert A. Heinlein - Drzwi do lata
   352. Stanislaw Lem - Doskonala Proznia
   353. Jack L. Chalker - Charon
   354. Demond Bagley - List Vivero
   355. Alistair MacLean - HMS Ulisses
   356. Feliks W. Kres - Pieklo i szpada
   357. Ken Kesey - Lot nad kukulczym gniazdem
   358. H.P. Lovecraft - Cos na progu
   359. Marek Holynski - E-mailem z Doliny Krzemowej
   360. Witold Jablonski - Dzieci Nocy
   361. Graham Masterton - Czternascie obliczy strachu
   362. Herodot - Dzieje
   363. Jozef Pilsudski - Moje pierwsze boje
   364. Robert Spector - Amazon.com
   365. Robert Ludlum - Krucjata Bourne'a
   366. Tadeusz Markowski - Umrzec, aby nie zginac
   367. Joanna Chmielewska - Wszystko czerwone
   368. Tony Buzan - Podrecznik szybkiego czytania
   369. Stanislaw Lem - Glos Pana
   370. William Gibson - Neuromancer
   371. Pawel Jasienica - Rozwazania o wojnie domowej
   372. Alfred Szklarski - Tomek u zrodel Amazonki
   373. Alfred Szklarski - Tomek wsrod lowcow glow
   374. Philip K. Dick - Paszcza Wieloryba
   375. Lloyd Biggle, Jr - Pomnik
   376. G. G. Marquez - Sto lat samotnosci
   377. Herrmann Hors - Jan Pawel II zlapany za slowo
   378. Anne McCaffrey - Pokolenie wojownikow
   379. John Grisham - Raport Pelikana
   380. Robert E. Howard - Conan Najemnik
   381. A. i B. Strugaccy - Pora deszczow

   [ Zawsze aktualna liste zeskanowanych przez nas ksiazek znajdziesz pod ]
   [             adresem http://www.s-d.releases.prv.pl                   ]


                       úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú

                                [ K O N T A K T ]

                             WWW : www.scan-dal.prv.pl

			   FORUM : www.bwforum.prv.pl

                          e-mail : ScanHQ@wp.pl

ðÏÐÕÌÑÒÎÏÓÔØ: 32, Last-modified: Thu, 13 Mar 2003 10:50:12 GMT